Tunel myśli życia - Adrian Rajtar

Kup ebooka

20.00 zł
18.94 zł (17,80 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Tunel

myśli życia

Adrian Rajtar

Tunel

myśli życia

Wydawnictwo DEBIUTANT

2022

"Tunel myśli życia"

Copyright ? by Wydawnictwo Debiutant 2022

Copyright ? by Adrian Rajtar

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żaden fragment tekstu nie może być publikowany ani reprodukowany bez pisemnej zgody wydawcy.

Wydanie I

ISBN: 978-83-66672-32-1

Korekta: Jadwiga Jęcz

Projekt okładki: Ewa Krefft-Bladoszewska Skład i łamanie: Studio Grafpa - www.grafpa.pl Wydawnictwo DEBIUTANT

ul. Dworcowa 2/3

82-200 Malbork

www.wydawnictwodebiutant.pl

wdebiutant@gmail.com

Jako autor książki Tunel myśli życia oświadczam, iż swoje honorarium ze sprzedaży w całości przekażę na odbudowę konkretnej placówki, znajdującej się na terenie Ukrainy -

szpitala, hospicjum lub domu dziecka, w najbardziej zapomnianym zakątku tego kraju. Przy czym, ze względu na trwające

wciąż intensywne działania wojenne, nikt nie jest w stanie po pierwsze określić, kiedy taka odbudowa mogłaby się zacząć, po drugie - nie potrafi wskazać, w jakim miejscu na Ukrainie można by taką placówkę zbudować.

O wszelkich nowych informacjach będę informował na bieżąco.

Spis treści

Prolog . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

. .9

Drogi Czytelniku! . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

11

Rozdział I

Początek własnych kontemplacji na linii mojego życia . . . . . . .

. . .13

Rozdział II

Wewnętrzne rozdarcia w pułapce uwięzienia życia . . . . . . . . . .

. . 31

Rozdział III

Serce czy rozum - dylematy naszej współczesnej egzaltacji . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

. 39

Rozdział IV

Obudzenie się we mnie intelektualnego potencjału . . . . . . . . .

. . . 49

Rozdział V

Różne oblicza ludzkiej morderczości i wynikające z nich żądze . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

. 63

Epilog . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

.71

Oświadczenie autorskie . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

. . . . . . . . . . 73

Podziękowania . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

.75

Prolog

Dlaczego każdy dzień pisze nam tak zły scenariusz? Dlaczego z każdym tchnieniem nowego dnia jest coraz trudniej?

Dlaczego mamy tak splątane losy? Boże, usłysz pragnienia moje i ulecz duszę wybranki mej, bo za bycie z nią oddam animę swą, animę swą. Ostoją na mapie życia zatracam się w mizernej chwili, nastaje cisza, chichotowi losu niestety nic nie umyka, niestety nic nie umyka, koło czarnego czasu dziejów świata się nie zamyka, się nie zamyka.

Drogi Czytelniku!

Jeśli sięgnąłeś po tę książkę, to mogę przypuszczać, że prawdopodobnie uczyniłeś to z któregoś z dwóch powodów.

Pierwszym może być zwykła ciekawość i nie ma w tym nic złego, ona bowiem stanowi impuls do podejmowania pewnych działań. Drugim powodem może być jednak to, że w swoim życiu napotykasz szereg problemów i nieustannie zastanawiasz się, czy zwyczajnie sobie z nimi poradzisz. Otóż przedstawiając Ci moją historię chcę pokazać, mój Przyjacielu, że z każdej sytuacji można znaleźć wyjście.

