Tully - Paullina Simons

Reflow text when sidebars are open.
28 września 1978
Pewnego ciepłego wrześniowego popołudnia Tully, Jennifer i Julie siedziały przy kuchennym stole w domu przy ulicy Zaułek Zachodzącego Słońca.
- Idź już, Tully. Nie chcę, żebyś tak wyglądała na moim przyjęciu - rzekła Jennifer Mandolini, wskazując na twarz przyjaciółki.
Tully Makker zignorowała jej uwagę, pracowicie mieszając francuski sos cebulowy, który robiła rzadko, lecz dobrze.
- Jeszcze tylko raz spróbuję i już mnie tu nie ma - obiecała. Ale w kuchni Mandolinich pachniało strudlem z jabłkami, a w jej własnym domu nigdy nie rozchodziły się tak rozkoszne zapachy. Siedziała więc nadal przy stole, trzymała stopy na kolanach Julie i było jej dobrze.
Jennifer odebrała sosjerkę przyjaciółce.
- Za chwilę nic nie zostanie - zauważyła.
Tully obserwowała z westchnieniem, jak odstawia naczynie na blat kuchenny. Jen miała rację. Rzeczywiście powinna już pójść.
- Nie będziemy miały czym poczęstować gości, prawda Jule? - dodała Jennifer niemal przepraszającym tonem, ponownie odwracając się do Tully.
- Racja, Jen - przyznała Julie Martinez, sącząc swoją coca-colę.
- Wszyscy będą zbyt zajęci tańczeniem z tobą, Jennifer, żeby zawracać sobie głowę sosem - rzekła Tully, podchodząc do blatu i przesuwając palcem po brzegu naczynia. Zaczęła nucić pod nosem piosenkę "Hotel Kalifornia".
Jennifer ponownie odebrała jej sosjerkę.
- Jest już piąta, Makker! - wykrzyknęła. - A ty masz przed sobą trzykilometrowy spacer w jedną stronę i taki sam z powrotem - stwierdziła, wyjmując przezroczystą folię i przykrywając nią sos. - Nie mam jeszcze czterech kółek, żeby cię wozić. - Wstawiła sosjerkę do lodówki. - Idź już, do diabła! I zrób sobie makijaż - poradziła, a potem zwróciła się do drugiej przyjaciółki:
- Kiedy ona wreszcie stąd wyjdzie, Julie?
- Nie mam pojęcia. Nigdy przedtem nie lubiła tu przebywać.
- Dajcie mi spokój, już wychodzę - powiedziała Tully, ale zamiast spełnić obietnicę, znowu rozsiadła się przy stole i oparła stopy na krześle.
Jennifer przycupnęła obok.
- Idź już - poprosiła nieco łagodniejszym tonem. - Nie chcę, żebyś się spóźniła.
Tully ani drgnęła.
- W obie strony to zaledwie pięć kilometrów - zauważyła.
- Idź już - syknęła Jennifer z rozdrażnieniem.
Tully sięgnęła po paczkę chrupek, która leżała za plecami przyjaciółki. Przyjemnie upłynęło jej to sobotnie popołudnie - w atmosferze spokoju, przekomarzania się i serdeczności.
- Słuchaj, Mandolini - rzekła, podając przyjaciółce chrupki. - Nie powiedziałaś mi jeszcze, ilu gości spodziewasz się dzisiaj wieczorem.
- Trzydziestu - odparła Jennifer i wstała, żeby otworzyć kuchenne drzwi. - Już ci mówiłam.
- Trzydziestu - radośnie powtórzyła Julie. - Z czego połowa to piłkarze.
Tully, zlizując sól z ust, zmierzyła Jennifer uważnym spojrzeniem.
- Skoro już o tym mowa, Jen. Co słychać w waszej grupie organizującej doping dla drużyny?
- Dziękuję, wszystko w porządku. To ładnie z twojej strony, że o to pytasz - zauważyła Jennifer, stając przy drzwiach.
Powiew powietrza na gołej skórze ramion sprawił Tully przyjemność.
- A... czy rozmawiasz czasem z którymś z futbolistów? - naciskała, patrząc znacząco na Julie i starając się przy tym zachować kamienną twarz.
- Rzadko się do nas odzywają - stwierdziła Jennifer, podchodząc do zlewu. - A jeśli już to robią, to tylko po to, żeby nas zwymyślać.
Tully nie odrywała oczu od jej pleców.
- Nigdy nie rozmawiasz z żadnym z piłkarzy?
- Z nikim w szczególności - odpowiedziała przyjaciółka, starannie oddzierając papierowy ręcznik i zwilżając go wodą.
Julie odchrząknęła i spytała:
- Czy twoja szafka w szatni nie sąsiaduje przypadkiem z szafką chłopaka, który jest podobny do jednego z zawodników?
- Nie wiem, może - odparła Jennifer, nie odwracając głowy. I, obrócona plecami do stołu, zaczęła energicznie wycierać kuchenny blat.
Przyjaciółki wymieniły spojrzenia.
- Tak, tak - rzekła Tully, wstając z miejsca i zbliżając się do Jennifer. - Przypominam sobie, że kiedyś widziałam, jak rozmawiasz z chłopakiem w seksownym piłkarskim stroju z numerem na plecach. Co to był za numer, Julie?
- Nie przypominam sobie.
- Czy czasami nie sześćdziesiąty dziewiąty? - zgadywała Tully, próbując zajrzeć przyjaciółce w twarz.
Jennifer nie odpowiedziała, tylko odepchnęła ją mokrą ręką.
- Zapamiętałaś jego wygląd, Jule? - spytała Tully.
- Czy to nie ten, który ma blond włosy?
- I jest wysoki? - dodała Tully.
- I zawsze nosi dżinsy firmy Levis?
- Oraz szczecinę?
- Dżinsy ze szczeciną? - zdumiała się Jennifer, zawzięcie pucując kuchenkę. Ale obie przyjaciółki nie zwracały na nią uwagi.
- I jest dobrze zbudowany? - kontynuowała Tully.
- Słyszałam również, że to naprawdę bystry chłopak - dodała Julie i zaśmiała się cicho, wstając od stołu i zakrywając dłońmi twarz.
- Bystry? Co ty wygadujesz? - obruszyła się Tully. - Mówiono mi, że wprawdzie potrafi przeliterować swoje imię, ale już z podaniem własnego adresu ma podobno duże trudności. No cóż, może jak na futbolistę jest rzeczywiście pojętny.
Julie pokręciła głową.
- Skoro Jen może być najlepszą uczennicą w szkole i jednocześnie entuzjastką futbolu, dlaczego on nie miałby być bystrym chłopakiem, pomimo że jest piłkarzem?
Jennifer obróciła się na pięcie, wyminęła Tully, doskoczyła do szafy i wyjęła z niej torbę przyjaciółki.
Zapadł ciepły wieczór. Tully doszła do wniosku, że Jennifer również wygląda ciepło i słonecznie w swojej luźnej żółtej bluzce i białych bawełnianych szortach. Jaka ona ładna, pomyślała. Ciekawe, czy zdaje sobie z tego sprawę? Ma zgrabne, szczupłe nogi i piękne ramiona. I do twarzy jej w tych lokach. Ja też powinnam odświeżyć swoje, ale i tak moja fryzura nigdy nie dorówna jej uczesaniu.
Jennifer spostrzegła rumieniec na twarzy przyjaciółki.
- Skończyłyście? - spytała.
- Prawdę mówiąc, jeszcze nie - odparła Tully, odbierając swoją torbę i dotykając palcami dłoni Jen. - Jule, nie byłam na balu trzecioklasistów. Czy to nie ty mi powiedziałaś, że jakiś chłopak obtańcowywał Jennifer? I że ona nie odmawiała mu, gdy ją prosił do tańca?
Julie nie zdołała pohamować uśmiechu.
- Rzeczywiście - przyznała. - Sądzę jednak, że to nie ten sam młody człowiek, o którym rozmawiałyśmy. Partnerem Jen był co prawda wysoki i postawny blondyn, ale miał starannie ogoloną twarz i garnitur.
- Oczywiście. Straszne z nas głuptasy, nie sądzisz, Jen? - zauważyła Tully. - To musiał być z pewnością ktoś inny.
Jennifer założyła ręce.
- Skończyłyście?
- Sama nie wiem - rzekła Tully. - Czy już skończyłyśmy, Julie?
Julie się roześmiała.
- Myślę, że teraz już tak - odparła.
- To dobrze - powiedziała Jennifer. - Ponieważ nie mam nic do zakomunikowania żadnej z was. Wynoście się wreszcie stąd, do diabła!
- Już nas nie ma - oświadczyła Tully, ciągnąc Julie za sobą.
- Tylko nie zapomnijcie o prezentach dla mnie - przypomniała Jennifer, a gdy obie dziewczyny były już przy końcu podjazdu, zawołała za nimi: - I jeszcze jedno, spryciary!
Tully odwróciła się w jej stronę.
- Chciałam was poinformować, że on gra z numerem trzydziestym! - krzyknęła Jennifer i zniknęła w domu, zatrzaskując za sobą oszklone drzwi.
- Dlaczego nam nie powiedziała? - dziwiła się Julie, gdy znalazły się na rogu ulic Wayne i Zaułek Zachodzącego Słońca.
Tully wzruszyła ramionami.
- Odkryła przed nami tyle, ile uznała za stosowne. Czy kiedyś z nim rozmawiałaś?
Julie zaprzeczyła. W milczeniu minęły pięć bloków, jakie dzieliły Huntoon od ulicy Siedemnastej.
W maju Tully nie była na balu trzecioklasistów, pomyślała Julie, i nie widziała, jak Jennifer nie mogła podnieść oczu na pewnego siedemnastolatka, który jedną ręką obejmował jej plecy, a w drugiej ściskał jej dłoń.
Ich widok tańczących razem, a także wyraz twarzy Jennifer wywarł na Julie silne wrażenie. Ponieważ jednak przyjaciółka nigdy potem nie wspomniała ani o balu, ani o chłopaku, a Julie nie widziała go przez całe lato, zlekceważyła własne spostrzeżenia i zapomniała podzielić się nimi z Tully. Dopiero kiedy zauważyła ten sam wyraz w oczach Jennifer w chwili, gdy ta rozmawiała z chłopakiem przy szatni, powiązała ze sobą fakty. I dopiero wtedy opowiedziała o wszystkim Tully. A Tully była mąciwodą i przy każdej okazji drażniła się z Jennifer, robiąc aluzje na temat nieznajomego.
- Nie może być dla niej nikim ważnym - orzekła Julie, zatrzymując się na rogu ulic Wayne i Dziesiątej. - Przecież nawet nie znamy jego imienia.
Tully wymierzyła jej w ramię delikatnego kuksańca.
- Ale poznamy. Dzisiaj wieczorem. - Po chwili, jak gdyby po namyśle, spytała: - Czy przyjdziesz z Tomem?
- Ależ oczywiście - odparła Julie.
- Ależ oczywiście - zadrwiła Tully. Przewróciła oczami i prychnęła.
Julie przysunęła się bliżej do przyjaciółki. Stały pośrodku drogi, w centrum Topeki, w samym sercu Ameryki.
- Zdradzę ci pewien sekret, Tull. On ciebie również nie lubi.
- A dlaczego miałby mnie lubić? - rzekła Tully.
A dlaczego miałby lubić? - pomyślała Julie, gdy w pośpiechu szykowała się do wyjścia.
A dlaczego miałby mnie lubić? - zastanawiała się, schodząc po schodach, jak zwykle przygnębiona swoją meksykańską urodą i lekko zaokrągloną sylwetką. Dzięki Bogu, że Tom jeszcze nie przyszedł i nie słyszał jej matki.
"Och, conchita! Jaka jesteś piękna! I jak ci do twarzy w tej sukience! Obróć się, niech ci się lepiej przyjrzę! Wyglądasz tak dorośle! A jakie masz śliczne włosy! Podbijesz serca wszystkich mężczyzn!".
Tom wysłuchał jednak pochwał Angeli, które płynęły nieprzerwanym potokiem jeszcze długo po jego przybyciu.
- Czy ona nie jest piękna, Tom? No powiedz, czy nie wygląda zachwycająco?
Julie przewróciła oczami. Nauczyła się tego od Tully.
- Mamo, proszę cię, przestań!
- Rzeczywiście, proszę pani - przyznał Tom. - Chodźmy już, Julie.
Angela podeszła do córki i przytuliła ją.
- Już dobrze, mamo, już dobrze - rzekła Julie, odwzajemniając uścisk. - Zburzysz mi fryzurę.
- Julie! Julie!
Z kuchni wybiegł trzyletni Vinnie, najmłodszy z jej czterech braci, i objął ją za kolana dłońmi upapranymi surowym ciastem.
- Chcę iść z tobą! - zawołał piskliwym głosem.
- Zabierz go, mamo! Pobrudzi mi sukienkę! - wrzasnęła dziewczyna.
- Weź mnie ze sobą! - nalegał malec.
Julie spojrzała na matkę.
- A kto pomoże mamie upiec ciastka, Vinnie? - zwróciła się Angela do swojej najmłodszej pociechy. - A może już zjadłeś całe surowe ciasto?
Vinnie był w rozterce, ale w końcu żołądek wziął górę nad braterskimi uczuciami i chłopiec, cmoknąwszy na pożegnanie sukienkę siostry, czmychnął do kuchni.
- Ach, ta twoja matka! - rzekł Tom, gdy byli już na ulicy.
