Wstęp. Gregory i Stokes
Wstęp
Gregory i Stokes
W początkach XIX wieku szkocki majsterkowicz i chemik James Watt
rozpoczął pracę nad nowym projektem.
Osiągnął już sławę i sukces, udoskonalając silnik parowy i przydając w ten sposób impetu rewolucji przemysłowej, która miała radykalnie
przeistoczyć dzieje ludzkości. Silnik parowy ustanowił bowiem podwaliny
wszelkiego rozwoju - od klimatyzacji, przez lotnictwo, po AirPody, a zarazem wypuścił do atmosfery ponad bilion ton dwutlenku węgla, przez co
przekształcił się klimat naszej planety. Innowacyjne dzieło Watta niosło
taką moc, że na jego cześć nazwaliśmy jednostkę mocy. Watt przyczynił
się zresztą do rozwoju ludzkich zasobów narzędzi oraz wiedzy również na
inne sposoby: wynalazł maszynę, która kopiowała rzeźby, i opracował
nowatorskie strategie produkcji chloru do wybielania tkanin.
Lecz Watt żywił nadzieję, że ten najnowszy projekt okaże się
najważniejszy z wszystkich. Owładnęła nim obsesja odkrycia jakiegoś
roztworu chemicznego, który leczyłby z choroby płuc zwanej
phthisis1.
Córka Watta, Jessy, zmarła na tę chorobę w roku 1794 w wieku 15 lat. A teraz zapadł na nią też jego syn Gregory: cierpiał na typowe objawy,
takie jak uporczywy kaszel, nocne poty, gorączka i wyniszczenie
(wysychanie na wiór) ciała, któremu schorzenie zawdzięczało swoją
potoczną nazwę - suchoty. Gregory miał dwadzieścia parę lat, był zdolnym
mówcą i słynął z fenomenalnej urody - jeden z przyjaciół określił go
mianem "dosłownie najpiękniejszego młodzieńca, jakiego widział na oczy".
Chcący za wszelką cenę ocalić syna Watt pomógł wynaleźć urządzenie,
które wtłaczało do płuc podtlenek azotu: sądzono, że zmiana ilości tlenu
dostępnej dla ciała może wesprzeć zdrowienie. Lecz terapia okazała się
nieskuteczna. Po wielu latach cierpienia Gregory zmarł na suchoty w 1804
roku, mając 27 lat.
* * *
Pod koniec XIX wieku upowszechniła się nowa nazwa suchot - gruźlica. W roku 1900 na wsi w Tennessee urodził się mój cioteczny dziadek, Stokes
Goodrich. Wychował się w domu wzniesionym na drewnianej konstrukcji
przez mojego pradziadka Charlesa - wiejskiego lekarza, który dniami i nocami jeździł konno po Franklin County, przyjmował porody i wydzielał
lekarstwa.
Stokes był dzieckiem chorowitym. W tamtych czasach - a także zapewne w czasach obecnych - często łączyło się chorobę z jakimś felerem, porażką
czy dawnym błędem. Lekarz mógł uznać, jak na przykład pewien niemiecki
doktor z początków XVIII stulecia, że śmiertelną chorobę ściągnął na
pacjentkę "pies, który głośno na nią zaszczekał". W przypadku małego
Stokesa jego słabowitą kondycję zapoczątkować miało to, że przyjaciel
rodziny poczęstował go kawą i słodyczami. Potem Stokes zachorował - jak
relacjonował później pradziadek w krótkim pamiętniku, który zostawił
rodzinie: "w życiu nie widziałem, by ktoś się wylizał z tak ciężkiego
przypadku duru brzusznego".
W roku 1918, gdy Stokes miał 18 lat, znów otarł się o śmierć - pracując
w fabryce amunicji, padł ofiarą pandemii grypy, jednak szczęśliwie
wyzdrowiał. W 1920 roku zatrudnił się jako monter linii energetycznych w Alabama Power and Light i od tego czasu coraz częściej zapadał na
dolegliwości, które, jak miał nadzieję, wynikały z nawracającego
zapalenia oskrzeli. Lecz uporczywy kaszel nie odpuszczał, a w końcu
Stokes zaczął kaszleć krwią, więc udał się po pomoc lekarską.
Mój pradziadek tak relacjonuje późniejsze zdarzenia: "Stokes wybrał się
do znamienitego lekarza w Gadsden w Alabamie, który zrobił mu rentgen i wykrył gruźlicę w szczycie prawego płuca. Technik, który robił
prześwietlenie, powiedział mi: "Doktorze Goodrich, pański syn ma
gruźlicę rozsianą, a ja nie widziałem, żeby ktoś z tym pożył dłużej niż
dwa miesiące"".
