Tu i teraz - Ann Brashares

Reflow text when sidebars are open.
Kilkoro z nas kupuje meksykańskie jedzenie na wynos w restauracji sieci Chipotle nieopodal byłego kościoła zielonoświątkowego i idzie z nim do Central Parku. W tym roku nasza ceremonia wypadła w środę, więc zrobiliśmy sobie wolny dzień. Jemy na Wielkim Trawniku i spędzamy tu kilka godzin między końcem uroczystości a odbywającą się co pół roku "imprezą nastolatków". Po Ceremonii Zasad jesteśmy w beztroskim nastroju, więc dlaczego się nie zabawić?
Wydaje się to zwariowane, ale właśnie tak postępujemy. W noc po ceremonii wszyscy z naszej wspólnoty w wieku od piętnastu do osiemnastu lat zbierają się razem i próbują nawiązać miłosne relacje ze sobą nawzajem przy ogłuszającej muzyce i tacos z kurczakiem. Powodzenia!
Ponieważ jeśli w ogóle mamy kogoś pokochać czy choćby polubić lub pożądać, musi się to wydarzyć w obrębie wspólnoty. Patrz: Zasada dwunasta. I nie chodzi tylko o nasze bezpieczeństwo, jak skwapliwie podkreślają doradcy, lecz także o zdrowie i bezpieczeństwo ludzi spoza wspólnoty. Z tym nie ma u nas żartów. Podobnie jak z wieloma innymi kwestiami.
W parku jesteśmy ja, Katherine, Jeffrey Boland, Juliet Kerr, Dexter Harvey i kilkoro innych, którzy chodzą do szkoły w Rockland County. Jeffrey zasypia na słońcu, Dexter wkłada do uszu słuchawki, a Katherine i ja wybieramy się na spacer wokół jeziora.
- Tak ciężko było patrzeć na twarz Aarona tam na ekranie - mówię powoli, zerkając na Katherine, gdy idziemy obok siebie, i widzę, jak jej niemal przezroczystą skórę zabarwia rumieniec.
Aaron mieszkał z nią po sąsiedzku. Miał małego psa, mieszańca mopsa czy coś w tym rodzaju, który nazywał się Paradoks i który wykorzystywał każdą okazję, by pobiec do jej domu. Katherine martwiła się o Aarona. Było mu trudniej niż większości z nas. Być może ja też się martwiłam. Katherine dała mu swój stary rower Mongoose BMX i odtąd stale widywało się Aarona jeżdżącego na nim.
Wiem, jak bardzo Katherine jest wrażliwa i jak zawsze stara się skrywać wszystko w sobie, ale chcę coś powiedzieć. Chcę wspomnieć przynajmniej o jednej prawdziwej kwestii.
- On nie był dobrym pływakiem. Nigdy - dodaję.
Uświadamiam sobie, że to z mojej strony ryzykowna uwaga, ale Katherine, jak się zdaje, doznaje ulgi, ponieważ komunikuję jej w ten sposób, że nie usiłuję być w tej sprawie zanadto szczera. Nie próbuję nikogo oskarżać. Akceptuję oficjalną wersję przyczyny śmierci Aarona, jak musimy zrobić wszyscy, chociaż wiemy, że to kompletna bzdura.
Katherine uśmiecha się słabo. Widzę, jak do oczu napływają jej łzy. Widzę, jak podnosi wzrok na kwiaty wiśni rozpościerające się niczym markiza nad ścieżką do konnej jazdy. Widzę, jak bardzo stara się powstrzymać płacz.
Ujmuję jej dłoń. Trzymam przez chwilę, a potem puszczam. Jest jedyną osobą, wobec której potrafię wykonać taki gest.
- Zmienili imię jego psu - mówi tak cicho, że ledwie ją słyszę.
- Co takiego?
- Tata Aarona nazwał jego psa Abe. Ale pies do niego nie przywykł.
Spotykamy się znowu wszyscy na Wielkim Trawniku i przemierzamy odległość dwudziestu przecznic w kierunku śródmieścia, gdzie mamy wynajętą wielką salę przyjęć na piętrze taniej restauracji Big Sister. Zazwyczaj odbywamy nasze imprezy w Nowym Jorku, ponieważ wszyscy mieszkamy w promieniu czterdziestu kilku kilometrów od niego i mamy do dyspozycji wiele dogodnych środków transportu, ale jeszcze bardziej dlatego, że to takie wielkie i pełne zamętu miasto, w którym każdy niknie. Wolimy pozostawać niezauważeni.
Dzisiejszej nocy w sali na pierwszym piętrze rozwieszono serpentyny, urządzono bufet z potrawami na tackach z folii aluminiowej i rozstawiono niskie stoliki. Na przodzie widzę kilkoro opiekunów, których pamiętam z poprzednich imprez.
