Tunel - Patrick Lee
25.50 zł
20.40 zł
(20,20 zł najniższa cena z 30 dni)

Reflow text when sidebars are open.
Już po kilku minutach wiedział, jaki przebieg może mieć walka. Mnóstwo rzeczy mogło pójść źle, jednak przewaga była po jego stronie, mimo liczebności wrogów.
Po przeciwległej stronie obozowiska, piętnaście metrów od niego, rosły sosny - na tyle gęsto, że z łatwością zdoła się w nich ukryć. Dotrze tam, idąc nisko pochylony między skałami. Potem przetnie dolinę i wróci.
Piętnaście metrów to niewielka odległość. Pierwszego z nieprzyjaciół zabije od razu, być może także i drugiego. Pozostanie ich pięciu przeciwko niemu jednemu. Zaskoczenie mogło mu dać sposobność zabicia jeszcze jednego lub nawet dwóch, jeśli okaże się wystarczająco szybki.
Do tego czasu zbierze się już jednak znacznie więcej tych "jeśli". Pozostali przy życiu wrogowie znajdą sobie osłony i ukryją się za nimi. Wystarczy, że dwóch z nich będzie mogło prowadzić ostrzał z bezpiecznych miejsc, a znajdzie się w kłopotach i prawdopodobnie zginie.
Samo zaskoczenie nie wystarczy, potrzebne jeszcze będzie zmylenie przeciwnika. Kiedy zacznie strzelać, wszyscy wrogowie powinni patrzeć w drugą stronę - na miejsce, w którym znajdował się w tej chwili.
Pomysł pojawił się niemal natychmiast - być może dlatego, że miał niewiele możliwości do wyboru.
Oparł jeden z karabinów o sięgającą mu do pasa skałę i wyjął z plecaka foliową torbę z ubraniem na zmianę. Ubrania wrzucił luzem z powrotem do plecaka, a pustą torbę przywiązał do spustu M16.
Potem położył na skale bukłak z wodą i czubkiem ostrza noża zrobił w nim malutki otworek. Z bukłaka zaczęła wyciekać woda - nie był to strumyk, ale gęste, nieprzerwane kapanie - spływając do szczelnej foliowej torby. Kiedy torba wypełni się dostatecznie dużą ilością wody, jej ciężar pokona opór sprężyny i karabin zacznie strzelać, opróżniając cały magazynek.
*
Peter Campbell czuł, że długo już nie wytrzyma.
Nie odrywał oczu od córki. Krzyczała z bólu, a chudy kurdupel z wąsikiem torturował ją, drażniąc odsłonięty nerw specjalnym przyrządem. Paige co parę chwil mrużyła oczy i leciutko poruszała głową, wysyłając ojcu jednoznaczny sygnał: "Nie rób tego".
Ale on zamierzał to zrobić. Musiał. Od kilku godzin wypierał to ze świadomości, jednak w końcu pogodził się z tą myślą.
Ich oprawcy wygrali. Pomoc nie nadchodziła - i nie nadejdzie jeszcze przez wiele dni, a może nawet wcale.
Drummond potrafił o to zadbać.
Drummond... Tak szybko dał się złamać. Jakiego rodzaju presji uległ? Na pewno nie takiej, jakiej poddano jego i Paige. Peter podejrzewał, że odebrał telefon od żony, która miała przystawiony do głowy pistolet. Niemal każdy ugiąłby się w takiej sytuacji - ale operatorzy Tangentu mieli być silniejsi. Było to jedno z najważniejszych kryteriów ich doboru. Wcześniej Peter założyłby się o własne życie, że morale Stuarta Drummonda pozostanie niezachwiane. I rzeczywiście położył na szali swoje życie, ale przegrał...
Wszyscy inni także darzyli Drummonda absolutnym zaufaniem - choć było to marne pocieszenie. Właśnie dlatego powierzono mu pilotowanie samolotu, który miał przewieźć część najwyższych rangą operatorów Tangentu i najbardziej niebezpieczny przedmiot, jaki kiedykolwiek powstał w Szczelinie. Lot miał rozpocząć się w Tokio i zakończyć w Wind Creek, w stanie Wyoming, gdzie ten groźny przedmiot miał zostać ukryty na zawsze. Jednak nad Aleutami boeing niespodziewanie zboczył z kursu. Drummond wymordował całą załogę samolotu, po czym rozhermetyzował kabinę, nie wydając pasażerom masek tlenowych. W końcu obniżył lot jumbo jeta, ale ciśnienie w kabinie wciąż równało się temu, jakie panowało na dużej wysokości. Potem poleciał na północ, nad Alaskę, cały czas trzymając się bardzo nisko, żeby nie wykryły ich radary.
Peter i pozostali ocknęli się wśród przeraźliwego zgrzytu rozrywanego metalu; boeing osiadł na ziemi w jakiejś odludnej okolicy. Kadłub popękał, jednak przynajmniej dzięki temu do środka wleciało powietrze.
Po chwili usłyszeli hurgot pojazdu gąsienicowego i wydobywający się z głośników podniesiony głos Drummonda. Stuart wyrzucał z siebie słowa jak histeryk, z wyraźnym trudem. Peter zrozumiał z tego, że ich kolega przeprasza wszystkich, ale porwano jego żonę... Potem usłyszał jeszcze słowa "wyrzut atramentu" i Stuart Drummond się zastrzelił.
Te dwa słowa zaniepokoiły Petera bardziej niż odgłos strzału, który zakończył transmisję z kabiny pilotów. Oznaczały, że nie ma dla nich żadnej nadziei. "Wyrzutem atramentu" nazywano specjalną taktykę, którą pozwolił im poznać jeden z wytworów Szczeliny, zresztą mało niebezpieczny i pozwalający się kontrolować. Umożliwiała ona ukrywanie rozbitego samolotu przed satelitami - nawet tymi, które robiły zdjęcia w świetle widzialnym - i polegała na szeregu sprytnych sztuczek; między innymi nadawano sygnał, który nakazywał satelitom szpiegowskim ignorowanie miejsca katastrofy, lub zamieniano jej zdjęcia na fotografie z archiwum. Dzięki temu można było ukryć obszar o promieniu mniej więcej ośmiu kilometrów, aby satelity nie namierzyły szczątków maszyny, nawet gdyby były rozrzucone na sporej przestrzeni. Obecnie żaden ze znajdujących się na orbicie satelitów nie potrafił radzić sobie z "wyrzutem atramentu", choć DARPA zbudowała już odpowiednią wersję satelity szpiegowskiego; pierwszy z nich miał zostać wystrzelony w listopadzie.
Nigdy nie wiadomo, czy ktoś nie wykorzysta przeciwko tobie opracowanej przez ciebie technologii.
Tak czy owak, okazało się, że nowy satelita znajdzie się na orbicie parę miesięcy za późno.
Człowiek z wąsikiem najwyraźniej mocniej ścisnął nerw Paige, bo jej ciałem wstrząsnęły silniejsze drgawki, a oczy znowu wypełniły się łzami. Oprawca co kilka minut zmieniał przebieg tortury, żeby Paige nie zdołała się do niej przyzwyczaić. Ojciec i córka wiedzieli, że będzie to jeszcze trwało przynajmniej półtorej godziny. Potem stół zostanie opuszczony z powrotem do pozycji poziomej i Paige będzie mogła przez godzinę odpocząć, a działanie podanego jej narkotyku zacznie słabnąć. Pozwalano Paige odpoczywać nie z litości, tylko dlatego, żeby nie umarła. Środek, który jej podawali, musiał być jednym z tych, które zapobiegają wstrząsowi pourazowemu. Peter znał kilkanaście takich środków.
Tak, czas dać się złamać, pomyślał.
