Na twarz się nie patrz
i wyskok z fury i nogi na chodniku i to właśnie ten moment - jak wyskoczysz z wozu i już za późno, żeby się cofnąć - kiedy wiesz że na bank to zrobisz, choć adrenalina wali po całym ciele tak że przez chwilę aż się chce być zupełnie gdzie indziej. Więc teraz ciśniemy pomału ulicą, ona jest za daleko przed nami, źle wybraliśmy moment, ale nie możemy pobiec żeby ją dopaść bo się zaniepokoi, obróci, to się skradamy ale szybko. Kominiara ciasno opina mi twarz, naciągnąłem jeszcze na nią kaptur, czuję adrenalinę wybuchającą głęboko w piersiach jak konająca gwiazda, zupełnie jakby całe moje ciało pulsowało niczym serce.
Więc skradam się szybko żeby być zaraz za nią, Gotti tuż przy mnie a ona nas nie słyszy, no bo tak suniemy nisko przy ziemi w czarnych bawełnianych dresach od Nike, więc ciuchy nie szeleszczą, najki nie stukają o chodnik. Przez parę uderzeń serca widzę też że cała ta ulica wygląda jak czyjeś wyobrażenie spokojnego życia, nad nami unosi się słońce, wielka gula na bebechu nieba, zalewa ulicę pod sobą jasnością która opływa wszystko: schludne rzędy idealnych domów, lśniące zielone krzewy wzdłuż chodników, chłodny, metaliczny zapach poranka i teraz ta babka pcha furtkę, schodzi z ulicy, idzie ścieżką do swoich drzwi.
No tak, zjebaliśmy moment ale zdążymy jeszcze dopaść ją na progu więc teraz już biegiem, niby wciąż cicho ale musimy być szybcy bo nam zwieje, więc wbijamy w furteczkę - ona już prawie przy drzwiach, sznupie w torebce za kluczem od chaty - podbiegamy ścieżką i już jesteśmy za nią, jakbym wyciągnął rękę, mógłbym dotknąć jej włosów, czuję zapach szamponu i miękkość i zaraz drogie perfumy od których prawie bierze mnie na rzygi i w tym momencie urywa się wszystko co kiedykolwiek dotąd znałem, wspomnienia, przeszłość, przyszłość, moment i znika też ta ulica, ten poranek, wszystko wokół nas jakbym zapomniał o całym świecie i jest tylko Teraz ostre jak kryształ, tu na progu. Ale zanim zdążę zacisnąć ręce na jej szyi, żeby babę ululać ta się obraca.
I pruje japę. Widzi mnie - czy raczej tylko moje oczy i kawałek ust, przez trzy otwory w czarnej kominiarze co ją mam na głowie - i jakby uświadomiła sobie nagle że wdepnęła w koszmar o którym nawet nie miała pojęcia, a my wiemy że się wszystko zesrało no to chuj, nie ma opcji że wyjdzie po cichu i nikt nie zauważy więc i tak ją łapię, napieram przedramieniem na gardło, obracam ją tyłem do siebie, przyciągam mocno do piersi a Gotti próbuje ściągnąć jej z nadgarstka tego cartiera ale jakoś mu nie idzie się ziom normalnie szarpie, metal wpija się w jej dłoń, baba się drze zabierz to już zabierz a mnie już odpuściło to pulsowanie w sercu i brzuchu, całkiem, bo robimy nasze, w tym momencie nie istnieje nic innego, wewnątrz mnie totalna cisza i spokój, mówię jej w ucho przestań się kurwa szarpać ale Gotti wciąż nie może ściągnąć tego zegarka choć ona normalnie aż nadstawia mu rękę, widzę że typ ma w oczach centralne codochuja, no nigdy dotąd nie było żeby nie dał rady ściągnąć komuś zegarka - a ten tu ma brylanciki wokół całej ramki więc bardzo byśmy go chcieli, spokojnie poszedłby za dziesięć piętnaście kafli.