- Tak, tak. - Julie skinęła głową. - Ma do mnie wyjątkową słabość, ponieważ jestem jej jedyną córką - wyjaśniła, ale poczuła się urażona.
Każdy chciałby mieć taką matkę jak moja, pomyślała i spojrzała na Toma. Irytował ją czasami. Ale to dzięki niemu zajęcia kółka historycznego, na które oboje uczęszczali, były dosyć zabawne.
Jennifer westchnęła po wyjściu przyjaciółek i ruszyła na górę, do sypialni rodziców. Matka przed chwilą wyszła spod prysznica i teraz siedziała na łóżku, z ręcznikiem w jednej ręce i papierosem w drugiej.
- Czy wiesz, mamo, że firma Marlboro opatentowała wodoodporne papierosy?
- Nie drocz się ze mną, Jen - rzekła Lynn Mandolini.
- Mówię poważnie. Widziałam reklamę: "Dlaczego nie miałabyś korzystać z dwóch przyjemności naraz - z mycia włosów i z wdychania nikotyny? Zawsze pragnęłaś robić to jednocześnie i nareszcie masz po temu okazję. Wprawdzie papieros kosztuje odrobinę drożej, ale warto za niego więcej zapłacić".
- Czy już ze wszystkim się uporałaś? - spytała Lynn.
Jennifer się uśmiechnęła.
Nieczęsto się zdarza, żeby matka i córka były do siebie aż tak niepodobne. Wśród Mandolinich krążył dowcip, że jedyna pociecha Lynn i Toma urodziła się w norweskiej rodzinie, która, znużona fiordami, przybyła do położonej w głębi lądu Topeki i porzuciła tam małą Jennifer.
"Ależ mamo i tato", zwykła mawiać Jen, "czy nie mówiliście mi, że znaleźliście mnie na polu kukurydzy i że to słońce rozjaśniło moje włosy?".
Jennifer była wysoką blondynką z wydatnym biustem i zawsze walczyła z nadwagą. W wieku osiemnastu lat wciąż jeszcze wychodziła z tej potyczki zwycięsko. Jednak kobiety o jej typie urody w miarę upływu czasu, rodzenia dzieci i nadużywania dobrej kuchni stawały się zwykle ociężałe i zaokrąglały się w talii. Jennifer miała drobne pośladki i szczupłe nogi, ale biust rzeczywiście duży. Jako jedyna w zespole entuzjastek drużyny futbolowej nosiła stanik większy niż 34B. Tully zwykła bezlitośnie opisywać biusty pozostałych dziewczyn z grupy i porównywać je z piersiami przyjaciółki. Jennifer nie pozostawała jej dłużna i przypominała, że i ona nosi ten rozmiar stanika.
"To prawda. Ale gdy tańczę, nie obnoszę się z cyckami w mocno wyciętym kostiumie" - zwykła ripostować Tully. Na te słowa Jennifer unosiła w górę brwi, szeroko otwierała oczy i wpatrywała się w nią bez słowa, dopóki Tully nie stwierdzała: "Dobrze już, dobrze. W każdym razie nigdy nie paraduję w takim stroju po boisku piłkarskim i bardzo rzadko wymachuję pomponami".
W odróżnieniu od swojej jasnowłosej i postawnej córki pani Mandolini była drobną brunetką. Uważano ją za osobę znerwicowaną, podczas gdy Jennifer uchodziła nieomal za uosobienie opanowania. Poza tym Lynn nosiła się zawsze bardzo szykownie, córka zaś nie przywiązywała wielkiej wagi do swojego ubioru.
- Wszystko gotowe?
- Mniej więcej - odparła Jennifer. - Tylko Tully zjadła cały sos.
- Ciekawe, dlaczego mnie to nie dziwi? - zastanawiała się z uśmiechem Lynn. - Pewnie jesteś szczęśliwa, że będzie jej wolno przyjść do ciebie wieczorem.
Tully i Jack, pomyślała Jennifer. Tak. Nie mogę powiedzieć, żebym była nieszczęśliwa.
- Oczywiście. Upłynęło tak wiele czasu.
- Jak ona się miewa?
- Dobrze. Przeżywa ciężkie chwile za sprawą kuratora szkolnego.
- Ach, tak - rzekła Lynn w roztargnieniu. - Dlaczego?
Ale Jennifer nie miała ochoty rozmawiać w tej chwili o Tully.
- Och, dobrze wiesz, mamo, jacy potrafią być kuratorzy - stwierdziła, przewracając oczami, tak jak zwykła to robić Tully.
Zbiegła po schodach na dół i weszła do salonu, gdzie wszystkie meble zostały już przesunięte pod ściany. Usiadła na dywanie. Powróciła myślami do testu z matematyki, który oblała w tym tygodniu i do wyniku którego nikomu się nie przyznała, a potem do poniedziałkowych ćwiczeń dziewcząt, które organizowały doping dla drużyny. Zamyśliła się nad tym dłużej. Jen - entuzjastka piłkarskiego klubu. Najlepsza uczennica w szkole podstawowej, była przewodnicząca klubu szachistów i kółka matematycznego członkinią grupy kibicującej piłkarzom! No cóż, przynajmniej w tym nie była dobra. Za każdym razem, gdy wyrzucała pompony w górę, bała się, że zamiast trafić do jej rąk, spadną na ziemię.
Wstała z podłogi i ciężkim krokiem ruszyła do kuchni.
Matka podeszła do niej i palcami upudrowanymi mąką delikatnie dotknęła jej policzka.
- Moje dziecko. Moje osiemnastoletnie, dorosłe, duże dziecko.
- Mamo, proszę cię, przestań.
Lynn uśmiechnęła się i przyciągnęła ją do siebie. Jennifer poczuła zapach papierosów i mięty; nie próbowała wyswobodzić się z objęć matki.
- Cieszysz się, że jesteś już w ostatniej klasie? - spytała Lynn.
- Oczywiście - odparła dziewczyna, przypominając sobie identyczne pytanie, zadane jej przez ojca kilka dni po inauguracji roku szkolnego. Ona przynajmniej odczekała z tym kilka tygodni - pomyślała, delikatnie poklepując matkę po plecach.
Lynn wypuściła córkę z uścisku i ruszyła na poszukiwania swojej torebki.
- O co chodzi, mamo? Nie możesz wytrzymać bez papierosa?
- Nie pozwalaj sobie.
Jennifer w milczeniu podążyła za matką i przyglądała się, jak posypuje cynamonem strudel z jabłkami. Przepadała za nim. Podeszła do kuchennego blatu i odłamała kawałek ciasta.
- Przestań, Jenny Lynn - ofuknęła ją matka. - Idź na górę i się szykuj.
Jednak Jennifer, zamiast pójść do swojego pokoju, wróciła do salonu. Było jej trochę przykro, że tata nie zjawi się na przyjęciu. Tony Mandolini, zastępca dyrektora firmy handlowej J.C. Penney, zawsze pracował w soboty aż do dziesiątej wieczorem, a dziś rano oświadczył, że potem woli schronić się u swojej teściowej niż wrócić do domu i mieć do czynienia z trzydzieściorgiem rozwrzeszczanych dzieciaków. Zapowiedział też, że gdy córka jutro się obudzi, otrzyma wspaniały prezent. Jennifer już wiedziała, co dostanie. Któregoś wieczoru przypadkiem usłyszała rozmowę rodziców.
Mam nadzieję, że potrafię okazać entuzjazm wystarczający, by poczuli się usatysfakcjonowani, pomyślała.
Wyjrzała przez okno w salonie na Zaułek Zachodzącego Słońca. Lubiła brzmienie tych trzech słów: Zaułek Zachodzącego Słońca. W przeciwieństwie do Tully, która zawsze twierdziła, że nie znosi nazwy własnej ulicy - Gajowej - i wszystkim powtarzała, że mieszka w Gaju. "Podwieźcie mnie do Gaju" - zwykła mawiać.
- Odbierz telefon, Jenny!
Posłusznie podniosła słuchawkę.
- Jak się miewa moja jubilatka? - zagrzmiał znajomy, wesoły głos.
- Wspaniale, tato, nie można czuć się lepiej - odparła i pomyślała: Może tylko odrobinę.
- Mamo, tata do ciebie! - zawołała w głąb domu, ucieszona, że ojciec tym razem nie chce z nią rozmawiać. Telefonował już dzisiaj czterokrotnie i za każdym razem witał ją tym samym pytaniem.
Jennifer wróciła do układania płyt: Bee Gees, Eagles, Stones, Dead i Van Halen. Ścieżki dźwiękowe z nagraniami zespołów The Grease i The Beatles. Mały singel Garnfunkela oraz zespołu Pink Floyd. Gdy pracowała, jej twarz miała łagodny wyraz, a ciało sprawiało wrażenie, że jest niemal całkowicie odprężone, ale w głowie panował dokuczliwy hałas i chcąc się od niego odciąć, zaczęła liczyć najpierw płyty, a potem barany. Jeden baran, dwa barany, trzy barany... dwieście pięćdziesiąt baranów niemyślenia o niczym innym, tylko o stadzie. Uspokój się, mówiła sobie. Uspokój się.
Tully zmierzała do celu niezbyt szybkim krokiem. Wiedziała, że najwyższa pora wrócić do domu - było kwadrans po piątej, a z miejsca, w którym rozstała się z Julie, dzieliła ją od ulicy Gajowej jeszcze ponadpółtorakilometrowa odległość. Zamierzała wziąć prysznic, wyszykować się i o siódmej wrócić na przyjęcie. A jednak się nie spieszyła. Wolno podążała ulicą Jewell.
Domy trzech dziewcząt usytuowane były niemal w prostej linii. Jennifer mieszkała w najładniejszej dzielnicy miasta i najdalej od Tully - przy Zaułku Zachodzącego Słońca. Julie dzieliła z czworgiem rodzeństwa i rodzicami dwupiętrowy bungalow z czterema sypialniami u zbiegu ulic Wayne i Dziesiątej. A dom Tully stał tuż nad rzeką Kansas. Szmer wartko płynącej wody pewnie przynosiłby jej ukojenie, gdyby nie ginął w nieustannym szumie autostrady Kansas i huku pociągów towarowych Linii Kolejowej St Louis.
W drodze do domu Tully przechodziła przez park - tak mały, że nawet nie miał nazwy. W powszednie dni zwykły się w nim bawić dzieci z pobliskich przedszkoli i szkół podstawowych. Wyposażenie było raczej ubogie. Zjeżdżalnia i huśtawki stanowiły jego jedyne atrakcje. Nie tak, jak na dużym placu zabaw przy Uniwersytecie Washburn - pomyślała Tully, siadając na jednej z huśtawek.
Gdy bujała się delikatnie w przód i w tył spostrzegła, że w jej stronę zbliża się kobieta z wózkiem. Obok matki dreptał kilkuletni chłopiec, a w olbrzymim różowym wózku głośno płakało niemowlę. Tully usłyszała, gdy ją mijali, jak chłopiec wypomina matce, że zabrała go na plac zabaw dla maluchów. Kobieta uśmiechnęła się blado do Tully, a ta odwzajemniła jej uśmiech. Potem patrzyła bezmyślnie, jak błądzą bez celu po parku. Nagle przypomniała sobie o przyjęciu u Jennifer, zerwała się na równe nogi i prędko ruszyła w dalszą drogę.
Stojąc przed lustrem w swojej sypialni, przyglądała się sobie krytycznym okiem. Włosom przydałaby się nowa farba i trwała ondulacja. Skóra była blada, a nadmierna ilość różu na policzkach sprawiała, że w świetle dziennym twarz Tully przypominała oblicze klauna; teraz jednak, wieczorem, jej wygląd był do przyjęcia.
- Do przyjęcia przez kogo? - zastanawiała się głośno. - Przez matkę?
Od ponad roku nie wolno jej było wyjść samej na prywatkę.
Dzisiejszy wieczór należy do mnie, pomyślała, stawiając kołnierzyk bluzki i zapinając pasek skórzanych spodni. Jestem zbyt kanciasta. Nie chuda, lecz kanciasta. Mój biust wydaje się zbyt mały. I mam za szerokie biodra, na których brakuje ciała.
Zmrużyła oczy.
Hej, ty. Wybierasz się sama na przyjęcie? Czy aby nie jesteś za młoda, żeby chodzić gdziekolwiek bez opieki? Czy nie skończyłaś zaledwie siedemnastu lat? Hej, ty?
Pomyślała o matce.
Pewnie powie, że mam za ostry makijaż. Za dużo cieni na powiekach i tuszu do rzęs. A może nic nie zauważy? Spała, gdy przyszłam i może będzie spała nadal... W każdym razie na pewno nie wybieram się do domu pełnego ludzi bez makijażu na twarzy. Wykluczone.
- Mam pospolitą urodę - powiedziała na głos. - I tuzinkowy wygląd. Zwyczajna Tully, oto jak mnie nazywają.
Ale teraz wyglądam dobrze, myślała. Czerwona bluzka jest ładna, choć zbyt opięta. Spodnie też są obcisłe. Ona nie wypuści mnie z domu, jeśli zobaczy w tym stroju. Pół roku temu skończyłam siedemnaście lat, ale jestem za młoda na to, żeby gdziekolwiek wychodzić, po prostu za młoda. Najlepszy dowcip na ulicy Gajowej. Przecież mój dom jest miejscem, w którym mogę się czuć najbardziej bezpieczna.
Znalazła wykałaczkę.
Przyjęcie! Ile będzie na nim osób? Ilu przyjdzie chłopców, a wśród nich ilu piłkarzy? Ładnie się spisałaś, Jen, pomyślała z uśmiechem.