Stokesa umieszczono w sanatorium w Asheville w Karolinie Północnej -
było to jedno z wielu amerykańskich miast pełniących funkcję swego
rodzaju gruźliczych kolonii. "Stokes miał w sanatorium znakomitą opiekę,
ale stale się mu pogarszało, aż w końcu 18 maja 1930 roku przeprawił się
przez rzekę do Pana".
Mój cioteczny dziadek w chwili śmierci miał 29 lat. Często się
zastanawiałem, jak się czuł mój pradziadek, który zdobywszy
wykształcenie medyczne, nie zdołał ocalić przed chorobą własnego syna.
Dzięki potędze ludzkiego rozumu możemy rozświetlić nocą świat, sztucznie
chłodzić jedzenie, opuścić ziemską atmosferę i okrążać naszą planetę z przestrzeni kosmicznej. Nie zdołamy jednak ocalić od cierpienia tych,
których kochamy. Oto historia dziejów człowieka w moim rozumieniu -
historia organizmu, który potrafi osiągnąć tak wiele, lecz nie to, czego
pragnie najbardziej.
* * *
Minęły już dwa wieki od śmierci Jessy i Gregory'ego Wattów i niemal
stulecie od zgonu mojego ciotecznego dziadka Stokesa. Mimo to w roku
2023 na gruźlicę zmarło ponad milion ludzi. W istocie w tymże roku na
gruźlicę zmarło więcej osób niż na malarię, tyfus lub w wyniku wojny
łącznie.
Jedynie w ciągu ostatnich 200 lat gruźlica doprowadziła do ponad
miliarda ludzkich zgonów. Według szacunków przedstawionych w książce
Tuberculosis: The Greatest Story Never Told autorstwa Franka Ryana
gruźlica zabiła mniej więcej 1 na 7 osób, jakie chodziły po świecie. W latach 2020-2022 Covid-19 przegonił gruźlicę w rankingu najbardziej
śmiercionośnych chorób świata, lecz już w 2023 tuberkuloza wróciła na
niechlubną pozycję, którą zajmowała przez większość dziejów ludzkości.
Uśmiercając 1,25 miliona osób, znów zyskała status najbardziej zabójczej
infekcji. Jednak czasy współczesne różni od roku 1804 czy 1904 to, że
obecnie gruźlica jest uleczalna, i to już od lat 50. XX wieku. Wiemy,
jak żyć w świecie wolnym od gruźlicy. Ale żyć w nim nie chcemy.
W roku 2000 ugandyjski lekarz, doktor Peter Mugyenyi, wygłosił sławne
przemówienie, którego tematem był sprzeciw krajów rozwiniętych wobec
rozszerzenia dostępu do leków na HIV/AIDS. Co roku na AIDS umierały
miliony ludzi, choć większość tych istnień mogły ocalić bezpieczne i skuteczne terapie antywirusowe. "Gdzie te leki? Leki są tam, gdzie
choroby nie ma", perorował doktor Mugyenyi. "A gdzie choroba? Choroba
jest tam, gdzie leków brak".
Podobnie rzecz się ma z gruźlicą. W tym roku tysiące lekarzy będą się
opiekować milionami chorych na nią pacjentów, i tak jak mój pradziadek
nie zdołał ocalić syna, tak i tym medykom nie uda się uratować ich
pacjentów, ponieważ nadal lekarstwa są tam, gdzie nie ma choroby, a choroba tam, gdzie leków tych brak.
* * *
Książka ta opowiada właśnie o tym farmakologicznym kroku milowym -
dlaczego lekarstwo na gruźlicę odkryliśmy dopiero w latach 50. XX wieku
i dlaczego w ciągu kilkudziesięciu lat od jego opracowania pozwoliliśmy
umrzeć na tę chorobę 150 milionom zarażonych. Zacząłem pisać o tuberkulozie, bo chciałem zrozumieć, jak ta choroba mogła w sposób
niezauważony kształtować tak potężny obszar dziejów ludzkości. Lecz w toku pracy przekonałem się, że tuberkuloza to zarówno forma, jak i przejaw niesprawiedliwości. I dowiedziałem się, że sposób, w jaki
wyobrażamy sobie tę chorobę, kształtuje nasze społeczeństwa oraz
priorytety. James Watt pojmował suchoty jako mechaniczną usterkę płuc
niepozwalającą zachować odpowiedniej proporcji gazów. Mój pradziadek
uznał, że chorowitość syna wywołało spożywanie w dzieciństwie kawy i słodyczy. Inni identyfikowali tuberkulozę jako chorobę dziedziczną
dotykającą pewnych typów osobowości. Jeszcze inni dowodzili, że chorobę
wywołują opętanie przez demona, zatrute powietrze, Boży sąd albo whisky.
