Wszystko przez Tarkana
Dlaczego Turcja?
Zaczęło się od piosenki. Piosenki, która zmieniła moje życie - sprawiła, że pokochałam Orient i zapragnęłam go oswoić. Dudu Tarkana zawładnęła moim 10-letnim sercem, gdy płyta przywieziona przez ciocię z tureckich wakacji nieustannie przewijała się w odtwarzaczu CD . Jest w niej coś hipnotyzującego, coś, co sprawiło, że gdzieś w głębi serca, od dziecka czułam, że Orient jest mi pisany. Wszechświat ułożył dla mnie plan, kader - przeznaczenie, wedle którego miałam pokochać Turcję - kompletnie nieznany mi wtedy kraj - i to od pierwszego wejrzenia.
Chociaż nie planowałam się aż tak zakochać. To miała być studencka przygoda. Siedząc na lotnisku w Berlinie, cały czas zastanawiałam się, czy podjęłam dobrą decyzję. Czy rzucenie wszystkiego i wyjazd do nieznanej mi Turcji to najlepszy pomysł? Czekając wiele godzin na samolot do Izmiru, miałam ochotę uciec, ale za każdym razem powstrzymywał mnie Maciej - mój towarzysz życia i podróży, którego namówiłam na tę eskapadę. Nie docierało do mnie, że dopiero co ciągnęliśmy bagaże przez zaśnieżoną stolicę Niemiec, a już za kilka godzin wylądujemy w ciepłym i podobno pięknym Izmirze. Że moje życie choć przez chwilę będzie takie, jakie sobie wymarzyłam, w obcym kraju, pod palmami i co najważniejsze - nad samym morzem. Wówczas zależało mi tylko na tym. W końcu nigdy wcześniej nie byłam w Turcji, więc nie zdawałam sobie sprawy, że może mnie oczarować. Przecież to miała być tylko przygoda...
Pięciomilionową stolicę Turcji Egejskiej kojarzyłam wyłącznie jako bazę NATO , do której przeprowadziła się Ada, moja koleżanka z baletu, poznawszy amerykańskiego żołnierza. Oglądałam zdjęcia ukazujące jej życie pod palmami i zazdrościłam, że zamieniła Bydgoszcz na Izmir. Nigdy w życiu nie pomyślałabym, że w przyszłości obie będziemy płakać z tęsknoty za tym miastem.
Gdy przyznałam, że chcę rzucić dotychczasowe życie i zamiast szukać pracy w korporacji, wyjechać, zaznać czegoś nieoczywistego, poznać nowych ludzi, inną kulturę, mieszkać w raju i żyć pełną piersią, usłyszałam, że zwariowałam. Do Turcji? Do tego dzikiego kraju? "To wspaniały pomysł! Jedź i korzystaj z życia!" - usłyszałam od mamy i najbliższych. Całej reszcie musiałam tłumaczyć, że czuję jakąś chemię, która ciągnie mnie do tego miejsca, i wiem, że będzie mi tam dobrze. Byłam oczarowana światem Orientu, zachwycona perspektywą trzystu słonecznych dni w roku oraz obrazami czterech mórz, gór okalających miasta, pięknych ludzi, palm, bazarów i wszystkiego, co pokazuje Google, gdy w jego wyszukiwarkę wpisze się hasło "Turcja". Ale tak naprawdę nie miałam pojęcia, czego mogę spodziewać się na miejscu. Byłam studentką, która wymyśliła sobie przygodę, nie wiedząc, że zmieni ona jej życie...
Mój pierwszy raz w Turcji
Przed wyjazdem zetknęłam się z wieloma stereotypami dotyczącymi Turcji i Turków. Nie pozwalałam wmówić sobie, że jadę do dzikiego, zacofanego kraju, w którym jakiś Arab zwabi mnie na obywatelstwo, a w najgorszym wypadku zabije. Albo on, albo czający się na każdym kroku terroryści. Krzywdzące stereotypy dotyczące Turcji są ciągle żywe, mimo że ten kraj od lat jest jednym z najpopularniejszych celów wakacyjnych wypraw Polaków.
Wiedziałam, że Turcja jest państwem laickim z dominującym islamem, że nie wszystkie kobiety się zakrywają, że jedzenie jest pyszne - choć obawiałam się, że nie zasmakuje mi baranina... Miałam sporą wiedzę, choć opierała się ona głównie na informacjach znalezionych na blogach. Wypytywałam też Polki, które niegdyś mieszkały i studiowały w Turcji. Czytałam książki, oglądałam programy, ale to było jedynie liźnięcie świata, który na mnie czekał. Moje największe obawy dotyczyły kultury i zasad tureckiego savoir-vivre'u. Nigdy wcześniej nie opuściłam Europy, a Azja jawiła mi się jako inny, orientalny świat. I choć czytałam o tym, że kobiety w Turcji mogą ubierać się tak, jak chcą, spakowałam długie sukienki.
Pierwsze kroki na tureckiej ziemi
W samolocie pełnym Turków byliśmy chyba jedynymi Polakami. Przez całą drogę zaglądałam przez ramię starszej pani, która zajęła miejsce przy oknie. Trzy godziny później moim oczom ukazał się błyszczący od świateł Izmir, ogromne miasto położone nad głęboko wcinającą się w nie zatoką morską. Serce zaczęło mi łomotać z wrażenia i z niedowierzania, że tak wygląda mój nowy dom. Stawiając pierwsze kroki na lotnisku, poczułam, że podjęłam dobrą decyzję.