Było mu już obojętne, co stanie się ze światem. Całym jego światem była w tej chwili Paige.
Mógł zakończyć jej cierpienia choćby natychmiast. Wystarczy, że przekaże wrogom, w którym miejscu wraku ukryty jest element potrzebny do uruchomienia Szeptu. Wyglądał jak kawałeczek celofanu i miał jedynie dwa lub trzy centymetry długości. Nietrudno coś takiego ukryć. Jumbo jet składa się z tylu części, że nawet gdyby szukał tego cały zespół inżynierów z firmy Boeing, poszukiwania trwałyby wiele miesięcy. Kiedy powie, gdzie znajduje się poszukiwany przedmiot, i wrogowie go sprawdzą, zastrzelą Paige i jego, kończąc tę okropną mękę.
Grupka mężczyzn siedzących przy ognisku śmiała się hałaśliwie. Aroganckie skurwysyny! Rozpalili to ognisko już przed trzema dniami, dając im do zrozumienia, że czują się całkowicie bezpiecznie. Przez pierwsze dwanaście godzin Peter kurczowo trzymał się nadziei, że Ellen Garner jakimś cudem przeżyła masakrę. Zmusili ją do ukrycia się w szafce ze sprzętem, choć Pierwsza Dama protestowała. Chciała podzielić los pozostałych, jednak kiedy przy wraku zatrzymał się pojazd gąsienicowy, ustąpiła. Gdyby przeżyła, mogłaby zaczekać, aż napastnicy odejdą, a potem wezwać pomoc.
Ale wrogowie wymordowali wszystkich oprócz Paige i Petera, a później strzelali we wszystkie urządzenia w sterowni, żeby je zniszczyć. Opróżnili przy tym kilka magazynków. Peter widział, że cztery kule przebiły szafkę, w której znajdowała się Ellen Garner. Nie sądził, aby pani prezydentowa miała zbyt duże szanse przeżycia.
W ciągu pierwszego dnia Paige była torturowana osiem razy i do wieczora determinacja Petera bardzo osłabła. Nie załamał się tylko dzięki sile swojej córki. Wiedział, że gdyby nie wytrwał, znienawidziłaby go.
Od tamtej chwili minęło już wiele straszliwych godzin, ale Paige nadal się nie poddawała.
Za to Peter całkiem się załamał.
Czas dać za wygraną, pomyślał znowu.
*
Travis położył dwa karabiny M16 w trawie między sosnami na skraju polany. Trzeci przewiesił sobie przez ramię, a czwarty trzymał w dłoniach.
Piętnaście metrów od niego Wąsik kontynuował tortury. Z miejsca, w którym znajdował się Travis, widać było drugiego jeńca - do drzewa stojącego naprzeciwko torturowanej kobiety przywiązany był starszy mężczyzna. Na jego twarzy malowało się straszliwe cierpienie - Travis chyba jeszcze nigdy nie widział tak udręczonego psychicznie człowieka.
Jakieś trzy metry od faceta z wąsikiem siedzieli przy ognisku czterej inni porywacze. Palili je tak, żeby nie wytwarzało dymu, i wciąż dokładali do niego gałązki. Jeden z mężczyzn pilnował okazałego kawałka mięsa piekącego się nad ogniem. Najwyraźniej starali się nie zwracać uwagi na to, co się obok nich działo. Travis nie rozpoznał języka, w jakim rozmawiali, w każdym razie robili to chyba głównie po to, żeby nie słyszeć stłumionych krzyków kobiety.
Pozostali dwaj mężczyźni siedzieli naprzeciwko stołu tortur z takimi minami, jakby oglądali kino familijne.
Travis przykucnął i czekał w napięciu. Kiedy dwadzieścia minut temu schodził ze wzniesienia i przekradał się do polanki, zastanawiał się, czy aby na pewno dobrze oszacował czas, w jakim woda powinna obciążyć torbę na tyle, by mogła pokonać opór sprężyny spustowej M16.
Teraz karabin mógł już zacząć strzelać, Travis był gotowy.
Najpierw zabiję tych czterech przy ognisku, zdecydował. Może uda mi się położyć ich jedną serią, jeśli się za bardzo nie rozdzielą. Potem przestawię karabin na ogień pojedynczy i będę kolejno celował w pozostałych, znajdujących się bliżej jeńców. Przez ten czas zdążę wbiec na polanę, więc nie będzie mi trudno trafiać.
Paige Campbell spoglądała w górę, na sosny, próbując zapaść w przyjemny, świetlisty sen. Jak dotąd udało jej się to dwa razy, za każdym razem mniej więcej na minutę - niewiele, biorąc pod uwagę całą sytuację, były to zaledwie okruchy spokoju, ale, Boże Święty, warto było! I mogła mieć nadzieję, że znowu jej się uda.
Nie musiałaby marzyć o owych chwilach wytchnienia, gdyby była w stanie poruszać głową. Mogłaby wtedy unieść ją i uderzyć z całej siły w stół. Rozwaliłaby sobie czaszkę i uszkodziła coś jeszcze, cokolwiek. Wystarczyłyby trzy porządne uderzenia w stół i już by jej nie było; wtedy ten typ o szczurzej twarzy już nic nie mógłby jej zrobić.
Jednak to marzenie nie było możliwe do spełnienia. Dlaczego? Dlaczego marzenie o możliwości popełnienia samobójstwa było nierealne?
Dlatego, że człowiek o szczurzej twarzy był naprawdę dobry w swoim fachu. Przywiązał ją pasami do stołu w taki sposób, że w ogóle nie mogła się poruszać. Unieruchomił jej także szczęki i język, żeby nie przegryzła go sobie i nie zadławiła się własną krwią.
Marzyła więc o wspaniałym, świetlistym śnie. Kiedy nadchodził, działał jak czarodziejska różdżka. Natychmiast przestawała odczuwać ból, nie czuła nawet krępujących ją więzów ani mrozu i nie widziała skrawka nieba, które nigdy do końca nie ciemniało. Sen przenosił ją w znane, bezpieczne miejsca.
Za pierwszym razem zobaczyła, że jest we własnym salonie, w kąciku do czytania. Nie czytała niczego, tylko chodziła boso po kamiennej podłodze, przesuwając dłoń po miękkim obiciu fotela.
Za drugim razem znalazła się na plaży w Carmel. Przegarniała palcami rozgrzany piasek, zagłębiając je w chłodniejszą warstwę. Nie była na tej plaży od wielu lat, jednak teraz przypomniała ją sobie bardzo dokładnie.
Mogła próbować zapaść w sen tylko wtedy, gdy narkotyk przestawał działać - kilka minut przed kolejnym zastrzykiem. Musiała się pilnować, bo inaczej natychmiast wbijali w nią igłę. Nie mogła zamykać oczu, choć ułatwiłoby jej to ucieczkę w sen. Musiała próbować zasnąć z otwartymi oczami. Już dwa razy jej się udało.
Najlepiej patrzeć na sosny, a nie na niebo. Sosny były ciemniejsze, więc było prawie tak, jakby do połowy opuściła powieki.
Jednak tym razem nie mogła zasnąć. Zbyt wiele rzeczy ją rozpraszało. Szczurowaty kłócił się z jednym z pozostałych w odległości niecałych dwóch metrów od niej. Wymieniali głośne uwagi w swoim języku z szybkością karabinu maszynowego. Kiedyś Paige uwielbiała brzmienie tego języka, myślała nawet o zrobieniu z niego licencjatu i rocznym wyjeździe, zanurzeniu się w poznawaną mowę i kulturę. Jej studia potoczyły się inaczej, ale przez kilka miesięcy żałowała, że nie zrealizowała tego marzenia. W tej chwili myślała, że gdyby miała przed sobą czerwony guzik, którego wciśnięcie spowodowałoby wyrwanie języków wszystkim użytkownikom owej mowy na całej kuli ziemskiej, wcisnęłaby go z całej siły, nawet jeśli miałaby przy tym złamać rękę.