- Prenna, tak? - zagaduje kobieta mniej więcej w wieku mojej matki, ze srebrno-czarnymi włosami, która podchodzi do mnie, gdy zdejmuję kurtkę.
- Tak... pani... - urywam; mam wrażenie, że powinnam wiedzieć, jak się nazywa.
- Sylvia Teller. Z... ee... Mieszkamy w Dobbs Ferry - mówi.
Wydaje się zakłopotana. Zastanawiam się intensywnie dlaczego i po chwili uświadamiam sobie, że po prostu z najczęstszego powodu. Była przyjaciółką mojego ojca. Znali się z college'u czy ze studiów magisterskich. Teraz łamie sobie głowę, szukając aktualnego powiązania między nami, gdyż tylko o takim możemy napomknąć, i nie potrafi żadnego wymyślić.
Wiem, że jestem podobna do taty, który był uderzająco przystojny i znał niemal wszystkich. Widzę, że to pierwsza rzecz, jaka przychodzi ludziom na myśl, kiedy na mnie patrzą. Jestem wysoka jak on, mam jego proste czarne włosy i wydatne orientalne kości policzkowe. W niczym nie przypominam mojej matki, niskiej i drobnej blondynki, z wyjątkiem srebrzystych oczu. Na takich przyjęciach nikt nie kojarzy mnie z nią, lecz jedynie, ku mojemu zakłopotaniu, z osobą, o której nie można wspomnieć ani słowem.
Nie chcę czuć smutku. Idę do łazienki, żeby obmyć twarz i nałożyć na wargi trochę błyszczyku. Niemal wpadam na Corę Carter wychodzącą z łazienki i każda z nas robi krok do tyłu.
- Cześć, Prenna - mówi z uśmiechem.
- Witaj, Cora. Jak leci?
Nie całujemy się w policzki, nie obejmujemy ani nic w tym rodzaju. Ludzie z naszej wspólnoty prawie nigdy się nie dotykają.
- Dobrze - odpowiada. Studiuje wzrokiem mój strój. - Świetnie wyglądasz. Bardzo mi się podoba twój pasek.
Spoglądam na nią.
- Dzięki. Ty też wyglądasz świetnie.
- Widziałaś muszkę Morgan Lowry? Ona wydaje się nią zachwycona.
- Nie. Dopiero przyszłam. - Muszka Morgan Lowry uchodzi u nas za ekstrawagancję. - Przyjrzę się jej.
- W porządku. Więc spotkamy się na sali.
- Tak - mówię.
Uświadamiam sobie, że stoję przed nią o sekundę za długo, czym wprawiam ją w zakłopotanie.
Pamiętam Corę z okresu sprzed. Wszyscy w naszej wspólnocie pochodzą mniej więcej z tego samego regionu, a wiele osób spośród nas poznało się w Postremo. Łączy nas to, że wszyscy przeżyliśmy zarazę, lecz żadne z nas nie wyszło z tego bez szwanku. Pamiętam dzień śmierci matki Cory. Pamiętam na wpół wygłodniały, na wpół szalony wzrok Cory, gdy jej ciotka przyprowadziła ją i jej brata do naszego domu i pozostawiła ich do czasu, aż można było zająć się zwłokami. Pamiętam, jak kilka miesięcy później umarł również jej brat. Nie chcę teraz myśleć o tych sprawach, ale nie potrafię o nich zapomnieć. Mam tego rodzaju wspomnienia o co najmniej kilkunastu dzieciakach spośród obecnych tutaj, a wiele z nich przechowuje takie wspomnienia o mnie. Odkąd przybyliśmy do tego czasu, najgłębsza konwersacja między mną i Corą dotyczyła mojego paska.
- Do zobaczenia - mówi.
Macha do mnie niezręcznie i się ulatnia.
Staram się przygotować na noc wypełnioną tego rodzaju rozmowami. Ponieważ właśnie takie toczą się w całej sali. Nikt nie mówi o tym, co naprawdę nas łączy. Przepaść między tym, co mówimy, a tym, co czujemy, jest tak wielka i ciemna, że czasem myślę, iż wpadnę w nią i będę już wiecznie spadała.
A przynajmniej sądzę, że to czujemy. Ja czuję. Ale czy wszyscy inni też? Nie wiem i nigdy się nie dowiem. Odgrywamy wiernie nasze role ze scenariusza jak aktorzy w nadzwyczaj rozbudowanym i długim przedstawieniu. I chociaż nie mamy widowni, nikt z nas nie daje po sobie poznać, że to nie jest rzeczywiste.
Czasami słyszę to, czego nie mówimy. Myślę tylko o rzeczach, o których nie powinnam, i pamiętam to, co powinnam zapomnieć. Słyszę w tej sali głosy duchów, wszystkich ludzi z naszego dawnego życia, których utraciliśmy, którzy krzyczą, żeby ich zapamiętano. Ale my nigdy o nich nie pamiętamy. I słyszę też szepty o tym, co czujemy, lecz czego nie mówimy.
