Tunel - Patrick Lee

Kup ebooka

25.50 zł
20.40 zł (20,20 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 6

Już po kil­ku mi­nu­tach wie­dział, jaki prze­bieg może mieć wal­ka. Mnó­stwo rze­czy mo­gło pójść źle, jed­nak prze­wa­ga była po jego stro­nie, mimo li­czeb­no­ści wro­gów.

Po prze­ciw­le­głej stro­nie obo­zo­wi­ska, pięt­na­ście me­trów od nie­go, ro­sły so­sny - na tyle gę­sto, że z ła­two­ścią zdo­ła się w nich ukryć. Do­trze tam, idąc ni­sko po­chy­lo­ny mię­dzy ska­ła­mi. Po­tem prze­tnie do­li­nę i wró­ci.

Pięt­na­ście me­trów to nie­wiel­ka od­le­głość. Pierw­sze­go z nie­przy­ja­ciół za­bi­je od razu, być może tak­że i dru­gie­go. Po­zo­sta­nie ich pię­ciu prze­ciw­ko nie­mu jed­ne­mu. Za­sko­cze­nie mo­gło mu dać spo­sob­ność za­bi­cia jesz­cze jed­ne­go lub na­wet dwóch, je­śli oka­że się wy­star­cza­ją­co szyb­ki.

Do tego cza­su zbie­rze się już jed­nak znacz­nie wię­cej tych "je­śli". Po­zo­sta­li przy ży­ciu wro­go­wie znaj­dą so­bie osło­ny i ukry­ją się za nimi. Wy­star­czy, że dwóch z nich bę­dzie mo­gło pro­wa­dzić ostrzał z bez­piecz­nych miejsc, a znaj­dzie się w kło­po­tach i praw­do­po­dob­nie zgi­nie.

Samo za­sko­cze­nie nie wy­star­czy, po­trzeb­ne jesz­cze bę­dzie zmy­le­nie prze­ciw­ni­ka. Kie­dy za­cznie strze­lać, wszy­scy wro­go­wie po­win­ni pa­trzeć w dru­gą stro­nę - na miej­sce, w któ­rym znaj­do­wał się w tej chwi­li.

Po­mysł po­ja­wił się nie­mal na­tych­miast - być może dla­te­go, że miał nie­wie­le moż­li­wo­ści do wy­bo­ru.

Oparł je­den z ka­ra­bi­nów o się­ga­ją­cą mu do pasa ska­łę i wy­jął z ple­ca­ka fo­lio­wą tor­bę z ubra­niem na zmia­nę. Ubra­nia wrzu­cił lu­zem z po­wro­tem do ple­ca­ka, a pu­stą tor­bę przy­wią­zał do spu­stu M16.

Po­tem po­ło­żył na ska­le bu­kłak z wodą i czub­kiem ostrza noża zro­bił w nim ma­lut­ki otwo­rek. Z bu­kła­ka za­czę­ła wy­cie­kać woda - nie był to stru­myk, ale gę­ste, nie­prze­rwa­ne ka­pa­nie - spły­wa­jąc do szczel­nej fo­lio­wej tor­by. Kie­dy tor­ba wy­peł­ni się do­sta­tecz­nie dużą ilo­ścią wody, jej cię­żar po­ko­na opór sprę­ży­ny i ka­ra­bin za­cznie strze­lać, opróż­nia­jąc cały ma­ga­zy­nek.

*

Pe­ter Camp­bell czuł, że dłu­go już nie wy­trzy­ma.

Nie od­ry­wał oczu od cór­ki. Krzy­cza­ła z bólu, a chu­dy kur­du­pel z wą­si­kiem tor­tu­ro­wał ją, draż­niąc od­sło­nię­ty nerw spe­cjal­nym przy­rzą­dem. Pa­ige co parę chwil mru­ży­ła oczy i le­ciut­ko po­ru­sza­ła gło­wą, wy­sy­ła­jąc ojcu jed­no­znacz­ny sy­gnał: "Nie rób tego".

Ale on za­mie­rzał to zro­bić. Mu­siał. Od kil­ku go­dzin wy­pie­rał to ze świa­do­mo­ści, jed­nak w koń­cu po­go­dził się z tą my­ślą.

Ich opraw­cy wy­gra­li. Po­moc nie nad­cho­dzi­ła - i nie na­dej­dzie jesz­cze przez wie­le dni, a może na­wet wca­le.

Drum­mond po­tra­fił o to za­dbać.

Drum­mond... Tak szyb­ko dał się zła­mać. Ja­kie­go ro­dza­ju pre­sji uległ? Na pew­no nie ta­kiej, ja­kiej pod­da­no jego i Pa­ige. Pe­ter po­dej­rze­wał, że ode­brał te­le­fon od żony, któ­ra mia­ła przy­sta­wio­ny do gło­wy pi­sto­let. Nie­mal każ­dy ugiął­by się w ta­kiej sy­tu­acji - ale ope­ra­to­rzy Tan­gen­tu mie­li być sil­niej­si. Było to jed­no z naj­waż­niej­szych kry­te­riów ich do­bo­ru. Wcze­śniej Pe­ter za­ło­żył­by się o wła­sne ży­cie, że mo­ra­le Stu­ar­ta Drum­mon­da po­zo­sta­nie nie­za­chwia­ne. I rze­czy­wi­ście po­ło­żył na sza­li swo­je ży­cie, ale prze­grał...

Wszy­scy inni tak­że da­rzy­li Drum­mon­da ab­so­lut­nym za­ufa­niem - choć było to mar­ne po­cie­sze­nie. Wła­śnie dla­te­go po­wie­rzo­no mu pi­lo­to­wa­nie sa­mo­lo­tu, któ­ry miał prze­wieźć część naj­wyż­szych ran­gą ope­ra­to­rów Tan­gen­tu i naj­bar­dziej nie­bez­piecz­ny przed­miot, jaki kie­dy­kol­wiek po­wstał w Szcze­li­nie. Lot miał roz­po­cząć się w To­kio i za­koń­czyć w Wind Cre­ek, w sta­nie Wy­oming, gdzie ten groź­ny przed­miot miał zo­stać ukry­ty na za­wsze. Jed­nak nad Aleu­ta­mi bo­eing nie­spo­dzie­wa­nie zbo­czył z kur­su. Drum­mond wy­mor­do­wał całą za­ło­gę sa­mo­lo­tu, po czym roz­her­me­ty­zo­wał ka­bi­nę, nie wy­da­jąc pa­sa­że­rom ma­sek tle­no­wych. W koń­cu ob­ni­żył lot jum­bo jeta, ale ci­śnie­nie w ka­bi­nie wciąż rów­na­ło się temu, ja­kie pa­no­wa­ło na du­żej wy­so­ko­ści. Po­tem po­le­ciał na pół­noc, nad Ala­skę, cały czas trzy­ma­jąc się bar­dzo ni­sko, żeby nie wy­kry­ły ich ra­da­ry.

Pe­ter i po­zo­sta­li ock­nę­li się wśród prze­raź­li­we­go zgrzy­tu roz­ry­wa­ne­go me­ta­lu; bo­eing osiadł na zie­mi w ja­kiejś od­lud­nej oko­li­cy. Ka­dłub po­pę­kał, jed­nak przy­najm­niej dzię­ki temu do środ­ka wle­cia­ło po­wie­trze.

Po chwi­li usły­sze­li hur­got po­jaz­du gą­sie­ni­co­we­go i wy­do­by­wa­ją­cy się z gło­śni­ków pod­nie­sio­ny głos Drum­mon­da. Stu­art wy­rzu­cał z sie­bie sło­wa jak hi­ste­ryk, z wy­raź­nym tru­dem. Pe­ter zro­zu­miał z tego, że ich ko­le­ga prze­pra­sza wszyst­kich, ale po­rwa­no jego żonę... Po­tem usły­szał jesz­cze sło­wa "wy­rzut atra­men­tu" i Stu­art Drum­mond się za­strze­lił.

Te dwa sło­wa za­nie­po­ko­iły Pe­te­ra bar­dziej niż od­głos strza­łu, któ­ry za­koń­czył trans­mi­sję z ka­bi­ny pi­lo­tów. Ozna­cza­ły, że nie ma dla nich żad­nej na­dziei. "Wy­rzu­tem atra­men­tu" na­zy­wa­no spe­cjal­ną tak­ty­kę, któ­rą po­zwo­lił im po­znać je­den z wy­two­rów Szcze­li­ny, zresz­tą mało nie­bez­piecz­ny i po­zwa­la­ją­cy się kon­tro­lo­wać. Umoż­li­wia­ła ona ukry­wa­nie roz­bi­te­go sa­mo­lo­tu przed sa­te­li­ta­mi - na­wet tymi, któ­re ro­bi­ły zdję­cia w świe­tle wi­dzial­nym - i po­le­ga­ła na sze­re­gu spryt­nych sztu­czek; mię­dzy in­ny­mi nada­wa­no sy­gnał, któ­ry na­ka­zy­wał sa­te­li­tom szpie­gow­skim igno­ro­wa­nie miej­sca ka­ta­stro­fy, lub za­mie­nia­no jej zdję­cia na fo­to­gra­fie z ar­chi­wum. Dzię­ki temu moż­na było ukryć ob­szar o pro­mie­niu mniej wię­cej ośmiu ki­lo­me­trów, aby sa­te­li­ty nie na­mie­rzy­ły szcząt­ków ma­szy­ny, na­wet gdy­by były roz­rzu­co­ne na spo­rej prze­strze­ni. Obec­nie ża­den ze znaj­du­ją­cych się na or­bi­cie sa­te­li­tów nie po­tra­fił ra­dzić so­bie z "wy­rzu­tem atra­men­tu", choć DAR­PA zbu­do­wa­ła już od­po­wied­nią wer­sję sa­te­li­ty szpie­gow­skie­go; pierw­szy z nich miał zo­stać wy­strze­lo­ny w li­sto­pa­dzie.

Nig­dy nie wia­do­mo, czy ktoś nie wy­ko­rzy­sta prze­ciw­ko to­bie opra­co­wa­nej przez cie­bie tech­no­lo­gii.

Tak czy owak, oka­za­ło się, że nowy sa­te­li­ta znaj­dzie się na or­bi­cie parę mie­się­cy za póź­no.

Czło­wiek z wą­si­kiem naj­wy­raź­niej moc­niej ści­snął nerw Pa­ige, bo jej cia­łem wstrzą­snę­ły sil­niej­sze drgaw­ki, a oczy zno­wu wy­peł­ni­ły się łza­mi. Opraw­ca co kil­ka mi­nut zmie­niał prze­bieg tor­tu­ry, żeby Pa­ige nie zdo­ła­ła się do niej przy­zwy­cza­ić. Oj­ciec i cór­ka wie­dzie­li, że bę­dzie to jesz­cze trwa­ło przy­najm­niej pół­to­rej go­dzi­ny. Po­tem stół zo­sta­nie opusz­czo­ny z po­wro­tem do po­zy­cji po­zio­mej i Pa­ige bę­dzie mo­gła przez go­dzi­nę od­po­cząć, a dzia­ła­nie po­da­ne­go jej nar­ko­ty­ku za­cznie słab­nąć. Po­zwa­la­no Pa­ige od­po­czy­wać nie z li­to­ści, tyl­ko dla­te­go, żeby nie umar­ła. Śro­dek, któ­ry jej po­da­wa­li, mu­siał być jed­nym z tych, któ­re za­po­bie­ga­ją wstrzą­so­wi po­ura­zo­we­mu. Pe­ter znał kil­ka­na­ście ta­kich środ­ków.

Tak, czas dać się zła­mać, po­my­ślał.

Było mu już obo­jęt­ne, co sta­nie się ze świa­tem. Ca­łym jego świa­tem była w tej chwi­li Pa­ige.

