Tumor Mózgowicz - Stanisław Ignacy Witkiewicz

Kup ebooka

3.49 zł
2.86 zł (1,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Osoby

TUMOR MÓZGOWICZ, matematyk bardzo sławny, nizkiego pochodzenia. Lat 40.

ROZHULANTYNA Bazylówna, z książąt Baar-Łukowiczów Zakaspijskich. Primo voto: Romanowa hrabina Krzeczborska, secundo voto: Tumorowa Mózgowiczowa. Lat 36.

ON: olbrzym zbudowany jak tur. Bawole czoło, ze spadającą blond grzywą zmierzwionych włosów. Wspaniale ubrany. W klapie czerwona wstążeczka. Przez gors widać lentę zieloną jakiegoś wschodniego orderu. Garnitur szary, z najlepszego kortu i żółte pół-buciki. Oczy niebieskie, jasne. Krótko przystrzyżony, płowy wąs. Zresztą ogolony.

ONA: wspaniale rozwinięta bruneta z meszkiem. Czarne płomieniste oczy. Trochę wschodnia. Wściekle rasowa i ponętna.

BALANTYNA FERMOR, panna. (Right Honorable Miss Fermor). Córka Henryka Fermor, VI-tego Earla of Ballantrae. Lat 32. Piękna, majestatyczna blondynka; zdrowa, rasowa i bardzo ponętna.

PROFESOR ALFRED GREEN z M. C. G. O. (Em. Si. Dżi. Eu. Mathematical Central and General Office.). Blondyn w binoklach. Typ bardzo angielski. Lat 42. Wygolony zupełnie.

JÓZEF MÓZGOWICZ, chytry chłop, lat 75. Czerstwy jak rzepa. Nic nie podobny do Tumora. (Tumor jest podobny do matki). Sukmana, długie lakierowane buty. Brunet siwawy. Orli nos.

IBISSA (Izia) hrabianka KRZECZBORSKA, córka Rozhulantyny i Romana Krzeczborskiego. Lat 18. Ruda, oczy niebieskie. Bardzo rasowa i wściekle wprost ponętna, demoniczna dziewczynka. Podobna jak dwie krople wody do ojca.

ALFRED MÓZGOWICZ, lat 16. Syn pierworodny Tumora z 3-go małżeństwa jego z Rozhulantyną. Wykapany ojciec. Ubrany w kostjum sportowy, szaro-różowy.

MAURYCY MÓZGOWICZ, lat 14. Następny numer w kolekcji młodych Mózgowiczów. Bardzo podobny do matki. Ubrany w kostjum sportowy szaro-bury. Kołnierz wykładany. Malinowy krawat La Vali?re.

IRENA MÓZGOWICZÓWNA, lat 23. Córka Tumora z 2-go małżeństwa. Nie ładna, bardzo inteligentna brunetka, o trochę semickim typie.

LORD ARTHUR PERSVILLE, 4-ty syn księcia Osmond (przyszły Duke of Osmond, Marquis of Broken Hill, Viscount of Durisdeer, Master of Takoomba-Falls) największy demon z Central and General Mathematical Office i największy z bezkarnych zbrodniarzy: tak zwany "King of Hells", król piekieł i szulerni - (Amfibologja liczby mnogiej od Hell). Lat 33. Najtęższy geometra na kuli ziemskiej. Uczeń Hilberta. Król mody. Ubrany w kostjum żakietowy i cylinder, laska w ręku. Twarz młodzieńcza niezwykłej piękności. Ogolony, oczy czarne. Silny brunet, coś między prawdziwym lordem, a typem z karnych kolonji. Ruchy wytworne. Oczy nigdy się nie śmieją, podczas gdy prześlicznie zarysowane, pełne usta, osadzone w delikatnych, lecz potwornej siły szczękach, mają uśmiech trzyletniej dziewczynki. Pozatem jest to człowiek, (o ile człowiekiem nazwać go można) wzbudzający najpiekielniejszą zazdrość i zawiść na całym globie.

KSIĄŻĘ TENGAH. Malaj bardzo piękny, syn Radżdży Timoru, Patakula. Lat 23. Błękitny turban, czerwony sarong. Kriss u boku.

STARY RADŻDŻA PATAKULO. Stary Malaj z siwą brodą, lat 60. Przepaska na biodrach.