Jeffrey zestawia razem kilka stolików i tłum dzieciaków gromadzi się przy nich, rozmawiając i flirtując. Wysuwa dla mnie krzesło i siadam. Patrzę na ludzi wokoło. Są moimi przyjaciółmi. Zależy mi na nich. To moje życie. Rozprawiają o swoich paskach, butach, o samochodach, które chcą dostać, o programie telewizyjnym, jaki widzieli, lecz ja ich nie słyszę, gdyż duchy mówią zbyt głośno.
Około dziewiątej opiekunowie pomagają odsunąć stoliki pod ściany i przygotować miejsce do tańca.
Jeffrey kiwa na mnie ręką, więc zaczynamy tańczyć do przesłodzonej piosenki pop. Inne dzieciaki też tańczą. Widzę Katherine tańczącą z tym podrywaczem Averym Stone'em.
Jeśli uważnie się przyjrzeć, można dostrzec, jak bardzo pełne skrępowania są te tańce, jak ostrożni i bojaźliwi jesteśmy, dotykając się nawzajem w pozornie najbardziej swobodny sposób. Nie potrafimy nic na to poradzić. Przeżyliśmy naszą wczesną młodość otoczeni przez zarazę. Widzę, jak zwykłe dzieciaki w naszym liceum stale chwytają się nawzajem i obejmują. My nie. Nie znamy niczego pośredniego między fizyczną izolacją a obściskiwaniem się. Jest tylko to pierwsze, a potem drugie - i sądząc z pierwszego, przypuszczam, że drugie bywa najczęściej dość niezręczne, irytujące i bezosobowe.
Adrian Pond prosi mnie do tańca. Obejmuje mnie w talii. Jest wysoki i przystojny i nie mam żadnych dręczących wspomnień o nim z naszego dawnego życia. Piosenka zwalnia i on przysuwa się bliżej. Jego ciepły oddech owiewa mi ucho.
Chcę coś poczuć. Naprawdę chcę. Ale doświadczam jedynie braku, wyłącznie pragnienia i tęsknoty tam, gdzie nie ma niczego. Czuję się tylko samotna.
Opieram policzek na ramieniu Adriana. Światła nad stolikiem bufetu rozmywają się i zamykam oczy. Robię coś, czego nigdy, przenigdy nie powinnam. Pozwalam sobie na rozmyślanie o kimś innym - o osobie, o której nie powinnam w żadnym razie myśleć w chwili takiej jak ta.
Na kilka sekund się poddaję. Pozwalam sobie wyobrażać, że to jego policzek czuję na swoich włosach. Wyobrażam sobie, że na biodrach czuję jego dłonie. Wyobrażam sobie, że to on obejmuje mnie jak ktoś, kto naprawdę wie, jak to się robi. Wyobrażam sobie, że unoszę głowę i spoglądam mu w oczy - jemu, który naprawdę wie, jak na kogoś patrzeć. Przygląda mi się przenikliwie i pragnie usłyszeć ode mnie historie, których nigdy mu nie opowiem, a mimo to i tak wydaje się mnie rozumieć.
Wiem, że postępuję źle, ale odgrywam ten taniec z nim, cudowny i powolny. Odgrywam go w mojej głowie, gdyż tylko w ten sposób kiedykolwiek może się wydarzyć.
23 kwietnia 2014
Wszyscy znamy Zasady. Myślimy o nich codziennie. Jakże moglibyśmy ich nie znać? Nauczyliśmy się ich na pamięć, zanim tu przybyliśmy, i odtąd wbiły się nam do głowy przez to, że stale je stosujemy.
A jednak siedzi tu nas niemal tysiąc na plastikowych ławkach w byłym kościele zielonoświątkowym (który przestał pełnić swą funkcję w latach dziewięćdziesiątych dwudziestego wieku, nie wiem dlaczego). Słuchamy naszych dwunastu nienaruszalnych Zasad, które wygłaszają przez trzeszczący system nagłaśniający zdenerwowani członkowie wspólnoty ubrani w swoje najlepsze stroje.
Ponieważ właśnie to robimy. Co rok zbieramy się, aby uczcić pamięć niezwykłej podróży, w którą wyprawiliśmy się razem przed czterema laty: naszej ucieczki od strachu, chorób i głodu, naszego cudownego przybycia do tej krainy mlekiem i miodem płynącej. Taka podróż niemal na pewno nie zdarzyła się nigdy wcześniej i sądząc ze stanu świata, kiedy go opuszczaliśmy, już nigdy się nie wydarzy. Tak więc 23 kwietnia to rodzaj naszego Święta Dziękczynienia, tylko bez świątecznego indyka i placka nadziewanego dynią. Tak się składa, że to również dzień urodzin Szekspira. I jego śmierci.