Mógł za­koń­czyć jej cier­pie­nia choć­by na­tych­miast. Wy­star­czy, że prze­ka­że wro­gom, w któ­rym miej­scu wra­ku ukry­ty jest ele­ment po­trzeb­ny do uru­cho­mie­nia Szep­tu. Wy­glą­dał jak ka­wa­łe­czek ce­lo­fa­nu i miał je­dy­nie dwa lub trzy cen­ty­me­try dłu­go­ści. Nie­trud­no coś ta­kie­go ukryć. Jum­bo jet skła­da się z tylu czę­ści, że na­wet gdy­by szu­kał tego cały ze­spół in­ży­nie­rów z fir­my Bo­eing, po­szu­ki­wa­nia trwa­ły­by wie­le mie­się­cy. Kie­dy po­wie, gdzie znaj­du­je się po­szu­ki­wa­ny przed­miot, i wro­go­wie go spraw­dzą, za­strze­lą Pa­ige i jego, koń­cząc tę okrop­ną mękę.

Grup­ka męż­czyzn sie­dzą­cych przy ogni­sku śmia­ła się ha­ła­śli­wie. Aro­ganc­kie skur­wy­sy­ny! Roz­pa­li­li to ogni­sko już przed trze­ma dnia­mi, da­jąc im do zro­zu­mie­nia, że czu­ją się cał­ko­wi­cie bez­piecz­nie. Przez pierw­sze dwa­na­ście go­dzin Pe­ter kur­czo­wo trzy­mał się na­dziei, że El­len Gar­ner ja­kimś cu­dem prze­ży­ła ma­sa­krę. Zmu­si­li ją do ukry­cia się w szaf­ce ze sprzę­tem, choć Pierw­sza Dama pro­te­sto­wa­ła. Chcia­ła po­dzie­lić los po­zo­sta­łych, jed­nak kie­dy przy wra­ku za­trzy­mał się po­jazd gą­sie­ni­co­wy, ustą­pi­ła. Gdy­by prze­ży­ła, mo­gła­by za­cze­kać, aż na­past­ni­cy odej­dą, a po­tem we­zwać po­moc.

Ale wro­go­wie wy­mor­do­wa­li wszyst­kich oprócz Pa­ige i Pe­te­ra, a póź­niej strze­la­li we wszyst­kie urzą­dze­nia w ste­row­ni, żeby je znisz­czyć. Opróż­ni­li przy tym kil­ka ma­ga­zyn­ków. Pe­ter wi­dział, że czte­ry kule prze­bi­ły szaf­kę, w któ­rej znaj­do­wa­ła się El­len Gar­ner. Nie są­dził, aby pani pre­zy­den­to­wa mia­ła zbyt duże szan­se prze­ży­cia.

W cią­gu pierw­sze­go dnia Pa­ige była tor­tu­ro­wa­na osiem razy i do wie­czo­ra de­ter­mi­na­cja Pe­te­ra bar­dzo osła­bła. Nie za­ła­mał się tyl­ko dzię­ki sile swo­jej cór­ki. Wie­dział, że gdy­by nie wy­trwał, znie­na­wi­dzi­ła­by go.

Od tam­tej chwi­li mi­nę­ło już wie­le strasz­li­wych go­dzin, ale Pa­ige nadal się nie pod­da­wa­ła.

Za to Pe­ter cał­kiem się za­ła­mał.

Czas dać za wy­gra­ną, po­my­ślał zno­wu.

*

Tra­vis po­ło­żył dwa ka­ra­bi­ny M16 w tra­wie mię­dzy so­sna­mi na skra­ju po­la­ny. Trze­ci prze­wie­sił so­bie przez ra­mię, a czwar­ty trzy­mał w dło­niach.

Pięt­na­ście me­trów od nie­go Wą­sik kon­ty­nu­ował tor­tu­ry. Z miej­sca, w któ­rym znaj­do­wał się Tra­vis, wi­dać było dru­gie­go jeń­ca - do drze­wa sto­ją­ce­go na­prze­ciw­ko tor­tu­ro­wa­nej ko­bie­ty przy­wią­za­ny był star­szy męż­czy­zna. Na jego twa­rzy ma­lo­wa­ło się strasz­li­we cier­pie­nie - Tra­vis chy­ba jesz­cze nig­dy nie wi­dział tak udrę­czo­ne­go psy­chicz­nie czło­wie­ka.

Ja­kieś trzy me­try od fa­ce­ta z wą­si­kiem sie­dzie­li przy ogni­sku czte­rej inni po­ry­wa­cze. Pa­li­li je tak, żeby nie wy­twa­rza­ło dymu, i wciąż do­kła­da­li do nie­go ga­łąz­ki. Je­den z męż­czyzn pil­no­wał oka­za­łe­go ka­wał­ka mię­sa pie­ką­ce­go się nad ogniem. Naj­wy­raź­niej sta­ra­li się nie zwra­cać uwa­gi na to, co się obok nich dzia­ło. Tra­vis nie roz­po­znał ję­zy­ka, w ja­kim roz­ma­wia­li, w każ­dym ra­zie ro­bi­li to chy­ba głów­nie po to, żeby nie sły­szeć stłu­mio­nych krzy­ków ko­bie­ty.

Po­zo­sta­li dwaj męż­czyź­ni sie­dzie­li na­prze­ciw­ko sto­łu tor­tur z ta­ki­mi mi­na­mi, jak­by oglą­da­li kino fa­mi­lij­ne.

Tra­vis przy­kuc­nął i cze­kał w na­pię­ciu. Kie­dy dwa­dzie­ścia mi­nut temu scho­dził ze wznie­sie­nia i prze­kra­dał się do po­lan­ki, za­sta­na­wiał się, czy aby na pew­no do­brze osza­co­wał czas, w ja­kim woda po­win­na ob­cią­żyć tor­bę na tyle, by mo­gła po­ko­nać opór sprę­ży­ny spu­sto­wej M16.

Te­raz ka­ra­bin mógł już za­cząć strze­lać, Tra­vis był go­to­wy.

Naj­pierw za­bi­ję tych czte­rech przy ogni­sku, zde­cy­do­wał. Może uda mi się po­ło­żyć ich jed­ną se­rią, je­śli się za bar­dzo nie roz­dzie­lą. Po­tem prze­sta­wię ka­ra­bin na ogień po­je­dyn­czy i będę ko­lej­no ce­lo­wał w po­zo­sta­łych, znaj­du­ją­cych się bli­żej jeń­ców. Przez ten czas zdą­żę wbiec na po­la­nę, więc nie bę­dzie mi trud­no tra­fiać.

Rozdział 5

Pa­ige Camp­bell spo­glą­da­ła w górę, na so­sny, pró­bu­jąc za­paść w przy­jem­ny, świe­tli­sty sen. Jak do­tąd uda­ło jej się to dwa razy, za każ­dym ra­zem mniej wię­cej na mi­nu­tę - nie­wie­le, bio­rąc pod uwa­gę całą sy­tu­ację, były to za­le­d­wie okru­chy spo­ko­ju, ale, Boże Świę­ty, war­to było! I mo­gła mieć na­dzie­ję, że zno­wu jej się uda.

Nie mu­sia­ła­by ma­rzyć o owych chwi­lach wy­tchnie­nia, gdy­by była w sta­nie po­ru­szać gło­wą. Mo­gła­by wte­dy unieść ją i ude­rzyć z ca­łej siły w stół. Roz­wa­li­ła­by so­bie czasz­kę i uszko­dzi­ła coś jesz­cze, co­kol­wiek. Wy­star­czy­ły­by trzy po­rząd­ne ude­rze­nia w stół i już by jej nie było; wte­dy ten typ o szczu­rzej twa­rzy już nic nie mógł­by jej zro­bić.

Jed­nak to ma­rze­nie nie było moż­li­we do speł­nie­nia. Dla­cze­go? Dla­cze­go ma­rze­nie o moż­li­wo­ści po­peł­nie­nia sa­mo­bój­stwa było nie­re­al­ne?

Dla­te­go, że czło­wiek o szczu­rzej twa­rzy był na­praw­dę do­bry w swo­im fa­chu. Przy­wią­zał ją pa­sa­mi do sto­łu w taki spo­sób, że w ogó­le nie mo­gła się po­ru­szać. Unie­ru­cho­mił jej tak­że szczę­ki i ję­zyk, żeby nie prze­gry­zła go so­bie i nie za­dła­wi­ła się wła­sną krwią.

Ma­rzy­ła więc o wspa­nia­łym, świe­tli­stym śnie. Kie­dy nad­cho­dził, dzia­łał jak cza­ro­dziej­ska różdż­ka. Na­tych­miast prze­sta­wa­ła od­czu­wać ból, nie czu­ła na­wet krę­pu­ją­cych ją wię­zów ani mro­zu i nie wi­dzia­ła skraw­ka nie­ba, któ­re nig­dy do koń­ca nie ciem­nia­ło. Sen prze­no­sił ją w zna­ne, bez­piecz­ne miej­sca.

Za pierw­szym ra­zem zo­ba­czy­ła, że jest we wła­snym sa­lo­nie, w ką­ci­ku do czy­ta­nia. Nie czy­ta­ła ni­cze­go, tyl­ko cho­dzi­ła boso po ka­mien­nej pod­ło­dze, prze­su­wa­jąc dłoń po mięk­kim obi­ciu fo­te­la.

Za dru­gim ra­zem zna­la­zła się na pla­ży w Car­mel. Prze­gar­nia­ła pal­ca­mi roz­grza­ny pia­sek, za­głę­bia­jąc je w chłod­niej­szą war­stwę. Nie była na tej pla­ży od wie­lu lat, jed­nak te­raz przy­po­mnia­ła ją so­bie bar­dzo do­kład­nie.

Mo­gła pró­bo­wać za­paść w sen tyl­ko wte­dy, gdy nar­ko­tyk prze­sta­wał dzia­łać - kil­ka mi­nut przed ko­lej­nym za­strzy­kiem. Mu­sia­ła się pil­no­wać, bo in­a­czej na­tych­miast wbi­ja­li w nią igłę. Nie mo­gła za­my­kać oczu, choć uła­twi­ło­by jej to uciecz­kę w sen. Mu­sia­ła pró­bo­wać za­snąć z otwar­ty­mi ocza­mi. Już dwa razy jej się uda­ło.

Naj­le­piej pa­trzeć na so­sny, a nie na nie­bo. So­sny były ciem­niej­sze, więc było pra­wie tak, jak­by do po­ło­wy opu­ści­ła po­wie­ki.

Jed­nak tym ra­zem nie mo­gła za­snąć. Zbyt wie­le rze­czy ją roz­pra­sza­ło. Szczu­ro­wa­ty kłó­cił się z jed­nym z po­zo­sta­łych w od­le­gło­ści nie­ca­łych dwóch me­trów od niej. Wy­mie­nia­li gło­śne uwa­gi w swo­im ję­zy­ku z szyb­ko­ścią ka­ra­bi­nu ma­szy­no­we­go. Kie­dyś Pa­ige uwiel­bia­ła brzmie­nie tego ję­zy­ka, my­śla­ła na­wet o zro­bie­niu z nie­go li­cen­cja­tu i rocz­nym wy­jeź­dzie, za­nu­rze­niu się w po­zna­wa­ną mowę i kul­tu­rę. Jej stu­dia po­to­czy­ły się in­a­czej, ale przez kil­ka mie­się­cy ża­ło­wa­ła, że nie zre­ali­zo­wa­ła tego ma­rze­nia. W tej chwi­li my­śla­ła, że gdy­by mia­ła przed sobą czer­wo­ny gu­zik, któ­re­go wci­śnię­cie spo­wo­do­wa­ło­by wy­rwa­nie ję­zy­ków wszyst­kim użyt­kow­ni­kom owej mowy na ca­łej kuli ziem­skiej, wci­snę­ła­by go z ca­łej siły, na­wet je­śli mia­ła­by przy tym zła­mać rękę.