Jednak jej ręka była unieruchomiona, przymocowana pasem do stołu.
Kłótnia dobiegła końca i usłyszała kroki Szczurowatego. Znowu igła. Tym razem nie będzie upragnionego snu.
Z oczu Paige pociekły łzy, jeszcze zanim zrobiono jej kolejny bolesny zastrzyk. Była na siebie zła za to, że nie potrafi ich powstrzymać, i wrogowie widzą, jak bardzo się boi.
Drgnęła, gdy igła dotknęła jej brzucha koło pępka i wbiła się w ciało. Choć narkotyk miał zacząć działać dopiero za kilka minut, już czuła, jak w jej wnętrzu rozlewa się ostre, bolesne zimno.
Po chwili sosny zrobiły się niewyraźnie i odpłynęły, a całe ciało Paige zaczęło gwałtownie dygotać. W jej ustach tkwił knebel tłumiący krzyki, które w tych górach mogły dotrzeć zadziwiająco daleko. Mimo to słyszała swój błagalny głos, powtarzający raz po raz "nie" niczym mantrę. Jęków także nie potrafiła powstrzymać.
Urządzenie pod stołem zagrzechotało i blat zaczął przechylać się na bok, aż zatrzymał się w prawie pionowym położeniu. Paige nie leżała teraz na stole, ale wisiała na pasach.
Nie patrzyła już w górę, tylko w bok, w oczy swojego ojca.
Był przywiązany do najbliższej sosny. Specjalny uchwyt przytrzymywał mu głowę, żeby mógł patrzeć tylko prosto przed siebie - na swoją córkę. Łzy Paige ściekały teraz w bok - a łzy ojca spływały po policzkach.
Człowiek przypominający szczura stanął za nią i zaczął przygotowywać się do dalszego torturowania w taki sam sposób, jak robił to za każdym razem. Nie widziała tego, jednak wyraz twarzy ojca był dostatecznie wymowny. Odczytywała z niej, jak będą wyglądać dalsze tortury; to działało lepiej niż lustro.
Poza tym mogła je sobie wyobrazić. Było dla niej aż nadto oczywiste, co będzie dalej. Na samym początku - chyba ze trzy dni temu, zaraz po przywiązaniu jej pasami do stołu - człowiek-szczur rozciął jej ramię skalpelem i szeroko rozwarł triceps, posługując się zaciskiem wyposażonym w klin. Zrobił to oczywiście tak, żeby nie uszkodzić tętnicy, szybka śmierć Paige wcale nie była mu na rękę. Potem wydobył ze środka gruby jak ołówek nerw promieniowy, oddzielając go od bruzdy ramiennej. Teraz miał już do niego za każdym razem łatwy dostęp.
Właśnie zamierzał po raz kolejny wyciągnąć go na wierzch, przygotowując się do tego w teatralny sposób. Paige nie wątpiła, że aspekt psychologiczny jest istotnym elementem tych tortur. Szczurowaty robił wszystko, aby spotęgować jej strach przed bólem: niespiesznie rozsunął suwak torby z przyborami, mlasnął językiem, a potem westchnął, jakby było mu przykro, że musi robić to, co robił.
Oczy ojca poruszyły się - przed rozpoczęciem właściwych tortur oprawca zawsze na niego spoglądał.
- I co z ciebie za tatuś? - zapytał z udawanym wyrzutem łamaną angielszczyzną. - Jak potem będziesz mógł patrzeć na siebie w lustrze? Jak możesz pozwalać, żeby twojej córeczce działa się taka straszna krzywda? - dodał i zaniósł się śmiechem.
Ojciec popatrzył w oczy Paige. Po jego twarzy znowu zaczęły spływać łzy.
Także i to należało do repertuaru: ojciec i córka musieli spoglądać sobie w oczy podczas torturowania Paige. Być może w przypadku niektórych ludzi odnosiło to zamierzony skutek, jednak jeśli chodziło o nich dwoje, Szczurowaty popełniał błąd. To właśnie dzięki spojrzeniu ojca Paige potrafiła znieść tortury.
Wiedziała oczywiście, że celem owej wymiany spojrzeń nie miało być zwiększenie jej cierpień, ale złamanie ojca.
Czy ojciec był bliski załamania?
Nie, z pewnością nie.
Był na to zbyt silnym człowiekiem. Poza tym dobrze wiedział, jaka jest stawka - było to coś znacznie większego niż wszystko, co oprawcy mogli im obojgu zrobić. Wyjaśnienie tym ludziom, jak mogą uruchomić Szept, nie wchodziło w rachubę. Koniec, kropka.
Zamrugała, strząsając łzy z powiek. Próbowała zrobić na ojcu wrażenie silnej, aby go umocnić. Wszystko było w porządku. Nawet teraz, kiedy słyszała, jak człowiek o szczurzej twarzy grzebie w torbie i wyciąga swój przyrząd. Łzy ciekły jej z oczu coraz obficiej, ponieważ wiedziała, że już za kilka sekund znowu zacznie się straszliwa męka.
Jednak nawet w takiej chwili była zmuszona wysłać ojcu sygnał, że musi znieść widok jej cierpień. Musi, bo jeśli ci ludzie wydobędą z niego informacje, których się domagali, będzie o wiele gorzej...
Urządzenie zazgrzytało, zaszumiało i jego zęby zamknęły się wokół odsłoniętego nerwu. Twarz ojca rozprysnęła się niczym odbicie w zmąconej wodzie i Paige zaczęła krzyczeć.
*
Travis nieruchomo leżał na skalnej półce i próbował wczuć się w stan umysłu zabójcy. Było to coś odległego o wiele lat, znajdowało się po drugiej stronie długiego korytarza, który przez ten czas przebył, i miało tam zostać na zawsze.
I aż do tej pory tam pozostawało.
Obserwował przez lornetkę drobnego człowieczka z cienkim wąsikiem, który przesuwał jakiś przyrząd po wnętrzu ramienia młodej kobiety. Miała wepchnięty w usta knebel, który tłumił jej krzyki, ale i tak docierały one do Travisa. Znajdował się jakieś sto pięćdziesiąt metrów od obozowiska w linii poziomej i ze dwadzieścia metrów nad nim.
Siedmiu wrogów i dwoje jeńców.
Wciąż czuł się jak w jakimś surrealistycznym filmie, to uczucie nie opuszczało go od chwili, gdy znalazł ciało pani Garner. Kim, u diaska, są ci ludzie? - zastanawiał się. O co im chodzi?
Starał się odsunąć te pytania na bok i skupić się na tym, co miał zamiar zrobić. Ale cisnęły mu się do głowy kolejne pytania: Dlaczego postanowili zatrzymać się właśnie tutaj? Jak mogli uważać, że są bezpieczni, obozując niecałe pięć kilometrów od wraka jumbo jeta, którym leciała małżonka prezydenta Stanów Zjednoczonych? Nie wspominając już o tym, co znajdowało się wewnątrz stalowego sześcianu. Po cóż mieliby pozostawać w pobliżu miejsca katastrofy choćby przez godzinę - a co dopiero przez trzy doby? Pani Garner wspomniała wprawdzie w pozostawionej przez siebie notatce, że mieli ku temu powód, jednak nie ujawniła go.
Hm, tak czy owak, władze do tej pory nie odnalazły samolotu, a przecież z pewnością go szukały. Tym typom jakimś sposobem udało się to osiągnąć, i pewnie dlatego tak się zachowywali. Nawet nie postawili nikogo na straży. Wystarczyło to Travisowi do stwierdzenia, że pani Garner się nie myliła. Ci ludzie nie spodziewali się kłopotów.