Robimy to, gdyż pośród wszystkich tutejszych uroków i dostatków łatwo zapomnieć, że nie należymy do tego świata, że stanowimy dla niego zagrożenie. Właśnie dlatego Zasady są takie istotne, a konsekwencje zapomnienia o nich byłyby takie poważne. Podobnie jak w przypadku każdego surowego systemu religijnego czy politycznego, jeśli stosowanie się do jego reguł jest trudne, lepiej stale przypominać sobie ich zbiór.
Wpieram stopy w podłogę, gdy projektor z tyłu sali ożywa z warkotem. Snop światła przecina ciemność i na szerokim ekranie wiszącym za dawnym ołtarzem powoli pojawia się pierwsza twarz. Chwilę trwa, zanim cienie i kształty stają się osobą, kimś, kogo znam albo nie znam. Niełatwo nam się temu przyglądać, ale oni zawsze to robią: gdy recytujemy Zasady, pokazują nam twarze ludzi, których utraciliśmy od naszego poprzedniego spotkania. To jak hołd "ku pamięci" podczas uroczystości przyznawania nagród Grammy, ale zarazem... co innego. W tym roku jest ich siedmioro. Nie ma żadnych wyjaśnień ani komentarzy. Po prostu wciąż na nowo pokazują nam ich twarze. Ale większość z nas wyczuwa, że za każdą z tych twarzy kryje się jakaś historia. Pojmujemy bez słów, że na tym ekranie pokazuje się nam głównie najsłabszych, najbardziej krnąbrnych i nieprzystosowanych członków naszej wspólnoty.
Moja matka zerka na mnie, gdy doktor Strauss staje na podium przed nami, by wyrecytować pierwszą Zasadę, tę o posłuszeństwie.
Tych Zasad nigdy nie wywieszono na tablicy, nie spisano na papierze. Nie tak postępujemy. Powróciliśmy do tradycji oralnej.
Staram się słuchać, jak zawsze, ale te słowa wypowiadano już tyle razy, że straciły dla mnie właściwą kolejność i kształt. Roztopiły się i rozpuściły w chaotyczną mieszaninę wrażeń i lęków.
Doktor Strauss to jeden z naszych przywódców. Jest ich dziewięciu, a także dwunastu doradców. Przywódcy opracowują strategię, a doradcy przekazują ją nam i przekładają na nasze codzienne życie. Każdego z nas przydzielono do określonego doradcy. Moim jest pan Robert. On też teraz wstaje.
Dziewczyna w zielonej sukience na końcu sali podnosi się z miejsca, by wyrecytować drugą Zasadę, o następstwie czasu.
Wszyscy uprzejmie odwracają ku niej głowy.
Bycie wyznaczonym do wyrecytowania którejś z Zasad to zaszczyt. Jak udział w gwiazdkowych żywych obrazach. Mnie wybrano raz, przed trzema laty. Mama wystroiła mnie w swoje złote baletki i najdroższy jedwabny szal. Wtarła mi róż w policzki. Miałam wypowiedzieć szóstą Zasadę, zakazującą poddawania się jakiejkolwiek opiece medycznej poza obrębem wspólnoty.
Gdy teraz dziewczyna skończyła mówić, odwracamy się wszyscy z powrotem ku przodowi sali, czekając posłusznie na wyrecytowanie Zasady numer trzy.
Na ekranie pojawia się kolejny czarno-biały wizerunek twarzy, tym razem pani Branch. Była znajomą mojej matki i zmarła na raka piersi, który jest prawie nieuleczalny. Zdjęcie nie pochodzi z jej szczęśliwszych czasów. Wygląda, jakby zrobiono je w dniu, w którym usłyszała diagnozę. Odwracam wzrok. Przelotnie chwytam spojrzenie mojej przyjaciółki Katherine kilka rzędów za mną.
Gdy przyglądam się przywódcom siedzącym jeden obok drugiego na podium, trudno mi odgadnąć, który z nich naprawdę nami rządzi. Nikt tego nie powie, ale wydaje mi się, że wiem. Myślę tak z powodu czegoś, co przydarzyło mi się, kiedy miałam trzynaście lat, niedługo przed tym, nim wypadła moja kolej wyrecytowania szóstej Zasady.
Było to mniej więcej dziewięć miesięcy po naszym przybyciu tutaj. Wciąż jeszcze czułam się zdezorientowana, byłam o wiele za chuda i ciągle oglądałam telewizję, żeby nauczyć się mówienia i zachowania. Nie zaczęłam jeszcze chodzić do szkoły. Miałam chroniczne problemy z oddychaniem. Mama mówiła, że to nieprawdopodobne szczęście, by komuś z astmą w ogóle pozwolono na odbycie tej podróży. Powiedziała, że zrekompensował to mój "wysoki iloraz inteligencji", ale ledwie. Musiałyśmy udawać, że mój stan zdrowia jest lepszy, niż w rzeczywistości był.