W tę styczniową noc zamieniłam ośnieżoną Polskę na Izmir, który powitał mnie powiewem ciepłego powietrza. Ciągnąc Macieja za rękę, skakałam z radości na widok palm, które ujrzałam zaraz po wyjściu z samolotu. Wówczas zapomniałam o strachu i zmęczeniu, liczyło się tylko tu i teraz. Na lotnisku spędziliśmy w sumie godzinę, bo tyle zajęły nam kontrola paszportowa i oczekiwanie na bagaż. Do okienka podeszłam z duszą na ramieniu, nie mając pewności, czy moje dokumenty są dobre. Uśmiechnięty celnik przybił pieczątkę na wklejonej do paszportu wizie i przywitał nas, mówiąc: Hoşgeldiniz . Pierwszy etap był za mną.
W hali przylotów czekali na nas zaniepokojeni mentorzy - Erkan i Özgecan, którzy zostali oddelegowani do odebrania nowo przybyłych studentów. Wyszliśmy z lotniska, wokół panował gwar, lokalsi wołali nas do żółtych taksówek, które tłoczyły się przed nowoczesnym gmachem. Mentorzy odprawiali taksówkarzy, prowadząc nas na ?zban, izmirską kolejkę, którą mieliśmy dojechać do dzielnicy Karş?yaka. Kolejna rzecz wywołała we mnie konsternację: aby wejść na stację, musieliśmy oddać do kontroli bagaże, które przesunęły się pod rentgenem. Gdy wreszcie zebraliśmy wszystkie toboły i odbiliśmy pierwszy raz w życiu Izmir Kart, bilet wstępu do środków transportu, weszliśmy do wagonu nowoczesnego i czystego pociągu. Naiwnie myślałam, że jazda zajmie nam kwadrans... Nie spodziewałam się, że miasto jest tak ogromne! Podróż dłużyła się niemiłosiernie, a żołądek coraz bardziej się zaciskał. Podziwiałam oświetlony Izmir, który migał za szybami pędzącego pojazdu.
- Słyszałaś o ezanie? - zagadnął Erkan.
- Czytałam o tym. To wezwanie do modlitwy? - odpowiedziałam.
- Jesteś jedną z nielicznych osób, które mają pojęcie, co to jest. Wolałem zapytać, bo studenci z Europy zawsze dzwonią do mnie o piątej rano, przerażeni dźwiękiem, który zbudził ich ze snu - tłumaczył.
Turcy nie kryli zdziwienia, że zdecydowaliśmy się przyjechać na studia do ich kraju, bo i po co, skoro mogliśmy zostać w pięknej Europie? Wówczas nie miałam pojęcia, że to pytanie już zawsze będzie się za mną ciągnąć.
Godzinę później dotarliśmy na stację Alaybey, która była jedynie przystankiem w naszej podróży. Marzyłam tylko o kolacji, prysznicu i ciepłym łóżku. Wycieńczeni poprosiliśmy mentorów, aby zabrali nas do restauracji, koniecznie na kebaba. Tam pierwszy raz zalogowałam się do internetu i dałam znać, że żyję. Od razu pojawiły się komentarze wyrażające ulgę.
Przyjaciele domagali się też zdjęcia prawdziwego tureckiego kebaba, którego obiecaliśmy zjeść od razu po wylądowaniu. Ekscytacja Macieja, wielkiego miłośnika słynnego tureckiego dania opadła, gdy kelner postawił przed nim zamówienie. Dostaliśmy grube, twarde dürüm z suchym baranim mięsem i ćwiartką pomidora. Gdzie warzywa, gdzie sosy? Po dziś dzień uważam, że był to najgorszy kebab, jakiego kiedykolwiek przyszło mi jeść w Turcji. Nie chcąc urazić nowo poznanych lokalsów, na pytanie, czy smakowała nam kolacja, potwierdzająco skinęliśmy głowami. Byli kompletnie zaskoczeni, słysząc, że w Polsce również mamy kebaby i że znamy to danie w zupełnie innej wersji.
Gdy wyszliśmy z restauracji, na zegarach w Turcji wybiła godzina 22 . Erkan zdradził, że jeszcze długa droga przed nami, ale żeby złapać taksówkę, musimy dojść do portu. Ciągnęliśmy nasz dobytek przez ulicę, która tętniła życiem mimo później pory i coraz mocniejszego deszczu.
- Izmir to tureckie Los Angeles, tutaj zawsze się coś dzieje. Zobaczysz, ile ludzi będzie w piątek - tłumaczyła mi Özgecan.
Ostatnim etapem przeprowadzki, którą rozpoczęliśmy 17 godzin wcześniej, była podróż żółtą taksówką wypełnioną po brzegi naszymi bagażami. Kierowca pędził jak szalony w kierunku Bostanl?, osiedla, które przez ostatnie pół roku podziwiałam w internecie. Na widok palm przy czteropasmowej, nowoczesnej drodze zrobiło mi się ciepło na sercu. Poczułam, że jestem w miejscu, którego od lat szukałam. Że będzie mi tu dobrze. Musiałam się wręcz uszczypnąć, aby uwierzyć, że dzielnica wyglądająca jak wakacyjny raj za chwilę stanie się moim domem.