Jed­nak jej ręka była unie­ru­cho­mio­na, przy­mo­co­wa­na pa­sem do sto­łu.

Kłót­nia do­bie­gła koń­ca i usły­sza­ła kro­ki Szczu­ro­wa­te­go. Zno­wu igła. Tym ra­zem nie bę­dzie upra­gnio­ne­go snu.

Z oczu Pa­ige po­cie­kły łzy, jesz­cze za­nim zro­bio­no jej ko­lej­ny bo­le­sny za­strzyk. Była na sie­bie zła za to, że nie po­tra­fi ich po­wstrzy­mać, i wro­go­wie wi­dzą, jak bar­dzo się boi.

Drgnę­ła, gdy igła do­tknę­ła jej brzu­cha koło pęp­ka i wbi­ła się w cia­ło. Choć nar­ko­tyk miał za­cząć dzia­łać do­pie­ro za kil­ka mi­nut, już czu­ła, jak w jej wnę­trzu roz­le­wa się ostre, bo­le­sne zim­no.

Po chwi­li so­sny zro­bi­ły się nie­wy­raź­nie i od­pły­nę­ły, a całe cia­ło Pa­ige za­czę­ło gwał­tow­nie dy­go­tać. W jej ustach tkwił kne­bel tłu­mią­cy krzy­ki, któ­re w tych gó­rach mo­gły do­trzeć za­dzi­wia­ją­co da­le­ko. Mimo to sły­sza­ła swój bła­gal­ny głos, po­wta­rza­ją­cy raz po raz "nie" ni­czym man­trę. Ję­ków tak­że nie po­tra­fi­ła po­wstrzy­mać.

Urzą­dze­nie pod sto­łem za­grze­cho­ta­ło i blat za­czął prze­chy­lać się na bok, aż za­trzy­mał się w pra­wie pio­no­wym po­ło­że­niu. Pa­ige nie le­ża­ła te­raz na sto­le, ale wi­sia­ła na pa­sach.

Nie pa­trzy­ła już w górę, tyl­ko w bok, w oczy swo­je­go ojca.

Był przy­wią­za­ny do naj­bliż­szej so­sny. Spe­cjal­ny uchwyt przy­trzy­my­wał mu gło­wę, żeby mógł pa­trzeć tyl­ko pro­sto przed sie­bie - na swo­ją cór­kę. Łzy Pa­ige ście­ka­ły te­raz w bok - a łzy ojca spły­wa­ły po po­licz­kach.

Czło­wiek przy­po­mi­na­ją­cy szczu­ra sta­nął za nią i za­czął przy­go­to­wy­wać się do dal­sze­go tor­tu­ro­wa­nia w taki sam spo­sób, jak ro­bił to za każ­dym ra­zem. Nie wi­dzia­ła tego, jed­nak wy­raz twa­rzy ojca był do­sta­tecz­nie wy­mow­ny. Od­czy­ty­wa­ła z niej, jak będą wy­glą­dać dal­sze tor­tu­ry; to dzia­ła­ło le­piej niż lu­stro.

Poza tym mo­gła je so­bie wy­obra­zić. Było dla niej aż nad­to oczy­wi­ste, co bę­dzie da­lej. Na sa­mym po­cząt­ku - chy­ba ze trzy dni temu, za­raz po przy­wią­za­niu jej pa­sa­mi do sto­łu - czło­wiek-szczur roz­ciął jej ra­mię skal­pe­lem i sze­ro­ko roz­warł tri­ceps, po­słu­gu­jąc się za­ci­skiem wy­po­sa­żo­nym w klin. Zro­bił to oczy­wi­ście tak, żeby nie uszko­dzić tęt­ni­cy, szyb­ka śmierć Pa­ige wca­le nie była mu na rękę. Po­tem wy­do­był ze środ­ka gru­by jak ołó­wek nerw pro­mie­nio­wy, od­dzie­la­jąc go od bruz­dy ra­mien­nej. Te­raz miał już do nie­go za każ­dym ra­zem ła­twy do­stęp.

Wła­śnie za­mie­rzał po raz ko­lej­ny wy­cią­gnąć go na wierzch, przy­go­to­wu­jąc się do tego w te­atral­ny spo­sób. Pa­ige nie wąt­pi­ła, że aspekt psy­cho­lo­gicz­ny jest istot­nym ele­men­tem tych tor­tur. Szczu­ro­wa­ty ro­bił wszyst­ko, aby spo­tę­go­wać jej strach przed bó­lem: nie­spiesz­nie roz­su­nął su­wak tor­by z przy­bo­ra­mi, mla­snął ję­zy­kiem, a po­tem wes­tchnął, jak­by było mu przy­kro, że musi ro­bić to, co ro­bił.

Oczy ojca po­ru­szy­ły się - przed roz­po­czę­ciem wła­ści­wych tor­tur opraw­ca za­wsze na nie­go spo­glą­dał.

- I co z cie­bie za ta­tuś? - za­py­tał z uda­wa­nym wy­rzu­tem ła­ma­ną an­gielsz­czy­zną. - Jak po­tem bę­dziesz mógł pa­trzeć na sie­bie w lu­strze? Jak mo­żesz po­zwa­lać, żeby two­jej có­recz­ce dzia­ła się taka strasz­na krzyw­da? - do­dał i za­niósł się śmie­chem.

Oj­ciec po­pa­trzył w oczy Pa­ige. Po jego twa­rzy zno­wu za­czę­ły spły­wać łzy.

Tak­że i to na­le­ża­ło do re­per­tu­aru: oj­ciec i cór­ka mu­sie­li spo­glą­dać so­bie w oczy pod­czas tor­tu­ro­wa­nia Pa­ige. Być może w przy­pad­ku nie­któ­rych lu­dzi od­no­si­ło to za­mie­rzo­ny sku­tek, jed­nak je­śli cho­dzi­ło o nich dwo­je, Szczu­ro­wa­ty po­peł­niał błąd. To wła­śnie dzię­ki spoj­rze­niu ojca Pa­ige po­tra­fi­ła znieść tor­tu­ry.

Wie­dzia­ła oczy­wi­ście, że ce­lem owej wy­mia­ny spoj­rzeń nie mia­ło być zwięk­sze­nie jej cier­pień, ale zła­ma­nie ojca.

Czy oj­ciec był bli­ski za­ła­ma­nia?

Nie, z pew­no­ścią nie.

Był na to zbyt sil­nym czło­wie­kiem. Poza tym do­brze wie­dział, jaka jest staw­ka - było to coś znacz­nie więk­sze­go niż wszyst­ko, co opraw­cy mo­gli im oboj­gu zro­bić. Wy­ja­śnie­nie tym lu­dziom, jak mogą uru­cho­mić Szept, nie wcho­dzi­ło w ra­chu­bę. Ko­niec, krop­ka.

Za­mru­ga­ła, strzą­sa­jąc łzy z po­wiek. Pró­bo­wa­ła zro­bić na ojcu wra­że­nie sil­nej, aby go umoc­nić. Wszyst­ko było w po­rząd­ku. Na­wet te­raz, kie­dy sły­sza­ła, jak czło­wiek o szczu­rzej twa­rzy grze­bie w tor­bie i wy­cią­ga swój przy­rząd. Łzy cie­kły jej z oczu co­raz ob­fi­ciej, po­nie­waż wie­dzia­ła, że już za kil­ka se­kund zno­wu za­cznie się strasz­li­wa męka.

Jed­nak na­wet w ta­kiej chwi­li była zmu­szo­na wy­słać ojcu sy­gnał, że musi znieść wi­dok jej cier­pień. Musi, bo je­śli ci lu­dzie wy­do­bę­dą z nie­go in­for­ma­cje, któ­rych się do­ma­ga­li, bę­dzie o wie­le go­rzej...

Urzą­dze­nie za­zgrzy­ta­ło, za­szu­mia­ło i jego zęby za­mknę­ły się wo­kół od­sło­nię­te­go ner­wu. Twarz ojca roz­pry­snę­ła się ni­czym od­bi­cie w zmą­co­nej wo­dzie i Pa­ige za­czę­ła krzy­czeć.

*

Tra­vis nie­ru­cho­mo le­żał na skal­nej pół­ce i pró­bo­wał wczuć się w stan umy­słu za­bój­cy. Było to coś od­le­głe­go o wie­le lat, znaj­do­wa­ło się po dru­giej stro­nie dłu­gie­go ko­ry­ta­rza, któ­ry przez ten czas prze­był, i mia­ło tam zo­stać na za­wsze.

I aż do tej pory tam po­zo­sta­wa­ło.

Ob­ser­wo­wał przez lor­net­kę drob­ne­go czło­wiecz­ka z cien­kim wą­si­kiem, któ­ry prze­su­wał ja­kiś przy­rząd po wnę­trzu ra­mie­nia mło­dej ko­bie­ty. Mia­ła we­pchnię­ty w usta kne­bel, któ­ry tłu­mił jej krzy­ki, ale i tak do­cie­ra­ły one do Tra­vi­sa. Znaj­do­wał się ja­kieś sto pięć­dzie­siąt me­trów od obo­zo­wi­ska w li­nii po­zio­mej i ze dwa­dzie­ścia me­trów nad nim.

Sied­miu wro­gów i dwo­je jeń­ców.

Wciąż czuł się jak w ja­kimś sur­re­ali­stycz­nym fil­mie, to uczu­cie nie opusz­cza­ło go od chwi­li, gdy zna­lazł cia­ło pani Gar­ner. Kim, u dia­ska, są ci lu­dzie? - za­sta­na­wiał się. O co im cho­dzi?

Sta­rał się od­su­nąć te py­ta­nia na bok i sku­pić się na tym, co miał za­miar zro­bić. Ale ci­snę­ły mu się do gło­wy ko­lej­ne py­ta­nia: Dla­cze­go po­sta­no­wi­li za­trzy­mać się wła­śnie tu­taj? Jak mo­gli uwa­żać, że są bez­piecz­ni, obo­zu­jąc nie­ca­łe pięć ki­lo­me­trów od wra­ka jum­bo jeta, któ­rym le­cia­ła mał­żon­ka pre­zy­den­ta Sta­nów Zjed­no­czo­nych? Nie wspo­mi­na­jąc już o tym, co znaj­do­wa­ło się we­wnątrz sta­lo­we­go sze­ścia­nu. Po cóż mie­li­by po­zo­sta­wać w po­bli­żu miej­sca ka­ta­stro­fy choć­by przez go­dzi­nę - a co do­pie­ro przez trzy doby? Pani Gar­ner wspo­mnia­ła wpraw­dzie w po­zo­sta­wio­nej przez sie­bie no­tat­ce, że mie­li ku temu po­wód, jed­nak nie ujaw­ni­ła go.

Hm, tak czy owak, wła­dze do tej pory nie od­na­la­zły sa­mo­lo­tu, a prze­cież z pew­no­ścią go szu­ka­ły. Tym ty­pom ja­kimś spo­so­bem uda­ło się to osią­gnąć, i pew­nie dla­te­go tak się za­cho­wy­wa­li. Na­wet nie po­sta­wi­li ni­ko­go na stra­ży. Wy­star­czy­ło to Tra­vi­so­wi do stwier­dze­nia, że pani Gar­ner się nie my­li­ła. Ci lu­dzie nie spo­dzie­wa­li się kło­po­tów.