Rozdział I

Początek własnych kontemplacji na linii mojego życia Człowiek na starcie przekreślony okazuje się zwycięzcą. Moja

"wielka misja" rozpoczyna się dwudziestego pierwszego sierpnia 1997 roku. Wierzę, że każdy przed przyjściem na ten świat ma kartę zapisaną różnymi odcieniami czekającego go losu. Wbrew temu, co myślimy, nie jest ona tylko czarno-biała. Cykl naszego życia pokazuje, że gdyby człowiek zdawał

sobie sprawę, ile cierpień owa karta mu przyniesie, najprawdopodobniej nigdy nie zdecydowałby się podjąć trudów bytowania i obecności we wszechświecie. Ale los jest losem - cóż możemy na to poradzić. Jedyne, co nam pozostaje, to bez względu na występujące w nim okoliczności

"zawsze beznadziejnie walczyć", gdyż tylko taka taktyka może, o czym się przekonacie, przynieść nam dobro.

Jak pokaże ta historia, nie inaczej było w przypadku mojego życia. W chwili narodzin miałem dziewięć punktów w skali Apgar, nic wówczas nie zwiastowało tak tragicznego życia.

Mój stan zdecydowanie pogorszył się po przedwczesnym podaniu mi pierwszego szczepienia, gdyż urodziłem się jako wcześniak. Niewystarczająca wiedza rodziców i najbliższego otoczenia doprowadziła do tego, że nagle zacząłem mieć silną spastykę, w nienaturalny sposób odginać głowę i przeraźliwie

płakać. Jak zasugerował mój ówczesny lekarz rodzinny, co później okazało się trafną diagnozą, był to początek MPD, czyli mózgowego porażenia dziecięcego. Taki stan rzeczy potwierdził się podczas specjalistycznych badań neurologicznych, gdy miałem około trzech miesięcy. Na domiar wszystkiego, jak mówiła babcia Antonina, mój ojciec Piotr Andrzejewicz Krasiński nie mógł się pogodzić z chorobą syna do tego stopnia, że ponoć przez kilka dni praktycznie nie spożywał pokarmu. Wyobrażał sobie bowiem, że jego syn jest idealny, że najlepiej, aby był naukowcem, ewentualnie sportowcem. Moja rodzina wspominała, że już w momencie moich narodzin wysyłał mnie na studia.

Choroba była jednym z wielu elementów składowych, przez jakie przeszedłem ja oraz najbliżsi. Ostatecznie doprowadziło to do rozpadu rodziny, aczkolwiek, jak powiedziałem, była to tylko jedna z przyczyn. To, co dokładnie zgotował mi ojciec, a także niektóre osoby, które dały się wciągnąć w jego działania, zasługuje na trochę inną opowieść, która mogłaby zostać przedstawiona nie w tej książce. Tutaj natomiast będą znajdować się tylko pewne elementy tej historii - i chciałbym zachować jej ciągłość. Ma ona bowiem, w swoim nadrzędnym założeniu, nieść przesłanie dla materialistycznie zglobalizowanego pogonią społeczeństwa. Istnieją ludzie walczący z sobą samym, jednakże potrzebujący poczucia, że naprawdę żyją, miłości oraz współodczuwania i bliskości drugiego człowieka; mam tu na myśli poziomy bliskości kształtującej się na trzech poziomach

(emocjonalnym, fizyczno-neurotycznym, stricte fizycznym).

Dokładam do tego czwarty poziom - szerzej nierozpoznawalny w literaturze, a przynajmniej nieokreślany jako poziom w kategoriach przeze mnie wymienionych.

Mianowicie jest to poziom możliwości bycia rozumianym przez innych ludzi. Niemniej uważam, że wbrew pozorom i temu, co twierdzą mass media, jest to największa problematyczna kwestia, nad której rozwiązaniem należałoby się nie tylko poważnie zastanowić, ale także podjąć stosowne kroki w kierunku rozwiązania tego problemu. Kierunek tkwi w potencjale każdego z nas, a raczej - mówiąc bardziej dosłownie - w naszych sercach.