Erkan i Özgecan szybko namierzyli nasz blok, choć nie omieszkali zapytać mnie - osobę, która od godziny była w Turcji - o dokładny adres. W końcu wdrapaliśmy się na trzecie, i ostatnie, piętro bloku otoczonego zielenią. Wnosząc bagaże do mieszkania, kątem oka zauważyłam świąteczne stroiki zdobiące drzwi naszych nowych sąsiadów. Zdążyłam pomyśleć tylko "Po co?".
W mieszkaniu czekał na nas mąż właścicielki, z którą kontaktowałam się przez ostatni miesiąc. Spotkanie z nim wiązało się dla mnie z pierwszym szokiem kulturowym. Akin życzliwie przywitał się z Maciejem, mnie traktując jak powietrze. Z zaciskającym się z nerwów żołądkiem oglądałam mieszkanie, które rzeczywiście wyglądało jak na zdjęciach. Turek tłumaczył nam, jak działa pralka czy zmywarka. Mój zachwyt mieszał się jednak z dziwnym uczuciem odrzucenia...
Mój turecki dom
Znalezienie mieszkania w Turcji było nie lada wyzwaniem, szczególnie że jechałam tam z chłopakiem - nie z mężem. Poszukiwania rozpoczęłam tak samo jak większość studentów, dołączając do facebookowej grupy Erasmus Izmir. Mieszkania tam prezentowane były ohydne! Stare, zapuszczone, z meblami rodem z PRL -u, zawalone bibelotami, z dywanami w każdym pomieszczeniu. A gdy już spodobały mi się zdjęcia jakiegoś lokum, doczytywałam opisy, dowiadując się, że w danym mieszkaniu mogą mieszkać wyłącznie kobiety (lub wyłącznie mężczyźni). Wprawdzie uczelnia oferowała pokoje w prywatnym akademiku, ale nie dość, że były drogie i że musielibyśmy z Maciejem mieszkać osobno, to jeszcze obowiązywała tam "godzina policyjna". Miałam jechać do Turcji, aby cieszyć się życiem i poznawać nowy kraj, a nie martwić się o godzinę powrotu jak Kopciuszek. Załamana po kolejnym dniu bezowocnych poszukiwań powiedziałam do mamy, że nie jadę, bo nie mam gdzie mieszkać.
W nocy nie mogłam zasnąć, wiedząc, że nie udało mi się załatwić najważniejszej kwestii. W głowie kotłowały mi się miliony myśli. Wtem doznałam olśnienia. Na samym początku przygody z załatwianiem wyjazdu, wypytałam wszystkich znajomych z uczelni, czy znają kogoś, kto studiował w Turcji. Dzięki temu poznałam sporo osób i mogłam zdobyć odpowiedzi na mnóstwo pytań. Wtedy brałam pod uwagę wyłącznie Stambuł. Teraz przypomniało mi się, że wśród studentek, z którymi rozmawiałam, była dziewczyna, która wspominała o cudownym Izmirze, za którym tak tęskni.
"My mieliśmy świetne mieszkanie. Jak chcesz, to napiszę do właścicielki, zapytam, czy będzie wolne od stycznia" - odpisała mi Ania po kilku minutach. Kamień spadł mi z serca. Ucieszyłam się, nie wiedząc jeszcze, że to lokum to 200-metrowy, dwupoziomowy apartament nad samym morzem. Potem zobaczyłam zdjęcia mieszkania, które kompletnie nie przypominało tych okropieństw znalezionych na facebookowej grupie. Było nowoczesne, przestronne i naprawdę piękne. Gdy Ania podała cenę, myślałam, że robi sobie żarty. Za mieszkanie w prestiżowej dzielnicy Izmiru, Bostanl?, płaciła 375 euro za miesiąc. Kiedy tydzień później dostałam od niej wiadomość o treści: "Mieszkanie jest wolne na cały semestr letni. Wysyłam kontakt do właścicielki", skakałam z radości. Byłam w siódmym niebie!
Odezwałam się więc do Aynur, Turczynki mieszkającej od lat w Berlinie. Przeprowadziła ze mną szczegółowy wywiad, ustalając, czym się zajmuję, co studiuję i z kim przyjadę. Miałam też wysłać wspólne zdjęcie moje i Macieja. Oczekując na odpowiedź, umierałam z nerwów, na szczęście kilka godzin później przeczytałam: "Zapraszam od stycznia".
Orzeł wylądował
Na miejscu okazało się, że zdjęcia nie oddawały tego, jak wygląda nasze nowe mieszkanie. Ono było jeszcze piękniejsze! Przestronna kuchnia, ogromny salon z jadalnią i loggią, trzy łazienki, a na górze sypialnie. Oczami wyobraźni widziałam już, jak pracuję przy stole w jadalni, a wieczory spędzamy na szarym narożniku ustawionym na środku pokoju. Dywanów było jak na lekarstwo, mieszkanie wyglądało iście europejsko. Akin zaprowadził nas do naszej sypialni, wręczył klucze i pożegnał się, życząc dobrej nocy. Gdy stałam zszokowana na środku największej sypialni, jaką widziałam, zawołał z dołu Macieja. Zaproponował, że jutro może nas podwieźć na uczelnię, bo kompletnie nie znamy miasta. Wybaczyłam mu wówczas to, że chwilę wcześniej totalnie mnie zignorował. Niemniej nadal bałam się o swoją przyszłość. Czy tak będzie zawsze? Czy mężczyźni nie będą zwracać na mnie uwagi? Czy nikt nie będzie ze mną rozmawiał? Czy będę tylko ozdobą dołączoną do Macieja?