KAPITAN FITZ-GERALD. Wygolony wilk morski. Komendant krążownika "Prince Arthur".

MALAJE ZE STRAŻY. Ubrani jak Tengah, z lancami.

DWAJ INNI, w czerwonych turbanach z lancami.

TŁUM MALAJÓW.

2 BIAŁYCH LUDZI w kakowych ubraniach i hełmach.

6 LUDZI z załogi krążownika. Ubrani biało, po marynarsku.

2 AGENCI GREENA - bezosobowe istoty.

4 TRAGARZY w niebieskich fartuchach. Zupełnie bezosobowe postacie z brodami.

IZYDOR MÓZGOWICZ - w pieluchach.

Wstęp teoretyczny

Jest faktem nieraz już stwierdzonym, że teatr powstał z religijnych misterjów. Tak było w starożytnej Grecji i procesowi powstania greckiej tragedji, odpowiadają początki nowożytnego teatru na przełomie wieków średnich. Niekoniecznie jednak wrażenie artystyczne musi być związane z wyrazem uczuć religijnych jako takich. Może ono być wynikiem kontemplacji samej formy, niezależnie od tego, czy treść życiowa danego dzieła będzie miała bezpośredni związek z metafizycznemi przeżyciami, czy nie. Teatr, wskutek tego, że elementami jego są działania istot żywych, stracił powoli charakter religijny, a treść istotna, formalna, zredukowana została do środka pomocniczego w celu, symbolicznego lub realnego, spotęgowanego przedstawienia życia i związanych z niem problemów. Istotą sztuki w ogóle jest bezpośrednio dana jedność osobowości, czyli to, co nazywamy uczuciem metafizycznem, wyrażona w konstrukcji jakichkolwiek elementów, a więc: barw, dźwięków, słów lub działań. Malarstwo i muzyka posiadają elementy jednorodne. Poezja, oprócz wartości dźwiękowych i możności wywoływania obrazów wzrokowych, operuje jeszcze pojęciami, których znaczenia są według nas równie dobrym materjałem artystycznym, jak każda czysta jakość. W teatrze dołączają się do tego jeszcze działania, jakichkolwiek zresztą istnień poszczególnych. Poezja więc i teatr są w przeciwieństwie do sztuk prostych: malarstwa i muzyki, sztukami zlożonemi. Każde dzieło sztuki malarskiej posiada, oprócz czysto formalnych wartości: kompozycji, harmonji barw i ujęcia formy, treść przedmiotową, która pochodzi z tego, że uczucie metafizyczne, ogólnie jedno i to samo u wszystkich istnień poszczególnych, polaryzuje się w psychice danego osobnika, stwarzając sobie indywidualną formę, tem bardziej oderwaną jako czysta konstrukcja, im więcej skondenzowaną jest osobistość stwarzającego ją indywiduum. W istocie artystycznej twórczości tkwi więc pewna immanentna sprzeczność. Tem, czem świat przedmiotów i wyobrażeń jest w malarstwie, tem jest świat uczuć w muzyce i tem samem jest sfera sensu pojęciowego w poezji i sensu działań w teatrze. Jeśli uznamy treść formalną, t. zn. konstrukcję samą dla siebie dzieła sztuki, za jego istotę, nie powinny nas już obchodzić nieistotne, a tem niemniej konieczne elementy samego procesu tworzenia, mające tylko związek pośredni z dziełem już dokonanem. W tem oświetleniu deformacja świata zewnętrznego w malarstwie, nietrzymanie sie logiki uczuć w muzyce, bezsens życiowy i logiczny w poezji i na scenie, niepowinny nas oburzać. Przełamanie pewnych nieistotnych narowów dotyczących życiowej strony dzieł sztuki, roztwiera według nas zupełnie nowe horyzonty formalnych możliwości, związanych przeważnie z kwestją kompozycji. Pewna fantastyczność psychologji i działań, w przeciwieństwie do fantastyczności zewnętrznej: smoków, czarownic i t. p. stworów, odpowiadająca deformowaniu świata zewnętrznego, jest tem, co może dać nowe możliwości formalne w teatrze. Oczywiście dążenia tego rodzaju muszą być istotne, t. zn. nieprogramowe. Programowe wykrzywianie kształtów normalnych, programowy bezsens w poezji, czy w teatrze, jest zjawiskiem niezmiernie smutnem. Deformacja dla deformacji, bezsens dla bezsensu, nieusprawiedliwiony w wymiarach czysto formalnych, jest czemś godnem najsroższego potępienia. Czy pewne dewjacje od utartego szablonu w sztukach niniejszych usprawiedliwiają się w ten sposób, jest kwestją eksperymentu. Teoretycznie jest to możliwe i przypuszczamy, że jeśli nie te sztuki, to inne, innych autorów może, udowodnią kiedyś słuszność tych twierdzeń. Oczywiście dla jednych może się to wydać śmiesznem, innych może oburzyć. O ile ktokolwiek zabawi się przy tem szczerze, w zupełnie nieistotny według nas sposób, będziemy się tylko cieszyć ze względu na rzadkość śmiechu w naszych ponurych czasach. O ile ktoś się oburzy w głębi duszy bez zbyt silnych manifestacji zewnętrznych - trudno - wszystkich zadowolnić jest absolutną niemożliwością. Coraz mniej jednak jest ludzi, którzy pękają ze śmiechu na widok kwadratowych łydek Picassa, lub zatykają z oburzeniem uszy, słuchając baletu Strawińskiego. Przypuszczamy w zasadzie, nieprzesądzając bynajmniej wartości formalnej sztuk niniejszych, że do czysto zewnętrznej, z życiowego punktu widzenia może groteskowej i potwornawej "treści", można się przy dobrej woli zupełnie dobrze przystosować. Jeszcze jedno: oprócz kwestji erotycznych, treścią sztuk są: pewne fantazje na temat przewrotu w matematyce i fizyce w "Tumorze Mózgowiczu", na temat psychjatrji w "Pentemychos". Przeżycia bandy zdegenerowanych byłych ludzi, na tle mechanizującego się życia, stanowi treść "Macieja Korbowy". Filozoficzne dywagacje i problemy związane z absolutnem nienasyceniem życiowem są wplatane w "Multiflakopulu", w "Pragmatystach", drukowanych, niestety bez korekty, w 3-cim zeszycie "Zdroju" z r. 1920, w "Nowem Wyzwoleniu", w "Bziku Tropikalnym" (napisanym na współkę z panią Eugenją Borkowską), dalej w sztukach p. t. "ONI", "Miętosza, czyli w sidłach BEZTROSKI", "Filozofowie i Cierpiętnicy, czyli Ladaczyni z Ekbatany", "W małym dworku", "Niepodległość trójkątów", "Straszliwy Wychowawca" i "Metafizyka dwugłowego cielęcia".