I każdy z tych sposobów pojmowania gruźlicy wpływał nie tylko na to, jak
ludzie żyli i umierali z tuberkulozą, lecz także kto ją przeżywał, a kto
na nią umierał.
Dzisiaj rozumiemy gruźlicę jako infekcję wywołaną przez bakterie.
Przenosi się drogą kropelkową podczas kaszlu, kichania czy oddychania.
Każdy może zapaść na gruźlicę - gwoli ścisłości, szacuje się, że blisko
jedna czwarta czy nawet jedna trzecia wszystkich żywych ludzi jest nią
zainfekowanych. U większości infekcja pozostanie uśpiona przez całe ich
życie. Lecz do 10% zakażonych prędzej czy później zachoruje - zjawisko
to nosi nazwę "gruźlicy aktywnej". Prawdopodobieństwo rozwoju aktywnej
gruźlicy wzrasta u osób, których układ odpornościowy jest osłabiony w wyniku innych problemów zdrowotnych, takich jak cukrzyca, zarażenie
wirusem HIV czy niedożywienie. Istotnie - spośród 10 milionów ludzi,
którzy zachorowali na gruźlicę w roku 2023, ponad 5 milionów cierpiało
również z powodu niedożywienia. A jako że tuberkuloza rozprzestrzenia
się szczególnie skutecznie w miejscach pracy i zamieszkania o dużej
gęstości zaludnienia, takich jak slumsy i słabo wentylowane fabryki,
gruźlicę zaczęto postrzegać jako chorobę biedy - kroczącą po szlakach
niesprawiedliwości i nierówności, które dla niej wytyczyliśmy.
Nasz wspólny świat jest owocem wszystkich światów, które kiedyś
pozostawały naszym wspólnym dziedzictwem. Analiza historii i teraźniejszości gruźlicy pozwala na odsłonięcie niesłychanych paradoksów
natury człowieka - jego głupoty i geniuszu, okrucieństwa i miłosierdzia.
Moja żona Sarah żartuje sobie często, że z mojego punktu widzenia
wszystko kręci się wokół gruźlicy, bo myślę i mówię o niej zawsze i wszędzie. Trudno się z tym nie zgodzić.
Rozdział 1. Lakka
Rozdział 1
Lakka
Kiedy parę lat temu po raz pierwszy odwiedzałem rządowy szpital w Lakce,
niespecjalnie miałem na to ochotę.
Sarah i ja znaleźliśmy się w Sierra Leone - liczącym niemal 9 milionów
ludzi państwie w Afryce Zachodniej - by poznać tamtejszy system opieki
zdrowotnej w zakresie położnictwa i neonatologii. W owym czasie Sierra
Leone miało najwyższy wskaźnik śmiertelności matek na świecie - mniej
więcej 1 na 17 kobiet umierała w okresie ciąży lub połogu, a my
wybraliśmy się tam, by poznać i nagłośnić historie ludzi, których
dotknął ten kryzys2.
Nasza wyprawa miała się zatem skupiać wokół problematyki globalnego
kryzysu śmiertelności matek, tymczasem ja ostatniego dnia w Sierra Leone
czułem się wyczerpany i chory. (Pod względem zdrowotnym jestem cokolwiek
słabowity. Pod większością innych względów także). Jednak lekarz, z którym podróżowaliśmy, poprosił, byśmy wraz z nim odwiedzili Lakkę.
Zapewnił nas, że tamtejsza placówka, wspierana przez globalną
organizację non profit na rzecz zdrowia Partners In Health, usytuowana
jest przy drodze na lotnisko, a on musi skonsultować z personelem parę
przypadków.
* * *
Wtedy o gruźlicy nie wiedziałem niemal nic. W moich oczach była to
choroba historyczna - uśmiercała zdołowanych dziewiętnastowiecznych
poetów, a nie ludzi mi współczesnych. Lecz jak powiedział mi kiedyś
jeden z przyjaciół: "Nie ma większego przywileju, niż sądzić, że
historia to przeszłość".