Z miejsca, w którym się znajdował, z łatwością mógł ich wszystkich zabić. Z tej odległości i wysokości nie będzie miał kłopotów z trafianiem. Przyniósł ze sobą aż pięć M16, nastawionych na ogień ciągły. Każdy, kto potrafi podlać grządkę w ogrodzie wężem z wodą, potrafiłby także zabić dziewięcioro ludzi na tej polanie, jeśli znajdowałby się tu gdzie on. Prawdopodobnie wystarczą pierwsze dwa magazynki. A cztery - z całą pewnością.
Zdołam to zrobić, pomyślał. Mogę to zrobić nawet w tej chwili i mieć tę sprawę z głowy.
Ale nie zrobi tego.
Nie przekonał go fragment listu Ellen Garner mówiący o wysokiej stawce w jakiejś tajemniczej grze. Być może mógłby sobie to wyobrazić i spełnić życzenie Pierwszej Damy, lecz kiedy zobaczył przez lornetkę młodą kobietę leżącą na stole tortur, ogarnęły go wątpliwości.
Nie zabiję jej, zdecydował. Nagromadził już w sobie dość poczucia winy związanego z tego rodzaju sprawami.
Nie dotyczyło to jednak innych - zabójców prezydentowej i pozostałych ludzi z boeinga.
Kiedy patrzył, jak Wąsik kontynuuje tortury, a skrępowanym ciałem młodej kobiety wstrząsają dreszcze bólu, szybko przypomniał sobie stan umysłu zabójcy.
Dam radę, pomyślał. Muszę tylko podejść bliżej.
W pierwszą rocznicę wyjścia z więzienia Travis Chase obudził się o czwartej nad ranem.
Dookoła okiennic widniała już ramka jasnego słonecznego światła. Travis załadował plecak do swojego forda explorera i wyjechał z Fairbanks drogą numer dwa. Godzinę później terenowy ford sunął już na północ po żwirowej Dalton Highway prowadzącej ku kręgowi polarnemu i Górom Brooksa. Z wierzchołków najwyższych wzgórz rozciągał się widok na drogę i rurociąg, wijące się przed samochodem pośród mniejszych pagórków i dolin porośniętych jaskraworóżową wierzbówką.
Powodem tej podróży nie było świętowanie rocznicy. Nic z tych rzeczy. To miał być czas przemyśleń - Travis zamierzał się zastanowić nad wszystkimi ważnymi dla niego sprawami i podjąć decyzję, co dalej robić.
Termometr na desce rozdzielczej wskazywał piętnaście stopni Celsjusza na zewnątrz. Travis opuścił szyby i przez samochód zaczęło przepływać wilgotne powietrze. Środek lata na Alasce przynosił podobne zapachy jak wiosna w Minneapolis, gdzie Travis Chase mieszkał wcześniej. Tak pachniała wilgotna trawa, świeżo uwolniona od pokrywy śnieżnej.
O dziesiątej dojechał do Coldfoot i zatrzymał się na posiłek. Całe miasteczko składało się z kilku domów i nie miało nawet dwudziestu mieszkańców. Istniało dzięki podróżnym, którzy jechali Dalton Highway i zostawiali w nim swoje pieniądze. Tymi podróżnymi byli głównie kierowcy ciężarówek jadący na pole naftowe przy zatoce Prudhoe, czterysta kilometrów dalej na północ. Coldfoot było ostatnią osadą przy żwirowym trakcie. Dalej droga wspinała się coraz wyżej, a potem niespiesznie opadała, dochodząc aż do morza.
Travis nie jechał aż tak daleko na północ. Zmierzał w góry, które były niemal na wyciągnięcie ręki. Na zachód od Coldfoot rozciągał się Arktyczny Park Narodowy z pasmem górskim ciągnącym się łukiem przez trzysta kilometrów ku południowemu zachodowi. W głąb Gór Brooksa nie prowadziły żadne drogi ani nawet ścieżki. Ktokolwiek chodził po tych górach, musiał sobie radzić bez szlaków, choć rozmaite strony internetowe i drukowane przewodniki szczegółowo opisywały najpewniejsze i najbardziej uczęszczane trasy. Travis Chase przestudiował wszystkie dostępne źródła, po czym zaplanował własną marszrutę - tak, aby nikogo nie spotkać.
Pozostawił samochód na strzeżonym parkingu, napełnił bukłaki wodą, założył plecak i przed jedenastą rozpoczął pieszą wędrówkę. Na kolację ugotował sobie na malutkiej butli gazowej torebkę brązowego ryżu. Znajdował się już wtedy na grani pierwszego pasma gór, sześćset metrów powyżej osady. Spoglądając na południe, widział ponadstukilometrowy odcinek drogi, który rano przejechał samochodem. Droga znikała na horyzoncie, za którym znajdowała się reszta świata i miejsce jego przyszłego zamieszkania.
Alaska czy Minnesota?
Oczywiście wszyscy znajomi z jego rodzinnych stron nalegali, aby tam wrócił. Mimo to miesiąc po wyjściu z więzienia kupił bilet do Fairbanks, w jedną stronę. Niektórzy spośród członków jego rodziny nawet nie zdążyli się z nim spotkać. Jaką przyszłość widział dla siebie tu, na dalekiej Północy, ponad trzy tysiące kilometrów od najbliższych?
A jaką widział pośród nich? Nawet dla tych nielicznych, którzy potrafili zrozumieć i przebaczyć, na zawsze pozostanie człowiekiem, który od dwudziestego piątego do czterdziestego roku życia siedział w więzieniu. Nawet za dwadzieścia lat, dla następnego pokolenia kuzynów, pozostanie właśnie kimś takim - wujkiem po odsiadce. Na nic więcej nie mógł liczyć.
Ruszył dalej, ku kolejnemu łańcuchowi gór, aż w końcu zatrzymał się i rozbił obóz na noc. Właściwie nie była to noc, a jedynie parę godzin półmroku i chłodu, z bladym, rozproszonym światłem słonecznym przebijającym przez zamglenie nad linią północnego horyzontu. Łatwo było przyszpilić namiot do miękkiej ziemi obok skraju pokrytej śniegiem pochyłej płaszczyzny, ciągnącej się wzdłuż wyższych partii gór.
Przesiedział całą godzinę przed namiotem, nim zaczął odczuwać senność.
Jakieś osiem kilometrów na zachód od niego - trudno dobrze ocenić odległość w górach - wyrastał skalisty grzbiet wznoszący się wyżej niż góry, przez które zdołał przejść do tej pory. Nisko zawieszone słońce rzucało długie cienie i Travisowi wydało się, że po skalnej powierzchni przesuwają się jakieś punkty. Sięgnął po lornetkę i zaczął przeszukiwać spojrzeniem zbocze. Może po minucie zobaczył owce Dalla. Po prawie pionowej granitowej ścianie chodziło dwadzieścia parę sztuk. Za matkami pewnie stąpały najwyżej dwumiesięczne jagnięta. Travis obserwował zwierzęta, dopóki nie schowały się za załomem zbocza.
W końcu zaczął odczuwać przyjemne rozleniwienie i charakterystyczną ciężkość kończyn. Wpełzł do namiotu, a potem do śpiwora i odpłynął w sen, jeszcze przez chwilę słysząc szum wiatru omiatającego krótką trawę.
Obudził się z gwałtownie bijącym sercem. Coś go przestraszyło, ale nie wiedział co.
Przebijające przez płótno namiotu słońce świeciło mocniej niż przedtem, choć zegarek wskazywał dopiero parę minut po trzeciej w nocy. Travis zamrugał powiekami, żeby rozbudzić się do końca, i w tym momencie usłyszał grzmot, który przetoczył się ponad granią. Minęło parę sekund, a potem rozległ się basowy rumor, od którego zatrzęsła się cała góra. Wydawało się, że dochodzi gdzieś z głębi niej.