Fantazjami na temat matematyki i psychjatrji niechcielibyśmy obrazić ani jednych, ani drugich uczonych, podobnie jak poglądami na t. zw. "miłość", kwestje społeczne i nadnaturalne zjawiska, niechcielibyśmy obrazić erotomanów, społeczników i spirytystów. Są to tylko preteksty dla pewnych kombinacji formalnych. Używając terminu analogicznego do pojęcia "napięcia kierunkowego", wprowadzonego przez nas do teorji malarstwa, chodzi o nadanie pewnym masom wypadków w czasie pewnego "napięcia dynamicznego". To jest znaczenie formalne t. zw. "treści" poematów i sztuk teatralnych. Zaznaczamy, że "poglądom" wypowiadanym przez osobistości w sztukach tych, nie przypisujemy żadnego objektywnego znaczenia.

Akt I

Pokój dziecinny na piętrze w domu Rozhulantyny. Tumor Mózgowicz siedzi sam w fotelu. Na dywanie mnóstwo zabawek dziecinnych. Olbrzymia butla benzyny stoi w rogu na prawo. Urządzenie pokoju jest szczytem nowoczesnej hygieny. Wszystko białe jak śnieg. Słońce wpada przez duże okna na lewo i na prawo. Jasno jest i ciepło. W głębi czarna tablica do zadań. Na lewo od niej drzwi, wprost widowni. Drugie drzwi na lewo.

MÓZGOWICZ

Rypię całą parą. Bary biorą się z sobą za bary, wrastają w siebie i w pryskach ognia strząsają pyłki w zaświatowej burzy. Przeklęta kultura! (Wali pięścią w poręcz). Kto każe mi udawać? Czytałem wczoraj cały ich nowy program. Poprostu rzygać się chce. Vomito negro.

(Wchodzi Izia. Czarna, krótka sukienka. Ażurowe pończochy. Pantofelki z czerwonemi pomponami).