Z miej­sca, w któ­rym się znaj­do­wał, z ła­two­ścią mógł ich wszyst­kich za­bić. Z tej od­le­gło­ści i wy­so­ko­ści nie bę­dzie miał kło­po­tów z tra­fia­niem. Przy­niósł ze sobą aż pięć M16, na­sta­wio­nych na ogień cią­gły. Każ­dy, kto po­tra­fi pod­lać grząd­kę w ogro­dzie wę­żem z wodą, po­tra­fił­by tak­że za­bić dzie­wię­cio­ro lu­dzi na tej po­la­nie, je­śli znaj­do­wał­by się tu gdzie on. Praw­do­po­dob­nie wy­star­czą pierw­sze dwa ma­ga­zyn­ki. A czte­ry - z całą pew­no­ścią.

Zdo­łam to zro­bić, po­my­ślał. Mogę to zro­bić na­wet w tej chwi­li i mieć tę spra­wę z gło­wy.

Ale nie zro­bi tego.

Nie prze­ko­nał go frag­ment li­stu El­len Gar­ner mó­wią­cy o wy­so­kiej staw­ce w ja­kiejś ta­jem­ni­czej grze. Być może mógł­by so­bie to wy­obra­zić i speł­nić ży­cze­nie Pierw­szej Damy, lecz kie­dy zo­ba­czył przez lor­net­kę mło­dą ko­bie­tę le­żą­cą na sto­le tor­tur, ogar­nę­ły go wąt­pli­wo­ści.

Nie za­bi­ję jej, zde­cy­do­wał. Na­gro­ma­dził już w so­bie dość po­czu­cia winy zwią­za­ne­go z tego ro­dza­ju spra­wa­mi.

Nie do­ty­czy­ło to jed­nak in­nych - za­bój­ców pre­zy­den­to­wej i po­zo­sta­łych lu­dzi z bo­ein­ga.

Kie­dy pa­trzył, jak Wą­sik kon­ty­nu­uje tor­tu­ry, a skrę­po­wa­nym cia­łem mło­dej ko­bie­ty wstrzą­sa­ją dresz­cze bólu, szyb­ko przy­po­mniał so­bie stan umy­słu za­bój­cy.

Dam radę, po­my­ślał. Mu­szę tyl­ko po­dejść bli­żej.

Rozdział 1

W pierw­szą rocz­ni­cę wyj­ścia z wię­zie­nia Tra­vis Cha­se obu­dził się o czwar­tej nad ra­nem.

Do­oko­ła okien­nic wid­nia­ła już ram­ka ja­sne­go sło­necz­ne­go świa­tła. Tra­vis za­ła­do­wał ple­cak do swo­je­go for­da explo­re­ra i wy­je­chał z Fa­ir­banks dro­gą nu­mer dwa. Go­dzi­nę póź­niej te­re­no­wy ford su­nął już na pół­noc po żwi­ro­wej Dal­ton Hi­gh­way pro­wa­dzą­cej ku krę­go­wi po­lar­ne­mu i Gó­rom Bro­ok­sa. Z wierz­choł­ków naj­wyż­szych wzgórz roz­cią­gał się wi­dok na dro­gę i ru­ro­ciąg, wi­ją­ce się przed sa­mo­cho­dem po­śród mniej­szych pa­gór­ków i do­lin po­ro­śnię­tych ja­skra­wo­ró­żo­wą wierz­bów­ką.

Po­wo­dem tej po­dró­ży nie było świę­to­wa­nie rocz­ni­cy. Nic z tych rze­czy. To miał być czas prze­my­śleń - Tra­vis za­mie­rzał się za­sta­no­wić nad wszyst­ki­mi waż­ny­mi dla nie­go spra­wa­mi i pod­jąć de­cy­zję, co da­lej ro­bić.

Ter­mo­metr na de­sce roz­dziel­czej wska­zy­wał pięt­na­ście stop­ni Cel­sju­sza na ze­wnątrz. Tra­vis opu­ścił szy­by i przez sa­mo­chód za­czę­ło prze­pły­wać wil­got­ne po­wie­trze. Śro­dek lata na Ala­sce przy­no­sił po­dob­ne za­pa­chy jak wio­sna w Min­ne­apo­lis, gdzie Tra­vis Cha­se miesz­kał wcze­śniej. Tak pach­nia­ła wil­got­na tra­wa, świe­żo uwol­nio­na od po­kry­wy śnież­nej.

O dzie­sią­tej do­je­chał do Cold­fo­ot i za­trzy­mał się na po­si­łek. Całe mia­stecz­ko skła­da­ło się z kil­ku do­mów i nie mia­ło na­wet dwu­dzie­stu miesz­kań­ców. Ist­nia­ło dzię­ki po­dróż­nym, któ­rzy je­cha­li Dal­ton Hi­gh­way i zo­sta­wia­li w nim swo­je pie­nią­dze. Tymi po­dróż­ny­mi byli głów­nie kie­row­cy cię­ża­ró­wek ja­dą­cy na pole naf­to­we przy za­to­ce Pru­dhoe, czte­ry­sta ki­lo­me­trów da­lej na pół­noc. Cold­fo­ot było ostat­nią osa­dą przy żwi­ro­wym trak­cie. Da­lej dro­ga wspi­na­ła się co­raz wy­żej, a po­tem nie­spiesz­nie opa­da­ła, do­cho­dząc aż do mo­rza.

Tra­vis nie je­chał aż tak da­le­ko na pół­noc. Zmie­rzał w góry, któ­re były nie­mal na wy­cią­gnię­cie ręki. Na za­chód od Cold­fo­ot roz­cią­gał się Ark­tycz­ny Park Na­ro­do­wy z pa­smem gór­skim cią­gną­cym się łu­kiem przez trzy­sta ki­lo­me­trów ku po­łu­dnio­we­mu za­cho­do­wi. W głąb Gór Bro­ok­sa nie pro­wa­dzi­ły żad­ne dro­gi ani na­wet ścież­ki. Kto­kol­wiek cho­dził po tych gó­rach, mu­siał so­bie ra­dzić bez szla­ków, choć roz­ma­ite stro­ny in­ter­ne­to­we i dru­ko­wa­ne prze­wod­ni­ki szcze­gó­ło­wo opi­sy­wa­ły naj­pew­niej­sze i naj­bar­dziej uczęsz­cza­ne tra­sy. Tra­vis Cha­se prze­stu­dio­wał wszyst­kie do­stęp­ne źró­dła, po czym za­pla­no­wał wła­sną mar­szru­tę - tak, aby ni­ko­go nie spo­tkać.

Po­zo­sta­wił sa­mo­chód na strze­żo­nym par­kin­gu, na­peł­nił bu­kła­ki wodą, za­ło­żył ple­cak i przed je­de­na­stą roz­po­czął pie­szą wę­drów­kę. Na ko­la­cję ugo­to­wał so­bie na ma­lut­kiej bu­tli ga­zo­wej to­reb­kę brą­zo­we­go ryżu. Znaj­do­wał się już wte­dy na gra­ni pierw­sze­go pa­sma gór, sześć­set me­trów po­wy­żej osa­dy. Spo­glą­da­jąc na po­łu­dnie, wi­dział po­nad­stu­ki­lo­me­tro­wy od­ci­nek dro­gi, któ­ry rano prze­je­chał sa­mo­cho­dem. Dro­ga zni­ka­ła na ho­ry­zon­cie, za któ­rym znaj­do­wa­ła się resz­ta świa­ta i miej­sce jego przy­szłe­go za­miesz­ka­nia.

Ala­ska czy Min­ne­so­ta?

Oczy­wi­ście wszy­scy zna­jo­mi z jego ro­dzin­nych stron na­le­ga­li, aby tam wró­cił. Mimo to mie­siąc po wyj­ściu z wię­zie­nia ku­pił bi­let do Fa­ir­banks, w jed­ną stro­nę. Nie­któ­rzy spo­śród człon­ków jego ro­dzi­ny na­wet nie zdą­ży­li się z nim spo­tkać. Jaką przy­szłość wi­dział dla sie­bie tu, na da­le­kiej Pół­no­cy, po­nad trzy ty­sią­ce ki­lo­me­trów od naj­bliż­szych?

A jaką wi­dział po­śród nich? Na­wet dla tych nie­licz­nych, któ­rzy po­tra­fi­li zro­zu­mieć i prze­ba­czyć, na za­wsze po­zo­sta­nie czło­wie­kiem, któ­ry od dwu­dzie­ste­go pią­te­go do czter­dzie­ste­go roku ży­cia sie­dział w wię­zie­niu. Na­wet za dwa­dzie­ścia lat, dla na­stęp­ne­go po­ko­le­nia ku­zy­nów, po­zo­sta­nie wła­śnie kimś ta­kim - wuj­kiem po od­siad­ce. Na nic wię­cej nie mógł li­czyć.

Ru­szył da­lej, ku ko­lej­ne­mu łań­cu­cho­wi gór, aż w koń­cu za­trzy­mał się i roz­bił obóz na noc. Wła­ści­wie nie była to noc, a je­dy­nie parę go­dzin pół­mro­ku i chło­du, z bla­dym, roz­pro­szo­nym świa­tłem sło­necz­nym prze­bi­ja­ją­cym przez za­mgle­nie nad li­nią pół­noc­ne­go ho­ry­zon­tu. Ła­two było przy­szpi­lić na­miot do mięk­kiej zie­mi obok skra­ju po­kry­tej śnie­giem po­chy­łej płasz­czy­zny, cią­gną­cej się wzdłuż wyż­szych par­tii gór.

Prze­sie­dział całą go­dzi­nę przed na­mio­tem, nim za­czął od­czu­wać sen­ność.

Ja­kieś osiem ki­lo­me­trów na za­chód od nie­go - trud­no do­brze oce­nić od­le­głość w gó­rach - wy­ra­stał ska­li­sty grzbiet wzno­szą­cy się wy­żej niż góry, przez któ­re zdo­łał przejść do tej pory. Ni­sko za­wie­szo­ne słoń­ce rzu­ca­ło dłu­gie cie­nie i Tra­vi­so­wi wy­da­ło się, że po skal­nej po­wierzch­ni prze­su­wa­ją się ja­kieś punk­ty. Się­gnął po lor­net­kę i za­czął prze­szu­ki­wać spoj­rze­niem zbo­cze. Może po mi­nu­cie zo­ba­czył owce Dal­la. Po pra­wie pio­no­wej gra­ni­to­wej ścia­nie cho­dzi­ło dwa­dzie­ścia parę sztuk. Za mat­ka­mi pew­nie stą­pa­ły naj­wy­żej dwu­mie­sięcz­ne ja­gnię­ta. Tra­vis ob­ser­wo­wał zwie­rzę­ta, do­pó­ki nie scho­wa­ły się za za­ło­mem zbo­cza.

W koń­cu za­czął od­czu­wać przy­jem­ne roz­le­ni­wie­nie i cha­rak­te­ry­stycz­ną cięż­kość koń­czyn. Wpełzł do na­mio­tu, a po­tem do śpi­wo­ra i od­pły­nął w sen, jesz­cze przez chwi­lę sły­sząc szum wia­tru omia­ta­ją­ce­go krót­ką tra­wę.

Obu­dził się z gwał­tow­nie bi­ją­cym ser­cem. Coś go prze­stra­szy­ło, ale nie wie­dział co.

Prze­bi­ja­ją­ce przez płót­no na­mio­tu słoń­ce świe­ci­ło moc­niej niż przed­tem, choć ze­ga­rek wska­zy­wał do­pie­ro parę mi­nut po trze­ciej w nocy. Tra­vis za­mru­gał po­wie­ka­mi, żeby roz­bu­dzić się do koń­ca, i w tym mo­men­cie usły­szał grzmot, któ­ry prze­to­czył się po­nad gra­nią. Mi­nę­ło parę se­kund, a po­tem roz­legł się ba­so­wy ru­mor, od któ­re­go za­trzę­sła się cała góra. Wy­da­wa­ło się, że do­cho­dzi gdzieś z głę­bi niej.

