Tułacze losy - Danuta-Romana Słowik

Kup ebooka

9.93 zł
8.24 zł (8,44 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

W części pierwszej opartej na pamiętnikach z lat czterdziestych XX wieku, dla podkreślenia szczególnych walorów oryginalnego tekstu, celowo została zachowana gramatyka, ortografia i interpunkcja według zasad, jakie obowiązywały w ówczesnych latach w pisowni polskiej.

Było to w roku 1957 - południe, piękna, słoneczna pogoda. U drzwi wejściowych zadzwonił dzwonek. To goniec z poczty:

- "Telegram z zagranicy".

Mama pokwitowała odbiór i weszła z telegramem do stołowego pokoju. Na arkuszu papieru przyklejone były paski z dalekopisu. Przeczytała uważnie tekst, podniosła smutne oczy i usiadła przy stole. W pokoju zawisł niepokój. Ponownie przeczytała wiadomość i przez łzy cicho powiedziała, że babcia umarła.

Telegram przyszedł z Manchesteru. Do tej pory dostawaliśmy tylko listy lub paczki ze wspaniałymi rzeczami od "babci z Anglii" - ale telegram? Mając 5 lat nie bardzo wiedziałam, co znaczy taka wiadomość - niemniej jednak zdawałam sobie sprawę z tego, że stało się coś nieodwracalnego. W domu zapanował nieopisany smutek. Nie wiedziałam również, dlaczego mama nie będzie mogła pojechać nawet na pogrzeb...

Po pewnym czasie zaskoczyło mnie, że znowu przyszła paczka z Manchesteru - czyżby od babci? Czy to znaczy, że nie umarła?

Niestety, to nie od babci. Jej współtowarzysz życia przysłał mamie prywatne pamiątki, które po babci pozostały. Różne rzeczy znajdowały się w tej paczce, ale dla mnie najciekawsze były albumy ze zdjęciami. Czegoż tam nie było! Przepiękne zdjęcia statków pasażerskich, egzotycznie wyglądające porty, wzburzone morze, góry lodowe, ale również zamczyska i ogrody w Szkocji oraz wiele, wiele postaci. Wraz z albumami była jeszcze tajemnicza, papierowa teczka, w której schowany był dziwny, duży zeszyt. Na wierzchu obrazek rysowany piórkiem, przedstawiający to samo zamczysko, co na zdjęciach w albumie, a w środku niezliczona ilość zapisanych stron.

- Co to jest, mamo? - pytałam z ciekawości.

- Zostaw Danusiu, jesteś za mała, żeby to zrozumieć. Kiedyś, jak będziesz duża, przeczytasz to sobie sama. To jest książka, którą napisała twoja babcia - odpowiedziała mama, biorąc ostrożnie z moich rąk ten zeszyt.

Któregoś dnia wpadła do nas jak burza nasza sąsiadka - przyjaciółka mamy. Cała we łzach, szlochając, rzuciła się mamie na szyję.

- Krysiu, dopiero teraz, po tylu latach, z tej książki dowiedziałam się jak umarł i gdzie jest pochowany mój brat - mówiła przez łzy. - Do tej pory uważaliśmy go za zaginionego żołnierza, który walczył w czasie wojny, gdzieś w zachodniej Europie. Twoja mama pielęgnowała go w szpitalu aż do śmierci. Dzięki niej wiem, jak umarł i gdzie jest pochowany... Krysiu, tę książkę trzeba za wszelką cenę spróbować wydać drukiem, może inni odnajdą ślad swoich bliskich, podobnie jak ja...

Pamiętam starania mojej mamy i ciche rozmowy rodziców o tym, jakie trudności wynikały w związku z wydaniem tej książki. Jakieś wydawnictwo podjęłoby się nawet tej pracy, pod warunkiem jednak, że oryginał zostałby znacznie zmieniony i oczywiście pozostałby u wydawcy. Nie można było bowiem wydać książki, która oparta była na pamiętniku osoby przebywającej w czasie wojny na Zachodzie. To nie pasowało przecież do współczesnej literatury Polski Ludowej! Mama, w porozumieniu ze swoją siostrą, nie zdecydowała się na bezpowrotną stratę tego rękopisu i na kłamliwą przeróbkę jego treści.

Kilka lat później zmarła tragicznie mamy siostra, ciocia Irenka. Książka, jako jedyna pamiątka rodzinna, pozostała u mamy w szufladzie na wiele, wiele lat. Po jakimś czasie i ja zapomniałam o niej...