Kiedy właściciel zamknął za sobą drzwi, wyruszyłam na zwiedzanie nowego lokum. Na piętrze były trzy sypialnie, nasza była największa, a do tego z wyjściem na balkon i prywatną łazienką. Pozostałe sypialnie należały do córek właścicieli, które w przyszłości mieliśmy poznać. Obejrzałam też drugą łazienkę, w której stała pralka, i trzecią, gościnną na dole, która służyła kotu. Ten zresztą cały czas kręcił się nam pod nogami. O jego istnieniu dowiedziałam się tydzień wcześniej. Aynur powiadomiła mnie, że w domu będzie Rachel, i poprosiła, abyśmy ją karmili.
O północy padliśmy z wycieńczenia. Łóżko było zaścielone świeżą pościelą, a w łazience czekały ręczniki. Chociaż byłam pełna emocji i żądna nowych przygód, jednak zasnęłam, nie mając pojęcia, jak bardzo zmieni się moje życie...
Ben ö?renciyim
Gdy budzik zadzwonił o szóstej rano, boleśnie odczułam turecką zmianę czasu - dwie godziny do przodu... Po odsunięciu grubych, szarych zasłon moim oczom ukazało się miasto, w którym miałam spędzić kolejne miesiące. Izmir dopiero budził się do życia, kolejno gasły latarnie, a słońce nie zamierzało wyłonić się zza chmur. Na tle gór widziałam rząd niskich bloków przedzielonych idealnie ułożonymi chodnikami.
- Boże, jak tu jest pięknie! - krzyknęłam do zaspanego Macieja.
W Polsce była czwarta rano, gdy z zaklejonymi oczami przygotowywaliśmy się na pierwszy dzień nowego życia, życia w Anatolii. Nie mogłam uwierzyć, że wszystko się udało. Za chwilę miałam wejść do innego świata, poznać ludzi z różnych jego krańców i zakochać się w Oriencie. Emocje sięgały zenitu!
Moje rozważania przerwał dzwonek do drzwi. Zgodnie z obietnicą Akin zawiózł nas na uniwersytet. Byliśmy niczym dzieci idące pierwszy raz do szkoły. Mieliśmy białe koszule i przerażenie w oczach, więc wszystko się zgadzało. Akin był bardzo miły, ale tak samo jak wczoraj rozmawiał tylko z Maciejem. Ania wyjaśniła mi już, że w ten sposób wyraża szacunek. Czyli w Turcji tak będzie wyglądał szacunek... Mężczyźni toczyli poważne dysputy o tureckiej polityce i sporcie, a ja wsłuchując się w muzykę płynącą z radia, podziwiałam najpiękniejszą trasę, jaką kiedykolwiek widziałam. Miasto spowijała mgła, spod której wyłaniał się brzeg zatoki. Byłam zachwycona! Przylatując w nocy, nie miałam okazji zobaczyć Izmiru w pełnej okazałości, więc teraz szczerzyłam się z radości na myśl, że takie widoki będę mieć na co dzień. Uniwersytet był oddalony o 15 kilometrów od naszego mieszkania, dlatego miałam pół godziny na podziwianie nowego, tureckiego świata. Akin walczył o przeżycie, wymijając kierowców, którzy robili na drodze, co im się żywnie podobało. Przejeżdżali na czerwonym, stawali na pasach i pędzili jak szaleni. Gdy podjechaliśmy pod bramę z wielkim szyldem, który doskonale kojarzyłam, kamień spadł mi z serca.
A kim wy jesteście?
Zapytał zapewne ochroniarz, patrząc na nas ze zdziwieniem. Wprawdzie zajęcia zaczynały się dopiero tydzień później, ale wszyscy studenci z zagranicy mieli przyjechać już teraz na orientację.
- We are students - tłumaczyliśmy starszemu mężczyźnie, który nie zamierzał przepuścić nas przez bramki odgradzające Uniwersytet Yaşar od świata zewnętrznego.
Minutę później wrócił, pytając:
- Erasmus?
- Yes, sir! Mówimy ci to od dziesięciu minut!
Wreszcie uwierzył, że przyjechaliśmy na studia, i zdecydował, że wpuści nas na kampus. Kartą przetargową były nasze paszporty, które wymieniliśmy na visit card . Byliśmy w szoku, nikt nie uprzedzał nas, że kontrole będą na każdym kroku nawet na uczelni!