Jennifer obiecała, że wśród gości znajdą się młodzi mężczyźni, których - co było godne podkreślenia - Tully nie miała dotychczas okazji poznać.
Zaczęła zadawać się z chłopcami, gdy miała około trzynastu lat; poznawała ich na bezalkoholowych prywatkach. Wkrótce jednak tego rodzaju imprezy zaczęły ją nudzić i już jako czternastoletnia, piętnastoletnia oraz szesnastoletnia panienka, w okresie, gdy wyglądała na dziewiętnaście, dwadzieścia i dwadzieścia jeden lat, a na potwierdzenie swojego dorosłego wieku posiadała dowód tożsamości, zaczęła obracać się w towarzystwie, które oddawało się bardziej burzliwym rozrywkom. Większość dziewcząt, z którymi się zadawała, nie uczęszczała już do szkoły. Niektóre z nich były w ciąży, choć żadna nie miała męża. Te zaś, które jeszcze się uczyły, chodziły na wagary. Wiele z nich wychowywało się w rodzinach zastępczych. To wszystko wydawało się wtedy zabawne. Nic nie mogło się równać z uciechami grupy dzieciaków, które włóczyły się po Midwest, odwiedzały College Hill, popijały piwo, tańczyły na stołach i kurzyły marihuanę. W tamtym czasie Tully zawierała znajomości ze starszymi chłopakami, także ze studentami uniwersytetu. Wyglądali jak mężczyźni i mówili grubymi głosami, ale nie potrafili poskromić pragnienia dotknięcia jej, zupełnie jak chłopcy. Matka dużo wtedy sypiała i nie zwracała uwagi na to, że córka często przebywa poza domem. Ale któż miałby siłę robić cokolwiek innego po dniu ciężkiej pracy w zakładzie oczyszczania miasta? Od trzynastego roku życia Tully zwykła uprzedzać matkę, że zostanie na noc u którejś ze swoich przyjaciółek, wiedząc, że Hedda Makker jest zawsze zbyt wyczerpana i znużona, by to sprawdzić.
Tak to właśnie wyglądało, pomyślała Tully, przeczesując poskręcane włosy. Była po prostu zawsze zbyt zmęczona, żeby mnie spytać, skąd wróciłam.
Wszyscy chłopcy, zarówno starsi, jak i młodsi, przyglądali się jej podczas tańca, tańczyli z nią lub robili jej owację, gdy tańczyła sama. Obmacywali ją, stawiali drinki i śmiali się z jej dowcipów. Ci, którzy się z nią całowali, mówili, że robi to z wprawą, a ci, którzy ją pieścili, zapewniali, że ma ładne ciało. Prychnięciem kwitowała ich słowa, które jednak nie uchodziły jej uwagi. Niektórzy odwiedzali ją potem, ale nie dłużej jak przez kilka następnych dni. Odstraszały ich spojrzenia matki oraz ciotki Leny i stan walącego się domu przy ulicy Gajowej, straszącego dziurą po szybie w oknie od frontu, która została wybita w przeddzień Wszystkich Świętych w 1973 i od tamtej pory nikt jej nie wprawił. A może zniechęcała ich sama ulica Gajowa albo tory kolejowe i rzeka?
Pod wieloma względami rodzinne miasto bardziej martwiło Tully niż sama Gajowa. Topeka była zapadłą mieściną - spokojną, zieloną, z wyludnionymi ulicami i mnóstwem samochodów. Na jej obrzeżach wąskie uliczki i drogi gwałtownie się urywały u stóp wzgórz, za którymi ciągnęła się w nieskończoność preria - trawy i wśród nich rzadkie, smagane przez wichry i trawione przez pożary amerykańskie topole. Niczego nie było wokół prócz sięgających po linię nieba milionów kilometrów pastwisk. Tully nigdy nie czuła się bardziej uwięziona niż w chwilach, kiedy myślała o bezkresnych przestrzeniach otaczających Topekę.
W pobliżu znajdowały się oczywiście inne miasta. Ale Kansas City ją nudziło. W Manhattanie nie miała nic do roboty. Emporia i Salina były mniejsze niż Topeka. A Wichitę odwiedziła tylko raz.
Od zachodu prawie niezamieszkana tu ulica Gajowa sąsiadowała z parkiem Auburndale oraz położonym tuż obok szpitalem stanowym i jego oddziałem Menninger dla przewlekle chorych. Po stronie wschodniej zaś dochodziła do autostrady Kansas. Chłopców, którzy interesowali się Tully, zwykle zniechęcał spacer na odległą ulicę. Na całe szczęście. Młodzi ludzie, z którymi zawierała znajomości, nie przypadliby jej matce do gustu.
Gdy miała szesnaście lat, skończyło się "zostawanie na noc u przyjaciółek". Hedda Makker, która z powodu zmęczenia przez całe lata trwała w stanie apatii, nieoczekiwanie przejawiła zainteresowanie zawartością biurka córki i znalazła tam kilka kondomów. Na próżno Tully zaklinała się, że zostały jej podarowane dla żartu, na balony. Na nic nie zdały się też zapewnienia, że nie wie, do czego służą. "Nocowanie poza domem" zostało definitywnie ucięte. A szkoda. Tully zarobiła mnóstwo pieniędzy, uczestnicząc w konkursach tańca na College Hill.
Nie licząc wizyt u Julie i Jennifer, nie wychodziła nigdzie przez sześć miesięcy. A gdy skończyła siedemnaście lat, wszędzie towarzyszyła jej ciotka Lena. Nawet na hałaśliwych prywatkach nastolatków, podczas których młodzi ludzie śmiali się głośno, śpiewali, popijali piwo i opowiadali sobie sprośne dowcipy. Ciotka zwykła przesiadywać w kącie jak milcząca kwoka i ani na chwilę nie odrywała oczu od Tully.
Przez zakaz opuszczania domu Tully, która od lat usiłowała oderwać się od swoich przyjaciółek z dzieciństwa, powróciła do kółka Makker-Martinez-Mandolini. Wkrótce zyskały sobie rozgłos w miejskim gimnazjum jako 3M. Znowu stały się nierozłączne, ale ich przyjaźń nie była już taka jak niegdyś. Dzieliły je pewne sprawy, których nigdy nie poruszały w rozmowach.
I nigdy nie sypiały już na podwórzu za domem Jennifer, tak jak to zwykły robić, gdy były młodsze.
W pewnym sensie Tully odczuwała brak dawnej zażyłości, ale jeszcze bardziej tęskniła za College Hill. I za tańcem.
Nie wolno jej było przebywać poza domem po godzinie szóstej wieczorem zarówno w dni powszednie, jak i podczas weekendu. Kiedyś, w lutym, zabawiła dłużej u Julie i gdy wróciła na Gajową o wpół do siódmej, zastała pozamykane wszystkie drzwi i okna. Jej płacz i dobijanie się nie zdołały ruszyć matki sprzed telewizora przed końcem ostatnich wiadomości. Hedda jak zwykle zasnęła na kanapie i zupełnie zapomniała o córce.
Latem, po trzeciej klasie gimnazjum, matka popuściła jej nieco cugli. Tully podejrzewała, że znowu jest bardzo zmęczona i nie ma siły jej pilnować.
Nazwała wakacje 1978 roku "latem codziennych burz". To nie były dobre miesiące. Czas upływał jej na oglądaniu telewizyjnych seriali: Wszystko w rodzinie i Miejski szpital. W otoczonej prerią Topece dłużyły się nawet słoneczne dni. Dziewczęta zdołały raz czy dwa wyrwać się na basen Blaisdell w parku Gage. Kilkakrotnie urządziły też kolację z pieczeniem na rożnie u Jennifer i u Julie. Tully dużo czytała - samą brukową literaturę.
W sierpniu przyjaciółki obchodziły osiemnaste urodziny Julie w miłym towarzystwie przyczepionej jak rzep do psiego ogona ciotki Leny.
Otworzyły się drzwi do sypialni.
- Już po szóstej, Tully. Jesteś gotowa do wyjścia?
- Tak, tylko jeszcze poprawię sobie fryzurę.
Hedda Makker podeszła do córki i przejechała dłonią po jej skręconych kosmykach.
- Mamo - zaprotestowała Tully, odsuwając się. Hedda również cofnęła się o krok i obrzuciła córkę spojrzeniem.
- Twoje włosy wyglądają okropnie. Masz odrosty.
- Wiem o tym. Dziękuję, że mi o tym mówisz.
- Kieruje mną tylko troska o ciebie, Tully. Nikomu oprócz mnie nie zależy na tym, żebyś usłyszała prawdę.
- Wiem, mamo.
- Nie mam pieniędzy na twojego fryzjera.
- Wiem - powtórzyła Tully chrapliwym głosem. I dodała po chwili nieco łagodniejszym tonem: - Wkrótce pani Mandolini będzie mnie potrzebowała do uprzątnięcia liści.
- Podobnie jak i ja.
Ale czy ty mi zapłacisz, matko? - pomyślała Tully. Czy zapłacisz mi za zamiecenie liści przed twoim domem i za tańczenie na twoim stole?
- Niedługo je zgrabię, dobrze? - obiecała, zmuszając się do uśmiechu. Hedda nie spuszczała jej z oka.
- Powinnaś zapuścić dłuższe włosy i przywrócić im ich naturalny kolor. Teraz wyglądają okropnie.
- Już mi o tym mówiłaś, mamo.
- Masz zbyt ostry...
- Makijaż - dokończyła Tully. - Wiem o tym.
- Co z tego, że wiesz, skoro nadal malujesz się wyzywająco? Dlaczego to robisz?
- Ponieważ jestem brzydka, mamo.
- Wcale nie jesteś brzydka. Skąd ci to przyszło do głowy?
Tully obrzuciła wzrokiem wymizerowaną, szeroką twarz matki, jej zmęczone oczy w kolorze błota, proste włosy o tym samym mniej więcej odcieniu i wąskie, bezbarwne usta.
- Mam pospolite rysy twarzy, mamo.
- A czy zdajesz sobie sprawę z tego, jak wyglądasz w tak ostrym makijażu?
- Nie, mamo - odparła Tully ze znużeniem - Powiedz mi, jak?
- Wulgarnie - stwierdziła matka.
- Naprawdę? - spytała Tully, przyglądając się sobie w lustrze.
Musisz teraz zachować ogromny spokój, Tully Makker - ostrzegła się w myślach.
- Właśnie tak. Chłopcy będą cię zaczepiać i nie okażą ci szacunku. A młodzi ludzie w twoim wieku potrafią być... bardzo natarczywi. Możesz nie zdołać się im oprzeć.
Dlaczego miałabym się im opierać? - pomyślała Tully.
- Sądzę, że masz rację, mamo. Chyba za mocno się umalowałam - powiedziała i wziąwszy puszek waty, zaczęła energicznie wycierać sobie twarz.
Hedda przyjrzała się jej uważnie.
- Chcesz mnie udobruchać, Tully?
- Skądże znowu, mamo. Nie chcę tylko, żebyś się denerwowała z mojego powodu.
Hedda nic już na to nie powiedziała i odwróciła się do wyjścia. Tully wstała z krzesła, ale natychmiast z powrotem usiadła, widząc, że wzrok matki spoczął na jej skórzanych spodniach.
- Co ty masz na sobie, Tully?
- Nic takiego, mamo. To tylko spodnie, które sobie kupiłam.
- Kupiłaś sobie? Za co?
Za pieniądze Jennifer.
- Pomagałam trochę pani Mandolini i otrzymałam niewielkie wynagrodzenie.
- I właśnie to kupiłaś za jej pieniądze? - spytała Hedda niezwykle cichym głosem.
Za moje pieniądze, pomyślała Tully.
- To przecież tylko skórzane spodnie, mamo.
- Tylko skórzane spodnie? Czy zdajesz sobie sprawę z tego, jak w nich wyglądasz? Spójrz!
Szarpnęła córkę za ramię i postawiła przed lustrem.
- Tylko spójrz! Jak się będziesz czuła przy chłopcach i przy innych dziewczętach? Co sobie o mnie pomyślą rodzice Jennifer, jeśli pozwolę ci pokazać się u nich w domu w takim stroju?
Jen i jej mama pomogły mi wybrać to ubranie, pomyślała Tully.
- Mamo...
Hedda nie słuchała.
- Wiem, co sobie pomyślą. Oto młoda dziewczyna z wyondulowanymi i utlenionymi włosami, na których widać odrosty. Jaskrawoczerwone rumieńce, jaskrawoczerwona szminka, oczy pokryte czarnym i niebieskim tuszem oraz te spodnie. I ta koszula - mówiła Hedda lodowatym tonem, nieznośnie cedząc słowa. - Nieprzyzwoita czerwona koszula z pierwszym guzikiem dopiero między cyckami!
- Mamo! Proszę cię, przestań!
- Zamierzasz często się pochylać, Tully? - spytała Hedda złowróżbnym tonem. - Czy masz na sobie stanik?
Tully sięgnęła dłońmi do szyi, ale za późno. Ręka Heddy dotarła tam pierwsza i zdarłszy koszulę, odsłoniła dwie blade i wilgotne od potu piersi.
- Mam tylko dwa biustonosze, mamo, a oba są brudne. Nie mogę ich nosić.
- Zamilknij, Tully Makker, zamilknij.
Hedda tak jak przedtem cedziła słowa, tylko jej głos był teraz o oktawę wyższy.
- Kto poza tobą będzie wiedział, że twoje staniki są brudne, Tully?