Travis uspokoił się i z powrotem wygodnie ułożył w śpiworze. Przetarł oczy. Bezgłośnie rozbłysł piorun i po zachodniej stronie namiotu zrobiło się jasno. Travis spojrzał na zegarek. Minęło trzydzieści pięć sekund, zanim odezwał się grzmot. Wynikało z tego, że burza znajduje się w odległości jedenastu kilometrów.
Powoli zaczął z powrotem zasypiać, mimo że burza się wzmagała. Jej odgłosy uspokajały go w jakiś dziwny sposób, jakby była kołysanką tej surowej, nieprzystępnej okolicy. Po kilku minutach błyskawice i gromy zaczęły następować po sobie niemal bez przerwy i były coraz bliżej.
Zanim zasnął, znowu usłyszał niepokojący dźwięk, który już raz go obudził. Obrócił głowę ku zachodowi i nasłuchiwał. Co to było? Nie brzmiało jak grzmot. Raczej jak wrzask - ale nie ludzki ani zwierzęcy. Przypominało to odgłos blachy rozdzieranej w więziennym warsztacie. No tak, blacha. Krążą mi po głowie więzienne wspomnienia, pomyślał. Wciąż cierpiał z ich powodu, ale nauczył się je ignorować.
Zamknął powieki i po chwili zasnął.
*
Trzy dni później rozbił namiot sześćdziesiąt kilometrów od Coldfoot. Jego GPS pokazywał także długość przebytej trasy, która tego dnia wyniosła całe osiemdziesiąt kilometrów. Zjadł podgrzany woreczek zupy o smaku enchilady. Ale wszystkie te posiłki z woreczków smakowały bardziej jak woreczki niż to, co było na nich napisane. Siedział nad doliną otoczoną przez strome ściany schodzące jakieś dwieście metrów w dół. Jej dno było szerokie i płaskie, ciągnęła się na północny zachód przez mniej więcej pięć kilometrów.
Przez dolinę przepływała ławica chmur, przypominająca dymiącą rzekę. Mgła omywała wystające skały i płożyła się w głębszych miejscach. Poniżej Travisa dno doliny było zasłonięte, choć na chwilę, kiedy ukośne promienie słońca przebiły się przez mgłę, coś pod nią błysnęło. Woda, może lód.
Spał smacznie, budząc się tylko dwa razy - nie z powodu grzmotów, ale wycia wilków. Nie wiedział, jak daleko są zwierzęta, choć chwilami miał wrażenie, że najwyżej czterysta metrów od niego. Czytał, że watahy wilków wyją raz głośniej, raz ciszej, żeby zmylić potencjalne ofiary oraz inne wilki, więc nie jest łatwo ocenić, gdzie się znajdują.
O szóstej rano obudził się, uniósł klapę namiotu i usiadł. Ten ranek był zimniejszy niż poprzedni. Powietrze też było czystsze - od początku wędrówki wzrok Travisa nie sięgał jeszcze tak daleko.
Alaska czy Minnesota?
Wybrał się tutaj, żeby odpowiedzieć sobie na to pytanie, ale do tej pory mu się to nie udało.
Przez jego głowę przelatywały argumenty przemawiające za każdym z tych rozwiązań. W rodzinnych stronach czekali na niego przyjaciele i rodzina. Owszem, zawsze będą go osądzać, lecz jednocześnie łatwiej zaakceptująjego przeszłość niż obcy ludzie. Jeff, brat Travisa, założył właśnie firmę komputerową i na razie kierował nią z domu. Proponował Travisowi udział w tym interesie i chciał go wszystkiego nauczyć.
Jednak miasto, w którym Travis się wychował, to także niedobre wspomnienia. Każda ulica kojarzyła się z przykrymi rzeczami. Przytłaczało go to.
Alaska - to właśnie było to. Idealna pustka, w której nikt nie będzie go oceniał ani próbował wepchnąć w dawne koleiny. Przyjeżdżając do Fairbanks, niczego ze sobą nie przywiózł. Czasem zdawało mu się, że nawet siebie samego pozostawił daleko. Jeszcze przed rokiem, w pierwszych dniach po wyjściu na wolność, nigdy by w to nie uwierzył, jednak na Alasce czasami mijał cały dzień, a on w ogóle nie myślał o więzieniu ani o tym, co zrobił, zanim tam trafił. Czasami w ogóle nie był już tamtym facetem. I z każdym upływającym miesiącem coraz mocniej to czuł.
Ale kiedy postawi stopę w swoim starym świecie, wszystko wróci.
I właśnie z tego powodu, choćby to był jedyny powód, chyba wiedział, co powinien wybrać.
Wciągnął spodnie i buty, po czym wyszedł z namiotu. Jeszcze wieczorem trawa była miękka, jednak teraz chrzęściła pod nogami. Travis przeciągnął się, przyklęknął i wyjął z plecaka kuchenkę turystyczną i menażkę. Chwilę później syczał już niebieski płomień, podgrzewając wodę na kawę. Czekając, aż woda się zagotuje, Travis podszedł do krawędzi urwiska i popatrzył na dolinę, widoczną teraz w całości w krystalicznie czystym powietrzu.
Nagle znieruchomiał.
Przez chwilę po prostu patrzył, nawet nie mrugając.
Na dnie doliny leżał wrak boeinga 747.
Zdarzały mu się już w życiu surrealistyczne sytuacje. Chwile, które trudno było zaakceptować i którym jednocześnie nie sposób było zaprzeczyć. To, co zobaczył w trzecim przedziale, przypomniało mu jedną z nich. Emocje sprzed lat i ten trudny do określenia zapach, którego przez tyle czasu nie czuł. Sterylna sala sądowa. Świetlówki odbijające się od wąskich zamkniętych okien. Jedno z nich - otwarte. I śmiech dziewczyny, dobiegający z głębi ulicy. To była inna rzeczywistość, odległa od tamtej sali sądowej, sędziego i wyroku. Oczywiście Travis spodziewał się tego wyroku, wiedział, że zasłużył nawet na coś gorszego, jednak i tak omal nie zwaliło go to wtedy z nóg. Miał dwadzieścia pięć lat i następnym razem miał się znaleźć na ulicy dopiero jako czterdziestoparolatek.
Ta chwila była zupełnie inna, ale niemal tak samo trudna do zaakceptowania.
Patrzył na martwą małżonkę prezydenta Stanów Zjednoczonych, której szeroko otwarte oczy zdawały się przewiercać go na wylot. Siedziała oparta o ścianę, ściskając w dłoni zakrwawioną kartkę z notatnika.
Ellen Garner. Nawet w tej chwili zwracała uwagę jej uroda. Pierwsza Dama zawsze była blada i delikatna, więc utrata krwi, która nasączyła wykładzinę wokół niej, niewiele zmieniła jej rysy. Zabiła ją pojedyncza kula, która przeszyła jej brzuch.
Przy ciele prezydentowej leżało urządzenie, które wyglądało jak samochodowy zestaw telefonii komórkowej sprzed lat: pękaty aparat połączony mocno skręconym kablem z walizeczką. Prawdopodobnie był to telefon satelitarny. Widniały na nim krwawe ślady palców. Travis odgadł, co się stało: ranna pani Garner przyczołgała się tutaj z ogona samolotu, żeby dotrzeć do telefonu. Ściągnęła go z szafki, jednak okazał się uszkodzony. Rozkręciła aparat, próbując go naprawić, ale jej się to nie udało.