A potem w lutym złapałam okropne przeziębienie, które przerodziło się w zapalenie płuc. Matka była niemal pewna, że to przez nią, ponieważ jest lekarką i trzyma stetoskop w szufladzie szafki w łazience. Przyszło do nas dwoje innych członków zespołu medycznego naszej wspólnoty. Byłam już wtedy w bardzo złym stanie. Używałam inhalatora. Napompowali mnie antybiotykami, sterydami i Bóg wie czym jeszcze. Miałam przymocowany do palca przyrząd monitorujący poziom tlenu i wiedziałam, że wskaźnik spada za nisko. Miałam trudności z oddychaniem. Moje płuca nie mogły wchłonąć wystarczającej ilości powietrza. Na wypadek gdybyście nigdy tego nie doświadczyli, informuję was, że to straszne uczucie.
Drugiej nocy było ze mną już naprawdę tragicznie. Kilkakrotnie traciłam przytomność, ale zobaczyłam wyraz twarzy mojej matki. Krzyczała. Chciała zawieźć mnie do szpitala. Powiedziała, że wystarczy respirator, by uratować mi życie. Przypuszczam, że wtedy nie mieliśmy go jeszcze w klinice naszej wspólnoty; byliśmy tu dopiero od niedawna. Ale umieszczenie mnie w zwykłym szpitalu było wykluczone z powodu zagrożenia, jakie stanowimy dla zwyczajnych ludzi, którzy urodzili się tutaj i mają odmienny system odpornościowy od naszego. A także z powodu ryzyka, że lekarz czy pielęgniarka zażąda mojej książeczki zdrowia albo przyjrzy się zbyt dokładnie mojej krwi pod mikroskopem i zacznie zadawać kłopotliwe pytania.
- Ona nie może umrzeć! - usłyszałam krzyk matki z sąsiedniego pokoju.
Błagała ich, obiecywała, że dopilnuje wszystkiego, nie pozwoli, by zajmował się mną ktokolwiek inny. Nie dopuści do żadnych analiz krwi ani badań diagnostycznych. Znajdzie sposób, by tego dokonać, by zachować tę sprawę w tajemnicy i zapewnić nam bezpieczeństwo.
Nieco później zjawiła się pani Crew. Nawet ja moim niedostatecznie dotlenionym mózgiem pojęłam, że po jej przybyciu atmosfera w domu uległa zmianie. Ustały krzyki i błagania; z sąsiedniego pokoju dobiegał tylko jej kojący głos. O dziwo, na kilka chwil odzyskałam pełnię świadomości i przysłuchiwałam się uważnie, jak pani Crew przemawia spokojnie, protekcjonalnym tonem do mojej matki: "Po wszystkich naszych poświęceniach, po wszystkim, przez co przeszliśmy...". Matka wyszła z pokoju i pani Crew zaczęła teraz rozmawiać z panem Robertem. Miałam wrażenie, że słucham ich z jakiejś półki pod sufitem, że już umarłam, gdy pani Crew chłodno, rzeczowo wyjaśniała mu procedurę postępowania z moimi zwłokami, kwestię wystawienia aktu zgonu i odpowiednią strategię wymazania formalnych śladów mojego istnienia ze stanowych i federalnych baz danych. Oni stworzyli nasze tutejsze fikcyjne tożsamości i teraz będą mogli je usunąć. Wreszcie zaproponowała zastosowanie jakiegoś zastrzyku, pigułki czy czegoś w tym rodzaju. "Anioł śmierci", jak nazwała cichym głosem sposób ułatwienia mi odejścia. Zapewniła pana Roberta, że pozostanie tu aż do końca.
Ale koniec nie nastąpił. Wczesnym rankiem moje płuca zaczęły się trochę otwierać. I do wieczora otworzyły się jeszcze nieco bardziej. A sześć tygodni później recytowałam szóstą Zasadę.
Pan Botts siedzący dwa rzędy za mną wstaje i wygłasza trzecią Zasadę, zakazującą używania naszej wiedzy w celu dokonywania jakichkolwiek zmian czasowych. Pamiętam go z naszych wczesnych zajęć w małych grupach. Potem głos zabiera pani Connor z rzedniejącymi włosami, ubrana w dziwaczną pomarańczową tunikę, i recytuje czwartą Zasadę, będącą swoistym rozwinięciem trzeciej. Zapomniałam, skąd znam tę kobietę.
Facet o imieniu Mitch, który jest gwiazdą pośród nas, gdyż studiuje na Yale, wygłasza piątą Zasadę, mówiącą o konieczności zachowania tajemnicy. Być może właśnie o niej myślimy najczęściej. Nasi przywódcy mają obsesję na punkcie jej drobiazgowego przestrzegania, na punkcie tego, abyśmy wtopili się w otoczenie i żeby nigdy nie wypsnęło nam się nic, co mogłoby nas zdradzić. Ale czasami zastanawiam się poważnie, czy gdyby któreś z nas się z czymś wygadało, to czy ktokolwiek odgadłby, skąd pochodzimy. A nawet gdyby przyszłoby mu to do głowy, czy potrafiłby w to uwierzyć?