Umilkła zadyszana, lecz zaraz zaskoczyła córkę kolejnym pytaniem:
- Masz na sobie majtki, Tully?
- Oczywiście, mamo - odparła dziewczyna, przypominając sobie, że ta część jej bielizny jest zaledwie wąskim skrawkiem czarnego materiału na pasku wokół bioder.
- Rozepnij spodnie!
- Nie, mamo.
- Okłamujesz mnie, Tully? Chcę wiedzieć, jak nisko upadłaś i jak bardzo stałaś się zepsuta. Rozpinaj spodnie!
Tully cicho jęknęła. Spełniła życzenie matki i rozsunęła zamek, odsłaniając górną część czarnej bielizny.
Hedda spojrzała na majtki, a potem skierowała wzrok na twarz córki.
- Rozbieraj się. Nigdzie nie pójdziesz.
Tully wydała z siebie nieokreślony, gardłowy szloch.
- Wybacz mi, mamo, proszę cię. Zaraz się przebiorę. Nie rób mi tego.
- Zawdzięczasz to samej sobie, Tully. Jesteś rozpustnicą. Mam córkę, która się niemoralnie prowadzi. W którym miejscu popełniłam błąd?
Tully słyszała, jak matka naciąga z trzaskiem stawy w palcach.
- Czy nie dokładałam starań, żeby wpoić ci moralne zasady? Czy nie usiłowałam dobrze cię wychować?
Tully utkwiła wzrok w rękach matki.
- I wychowałaś mnie, mamo. Zapewniam cię, że się przyzwoicie prowadzę. Uwierz mi, proszę.
- Co by powiedział twój ojciec, gdyby tutaj był, jak sądzisz?
Nie mam pojęcia, pomyślała Tully z rozpaczą.
- Jestem pewna, że przyjąłby moje przeprosiny, mamo.
- Nie znasz swojego ojca, Tully, i nie rozumiesz jego sposobu rozumowania.
Twarz Heddy była purpurowa, a jej niemieckie ciało falowało pod wpływem wzburzenia.
- Czy to ma jakieś znaczenie, że zastosujesz się do mojego życzenia i teraz ubierzesz się przyzwoicie? To już nie zmieni faktu, że chciałaś pójść na przyjęcie bez stanika, że zamierzałaś pokazywać chłopcom swoje cycki i oczekiwałaś, że będą ściągać z ciebie spodnie i zobaczą nędzną namiastkę majtek, którą masz na sobie. Prawda jest taka, że właśnie tego pragnęłaś. Co komu przyjdzie z tego, że teraz postąpisz zgodnie z moją wolą, usiłując poprawić mi nastrój?
Twarz Heddy jeszcze bardziej poczerwieniała. Na dłoniach nabrzmiały błękitne żyłki, gdy zaciskała i rozprostowywała pięści. Hedda usiadła na rogu stołu i przysunęła się do córki tak blisko, że Tully poczuła zapach kapusty i kiełbasek, które matka jadła na kolację.
- Tully. - Głos Heddy znowu brzmiał cicho. - Powiedz mi, czy jesteś dziewicą?
Tully odwróciła głowę i utkwiła wzrok w swoich dłoniach. Zbierające się na czole małe kropelki potu zaczęły jej spływać do oczu.
- Odpowiedz - nalegała matka. - Czy spóźniłam się, gdy przez te wszystkie lata trzymałam cię pod kluczem, kazałam Lenie towarzyszyć ci na każdym kroku i zakazałam chłopcom składania wizyt w moim domu?
Tully spojrzała w końcu na matkę z przygnębieniem i niedowierzaniem.
- O czym ty mówisz, mamo? Czyżbyś... - przerwała nagle, ponownie skierowała wzrok na ręce i powiedziała: - Nie, nie spóźniłaś się, mamo.
Hedda wsunęła pod brodę córki palec, gruby jak kiełbasa, którą przed chwilą jadła, i dźwignęła w górę jej twarz. Musiała dostrzec malujący się na niej strach.
Wpatrywały się w siebie przez kilka sekund, a potem Tully spróbowała ponownie opuścić wzrok.
Głos Heddy zabrzmiał spokojnie, niemal rozsądnie:
- Czy właśnie to zamierzasz zrobić dzisiaj wieczorem? Chcesz przespać się z chłopcem? Upatrzyłaś sobie kogoś, czy też nie masz nikogo szczególnego na oku?
- Chciałam tylko wyglądać atrakcyjnie. Ale zaraz włożę na siebie coś innego, przysięgam.
Matka przestała zaciskać pięści i z powrotem zajęła się strzelaniem knykciami. Mocno ugniatała każdy palec, wykręcając i obracając go w stawie, dopóki nie rozległ się dźwięk, który przywodził na myśl rozpadanie się polan w kominku.
W ostatnich czasach Hedda nieczęsto traciła panowanie nad sobą; Tully musiała to przyznać. Przeważnie w ogóle nie zauważała, że córka przebywa w tym samym pokoju co ona. Ale kiedy następował wybuch, zawsze poprzedzał go trzask knykci. Ostatnim razem miał miejsce podczas nieszczęsnego wieczoru z kondomami. A przedtem, gdy trzynastoletnia Tully została przyłapana przed domem na całowaniu się z chłopakiem. W okresie wcześniejszym napady wściekłości matki były podobne do uczucia głodu córki: pojawiały się niezawodnie każdego dnia. Hedda prawdopodobnie próbowała się wtedy oswoić z myślą o dalszym samotnym życiu, które odtąd miała dzielić jedynie z niekomunikatywnym i nieatrakcyjnym dzieckiem. ("Chodź tutaj, głupi szczeniaku! Podejdź do mnie, ty wstrętna krowo i opowiedz mi, jak ci upłynął dzień!"). Ataki złości pojawiały się znikąd, jak chmury. Powodem była niezamieciona podłoga w kątach, spalona patelnia, połamany stół (który zostawiana zbyt często bez opieki Tully postanowiła przerobić na zjeżdżalnię), nienakarmienie kota, przymierzenie dla zabawy sukienki ciotki Leny, zaniedbywanie przez trzy dni higieny osobistej i tak dalej, i tak dalej.
Pot lał się już ciurkiem z czoła Tully. W młodszym wieku była przyzwyczajona do wybuchów wściekłości Heddy, tak jak w końcu zdołała przywyknąć do braku snu. Ale w ostatnich latach nieczęsto widywała matkę i trochę już zapomniała o jej zatrważających napadach złego humoru. Teraz siedziała nieruchomo, patrząc na nią i była zbyt przerażona, żeby sobie otrzeć z czoła pot.
("Jak to się stało, że pani córka złamała nos, pani Makker?".
"Wpadła na drzwi" - odpowiedziała matka pielęgniarce, a dwa lata później, gdy dziewięcioletnia Tully miała złamany nos po raz drugi, Hedda w ogóle nie zaprowadziła jej do lekarza i nos zrósł się krzywo. Nigdy potem nie zawiozła jej już do szpitala, nawet wtedy, gdy słuchawką telefoniczną wyszczerbiła jej przedni ząb).
- Bardzo cię przepraszam - szepnęła Tully. - Nie chodzi o żadnego chłopaka. Pragnę zobaczyć się tylko z przyjaciółkami i być obecna na urodzinach Jen. Włożę na siebie cokolwiek, proszę cię, mamo!
Zaciśnięta pięść przeszyła powietrze i dosięgając szczęki Tully, odrzuciła do tyłu jej głowę. Druga ręka rozkrwawiła jej nos. Jedyną reakcją Tully było otarcie krwi rękawem czerwonej koszuli. Nie podniosła wzroku ani się nie odezwała. Hedda dyszała ciężko, pochylając się nad córką.
- Wiesz, w czym tkwi problem, Tully? - wycedziła przez zęby. - W tym, że ty się w ogóle nie uczysz. Kłopot z tobą polega na tym, że nie potrafisz wyciągać wniosków. Choć doskonale wiesz, co mnie najbardziej drażni, lekceważysz moje uwagi. Zdajesz sobie sprawę z tego, że nic nie jest w stanie bardziej mnie rozgniewać, jak twoja rozwiązłość, a pomimo to paradujesz przede mną jak ulicznica. Afiszujesz się ze swoim wyuzdaniem, jak gdybyś mówiła: "Możesz mnie bić i karać, a ja i tak zrobię co mi się podoba, ponieważ jestem dziwką".
Hedda umilkła, żeby zaczerpnąć tchu. Tully się nie odezwała, tylko ponownie otarła sobie nos.
- Przyznaj, Tully, że to prawda.
- Nie przyznam!
Pięść trafiła tym razem w policzek i w usta, ale z nosa i tak strumieniem puściła się krew.
- Powiedz to, Tully. Powiedz: "Jestem dziwką". Powiedz to!
Tully milczała.
Kolejny policzek został wymierzony dla odmiany drugą ręką. Tully poczuła, że zapiekło ją ucho i oko. Następne mocne uderzenie dosięgło skroni i znów ucha. Tully, osłaniając twarz, podniosła w obronnym geście do góry dłonie, ale kolejne ciosy niemal wgniotły je w jej obolałą twarz.
- Dobrze, mamo, już dobrze - rzekła ledwie słyszalnym głosem. - Jestem dziwką.
- Nie dosłyszałam.
- Dziwką! - wrzasnęła Tully. - Jestem dziwką! Jestem dziwką!... Dziwką!
Hedda Makker wnikliwie i czujnie przyglądała się córce swoimi pozbawionymi życia oczami o barwie błota. Jej spojrzenie było początkowo surowe, ale po chwili złagodniało. Sprawiała wrażenie usatysfakcjonowanej.
- Nie ma potrzeby wrzeszczeć.
Obrzuciła wzrokiem opuchniętą twarz Tully.
- Idź się umyć. I włóż na siebie coś przyzwoitego.
Wyciągnęła rękę w stronę córki, chcąc dotknąć jej policzka. Ale Tully się wzdrygnęła i Hedda to spostrzegła. Wycofała się i zacierając dłonie, opuściła pokój.
Tully zwaliła się na łóżko. Przez jakiś czas płakała suchym, duszącym szlochem. Rozdygotana, podjęła w końcu wysiłek otarcia krwi z twarzy i spróbowała się uspokoić.
- Już wszystko w porządku, już wszystko w porządku - powtarzała sobie. - Muszę się wyszykować. Wolno mi iść na przyjęcie. Weź się w garść, Tully Makker, i idź! Usiądź na łóżku, podciągnij pod brodę kolana, zanurz w nich twarz, przez chwilę pokołysz się w przód i w tył i zapomnij, a wszystko minie. No, dalej. Nie poddawaj się. Nie wolno ci tego zrobić ze względu na nią, Natalie Tully Makker. Chyba nie chcesz dać za wygraną, prawda? Chyba nie sądzisz, że reszta życia będzie wyglądała podobnie, co? Bo jeśli tak, to lepiej od razu zrezygnuj. Daj sobie święty spokój. Albo zacznij liczyć barany: jeden baran, dwa barany, trzy barany. Rozumiem. Myślisz pewnie: jak taka pseudokatoliczka i zepsuta dziewczyna miałaby się w końcu nie poddać? Ale skończ już z tym roztkliwianiem się nad sobą. Wstań, ubierz się i idź na spotkanie ze swoją najlepszą przyjaciółką w dniu jej osiemnastych urodzin.
Oddech Tully pomału się wyrównał i przestała się huśtać. Nikt dzisiaj nie będzie nade mną czuwał, pomyślała. No, dalej, śmiało. Wszystko będzie dobrze. To już ostatni rok. A za kilkanaście miesięcy... Trzymaj się, Tully Makker, nie zwracaj na nią uwagi i się trzymaj, aż do przyszłego roku.
Zeszła na dół bez makijażu, ubrana w luźną czarną spódnicę i obszerny beżowy sweter. Wszystko było stare i mocno znoszone. Cicho przeszła obok kanapy, na której siedziały matka z ciotką i oglądały telewizję. Ciotka nie spojrzała na nią. Tully nie była tym zdziwiona. Lena zwykle nie podnosiła oczu, ilekroć zdarzało się jej świadkować takim jak dzisiejsza scenom.
Tully włożyła swój jedyny płaszcz - z brązowej gabardyny, podarty i zniszczony.
Teraz musiała ostrożnie zapytać, o której ma wrócić do domu.
Ciotka Lena zmierzyła ją wzrokiem.
- Wyglądasz cudownie, Tully! - stwierdziła.
Tully nie odpowiedziała. Nigdy nie zapominała o tym, że w sprawach dotyczących postrzegania widzialnego wszechświata ciotkę Lenę należy uważać za osobę niewidomą. Jednakże prędko przypomniała sobie pewien epizod sprzed trzech tygodni, kiedy to wychodziła na kolację z pieczeniem na rożnie do Jen i ciotka Lena spytała ją, o której wróci. Tully nie odpowiedziała wtedy, a Hedda cisnęła w nią filiżanką z wciąż jeszcze gorącą kawą i skończyło się na tym, że Tully nigdzie nie poszła, nic nie zjadła ani nie oglądała w tym dniu telewizji.
- Dziękuję, ciociu Leno - odparła. - To ja już idę, dobrze, mamo?
- O której wrócisz?
Tutaj leży pies pogrzebany, pomyślała Tully. Znowu próbuje mnie zbić z tropu, usiłuje mnie skarcić, stara się wpłynąć na to, żebym zrezygnowała z wyjścia. Ileż to razy utknęłam na tym pytaniu, ponieważ nie wiedziałam, jaką porę matka ma na myśli?
Wstrzymała oddech.