Kampus, który od pół roku obserwowaliśmy w internecie, był imponujący. Wyglądał jak uczelnia z amerykańskich filmów. Nowoczesny, zadbany, wręcz wypieszczony. Między drzewami tańczyły fontanny, a idealną murawę zdobiła równo przystrzyżona trawa i egzotyczne rośliny. Nad placem, który przecinaliśmy, szukając budynku Y , powiewała ogromna czerwona flaga wywieszona na wysokim maszcie. Idąc do największego gmachu uczelni, w którym miało się odbyć spotkanie inauguracyjne, mijaliśmy restauracje, boiska, a nawet siłownię.
Gdy wreszcie znaleźliśmy aulę, okazało się, że spotkanie już się zaczęło. Otwierając drzwi, skupiliśmy na sobie uwagę wszystkich studentów, którzy przyglądali nam się z zaciekawieniem. Zajęliśmy miejsca z tyłu i powoli dochodziło do nas, że machina ruszyła. Słuchając rad dotyczących studiów, uczelni i Izmiru, rozglądałam się po auli, próbując odgadnąć narodowość naszych przyszłych znajomych. Pracownicy biura ds. Erasmusa raczyli nas testami sprawdzającymi wiedzę o Turcji, które jako jedyna zdałam na 100 procent. Gdy na tablicy pojawiło się pytanie: "Kto jest autorem piosenki Kiss kiss? ", krzyknęłam: "Tarkan!", a potem zawstydzona wbiłam się w fotel, bo wszyscy zaczęli się na mnie gapić.
- Znasz Tarkana? - zapytała zszokowana Sevcan, szefowa biura.
- Nie tylko znam. Ja go kocham! - odpowiedziałam Turczynce, która prawie zemdlała.
Zostać czy uciekać?
Po dwóch godzinach prowadzący spotkanie zaprosili nas na lunch w pobliskiej restauracji. Wreszcie mieliśmy okazję się poznać. Okazało się, że "erasmusów" z Europy było tylko pięcioro. Nasza dwójka, dwie Czeszki i jeszcze jeden Polak. Reszta studentów przyjechała z Pakistanu i Iranu, co zwiastowało bardzo "imprezowy" semestr, zwłaszcza że każde wspomnienie o alkoholu było poprzedzane przeprosinami kierowanymi do obecnych tam muzułmanów.
Pracownicy uczelni wraz z mentorami zaprowadzili nas do pobliskiego kompleksu apartamentowców, na patio, na którym było mnóstwo restauracji. Mokrzy, bo bez ustanku padał deszcz, zajęliśmy miejsca przy długim stole. Po lewej stronie miałam Macieja, po prawej Pakistańczyka, który nie odważył się spojrzeć w moją stronę. Zza baru wyszło kilku kelnerów, niosąc menu, które wręczyli wyłącznie mężczyznom. Tym samym zostałyśmy pominięte przez obsługę. Spojrzałam na Czeszki, które tak samo jak ja nie kryły zdziwienia. "Boże, co tu się dzieje" - myślałam.
- Maciej, ja chyba nie chcę tu mieszkać - zaczęłam narzekać chłopakowi, który był rozchwytywany przez bliskowschodnich kolegów.
Ceny w restauracji były podobne do tych w Polsce. Wyjątek stanowiły kwoty wypisane przy alkoholach; najtańsze półlitrowe piwo kosztowało w przeliczeniu na naszą walutę 22 złote, a drink prawie 100 ... Wybrałam bezpieczną opcję, zamawiając pizzę, którą dostałam jako ostatnia. Najpierw jedzenie podano wszystkim mężczyznom... Byłam zażenowana, czułam się nieswojo i pisałam do koleżanek, jak mi tu źle.
Gdy wróciliśmy na uczelnię, ekipa ESN , erasmusowej wersji samorządu studenckiego, przedstawiła nam prezentację ukazującą plan na najbliższe miesiące. Pokazywali piękne obrazki: plaże, imprezy i zabytki, które mieliśmy zobaczyć. Na koniec spotkania polecono nam ustawić się w dwóch rzędach i podchodzić każdy do każdego, aby się przedstawić.
O ile dziewczyny niezależnie od narodowości rzucały mi się na szyję, to mężczyźni omijali mnie szerokim łukiem. Okazało się, że nikt nie zwraca na mnie uwagi, za to Maciej cieszył się wielką popularnością. Pakistańczycy przybijali mu piątki, mówiąc: Hi, bro . Jeden z nich wziął go na bok, aby pochwalić go za wspaniałe żarty. Trafiłam do jakiejś innej rzeczywistości, w której kobiety są transparentne. Z przerażeniem patrzyłam w przyszłość i miałam ochotę krzyknąć: co tu się dzieje?!
Światełkiem w tunelu była wycieczka do punktu Vodafona, w którym mentorzy pomogli nam zdobyć tureckie karty SIM - wreszcie mieliśmy odzyskać kontakt ze światem. W salonie nikt nie mówił po angielsku, więc gdyby nie pomoc Turków nie poradzilibyśmy sobie z załatwieniem formalności. Wówczas pierwszy raz usłyszałam o podatku, który płaci się, wwożąc telefon z innego państwa. Po trzech miesiącach nasze telefony miały zostać zablokowane, a my mielibyśmy zapłacić za to, aby znów zadziałały. Ten kraj coraz bardziej mnie zaskakiwał...