Travis odłożył karabin, podszedł do Ellen Garner, przyklęknął i ostrożnie wyjął kartkę z zesztywniałych już dawno palców. Na kartce było napisane:
Mam nadzieję, że znajdzie to ktoś z Tangentu. Jeśli nie jesteś z Tangentu, nie kontaktuj sią z lokalnymi władzami. Jak najszybciej dotrzyj do telefonu i zadzwoń pod 112-289-0713. Odezwie się nagranie firmy konsultingowej. Zignoruj je i w dowolnym momencie wstukaj 42551. Kiedy ktoś odbierze, przekaż mu, że Latawiec Skrzynkowy spadł w miejscu o współrzędnych 67,4065 N, 151,5031 W. Wszyscy nie żyją, oprócz dwóch osób zabranych przez siedmiu wrogów. Prawie na pewno rozbili obóz w promieniu kilku lub kilkunastu kilometrów od ww, pozycji. Tangent będzie wiedział dlaczego i będzie wiedział, co robić.
Po dwóch linijkach przerwy pani Garner dopisała jeszcze kilkadziesiąt wierszy, słabo dociskając długopis i krzywo stawiając litery. Musiała już tracić siły.
Wiem, że rozbiliśmy się w oddalonym rejonie. Muszę zakładać, że na tyle odludnym, iż znajdą nas dopiero po paru dniach, a ten, kto nas znajdzie, będzie o kilka dni drogi od najbliższego telefonu. Katastrofa wydarzyła się 26 czerwca o piętnastej pięć czasu miejscowego. Jeśli znajdziesz mnie później niż dwa dni po tej dacie, zignoruj to, co napisałam wcześniej. Będzie za późno na telefon do Tangentu.
Wrogowie torturują dwoje naszych, żeby wydobyć z nich informacje. Dzieje się to niedaleko od miejsca katastrofy; nie opuszczą tego rejonu, dopóki nie złamią jeńców (nie mogą odejść stąd wcześniej). Nie wiem, jak długo nasi ludzie wytrzymają zanim się załamią. Przypuszczam, że nie dłużej niż parę dni.
Szybko tracę siły - już nie dam rady wytłumaczyć, jaka jest stawka w tej grze. Dotyczy ona także Ciebie, kimkolwiek jesteś. Dotyczy wszystkich. Sytuacja jest bardzo zła. Pewnie sądzisz, że nie jesteś w stanie tego zrobić, ale bardzo Cię proszę: zabij tych ludzi.
Szafka z bronią jest w tylnej przegrodzie kabiny na górnym pokładzie. Szyfr do zamka: 021602, W środku są karabiny Ml6, można z nich strzelać ogniem ciągłym. Zabij wszystkich. Najważniejsze " żebyś zabił naszych, nawet jeśli nie zdołasz zabić wszystkich wrogów. Musisz zabić ich na początku. Wybacz, że Cię o to proszę.
Po kolejnej dłuższej spacji napisała coś jeszcze, ale tak słabiutką ręką, że Travis musiał podstawić kartkę pod światło.
PS Jeśli zabijesz ich wszystkich, nie zbliżaj się do rzeczy, którą zabrali z samolotu. To granatowa kula o średnicy dziesięciu centymetrów. Odejdź stamtąd jak najszybciej i zadzwoń do Tangentu.
Travis przeczytał wszystko jeszcze raz i zrobiło mu się zimno, mimo że miał na sobie grubą kurtkę. Dostrzegł w kieszonce bluzki pani Garner róg drugiej kartki papieru. Wyciągnął ją i rozłożył. Było na niej tylko parę linijek tekstu:
Richardzie, co chwila tracę przytomność i odzyskuję ją na nowo. Kiedy ją tracę, śnię o naszym akademiku, znów jestem w pokoju 712, z Tobą pod tamtą narzutą, i patrzymy na śnieg przykrywający dziedziniec wydziału prawa. Miałam szczęśliwe życie, ponieważ spędziłam je u boku jedynego mężczyzny, którego kiedykolwiek kochałam.
Ellen
Travis poczuł się jak intruz. Szybko złożył kartkę i wsunął ją z powrotem do kieszonki zmarłej.
Wyprostował się i jego spojrzenie padło na śnieg za oknami prawej burty samolotu. Zobaczył na nim ślady - stóp i szerokich opon. Urywały się czterdzieści metrów dalej, na końcu płata śniegu, ale było dość oczywiste, w którą stronę prowadzą.
Niemal całe wnętrze maszyny wypełniały rzędy pulpitów sterowniczych - wyglądało to jak stacja kontroli lotów NASA wciśnięta do kadłuba jumbo jeta. Sięgała od ogona maszyny aż do przegrody znajdującej się dziesięć metrów przed Travisem. Przy każdym z terminali stało przyśrubowane do podłogi krzesło obrotowe. Wzdłuż lewej burty, w najniżej pochylonym miejscu, leżały różne potrzaskane przedmioty.
Tu także w powietrzu wisiała silna woń paliwa, lecz towarzyszył jej jeszcze inny zapach. Znajomy. Travis rozglądał się w ciemności, jasne słupy światła wpadającego przez okna tylko utrudniały widzenie. Nagle przypomniał sobie, co tak pachnie - i zaraz potem to zobaczył...
Krew. Pod rzuconymi na podłogę zniszczonymi rzeczami stały całe kałuże krwi. Pod jego stopami także.
Poczuł skurcz żołądka. Wrócił do szczeliny w burcie, wystawił głowę na zewnątrz i wciągnął w płuca haust powietrza - nie, nie powietrza, ale oparów paliwa. Mimo to pomogło. Oddychając płytko, wrócił do wnętrza wraka.
Osłoniwszy dłonią oczy, poszukał wzrokiem tego, co niewątpliwie znajdowało się w kadłubie.
No tak! Natychmiast zobaczył pośród rumowiska dwanaście ciał.
Wszystkie leżały na rzuconych pod lewą burtę rzeczach, na samym wierzchu. Dziwne.
Podszedł bliżej. To, co zobaczył, sprawiło, że mdłości ustąpiły miejsca dreszczowi strachu. Ci ludzie nie zginęli podczas upadku samolotu na ziemię. Każde z ciał miało po dwa otwory od kul w skroni, jeden obok drugiego.
Znieruchomiał i zaczął nasłuchiwać, choć logika mu podpowiadała, że zabójca czy zabójcy już dawno opuścili pokład wraka. Katastrofa boeinga miała miejsce przed trzema dniami i znajdujący się na jego pokładzie ludzie prawdopodobnie zostali zastrzeleni zaraz po niej. Ci, którzy do nich strzelali, nie mieli powodów, aby pozostawać w rozbitym samolocie.
Nasłuchiwał jeszcze przez dziesięć sekund, lecz słyszał tylko wiatr hulający po dolinie i ze świstem wdzierający się do środka przez porozrywane blachy kadłuba. To pieśń pogrzebowa dla tych pomordowanych, pomyślał.
Znowu popatrzył na ciała. Zabici mieli na sobie coś w rodzaju mundurów: czarne spodnie i eleganckie niebieskie koszule. Nie były to może mundury wojskowe, ale z pewnością nie wyglądały jak zwykłe stroje. Na koszulach nie dostrzegł jednak żadnych oznaczeń ani pagonów. Jakiej narodowości były ofiary? Dziewięcioro z nich należało do rasy białej, a troje - do czarnej. Siedmioro mężczyzn i pięć kobiet. Ciała tak napuchły, że nie dało się dokładnie określić wieku zabitych, jednak chyba mieścili się w przedziale od trzydziestu do pięćdziesięciu lat.
W tym momencie Travis zdał sobie sprawę z czegoś, co powinno zwrócić jego uwagę na samym początku: na samolocie nie było żadnych symboli, napisów czy barw, chyba nie miał nawet numeru na ogonie.
Co to za maszyna?
