1
POWSTANIE MANCO INKI
Ameryka konkwistadorów była chaosem krwi i grabieży.
Rufino Blanco Fombona
NIESPOKOJNY DUCH BRATA ATAHUALPY
Nie posób nie rozpocząć opowieści o największym indiańskim Dojowniku od pierwszego aktu walki Inków o niepodległość- konfrontacji w latach 1536-1537 u stóp Cuzco, a wzasadzie pod Sacsahuamán, choć de facto twierdza ta wznosi się raczej nad miastem. Zanim do niej doszło, oprócz ogólnego chaosu politycznego, w najlepsze trwał powolny upadek gospodarki, ponieważ lud - korzystając chwilowo z nagromadzonych przez Inków zapasów - niechętnie zabierał się do obróbki pól. Encomiendom jednak nie podlegali wszyscy bez wyjątku Indianie, lecz tylko ci, którzy zamieszkiwali terytoria podarowane zdobywcom. Trudno jednak twierdzić, iż resztę spotkał los o wiele lepszy. Hiszpanie obyczajem wszystkich zaborców uważali ich za gorszych od siebie i bez skrupułów eksploatowali ich wszelkimi możliwymi sposobami.
Aby zahamować regres gospodarczy i przywrócić porządek w kraju, Francisco Pizarro postanowił, w miejsce straconego Atahualpy, mianować nowego władcę Inków. Prawowitym kandydatem na to stanowisko był niewątpliwie Manco, syn Huayna Capaca i rodzony brat Huascara. Ponieważ jednak Pizarro - najsłynniejszy chyba w historii świniopas-analfabeta - nie znał bliżej tego kandydata i jego poglądów, wybór padł na brata zabitego monarchy, Toparcę. Założyciel Limy, w otoczeniu przedstawicieli warstwy szlacheckiej, osobiście ozdobił jego czoło szkarłatną opaską i młody władca przyjął hołd swoich indiańskich wasali, któ- rzy uczynili to bez niechęci, ponieważ większość Indian przebywających w obozie hiszpańskim była zwolennikami straconego monarchy i wrogami Huascara
.
Jednak Toparca zmarł wkrótce, a niedługo potem przed obliczem Francisco Pizarra stanął prawowity następca tronu Manco, który wystąpił z propozycją przywrócenia mu władzy, zapewniając, że uzna Hiszpanów za swoich zwierzchników i protektorów. Estremadurczyk przyjął go bardzo przychylnie, widząc w tej ofercie ułatwienie dla przeprowadzenia swoich planów i zaręczał mu wielokrotnie - co zakrawało na kpinę - że przysłany został do kraju przez króla hiszpańskiego celem przywrócenia władzy prawowitemu władcy i ukarania winnych. Młody monarcha był oczywiście wielce zadowolony z osadzenia go na tronie i koronowania świętą frędzlą, która u Inków stanowiła symbol najwyższej władzy. Szybko jednak zorientował się, iż sam w sobie nie jest panem, lecz jedynie marionetką zmuszoną słuchać rozkazów zdobywców. Ambicja i niespokojny duch miały pchnąć go na drogę buntu.
Zanim w Cuzco nastały rządy Hernanda Pizarra, Manco zwrócił się do markiza z prośbą o przywrócenie mu faktycznej władzy nad ludem, na co oczywiście otrzymał odpowiedź odmowną. Ambitny władca opuścił wówczas Cuzco z zamiarem zorganizowania powstania. Na skutek zdrady wojowników Ca?ari jego ucieczka została jednak wykryta i Manco został sprowadzony do stolicy w kajdanach. Od tego momentu Hiszpanie zrezygnowali z wszelkich prób pojednawczych zachowań wobec swoich inkaskich "sojuszników" - choć jeszcze kilka miesięcy wcześniej w wyprawie do Chile 500 białym towarzyszyła ponoć dwunastotysięczna armia pod dowództwem brata Inki Paullu oraz najwyższego kapłana Villac Umu
. Szczególnym bestialstwem wykazywali się przyrodni bracia pogromcy Atahualpy:
Juan i Gonzalo Pizarro potraktowali haniebnie jego i możnych, którzy mu towarzyszyli, zakuwając go w kajdany i trzymając w więzieniu. Tam strażnicy pluli mu w twarz i oddawali na nią mocz, ukradli mu szaty i to, co miał przy sobie, nazywali go psem i grozili, że spalą żywcem, jeśli nie powie im, gdzie schował złoto
.
Powyższa relacja indiańskiego świadka nie pozostawia złudzeń, a potwierdza ją list Pedro de O?ate i Juana Gómeza de Malavera do cesarza Karola V, w którym napisali, że Manco:
skarżył się też, że Pedro del Barco i Gómez de Mazuelas, którzy są encomenderos tego miasta, i Alonso de Toro, i Pantielde Salina, Alonso de Mesa, Pedro Pizarro i Solares, również encomenderos tego miasta, oddawali na niego mocz, kiedy był w niewoli, i zapaloną świecą spalili mu brwi
.