Zasady szóstą i siódmą, dotyczące opieki medycznej, recytują dwie osoby, których właściwie nie znam i które przypuszczalnie, podobnie jak ja, ledwie zdołały przeżyć ich zastosowanie w praktyce.
Przestaję zwracać uwagę na wygłaszane Zasady od ósmej do jedenastej, bo od mojego pantofla odpadł fioletowy koralik i ukradkiem szukam go wzrokiem na podłodze. Szczerze mówiąc, wolę patrzeć gdziekolwiek indziej niż na ten wielki ekran z przodu sali, ponieważ na koniec zostawiono zaprezentowanie fotografii Aarona Greena i podejrzewam, że uczyniono tak nieprzypadkowo. To rozdzierające serce zdjęcie speszonego, pełnego najlepszych chęci czternastolatka, który tak niezdarnie zaplątał się we własne kłamstwa, że zabroniono mu uczęszczać do szkoły w połowie zeszłego roku. Nauczyciel zjawił się u niego w domu, by poznać powód nieobecności na lekcjach, a dwa dni później chłopiec utonął w rzece Housatonic podczas spływu tratwą z ojcem i wujem. Nie wezwano karetki, nie zawieziono go na pogotowie. Pan Green spokojnie zastosował się do ustalonych reguł: zadzwonił pod nasz specjalny numer.
Skupiam z powrotem uwagę na dwunastej Zasadzie. To pani Crew, anioł śmierci we własnej osobie, wstaje, by ją wygłosić. Ta kobieta ma zaledwie około stu pięćdziesięciu centymetrów wzrostu i fryzurę przypominającą kolorem i kształtem pieczarkę, lecz mimo to budzi we mnie lęk. Przysięgłabym, że wypowiadając tę Zasadę, patrzy prosto na mnie.
***
1. Musimy zachować absolutne posłuszeństwo wobec naszej wspólnoty, ściśle przestrzegać reguł dotyczących jej przetrwania i bezpieczeństwa oraz bezwarunkowo stosować się do poleceń przywódców i doradców.
2. Musimy respektować integralność i naturalne następstwo czasu, w jakim się znaleźliśmy.
3. Nie wolno nam nigdy wykorzystywać doświadczenia zdobytego w Postremo do rozmyślnego ingerowania w naturalne następstwo czasowe.
4. Nie wolno nam nigdy zakłócać tego następstwa w celu uniknięcia nieszczęścia lub śmierci.
5. Musimy zachowaćwe wszelkich okolicznościach i miejscach w absolutnej tajemnicy wszystko, co dotyczy Postremo, imigracji i naszej wspólnoty.
6.Nie wolno nam szukać pomocy lekarskiej ani poddać się jakiejkolwiek kuracji medycznej poza obrębem naszej wspólnoty.
7. Bez względu na okoliczności wolno nam korzystać wyłącznie z usług naszego zespołu medycznego, a w razie potrzeby musimy zastosować ustalone reguły postępowania w nagłych wypadkach.
8. Musimy unikać znalezienia się w archiwalnych zapisach historycznych - drukowanych, fotograficznych czy filmowych.
9. Musimy unikać miejsc kultu religijnego.
10. Musimy usilnie starać się wtopić w społeczeństwo i w żaden sposób nie ściągać uwagi na siebie i naszą wspólnotę.
11. Musimy unikać kontaktu z wszelkimi osobami znanymi nam z Postremo, które nie uczestniczyły w programie imigracji.
12. Nie wolno nam nawiązać nigdy, w żadnych okolicznościach, fizycznej ani emocjonalnej intymnej relacji z kimkolwiek spoza wspólnoty.
23 kwietnia 2010Haverstraw Creek
Tata musiał pracować, więc Ethan sam wybrał się na ryby. Zazwyczaj po prostu szedł za ojcem między drzewami do zakoli strumienia, bijąc dłonią komary gryzące go po kostkach nóg. Ale tym razem z zakłopotaniem zdał sobie sprawę, jak słabo zna tę trasę, mimo że przemierzał ją wielokrotnie. Dziś jednak miał zamiar ją zapamiętać.
W końcu trafił nad rzekę, chociaż w miejscu, w którym nigdy jeszcze nie był. "Ale tu jest ta sama woda, są te same ryby" - pomyślał. Położył plecak na ziemi, założył przynętę na haczyk i zgrabnie zarzucił wędkę. Teraz, gdy był sam, zrobił to inaczej - aby złowić rybę, a nie by pokazać ojcu, że potrafi.