IZIA

Mama pyta, czy panu czego nie potrzeba.

MÓZGOWICZ

Trzeba mi byka, rydwanu, bezbrzeżnych pól i twoich niebieskich oczu, Iziu. Powiedz Mamie, że jest jak Pazifaë. - Zzielenieje z zazdrości. A tak okropnie jest skomplikowana, że chyba pęknę w tym całym wirze, który wytwarzacie.

IZIA

Niech pan się uspokoi. Ja wiem wiele - o wiele więcej niż mama i pan nawet.

(Wychodzi). (Mózgowicz wstaje i nakręca zegarek).

MÓZGOWICZ

Przeklęta kultura. Niema we mnie ani krzty artysty, ani tyle! (Pokazuje to na palcu). A jednak wmawiają mi to wszyscy: ach, co za talent! ach, co za geniusz! Gdyby choć ona jedna mogła tego nie myśleć. Wszystkie moje dzieci są tak podobne do mnie, że to mnie wprost przeraża, że nie znalazła się kobieta, któraby miała siłę zdradzić mnie.

(Wchodzi ojciec Mózgowicza w sukmanie i w długich butach).

JÓZEF MÓZGOWICZ

(Stary, ale rzeźwy jeszcze chłop. Barczysty jak syn. Mówi z chłopskiem biadkaniem).

Jesteś niezwyciężony, syneczku.

MÓZGOWICZ

Papa zawsze pełen jest konceptów. Taki stary, a taki głupi.

(deklamuje)

Dnem moiej duszy Jest pierwotna mściwość, A moim herbem Jest soczysta larwa. Zdębiałych koni lawiny I oficerów zasmucone miny, Nad losem dawno, dawno zagasłych kurtyzan. (mówi)

Oprócz tego, że jestem sobą, mógłbym być: kelnerem, oficerem, albo kurtyzaną. Gdybym był kobietą, straszliwą byłbym rozpustnicą.

JÓZEF MÓZGOWICZ

Jakiż przepiękny jesteś syneczku. (Podnosi z ziemi lalkę i całuje ją). Taka była moja maleńka, kiedy umarła. Taka była twoja siostrzyczka, Anzelma.

MÓZGOWICZ

(deklamuje)

Robaki wkręcają się w oczy W ciemnej, rozmiękłej przeźroczy. Jak nożem ostrym Chciałbym przeciąć sobą, Zazdrosną o szybkość, przestrzeń. Ważę ciężary, o jakich nie myślałŻaden Cezar świata,

A wszystko ulata, jak wata.

I lekkie mi jest wszystko, jak pajęczy puszek, Jak jakiś mały, niepozorny duszek, Z innej planety zaduszek. Napudrowałem twarz moją wielkością I kukła jestem ohydna. Takiego wstrętu do siebie, jak ja,Nie miał nikt, od światów początku.

JÓZEF MÓZGOWICZ

(słaniając się)

Ach, jakiż śliczny jesteś syneczku!Chodź, pójdziemy do karczmy.

MÓZGOWICZ

(z rozpaczą)

Ach! Idź ojciec sam. Dziś jeszcze mam napisać statut nowej Akademji Nauk. A tu jeszcze przysłali mi tylko co korektę pracy o funkcjach nadskończonych. Ale ojciec to nawet algebry nie zna. Rzucaj groch o ścianę.

(Daje ojcu papier, który wyciągnął z kieszeni).

JÓZEF MÓZGOWICZ

(wkłada okrągłe okulary i czyta)

"Über transfinite Funktionen im alef - dimensionalen Raume", Professor Tumor von Mózgowicz. (mówi) O, jakże mądrym jesteś syneczku! I tylko za to tak cię uszlachcili! (Z żalem) Miałem sen. Widziałem ciebie jako bóstwo w jakiejś świątyni wschodniej. Nie poznałeś mnie i śmiałeś się z czegoś niewiadomego. A mnie wyrzucił stróż, taki mały, stary i słaby, jak mucha. A twarz miał taką, jak nasz Burek, tylko ludzką.

MÓZGOWICZ

(chowając korektę do kieszeni)

Na nic nigdy nie miałem czasu, nawet na miłość. Lecz czemże jest miłość dla mnie? Dzieci moje rosną. Syn niedługo zda maturę, córka już wcale nie źle całkuje równania różniczkowe, a ja nie mogę nawet odpocząć. Gdybym choć był religijnym. "Aber mir, keine Marter ist erspart", jak mówił Franz Josef.