Gdy Hernando Pizarro przybył do Cuzco i dowiedział się o wypadkach, zachował się wobec Indian dziwnie łagodnie, a uwięzionego władcę kazał uwolnić. Manco skorzystał z jego przyjacielskiego nastawienia i postanowiłzrealizować swój plan, o czym pisał inny z Pizarrów - Pedro:
Mango Ynga spędził na wolności parę dni i poprosił Hernanda Pizarra o zezwolenie, żeby pójść i przynieść człowieka ze złota, który był zakopany w pewnym miejscu. Gdy Hernando Pizarro mu zezwolił, Mango Ynga poszedł i wrócił po ośmiu dniach, przynosząc niewielkiego długouchego zrobionego ze złota, pustego w środku, wysokiego na pół sążnia, i dał go Hernando Pizarrowi. Po paru dniach powtórnie poprosił o pozwolenie, stwierdzając, że chce iść po innego Indianina z litego złota, o którym mówił, że jest w Yucay. Otrzymawszy pozwolenie poszedł i nie wrócił, a oprócz tego podburzył kraj, tak że Indianie i długousi, jacy jeszcze byli w Cuzco, i mamacona, poszli za nim
.
Wybuch powstania zaplanowano tak, by zbiegło się ze świętami Wielkiej Nocy. Manco uciekł z aresztu 18 kwietnia 1536 roku, na początku Wielkiego Tygodnia, i skierował się na północ, do Świętej Doliny. Na polecenie Manco armia inkaska miała się zgromadzić w Calca, leżącym zaledwie 24 km w linii prostej od Cuzco. Zważywszy na sprawność, z jaką Hiszpanie zbierali informacje wywiadowcze oraz na liczbę indiańskich donosicieli, miejsce zbiórki wyznaczono niebezpiecznie blisko. Ostatecznie doszło jednak do kolejnej zwłoki, ponieważ przedłużał się okres nerwowego oczekiwania na przybycie oddziałów z dalej położonych regionów.
Jak twierdzi historyk Felipe Guamán Poma de Ayala w swoim opracowaniu Nueva corónica y buen gobierno,prócz brutalnego traktowania i szyderstw wobec Inków oraz molestowania ich żon i córek, kluczowym czynnikiem, który przyczynił się do wybuchu powstania, było zabójstwo kilku lojalnych inkaskich wodzów: "Powstańcy działali w obronie swoich należnych im praw". Znamienne w tym kontekście jest pewne zdarzenie, do którego doszło, gdy Manco zgodził się na rokowania i wyznaczył miejsce spotkania. Murzyński emisariusz posłany do niego z bogatym podarunkiem został w drodze zabity przez Indian.
Trudno z całkowitą pewnością stwierdzić, czy stało się to z rozkazu Inki, czy też doszło do niesubordynacji jego podkomendnych. W każdym razie Francisco Pizarro takiego policzka nie puścił płazem. Polecił wychłostać jedną z pojmanych żon indiańskiego władcy, a następnie nagą powiesić na drzewie, tak aby sprzymierzeńcy z plemienia Ca?ari mogli wykazać się celnością oka. "Podziwu godna rzecz - pisał Pedro Pizarro - aby kobieta nie skarżyła się, ani nie krzyczała, ani nie zmieniła wyrazu twarz mimo bólu, ran i śmierci!"
.
Czy Manco Inka, potomek potężnego Manco Capaca, tego samego, który wyprowadził swoje plemię z Tamputocco i założył miasto Cuzco, wyobrażał sobie, że stanie na czele nowej świętej sprawy? Mógł wierzyć w powtarzanie się historii, co sugeruje pełen natchnienia zapał w jego pierwszych poczynaniach. Zadał sobie trud przeniesienia złotych mumii swoich przodków oraz zabrał ze sobą liczną reprezentację kapłanów i Dziewic Słońca, dzięki którym chciał zachować rzemiosła i wiedzę inkaskiej cywilizacji, związane z kultem słonecznym.
Wreszcie nadszedł, jego zdaniem, właściwy czas. Na początku maja wydano sygnał i Inkowie powstali przeciw Hiszpanom, atakując Cuzco, gdzie bracia Pizarro dysponowali 170 żołnierzami oraz tysiącem indiańskich sprzymierzeńców - członków świty andyjskich możnowładców, którzy walczyli po stronie Hiszpanów. Oddziały Manco, liczące zapewne kilkadziesiąt tysięcy ludzi, rozłożyły obóz na wzgórzach otaczających miasto, do którego Manco odciął dopływ wody; polecił też spalić wszystkie budynki wokół pałacu. Wkrótce słomiane dachy wspaniałych królewskich mauzoleów, świątyń i sanktuariów stanęły w płomieniach.
KRÓLEWSKIE MIASTO CUZCO
Położone w głębokiej kotlinie Cuzco jest miastem krętych uliczek, tysiąca ostro pnących się pod górę schodów, pokrytych morzem czerwonych dachówek. Przed wiekami były tu wyłącznie słomiane strzechy, tyle że na domach co znaczniejszych Inków przetkane pasmami czystego złota. Otoczone monumentalnymi górami Cuzco zachowało po dziś dzień charakter inkaskiej metropolii, mimo że w ciągu czterystu lat narosła europejska kolonialna patyna, inkrustowana ostatnio współczesnym budownictwem. Archeolodzy stwierdzają dziś, że w ogóle wszystkie kolonialne gmachy Cuzco zostały wzniesione na solidnych fundamentach indiańskich domostw.