Stykamy się z tym w życiu codziennym, w rodzinie, w szkole, ale też na poziomie szeroko rozumianych instytucji pomocowych. Bardzo często pomoc dociera tam, gdzie, owszem, jest potrzebna, jednak jej bezpośredni beneficjenci nie chcą bądź nie potrafią dobrze jej wykorzystać. Aczkolwiek jej szeroki strumień w jakiejś większej bądź mniejszej części przecieka tym osobom przez palce. Nie mam tu na myśli wyłącznie używek. Sądzę, że źle wykorzystane środki z domowego budżetu w przyszłości doprowadzą do znacznie zmniejszonej wrażliwości. Ludzie uważają, że wszystko im się należy: po co pracować, skoro otrzymam coś od państwa nie pracując. Nie mam zamiaru twierdzić, że jakiekolwiek programy społeczne w Polsce są złe; po prostu są źle skonstruowane, wymagają doprecyzowania w postaci takich regulacji ustawowych, iż skierowane zostaną do tych

rodziców, z których przynajmniej jedno podjęło zatrudnienie na otwartym rynku

pracy. Wnioskuję zatem, że w perspektywie lat diametralnie zmieniłby się wówczas stosunek ludzi do pieniędzy, a co za tym idzie, zaczęto by w końcu może zauważać także tych najsłabszych. Idąc za starą mądrością ludową, że "praca uszlachetnia", muszę z przykrością stwierdzić, iż dziś niestety coraz częściej o tym zapominamy. Pamiętajmy: praca nie tylko ma nam pozwolić uzyskać stan dobrobytu społecznego, ale przede wszystkim osiągnąć przynajmniej połowiczne zwycięstwo na wymienionych poziomach.

Wracając do myśli ściśle związanej z moim ojcem cofnijmy się jeszcze do samego początku: chwili przed moim urodzeniem.

Moja mama Ilona Kedryjewicz poznała swego przyszłego męża jako korepetytora oraz nauczyciela w 1993 roku poprzez swoją ówczesną przyjaciółkę Agatę. Matematyka, a nawet szerzej pojęte przedmioty ścisłe nigdy nie były jej mocną stroną. Zawsze marzyła o tym, aby pójść w kierunku artystycznym lub mocno związanym ze sportem. Agata oznajmiła wówczas mamie, iż "on posiada streszczenia, które pomogą ci się przygotować do matury. Wyjaśni wszystkie kwestie, które cię nurtują i spędzają sen z powiek". Jak dość szybko się okazało, ojciec nie był nauczycielem, a nawet nie posiadał wyższego wykształcenia, za to zawsze, aż po dziś dzień, umie manipulować ludźmi. Potrafi robić z siebie ofiarę w oczach innych, przekazując przy tym półprawdy. Tak

naprawdę okazał się rencistą. Jak na zdiagnozowaną u niego chorobę neurologiczną i przebytą w dzieciństwie operację przyznana mu wysokość renty jest nadzwyczaj wysoka.

W 1994 roku, pomimo sprzeciwu ojca mojej mamy, rodzice wzięli ślub. Mama dała się omamić wizją "gruszek rosnących na wierzbie". Ojciec od początku opowiadał rodzinie o swoim szlacheckim pochodzeniu oraz o tym, ile to w przyszłości hektarów lasów przypadnie mu w udziale. Również to, co pokazało dobitnie życie, okazało się fikcją. Zgodnie z biblijną oceną, ojciec u innych "widział drzazgę, lecz u siebie nawet belki nie mógł dostrzec". Jednym z bardzo poważnych błędów, jakie mama popełniła przed zawarciem związku małżeńskiego była zbytnia szczerość w stosunku do swego przyszłego męża. Wiem, że szczerość popłaca, jednak na pewno nie w tym przypadku; tutaj jej skutkiem było "piekło bez wyjścia w zamkniętej czarze''. Moja mama bardzo dokładnie zwierzyła mu się z "ciemnych tajemnic rodzinnych"; miało to związek z występowaniem chorób psychicznych u niektórych jej członków. Zrobiła to, ponieważ paradoksalnie uważała, że dzięki temu uniknie wszelkich niedomówień czy nieporozumień z tym związanych, co jeszcze bardziej miało cementować ich związek. Bardziej się pomylić nie mogła, ojciec okazał się obsesyjnym tropicielem występowania...