Gdy dotarliśmy do Lakki, przywitał nas chłopiec, który przedstawił się
jako Henry. "Mój syn ma na imię tak samo", powiedziałem mu, a on się
uśmiechnął. Większość Sierraleończyków włada wieloma językami, lecz
Henry wyjątkowo dobrze mówił po angielsku, zwłaszcza jak na tak młodego
dzieciaka, dzięki czemu mogliśmy odbywać rozmowy wykraczające poza parę
zdań, jakie dukałem w języku krio. Zapytałem go, jak się miewa, a on
odparł: "Jestem zadowolony, proszę pana. Ośmielony". Uwielbiał to słowo.
Kto by go zresztą nie lubił? "Ośmielony" - jakbyśmy w sobie i innych
budzili śmiałość.
Mój syn Henry miał wtedy 9 lat, a i ten Henry wyglądał, jakby był w podobnym wieku - ot, mały chłopiec na patykowatych nogach z szerokim,
promiennym uśmiechem. Nosił krótkie spodnie i bluzę rugby, która sięgała
mu prawie do kolan. Henry chwycił mnie za koszulkę i zaczął oprowadzać
po szpitalu. Pokazał mi laboratorium, gdzie laborantka patrzyła przez
mikroskop. Sam też popatrzył, a potem poprosił, bym i ja to zrobił,
laborantka zaś - młoda kobieta z Freetown - tłumaczyła, że próbka
zawiera prątki gruźlicy, mimo że pacjent, od którego ją pobrano, od
wielu miesięcy podlega standardowemu leczeniu. Laborantka zaczęła mi
opowiadać o tym "standardowym leczeniu", lecz Henry znów pociągnął mnie
za koszulkę. Oprowadził mnie po oddziałach - był to kompleks słabo
wentylowanych budynków obejmujących sale szpitalne z kratami w oknach,
cienkimi materacami i bez toalet. Na oddziałach nie było prądu ani
stałego dostępu do bieżącej wody. W moich oczach sale przypominały
więzienne cele. Zanim powstał tam szpital gruźliczy, Lakka stanowiła
ośrodek izolacji osób trędowatych - i wyczuwało się to w panującej tam
atmosferze.
W każdej sali przebywał pacjent, niekiedy dwóch. Leżeli na posłaniach na
ogół na boku lub plecach. Kilku siedziało na brzegach łóżek, pochylając
się do przodu. Wszyscy ci mężczyźni (kobiety leżały na osobnym oddziale)
byli chudzi. Niektórzy wręcz tak wymizerowani, że skóra ciasno oblepiała
im kości. Gdy szliśmy korytarzem między budynkami, zobaczyliśmy, jak
młody człowiek pije wodę z plastikowej butelki, a następnie od razu
wymiotuje żółcią i krwią. Na ten widok odruchowo się odwróciłem, lecz
Henry nadal przyglądał się temu mężczyźnie.
Sądziłem, że Henry to czyjś syn - może któregoś z lekarzy, pielęgniarzy
czy kogoś z personelu kuchennego bądź sprzątającego. Wszyscy go znali i przerywali pracę, by się z nim przywitać, pogłaskać go po głowie albo
uścisnąć mu dłoń. Henry momentalnie mnie oczarował - miał kilka zachowań
podobnych do mojego syna oraz to samo paradoksalne połączenie
nieśmiałości i entuzjastycznego pragnienia nawiązania więzi.
Henry w końcu przyprowadził mnie z powrotem do grupki lekarzy i pielęgniarzy, którzy spotkali się w niewielkiej sali przy wejściu do
szpitala. Jedna z pielęgniarek serdecznie i żartobliwie go przegoniła.
- Co to za dzieciak? - zapytałem.
- Henry? - dopytała pielęgniarka. - Przesłodki chłopak.
- To jeden z pacjentów, o których się martwimy - dodał lekarz, który
przedstawił się jako doktor Michael.
- Jest pacjentem? - zdziwiłem się.
- Tak.
- Taki uroczy brzdąc - powiedziałem. - Mam nadzieję, że wyzdrowieje.
Doktor Michael wyjaśnił mi, że Henry nie jest małym dzieckiem, lecz
siedemnastolatkiem. Bardzo drobnym, bo w dzieciństwie był niedożywiony,
a potem gruźlica poczyniła dalsze zniszczenia w jego ciele.
- Chyba nieźle się miewa - skomentowałem. - Rozpiera go energia.