Wysokie, sięgające niekiedy dwóch metrów inkaskie zręby odróżniają się od swojej kolonialnej nadbudowy architekturą ściśle przylegających do siebie głazów, zespolonych w sposób doskonały przez indiańskich mistrzów. Budowali oni domy, pałace i świątynie układając głaz na głazie, nie używając przy tym żadnej murarskiej zaprawy, żadnego spoiwa. Jednym z cudów tego budownictwa jest dwunastokątny kamień idealnie wprawiony w mur pałacu Inki Roca - Szóstego Inki. Do dziś sztuka kamieniarska wzbudza wśród chłopów niekłamany podziw i niedowierzanie, że ich przodkowie potrafili tak wykuwać skałę mimo braku żelaznych narzędzi. Stąd właśnie biorą się próby ludowego wyjaśniania dawnych umiejętności indiańskich znajomością magii i czarów. Wystarczyło zamoczyć w czarce wypełnionej czerwono barwionym wywarem z jakiejś dzikiej rośliny zwykły sznurek, a następnie przyłożyć go do skały w kamieniołomie tak, aby zaznaczył się na niej pożądany kształt bloku. Na skutek działania nadprzyrodzonych mocy można było już po chwili z łatwością oddzielić od podłoża kamienną kostkę lub płytę o idealnie wyrównanych krawędziach. Wraz z wymarciem Inków zaginęła także tajemnica wywaru rozpuszczającego najtwardsze skały
.
W latach rozkwitu, w czasach Inków, Cuzco liczyło około 200 tysięcy mieszkańców i liczbę tę przekroczyło ponownie dopiero w latach 90. ubiegłego stulecia. Do wzniesienia centrum miasta Inkowie potrzebowali dwudziestu lat i pracy 50 tysięcy ludzi. Nadali oni miastu niezatarty kształt architektoniczny, budując je z pięknie ciosanych i szlifowanych kamieni. Ta polityczna i religijna stolica Imperium Inków - państwa Tawantinsuyu - była świętym miejscem dla milionów starożytnych Peruwiańczyków. Znany pisarz peruwiański Gustavo Valcárcel daje następujący obraz swego rodzinnego miasta - w przeszłości i teraźniejszości:
Cuzco - "stolica królów i prowincji Peru" jak je nazywano w hiszpańskich kronikach z wieku XVI i XVII - jest najważniejszym pod względem archeologicznym miastem Nowego Świata. Dokładnej daty powstania Cuzco nikt jeszcze nie ustalił, niemniej wiadomo, że założył je w XI wieku mitologiczny władca Inków - Manco Capac. Miasto znajduje się na wysokości 3355 m, w odległości około 800 km od wybrzeży Pacyfiku, wśród szczytów południowo-wschodnich rozgałęzień andyjskich Kordylierów. W języku keczua, który był językiem Inków i którym mówi obecnie poważna część Indian peruwiańskich i boliwijskich, Cuzco znaczy "pępek"
.
O wyniku oblężenia Cuzco przez wojska Manco miała rozstrzygnąć bitwa o twierdzę Sacsahuamán, ogromną inkaską fortecę z potężnymi wieżami, stojącą u wylotu doliny, dzięki której Inkowie trzymali miasto w garści. Sacsahuamán otaczały trzy rzędy murów, biegnące ostrymi zygzakami. Taka konstrukcja sprawiała, że szturmujący mieli zawsze obrońców i przed sobą, i za plecami. Gdyby rebelianci zdołali utrzymać fortecę do nadejścia posiłków, klęska Hiszpanów byłaby tylko kwestią czasu. Pizarrowie musieli zatem jak najszybciej przełamać oblężenie Cuzco prowadząc straceńczy atak na fortecę, w wyniku którego w zaciętej walce wręcz zginął Juan Pizarro (został pochowany potajemnie, by Inkom nie dodała otuchy wieść o jego śmierci).
Obie strony natomiast głośno wspominały inkaskiego generała, który dowodził obroną fortecy. Nazywał się prawdopodobnie Titu Cusi Huallpa i miał pod swoją komendą od 1500 do 3000 wojowników. Inkaski generał, który dobrze władał hiszpańskim mieczem, przysiągł walczyć aż do śmierci i według hiszpańskich żołnierzy dokonywał cudów odwagi "godnych Rzymianina"
. Trudno o większy hołd dla Indianina, wyrażony przez hiszpańskiego rycerza z XVI wieku, akcentujący jego niezachwianą godność oraz postawę fizyczną i moralną:
Chodził z jednej na drugą stronę wieży przeszkadzając Hiszpanom, którzy chcieli na nią wejść po drabinach i zabijając Indian, pragnących się poddać. Sądzę, że zabił ponad trzydziestu Indian, którzy się poddawali i usiłowali opuścić się z wieży, waląc ich pałką po głowach i rozbijając im je na kawałki. (...) Indianie, których długouchy miał ze sobą, byli znużeni i osłabieni, a walczył jedynie on. (...) widząc, iż zdobyto jego twierdzę, porzuciwszy broń przykrył głowę i oblicze kocem (których oni używają jako płaszczy), rzucił się z wieży mającej ponad pięćdziesiąt sążni i roztrzaskał się na miazgę
.
Najstraszniejszą bronią Indian była proca - płytki woreczek z dwoma sznurkami. Procarz wkładał do niego kamień, ujmował sznurki za wolne końce, nadawał im ruch wirowy i we właściwym momencie puszczał jeden sznurek. Z zapisków awanturnika rodem z Andaluzji, Alonsa Enriqueza de Guzmána, wiemy, że wprawny strzelec był w stanie wypuścić kamień "z taką siłą, że może zabić konia (...). Widziałem, jak taki pocisk łamie klingę miecza trzymanego przez mężczyznę stojącego o trzydzieści kroków dalej"
. Inkowie wprowadzili budżcą przerażenie innowację w użyciu proc: podgrzewali kamienie w ogniskach, owijali w nasączone żywicą bawełniane szmatki i miotali na wroga. Bawełna zapalała się w locie - i nagle z jasnego nieba spadał ognisty deszcz. W ten sposób obrócili okupowane przez Hiszpanów Cuzco w zgliszcza.