Tra­vis uspo­ko­ił się i z po­wro­tem wy­god­nie uło­żył w śpi­wo­rze. Prze­tarł oczy. Bez­gło­śnie roz­błysł pio­run i po za­chod­niej stro­nie na­mio­tu zro­bi­ło się ja­sno. Tra­vis spoj­rzał na ze­ga­rek. Mi­nę­ło trzy­dzie­ści pięć se­kund, za­nim ode­zwał się grzmot. Wy­ni­ka­ło z tego, że bu­rza znaj­du­je się w od­le­gło­ści je­de­na­stu ki­lo­me­trów.

Po­wo­li za­czął z po­wro­tem za­sy­piać, mimo że bu­rza się wzma­ga­ła. Jej od­gło­sy uspo­ka­ja­ły go w ja­kiś dziw­ny spo­sób, jak­by była ko­ły­san­ką tej su­ro­wej, nie­przy­stęp­nej oko­li­cy. Po kil­ku mi­nu­tach bły­ska­wi­ce i gro­my za­czę­ły na­stę­po­wać po so­bie nie­mal bez prze­rwy i były co­raz bli­żej.

Za­nim za­snął, zno­wu usły­szał nie­po­ko­ją­cy dźwięk, któ­ry już raz go obu­dził. Ob­ró­cił gło­wę ku za­cho­do­wi i na­słu­chi­wał. Co to było? Nie brzmia­ło jak grzmot. Ra­czej jak wrzask - ale nie ludz­ki ani zwie­rzę­cy. Przy­po­mi­na­ło to od­głos bla­chy roz­dzie­ra­nej w wię­zien­nym warsz­ta­cie. No tak, bla­cha. Krą­żą mi po gło­wie wię­zien­ne wspo­mnie­nia, po­my­ślał. Wciąż cier­piał z ich po­wo­du, ale na­uczył się je igno­ro­wać.

Za­mknął po­wie­ki i po chwi­li za­snął.

*

Trzy dni póź­niej roz­bił na­miot sześć­dzie­siąt ki­lo­me­trów od Cold­fo­ot. Jego GPS po­ka­zy­wał tak­że dłu­gość prze­by­tej tra­sy, któ­ra tego dnia wy­nio­sła całe osiem­dzie­siąt ki­lo­me­trów. Zjadł pod­grza­ny wo­re­czek zupy o sma­ku en­chi­la­dy. Ale wszyst­kie te po­sił­ki z wo­recz­ków sma­ko­wa­ły bar­dziej jak wo­recz­ki niż to, co było na nich na­pi­sa­ne. Sie­dział nad do­li­ną oto­czo­ną przez stro­me ścia­ny scho­dzą­ce ja­kieś dwie­ście me­trów w dół. Jej dno było sze­ro­kie i pła­skie, cią­gnę­ła się na pół­noc­ny za­chód przez mniej wię­cej pięć ki­lo­me­trów.

Przez do­li­nę prze­pły­wa­ła ła­wi­ca chmur, przy­po­mi­na­ją­ca dy­mią­cą rze­kę. Mgła omy­wa­ła wy­sta­ją­ce ska­ły i pło­ży­ła się w głęb­szych miej­scach. Po­ni­żej Tra­vi­sa dno do­li­ny było za­sło­nię­te, choć na chwi­lę, kie­dy uko­śne pro­mie­nie słoń­ca prze­bi­ły się przez mgłę, coś pod nią bły­snę­ło. Woda, może lód.

Spał smacz­nie, bu­dząc się tyl­ko dwa razy - nie z po­wo­du grzmo­tów, ale wy­cia wil­ków. Nie wie­dział, jak da­le­ko są zwie­rzę­ta, choć chwi­la­mi miał wra­że­nie, że naj­wy­żej czte­ry­sta me­trów od nie­go. Czy­tał, że wa­ta­hy wil­ków wyją raz gło­śniej, raz ci­szej, żeby zmy­lić po­ten­cjal­ne ofia­ry oraz inne wil­ki, więc nie jest ła­two oce­nić, gdzie się znaj­du­ją.

O szó­stej rano obu­dził się, uniósł kla­pę na­mio­tu i usiadł. Ten ra­nek był zim­niej­szy niż po­przed­ni. Po­wie­trze też było czyst­sze - od po­cząt­ku wę­drów­ki wzrok Tra­vi­sa nie się­gał jesz­cze tak da­le­ko.

Ala­ska czy Min­ne­so­ta?

Wy­brał się tu­taj, żeby od­po­wie­dzieć so­bie na to py­ta­nie, ale do tej pory mu się to nie uda­ło.

Przez jego gło­wę prze­la­ty­wa­ły ar­gu­men­ty prze­ma­wia­ją­ce za każ­dym z tych roz­wią­zań. W ro­dzin­nych stro­nach cze­ka­li na nie­go przy­ja­cie­le i ro­dzi­na. Owszem, za­wsze będą go osą­dzać, lecz jed­no­cze­śnie ła­twiej za­ak­cep­tu­ją­je­go prze­szłość niż obcy lu­dzie. Jeff, brat Tra­vi­sa, za­ło­żył wła­śnie fir­mę kom­pu­te­ro­wą i na ra­zie kie­ro­wał nią z domu. Pro­po­no­wał Tra­vi­so­wi udział w tym in­te­re­sie i chciał go wszyst­kie­go na­uczyć.

Jed­nak mia­sto, w któ­rym Tra­vis się wy­cho­wał, to tak­że nie­do­bre wspo­mnie­nia. Każ­da uli­ca ko­ja­rzy­ła się z przy­kry­mi rze­cza­mi. Przy­tła­cza­ło go to.

Ala­ska - to wła­śnie było to. Ide­al­na pust­ka, w któ­rej nikt nie bę­dzie go oce­niał ani pró­bo­wał we­pchnąć w daw­ne ko­le­iny. Przy­jeż­dża­jąc do Fa­ir­banks, ni­cze­go ze sobą nie przy­wiózł. Cza­sem zda­wa­ło mu się, że na­wet sie­bie sa­me­go po­zo­sta­wił da­le­ko. Jesz­cze przed ro­kiem, w pierw­szych dniach po wyj­ściu na wol­ność, nig­dy by w to nie uwie­rzył, jed­nak na Ala­sce cza­sa­mi mi­jał cały dzień, a on w ogó­le nie my­ślał o wię­zie­niu ani o tym, co zro­bił, za­nim tam tra­fił. Cza­sa­mi w ogó­le nie był już tam­tym fa­ce­tem. I z każ­dym upły­wa­ją­cym mie­sią­cem co­raz moc­niej to czuł.

Ale kie­dy po­sta­wi sto­pę w swo­im sta­rym świe­cie, wszyst­ko wró­ci.

I wła­śnie z tego po­wo­du, choć­by to był je­dy­ny po­wód, chy­ba wie­dział, co po­wi­nien wy­brać.

Wcią­gnął spodnie i buty, po czym wy­szedł z na­mio­tu. Jesz­cze wie­czo­rem tra­wa była mięk­ka, jed­nak te­raz chrzę­ści­ła pod no­ga­mi. Tra­vis prze­cią­gnął się, przy­klęk­nął i wy­jął z ple­ca­ka ku­chen­kę tu­ry­stycz­ną i me­naż­kę. Chwi­lę póź­niej sy­czał już nie­bie­ski pło­mień, pod­grze­wa­jąc wodę na kawę. Cze­ka­jąc, aż woda się za­go­tu­je, Tra­vis pod­szedł do kra­wę­dzi urwi­ska i po­pa­trzył na do­li­nę, wi­docz­ną te­raz w ca­ło­ści w kry­sta­licz­nie czy­stym po­wie­trzu.

Na­gle znie­ru­cho­miał.

Przez chwi­lę po pro­stu pa­trzył, na­wet nie mru­ga­jąc.

Na dnie do­li­ny le­żał wrak bo­ein­ga 747.

Rozdział 4

Zda­rza­ły mu się już w ży­ciu sur­re­ali­stycz­ne sy­tu­acje. Chwi­le, któ­re trud­no było za­ak­cep­to­wać i któ­rym jed­no­cze­śnie nie spo­sób było za­prze­czyć. To, co zo­ba­czył w trze­cim prze­dzia­le, przy­po­mnia­ło mu jed­ną z nich. Emo­cje sprzed lat i ten trud­ny do okre­śle­nia za­pach, któ­re­go przez tyle cza­su nie czuł. Ste­ryl­na sala są­do­wa. Świe­tlów­ki od­bi­ja­ją­ce się od wą­skich za­mknię­tych okien. Jed­no z nich - otwar­te. I śmiech dziew­czy­ny, do­bie­ga­ją­cy z głę­bi uli­cy. To była inna rze­czy­wi­stość, od­le­gła od tam­tej sali są­do­wej, sę­dzie­go i wy­ro­ku. Oczy­wi­ście Tra­vis spo­dzie­wał się tego wy­ro­ku, wie­dział, że za­słu­żył na­wet na coś gor­sze­go, jed­nak i tak omal nie zwa­li­ło go to wte­dy z nóg. Miał dwa­dzie­ścia pięć lat i na­stęp­nym ra­zem miał się zna­leźć na uli­cy do­pie­ro jako czter­dzie­sto­pa­ro­la­tek.

Ta chwi­la była zu­peł­nie inna, ale nie­mal tak samo trud­na do za­ak­cep­to­wa­nia.

Pa­trzył na mar­twą mał­żon­kę pre­zy­den­ta Sta­nów Zjed­no­czo­nych, któ­rej sze­ro­ko otwar­te oczy zda­wa­ły się prze­wier­cać go na wy­lot. Sie­dzia­ła opar­ta o ścia­nę, ści­ska­jąc w dło­ni za­krwa­wio­ną kart­kę z no­tat­ni­ka.

El­len Gar­ner. Na­wet w tej chwi­li zwra­ca­ła uwa­gę jej uro­da. Pierw­sza Dama za­wsze była bla­da i de­li­kat­na, więc utra­ta krwi, któ­ra na­są­czy­ła wy­kła­dzi­nę wo­kół niej, nie­wie­le zmie­ni­ła jej rysy. Za­bi­ła ją po­je­dyn­cza kula, któ­ra prze­szy­ła jej brzuch.

Przy cie­le pre­zy­den­to­wej le­ża­ło urzą­dze­nie, któ­re wy­glą­da­ło jak sa­mo­cho­do­wy ze­staw te­le­fo­nii ko­mór­ko­wej sprzed lat: pę­ka­ty apa­rat po­łą­czo­ny moc­no skrę­co­nym ka­blem z wa­li­zecz­ką. Praw­do­po­dob­nie był to te­le­fon sa­te­li­tar­ny. Wid­nia­ły na nim krwa­we śla­dy pal­ców. Tra­vis od­gadł, co się sta­ło: ran­na pani Gar­ner przy­czoł­ga­ła się tu­taj z ogo­na sa­mo­lo­tu, żeby do­trzeć do te­le­fo­nu. Ścią­gnę­ła go z szaf­ki, jed­nak oka­zał się uszko­dzo­ny. Roz­krę­ci­ła apa­rat, pró­bu­jąc go na­pra­wić, ale jej się to nie uda­ło.