Życie moje potoczyło się własnymi drogami. Mając 21 lat opuściłam rodzinny dom i założyłam własną rodzinę. Od wielu lat mieszkam za granicą. Czasy jednak bardzo się zmieniły - nie ma żadnych problemów w poruszaniu się po świecie, granice zniknęły. Nawet na połączenie telefoniczne do kraju nie trzeba czekać godzinami, jak przed laty, kilometry "skróciły? się i często odwiedzamy rodzinę w kraju. Mama bardzo przeżyła nasz wyjazd, ale po pewnym czasie, wiedząc, że w każdej chwili możemy się zobaczyć, uspokoiła trochę. Była bardzo szczęśliwa, że życie moje jak i mojej siostry przebiega spokojnie, że mamy rodziny i żyjemy w znacznie bezpieczniejszych czasach niż te, w których dane było jej spędzić swoją młodość. Miała jedyne, największe marzenie - móc odwiedzić grób swojej matki w Manchesterze... Kiedyś, będąc u mnie w odwiedzinach, stwierdziła, że chyba już nigdy nie wybierze się za granicę dalej jak do mnie, ale ja z pewnością kiedyś pojadę do Wielkiej Brytanii i złożę w jej imieniu kwiaty na grobie babci.

Powiedziałam jej wówczas, że z pewnością uda nam się kiedyś pojechać tam razem... Tak to bywa, kiedy człowiek jest jeszcze młody. Wydaje mu się, że wszystko, co zaplanował, zdąży w życiu zrealizować. Czas upływa jednak nieubłaganie szybko...

Któregoś pięknego, letniego dnia zadzwonił telefon, przy aparacie była moja siostra:

- "Właśnie przyszedł telegram ze szpitala - mama przed chwilą zmarła..."

I znowu to nieznośne uczucie, że stało się coś nieodwracalnego, niczego nie zdąży się już nadrobić. Również do Wielkiej Brytanii nigdy już razem nie pojedziemy - ten rozdział został nieodwracalnie zamknięty razem z jedną rozmową telefoniczną...

Po pogrzebie byłam razem z siostrą jeszcze raz w mieszkaniu mamy. Z najtrudniejszą wizytą mojego życia. Niby wszystko po staremu, tylko gospodyni domu nie było... W szufladzie regału leżały albumy ze zdjęciami i zapomniany rękopis babci. Siostra zaproponowała mi, abym wzięła sobie coś na pamiątkę. Zdziwiona, że nie chcę niczego innego, nie miała nic przeciwko temu, że wybrałam właśnie te stare albumy i pamiętnik babci. Po powrocie do domu zaczęłam przeglądać znane mi już od dzieciństwa zdjęcia i ze spokojem zabrałam się wreszcie za czytanie rękopisu, który przeleżał w szufladach ponad pół wieku. Na pierwszej stronie, wyblakły trochę szkic zamczyska przeniósł mnie natychmiast w tamte czasy i nie sposób było oderwać się od tej lektury aż do ostatniej strony.

(Wspomnienia siostry P.C.K)Moim ukochanym CórkomIrence i Krysi

Książkę napisaną w czasie rozłąki poświęcam

Zamiast przedmowy

...A gdzie Siostra była do czasu wojny?

- Na statku. Przez pięć lat pływałam po całym świecie, jako Siostra Okrętowa.

- To znaczy, gdzie?

- Byłam w Ameryce Północnej i Południowej, w Afryce, kilkanaście razy w Palestynie, a poza tem "Kościuszko" okrążył całą Europę, podczas niezwykle ciekawej wycieczki "Dookoła Europy". Byliśmy wtedy i na Malcie, jako pierwszy statek pasażerski. Widziałam Valettę, przepiękne miasto, w którym podziwiałam wspaniałe kościoły oraz groby maltańskich rycerzy.

- To musi być ciekawe tak ciągle podróżować. Prawda, Siostro?

- Bardzo ciekawe. Ale jednocześnie ma i złe strony taka wieczna włóczęga, bo człowiek odczuwa ciągły głód przestrzeni. Na lądzie nie potrafię się nigdzie zaklimatyzować. Zawsze mi morza brakuje i tych wrażeń, jakie dają nowi ludzie, nowe kraje i egzotyczna przyroda.

- Czy nie tęskniła Siostra za Polską?

- Boni! Jak pan może o to pytać?! Czy wyglądam na takie bezduszne stworzenie, które nie potrafi uwielbiać swojej Ojczyzny? Które nie uważa jej za najpiękniejszą? Tęskniłam zawsze za krajem. Nieraz, - te wszystkie przepiękne widoki zamieniłabym na widok jakiejś małej, polskiej wioski.