Na swoje nieszczęście Inkowie mieli za mało europejskiej broni i tylko niewielu wojowników potrafiło się nią skutecznie posługiwać. Trzeba pamiętać, że już od końca XV stulecia hakownice i rusznice coraz częściej zastępowane były przez doskonalsze arkebuzy, choć geneza tej ostatniej broni jest niejasna. Nie sposób dokładnie określić, kiedy właściwie pojawił się arkebuz. Wiadomo jednak, że w roku 1512 przy oblężeniu Brescii, o czym pisał Lojalny Sługa
, obrońcy "poczęli strzelać ze swych dział i arkebutów [sic!], a pociski leciały gęsto jak rój much"
. To arkebuzy, nie zaś bombardy i kolubryny unicestwiły dawną jazdę. Artyleria przywiodła niegdyś do upadku twierdze oraz, na pewien czas, uczyniła bezbronnymi miasta, ale to pocisk z arkebuza zabił w 1524 roku nieustraszonego, rozsławionego przez romanse rycerskie francuskiego bohatera kampanii włoskich Karola VIII, Ludwika XII i Franciszka I - Pierre'a du Terrail de Bayarda.
Na przełomie XV i XVI wieku arkebuz to broń z zamkiem lontowym, lżejsza od hakownicy, ale doskonalsza od rusznicy - z dłuższą i bardziej wytrzymałą lufą oraz większą donośnością strzału. Około 1520 roku Hiszpanie zwiększyli kaliber i ciężar arkebuza do parametrów dotychczasowej hakownicy i zaopatrzyli nową broń w widełkową podpórkę - forkiet. W ten sposób stało się możliwe używanie w polu tak ciężkiej, ale zarazem bardzo skutecznej nowej broni. Jej ciężar sięgał 8-10 kilogramów. Długa mocna lufa miała kaliber 20-23 mm i strzelała kulą o wadze 50-60 gramów na odległość 100-200 metrów.
Pociski przebijały każdą ówczesną zbroję płytową, odporną dotychczas na strzały z łuku, bełty kuszy oraz kule arkebuza. Broń taka, nazywana niekiedy muszkietem, zasłynęła skutecznością w bitwie pod Pawią w 1525 roku. Muszkieterzy hiszpańscy, strzelając celnie zza drzew, powstrzymali szarżę jazdy francuskiej i umożliwili natarcie własnych pikinierów, co doprowadziło do klęski Francuzów. O celności i skuteczności ognia tych wczesnych muszkietów świadczy odnotowany w kronikach fakt, że w bitwie pod Pawią hiszpańscy strzelcy dwadzieścia razy trafili w żelazny naczółek zbroi konia króla Franciszka I
.
W rezultacie Francuzi pomnożyli liczbę swoich strzelców (jeden arkebuzer na dwu pikinierów). Książę Alba Fernando Alvárez de Toledo poszedł jeszcze dalej i podzielił swoją piechotę w Holandii na dwie równe grupy: tyluż arkebuzerów co pikinierów. W Niemczech w roku 1576 relacja ta wynosiła 5 pik na 3 arkebuzy. W istocie nie można było zrezygnować z piki, królowej broni - jak mówiono jeszcze w XVII wieku, ponieważ obsługa arkebuza trwała niesłychanie długo: trzeba go było oprzeć na forkiecie, załadować, podpalić lont. Nawet gdy arkebuz został zastąpiony przez muszkiet, król szwedzki Gustaw II Adolf zachował jeszcze jednego pikiniera na dwu muszkieterów. Zmianę umożliwiła dopiero fuzja, czyli ulepszony muszkiet, wynaleziona w 1630 roku, wprowadzona w armii francuskiej w 1703 roku
.
Jednak nową ciężką broń można było wykorzystywać tylko wówczas, gdy strzelcy umieszczeni byli za przeszkodami lub zasłonami terenowymi; w otwartym polu przy małej szybkostrzelności narażeni byli na rozbicie przez atakującą jazdę. Dzięki udoskonaleniom w konstrukcji broni palnej, większym możliwościom ogniowym wraz ze wzrostem użycia tego rodzaju oręża, w ciągu XVI wieku zaszły znaczące zmiany w taktyce walk, choć trudno z całą pewnością stwierdzić, że Hiszpanie amerykańscy wykorzystywali te nowinki. Początkowo, zgodnie z doświadczeniami z poprzedniego stulecia, decydującą, ofensywną siłą piechoty byli pikinierzy. Strzelcy-arkebuzerzy otaczali kilkuszeregowym wieńcem czworoboki pikinierów.
W bitwie strzelcy prowadzili ogień do przeciwnika, osłabiając go, a przed decydującym uderzeniem pikinierów usuwali się na boki i na tyły szyku. W kolejnych dziesięcioleciach XVI wieku stopniowo wzrastała liczba strzelców Na przykład hiszpańska piechota ustawiona była następująco: środek szyku stanowił czworobok złożony z 1600 pikinierów, wokół czworoboku "opaska" złożona z 7-8 szeregów arkebuzerów (1400), na narożnikach czworoboku - "bastiony-rękawy"liczące po 50 muszkieterów, przeznaczonych do osłony ogniowej tego słabego miejsca szyku, szczególnie przed atakami jazdy
.