Tra­vis odło­żył ka­ra­bin, pod­szedł do El­len Gar­ner, przy­klęk­nął i ostroż­nie wy­jął kart­kę z ze­sztyw­nia­łych już daw­no pal­ców. Na kart­ce było na­pi­sa­ne:

Mam na­dzie­ję, że znaj­dzie to ktoś z Tan­gen­tu. Je­śli nie je­steś z Tan­gen­tu, nie kon­tak­tuj sią z lo­kal­ny­mi wła­dza­mi. Jak naj­szyb­ciej do­trzyj do te­le­fo­nu i za­dzwoń pod 112-289-0713. Ode­zwie się na­gra­nie fir­my kon­sul­tin­go­wej. Zi­gno­ruj je i w do­wol­nym mo­men­cie wstu­kaj 42551. Kie­dy ktoś od­bie­rze, prze­każ mu, że La­ta­wiec Skrzyn­ko­wy spadł w miej­scu o współ­rzęd­nych 67,4065 N, 151,5031 W. Wszy­scy nie żyją, oprócz dwóch osób za­bra­nych przez sied­miu wro­gów. Pra­wie na pew­no roz­bi­li obóz w pro­mie­niu kil­ku lub kil­ku­na­stu ki­lo­me­trów od ww, po­zy­cji. Tan­gent bę­dzie wie­dział dla­cze­go i bę­dzie wie­dział, co ro­bić.

Po dwóch li­nij­kach prze­rwy pani Gar­ner do­pi­sa­ła jesz­cze kil­ka­dzie­siąt wier­szy, sła­bo do­ci­ska­jąc dłu­go­pis i krzy­wo sta­wia­jąc li­te­ry. Mu­sia­ła już tra­cić siły.

Wiem, że roz­bi­li­śmy się w od­da­lo­nym re­jo­nie. Mu­szę za­kła­dać, że na tyle od­lud­nym, iż znaj­dą nas do­pie­ro po paru dniach, a ten, kto nas znaj­dzie, bę­dzie o kil­ka dni dro­gi od naj­bliż­sze­go te­le­fo­nu. Ka­ta­stro­fa wy­da­rzy­ła się 26 czerw­ca o pięt­na­stej pięć cza­su miej­sco­we­go. Je­śli znaj­dziesz mnie póź­niej niż dwa dni po tej da­cie, zi­gno­ruj to, co na­pi­sa­łam wcze­śniej. Bę­dzie za póź­no na te­le­fon do Tan­gen­tu.

Wro­go­wie tor­tu­ru­ją dwo­je na­szych, żeby wy­do­być z nich in­for­ma­cje. Dzie­je się to nie­da­le­ko od miej­sca ka­ta­stro­fy; nie opusz­czą tego re­jo­nu, do­pó­ki nie zła­mią jeń­ców (nie mogą odejść stąd wcze­śniej). Nie wiem, jak dłu­go nasi lu­dzie wy­trzy­ma­ją za­nim się za­ła­mią. Przy­pusz­czam, że nie dłu­żej niż parę dni.

Szyb­ko tra­cę siły - już nie dam rady wy­tłu­ma­czyć, jaka jest staw­ka w tej grze. Do­ty­czy ona tak­że Cie­bie, kim­kol­wiek je­steś. Do­ty­czy wszyst­kich. Sy­tu­acja jest bar­dzo zła. Pew­nie są­dzisz, że nie je­steś w sta­nie tego zro­bić, ale bar­dzo Cię pro­szę: za­bij tych lu­dzi.

Szaf­ka z bro­nią jest w tyl­nej prze­gro­dzie ka­bi­ny na gór­nym po­kła­dzie. Szyfr do zam­ka: 021602, W środ­ku są ka­ra­bi­ny Ml6, moż­na z nich strze­lać ogniem cią­głym. Za­bij wszyst­kich. Naj­waż­niej­sze " że­byś za­bił na­szych, na­wet je­śli nie zdo­łasz za­bić wszyst­kich wro­gów. Mu­sisz za­bić ich na po­cząt­ku. Wy­bacz, że Cię o to pro­szę.

Po ko­lej­nej dłuż­szej spa­cji na­pi­sa­ła coś jesz­cze, ale tak sła­biut­ką ręką, że Tra­vis mu­siał pod­sta­wić kart­kę pod świa­tło.

PS Je­śli za­bi­jesz ich wszyst­kich, nie zbli­żaj się do rze­czy, któ­rą za­bra­li z sa­mo­lo­tu. To gra­na­to­wa kula o śred­ni­cy dzie­się­ciu cen­ty­me­trów. Odejdź stam­tąd jak naj­szyb­ciej i za­dzwoń do Tan­gen­tu.

Tra­vis prze­czy­tał wszyst­ko jesz­cze raz i zro­bi­ło mu się zim­no, mimo że miał na so­bie gru­bą kurt­kę. Do­strzegł w kie­szon­ce bluz­ki pani Gar­ner róg dru­giej kart­ki pa­pie­ru. Wy­cią­gnął ją i roz­ło­żył. Było na niej tyl­ko parę li­ni­jek tek­stu:

Ri­char­dzie, co chwi­la tra­cę przy­tom­ność i od­zy­sku­ję ją na nowo. Kie­dy ją tra­cę, śnię o na­szym aka­de­mi­ku, znów je­stem w po­ko­ju 712, z Tobą pod tam­tą na­rzu­tą, i pa­trzy­my na śnieg przy­kry­wa­ją­cy dzie­dzi­niec wy­dzia­łu pra­wa. Mia­łam szczę­śli­we ży­cie, po­nie­waż spę­dzi­łam je u boku je­dy­ne­go męż­czy­zny, któ­re­go kie­dy­kol­wiek ko­cha­łam.

El­len

Tra­vis po­czuł się jak in­truz. Szyb­ko zło­żył kart­kę i wsu­nął ją z po­wro­tem do kie­szon­ki zmar­łej.

Wy­pro­sto­wał się i jego spoj­rze­nie pa­dło na śnieg za okna­mi pra­wej bur­ty sa­mo­lo­tu. Zo­ba­czył na nim śla­dy - stóp i sze­ro­kich opon. Ury­wa­ły się czter­dzie­ści me­trów da­lej, na koń­cu pła­ta śnie­gu, ale było dość oczy­wi­ste, w któ­rą stro­nę pro­wa­dzą.

Rozdział 3

Nie­mal całe wnę­trze ma­szy­ny wy­peł­nia­ły rzę­dy pul­pi­tów ste­row­ni­czych - wy­glą­da­ło to jak sta­cja kon­tro­li lo­tów NASA wci­śnię­ta do ka­dłu­ba jum­bo jeta. Się­ga­ła od ogo­na ma­szy­ny aż do prze­gro­dy znaj­du­ją­cej się dzie­sięć me­trów przed Tra­vi­sem. Przy każ­dym z ter­mi­na­li sta­ło przy­śru­bo­wa­ne do pod­ło­gi krze­sło ob­ro­to­we. Wzdłuż le­wej bur­ty, w naj­ni­żej po­chy­lo­nym miej­scu, le­ża­ły róż­ne po­trza­ska­ne przed­mio­ty.

Tu tak­że w po­wie­trzu wi­sia­ła sil­na woń pa­li­wa, lecz to­wa­rzy­szył jej jesz­cze inny za­pach. Zna­jo­my. Tra­vis roz­glą­dał się w ciem­no­ści, ja­sne słu­py świa­tła wpa­da­ją­ce­go przez okna tyl­ko utrud­nia­ły wi­dze­nie. Na­gle przy­po­mniał so­bie, co tak pach­nie - i za­raz po­tem to zo­ba­czył...

Krew. Pod rzu­co­ny­mi na pod­ło­gę znisz­czo­ny­mi rze­cza­mi sta­ły całe ka­łu­że krwi. Pod jego sto­pa­mi tak­że.

Po­czuł skurcz żo­łąd­ka. Wró­cił do szcze­li­ny w bur­cie, wy­sta­wił gło­wę na ze­wnątrz i wcią­gnął w płu­ca haust po­wie­trza - nie, nie po­wie­trza, ale opa­rów pa­li­wa. Mimo to po­mo­gło. Od­dy­cha­jąc płyt­ko, wró­cił do wnę­trza wra­ka.

Osło­niw­szy dło­nią oczy, po­szu­kał wzro­kiem tego, co nie­wąt­pli­wie znaj­do­wa­ło się w ka­dłu­bie.

No tak! Na­tych­miast zo­ba­czył po­śród ru­mo­wi­ska dwa­na­ście ciał.

Wszyst­kie le­ża­ły na rzu­co­nych pod lewą bur­tę rze­czach, na sa­mym wierz­chu. Dziw­ne.

Pod­szedł bli­żej. To, co zo­ba­czył, spra­wi­ło, że mdło­ści ustą­pi­ły miej­sca dresz­czo­wi stra­chu. Ci lu­dzie nie zgi­nę­li pod­czas upad­ku sa­mo­lo­tu na zie­mię. Każ­de z ciał mia­ło po dwa otwo­ry od kul w skro­ni, je­den obok dru­gie­go.

Znie­ru­cho­miał i za­czął na­słu­chi­wać, choć lo­gi­ka mu pod­po­wia­da­ła, że za­bój­ca czy za­bój­cy już daw­no opu­ści­li po­kład wra­ka. Ka­ta­stro­fa bo­ein­ga mia­ła miej­sce przed trze­ma dnia­mi i znaj­du­ją­cy się na jego po­kła­dzie lu­dzie praw­do­po­dob­nie zo­sta­li za­strze­le­ni za­raz po niej. Ci, któ­rzy do nich strze­la­li, nie mie­li po­wo­dów, aby po­zo­sta­wać w roz­bi­tym sa­mo­lo­cie.

Na­słu­chi­wał jesz­cze przez dzie­sięć se­kund, lecz sły­szał tyl­ko wiatr hu­la­ją­cy po do­li­nie i ze świ­stem wdzie­ra­ją­cy się do środ­ka przez po­roz­ry­wa­ne bla­chy ka­dłu­ba. To pieśń po­grze­bo­wa dla tych po­mor­do­wa­nych, po­my­ślał.

Zno­wu po­pa­trzył na cia­ła. Za­bi­ci mie­li na so­bie coś w ro­dza­ju mun­du­rów: czar­ne spodnie i ele­ganc­kie nie­bie­skie ko­szu­le. Nie były to może mun­du­ry woj­sko­we, ale z pew­no­ścią nie wy­glą­da­ły jak zwy­kłe stro­je. Na ko­szu­lach nie do­strzegł jed­nak żad­nych ozna­czeń ani pa­go­nów. Ja­kiej na­ro­do­wo­ści były ofia­ry? Dzie­wię­cio­ro z nich na­le­ża­ło do rasy bia­łej, a tro­je - do czar­nej. Sied­mio­ro męż­czyzn i pięć ko­biet. Cia­ła tak na­pu­chły, że nie dało się do­kład­nie okre­ślić wie­ku za­bi­tych, jed­nak chy­ba mie­ści­li się w prze­dzia­le od trzy­dzie­stu do pięć­dzie­się­ciu lat.

W tym mo­men­cie Tra­vis zdał so­bie spra­wę z cze­goś, co po­win­no zwró­cić jego uwa­gę na sa­mym po­cząt­ku: na sa­mo­lo­cie nie było żad­nych sym­bo­li, na­pi­sów czy barw, chy­ba nie miał na­wet nu­me­ru na ogo­nie.

Co to za ma­szy­na?

Tra­vis czę­sto oglą­dał nocą pro­gra­my Di­sco­ve­ry Chan­nel i wie­dział, że ame­ry­kań­skie wła­dze dys­po­nu­ją spe­cjal­ny­mi sa­mo­lo­ta­mi kry­zy­so­wy­mi - la­ta­ją­cy­mi cen­tra­mi do­wo­dze­nia, któ­re mo­gły być wy­ko­rzy­sta­ne w przy­pad­ku znisz­cze­nia Pen­ta­go­nu w wy­ni­ku ob­ce­go ata­ku. Na­zy­wa­no je sa­mo­lo­ta­mi na dzień apo­ka­lip­sy. Kosz­to­wa­ły mi­liar­dy do­la­rów, ale wszy­scy wo­le­li, żeby te mi­liar­dy oka­za­ły się wy­da­ne na próż­no.