Nasłuchiwał szmeru wody, obserwował żyłkę i zastanawiał się nad brakiem wiatru. Po chwili jednak wydało mu się, że w dole strumienia dostrzegł coś jakby ruch powietrza. Zmrużył oczy, a potem otworzył je szeroko i zamknął, chcąc pozbyć się dziwnego wrażenia, że w tamtym miejscu powietrze nad wodą się marszczy. Ale to nie pomogło: powietrze zdawało się jeszcze intensywniej poruszać i wirować w sposób, jakiego nigdy dotąd nie widział.
Ruszył powoli w dół strumienia, ciągnąc za sobą żyłkę. Mógł teraz sięgnąć wzrokiem daleko poza zakręt, aż do kładki. Tam odległe powietrze i liście drzew były nieruchome. Tutaj jednak powietrze poruszało się coraz szybciej i wydawało się falować jak woda. Gdy się zbliżał, przybrało osobliwą konsystencję. Ethan znowu zmrużył oczy i ze zdumieniem zobaczył, że promienie słońca wokół niego załamują się i rozszczepiają tęczowo. Przeszedł jeszcze kilka kroków i poczuł na skórze szybszy ruch powietrza; przypominało to niemal dotyk cieczy, ale było delikatniejsze. Usiłował skoncentrować spojrzenie na błyskach rozszczepionego światła, lecz migotało zbyt szybko.
Wypuścił z rąk wędkę, gdy płynne powietrze zaczęło się jakby rozmazywać i mieszać z wodą strumienia. Stracił orientację, gdzie jest góra, a gdzie dół, czym jest niebo i ziemia, czym ma oddychać, a nawet gdzie się zaczyna i kończy jego ciało. I co dziwne, wcale nie odczuwał potrzeby, by to wiedzieć. To było jak wyrazisty sen, w którym znalazł się poza znanym sobie światem, lecz miał pewność, że w końcu się obudzi.
Nie wiedział, ile czasu upłynęło - olbrzymia kaskada czy tylko kropla. Ale w pewnym momencie kłębiący się wir wody i powietrza wyrzucił go na twardy grunt i żywioły powróciły z wolna na swoje zwykłe miejsca. Ethan zamknął oczy. Gdy po pewnym czasie je otworzył, niemal cała rzeka znajdowała się w swoim korycie, powietrze znów stało się niewidzialne, a promienie słońca z powrotem się skupiły. Uniósł się do pozycji siedzącej i stopniowo odzyskał orientację w takich podstawowych kwestiach jak góra i dół. Uznał, że to był rodzaj burzy. Ale pozostał po niej rozmyty, migotliwy widok między drzewami, który po chwili przybrał kształt dziewczyny.
Ona niemal na pewno była częścią jego snu, gdyż wydawała się nieco bezcielesna, a zarys jej postaci - nie całkiem wyraźny. Właśnie taką dziewczynę Ethan mógłby wyśnić, gdyż była mniej więcej w jego wieku, naga, spowita tylko kaskadami wilgotnych czarnych włosów i nieziemsko piękna, jak syrena albo księżniczka elfów. Ponieważ stanowiła twór jego wyobraźni, uznał, że śmiało może się jej przyglądać.
Jednak gdy tak się w nią wpatrywał, zorientował się, że dziewczyna obejmuje się ramionami jakby z zimna i z zawstydzenia. Nogi miała ubłocone do kolan i słyszał jej przyśpieszony oddech. Im dłużej na nią patrzył, tym bardziej stawała się wyraźna, aż wreszcie zaczął podejrzewać, że jednak jest rzeczywista, i pojął, że nie powinien tak się gapić.
Wstał, starając się trzymać spuszczony wzrok. Ale parę ukradkowych zerknięć upewniło go, że chociaż powietrze wokół niej pozostało dziwnie naelektryzowane, ona nie jest wyobrażoną przez niego nimfą, lecz drżącą z zimna szczupłą dziewczyną z osobliwym sińcem na wewnętrznej stronie ramienia.
- Nic ci nie jest? Czy potrzebujesz pomocy? - zapytał.
Z trudem przychodziło mu pozbycie się wrażenia, że to sen. Może ta dziewczyna pływała i podczas burzy porwał ją nurt strumienia. Ale było za zimno na pływanie.
Nic nie odpowiedziała. Usiłował patrzeć tylko na jej twarz. Miała wielkie oczy i mocno zaciśnięte usta. Słyszał kapanie kropel wody z liści wokoło i to, jak usiłowała złapać oddech. Pokręciła głową.
- Na pewno?
Ponownie zaprzeczyła. Wyglądała, jakby bała się poruszyć.
Była realna, lecz wydawała się nieco odmienna od wszystkich innych ludzi - i to nie tylko z powodu braku ubrania. Poza tym była piękna.