To tylko głupie przyjęcie. Głupia prywatka. "A niech cię wszyscy diabli" powiem, pójdę na górę i zostanę w domu. Zobaczę się jutro z Jen w kościele. I tak na tego typu imprezach nie bywają żadni interesujący ludzie. Wszyscy są tacy tuzinkowi. Mam cię w nosie, matko, i nie zależy mi na twoim cholernym pozwoleniu. Nie mam już ochoty nigdzie wychodzić.
Czuła pot zbierający się pod pachami i spływający wzdłuż boków. A jednak chciała iść do Jen. Pragnęła być na przyjęciu. Hedda czekała. Tully wiedziała, że musi coś wymyślić. Właściwa odpowiedź nie miała związku z konkretnym ustaleniem czasu. W domu Makkerów nie przestrzegano nigdy określonej godziny powrotu. Istniał tylko barometr nastroju Heddy, który, zważywszy na zajście sprzed półgodziny w sypialni Tully, z pewnością nie mógł być pomocny.
Zwrócenie się z prośbą do matki o zaproponowanie stosownej pory nie było dobrym pomysłem. Hedda w takim wypadku nieodmiennie odpowiadała, że jeśli Tully w wieku... (tu należało wypełnić puste miejsce, ponieważ Tully słyszała to stwierdzenie już jako siedmioletnia dziewczynka) nie wie, o której należy wrócić do domu, to jest nieodpowiedzialna i z pewnością nie powinna nigdzie wychodzić.
Pytanie wisiało w powietrzu i trzeba było na nie jakoś zareagować. Hedda nie miała zamiaru spojrzeć na córkę. Czekała. Na szczęście do rozmowy wtrąciła się ciotka Lena, przynajmniej raz wybawiając Tully z opresji.
- Czy ktoś cię odwiezie?
- Tak, mama Jen - skłamała.
Spojrzała na zegarek. Dochodziła szósta pięćdziesiąt pięć.
Powinnam już wyjść, pomyślała w popłochu. Powinnam się pospieszyć.
- Masz być z powrotem najpóźniej o dziesiątej trzydzieści - rzekła Hedda. - A teraz już idź.
Gdy Tully pokonała schody przylegające do ganku, poczuła woń gnijących liści i pomyślała: Jutro pewnie będę musiała je posprzątać.
Szła wolnym i pewnym krokiem ulicą Gajową, zmierzając w kierunku Kendall, a kiedy już była pewna, że znalazła się poza zasięgiem wzroku matki, puściła się pędem.
Wrzesień 1978
Zadyszana Tully zadzwoniła do drzwi, ale nie miała wielkiej nadziei na to, że ktoś ją usłyszy i sama weszła do środka. Nie zdążyła jeszcze dobrze rozejrzeć się po mieszkaniu, gdy w hallu wpadł na nią jakiś chłopak, oblewając ich oboje piwem. Cofnęła się, niezadowolona. Młody człowiek zatrzymał się w pół drogi, zamierzając ją przeprosić. Uśmiechnął się, gdy ją rozpoznał.
- Tully! - zawołał, podchodząc bliżej i obejmując ją. - "Bądź moją dziewczyną...." - zaintonował.
- Ładna piosenka - stwierdziła, próbując wyswobodzić się z jego uścisku.
- Nie puszczę cię, dopóki ze mną nie zatańczysz, Tully. Wszyscy na ciebie czekaliśmy. Ale do mnie należy pierwszy taniec i "zarezerwuj ostatni taniec dla mnie" - zaśpiewał.
- Zgoda, zgoda - powiedziała, odpychając go od siebie. - Pozwól, że się najpierw przebiorę.
- "Nie próbuj mi się przypodobać..." - zawodził po pijanemu, pochylając się nisko nad nią. Tully zanurkowała pod jego ramieniem i stwierdziła, że Lynn Mandolini przygląda się jej z kuchni.
- Dobry wieczór pani - powitała matkę przyjaciółki, gdy uwolniła się już od natręta.
- Dobry wieczór Tully. Kto to był?
Dziewczyna przewróciła oczami.
- Nie mam pojęcia. Nigdy przedtem z nim nie rozmawiałam. Wydaje mi się, że się nazywa Rick jakiśtam, ale nie jestem pewna.
- Wygląda na to, że on zna ciebie całkiem nieźle.
- Wygląda na to, że ma całkiem nieźle w czubie - stwierdziła Tully. - Czy na przyjęciu podawany jest alkohol?
- Już nie - odparła Lynn. - Co oni teraz grają? Posłuchaj tylko, co za straszliwy hałas.
Tully nie była pewna, czy to Stones, czy też Van Halen. Ach tak, to zespół The Who śpiewał o kamieniu, który wpadł do buta i nie można go stamtąd wydostać.
- Przyznaję, że panuje tu okropny harmider. Dzwoniłam do drzwi, ale nikt mi nie otwierał.
- Trudno się dziwić, że w tej wrzawie nie było słychać dzwonka. Zgubiłaś klucz?
- Nigdy go nie miałam - powiedziała Tully z uśmiechem.
- Mój Boże, najwyższy czas, żebyś otrzymała jeden z zapasowych - oświadczyła pogodnie Lynn.
Wyciągnęła marlboro i zmierzyła Tully wzrokiem od stóp do głów.
- Pozwól, że wezmę twój płaszcz - zaproponowała, jeszcze uważniej przyglądając się dziewczynie. - Trochę się spóźniłaś.
- Tak, wiem. Zatrzymały mnie pewne sprawy.
- Mam nadzieję, że wszystko w porządku?
- Ależ tak, oczywiście, dziękuję.
Była boleśnie świadoma spuchniętej i posiniaczonej twarzy. Ile zdołała zakryć warstwa pudru? Mam wrażenie, że mój nos urósł do podwójnych rozmiarów, pomyślała. Ciekawe, jak wygląda?
- Gdzie jest Jen?
- Na górze. Razem z innymi demoluje dom - stwierdziła Lynn, zapalając papierosa i opróżniając szklankę.
Tully poklepała panią Mandolini po ramieniu.
- Tylko raz w życiu człowiek obchodzi osiemnaste urodziny, prawda? - zauważyła i opuściła kuchnię, kierując się w stronę schodów. Rick jakiśtam wciąż kręcił się po hallu i przypuszczał szturm na inną, bardziej podatną na jego zaloty ofiarę.
Jennifer zajmowała teraz sypialnię rodziców. Potrzebowała większego pomieszczenia, w którym mogłaby pomieścić wszystkie swoje rupiecie i tak długo molestowała o zamianę pokoi ojca i matkę, aż ustąpili. W każdym razie tak przedstawiła sytuację swoim koleżankom. Tully i Julie obstawały jednak przy innej wersji wydarzeń. Zdaniem Tully już na pierwszą wzmiankę córki na ten temat Lynn i Tony zaczęli opróżniać sypialnię ze swoich rzeczy.
Na piętrze panował nieco mniejszy hałas. Tully znowu natknęła się na puszki po piwie, plastikowe kubki i niedopałki papierosów.
Państwo Mandolini powinni się byli wstrzymać z wykładaniem podłóg nowymi dywanami, szczególnie w tym ładnym, jasnokremowym kolorze, pomyślała.
Na korytarzu rozmawiało ze sobą kilku gości. Żeby usłyszeć się nawzajem, musieli do siebie krzyczeć. Widząc Tully, skinęli głowami. Odwzajemniła ich gesty i weszła do sypialni przyjaciółki.
- Cześć, Tull - przywitała ją Jennifer.
Tully jęknęła, rozglądając się po pokoju, a koleżanka uważnie przyjrzała się jej twarzy i ubraniu.
- Czy wszystko w porządku, Tully?
- Wspaniale. Nie może być lepiej - odparła i skinęła głową w kierunku Julie i Toma, którzy siedzieli zwróceni przodem do siebie na małej sofie. Ale to nie oni stanowili główny obiekt jej zainteresowania. Wzrok Tully spoczął bowiem na ciemnowłosym i doskonale ubranym chłopaku, a właściwie na młodym mężczyźnie, którego nie znała. On też nie odrywał od niej oczu od chwili, gdy tylko weszła do pokoju. Niestety, dziewczyna siedząca na jego kolanach psuła fascynujący obraz. Tully postanowiła przy najbliższej sposobności wypytać o nieznajomego Jennifer. Teraz jednak najbardziej palący był dla niej problem przebrania się. Z udawaną swobodą podeszła wolnym krokiem do stolika z napojami. - Co za miły widok - zauważyła, nie zwracając się do nikogo w szczególności. - Od dawna nie widziałam naraz tyle coca-coli i oranżady.
- Przecież wiesz, że przed osiemnastym rokiem życia nie wolno nam pić piwa - odezwał się Tom.
- Doprawdy? - spytała Tully, poirytowana jego obłudą. - Dobrze, że mi o tym powiedziałeś, bobym nie wiedziała.
Spiorunowała Julie wzrokiem. Pod wpływem jej spojrzenia przyjaciółka odskoczyła od swojego chłopaka.
- Chociaż obowiązuje nas abstynencja, nasz młody wiek nie jest przeszkodą przy zakupie spluwy z supernabojami w firmie Kmart. Czy wiedziałeś o tym?
Tom burknął coś pod nosem, a Tully perorowała dalej tym samym protekcjonalnym tonem:
- A czy wiesz, Tom, że nie tylko nie wolno nam pić piwa, ale także mocnych trunków, dopóki nie skończymy dwudziestego pierwszego roku życia? - spytała z sarkazmem.
Tom zaczął nerwowo pocierać dłonie.
- Ale nie to jest najważniejsze - ciągnęła Tully. - Istotny wydaje się fakt, że wbrew tym zakazom z niewiarygodną wprost szybkością wlewałeś w siebie ubiegłego lata koktajle niedozwolone dla osób poniżej dwudziestego pierwszego roku życia w klubie otwartym wyłącznie dla dorosłych.
Jej uwagi nie uszedł wyraz zdumienia na twarzy Julie.
- Och, pewnie wzięłam cię za kogoś innego - dodała prędko, spoglądając na przyjaciółkę. - To nie mogłeś być ty. Mało to kręci się wszędzie wysokich, chudych i piegowatych facetów? Musiałam cię pomylić z kimś innym. Straszna ze mnie idiotka, prawda, Julie?
- Prawda - przytaknęła koleżanka, przeszywając Tully pełnym wściekłości spojrzeniem.
Tully odeszła kilka kroków dalej, sięgnęła po piwo i uchwyciła swoje odbicie w lustrze.
Moja pierwsza od półtora roku prywatka bez cioci Leny i spójrzcie tylko, co mam na sobie, pomyślała. Zerknęła ukradkiem w stronę przystojnego chłopaka z kociakiem na kolanach. Musiał słyszeć wymianę zdań z Tomem. Co z tego. Wypowiedzi kogoś z takim wyglądem jak mój, myślała, nie mogą wzbudzić niczyjego zainteresowania.
Zamierzała porozmawiać z Jennifer przed zaszyciem się w łazience, ale przyjaciółka była nieuchwytna. Najwyraźniej dobrze się bawiła. Fakt ten trochę zaskoczył Tully. Na wszystkich zabawach Jennifer zwykle podpierała ściany.
Przystanęła na moment, zaskoczona. Julie całowała się z Tomem. Tom obejmował ją prawym ramieniem, a w lewej ręce trzymał piwo.
Przypuszczam, że skończył już osiemnaście lat, skoro pozwala sobie na takie rzeczy, pomyślała.
Nie tylko tych dwoje się całowało. Również kociak śmiało poczynał sobie z atrakcyjnym nieznajomym.
Tully podeszła do Julie i usiadła obok niej.
- O co chodzi? - spytała przyjaciółka.
- O nic. Mam ochotę zatańczyć.
- No to chodźmy.
Tully potarła czoło.
- Czy są jacyś piłkarze?
- Tak, i to wielu - odparła Julie. - Masz szczęście.
Tully zignorowała jej uwagę.
- A czy przyszedł przyjaciel Jennifer?
- Sądzę, że tak. Nie pilnuję jej przez cały wieczór.
- Gdzie on jest? - dopytywała się Tully.
- Pewnie na dole.
- Czy razem spędzają dużo czasu?
- Nie mam pojęcia.
Tully pokręciła głową.
- Jakie to dziwne, nie sądzisz, Jule? Dziewczętom zwykle podobają się chłopcy, którzy są w typie ich ojców - spojrzała drwiąco na chłopaka przyjaciółki.
Tom się wyprostował, a Julie próbowała śmiechem pokryć zmieszanie.
- A jacy chłopcy są w twoim typie, Tully? - spytał Tom. - Czy ci, którzy przypominają wyglądem twojego ojca?
Julie przestała się śmiać.
Tully straciła pewność siebie, ale tylko na moment.
- Osobiście nie jestem zwolenniczką ograniczeń, Tom. Podobają mi się wszyscy chłopcy, a ty powinieneś lepiej niż ktokolwiek inny znać potwierdzające regułę wyjątki.
Tym razem Julie im obojgu posłała gniewne spojrzenia.
Tom odwrócił głowę i bąknął pod nosem:
- O, jestem pewien, że podobają ci się wszyscy chłopcy. Nie mam co do tego cienia wątpliwości.
Tully wstała i wyszła z pokoju.
- Tom!
- Uspokój się, Julie.
- Co się z tobą dzieje?
- A co ja takiego powiedziałem?
Julie pochyliła się w jego stronę.