- Niech mi pan wierzy, Boni, że nigdy najwspanialsze ogrody botaniczne, nie były w stanie zaćmić wspomnienia polskiego lasu, pola lub łąki. Polska jest najpiękniejszym krajem na świecie! Nigdy nie pomyślałam o tem, żeby osiedlić się gdzieś poza krajem. Nie mogłabym się czuć szczęśliwa na obcym gruncie. Te wszystkie cuda przyrody zdumiewają człowieka, - wprost nie chce się wierzyć, że coś podobnego istnieje, ale można się tym zachwycać tylko przelotnie, bo najpiękniej jest tam, gdzie są bliscy, - gdzie się spędziło dzieciństwo. Tam każda piędź ziemi jest droga, - bo swoja!

- Boni przymyka oczy i po chwili mówi cicho:

- Ja także chciałbym widzieć te wszystkie piękne kraje i dlatego proszę sobie przypomnieć wszystko, od chwili gdy Siostra poszła na okręt. I jak będzie chwila czasu proszę mi opowiedzieć o tych podróżach, o ludziach, których Siostra spotkała i o tym życiu, które chciałbym poznać. O życiu włóczęgów, ludzi morza, którym dane jest widzieć tak wiele; którym dane jest przebywać coraz to nowe przestrzenie i spotykać nowych ludzi. Różne rasy, różne charaktery. Proszę pomyśleć, jak przyjemnie byłoby pacjentom Siostry przeczytać takie wspomnienia. Mieliby wrażenie, że także tam byli i w ich smutnym, starym życiu mogłoby im się zdawać, że odbywają te wszystkie podróże. Razem z Siostrą.

- Boni, do czego pan zmierza?

- Do tego, żeby Siostra napisała książkę o swoim życiu. O wrażeniach z podróży, o naszej tułaczce i o swoich pacjentach. Żeby, to była książka i o szpitalu w Szkocji. O tych ludziach przykutych do łóżek i o Siostrach, które ich pielęgnują. A przede wszystkim, o tej Siostrze, na którą teraz patrzę. To byłoby naprawdę ciekawe.

A widząc, że się waham, dodaje:

- Ja bardzo proszę o taką książkę!... Będzie ona miłym wspomnieniem dla nas wszystkich, tu, na wygnaniu, - gdy opuścimy szpital - i po powrocie do kraju.

Milczę. Przecież nie mam prawa powiedzieć, że Boni tej książki nie będzie czytał... że nie wróci do Polski...

Boni nie wie, że jest beznadziejnie chory, gdyż wszyscy to przed nim ukrywamy. Ale jednocześnie zastanawiam się nad tym, że powinnam opisać swoje podróże oraz życie tych biedaków których pielęgnuję, jeśli Boni tak bardzo o to prosi.

Tylko że trzeba będzie porozrywać te wszystkie rany które się zabliźniły. Trzeba będzie z księgi życia wydobyć jeden rozdział, do którego już nie powinnam powracać. Wspomnienia. Kiedyś, napisałam o nich w swoim pamiętniku.

- "Gdyby mnie ktoś zapytał, co to są wspomnienia, odpowiedziałabym bez wahania, że jest to anatomiczna sekcja, którą chirurg-Czas dokonywa na sercu żyjącego człowieka. I dlatego są takie bolesne."

Postanawiam przypomnieć sobie to wszystko, co już minęło, o czym starałam się nie pamiętać. A widząc, że Boni nie spuszcza ze mnie wzroku, jak dziecko, które pragnie nowej zabawki, - przyrzekam mu solennie, że napiszę powieść, o którą prosi i dam jej tytuł:

"Szpital w zamczysku."

Rozdział II

Cztery lata przed wybuchem wojny otrzymałam posadę pielęgniarki na statku handlowym Linji Gdynia - Ameryka. Po dwóch wycieczkach do Sztokholmu i do Kopenhagi - w czasie których nie okazałam wrażliwości na kołysanie statku, pozostałam na nim jako stała pracownica. S/s "Kościuszko" popłynął do Rumunji skąd robiliśmy regularne rejsy do Palestyny i z powrotem. Wtedy po raz pierwszy zmuszona byłam rozstać się z córkami i z Ojczyzną. Było mi bardzo trudno opanować przygnębienie, które spowodowała ta rozłąka, ale musiałam je przezwyciężyć.

Czytając kiedyś piękną nowelę Londona o prawie życia, uważałam, że jest ona fantazją autora. Przekonałam się jednak, że to "prawo życia" bywa nieraz nieubłagane i że nie ma takiej siły, która mogłaby się temu prawu przeciwstawić.