Travis często oglądał nocą programy Discovery Channel i wiedział, że amerykańskie władze dysponują specjalnymi samolotami kryzysowymi - latającymi centrami dowodzenia, które mogły być wykorzystane w przypadku zniszczenia Pentagonu w wyniku obcego ataku. Nazywano je samolotami na dzień apokalipsy. Kosztowały miliardy dolarów, ale wszyscy woleli, żeby te miliardy okazały się wydane na próżno.
Jeśli był to jeden z tych samolotów, wydawało się tym bardziej nieprawdopodobne, żeby do tej pory nikt go nie znalazł.
Ale przecież... ktoś go jednak znalazł, czyż nie?
Travis wyprostował się i jeszcze raz popatrzył na ciała zabitych i urządzenia, które obsługiwali.
Nasuwały mu się tysiące pytań, ale nie znajdował żadnej odpowiedzi.
Nie było mu to zresztą do niczego potrzebne. Czas stąd iść. Trzeba wrócić do Coldfoot i powiedzieć miłym ludziom, którzy sprzedają tam hamburgery, że wyprawa w góry była bardzo przyjemna i nic niezwykłego się nie wydarzyło.
Podszedł do pęknięcia kadłuba, patrząc na przegrodę, w której znajdowały się drzwi. Jego wzrok przyzwyczaił się już do ciemności i widział za drzwiami długi, przynajmniej trzydziestometrowy korytarz prowadzący na dziób samolotu. Po jego jednej stronie były okna, po drugiej - szereg drzwi.
Kiedy wystawił już głowę i ramię na zewnątrz, nagle do niego dotarło, co zobaczył w korytarzu.
Zacisnął mocno powieki, ale nie z powodu odbitego od śniegu słońca. Wahał się jeszcze może przez dziesięć sekund. Bardzo chciał ruszyć przed siebie i zostawić za sobą te ciała, wrak jumbo jeta i całą tę pieprzoną dolinę. Wystarczyło skoczyć w śnieg. Dalej zaniosą go nogi.
Mimo to wsunął głowę z powrotem do wnętrza kadłuba i znowu popatrzył na korytarz.
Od beżowej wykładziny korytarza wyraźnie odcinał się ślad krwi. Na czarnej podłodze tylnej części samolotu był prawie niewidoczny, ale na korytarzu - bardzo dobrze. Ciągnął się nim przez jakieś piętnaście metrów i skręcał w otwarte drzwi po prawej. Krwawej smudze i kroplom towarzyszyły po bokach krwawe odciski dłoni. Ranny nie był ciągnięty. Pełzł o własnych siłach.
Travis podszedł do przegrody. W prawej ścianie korytarza było czworo drzwi, naprzeciwko okien. Krwawy ślad wchodził do trzeciego przedziału. Na końcu korytarza były ostatnie drzwi - piąte - za którymi prawdopodobnie znajdował się trap prowadzący na górny pokład i do kabiny pilotów.
Krew na wykładzinie była brązowa, wyschła już dawno temu; kałuże krwi z tyłu samolotu pozostały mokre tylko dlatego, że było jej bardzo dużo. Jeżeli personel stacji wymordowano zaraz po katastrofie, to ciężko ranny człowiek, który przeżył atak, musiał od trzech dni wykrwawiać się w pomieszczeniu, do którego prowadził ślad. Z całą pewnością już nie żył.
Lepiej się upewnić, to zajmie mi tylko minutę, pomyślał Travis.
Ruszył korytarzem.
Pierwsze drzwi otaczał nieregularny wianuszek dziur po kulach, przypominający gwiezdną konstelację. Otwory znajdowały się na wysokości ludzkiej piersi i głowy i wyglądało na to, że strzelano zarówno z korytarza do pomieszczenia, jak i w drugą stronę.
Travis zatrzymał się przed otwartymi drzwiami. Przy przeciwległej burcie samolotu leżało dwóch mężczyzn - zginęli za wielkim biurkiem, za którym próbowali się ukryć. Obaj byli krótko ostrzyżeni i mieli na sobie czarne garnitury i krawaty. Mogli być agentami Secret Service - albo którejkolwiek z innych tajnych służb. Powaliły ich strzały w piersi i szyje, a potem na wszelki wypadek dobito ich strzałami w skroń, podobnie jak tych w ogonie.
Jednak w przeciwieństwie do ludzi, których zamordowano przy pulpitach sterowniczych, byli uzbrojeni. Nie zabrano im karabinów.
Travis od bardzo dawna nie miał broni w ręku i nie znał najnowszych rozwiązań w tej dziedzinie; zbyt wiele czasu spędził w więzieniu w Minnesocie. Stwierdził, że leżące przy zabitych karabiny to M16 w zmodyfikowanej wersji.
Podniósł bliższy z nich. Jego magazynek był przezroczysty i znajdowała się w nim jeszcze chyba połowa z trzydziestu nabojów. Oparł karabin o biurko i sprawdził magazynek drugiego. Prawie pełny. Wyjął go z karabinu. W kieszeniach każdego z zabitych znalazł jeszcze po jednym pełnym magazynku. Mężczyźni nie mieli przy sobie żadnych dokumentów. Travis schował magazynki do kieszeni, podniósł karabin i przeszedł do kolejnego pomieszczenia.
Zamarł, kiedy zobaczył, co ma przed sobą.
Na środku przedziału znajdował się stalowy sześcian o boku jednego metra, przedzielony w połowie na część górną i dolną. Górna otwierała się na zawiasach i była otwarta. Z mocnych belek pod sufitem zwieszały się dwa grube łańcuchy. W odsłoniętej wewnętrznej powierzchni sześcianu była niewielka pusta przestrzeń, w samym środku. Miała ona boki o długości około dziesięciu centymetrów, jej połowa znajdowała się w dolnej, a druga połowa w górnej części stalowego bloku - po jego zamknięciu obie połówki musiały łączyć się ze sobą, tworząc niewielki pojemnik, osłonięty z każdej strony prawie półmetrową warstwą litej stali.
Travis nie wiedział, co wymagało aż tak niezwykłej osłony, w każdym razie to coś zniknęło.
Z boku sześcianu była przytwierdzona tabliczka, na której wypisano po angielsku czarnymi literami:
"SZCZELINA"
OBIEKT SPECJALNY 0247 - "SZEPT"
STOSOWAĆ ZABEZPIECZENIA KLASY A
INSTRUKCJA DODATKOWA DLA TEGO OBIEKTU:
NIKOMU NIE WOLNO PRZEBYWAĆ
BLIŻEJ NIŻ PÓŁTORA METRA (1,5 m)
OD NIEOSŁONIĘTEGO OBIEKTU
DŁUŻEJ NIŻ DWIE MINUTY (2 min.) BEZ PRZERWY
Travis jeszcze raz przyjrzał się zagłębieniu w sześcianie. Było w nim coś niepokojącego. Kiedy obejrzał go z bliska, natychmiast tego pożałował. W obu połówkach sześcianu stal w bezpośrednim sąsiedztwie zagłębienia miała dziwny brudnoniebieski kolor. Wewnętrzna powierzchnia pojemnika była odkształcona, jakby jakaś potężna, działająca przez dłuższy czas siła starała się rozepchnąć go od środka.
Travis natychmiast wyobraził sobie piszczący głośno licznik Geigera i szybko wyszedł z przedziału. Na korytarzu uświadomił sobie, że wstrzymuje oddech.
Zawrócił w stronę, z której przyszedł. Szczelina w kadłubie znajdowała się zaledwie dwadzieścia kroków od niego, widział już jej jasny zarys. Za chwilę znajdzie się na śniegu.
Nie...
Niezadowolony z siebie, odwrócił się na pięcie i ruszył w stronę trzeciego przedziału.
To nic takiego, przekonywał sam siebie.