Z rozmów ze studentami wywnioskowaliśmy, że tylko my mieszkamy poza osiedlem Bornova, na którym znajdowała się uczelnia, dlatego z szukaniem drogi powrotnej musieliśmy poradzić sobie sami. Próbowaliśmy się dowiedzieć, jak dostać się na Karş?yakę, ale każdy mentor miał inną wizję tego dojazdu. Dotarcie do mieszkania okazało się misją godną "Azji Express"...
Where is Karş?yaka?
Mogłam pytać nawet po polsku i tak nikt by mi nie odpowiedział. Pierwszy dzień w Izmirze uświadomił nam, że ludzie nie mówią tam po angielsku. Gdy pytaliśmy, jak dotrzeć na Karş?yakę, patrzyli na nas jak na kosmitów. Nasze tureckie karty SIM miały aktywować się dopiero za kilka godzin, więc nie mieliśmy ani internetu, ani GPS -u. Byliśmy zdani tylko na siebie, a żeby wydostać się z Bornovy, musieliśmy pierwszy raz skorzystać z metra.
Odbijając Izmir Kart, przeszliśmy przez bramki bezpieczeństwa. Moja bramka zapiszczała, świecąc się na czerwono, co sprawiło, że automatycznie się cofnęłam. Ochroniarz, widząc moje przerażenie, zażartował, że jestem bombowa, i gestem dłoni zaprosił mnie na stację bez żadnej dodatkowej kontroli. Staliśmy na pustym peronie metra, chowając się przed deszczem. Semestr miał zacząć się w przyszłym tygodniu, więc na stacji Bölge nie było żywej duszy. Gdy zapowiedziany po turecku pociąg przyjechał, weszliśmy do niebieskiego wagonu.
Izmirskie metro było najnowocześniejszym i najczystszym, jakie kiedykolwiek widziałam. Sunęło po szynach poprowadzonych przez osiedla i, ku mojemu zaskoczeniu, nie wjechało pod ziemię, dzięki czemu mogliśmy obserwować zmieniający się krajobraz. Nowoczesne budynki wyrastały znad baraków, które "zdobiły" ulice przyklejone do stacji.
Logo ?zbanu, tureckiej kolejki, zobaczyliśmy cztery stacje dalej - na Halkap?nar. Idąc za tłumem, który zebrał się w metrze, próbowaliśmy odnaleźć się na kilkupiętrowej stacji. Wreszcie, znów odbijając Izmir Kart, dostaliśmy się na peron ?zbanu, skąd mieliśmy wyruszyć w stronę domu. Niepokój mieszał się z zachwytem. Uwielbiam kolekcjonować pierwsze razy w nowym mieście, te krótkie momenty, gdy nie wiem, gdzie jestem, gdy gubię się na każdym kroku, ale wiem, że za miesiąc będę znała te miejsca jak własną kieszeń. Obserwowałam ludzi pędzących z ?zbanu na metro i z metra na ?zban. Zastanawiałam się, czy tak będzie wyglądać nasza stała trasa na uczelnię, czy może jesteśmy tu przez przypadek. Nie miałam mapy, nie miałam pojęcia.
Gdy zatrzymaliśmy się na stacji Alaybey, poczułam, że nasze izmirskie życie zatoczyło koło. Dokładnie 20 godzin temu w tym miejscu zaczęła się nasza przygoda. Byłam pewna, że pamiętam drogę do mieszkania, ulicę, którą dotarliśmy na taksówkę. Okazało się jednak, że na razie wszystkie ulice wydawały się nam identyczne. Mijaliśmy krzyczących Turków, którzy sprzedawali uliczne jedzenie, uśmiechnięte babcie ukrywające włosy pod chustą i zabieganych biznesmenów. Wiedziałam, że poprzednio jechaliśmy wzdłuż morza, więc brzeg był naszym punktem odniesienia.
Kompletnie przemoczeni szliśmy promenadą ciągnącą się wzdłuż wybrzeża, nie wiedząc, gdzie jesteśmy. Mimo deszczu byliśmy zachwyceni otaczającym nas światem, zupełnie nieznanym i wzbudzającym coraz większą ciekawość. Niestety, wszelkie próby zamówienia taksówki spaliły na panewce, bo nikt nie chciał przyjąć od nas euro. Wszystko i wszyscy byli na nie. Wycieńczeni usiedliśmy na przystanku tramwajowym, obserwując szaleństwo na tureckiej ulicy: taksówki zatrzymujące się na środkowym pasie, aby odebrać pasażerów, i samochody pędzące na czerwonym świetle.
Gdy straciłam nadzieję, że sami znajdziemy drogę do domu, Maciej zadzwonił do Akina, który nakierował nas na Bostanl?. Okazało się, że wystarczyło wsiąść do tramwaju, który dowiózł nas dosłownie pod blok...