JÓZEF MÓZGOWICZ

(kiwa głową i zabiera się do wyjścia)

(We drzwiach spotyka się z Rozhulantyną, ubraną w jasno-zielony bałachon).

ROZHULANTYNA

Mówiłam wam Józefie, żebyście się szanowali. A on znowu chodzi!

JÓZEF MÓZGOWICZ

E - niechże już ta ostatnia para wyjdzie ze mnie w ludzkiem towarzystwie. A jaśnie pani zdrowa?

ROZHULANTYNA

Jak byk parowy (śmieje się).

(Józef wychodzi).

(Rozhulantyna smutnieje gwałtownie i zbliża się do Mózgowicza).

Co ci jest? Tumor! Ty mnie nie kochasz?

RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.

Prolog

Żywych jaszczurów napiętnowane mordy Gęgają w rudą przestrzeń bezimiennej planety. Pokarbowane w mękę nad-istnień, Poząbkowane w niemowlęce fałdki, Pofałdowane w starcze uzębienia, Żywych morderców żałobne sztylety, Obrzmiałych serc pożądaniem gnane, Dobiegają do tamtej mety: Do węzłowego punktu hyperbolicznej komety. W starczych uzębień klawikordy Pcham słowa zmiażdżone, rozkwaszone żarem. Padło potwora, utłuczone na rozstaju, Wyżera pępek sobie i małym ptaszkom świdruje otwory w tęczowych skrzydełkach. Znam to dobrze. I tak dobrze jest. Widma na przełęczach świata gest Uśmierza mękę zidjociałych tłumów. Młodziutkie wabią się wieszcze, Wśród krzewów pachnących i cienistych tumów. Ona, (kto?) woła za ścianą: jeszcze!!

Na bezpowrotnej, śmiertelnej lubieży, Tłukąc ciało o kości, z wywróconą wstecz szczęką, Zęby płomienne z poza węgłów szczerzy I dłubiąc pelikana dzióbkiem, W jaskini, którą opanowały ich cienie, Tych tłumów cienie, spatroszonych nad-bydlęcą męką. Rozpiera wodną otchłań fajansowym kubkiem. Ja wiem, że kłamię i że nad śmiech, konstrukcja prawdy tylko wyższa, Babilonową, skręconą wieżą wżera się w ciemności. Babel, Jezabel i angielska Mabel, Co czyta Biblję na mdłym podwieczorku, Gdy naszej gwiazdy grzmiąca fotosfera Parska wybuchem płonącego gazu. Wodór się pali i Helium powiewa, Oświetla przestrzeń pośredniego mroku. Wieczór i świt przemierza starzec bez brody I na przełęczy ostatecznych pojęć Manometr świata na Nicość nastawia. Być nim, czy też pozostać sobą, W meta-bydlęcym, rokokowym stroju I gzić się dalej na gwarnych pastwiskach. Oto problemat godny kłamstw Cezara. Zużyte zęby miamlą jeszcze pokarm Przeżuty dawno przez podwójny worek, Którym się szczyci dumna Pazifaë. Elektron niańczy w magnetycznem polu Ślepy wzrok widma wstrzymany w swej drodze.

Względność przestrzeni wszystkie linje zgina, A ślepiec liże bezbarwne przedmioty. Duch, jak łza czysty, bezjakościowym rzyga wciąż fluidem... Ludzkość, bóstw dawnych obmierzła maszyna, Nad dawnym Tybrem spiętrza żądz wymioty, W tygrysie fałdy, w pylniki kąkolu. (Marabut stoi gdzieś na jednej nodze). Zużyte wszystko, słów miazga nie cieknie I nie spowija grozy dawnych djabłów. Oni się korzą przed wyplutą pestką, Tybald się boi Kainów i Ablów. W uściskach stonóg zaklęta pantera, Jej centki świecą, różowe i dumne. Przez trawę pełźnie cudowna hetera, Miażdżąc swym brzuchem słowa zbyt rozumne. Uchyl zasłony, bo na scenę wchodzi, Z tumorem w mózgu, sam Tumor Mózgowicz. Co nas to wszystko właściwie obchodzi?

Zmacerowany - cepem - spacerowicz.