Warto nadmienić, że właściwym twórcą hiszpańskiej piechoty i jej późniejszych sukcesów był Gonzalo Fernández de Córdoba - zwycię- ski wódz Ferdynanda Aragońskiego w bitwie o Neapol. Legendarny El Gran Capitán uzbroił ją podczas wojen w Italii w piki i arkebuzy: każda z dziesięciu kompanii posiadała 200 pik, 200 mieczy i 100 arkebuzów, zaś dwie pozostałe wyłącznie piki; jednostka tercio - składała się z 12 kompanii po 500 żołnierzy, dając legion o sile 6 000 ludzi; legiony te przyjmowały nazwę od miejsca pierwotnych kwater głównych: Neapol, Sycylia, Lombardia i Malaga
.
Ogromna przewaga, którą dzięki koniom mieli Hiszpanie, umknęła uwagi naocznych świadków. A przecież jeźdźcy mogli dopędzać piechurów i ich zabijać, z łatwością też prześcigali indiańskich zwiadowców, zanim ci zdążyli ostrzec swe oddziały. Szok wywoływany szarżą kawaleryjską, zwrotność koni umożliwiająca szybki atak, a także bezpieczeństwo i skuteczność walki z końskiego grzbietu sprawiały, iż w otwartym polu piesi żołnierze stawali się niemal bezbronni. Użycie koni wiązało się więc nie tylko z piorunującym wrażeniem, jakie zwierzęta wywierały na żołnierzach walczących z nimi po raz pierwszy. Ale już przed wybuchem wielkiego powstania w 1536 roku Inkowie opanowali sposób walki z kawalerią. Zaczajali się na hiszpańskich jeźdźców i zabijali ich w wąwozach, o czym wspomina w swojej relacji Pedro Pizarro:
Pedro del Barco szedł dalej z ludźmi, nie widząc żadnego Indianina, gdyż wszyscy byli ukryci w zasadzce. Na zboczu, na złym przejściu, miejscami musieli iść na czworakach, trzymając się rękoma, aby nie spaść. Gdy przeszło już trzydziestu lub czterdziestu Hiszpanów, Indianie zrzucili ze zbocza góry, gdzie się schowali, wielką ilość lawin. Lawiny są to wielkie kamienie, które Indianie rzucają, aby staczając się z wysokości z wielką furią, rozbijały w kawałki wszystko, co im stanie na drodze.
Gdy zrzucili owe lawiny, porwały one pięciu Hiszpanów i roztrzaskały na kawałki, wrzucając ich do wody. Ci, co przeszli naprzód i weszli w las, natknęli się na mrowie wojowników, obrzucających ich włóczniami. Gdyby nie znaleźli wąskiej ścieżki, którą rzucili się do rzeki, zostaliby wszyscy zabici, bo nie mogli poradzić sobie z Indianami ukrytymi w lesie. W ten sposób zostało zranionych wielu Hiszpanów i pięciu zabitych
.
Jednakże Inkowie, podobnie jak inni piechurzy, nigdy nie pobili kawalerii w otwartym terenie. W 1536 roku Quizo Yupanqui, najlepszy z generałów władcy Manco, obległ Hiszpanów w Limie, a następnie próbował szturmem zdobyć miasto. Nagle dwa szwadrony kawalerii uderzyły na rozlokowane na równinie przeważające siły Indian, zabijając podczas pierwszego natarcia Quizo i wszystkich dowódców, a później gromiąc jego armię. W podobnej szarży 26 jeźdźców rozbiło w puch doborowe oddziały dowodzone przez samego władcę Inków Manco, kiedy oblegał on Hiszpanów w Cuzco
.
Hiszpanie przypuścili szturm, z czterech różnych miejsc, korzystając z drabin oblężniczych, po których wspinali się hiszpańscy konkwistadorzy w pełnym uzbrojeniu, wspierani przez indiańskich wojowników. Ostatecznie napór atakujących okazał się dla obrońców zbyt silny i szturmujący wdarli się z dwu stron na szczyt wieży. Twierdza padła ostatecznie pod koniec maja 1536 roku. Indianie oblegali Cuzco jeszcze przez wiele miesięcy, choć sytuacja oblężonych poprawiła się nieco od tego momentu, ponieważ mogli korzystać z plonów pól, uprawianych między miastem a twierdzą.
Zdaniem Rudolfa H. Noconia wprowadzanie do walki oddziałów konnicy umożliwiała Hiszpanom tradycyjna taktyka wojenna Indian, której podstawą były ataki masowe, przeprowadzane cyklicznie przy pełni księżyca. Ponadto krajowcy atakowali na ogół w zgęszczonym szyku bojowym, co niemal zupełnie paraliżowało swobodę ruchów, potrzebną do właściwego użycia broni wobec kawalerii. Przy nowiu księżyca natomiast, gdy ciemności uniemożliwiały wprowadzenie do akcji oddziałów konnych, Indianie organizowali uroczystości wojenne i nie wykorzystywali swych wcześniejszych sukcesów czy udogodnień strategicznych. Z czasem Hiszpanie odkryli ten sposób prowadzenia walki, co przynosiło im korzyści.