- Żałuję, że ci cokolwiek mówiłam na temat moich przyjaciółek. Zachowujesz się jak gówniarz! - zawołała, starając się przekrzyczeć zespół Rolling Stones.
Tully, zmierzając w stronę łazienki, dała w tym samym czasie upust swoim zranionym uczuciom, szczypiąc w tyłek Jennifer.
Zamknęła się w środku i rozejrzała wokół siebie. Podczas każdej wizyty u Mandolinich nie omieszkała przynajmniej raz skorzystać z tego przybytku, bez względu na to, czy istniała rzeczywista potrzeba. W całym domu panował porządek, ale najładniejszym, najczyściejszym i najlepiej zorganizowanym miejscem była niewątpliwie łazienka. Przestronna i błyszcząca, chlubiła się nieskazitelnie białymi kafelkami w róże i stokrotki, dywanikiem o barwie kości słoniowej, lustrami na wszystkich czterech ścianach, kurkami pokrytymi chromem, żarówkami dającymi łagodne różowe światło, czerwonymi goździkami, pachnącymi świeżością ręcznikami i kotarą w kabinie z natryskiem. W przeciwieństwie do mieszkania Makkerów, gdzie w szarej umywalni wszystko cuchnęło pleśnią, zapach w łazience Mandolinich nie kojarzył się z wodorostami, lecz przywodził na myśl woń morza.
Choć, prawdę mówiąc, nie mam zielonego pojęcia, jak pachnie morze, pomyślała Tully, spoglądając w lustro.
Miała zapuchniętą twarz. Żadna ilość pudru ani najbardziej staranne zabiegi nie były w stanie tego ukryć - szczególnie w ostrym świetle. Zgasiła fluoryzującą żarówkę i włączyła lampę roztaczającą łagodny, różowy blask.
Tak jest o wiele lepiej, pomyślała. Teraz moja twarz nie jest tak wyraźnie widoczna.
Otworzyła swoją dużą torbę (Mary Poppins nazwałaby ją "walizą", lecz nawet ona zdziwiłaby się na widok tego, co Tully w niej nosiła) i wyciągnęła kosmetyczkę; nałożyła na twarz kolejną warstwę pudru i pociągnęła powieki czarną pastelą. Wiedziała, że ma ładne oczy. Były bez zarzutu. Mieniły się tęczowo. Tak. Ale za to sukienka! Tully nie wyglądałaby gorzej, gdyby włożyła na siebie nocną koszulę ciotki Leny. Wydobyła z torby cienką czarną spódnicę z poliestru, która była zapinana na zamek błyskawiczny z przodu i miała dwudziestopięciocentymetrowe rozcięcie z tyłu.
Prędko zrzuciła ciuchy i próbowała je upchnąć do torby, ale zajmowały zbyt dużo miejsca. Niewiele myśląc, schowała je do kosza na brudną bieliznę.
- Przepraszam cię, Jule, nie wściekaj się - mówił w tym czasie Tom. - Nic na to nie poradzę, że ona wyprowadza mnie z równowagi.
- A może mi wyjaśnisz, co miała na myśli, wspominając o klubie dla dorosłych?
- Nie mam pojęcia.
- Co to za klub?
- Skąd miałbym wiedzieć, Julie! Pewnie mnie z kimś pomyliła. Zna wielu mężczyzn, wierz mi.
- Na jakiej podstawie tak twierdzisz?
Tom zachichotał, wyraźnie skrępowany.
- Ona cieszy się wyjątkowo złą reputację.
- A skąd ty możesz o tym wiedzieć, u diabła? I jaki to ma związek ze sprawą? Za kogo się uważasz? Za papieża?
- W szkole aż huczy od plotek na jej temat.
Julie zerwała się na równe nogi.
- Zabraniam ci mówić o Tully w ten sposób, Tom. Jeśli zamierzasz nadal się ze mną spotykać, musisz być dla niej miły. Nie masz innego wyjścia.
- Dlaczego?
- Dlatego, że zawsze mogę sobie znaleźć innego chłopaka.
- Fantastycznie - stwierdził.
- O co chodzi, Tom? Czy osobiście masz coś przeciwko niej?
- Sprawy osobiste nic tu nie mają do rzeczy - odparł ze złością.
- A co wobec tego ma?
- Nie przypieraj mnie do muru - rzucił oschle.
- Idź do diabła - warknęła i wyszła z pokoju.
W czasie, gdy Tully przebierała się, przed łazienką ustawiła się długa kolejka piłkarzy, którzy dobijali się do drzwi i przeklinali pod nosem. Tully włożyła czarne pantofle na wysokich obcasach. Stroju dopełniał biały podkoszulek - zwyczajny, tani i bez stanika pod spodem.
Oto cała ja, pomyślała. A kiedy umrę, pewnie pochowają mnie właśnie w takim ubraniu. Zwykłym, lichym i bez biustonosza.
Podkoszulek miał wycięcie na wysokości pępka, które odsłaniało gładką skórę jej brzucha. Jeszcze tylko odrobina czerwonej szminki, czarne kreski na powiekach i Tully była gotowa.
Leniwym krokiem wyszła z łazienki, obrzucając zdumionym wzrokiem bandę młodych ludzi, którzy przepychali się obok niej. Stanęła pod ścianą, zapaliła papierosa i zaciągając się dymem, podrapała się po wewnętrznej stronie gołego uda. Przechodzący obok chłopak puścił do niej oczko. To samo zrobił inny młody człowiek, który na jej widok aż przystanął. Poszedł dalej dopiero wtedy, gdy towarzysząca mu dziewczyna mocno go uszczypnęła. Po schodach wchodziła na górę jakaś para. Mężczyzna otaksował Tully wzrokiem. Spojrzenie jego towarzyszki było nieprzyjazne, niemal obraźliwe.
Nie zwróciła na mnie uwagi przedtem, ponieważ nie byłam odpowiednio ubrana, pomyślała Tully i uśmiechnęła się do siebie.
Musiała się dobrze prezentować, sądząc po reakcjach innych kobiet. Zawsze starała się kierować tą przesłanką przy ocenie własnego wyglądu. Im większe szyderstwo kryło się w spojrzeniach płci pięknej, tym lepiej Tully była ubrana.
A przecież jeszcze nawet z nim nie zatańczyłam, pomyślała w przypływie dobrego humoru.
Zgasiła butem niedopałek i wyciągnęła gumę do żucia. Zadowolona z siebie zamierzała zejść na dół i odszukać Jennifer, gdy z sypialni jak burza wypadła Julie, a tuż za nią Tom. Tully westchnęła.
Przyjaciółka zatrzymała się obok niej i powiedziała ze śmiechem:
- A niech mnie wszyscy diabli, Tull. Zawsze udaje ci się wprawić mnie w zdumienie.
- Zdumienie? Z jakiego powodu? - spytała Tully, nie zwracając uwagi na wrażenie, jakie jej widok wywarł na Tomie. Patrzył na nią tak, jak gdyby nie była tą samą osobą, którą przed chwilą znieważał. Posłała mu nieprzyjazne spojrzenie, trzaskając bańką z gumy.
- Znowu uratowała mnie torba Mary Poppins - wyjaśniła, zwracając się do przyjaciółki. - Przypomnij mi, żebym przed wyjściem zabrała swoje rzeczy z kosza na brudną bieliznę. - Sięgnęła po kolejny papieros. - Codziennie w szkole jesteś świadkiem mojej metamorfozy, Jule. Dlaczego przyglądasz mi się z takim zdziwieniem, jak gdybym przyleciała z Marsa?
- To prawda. Powinnam się już z tym oswoić - przyznała Julie, dotykając ramienia przyjaciółki. - Ale zmiany w twoim wyglądzie zawsze mnie zaskakują. - Starła nieco różu z jej policzka. - Przemian nigdy za wiele, co?
- Dzięki - rzekła Tully, nieznacznie cofając się przed jej dłonią. - Ziemia do Toma. Ziemia do Toma - zażartowała.
Chłopak stał jak oniemiały. Zaczerwienił się po czubki uszu. Pewnie wprawiał go w zażenowanie fakt niemożności oderwania wzroku od zarysowujących się wyraźnie pod cienkim podkoszulkiem piersi Tully.
Julie poszła do łazienki, zostawiając swojego zarumienionego i mocno zbitego z tropu chłopaka sam na sam z przyjaciółką.
Prowadzenie rozmowy uniemożliwiała zbyt głośna muzyka. Tom musiałby pochylić głowę do ust Tully, żeby cokolwiek usłyszeć, a najwyraźniej omdlewał na samą myśl o takiej możliwości. Stali obok siebie w milczeniu. Sytuacja stawała się coraz bardziej niezręczna. Tully oderwała się od ściany i przysunęła do niego bliżej. Przerażony zaczął się cofać, ale zatrzymał go jakiś chłopak, który znalazł się tuż za jego plecami. Tom sprawiał wrażenie, że za chwilę wybuchnie płaczem. Wspięła się na palce, a gdy jej usta dzieliły centymetry od jego ucha, powiedziała:
- Najwyższy czas, żebyś dorósł i przestał się mnie czepiać.
Nie patrzył na nią.
- Nie mam nic przeciwko tobie - powiedział. - Kiedy osiągniesz pełnoletność?
Odparła, że skończyła osiemnaście lat w styczniu.
- To miło! - stwierdził.
On nie słyszy tego, co mówię - doszła do wniosku. Wcale mnie nie słucha. Nie może oderwać oczu od moich cycków i to one stanowią prawdziwe źródło jego niepokoju.
Zaniechała dalszych prób. Położenie kresu nieporozumieniom pomiędzy nimi w sytuacji, gdy każda rozmowa była dla nich obojga ze wszech miar niepożądana, przerastało jej siły. Gdy tylko Julie opuściła łazienkę, Tom pośpieszył w jej stronę, a Tully zbiegła na dół po schodach.
Julie szturchnęła Toma łokciem, gdy przyjaciółka zniknęła z pola widzenia.
- Pewnie ją czymś przestraszyłeś. Jeszcze nigdy nie widziałem, żeby tak prędko pokonywała schody. Brała po dwa stopnie na raz!
Chłopak otarł dłonią pot z czoła i przeprosił Julie za swoje wcześniejsze zachowanie.
Tully zastała Jennifer w kuchni w chwili, gdy opychała się strudlem.
- Co za fajtłapa - mruknęła.
- Daruj sobie - rzuciła oschle Jennifer. - Dzisiaj są moje urodziny i mam ochotę się najeść do syta. Mogłabyś się zdobyć na odrobinę wyrozumiałości!
Tully spojrzała na nią takim wzrokiem, jak gdyby przyjaciółka spadła z księżyca. Podeszła do niej bliżej, ułamała kawałek strudla i włożyła sobie do ust.
- Nie o tobie mówiłam, głuptasie, ale o Tomie.
- Och, o nim - powiedziała Jennifer z wyraźną ulgą. - Sądziłam już, że strofujesz mnie z powodu mojej nadwagi. Nie zawracaj sobie nim głowy. On nas nie lubi. Jego zdaniem mamy zły wpływ na Julie.
- A to idiota - obruszyła się Tully. - Uważam, że to on ma na nią zły wpływ.
Zamierzała zmienić temat i wypytać przyjaciółkę, która wydała się jej wyjątkowo roztargniona i apatyczna, o ciemnowłosego chłopca, ale do kuchni wtargnęła pani Mandolini z grupą młodych, rozwrzeszczanych ludzi, którzy upominali się o lód, o dokładkę strudla i narzekali na nieobecność jubilatki.
Jennifer wyszła razem z nimi, zostawiając przyjaciółkę w kuchni. Tully wydęła policzki, ze spokojem wydmuchując kłęby dymu.
- Nie powinnaś palić, Tully - odezwała się za jej plecami pani Mandolini. - To niezdrowo. Gdyby się twoja matka o tym dowiedziała, pewnie by cię zabiła.
Ma pani całkowitą słuszność, pomyślała Tully; zaciągnęła się głęboko i pomaszerowała do salonu.
Stanęła przy ścianie. Przyglądała się Jennifer, która proponowała piwo jakiemuś blondynowi. Ze sposobu, w jaki przyjaciółka podawała mu alkohol, jak patrzyła na niego, a chwilę później z nim tańczyła, Tully wywnioskowała, że to musi być jej chłopak. Przypominał wyglądem piłkarza, którego widziała w klubowej szatni, ale w salonie panował półmrok i Tully nie była pewna, czy to ten sam. Tym bardziej że nie miał dzisiaj na sobie piłkarskiej koszulki.
Tylko spójrzcie, pomyślała z rozbawieniem. Jennifer potykała się o własne nogi, patrząc na nie zamiast na swojego partnera. Poruszała się niezdarnie, szczególnie w porównaniu z płynnymi i pełnymi wdzięku ruchami blondyna.
Tully zapaliła kolejnego papierosa i westchnęła. Też miała ochotę zatańczyć.
Taniec. Zdobyła tę umiejętność jeszcze gdy była dzieckiem. Dzięki talentowi danemu od Boga i zamiłowaniu do muzyki, zarówno rockowej, jak i klasycznej, opanowała tę sztukę w wieku dwunastu lat, ćwicząc nago przed lustrem w swojej sypialni do późna w nocy. Z powodu zakazu przebywania w salonie i w jadalni spędzała nieskończenie wiele godzin w swoim pokoju, tańcząc. Nauczyła się obywać bez snu i umiejętnie korzystać z lustra. Obserwowała w nim poruszające się w takt muzyki swoje nagie ciało - początkowo jeszcze bez biustu i bez wyraźnie zarysowanej linii bioder. W miarę dojrzewania i dorastania wypracowała swój własny, bardzo osobisty, sugestywny i erotyczny styl. Zaczęła od tanecznych popisów na prywatkach, urozmaicanych zabawą w "kręcenie butelki". Najpierw tańczyła z innymi, potem sama gdzieś w kącie, wreszcie na środku pokoju. Wykonywała tańce szybkie i wolne, chłopcy klaskali w dłonie, a dziewczęta albo przyłączały się do niej, albo tylko ją obserwowały. Niebawem jej taneczne umiejętności stały się głośne w całej szkole podstawowej Robinsona.