Oprowadził mnie po całym szpitalu.
- To dlatego, że antybiotyki działają - wytłumaczył doktor Michael. -
Ale już wiemy, że działają za słabo. Jesteśmy prawie pewni, że się nie
sprawdzą, a to poważny problem. - Wzruszył ramionami, zaciskając usta.
Niezbyt wiele z tego rozumiałem.
* * *
Zobaczyłem Henry'ego ponownie, kiedy szykowaliśmy się do wyjścia. Stał
przy wejściu do szpitala. Zapytałem, czy mogę mu zrobić zdjęcie. Zgodził
się, więc sfotografowałem go parę razy.
Razem przeglądaliśmy zdjęcia. Próbowałem mu przekazać, że za maseczką
się uśmiecham. Henry nie nosił maseczki - miano bakteryjne miał na tyle
niskie, że nie stwarzał zagrożenia infekcji dla innych. Kiedy
rozmawialiśmy, uświadomiłem sobie, że spoglądam na niego inaczej niż
wcześniej, gdy brałem go za syna kogoś z personelu. Nie przypominał mi
już mojego własnego dziewięciolatka - teraz prezentował się jako
wymizerowany młody człowiek. Kiedy na mnie patrzył, zauważyłem
zażółcenie w białkach jego oczu - skutek uszkodzenia wątroby, które
często towarzyszy leczeniu, jakiemu go poddano. Zauważyłem opuchliznę po
jednej stronie szyi - jak się miałem później dowiedzieć, był to wymowny
znak, że gruźlica zakaziła węzły chłonne. Zapytałem, czy codziennie
zażywa lekarstwa.
- Tak - odparł. - Łykam. Poza tym robią mi zastrzyki.
- Boisz się ich?
Pokiwał głową z okrągłymi oczami.
Powiedział, że zastrzyki pieką pod skórą jak ogień, a lekarstwa mają
wiele skutków ubocznych, ale najgorszy jest głód. Aktywna gruźlica w znaczącym stopniu tłumi apetyt, powodując bóle brzucha i ogólnie
ograniczając możliwość odżywiania, lecz kiedy podejmuje się leczenie i infekcja zaczyna się cofać, głód wraca z pełną mocą, co stanowi dobry
znak... pod warunkiem że ma się dość jedzenia.
* * *
Wiele lat później młoda pacjentka wyleczona z gruźlicy opowiedziała mi o tym głodzie. Znów byłem w Lakce i siedziałem w rozległym cieniu
dojrzałego mangowca - było to jedno z nielicznych przyjemnych miejsc na
terenie szpitalnym, który oprócz tego obejmował spłachetki czerwonej
gliny i przerośnięte chaszcze. W ciągu dnia przestawiano trzy długie
ławy z nieheblowanego drewna, tak by korzystać z cienia mangowca. Na
ławce naprzeciwko młoda kobieta - nazwijmy ją Marie - siedziała
zgarbiona, wspierając łokcie na kolanach. Kiedy Marie trafiła do
szpitala, była tak chuda, że nie mogła chodzić, a rentgen klatki
piersiowej wykazał, że prawie w ogóle nie ma zdrowej tkanki płuc. Gdy
znalazła się w Lakce, przy swoich 160 centymetrach wzrostu ważyła
niecałe 32 kilo.
Marie mówiła, że odzyskując zdrowie, dniami i nocami marzyła o jedzeniu
tak intensywnie, że chciała robić zupę z błota i jeść badyle. Wyobrażała
sobie, jak by chrupały, pękając od wypełniających je pełnowartościowych,
miękkich składników odżywczych. Nie potrafiła myśleć o niczym innym niż
o jedzeniu.
Nieco przepraszającym tonem siedząca obok nas pielęgniarka zaznaczyła:
- Karmimy wszystkich trzy razy dziennie. Są to obfite posiłki. Ale to za
mało.
W istocie było to o wiele za mało, ale pielęgniarka tłumaczyła, że nawet
te trzy posiłki dziennie nadwyrężają budżet, bo jedzenia nie uważa się
za kluczowy aspekt leczenia gruźlicy, więc na żywność nie ma
dofinansowania. Niektórzy cierpią taki głód - opowiadała - że opuszczają
szpital i przestają zażywać lekarstwa, co zwiększa prawdopodobieństwo,
że prątki gruźlicy w ich ciele będą się namnażać i w końcu wykształcą
odporność na leczenie pierwszego rzutu. Lecz ci ludzie po prostu nie
potrafią funkcjonować z tym głodem.