Je­śli był to je­den z tych sa­mo­lo­tów, wy­da­wa­ło się tym bar­dziej nie­praw­do­po­dob­ne, żeby do tej pory nikt go nie zna­lazł.

Ale prze­cież... ktoś go jed­nak zna­lazł, czyż nie?

Tra­vis wy­pro­sto­wał się i jesz­cze raz po­pa­trzył na cia­ła za­bi­tych i urzą­dze­nia, któ­re ob­słu­gi­wa­li.

Na­su­wa­ły mu się ty­sią­ce py­tań, ale nie znaj­do­wał żad­nej od­po­wie­dzi.

Nie było mu to zresz­tą do ni­cze­go po­trzeb­ne. Czas stąd iść. Trze­ba wró­cić do Cold­fo­ot i po­wie­dzieć mi­łym lu­dziom, któ­rzy sprze­da­ją tam ham­bur­ge­ry, że wy­pra­wa w góry była bar­dzo przy­jem­na i nic nie­zwy­kłe­go się nie wy­da­rzy­ło.

Pod­szedł do pęk­nię­cia ka­dłu­ba, pa­trząc na prze­gro­dę, w któ­rej znaj­do­wa­ły się drzwi. Jego wzrok przy­zwy­cza­ił się już do ciem­no­ści i wi­dział za drzwia­mi dłu­gi, przy­najm­niej trzy­dzie­sto­me­tro­wy ko­ry­tarz pro­wa­dzą­cy na dziób sa­mo­lo­tu. Po jego jed­nej stro­nie były okna, po dru­giej - sze­reg drzwi.

Kie­dy wy­sta­wił już gło­wę i ra­mię na ze­wnątrz, na­gle do nie­go do­tar­ło, co zo­ba­czył w ko­ry­ta­rzu.

Za­ci­snął moc­no po­wie­ki, ale nie z po­wo­du od­bi­te­go od śnie­gu słoń­ca. Wa­hał się jesz­cze może przez dzie­sięć se­kund. Bar­dzo chciał ru­szyć przed sie­bie i zo­sta­wić za sobą te cia­ła, wrak jum­bo jeta i całą tę pie­przo­ną do­li­nę. Wy­star­czy­ło sko­czyć w śnieg. Da­lej za­nio­są go nogi.

Mimo to wsu­nął gło­wę z po­wro­tem do wnę­trza ka­dłu­ba i zno­wu po­pa­trzył na ko­ry­tarz.

Od be­żo­wej wy­kła­dzi­ny ko­ry­ta­rza wy­raź­nie od­ci­nał się ślad krwi. Na czar­nej pod­ło­dze tyl­nej czę­ści sa­mo­lo­tu był pra­wie nie­wi­docz­ny, ale na ko­ry­ta­rzu - bar­dzo do­brze. Cią­gnął się nim przez ja­kieś pięt­na­ście me­trów i skrę­cał w otwar­te drzwi po pra­wej. Krwa­wej smu­dze i kro­plom to­wa­rzy­szy­ły po bo­kach krwa­we od­ci­ski dło­ni. Ran­ny nie był cią­gnię­ty. Pełzł o wła­snych si­łach.

Tra­vis pod­szedł do prze­gro­dy. W pra­wej ścia­nie ko­ry­ta­rza było czwo­ro drzwi, na­prze­ciw­ko okien. Krwa­wy ślad wcho­dził do trze­cie­go prze­dzia­łu. Na koń­cu ko­ry­ta­rza były ostat­nie drzwi - pią­te - za któ­ry­mi praw­do­po­dob­nie znaj­do­wał się trap pro­wa­dzą­cy na gór­ny po­kład i do ka­bi­ny pi­lo­tów.

Krew na wy­kła­dzi­nie była brą­zo­wa, wy­schła już daw­no temu; ka­łu­że krwi z tyłu sa­mo­lo­tu po­zo­sta­ły mo­kre tyl­ko dla­te­go, że było jej bar­dzo dużo. Je­że­li per­so­nel sta­cji wy­mor­do­wa­no za­raz po ka­ta­stro­fie, to cięż­ko ran­ny czło­wiek, któ­ry prze­żył atak, mu­siał od trzech dni wy­krwa­wiać się w po­miesz­cze­niu, do któ­re­go pro­wa­dził ślad. Z całą pew­no­ścią już nie żył.

Le­piej się upew­nić, to zaj­mie mi tyl­ko mi­nu­tę, po­my­ślał Tra­vis.

Ru­szył ko­ry­ta­rzem.

Pierw­sze drzwi ota­czał nie­re­gu­lar­ny wia­nu­szek dziur po ku­lach, przy­po­mi­na­ją­cy gwiezd­ną kon­ste­la­cję. Otwo­ry znaj­do­wa­ły się na wy­so­ko­ści ludz­kiej pier­si i gło­wy i wy­glą­da­ło na to, że strze­la­no za­rów­no z ko­ry­ta­rza do po­miesz­cze­nia, jak i w dru­gą stro­nę.

Tra­vis za­trzy­mał się przed otwar­ty­mi drzwia­mi. Przy prze­ciw­le­głej bur­cie sa­mo­lo­tu le­ża­ło dwóch męż­czyzn - zgi­nę­li za wiel­kim biur­kiem, za któ­rym pró­bo­wa­li się ukryć. Obaj byli krót­ko ostrzy­że­ni i mie­li na so­bie czar­ne gar­ni­tu­ry i kra­wa­ty. Mo­gli być agen­ta­mi Se­cret Se­rvi­ce - albo któ­rej­kol­wiek z in­nych taj­nych służb. Po­wa­li­ły ich strza­ły w pier­si i szy­je, a po­tem na wszel­ki wy­pa­dek do­bi­to ich strza­ła­mi w skroń, po­dob­nie jak tych w ogo­nie.

Jed­nak w prze­ci­wień­stwie do lu­dzi, któ­rych za­mor­do­wa­no przy pul­pi­tach ste­row­ni­czych, byli uzbro­je­ni. Nie za­bra­no im ka­ra­bi­nów.

Tra­vis od bar­dzo daw­na nie miał bro­ni w ręku i nie znał naj­now­szych roz­wią­zań w tej dzie­dzi­nie; zbyt wie­le cza­su spę­dził w wię­zie­niu w Min­ne­so­cie. Stwier­dził, że le­żą­ce przy za­bi­tych ka­ra­bi­ny to M16 w zmo­dy­fi­ko­wa­nej wer­sji.

Pod­niósł bliż­szy z nich. Jego ma­ga­zy­nek był prze­zro­czy­sty i znaj­do­wa­ła się w nim jesz­cze chy­ba po­ło­wa z trzy­dzie­stu na­bo­jów. Oparł ka­ra­bin o biur­ko i spraw­dził ma­ga­zy­nek dru­gie­go. Pra­wie peł­ny. Wy­jął go z ka­ra­bi­nu. W kie­sze­niach każ­de­go z za­bi­tych zna­lazł jesz­cze po jed­nym peł­nym ma­ga­zyn­ku. Męż­czyź­ni nie mie­li przy so­bie żad­nych do­ku­men­tów. Tra­vis scho­wał ma­ga­zyn­ki do kie­sze­ni, pod­niósł ka­ra­bin i prze­szedł do ko­lej­ne­go po­miesz­cze­nia.

Za­marł, kie­dy zo­ba­czył, co ma przed sobą.

Na środ­ku prze­dzia­łu znaj­do­wał się sta­lo­wy sze­ścian o boku jed­ne­go me­tra, prze­dzie­lo­ny w po­ło­wie na część gór­ną i dol­ną. Gór­na otwie­ra­ła się na za­wia­sach i była otwar­ta. Z moc­nych be­lek pod su­fi­tem zwie­sza­ły się dwa gru­be łań­cu­chy. W od­sło­nię­tej we­wnętrz­nej po­wierzch­ni sze­ścia­nu była nie­wiel­ka pu­sta prze­strzeń, w sa­mym środ­ku. Mia­ła ona boki o dłu­go­ści oko­ło dzie­się­ciu cen­ty­me­trów, jej po­ło­wa znaj­do­wa­ła się w dol­nej, a dru­ga po­ło­wa w gór­nej czę­ści sta­lo­we­go blo­ku - po jego za­mknię­ciu obie po­łów­ki mu­sia­ły łą­czyć się ze sobą, two­rząc nie­wiel­ki po­jem­nik, osło­nię­ty z każ­dej stro­ny pra­wie pół­me­tro­wą war­stwą li­tej sta­li.

Tra­vis nie wie­dział, co wy­ma­ga­ło aż tak nie­zwy­kłej osło­ny, w każ­dym ra­zie to coś znik­nę­ło.

Z boku sze­ścia­nu była przy­twier­dzo­na ta­blicz­ka, na któ­rej wy­pi­sa­no po an­giel­sku czar­ny­mi li­te­ra­mi:

"SZCZE­LI­NA"

OBIEKT SPE­CJAL­NY 0247 - "SZEPT"

STO­SO­WAĆ ZA­BEZ­PIE­CZE­NIA KLA­SY A 

IN­STRUK­CJA DO­DAT­KO­WA DLA TEGO OBIEK­TU:

NI­KO­MU NIE WOL­NO PRZE­BY­WAĆ

BLI­ŻEJ NIŻ PÓŁ­TO­RA ME­TRA (1,5 m)

OD NIE­OSŁO­NIĘ­TE­GO OBIEK­TU

DŁU­ŻEJ NIŻ DWIE MI­NU­TY (2 min.) BEZ PRZE­RWY

Tra­vis jesz­cze raz przyj­rzał się za­głę­bie­niu w sze­ścia­nie. Było w nim coś nie­po­ko­ją­ce­go. Kie­dy obej­rzał go z bli­ska, na­tych­miast tego po­ża­ło­wał. W obu po­łów­kach sze­ścia­nu stal w bez­po­śred­nim są­siedz­twie za­głę­bie­nia mia­ła dziw­ny brud­no­nie­bie­ski ko­lor. We­wnętrz­na po­wierzch­nia po­jem­ni­ka była od­kształ­co­na, jak­by ja­kaś po­tęż­na, dzia­ła­ją­ca przez dłuż­szy czas siła sta­ra­ła się ro­ze­pchnąć go od środ­ka.

Tra­vis na­tych­miast wy­obra­ził so­bie pisz­czą­cy gło­śno licz­nik Ge­ige­ra i szyb­ko wy­szedł z prze­dzia­łu. Na ko­ry­ta­rzu uświa­do­mił so­bie, że wstrzy­mu­je od­dech.

Za­wró­cił w stro­nę, z któ­rej przy­szedł. Szcze­li­na w ka­dłu­bie znaj­do­wa­ła się za­le­d­wie dwa­dzie­ścia kro­ków od nie­go, wi­dział już jej ja­sny za­rys. Za chwi­lę znaj­dzie się na śnie­gu.

Nie...

Nie­za­do­wo­lo­ny z sie­bie, od­wró­cił się na pię­cie i ru­szył w stro­nę trze­cie­go prze­dzia­łu.

To nic ta­kie­go, prze­ko­ny­wał sam sie­bie.

Znaj­dę tam tyl­ko mar­twe­go czło­wie­ka, już wy­sty­głe­go.

Po­tem wyj­dę z tego wra­ka i ru­szę da­lej. Kie­dy minę trzy ko­lej­ne góry, wresz­cie za­pa­rzę so­bie kawy, do cho­le­ry, tak jak od po­cząt­ku chcia­łem.