Grono pedagogiczne miało okazję na własne oczy przekonać się o jej "niebywałym darze" dopiero gdy jako czternastoletnia dziewczynka zgłosiła się na ochotnika do udziału w specjalnym pokazie talentów, który został zorganizowany w jeden z piątkowych wieczorów. Z zamkniętymi oczami wykonała własną interpretację Imperatora Beethovena. Dyrektorka szkoły określiła taniec Tully jako "niemoralny" oraz "karygodny" i zadzwoniła do Heddy, która nie była obecna na występie córki. "Gdzie czternastoletnia dziewczynka nauczyła się w ten sposób tańczyć?" - dopytywała się dyrektorka. I choć pani Makker płakała oraz załamywała swoje zimne i wilgotne dłonie, Tully została na tydzień zawieszona w prawach ucznia.
Duże lustro zostało usunięte z sypialni, a Tully otrzymała zakaz zamykania się w pokoju. Ale było już za późno. Zdążyła polubić reakcję, jaką wzbudzała zarówno u swoich rówieśników, jak i u starszych. Czuła, że ma prawdziwy talent. W ciągu następnych trzech lat udowadniała zachwyconym i podchmielonym patronom nocnych klubów i barów Topeki, studentom, rugbistom i rolnikom, jak cudownie tańczy i jak marnuje swoje umiejętności. Była przekonana, że kara, jaką Hedda jej wymierzyła, gdy znalazła w jej sypialni kondomy, byłaby znacznie surowsza, gdyby matka wiedziała o setkach konkursów tanecznych, które wygrała, o pieniądzach, jakie zarobiła, oraz o wszystkich chłopakach i mężczyznach, z którymi tańczyła i nie tylko tańczyła.
Dzisiaj wieczorem stała samotnie i paliła papierosa. Nim jednak zdążyła wypalić go do końca, podeszli do niej trzej młodzi ludzie, których znała ze szkoły, i równocześnie poprosili ją do tańca. Przyjęła ich zaproszenie z uśmiechem. Potem nie mogła złapać tchu i następny taniec przeznaczyła dla Julie. Tańczyły policzek przy policzku, wpadając na ludzi i odskakując od nich ze śmiechem. A później pochwyciła w tany Jennifer, z którą chciała zamienić kilka słów. Ale chłopcy już ją dostrzegli, obstąpili tłumnie i nie zamierzali wypuścić. Zdołała tylko okręcić na parkiecie jubilatkę.
Chwilę potem Julie dopadła Tully na osobności.
- Przepraszam cię za zachowanie Toma, Tully.
- Jak mogłaś rozmawiać z nim na mój temat?
Julie była wyraźnie zmieszana.
- Wybacz mi, Tull. Jest moim chłopakiem. Sądziłam, że mogę mu ufać.
- To powierzaj mu własne sekrety, a nie cudze - wysapała Tully.
Julie pochyliła głowę.
- Wybaczysz mi?
- Tak - odparła Tully i wróciła na parkiet.
Po godzinie szalonego tańca, spocona i wyczerpana, usiadła na kanapie w salonie. Wszystkimi zmysłami chłonęła światła, muzykę, dym, alkohol i chłopców.
Obserwowała ukradkiem ciemnowłosego nieznajomego, który tańczył ze swoją dziewczyną, choć prawdę mówiąc, jej wyczyny trudno było nazwać tańcem. Tully nie zwracała uwagi na sposób, w jaki on się poruszał. Mężczyzn oceniała z większą pobłażliwością niż kobiety.
Jennifer rozmawiała w kącie ze swoim jasnowłosym piłkarzem. Tully przyjrzała mu się uważniej i musiała przyznać, że w panującym półmroku, w kłębach papierosowego dymu i w światłach, które pulsowały w rytm ogłuszającej muzyki, wygląda nieźle. Po głębszym namyśle doszła nawet do wniosku, że prezentuje się zupełnie dobrze. Był wysoki i miał szerokie ramiona. Na Tully wywarł również wrażenie sposób, w jaki się poruszał. Trzymał wysoko uniesioną głowę nawet wtedy, gdy się pochylał, żeby usłyszeć, co mówi Jennifer.
Nieznajomy i jego dziewczyna postanowili przeczekać wolny kawałek i przytuleni zajęli miejsce na kanapie obok Tully. Obserwowała ich kątem oka. Po chwili on wstał - zapewne po to, żeby przynieść drinka. Dziewczyna siedziała nieruchomo, zaciskając swoje chude jak u łani nogi i ani razu nie spojrzała w stronę Tully.
Nieznajomy wrócił z drinkami. Nie zajął miejsca pośrodku kanapy, lecz na samym jej końcu.
To dobrze, pomyślała Tully. Przynajmniej widzę jego twarz.
Niespodziewanie mężczyzna oderwał wzrok od swojej towarzyszki i zaczął otwarcie przyglądać się Tully. Uśmiechnął się do niej uprzejmie, nim ponownie poświęcił uwagę swojej partnerce.
Wygląda nawet lepiej, niż sądziłam na początku - doszła do wniosku Tully. I jest znacznie dojrzalszy od wszystkich znanych mi młodych mężczyzn.
Podziwiała jego zadbany wygląd oraz krągłą, gładko ogoloną twarz południowca. Rozmawiając z dziewczyną, przechylał na bok głowę, odsłaniał w uśmiechu idealnie białe zęby, a kiedy się śmiał, w jego oczach zapalały się iskierki. Tully zauważyła, że ma odprasowane dżinsy (który mężczyzna nosi odprasowane dżinsy?). Różowa koszulka również prezentowała się nienagannie.
Nie jest wysoki, pomyślała Tully, ale za to pod każdym innym względem...
Uśmiechnęła się do siebie. Nie ulegało wątpliwości, że towarzysząca mu mysz nie zamierza go spuścić z oka. Świadczyły o tym mordercze spojrzenia, które co jakiś czas kierowała w stronę Tully.
Tully przypuszczała, że gdyby miała tak wspaniałego faceta, również przeszywałaby wszystkie kobiety śmiercionośnym wzrokiem. Paliła się wprost ze zniecierpliwienia, żeby wypytać Jennifer o nieznajomego, ale przyjaciółka wciąż rozmawiała z blondynem, który był już całkiem pijany. Pochylał się nad nią i oplatał ramieniem jej szyję. Zwykle pozbawiona wyrazu twarz Jennifer dzisiaj promieniowała radością. Tully stwierdziła ten fakt z zadowoleniem i z lekkim ukłuciem zazdrości. Ale gdy uważniej przyjrzała się piłkarzowi, poczuła coś jeszcze - lekkie zaniepokojenie. Na jego podchmielonej twarzy nie dostrzegła wyrazu szczęścia.
Odszukała wzrokiem Julie. Stała otoczona grupą ludzi, wśród których był również Tom, i rozprawiała o czymś w podnieceniu.
Pewnie o tym, czy Amerykanie powinni wspierać Francuzów w Wietnamie, pomyślała.
Upływały minuty. Tully nie ruszała się z miejsca. Nieznajomy wstał i zaproponował swojej dziewczynie kolejnego drinka. Skinęła głową. Zamierzał odejść, ale w ostatniej chwili najwyraźniej zmienił zamiar, gdyż podszedł do Tully i spytał, czy i jej czegoś nie przynieść.
Jaki piękny głos, pomyślała.
- Poproszę o piwo, jeśli zdołasz je gdzieś znaleźć.
- Znajdę, skoro masz na nie ochotę - odparł.
Piękny, głęboki, męski głos, pomyślała Tully. A jeśli on okaże się tak samo staroświecki jak cała reszta?
Mysz siedziała nieruchomo jak głaz, z dłońmi mocno splecionymi na kolanach. Przeszyła rywalkę kolejnym wrogim spojrzeniem niczym zatrutą strzałą. Tully uśmiechnęła się głupkowato i poprawiła się na kanapie, krzyżując i rozprostowując swoje gołe nogi. Jedną rękę położyła na poręczy, a drugą wyciągnęła z tyłu na oparciu. Nieznajomy zastał ją w tej pozie. Podał jej piwo i zajął miejsce tuż obok.
- Dziękuję - powiedziała z uśmiechem.
Odwzajemnił uśmiech.
- Dzięki, Robin - rzekła dziewczyna.
Robin! A więc tak się nazywa! Jego imię wcale nie brzmi z włoska.
Nagle z rozmyślań wyrwał ją jakiś chłopak, który sadowiąc się jej na kolanach, poprosił do tańca. Odepchnęła go z całej siły, zrzucając na podłogę. Wycofał się na czworakach, zanosząc się histerycznym śmiechem. Teraz już nic nie było w stanie ruszyć jej z kanapy, chociaż jeszcze niedawno miała ochotę zatańczyć. Nareszcie znalazła to, czego szukała w tym zasnutym dymem, wypełnionym muzyką i ludźmi domu.
- Tully! - wrzasnęła jej prosto do ucha Jennifer, przykucnąwszy obok. - Dlaczego siedzisz sama? Chłopcy skarżą się, że nie tańczysz!
- Wcale nie jestem sama! - odkrzyknęła Tully, uśmiechając się promiennie.
- To dlaczego siedzisz samotnie na kanapie?
- Nie widzisz, że jestem w towarzystwie?
Jennifer spojrzała w stronę Robina i jego myszy.
- Tully! To wykluczone! On jest zajęty!
- Och, Jennifer! Zachowaj się jak dobrze wychowana pani domu i przedstaw nas sobie.
- On jest zajęty, Tully.
- Bądź dobrą gospodynią, zgoda Jen? Tylko przedstaw nas sobie.
Jennifer westchnęła.
- Robinie - powiedziała, prostując się i podchodząc do młodego mężczyzny. - Zapewne nie miałeś jeszcze okazji poznać Tully. A ty, Gail, pewnie widujesz się z nią w szkole? Czy przypadkiem nie chodziłyście do tej samej klasy?
- Nie - odparła Gail. - Nie spotkałyśmy się wcześniej. Ale oczywiście słyszałam o Tully. Tully Makker, prawda?
- To zabawne, ale ja o tobie nigdy nie słyszałam - stwierdziła Tully.
- Miło cię poznać - powiedział Robin.
- Ojciec Robina - mówiła dalej Jennifer - jest starym przyjacielem mojego ojca. Prawdę mówiąc, mój tata na początku u niego pracował, prawda?
- Tak - odparł Robin. - Wiele lat temu.
Tully wyciągnęła do Robina rękę, która wydawała się mała w porównaniu z jego mocną, szeroką dłonią. Nie podała ręki Gail. Dziewczyna siedziała sztywno i nie odezwała się już ani słowem.
- Jennifer! Chodź i zatańcz ze mną! - rozległ się za ich plecami donośny męski głos. Jennifer oblała się rumieńcem i rozpromieniona uśmiechnęła się ckliwie. Chwyciła chłopaka za rękę i przyciągnęła go do siebie.
- Pozwólcie, że wam przedstawię Jacka Pendela - dokonała prezentacji.
Blondyn pochylił głowę, mocno potrząsając dłonią Robina, ale nie spojrzał na niego. Najwyraźniej był zaintrygowany twarzą Tully. W jego przekrwionych i zamglonych oczach Tully dostrzegła zdumiewający promień trzeźwej myśli, czysty wyraz... Nie potrafiła powiedzieć, czego. Podała mu rękę, którą skwapliwie uścisnął.
- A więc to ty jesteś przyjaciółką Jen - stwierdził. A potem o mało nie runął głową do przodu, gdy zgięty w pół składał na jej dłoni wilgotny pocałunek. Wszystkich rozbawił swoją szarmanckością. Tully musiała go popchnąć, gdyż sam nie zdołałby się wyprostować. Gdy Jennifer i Jack odeszli w stronę parkietu, Robin zwrócił się do Tully:
- Od jak dawna znasz Jennifer? - spytał, patrząc jej prosto w oczy.
- Od czasu, gdy obie byłyśmy pięcioletnimi dziewczynkami - odparła.
- Ho ho! - zdziwił się Robin. - Ja nie mogę się poszczycić tak wieloletnimi znajomościami, oczywiście z wyjątkiem mojej rodziny.
- Ją też poznałam, gdy miałam pięć lat. - Tully wskazała na stojącą kilka metrów dalej Julie.
- Wszystkie trzy przyjaźnicie się ze sobą?
- Tak, to moje najlepsze przyjaciółki.
Robin pochylił się nad nią.
- Traktujesz je niemal jak członków rodziny, prawda?
- Prawda - przyznała.
Uśmiechnął się do niej, a ona odwzajemniła mu się tym samym.
- Od urodzenia mieszkasz w tym mieście?
Skinęła głową.
- Tak. Raz byłam na wycieczce w Lawrance. Ty też pochodzisz z Topeki?
- Nie. Z Manhattanu - odparł, przyglądając się jej twarzy i szyi. - Byłaś tam kiedyś?
Tully spojrzała na zegarek. Zbliżał się czas wyjścia.
- Tak, parę razy.