W krótkich, pięknych wspomnieniach Henry'ego wielokrotnie była mowa o głodzie. Określił Lakkę jako "miejsce, gdzie nadzieja splata się z rozpaczą [...]. Trafiłem do świata, gdzie jedzenia było mało, wodę
racjonowano, a odzież nie nadawała się na chłodne noce".
* * *
Poznawszy Henry'ego, zapytałem jedną z pielęgniarek, czy chłopak
wyzdrowieje.
- Och, uwielbiamy naszego Henry'ego! - oznajmiła. Powiedziała, że w swoim młodym życiu ogromnie dużo już przeszedł. Dzięki Bogu, że matka
Henry'ego, Isatu, tak bardzo go kocha, odwiedza go regularnie i przynosi
mu dodatkowe jedzenie, kiedy tylko może. Większość pacjentów w Lakce nie
ma gości. Wielu rodziny porzuciły - przypadek gruźlicy w rodzinie to
ogromny wstyd. Ale Henry miał Isatu.
Zdałem sobie sprawę, że to bynajmniej nie wyjaśnia, czy on wyzdrowieje.
To takie pogodne dziecko, mówiła pielęgniarka. Wszystkich rozwesela.
Kiedy mógł chodzić do szkoły, inne dzieci nazywały go "pastor", bo
nieustannie oferował im modlitwy i pomoc.
To też nie stanowiło odpowiedzi.
- Będziemy o niego walczyć - powiedziała w końcu.
Rozdział 2. Kowboje i zabójcy
Rozdział 2
Kowboje i zabójcy
Po powrocie z Lakki do domu, do Indianapolis zacząłem czytać o historii
gruźlicy - przewijała się właściwie przez wszystkie tematy: od mody,
przez militaria, po geografię społeczno-ekonomiczną. Łapałem się, że bez
ustanku opowiadam o tej chorobie. Ktoś wspominał coś o Nowym Meksyku, a ja wtrącałem: "A czy wiecie, że Nowy Meksyk przerodził się w stan
częściowo z powodu gruźlicy?". Albo kiedy rozmowa dotykała tematu
pierwszej wojny światowej, oznajmiałem: "Wiedzieliście, że pierwszą
wojnę światową w pewnym sensie, choć nie do końca, wywołała gruźlica?".
Czy też podczas imprezy na Halloween w naszej dzielnicy zaczepiłem
dziesięciolatka przebranego za kowboja: "Hej, wiedziałeś, że kowbojski
kapelusz zawdzięczamy częściowo gruźlicy?".
Swoją drogą to zresztą prawda: w latach 50. XIX wieku w New Jersey
mieszkał młodzian imieniem John, pracujący jako kapelusznik, który nagle
zaczął kaszleć krwią. Udał się do lekarza i dowiedział się, że w rzeczy
samej ma suchoty. Według dominujących podówczas zaleceń jedyną szansą na
przetrwanie była dla niego podróż na Zachód.
Amerykański Zachód od dawna kojarzono z ucieczką, wolnością i ostatnią
nadzieją. "Bo właśnie na Zachód zamierzamy wszyscy kiedyś się udać",
pisał Robert Penn Warren w powieści Gubernator. "Tam bowiem zmierzasz,
gdy ziemia się wyjałowi i porasta sosnami. Tam zmierzasz, kiedy
dostajesz list: "Uciekaj, wszystko się wydało""3. I to tam
właśnie suchotnicy udawali się, by przedłużyć sobie życie.
W wieku XIX i na początku XX powszechnie sądzono, że suchoty skutecznie
leczy suche powietrze, co poniekąd było logiczne - zajęte suchotami
płuca, wbrew nazwie, zdawały się mokre, podobnie jak zawilgłe,
nieruchome powietrze wielkich amerykańskich miast, takich jak Nowy Jork
czy Baltimore, gdzie tubera zbierała swe żniwo. Ludzie uciekali do
Arizony, Nowego Meksyku czy Kalifornii, które zasłynęły jako "kraina
nowych płuc". Pewna broszura śmiało obiecywała: "Przyjeżdżaj na Zachód i żyj".
Wiele miast, między innymi Pasadenę i Colorado Springs, założono w gruncie rzeczy dla suchotników oraz ich rodzin. Lecz mitologizowano nie
tylko pustynne powietrze. Lekarze zalecali także powietrze wyspiarskie,
górskie, leśne bądź włoskie. Uzasadnienie tak zwanej "kuracji przez
podróż" bywało rozmaite, lecz pewien element pozostawał spójny: suchoty
rozwijały się w miastach, więc remedium należało szukać na wsi.