Inną przyczyną niepomyślnego dla Indian rozwoju wypadków była zbyt wielka liczba oblegających, wśród których byli nie tylko wojowni- cy, lecz także kobiety i dzieci. Wyżywienie tego wielotysięcznego tłumu wymagało ustawicznego zwalniania licznych grup rolników z obowiązku uczestniczenia w walce, aby mogli kontynuować prace na roli oraz inne czynności gospodarskie. Tego rodzaju dwutorowość wpływała niepomyślnie zarówno na przebieg prac rolnych, jak i działania wojenne. Hiszpanie bardzo często rabowali lub niszczyli plony, zaś schwytanym rolnikom odcinali prawą dłoń. Gdy ponadto Hernando zaprowadził zwyczaj zabijania każdej kobiety schwytanej podczas walki, stało się wiadome, że oblężenie wkrótce się załamie.
Kobiety opiekowały się wojownikami i na nich spoczywał główny ciężar zaopatrywania obozu w żywność. Również brak kontroli nad rzeszami Indian, zwanych yanaconas, rozrzuconych po całym obszarze Peru, doprowadził w poważnej mierze do załamania się oblężenia. Yanaconas pełnili w hiszpańskich domach czynności służących i często występowali w charakterze szpiegów, powierników, pielęgniarzy, posłańców itp. Mogli oni z łatwością kontaktować się z oblegającymi współziomkami i niejednokrotnie zdradzali swym hiszpańskim panom plany Indian
.
Sam Manco czuł się boleśnie rozczarowany, zorientowawszy się, że Hiszpanie potrafili sobie zapewnić pomoc dużej liczby niezadowolonych Indian, którzy nie poczuwali się do lojalności wobec nowego Inki. Ponoć na pole bitwy pod Sacsahuamán zleciały się wielkie stada padlinożernych kondorów, by się pożywić ciałami martwych wojowników. Po dziś dzień wydarzenie to upamiętnia osiem kondorów, widniejących w herbie Cuzco.
Po zwycięstwie hiszpańskich konkwistadorów Indianie musieli uchodzić z Cuzco, ciągnąc drogami prowadzącymi na cztery strony świata, ale starzy ludzie wracali w jego okolice, by móc z szacunkiem i po raz ostatni, rzucić okiem na święte miasto Imperium. Pedro de Cieza de León, hiszpańskihistoryk żyjący w XVI wieku, przypomina:
Widziałem na własne oczy starych Indian, którzy patrząc z dala na miasto rozpaczali i płakali, rozmyślając nad teraźniejszością i przypominając sobie przeszłość
.
Przeto nic dziwnego, że starożytni Peruwiańczycy, powracając z imperialnej stolicy, byli witani w swych wioskach z honorami i z dumą wykrzykiwali w dźwięcznym keczua trzy magiczne słowa: Koskopi kaskaj kanni - "byłem w Cuzco".
VILCABAMBA - OSTATNIE SCHRONIENIE INKÓW
W kwietniu 1537 roku z Chile, na czele swoich wypróbowanych oddziałów, wrócił Diego de Almagro i wspomógł rodaków. W Świętej Dolinie Manco został przyparty do muru, a Hiszpanie przeszli wreszcie do ofensywy i Hernando Pizarro postanowił zaatakować Inkę w jego nowej siedzibie w głębi doliny, w królewskiej posiadłości Ollantaytambo. Inkowie, jak twierdził następca Manco, Titu Cusi: "wybudowali tam jedną z twierdz, jakie istnieją w Peru, a uczynili to w ciągu owego półtora roku, jaki spędzili w Tambo"
. Tampu, albo inaczej Ollantaytambo, stanowiło główny ośrodek inkaskiego oporu.
Do dziś rozległe tarasy wznoszą się tu aż do ogromnego pałacu-twierdzy Manco, położonego na grzbiecie stromej góry wysokości ponad 3000 metrów. U podnóża twierdzy wody Urubamby płyną jak wówczas, choć już może nie tak czyste, po skalistym dnie wąwozu. Wysoko ponad miastem wciąż widać pozostałości starożytnych spichrzów, teraz bez dachów. Inkowie utrzymywali władzę nad Świętą Doliną zaledwie przez osiemnaście miesięcy, mimo że Manco miał do dyspozycji kilka tysięcy żołnierzy oraz trochę zdobytej hiszpańskiej broni (zmusił swoich hiszpańskich więźniów, by wyrabiali proch do arkebuzów) i kilka koni. Ollantaytambo broniły forty umieszczone u wąskiego wejścia do tej części doliny oraz masywny taras o ścianach z tłuczonego kamienia, który blokował bezpośredni dostęp do miasta.
Manco przygotował także dla Hiszpanów przykrą niespodziankę - tamę, która zmieniała bieg strumienia schodzącego z gór między fortecą a miastem, dzięki czemu mógł napastników zalać. Bitwa była bardzo zażarta. Hiszpanie przebili się przez miasto aż do podnóża fortecy. W tym czasie Manco jeździł na wysoko położonych tarasach na hiszpańskim koniu i wymachując hiszpańskim mieczem, zagrzewał swoich ludzi do walki. Podjęta przez Hiszpanów próba ataku od skrzydła została odparta i Hernando Pizarro, uznawszy w końcu swoją porażkę, wycofał się do Cuzco. Po raz pierwszy Inkowie pokonali Hiszpanów w otwartej bitwie
.