Ale gdy wszedł do trze­cie­go po­miesz­cze­nia, cała jego pew­ność sie­bie się roz­wia­ła. Ni­cze­go już nie był pe­wien.

Owszem, oso­ba, któ­ra po­zo­sta­wi­ła krwa­we śla­dy na ko­ry­ta­rzu, była mar­twa.

Jed­nak już nic nie wy­da­wa­ło się pro­ste.

Rozdział 2

Spa­ko­wa­nie wszyst­kie­go, łącz­nie z na­mio­tem, za­ję­ło Tra­vi­so­wi pół­to­rej mi­nu­ty. Po­tem ru­szył pę­dem wzdłuż kra­wę­dzi do­li­ny.

Skąd się tu­taj wziął ten sa­mo­lot?

Jak to moż­li­we, że nad wra­kiem nie wi­szą he­li­kop­te­ry i nie roz­ci­na go pal­ni­ka­mi ace­ty­le­no­wy­mi stu ra­tow­ni­ków wy­po­sa­żo­nych w do­kład­ne pla­ny ma­szy­ny?

W miej­scu gdzie znaj­do­wał się Tra­vis, ścia­na była zbyt stro­ma, aby dało się po niej zejść, jed­nak nie­ca­ły ki­lo­metr na pół­noc­ny za­chód od nie­go stok był na­chy­lo­ny pod ką­tem czter­dzie­stu stop­ni. Też stro­mo jak cho­le­ra, ale tro­chę mniej. Trze­ba bę­dzie uwa­żać, żeby nie stur­lać się na dół ra­zem z ple­ca­kiem i nie po­ła­mać po dro­dze wszyst­kich koń­czyn. Kom­plet­nie po­ła­ma­ny był­by mar­ną po­mo­cą dla uwię­zio­nych we wra­ku lu­dzi - oczy­wi­ście je­że­li kto­kol­wiek prze­żył ka­ta­stro­fę.

Jak na ra­zie był je­dy­nym po­ten­cjal­nym ra­tow­ni­kiem na miej­scu tra­ge­dii. Nie­ste­ty nie miał moż­li­wo­ści we­zwa­nia po­mo­cy. Te­le­fon ko­mór­ko­wy stał się bez­u­ży­tecz­nym ga­dże­tem czter­dzie­ści ki­lo­me­trów od Fa­ir­banks, a CB - ra­dio, za po­mo­cą któ­re­go po­ro­zu­mie­wa­ją się zwy­kle kie­row­cy na Dal­ton Hi­gh­way - zo­sta­ło ra­zem z sa­mo­cho­dem na par­kin­gu mo­te­lu i sta­cji ben­zy­no­wej, sześć­dzie­siąt ki­lo­me­trów stąd.

Szedł wzdłuż skra­ju urwi­ska, wpa­tru­jąc się w bo­ein­ga le­żą­ce­go na dnie do­li­ny.

Naj­wy­raź­niej pi­lo­ci usi­ło­wa­li wy­lą­do­wać, bo wrak le­żał rów­no­le­gle do bie­gu do­li­ny, jak­by była pa­sem star­to­wym. Za szcząt­ka­mi sa­mo­lo­tu wid­nia­ły głę­bo­kie bruz­dy w zie­mi, ma­ją­ce dłu­gość po­nad trzy­stu me­trów. Mniej wię­cej w po­ło­wie tych bruzd le­ża­ło pra­we skrzy­dło, ode­rwa­ne przez skal­ny słup, któ­re­go ude­rze­nie w ogó­le nie na­ru­szy­ło. Szczę­śli­wym tra­fem nie do­szło do eks­plo­zji, choć u na­sa­dy ode­rwa­ne­go skrzy­dła trą­cy o pod­ło­że me­tal mu­siał ze­tknąć się z pa­li­wem. Ale na dnie do­li­ny le­żał wiel­ki płat śnie­gu i dru­ga po­ło­wa od­cin­ka, po któ­rym prze­śli­zgnął się sa­mo­lot, znaj­do­wa­ła się wła­śnie na nim.

Je­że­li nie li­czyć ode­rwa­ne­go skrzy­dła, wrak był mniej wię­cej cały. Zła­mał się jesz­cze tyl­ko sta­tecz­nik pio­no­wy, któ­ry le­żał te­raz na pra­wym sta­tecz­ni­ku po­zio­mym; ko­ja­rzył się Tra­vi­so­wi z ode­rwa­ną koń­czy­ną, trzy­ma­ją­cą się tyl­ko na pła­cie skó­ry. Ka­dłub pękł w trzech miej­scach i z sze­ro­kich może na trzy­dzie­ści cen­ty­me­trów szcze­lin wy­sta­wa­ły frag­men­ty prze­wo­dów oraz strzę­py izo­la­cji ka­dłu­ba. Jego wnę­trze w głę­bi szcze­lin było ciem­ne; zresz­tą na­wet gdy­by we wra­ku pa­li­ło się świa­tło, z tej od­le­gło­ści Tra­vis nie zdo­łał­by zo­ba­czyć, co znaj­du­je się w środ­ku.

Wo­kół szcząt­ków sa­mo­lo­tu ani w jego wnę­trzu nie było wi­dać żad­ne­go ru­chu czy ja­kich­kol­wiek oznak obec­no­ści czło­wie­ka. Nikt nie wy­cią­gał ni­cze­go z ma­szy­ny ani nie zbu­do­wał pro­wi­zo­rycz­ne­go schro­nie­nia. Czy pa­sa­że­ro­wie ukry­li się przed zim­nem w ka­dłu­bie? A może są zbyt cięż­ko ran­ni, żeby wyjść z wra­ku?

Od­le­głość była za duża, żeby Tra­vis mógł do­strzec ewen­tu­al­ne śla­dy stóp. W do­dat­ku zmro­żo­na po­wierzch­nia śnie­gu od­bi­ja­ła świa­tło, ra­żąc ob­ser­wa­to­ra w oczy. Nie spo­sób było okre­ślić, czy ktoś wy­do­stał się ze środ­ka i ru­szył na po­szu­ki­wa­nie po­mo­cy.

I to wła­śnie naj­bar­dziej zdu­mie­wa­ło Tra­vi­sa: jak to moż­li­we, żeby na miej­scu ka­ta­stro­fy jum­bo jeta nie po­ja­wi­li się jesz­cze żad­ni ra­tow­ni­cy? Jak dłu­go ten ko­los tu leży?

O Jezu, prze­cież upły­nę­ły trzy dni, przy­po­mniał so­bie. Trzy dni, od­kąd pod­czas bu­rzy usły­szał od­głos roz­dzie­ra­ne­go me­ta­lu. Sły­szał, jak ol­brzy­mi od­rzu­to­wiec się roz­bi­ja!

W cią­gu ca­łych trzech dni nie od­na­le­zio­no wra­ku. Nikt go nie szu­kał; w cza­sie swo­jej wę­drów­ki Tra­vis nie sły­szał sa­mo­lo­tu ani he­li­kop­te­ra, któ­re mo­gły­by na­le­żeć do ra­tow­ni­ków. Nie ro­zu­miem, po­my­ślał. Prze­cież to nie mała, jed­no­sil­ni­ko­wa ces­sna, któ­rej pi­lot wy­star­to­wał, nie wpi­su­jąc się do książ­ki lo­tów. Li­nio­we sa­mo­lo­ty pa­sa­żer­skie mają po kil­ka sys­te­mów łącz­no­ści - na­daj­ni­ki ra­dio­we du­żej mocy, na­daj­ni­ki łą­czą­ce się z sa­te­li­ta­mi i pew­nie jesz­cze kil­ka in­nych urzą­dzeń. Na­wet gdy­by wszyst­kie ule­gły znisz­cze­niu, kon­tro­le­rzy z wie­ży na lot­ni­sku mię­dzy­na­ro­do­wym w Fa­ir­banks od­no­to­wa­li­by ostat­nią zna­ną po­zy­cję bo­ein­ga. W cią­gu go­dzi­ny po­win­na go już szu­kać cała ar­mia ra­tow­ni­ków.

Do­szedł do ła­god­niej­sze­go sto­ku, gdzie po­ro­śnię­ty tra­wą frag­ment te­re­nu w kształ­cie od­wró­co­ne­go lej­ka wrzy­nał się w do­li­nę. I tu jed­nak stok oka­zał się bar­dziej stro­my, niż wy­da­wa­ło się z da­le­ka. Ale w od­le­gło­ści wie­lu ki­lo­me­trów nie było in­nej moż­li­wo­ści zej­ścia na dno do­li­ny. Pró­ba po­ko­na­nia dro­gi w li­nii pro­stej rów­na­ła­by się sa­mo­bój­stwu - jed­nak za­ko­sa­mi po­win­no się udać... Tra­vis ostroż­nie zba­dał pod­ło­że - było na tyle mięk­kie, że za­pew­nia­ło wy­star­cza­ją­cą przy­czep­ność. Stwier­dził, że je­śli się po­chy­la i przy­trzy­mu­je ręką tra­wy, może scho­dzić, za­cho­wu­jąc rów­no­wa­gę.

Pięt­na­ście mi­nut póź­niej biegł już wzdłuż jed­nej z bruzd wy­ora­nych w zie­mi. Wła­ści­wie był to pa­rów - zmie­ści­ła­by się w nim te­re­nów­ka. Mi­nął odła­ma­ne skrzy­dło. Opie­ra­ło się na ska­le, któ­ra ode­rwa­ła je od wiel­kiej ma­szy­ny.

Po chwi­li wszedł na płat śnie­gu i od razu po­czuł woń pa­li­wa lot­ni­cze­go. Prze­siąkł nim cały śnieg. Śla­dy, któ­re zo­sta­wiał za sobą, na­tych­miast wy­peł­nia­ły się ró­żo­wym pły­nem.

Wrak znaj­do­wał się te­raz w od­le­gło­ści mniej wię­cej po­ło­wy bo­iska pił­kar­skie­go, zwró­co­ny ogo­nem do Tra­vi­sa. Był lek­ko skrę­co­ny w lewo, dzię­ki cze­mu Tra­vis mógł zo­ba­czyć lewą bur­tę oraz wciąż trzy­ma­ją­ce się ka­dłu­ba lewe skrzy­dło.

Nig­dzie nie wi­dać śla­dów stóp...

Ogon roz­bi­te­go ol­brzy­ma wzno­sił się nad gło­wą Tra­vi­sa na wy­so­kość trzech pię­ter - mimo że sta­tecz­nik pio­no­wy był zła­ma­ny. Cię­żar skrzy­dła prze­chy­lił ma­szy­nę w lewo. Oba pod­wie­szo­ne pod nim sil­ni­ki za­ko­pa­ły się w śnie­gu.

Tra­vis mi­nął ogon i za­trzy­mał się ja­kieś dzie­sięć me­trów przed skrzy­dłem mię­dzy ko­le­ina­mi wy­żło­bio­ny­mi przez sil­ni­ki.

Wszyst­kie trzy szcze­li­ny w po­pę­ka­nym ka­dłu­bie, któ­re zo­ba­czył ze szczy­tu urwi­ska, znaj­do­wa­ły się po jego stro­nie. Na­wet z tak bli­skiej od­le­gło­ści wi­dział w nich tyl­ko czerń. W oknach tym bar­dziej nic nie było wi­dać - po­chy­lo­ne ku do­ło­wi, od­bi­ja­ły biel śnie­gu.

Tra­vis wziął głę­bo­ki od­dech.

- Jest tam kto?! - za­wo­łał.

Od­po­wie­dzia­ło mu tyl­ko echo.

Pod­szedł do jed­nej ze szcze­lin, spraw­dził, czy me­tal wo­kół niej trzy­ma się ka­dłu­ba, a po­tem wpełzł do wra­ka.

To nie był sa­mo­lot pa­sa­żer­ski.