Powiew Orientu
Gdy wysiadałam z tramwaju, przeraził mnie niezwykle głośny dźwięk, który zagłuszył nawet hałas ulicy. Wreszcie się doczekałam! To był ezan, którego nasłuchiwałam przez cały dzień! Mimo ostrzeżeń Erkana nie wybudził nas o piątej nad ranem, chociaż muezzin nawoływał wiernych z minaretu w meczecie ledwie 100 metrów od naszego bloku. Teraz stanęliśmy jak wryci, wsłuchując się w arabskie wersy zachęcające do modlitwy. Na całym osiedlu rozlegały się słowa: Allahu akbar , czyli "Bóg jest wielki", które jednak na mijających nas nie robiły żadnego wrażenia. Myśląc o Turcji, zakładałam, że w momencie, gdy muezzin wyśpiewuje ezan, wszyscy rzucają swoje obowiązki i biegną się modlić. Szokiem było dla mnie to, że nikt nie zwraca na ezan uwagi. Większość Turków nie rozumie słów płynących z wszechobecnych meczetów. Wezwanie jest w języku staroarabskim, który Turcy znają tak jak my, czyli wcale.
Turyści odwiedzający Turcję słysząc Allahu akbar , zakładają, że ezan jest modlitwą. Nic bardziej mylnego, to dopiero wezwanie do modlitwy, które niesie się nad Turcją pięć razy dziennie. Pierwsze przed wschodem słońca ( fadżr ), drugie w południe ( zuhr ), trzecie po południu ( asr ), czwarte po zachodzie słońca ( maghrib ) i piąte, ostatnie w pierwszej połowie nocy ( isza ). Godziny wezwań nie są stałe, zależą od wschodu słońca. Mój pierwszy ezan wzywał wiernych do modlitwy po zachodzie słońca. Słysząc trzykrotnie powtórzony dźwięk zwiastujący koniec wezwania, poczułam dreszcze. To był powiew prawdziwego Orientu. Uświadomiłam sobie, że tak będzie wyglądać moja codzienność. Codzienność, w której dzwony zastąpił ezan.
Wsiąkamy w tureckość
Poranne słońce zalało sypialnię, w której buszowała szara kotka - Rachel, nieodstępująca mnie na krok. Uniosłam powieki, wciąż nie dowierzając, że obudziłam się w Turcji. Widok za oknem był imponujący, a dodatkowo odkryłam, że leżąc na łóżku, mogę podziwiać góry iskrzące się w słońcu. Z kolei otwierając okno w kuchni, zwróciłam uwagę kotów koczujących pod klatką, ale bardziej od nich ciekawiło mnie coś innego: morze! Patrząc na prawo, zobaczyłam morze! Morze, o którym marzyłam całe życie, było dosłownie na wyciągnięcie ręki. Na chwilę zapomniałam o różnicach kulturowych, które zaskoczyły mnie dzień wcześniej, i poczułam ogromną wdzięczność, że jestem w miejscu z moich snów. Bo tak nazwałam Izmir: miasto z moich snów. Nie mogłam się doczekać, aż zacznę je odkrywać.
Bazar to Turcja w pigułce
O słynnym bazarze na Bostanl? słyszałam od kilku miesięcy. Gdy dowiedziałam się, że będziemy mieszkać pięć minut od niego, skakałam z radości. W pierwszy wolny dzień wybraliśmy się więc na bazar, chcąc zobaczyć, czym od lat zachwycają się turyści odwiedzający Turcję. Ciepłe słońce sprawiło, że zimowy płaszcz porzuciłam na rzecz cienkiej kurtki, kozaki zaś zamieniłam na espadryle. Dokładnie tak wyobrażałam sobie życie w Turcji, dnie ciepłe mimo zimy i słoneczne mimo stycznia.
Znalezienie bazaru było banalnie proste, wystarczyło iść tam, skąd wracały kobiety niosące worki pełne zakupów. Pod blaszanym dachem Bostanl? Pazar kłębiły się tłumy Turków przeciskających się pomiędzy dziesiątkami straganów. Stanęłam jak wryta, mapując nowe miejsce. Nad moją głową wisiały koszulki z logo europejskich klubów, przede mną stał rząd przeciętych na pół manekinów, na które naciągnięto getry o różnych wzorach. Pod nimi latały majtki przerzucane przez kobiety szukające dobrego rozmiaru. Nie zdążyłam rozejrzeć się dookoła, bo od razu zaczepił mnie sprzedawca oferujący koszulki. Zszokowana odpowiedziałam, że dziękuję, ale ten nie odpuszczał. Maciej pociągnął mnie dalej, w kierunku jedzenia.
Obejście całego bazaru zajęło nam prawie godzinę. Ze świata majtek i koszulek przeszliśmy do królestwa podrobionych okularów i torebek najsłynniejszych włoskich i francuskich marek. Północną ścianę bazaru zdobiły paski w rozmiarach dochodzących do 10 XL . Z bólem serca mijałam stragany z torebkami Louis Vuittona w wariantach nieznanych nawet projektantom. Obiecałam sobie, że gdy tylko zdobędę gotówkę, kupię wielką brązową torbę wycenioną na równowartość 60 złotych. W Turcji pierwszy raz zetknęłam się ze światem podróbek, które początkowo kusiły mnie niskimi cenami. Później w każdą środę przebierałam w górach plastikowych torebek z logo Gucciego, Diora czy Armaniego. Na potęgę kupowałam podróbki, które rozpadały się w momencie dotarcia do Polski. Byłam młoda, niedoświadczona i żądna marek, które w oryginale kosztowały tyle, ile wynosiło moje stypendium. Dziś już nawet nie spoglądam w stronę tysięcy butów, pasków, torebek, koszulek, okularów i perfum zagracających tureckie bazary. Nim jednak otrzeźwiałam, naznosiłam do domu niepotrzebne rzeczy, których nie potrafiłam sobie odmówić.