Jednak sukces tylko na chwilę dał wytchnienie Inkom. Manco postanowił wycofać się najpierw do swojego pałacu w Vitcos, w skalistych górach między rzekami Urubambą i Apurimac, a później jeszcze dalej w głąb dżungli, pragnąc znaleźć się poza zasięgiem hiszpańskiej kawalerii, co udawało mu się niemal przez dwadzieścia miesięcy. Wybrał odległe miejsce zwane Vilcabamba, odgrodzone od świata przez wyjątkowo niedostępne, gęsto zalesione góry. Jak pisał Titu Cusi, w nowej siedzibie jego ojciec: "spędził parę dni i spokojnie wypoczywał, każąc stawiać domy, aby z tego miejsca, gdzie jest dobry klimat, uczynić główną siedzibę dla swej osoby"
.
W tej jednej z najbardziej niedostępnych partii Andów znajdują się dziesiątki lodowców, rzadko odwiedzanych, nie licząc wytrwałych poszukiwaczy i ciekawskich badaczy. Do śródgórskich dolin dostać się można jedynie przez przełęcze położone na wysokości 4500 metrów, gdzie wędrowca zatrzymują gwałtowne gradobicia i śnieżne zawieruchy. W czasie pory deszczowej większa część regionu, znajdującego się poza górami, jest niedostępna. Nawet w porze suchej trudności transportowe są ogromne. Śmiało więc można uznać - pisał Hiram Bingham, który przywrócił cywilizacji Zachodu Machu Picchu - że region ten stanowił naturalną fortecę, w której Manco i jego następców broniła przyroda w jednej ze swych najbardziej smętnych szat
.
Z kolei kronikarz Pedro Sarmiento de Gamboa oraz żołnierz i górnik, kapitan Baltasar de Ocampo, zgodnie stwierdzali, że Inkowie wybrali "najlepszą ziemię w całym Peru" oraz że obfitowała ona w złoto, srebro i skarby; słynął z nich przede wszystkim legendarny wąwóz Purumata, gdzie znajdowała się znana huaca. Manco już ze swej nowej stolicy kazał przecinać mosty prowadzące do jego imperium, blokować główne przełęcze i silnie ufortyfikować dostępne Hiszpanom szlaki. Inkaski władca przeprawiał się przez Apurimac na tratwach balsa i napadał na pobliskie miejscowości, a nawet dotarł do odległego, niedawno założonego na wybrzeżu miasta Lima.
Gdy władzę objął Gonzalo Pizarro, Manco dalej prowadził wojnę wyczerpującą Hiszpanów i stawał się coraz silniejszy. Dowodził armią liczącą około dziesięciu tysięcy dobrze uzbrojonych wojowników, której rdzeń stanowili dawni żołnierze hiszpańscy, znający wszystkie tajniki wojennego rzemiosła. Manco nadal zarządzał znaczną częścią Antisuyu i wieloma tysiącami chętnych do walki Indian Anti, a z każdym dniem przechodziło na jego stronę coraz więcej ludzi z części imperium pozostających pod władzą Hiszpanów.
Gonzalo Pizarro dotarł tu w maju 1539 roku. I przez dwa miesiące polował na Manca, ścigając go leśnymi szlakami z miejsca na miejsce. Spustoszył Vilcabambę i choć był blisko, nie schwytawszy go musiał się wycofać z powodu braku żywności. Zgodnie z późniejszą relacją Titu Cusi jego ojciec "postanowił rzucić się do wody i wpław przebyć rzekę; i gdy się znalazł na drugim brzegu, zaczął wołać tymi słowy: "Jestem Manco Inka, jestem Manco Inka""
. Jeden z konkwistadorów, Mancio Sierra de Leguizamo utrzymywał, że Manco krzyczał także, że on i jego Indianie "zabili 2000 Hiszpanów podczas wielkiego powstania i że zamierza zabić ich wszystkich i odzyskać panowanie nad krajem, który należał do jego przodków"
.
Wkrótce po zamordowaniu Francisca Pizarra - w stylu godnym śmierci Cezara - przez zbuntowanych ludzi Diego de Almagro II, almagryści zostali pobici i musieli uciekać. Kilku uciekinierom udało się przekroczyć Apurimac i po uroczystym zapewnieniu o swym poddaniu się Ince zostali oni łaskawie przyjęci przez niego w 1542 roku. Być może pewne znaczenie miał fakt, że Diego de Almagro był mężem córki Huayna Capaca, rodzonej siostry Manco. Przywódcami tej grupy byli Gómez Péreż i Diego Méndez. Dopóki rządził Gonzalo Pizarro, z przyjemnością pozostawali oni gośćmi Manco, lecz pewnego dnia dowiedzieli się, iż cesarz Karol V ma już dość nieokrzesanych konkwistadorów. Były to dobre wiadomości dla Manco i bardzo pomyślne dla zbiegów. Nakłonili oni Inkę, aby napisał do króla list z prośbą o pozwolenie stawienia się przed nim i zaoferowania mu swych usług.
Gómez Pérez, najbardziej aktywny przywódca małej grupy almagrystów, został wybrany na doręczyciela pisma od Inki i zbiegów. W towarzystwie kilkunastu Indian, którym Inka polecił pełnić funkcję sług i osobistej straży, opuścił Vitcos i dotarł przed oblicze wicekróla. Ten z radością przyjął nowiny i wybaczył wszystkie występki, jak go o to proszono. I z tą satysfakcjonującą odpowiedzią Pérez powrócił do Inki i swych towarzyszy. Uciekinierzy uradowali się nowinami i gotowi byli powrócić do króla i kraju. Ich odejście uniemożliwił jednak tragiczny wypadek, na temat którego istnieje wiele wersji.