(Światopogląd ten spopularyzował się nie tylko w Europie i Stanach
Zjednoczonych, choć właśnie tam miał swoje ośrodki. Cierpiący na suchoty
japoński poeta Masaoka Shiki także wybrał się w podróż dla podratowania
zdrowia).
Nasz kapelusznik John nie dotarł aż na Zachodnie Wybrzeże, lecz z domu w New Jersey udał się do prymitywnego miasteczka na pograniczu - St.
Joseph w stanie Missouri. Trudno pojąć, jak można by uznać parne,
duszące powietrze St. Joe za korzystne dla gruźlika, lecz John osiadł
tam na czas jakiś i - cud nad cudy - poczuł się lepiej. Z przyczyn,
których nadal w pełni nie rozumiemy, mniej więcej 20-25% chorych
zdrowieje z aktywnej gruźlicy bez leczenia, a John zaliczał się do tej
szczęśliwej mniejszości.
Odzyskując w ciągu paru kolejnych lat zdrowie, John poczynił
spostrzeżenie na temat Zachodu: tamtejsze kapelusze były do niczego.
Wywodzący się z Europy handlarze futer nosili często zarobaczone czapki
z szopich skórek bez ronda. Ci z kolei, którzy dotarli do Missouri z Teksasu i Meksyku, na ogół używali słomianych kapeluszy z szerokim
rondem, które chroniły przed słońcem, lecz przemakały na deszczu. Po
powrocie zatem na północny zachód, zapanowawszy nad suchotami, John B.
Stetson stworzył nowy rodzaj kapelusza, który z biegiem czasu zaczęto
nazywać kowbojskim. (A niekiedy nawet stetsonem4).
* * *
Z tym Nowym Meksykiem też nie żartowałem. Nawet kiedy już w roku 1848
Nowy Meksyk został włączony do terytorium Stanów Zjednoczonych, wielu
białych Amerykanów odnosiło się z dużą rezerwą do tego terytorium. W końcu zamieszkującą tam ludność w większości stanowili rdzenni
Amerykanie albo ludzie, których pierwszym językiem był hiszpański. W rezultacie, choć Nowy Meksyk dysponował instytucjami niezbędnymi, by
zyskać status stanu, odpowiednio dużą populacją oraz silną większością
wyborców opowiadających się za nadaniem tego statusu, amerykański
Kongres wielokrotnie odrzucał wnioski Nowego Meksyku o przystąpienie do
Unii.
Administracja Nowego Meksyku pojęła wkrótce, że aby zadowolić Kongres,
musi zwerbować większą białą, anglojęzyczną populację, i tak zaczęła się
nowomeksykańska misja zwabiania suchotników z Północnego Wschodu i z Południa - nęcono ich wizją pustynnego powietrza, przestworu nieba i opieki medycznej w tuberkulozie na światowym poziomie. Plan się powiódł
- w roku 1910 już około 10% całej ludności Nowego Meksyku stanowili
pacjenci gruźliczy, a skoro terytorium zyskało nowych, białych
mieszkańców, Kongres nareszcie ustąpił i w roku 1912 Nowy Meksyk został
47. stanem USA.
* * *
Czy gruźlica wywołała pierwszą wojnę światową? Nie bezpośrednio, ale
moim zdaniem należałoby wymieniać ją pośród pomniejszych przyczyn, obok
przyczyn głównych - systemu sojuszy obowiązującego w Europie początkiem
dwudziestego wieku, rosnącej militaryzacji i ekspansji imperiów itd.
Jak można pamiętać z lekcji historii, wielka wojna wybuchła po zamachu
na austro-węgierskiego arcyksięcia Franciszka Ferdynanda. Jak na
zabójstwo, zakrawało ono poniekąd na farsę. Z jednej strony, rażąco
niekompetentna obstawa arcyksięcia, a z drugiej - grupka rażąco
niekompetentnych zamachowców, z których połowę stanowili nastoletni
suchotnicy.