Znajdę tam tylko martwego człowieka, już wystygłego.
Potem wyjdę z tego wraka i ruszę dalej. Kiedy minę trzy kolejne góry, wreszcie zaparzę sobie kawy, do cholery, tak jak od początku chciałem.
Ale gdy wszedł do trzeciego pomieszczenia, cała jego pewność siebie się rozwiała. Niczego już nie był pewien.
Owszem, osoba, która pozostawiła krwawe ślady na korytarzu, była martwa.
Jednak już nic nie wydawało się proste.
Spakowanie wszystkiego, łącznie z namiotem, zajęło Travisowi półtorej minuty. Potem ruszył pędem wzdłuż krawędzi doliny.
Skąd się tutaj wziął ten samolot?
Jak to możliwe, że nad wrakiem nie wiszą helikoptery i nie rozcina go palnikami acetylenowymi stu ratowników wyposażonych w dokładne plany maszyny?
W miejscu gdzie znajdował się Travis, ściana była zbyt stroma, aby dało się po niej zejść, jednak niecały kilometr na północny zachód od niego stok był nachylony pod kątem czterdziestu stopni. Też stromo jak cholera, ale trochę mniej. Trzeba będzie uważać, żeby nie sturlać się na dół razem z plecakiem i nie połamać po drodze wszystkich kończyn. Kompletnie połamany byłby marną pomocą dla uwięzionych we wraku ludzi - oczywiście jeżeli ktokolwiek przeżył katastrofę.
Jak na razie był jedynym potencjalnym ratownikiem na miejscu tragedii. Niestety nie miał możliwości wezwania pomocy. Telefon komórkowy stał się bezużytecznym gadżetem czterdzieści kilometrów od Fairbanks, a CB - radio, za pomocą którego porozumiewają się zwykle kierowcy na Dalton Highway - zostało razem z samochodem na parkingu motelu i stacji benzynowej, sześćdziesiąt kilometrów stąd.
Szedł wzdłuż skraju urwiska, wpatrując się w boeinga leżącego na dnie doliny.
Najwyraźniej piloci usiłowali wylądować, bo wrak leżał równolegle do biegu doliny, jakby była pasem startowym. Za szczątkami samolotu widniały głębokie bruzdy w ziemi, mające długość ponad trzystu metrów. Mniej więcej w połowie tych bruzd leżało prawe skrzydło, oderwane przez skalny słup, którego uderzenie w ogóle nie naruszyło. Szczęśliwym trafem nie doszło do eksplozji, choć u nasady oderwanego skrzydła trący o podłoże metal musiał zetknąć się z paliwem. Ale na dnie doliny leżał wielki płat śniegu i druga połowa odcinka, po którym prześlizgnął się samolot, znajdowała się właśnie na nim.
Jeżeli nie liczyć oderwanego skrzydła, wrak był mniej więcej cały. Złamał się jeszcze tylko statecznik pionowy, który leżał teraz na prawym stateczniku poziomym; kojarzył się Travisowi z oderwaną kończyną, trzymającą się tylko na płacie skóry. Kadłub pękł w trzech miejscach i z szerokich może na trzydzieści centymetrów szczelin wystawały fragmenty przewodów oraz strzępy izolacji kadłuba. Jego wnętrze w głębi szczelin było ciemne; zresztą nawet gdyby we wraku paliło się światło, z tej odległości Travis nie zdołałby zobaczyć, co znajduje się w środku.
Wokół szczątków samolotu ani w jego wnętrzu nie było widać żadnego ruchu czy jakichkolwiek oznak obecności człowieka. Nikt nie wyciągał niczego z maszyny ani nie zbudował prowizorycznego schronienia. Czy pasażerowie ukryli się przed zimnem w kadłubie? A może są zbyt ciężko ranni, żeby wyjść z wraku?
Odległość była za duża, żeby Travis mógł dostrzec ewentualne ślady stóp. W dodatku zmrożona powierzchnia śniegu odbijała światło, rażąc obserwatora w oczy. Nie sposób było określić, czy ktoś wydostał się ze środka i ruszył na poszukiwanie pomocy.
I to właśnie najbardziej zdumiewało Travisa: jak to możliwe, żeby na miejscu katastrofy jumbo jeta nie pojawili się jeszcze żadni ratownicy? Jak długo ten kolos tu leży?
O Jezu, przecież upłynęły trzy dni, przypomniał sobie. Trzy dni, odkąd podczas burzy usłyszał odgłos rozdzieranego metalu. Słyszał, jak olbrzymi odrzutowiec się rozbija!
W ciągu całych trzech dni nie odnaleziono wraku. Nikt go nie szukał; w czasie swojej wędrówki Travis nie słyszał samolotu ani helikoptera, które mogłyby należeć do ratowników. Nie rozumiem, pomyślał. Przecież to nie mała, jednosilnikowa cessna, której pilot wystartował, nie wpisując się do książki lotów. Liniowe samoloty pasażerskie mają po kilka systemów łączności - nadajniki radiowe dużej mocy, nadajniki łączące się z satelitami i pewnie jeszcze kilka innych urządzeń. Nawet gdyby wszystkie uległy zniszczeniu, kontrolerzy z wieży na lotnisku międzynarodowym w Fairbanks odnotowaliby ostatnią znaną pozycję boeinga. W ciągu godziny powinna go już szukać cała armia ratowników.
Doszedł do łagodniejszego stoku, gdzie porośnięty trawą fragment terenu w kształcie odwróconego lejka wrzynał się w dolinę. I tu jednak stok okazał się bardziej stromy, niż wydawało się z daleka. Ale w odległości wielu kilometrów nie było innej możliwości zejścia na dno doliny. Próba pokonania drogi w linii prostej równałaby się samobójstwu - jednak zakosami powinno się udać... Travis ostrożnie zbadał podłoże - było na tyle miękkie, że zapewniało wystarczającą przyczepność. Stwierdził, że jeśli się pochyla i przytrzymuje ręką trawy, może schodzić, zachowując równowagę.
Piętnaście minut później biegł już wzdłuż jednej z bruzd wyoranych w ziemi. Właściwie był to parów - zmieściłaby się w nim terenówka. Minął odłamane skrzydło. Opierało się na skale, która oderwała je od wielkiej maszyny.
Po chwili wszedł na płat śniegu i od razu poczuł woń paliwa lotniczego. Przesiąkł nim cały śnieg. Ślady, które zostawiał za sobą, natychmiast wypełniały się różowym płynem.
Wrak znajdował się teraz w odległości mniej więcej połowy boiska piłkarskiego, zwrócony ogonem do Travisa. Był lekko skręcony w lewo, dzięki czemu Travis mógł zobaczyć lewą burtę oraz wciąż trzymające się kadłuba lewe skrzydło.
Nigdzie nie widać śladów stóp...
Ogon rozbitego olbrzyma wznosił się nad głową Travisa na wysokość trzech pięter - mimo że statecznik pionowy był złamany. Ciężar skrzydła przechylił maszynę w lewo. Oba podwieszone pod nim silniki zakopały się w śniegu.
Travis minął ogon i zatrzymał się jakieś dziesięć metrów przed skrzydłem między koleinami wyżłobionymi przez silniki.
Wszystkie trzy szczeliny w popękanym kadłubie, które zobaczył ze szczytu urwiska, znajdowały się po jego stronie. Nawet z tak bliskiej odległości widział w nich tylko czerń. W oknach tym bardziej nic nie było widać - pochylone ku dołowi, odbijały biel śniegu.
Travis wziął głęboki oddech.
- Jest tam kto?! - zawołał.
Odpowiedziało mu tylko echo.
Podszedł do jednej ze szczelin, sprawdził, czy metal wokół niej trzyma się kadłuba, a potem wpełzł do wraka.
To nie był samolot pasażerski.