Jedna podaje, że przy grze w szachy pomiędzy Inką i Diego Méndezem wybuchła kłótnia, w wyniku której Hiszpan wpadł w złość i nazwał Inkę psem. Rozgniewany tonem i wypowiedzią swego gościa władca zdzielił go pięścią. Wtedy Diego Méndez wyciągnął sztylet i zabił Inkę. Inaczej opowiadał dwadzieścia lat po tym zdarzeniu jego naoczny świadek, syn Manco, Titu Cusi:
Pewnego dnia zabawialiśmy się radośnie, grając w pierścień, a byli tylko oni, mój ojciec i ja, wówczas jeszcze niedorosły chłopiec, a mój ojciec nie myślał o nich nic złego ani nie dawał wiary pewnej Indiance należącej do jednego z nich, a zwanej Bauba, która powiadała, jakoby jej mówiono, że owi Hiszpanie chcą go zabić. Nie podejrzewając ich o to ani o nic innego, zażywał wczasu razem z nimi, tak jak dawniej; i podczas gdy grali w pierścień, jak to już rzekłem, i mój ojciec odszedł, by go podnieść, rzucili się wszyscy na niego ze sztyletami i nożami, i mieczami; mój ojciec zaś, czując się rannym, ze śmiertelną wściekłością usiłował się bronić przed nacierającymi z jednej i drugiej strony; ale że był sam, a ich siedmiu, i nie miał przy sobie żadnej broni, tedy w końcu powalili go na ziemię zadawszy mu wiele ran i zostawili go sądząc, że jest martwy. (...) A po tym, co się stało, mój ojciec żył jeszcze trzy dni
.
Odmienną relację przytacza Inca Garcilaso de la Vega, piszący sześćdziesiąt lat po opisywanych wypadkach:
Aby zrobić przyjemność Hiszpanom i samemu się zabawić, wydał Inka polecenie przygotowania łączki do gry w kule; grając pewnego dnia z Gómezem Pérezem pokłócił się i poróżnił z tym Pérezem o długość rzutu, co często zdarzało się miedzy nimi; wtedy ów Pérez, będąc człowiekiem zapalczywym i gwałtownym, bez
żadnego pojęcia i zastanowienia skorzystał z najgorszej pod słońcem sposobności, by spierać się z Inką i rozgniewać go... Nie mogąc ścierpieć dłużej jego grubiaństwa, Inka uderzył go pięścią w piersi i kazał mieć wzgląd na to, do kogo mówi. Pérez w zapamiętaniu i pasji, nie biorąc pod uwagę ani własnego bezpieczeństwa, ani swych towarzyszy, podniósł rękę i kulą tak silnie uderzył Inkę w głowę, że go powalił
.
Mimo dobrej organizacji i koordynacji działań powstanie Inki Manco nie zakończyło się sukcesem. Armia wyzwoleńcza nie była wprawiona w rzemiośle wojennym, gdyż jej trzon stanowili się chłopi, oderwani od swych rolniczych zajęć. Przedłużające się działania zbrojne i trudności aprowizacyjne oraz zbliżająca się właśnie pora zasiewów spowodowały powrót ochotników do rodzinnych wiosek. Upadek powstania w 1537 roku zmusił inkaską arystokrację do zmiany taktyki, co w konsekwencji doprowadziło do całkowicie nowej sytuacji politycznej w Peru i narodzin buforowego państwa neoinkaskiego, które w sumie było tworem słabym, niemającym większych szans na umocnienie swej pozycji w kraju opanowanym przez Hiszpanów.
Wszystkie wysiłki społeczeństwa Vilcabamby skierowane były na przetrzymanie najcięższego okresu, przy równoczesnym dążeniu do kontynuowania tradycji Tawantinsuyu w zakresie organizacji społeczno-politycznej, kultury życia codziennego, gospodarki i religii. Iluzoryczność tego programu była oczywista, a niepowodzenia w jego realizacji uzasadniają określanie tego państwa jako monarchii "utopijnej". Organizacja bowiem posiadała charakter tymczasowy i musiała być dostosowana do potrzeb militarnych. Kultura materialna podlegała degradacji, gospodarka w poważnym stopniu opierała się na rabunku, ale także i handlu z Europejczykami. Wpływy chrystianizmu sięgały dworu, a nawet samego Inki i skutecznie konkurowały z tradycyjnymi wierzeniami.
Najważniejszym i najtrwalszym efektem istnienia tego państwa było jego znaczenie ideologiczne, i to zarówno dla ówczesnych, jak i dla następnych pokoleń Indian, które z tradycji walki wyzwoleńczej czerpały swą siłę. Jednak późniejsze indiańskie powstania, rebelie i ruchy o charakterze antyhiszpańskim nie posiadały już tak czysto natywistycznego programu, gdyż w większej mierze przyświecała im idea polepszenia własnej sytuacji społecznej i przejęcia lokalnej władzy, aniżeli reaktywowanie wzorów tubylczych
.
Manco potrafił walczyć z Hiszpanami jak równy z równymi, był już bardzo blisko odzyskania imperium - lub przynajmniej znacznej jego części - i przywrócenia Peru dawnej świetności. Można śmiało powiedzieć, że gdyby mu się powiodło, historia Ameryki Łacińskiej potoczyłaby się inaczej...