Zrobił kilka kroków w jej kierunku, rozpiął zamek błyskawiczny bluzy od dresu z logo drużyny futbolowej New York Giants, zdjął ją i podał jej.
- Chcesz to włożyć?
Zaprzeczyła ruchem głowy, ale zaryzykowała zerknięcie na bluzę, a potem na niego.
Postąpił jeszcze dwa kroki.
- Serio. Możesz ją zatrzymać, jeśli chcesz.
Podsunął bluzę bliżej i dziewczyna po krótkim namyśle gwałtownie wyciągnęła po nią rękę. Zobaczył teraz, że znamię na jej kościstym ramieniu to wcale nie siniak, tylko czarny gryzmoł - pięć cyfr napisanych ręcznie markerem lub czymś podobnym.
Odwrócił wzrok, gdy dziewczyna wkładała bluzę i zapinała suwak aż pod szyję. Odsunęła się kilka kroków od niego. Przyszła mu do głowy mroczna myśl, że dziewczyna ma za sobą jakieś ciężkie przejścia.
- Mam komórkę. Chcesz gdzieś zadzwonić?
Otworzyła usta, lecz minęła dłuższa chwila, zanim wydobyły się z nich słowa.
- Nie. - Jeden oddech, drugi. - Dziękuję.
- Potrzebujesz pomocy? - spytał powtórnie. - Zgubiłaś się?
Rozejrzała się z niepokojem. Znowu otworzyła usta i zawahała się chwilę, zanim przemówiła.
- Czy jest tu jakiś most? - wydusiła wreszcie.
Wskazał w dół strumienia.
- Jeżeli pójdziesz w tamtą stronę, zobaczysz go tuż za zakolem - odpowiedział. - Chcesz, żebym cię zaprowadził?
- Nie.
- Na pewno?
- Tak.
I rzeczywiście wyglądało, że jest tego pewna. Rzuciła na niego jeszcze jedno ukradkowe spojrzenie, jakby dając do zrozumienia, żeby został na miejscu, i odeszła w kierunku mostu.
Chciał pójść z nią, lecz tego nie zrobił. Przyglądał się, jak idzie niepewnie między drzewami w jego niebieskiej bluzie Giantów, jak przedziera się z trudem przez splątane gałęzie, potyka o sękate korzenie, jak brnie przez błoto i czepiają się jej kolczaste krzaki.
Raz obejrzała się na niego przez ramię.
- W porządku - dobiegły go jej ciche słowa, zanim zniknęła.
***
Został na brzegu potoku jeszcze przez kilka godzin, zanim ruszył z powrotem do domu. Poszukał wędki, lecz w gruncie rzeczy nie spodziewał się jej znaleźć. Czekał, żeby się przekonać, czy dziewczyna wróci, ale właściwie też na to nie liczył, a ona nie wróciła.
Podczas obiadu i potem do późnej nocy rozmyślał o tym, co zobaczył. W końcu wstał z łóżka i przypominając sobie jej drżące, chude ramię, odtworzył z pamięci cyfry: 51714. Wiedział bowiem, że muszą być w jakiś sposób ważne.
***
Przez następne dwa i pół roku Ethan myślał o tym dniu tak często, że wspomnienie zaczęło deformować się w jego pamięci. Na tyle, że nie był pewien, czy nie uroił sobie całego zdarzenia. Działo się tak do pierwszego dnia w dziewiątej klasie, kiedy ta sama dziewczyna, teraz ubrana, weszła na zajęcia z algebry i trygonometrii i usiadła obok niego.
10 maja 2010
Drogi Juliusie!
Rankiem ziemia pokrywa się tu rosą. Naprawdę. Można wyjść na dwór niemal o każdej porze, tak jak mówił Poppy. Lubię kłaść się na trawie w ogródku za domem i czekać, aż wzejdzie słońce. Wtedy, nawet jeśli wcześniej było kilka słonecznych dni, plecy mojej bluzki robią się wilgotne, jakby ziemia wypłakiwała z siebie deszcz.
Pan Robert, panna Cynthia i kilka innych osób zajmują się większością dzieci. Starają się nauczyć nas, jak się przystosować, i zawsze nakłaniają, żebyśmy byli NADZWYCZAJ ostrożni. Pamiętasz, jak usłyszeliśmy o telewizji? No więc teraz wciąż ją oglądamy, żeby nauczyć się właściwego sposobu mówienia. Jeden program nazywa się "Przyjaciele". Ludzie w tle przez cały czas się śmieją i nie wiadomo w ogóle dlaczego. Mój ulubiony to "Głowa rodziny", ale pan Robert mówi, że niczego się z niego nie nauczę.
Martwię się, bo nie widziałam tu jeszcze Poppy'ego. Panna Cynthia powiedziała, że postanowił w ogóle nie przybyć, ale ja w to nie wierzę. Chciał się tu znaleźć bardziej niż ktokolwiek inny.
Twoja kochająca
Prenna