W centrum Bostanl? Pazar znajdowały się stoiska z żywnością. Nawoływali do nich sprzedawcy skaczący po stołach, wykrzykujący słowa w obcym języku. Odpierałam wszelkie próby zaciągnięcia mnie do idealnie ułożonych pomarańczy, pomidorów i truskawek. Chciałam zobaczyć bazar w całej okazałości, dlatego uciekaliśmy od natarczywych kupców. Dzięki temu doszliśmy do południowego krańca targowiska, gdzie rządziły oliwki, ryby i nabiał.
Każdy metr kwadratowy wypełniony czy to jedzeniem, czy to tekstyliami miał inny zapach: od słodkich perfum przez aromat soczystych pomarańczy krojonych na oczach klientów po ostre nuty przypraw, świeżych oliwek i ryb. Zostaliśmy wpuszczeni do tureckiego świata, na bazar, na który nie docierali turyści, gdzie nikt nie mówił po angielsku, a ceny były podane wyłącznie w lirach. Bazar, który w środę odwiedzali wszyscy okoliczni mieszkańcy i który na zawsze zostanie w mojej pamięci. Oczarowana jego bogatym asortymentem zapragnęłam zrobić pierwsze tureckie zakupy. I wtedy pojawił się problem...
Nie masz lir, nie płacisz
Biorąc pod uwagę turystyczną popularność Turcji, myślałam, że kantory będą tu na każdym kroku. Jednak na miejscu odkryłam, że Izmir nie jest kurortem, tylko prawdziwym tureckim miastem, bez wszechobecnych szyldów w języku rosyjskim i ułatwień dla przybyszów z zagranicy. Życie toczyło się zgodnie z tureckim pojmowaniem czasu, a mieszkańcy byli wielce zaskoczeni, że jesteśmy obcokrajowcami, którzy zechcieli zamieszkać tutaj, a nie w Antalyi czy Stambule.
Chcąc zrobić jakiekolwiek zakupy, potrzebowaliśmy lir. Jeszcze będąc w Polsce i widząc kurs tureckiej waluty, zdecydowaliśmy się wymienić jedynie 10 euro na początek, resztę planowaliśmy załatwić na miejscu. W Turcji zaś okazało się, że wymienienie europejskiej waluty na liry graniczy z cudem, a bankomaty odrzucają nasze polskie karty. Kiedy poszliśmy szukać pomocy w banku, kasjer poprosił nas o paszporty, których nie mieliśmy. Zawiedzeni niepowodzeniem, weszliśmy do osiedlowego Starbucksa, gdzie wreszcie mogliśmy zapłacić kartą. Sernik, który zdobi polskie witryny amerykańskiej kawiarni, zastąpiono tam mozaik kek, ciastem podawanym w kawałkach o kształcie trójkąta, znanym u nas jako blok czekoladowy. Jedliśmy więc nasze pierwsze śniadanie na tureckiej ziemi, siedząc w środku zimy przy stoliku ustawionym w kawiarnianym ogródku. Grzaliśmy blade twarze w słońcu. Obserwując lokalsów krążących wokół bazaru, zdecydowaliśmy, że ostatnie liry wydamy na owoce i warzywa, o których dwa dni wcześniej, w zaśnieżonej Polsce, mogliśmy tylko pomarzyć.
Słodka styczniowa truskawka
Maciej wyszperał 40 lir, które wówczas były warte prawie 40 złotych. Wpadłam w wir tureckiego świata zakupów, w który wciągnęli mnie nawołujący sprzedawcy. Widząc moje niezdecydowanie, prowadzili mnie do swoich straganów, pokazując idealnie ułożone owoce i warzywa. Zaczęliśmy od pięknych, czerwonych i pachnących pomidorów, kosztujących jedyne 2 złote za kilogram! W porównaniu do cen w Polsce w Turcji wszystko było śmiesznie tanie.
Zważywszy na to, że wylądowaliśmy w królestwie pomarańczy, te soczyste owoce były kolejnymi przysmakami, na zakup których dałam się namówić. Jeden ze sprzedawców, zdeterminowany, by coś nam sprzedać, przerwał na chwilę wykrzykiwanie reklamy przez megafon, aby poczęstować nas truskawkami, gruszkami i bananem. Odmowa nie wchodziła w grę, ale gdy próbowałam odejść, gonił mnie po alejce, więc musiałam do niego wrócić. Skusiłam się na idealnie wyglądające truskawki, które zdobiły jego stoisko. Szybko przekonałam się, że na tureckich sprzedawców nie działają prośby o zakup na sztuki, zawsze ładują mi kilogram danego towaru. Ostatnim produktem, do którego zakupu zostaliśmy niejako zmuszeni, były oliwki. Popełniliśmy błąd, wyciągając ręce do sprzedawcy, który częstował klientów swoimi wyrobami. Wcisnął nam pół kilo ociekających oliwą zielonych owoców, na których przyrządzenie nie miałam nawet pomysłu. Tak wydaliśmy swoje pierwsze tureckie pieniądze i wróciliśmy do domu z pachnącymi truskawkami, pomidorami, pomarańczami i oliwkami.