Gdybyśmy mogli jeszcze raz rozpocząć swoje dzieciństwo, to z pewnością pokierowalibyśmy nim w taki sposób, aby uniknąć rozczarowań. Ponieważ jednak jest to niemożliwe, życie ludzkie obfituje w rozczarowania. I tak było ze mną. To wszystko, co uważałam za konieczne, - cały wysiłek, aby utrzymać "dom", okazał się niepotrzebny. Ten "dom" - był domkiem z kart, który runął... Życie, które chciałam ułatwić moim dziewczynkom trzymając dla nich nasz "dom", okazało się wiecznym niepokojem. Nie chciały takiego życia. I wtedy musiałam przekreślić to wszystko, co było dotychczas i rozpocząć walkę o byt dla Irenki i Krysi, - o ich przyszłość. A ponieważ miało to spaść tylko na moje barki, - byłam gotowa podjąć się najcięższej pracy, aby móc je wykształcić, ubrać i wyżywić. Praca na statku opłacała się więcej niż dawanie lekcji lub pisanie książek, tym bardziej, że w warunkach w jakich dotychczas żyłam trudno je było pisać. Do tego, żeby coś tworzyć, potrzebny jest spokój, a tego w moim życiu nie było. I to wszystko stało się powodem, że pewnego dnia opuściłam Warszawę, w której spędziłam całe swoje dotychczasowe życie i pojechałam do Gdyni.

Gdy zobaczyłam po raz pierwszy okręt, - wydał mi się olbrzymem. Poczułam dziwny lęk przed jutrem. Wydało mi się niepodobieństwem mieszkać stale na okręcie, oddalić się na dłuższy czas od Polski i od rodziny. Ale nie było już czasu na refleksje. Weszłam po trapie[1] na pokład, a w chwilę potem jakiś marynarz zaprowadził mnie do biura okrętowego. I rozpoczęłam nową fazę życia; na okręcie.

*

Kabina jest maleńka i duszna a mieszkamy w niej we dwie, z Czesławą. Jest idealną współtowarzyszką. Widzi jak ciężko przeżywam rozłąkę z dziewczynkami, więc stara się mnie rozerwać, opowiadając z humorem swoje przeżycia. Gdy rano "Waćpan", stróż nocny - budzi nas do pracy, Czesława wyrzeka na niesprawiedliwość losu.

- "Inni wylegają się w betach, a ty, człowieku, haruj i haruj!..."

Ale pomimo tego zrzędzenia pracuje pierwszorzędnie i nie liczy się z tym, że nieraz trzeba biegać po statku do późnej nocy.

Gdy ktokolwiek z załogi, jest chory, nie ma lepszej opiekunki od Czesławy. Pielęgniarka z niej jest świetna, choć ma trochę szorstkie podejście.

Nigdy nie zapomnę widowiska, które urządziła kiedyś w Dakarze. Wtedy "Kościuszko" robił rejsy do Ameryki Południowej, zatrzymując się zawsze w Afryce. Dzień był wyjątkowo duszny i upalny. Wybrałyśmy się do miasteczka, oddalonego o kilka mil od portu. Asfalt był tak rozpalony promieniami słońca, że uginał się pod stopami. Szłyśmy dość szybko bo czasu niewiele, a za nami biegła gromada murzyńskich dzieciaków, dla których widok białych ludzi jest zawsze niebywałą atrakcją. Rozmawiając z Czesławą nie zauważyłam, że z bocznej uliczki wyjechało auto prowadzone przez szofera murzyna, najeżdżając wprost na mnie. Usłyszałam krzyk Czesławy, która szarpnęła mnie gwałtownie za ramię, wyciągając prawie spod kół samochodu, a jednocześnie murzyn raptownie zahamował.

Po chwili, dzieci murzyńskie miały niezwykłe przedstawienie, bo Czesława przyskoczyła do mnie z pasją i... zaczęła mnie bić wymyślając mi wyrazami, których nie powtórzę. Nie mogłam opanować śmiechu, a ona tłukła mnie po rękach jak małego dzieciaka, ku uciesze małych diablątek, które wydawały dzikie okrzyki z radości, że mają okazję uczestniczyć w tak niezwykłym widowisku. I ten cały wybuch nastąpił tylko dlatego, że mogłam zginąć przez murzyna; ""przez taką dziką małpę!..." Tu, złość jej zwróciła się w stronę "małpy", więc zaczęła mu tak głośno wymyślać, że przewracał białkami ze strachu.

W końcu "dał gazu" i odjechał szybko, a wtedy Czesława momentalnie się uspokoiła i w najlepszej zgodzie wróciłyśmy na statek, bo już o pójściu do miasta, nie było mowy.

Darmowy fragment