- Mieszkasz daleko od Jennifer? - dopytywał się Robin.
- Och, kilka kilometrów.
- Masz samochód?
- Nie, chodzę na piechotę - wyznała. - Jestem do tego przyzwyczajona. To nic wielkiego.
Był już niemal usidlony. Jak przystało na dobrego kupca, Tully znała na pamięć Pięć Reguł Sprzedaży: Zwrócenie uwagi, Zainteresowanie, Przekonanie, Wzbudzenie pragnienia, Dobicie targu. Uwaga tego mężczyzny została już przyciągnięta, był zainteresowany, przekonany i odczuwał potrzebę posiadania.
- Dzisiaj też zamierzasz wracać pieszo?
- Oczywiście. Prawdę mówiąc, już muszę iść. Obiecałam mamie, że wcześnie wrócę. Jest chora - wyjaśniła na widok jego zdumionego wyrazu twarzy.
Zamyślił się. Wstrzymała oddech.
- Chcesz, żebym cię odwiózł do domu?
Wypuściła powietrze. Targ dobity.
- Będę wdzięczna, jeśli ci to nie sprawi kłopotu.
- Nie ma o czym mówić - odparł Robin, unikając wzroku Gail. Rzucił okiem w kierunku zegara dziadka. Tully również spojrzała w tamtą stronę. Dziesięć po dziesiątej. Pora wracać.
- Czy nie możesz trochę się spóźnić?
- Już jestem spóźniona.
Robin spojrzał na nią w osobliwy sposób. Tully uśmiechnęła się z przymusem.
- Muszę zrobić mamie coś do zjedzenia.
- Przecież niedawno przyszłaś.
Zauważył.
- To prawda - przyznała. - Ale mama jest chora i muszę się nią opiekować.
- Możemy już wyjść, jeśli chcesz - zaproponował, nadal nie patrząc w stronę Gail.
Tully skinęła głową.
- Jeśli byłbyś tak uprzejmy.
- Odwiozę Tully do domu. Mieszka daleko stąd i nie ma własnego środka lokomocji. Zaraz będę z powrotem - zwrócił się niechętnie do swojej dziewczyny.
Gail zamrugała powiekami.
- Jadę razem z wami - oświadczyła.
Dotknął jej włosów.
- Zaraz wrócę. Poza tym dobrze wiesz, że mam dwuosobowy samochód - wyjaśnił, nie patrząc na nią. Ona również na niego nie patrzyła. Zerwała się z miejsca i odeszła w wielkim pośpiechu. Tully zdążyła jednak obrzucić wzrokiem jej biust.
Nic tam nie ma, pomyślała. Kłopotliwa sprawa.
Robin i Tully równocześnie podnieśli się z kanapy.
- Nie miałbyś ochoty na jeden szybki taniec przed wyjściem? - spytała.
Odparł, że tak, ani na chwilę nie odrywając od niej oczu, podczas gdy ona rozglądała się po pokoju. Nie była pewna, czy Jennifer przytula się do swojego pijanego blondyna, czy też podtrzymuje go na nogach. Julie pieściła się na parkiecie z Tomem, równocześnie zasuwając zamek z boku sukienki. Znowu grał zespół Rolling Stones, a Jagger śpiewał chrapliwie:
You'are out of my touch, my Baby...
Tully mocno ścisnęła Robina za rękę i ruszyła z nim w tany. Z zamkniętymi oczami wsłuchiwała się w muzykę i poruszała się zgodnie z jej rytmem. Robin starał się dotrzymać jej kroku. Kołysała biodrami i wyginała je do przodu, ocierając się o niego. Wodziła dłońmi wzdłuż linii swojego ciała, od piersi po drgające rytmicznie biodra. Gdy piosenka się skończyła, spocona i zdyszana Tully mocno przylgnęła do swojego partnera i otworzyła oczy. Patrzył na nią z dobrze jej znanym wyrazem twarzy. Nie ulegało wątpliwości, że w jego przypadku targ został dobity. Teraz była gotowa do wyjścia.
Prędko pożegnali się z wszystkimi. Tully pobiegła na górę i wyjęła z kosza na brudną bieliznę swoje ubranie. Przechodząc obok Jennifer, zauważyła, że przyjaciółka właśnie skończyła rozmawiać z Gail i jest wyraźnie zakłopotana. Nadstawiła Tully policzek do pocałowania.
- Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin, Mandolini - szepnęła Tully. - I bardzo ci dziękuję.
- Czy pójdziesz jutro z nami na mszę do Świętego Marka? - spytała Jennifer.
Tully pokręciła przecząco głową.
- Nie, jutro nie mogę.
- Tully, od początku roku szkolnego ani razu nie byłaś w kościele.
- Wybiorę się tam. Ale nie jutro, zgoda? Obiecałam mamie, że rano zgrabię liście.
Jennifer spojrzała na nią z powątpiewaniem.
- Przecież nie macie grabiarki.
- Muszę to zrobić, nawet gdybym miała do tego użyć własnych zębów - rzekła Tully i odeszła, kiwając ręką przyjaciółce na pożegnanie.
Robin otworzył drzwi i przepuścił ją przodem. Wyszli na dwór. Po zaduchu, jaki panował w salonie, uderzył ich świeży zapach chłodnego powietrza. Panowała spokojna, bezwietrzna pogoda - nietypowa w stanie Kansas. Tully dudniło w głowie i szumiało w uszach, jak zwykle po kilku godzinach spędzonych przy głośnej muzyce, nawet jeśli były to piosenki Jaggera.
W samochodzie w milczeniu obgryzała paznokcie.
Powrót pieszo do domu pochłaniał mnóstwo czasu, ale pokonanie drogi samochodem trwało krótko.
Jeśli ma zamiar przystąpić do rzeczy, lepiej, żeby z tym nie zwlekał, pomyślała Tully.
- Czy masz ochotę się ze mną spotkać? - spytał w końcu.
- Oczywiście - odparła lakonicznie.
Jechał powoli, a przy jednym z nakazów stopu zatrzymał się na dobrą minutę.
- Tully, co za niepospolite imię - zauważył, nim ruszył dalej.
- Imię Robin też nie zalicza się do powszechnie spotykanych. Pewnie jest włoskie?
- Należę do trzeciego pokolenia rodziny DeMarco - odparł. - Wśród przodków matki byli przedstawiciele wielu narodowości, ale ojciec zapragnął zamerykanizować rodzinę. Oboje byli też miłośnikami ptaków.
- Byli? - spytała Tully.
- Matka nie żyje - wyjaśnił, włączając się do ruchu.
Tully przełknęła ślinę.
- Mój brat nie umiał prawidłowo wymówić mojego imienia i tak zostało.
- A jak prawidłowo brzmi twoje imię?
- Natalie. Natalie Anne Makker.
- Ładnie - stwierdził. - A jak się nazywa twój brat?
- Henry Hank.
Niemal wzięła mu za złe to pytanie; było wyjątkowo kłopotliwe. Wciąż zawzięcie obgryzała paznokcie. Nie miała przygotowanej żadnej niewinnie brzmiącej odpowiedzi.
Nie rozumiem, dlaczego oni wszyscy muszą tyle wiedzieć o dziewczynie, zanim ją zaczną pieprzyć? - pomyślała.
- Ja mam dwóch braci. Jestem najstarszy z całej trójki.
- Ile lat ma najstarszy brat?
Spojrzał na nią i się uśmiechnął.
- Dwadzieścia pięć. Czy uważasz jego wiek za podeszły?
- Tak. To prawdziwy starzec.
- Masz jeszcze jakieś rodzeństwo? Czy jest was tylko dwoje w domu?
Jaki nieustępliwy, pomyślała, potrząsając głową. Niemal już zapomniała, jak oni wszyscy potrafią być dociekliwi.
- Nie, tylko ja jedna zostałam.
- Wydawało mi się, że wspomniałaś o bracie.
- To prawda, mam brata - odparła. (A nawet dwóch - dodała w duchu. - O których istnieniu wiem). - Ale już tutaj nie mieszka. Na następnym skrzyżowaniu skręć w prawo.
Pilotowała go po małych uliczkach. W końcu dotarli na Gajową. Robin podjechał prawie pod sam dom, obrzucił wzrokiem walącą się werandę i nieskoszoną trawę, a potem zatrzymał spojrzenie na Tully.
- Czy mogę jutro po ciebie przyjechać? - spytał.
Trudno o lepszy pomysł, pomyślała. Matka i ciotka Lena obstąpią go z dwóch stron.
Uśmiechnęła się, wyobrażając sobie ten widok i dała mu odpowiedź, jakiej zwykła udzielać wszystkim chłopcom.
- Świetnie, przyjedź. Może wybierzemy się gdzieś na przejażdżkę jutro po południu. - Rozejrzała się wokół siebie. - Czy siedzę w czerwonym samochodzie marki Corvette?
- Z siedzeniami z czerwonej skóry - odparł.
- Są olśniewające - stwierdziła i nie bacząc na jego obecność, wciągnęła na swoje mini obszerną czarną spódnicę, na podkoszulek włożyła sweter, a następnie wyjęła chusteczkę i zaczęła usuwać z twarzy makijaż.
Robin uważnie się jej przyglądał.
- Mieszkasz z dala od wszystkiego, prawda? - spytał.
- Nieprawda - rzekła. - Mieszkam przy kolei.
- Kolei? Przy Linii Kolejowej St Louis, Southwestern?
- Sądzę, że tak. Czy to ma jakieś znaczenie?
- Szczyci się wspaniałą historią.
- To dobrze.
- A ty?
- Ja jestem bez przeszłości - oświadczyła Tully.
- Nigdy bym się nie domyślił, że mieszkasz blisko kolei. Nie robiłaś na mnie takiego wrażenia.
- Ale to prawda. Taką kobietę można na kilometr poznać.
- Po czym?
- Po jaskrawoczerwonej szmince, jakiej używają dziewczyny spod dworca - powiedziała, wręczając mu zapaćkaną chusteczkę.
- O ile sobie przypominam, miałaś niepomalowane usta, gdy przyszłaś.
Pod wpływem spojrzenia, jakie skierowała w jego stronę, pospiesznie spytał, czy mu będzie wolno odprowadzić ją do drzwi.
Potrząsnęła przecząco głową.
- Moja matka jest bardzo chora.
Pokoje Heddy i ciotki Leny znajdowały się po przeciwległej stronie budynku. Dom był pogrążony w ciemnościach, podobnie jak i cała ulica, która wydawała się całkowicie opustoszała.
Tully nachyliła się nad Robinem i pocałowała go prosto w usta. Pachniały alkoholem i strudlem. Były delikatne i wilgotne. Spodobały się jej i całowała je coraz bardziej zachłannie. Robin miał zamknięte oczy. Tully zawsze obserwowała mężczyzn podczas pocałunku. Na ich twarzach malowały się wtedy wszystkie uczucia.
Usta Robina stawały się z każdą chwilą coraz bardziej natarczywe. Dotykała jego włosów, szyi i ramion. Cicho jęknął. Jedną rękę wsunął jej pod spódnicę, a drugą odszukał piersi. Okna samochodu pokryły się parą. Robin ściągnął z Tully podkoszulek i zanurzył twarz w jej biuście. Głaskała go po włosach. Miała ochotę również zamknąć oczy.
- Tully, co ty ze mną wyprawiasz? - szepnął, przeciskając się na siedzenie pasażera i przygniatając ją swoim ciałem.
Czuła jego wzwód, jego potrzebę, pragnienie i oddech. Tego właśnie chciała. Od tak dawna nie zaznała pożądania. Jęknęła głośno. Przywarł do niej jeszcze mocniej. Rozpięła mu spodnie. Wydał z siebie jęk. Pragnęła poczuć go w sobie. Zdjęła slipki i wprowadziła go do środka. Pchnęła w górę ciałem, aż się głęboko w niej zanurzył.
Jego nadmierne podniecenie sprawiło, że w chwilę potem było już po wszystkim. Tak, jak Tully lubiła. Zawsze odczuwała największą przyjemność, gdy mężczyźni tracili kontrolę nad sobą i prędko kończyli. Wolała kochać się w pojazdach z tylnymi siedzeniami; w corvetcie było trochę niewygodnie, ale zaliczała się niewątpliwie do drogich marek. Nigdy dotąd nie miała okazji przebywać w samochodzie tej klasy. Robin uniósł się na łokciu, ale nie ruszył się z miejsca, nadal przygniatając ją swoim ciężarem. Poklepała go lekko po ramieniu.
- Muszę już iść - szepnęła.
- Och, Tully - powiedział.
Delikatnie odepchnęła go od siebie, a gdy wrócił na swój fotel, poprawiła spódnicę i uczesała włosy. Robin zapiął spodnie.
- Naprawdę musisz już iść? Nie chcesz niczego więcej? Niczego dla siebie?
Rozbawił ją swoimi pytaniami. Jak miała mu wyjaśnić, że podczas ostatnich dziesięciu minut otrzymała od niego wszystko, co mógł jej ofiarować.
- Było mi bardzo dobrze z tobą, Robinie, ale naprawdę muszę już wracać.
- Czy mogę się jutro z tobą zobaczyć? - spytał, dotykając jej policzka.
Uśmiechnęła się. Ten mężczyzna zachowywał się jak prawdziwy dżentelmen. Zdarzali się wśród nich i tacy.
- Oczywiście. Przyjedź - odpowiedziała.
Pocałowała go przelotnie i po chwili była już na zewnątrz. Szybko pokonała ścieżkę, schody na werandę i zniknęła w głębi budynku.