Początkiem roku 1914 arcyksiążę i jego żona planowali wizytę w Sarajewie, należącym wprawdzie do Cesarstwa Austro-Węgierskiego, choć
trzeba zaznaczyć, że przynależność ta była narzucona. Liczne rzesze osób
zamieszkujących Bałkany pragnęły, aby ich marginalizowane od dawna
społeczności wykształciły niepodległe państwa. W tym gronie znajdowało
się trzech nastolatków z Belgradu: Nedeljko Čabrinović, Trifko Grabež i Gavrilo Princip. Mieli po 19 lat i byli powiązani z organizacją Czarna
Ręka - rewolucyjną grupą pod wodzą oficerów serbskiej armii, którzy
chcieli wyzwolić Serbię spod władzy Cesarstwa Austro-Węgierskiego.
Čabrinović, Grabež i Princip cierpieli na zaawansowaną gruźlicę.
Wiedzieli, że niebawem czeka ich śmierć. Jak ujął to John Simkin: "Z tego względu gotowi byli oddać życie za sprawę, która w ich oczach była
wielka". Kiedy więc rozeszły się wieści, że Franciszek Ferdynand będzie
jeździł po Sarajewie (w dodatku samochodem bez dachu), trzej młodzieńcy
wybrali się tam z zamiarem zabicia arcyksięcia. W Sarajewie spotkali się
z trzema innymi spiskowcami. Cała szóstka otrzymała broń, bomby i pigułkę z cyjankiem, a także wytyczne, by po śmierci arcyksięcia
popełnić samobójstwo.
Misja zakończyła się fiaskiem. Trzech zamachowców (i to tych bez
gruźlicy!) ostatecznie nie podjęło akcji: zabrakło im woli lub
sprzyjających okoliczności. Inaczej było z chłopakami z Belgradu.
Čabrinović jako pierwszy wypatrzył arcyksięcia na trasie pochodu -
rzucił bombę w stronę jego samochodu, lecz chybił i zranił kilka osób w sąsiednim aucie. Następnie zażył swoją pigułkę z cyjankiem, jednak
zawarta w niej trucizna nie zdołała go zabić, dlatego zdesperowany
chłopak wskoczył do rzeki, licząc, że utonie. Niestety, w tym miejscu
woda miała co najwyżej 10 centymetrów głębokości, więc prędko go
pojmano.
Po tym zdarzeniu samochód arcyksięcia odjechał, a pozostali spiskowcy
się poddali. Arcyksiążę powinien był raczej wrócić do hotelu, skoro
otarł się o śmierć, lecz jeden z jego towarzyszy przekonał go, by nadal
jeździł po mieście. Miał powiedzieć: "Myślisz, że w Sarajewie roi się od
zabójców?".
Kilka minut później szofer - słabo znający ulice Sarajewa - skręcił w złą stronę i zatrzymał wóz, by wrzucić wsteczny. Traf chciał, że
samochód stanął tuż przed Gavrilem Principem. Ten zabił zarówno
arcyksięcia, jak i księżną Zofię strzałami z pistoletu, a następnie
zażył pigułkę z cyjankiem, która oczywiście go nie uśmierciła. On sam i współspiskowcy zostali uwięzieni. Ówczesne prawo Cesarstwa
Austro-Węgierskiego nie pozwalało na egzekucję nastolatków, lecz władze
nie potrzebowały plutonu egzekucyjnego, by się rozprawić z zamachowcami.
Cała trójka miała nie dożyć końca wojny - wszyscy zmarli na gruźlicę.
* * *
Fascynujące jest obserwować płaszczyzny przecięcia tuberkulozy z historią, lecz ryzykownie byłoby utrzymywać przykładowo, że suchoty
Principa rozpętały pierwszą wojnę światową albo że gruźlica nadała
Nowemu Meksykowi status stanu USA i tak dalej. Spoglądanie na historię
przez pojedynczą soczewkę wypacza obraz dziejów, które są zbyt
skomplikowane, by do ich zrozumienia wystarczył tylko jeden wyizolowany
punkt widzenia.
I choć fascynuje mnie, w jaki sposób gruźlica kształtowała kulturę i historię, dużo ważniejsze wydaje mi się to, jak kultura formowała obrazy
i narracje wokół tej choroby. Infekcja ta od dawna wyzyskuje ludzkie
przesądy i ślepe punkty, podążając tropem nierówności społecznych i niesprawiedliwości. Oczywiście, tuberkuloza nie wie, co czyni, lecz od
wieków choroba wykorzystywała społeczne siły oraz uprzedzenia, dzięki
którym rozkwitała wszędzie tam, gdzie systemy władzy dewaluują ludzkie
życie. Tego właśnie splotu powiązań Henry i jego matka Isatu w Sierra
Leone mieli nieszczęście doświadczyć w całej rozciągłości.