Więc sobie myślę chuj z tym baba już wyje, nie ma co się bawić z lulaniem, równie dobrze mogę pomóc Gottiemu. Otwierają się drzwi domu - całe białe, z mosiężną kołatką - stoi w nich chłopak, siedemnaście osiemnaście coś koło i tylko lampi się na nas jak porażony i mówi Mamo a ja spoglądam na niego, spotykamy się wzrokiem i w jego oczach ale też nad jego ramieniem, za jego plecami widzę życie inne niż moje, coś może lepszego, coś bez tylu ostrych kantów i spsutych części. A my wciąż próbujemy z tym zegarkiem i nagle Gotti robi zwrot i wali młodemu gonga na ryj raz, typ gleba, Gotti zatrzaskuje drzwi i znów jesteśmy tylko my i baba. I widzę że na serdecznym typiara ma duży pierścionek z diamentem, próbuję ściągnąć ale ani drgnie, skóra jej się podwija boli ją, kręcić nie ma co bo przed nim ma jeszcze założoną obrączkę normalnie jak blokada. No to wyłamuję jej ten palec, składa się płasko tak że paznokciem zaraz dotyka nadgarstka i dziwna sprawa - zawsze myślałem, że jak się komuś łamie palec to się czuje jak kość pęka, może nawet słychać a tu nic nie czuję jakbym kartkę składał, palec idzie tak jakby od zawsze zginał się w drugą stronę a ta znów wyje na mnie, żebym to zabrał, zabrał i już ale nie mogę, ba, parę sekund i już widzę że palec puchnie jej u nasady jak przy złamaniu i już wiem że na bank tego pierścionka nie ściągnę. A drzwi znów się otwierają, stoi w nich facet w czerwonym swetrze i wiemy na sto pro że już się wszystko zesrało, trzeba spadać ale wciąż mamy nadzieję że przynajmniej coś wyrwiemy że nie na darmo się szarpaliśmy, a tu facet łapie żonę w pasie i ciągnie do siebie, wciąga za drzwi, a Gotti nic tylko ej, Snoopiacz, weź chuj z tym, ziom, czas wypierdalać i już się obraca od domu, żeby myknąć do fury bo już czeka na środku ulicy a w głowie słyszę nichuja z pustymi rękami nie wracam. Więc facet wciąga żonę na chatę i widzę że hol mają w beżowej wykładzinie, takiej puszystej i miękkiej, takie włosie to wessie każdy promyk słońca, ciepło będzie aż się normalnie chce glebnąć i spać, a ja jak laser sięgam przez próg, kiedy typ zamyka drzwi, łapię babę za rękę, ciągnę na zewnątrz, facet z całej pary trzaska tymi frontowymi drzwiami w rękę żony, ta się drze, słyszę przecież. Gotti już zawrócił, leci chodniczkiem do furtki a ja przez uchyloną szparę widzę że baba upuściła torebkę, no to się schylam cyk łapię a drzwi znów otwierają się na oścież i facet ściska kij do krykieta, odwija na mnie ale ja już robię unik, więc idzie nad głową choć czuję podmuch szarpiący kominiarą. Zawracam i gonię chodniczkiem z torebką w garści za furtkę ale fura do spierdalania już się zawinęła, już powoli ciągnie ulicą i jedne drzwi z tyłu są szeroko otwarte, Gotti wrzeszczy żebym wsiadał a typ goni za mną i wywija nad głową tym kijem do krykieta, ryczy wściekły jak skurwysyn - żadnych słów czysty hałas - więc gnam za furą, oddycham porankiem, szklane igły światła przeszywają niebo i sypią się wszędzie wokół mnie i wcale nie jestem pewien czy dam radę, normalnie nie mogę dociągnąć do tych otwartych drzwi, w sensie no weźcie jaka jazda, przecież to się nie może tak skończyć, no nie ma opcji... i już przy nich jestem i wskakuję na tylne siedzenie szczupakiem i Gotti mnie przytrzymuje a samochód - moje giry wciąż z niego wystają - ostro rusza naprzód, Gotti wciąga mnie do środka, sięga nad moimi plecami, zamyka mocno drzwi i Tyrell zabiera nas stamtąd.
Z ulicy wyjeżdżamy na główną i nawijamy z Tyrellem że no kurwa ja pierdolę, facet, no nie szło jej tego sikora zerwać, ale pojebane i ściągam kominiarę i Gotti ściąga swoją i normalnie jakbyśmy się wynurzyli i łapali powietrze po nurkowaniu gdzieś głęboko w oceanie, żebyśmy się tam pod wodą zasiedzieli tak że człowiek nawet nie wie że już tonie, a Gotti mówi ziom no kurwa nie mam pojęcia co się tam odjebało, ale nie mogłem jej zerwać tego zegarka, no nie mogłem, się tylko szarpałem ale nie pykło a Tyrell na to no nie gadaj mordo? ale tak bez nerw, jak odruchowo, bo się centralnie skupia na tym żeby nas cyk szmyk zabrać z okolicy, się marszczy taki spięty aż mu się twarz od tego robi popielatożółta ale serio to jedzie mądrze, nie ciśnie za mocno żeby każdy widział że spierdalamy, tylko jedzie tak jakby musiał gdzieś dziś rano dojechać. No i wóz wygląda jak trzeba, zero bajerów ale też nie za bardzo obity, niezjebany, nikt nie powie że na bank używka i że potem pójdzie na spalenie.
Więc kiedy jedzie tą dwupasmówką i mija sklepy, takie normalne poranne życie które mogłoby dziać się wszędzie, z naprzeciwka na pełnej ciśnie bagietowóz, błękitne rozbłyski młócą po budynkach i oknach bladymi snopami unicestwianymi przez jasność poranka a ja i Gotti zjeżdżamy z tylnego siedzenia, kładziemy się za przednimi fotelami bo wiemy że to na nas wezwano policję. Leżymy na podłodze samochodu ciasno utknięci, nogi przy nogach tak żeby na pewno nie dało się domyślić że z tyłu ktoś siedział, głowy mamy tuż nad piachem i paprochami, widzę szczegóły gumowego dywanika który nagle staje się czymś istotnym: jego kształt, faktura powierzchni, barwa, jego...
Ale radiowóz śmiga obok nas, mknie w swoją stronę ku tej ulicy, z której wybyliśmy ledwie minutę temu i aż się dziwię bo zawsze mówią, co nie, że policja ma słaby czas reakcji, ciągle o tym pierdolą a tu błyskawica w sensie przecież cała nasza akcja to ile mogła trwać, ze trzy minuty, pewnie mąż czy syn z miejsca zadzwonili na pały kiedy my wciąż wisieliśmy na tej babie i próbowaliśmy rwać z niej fanty no i fakt, jest gdzieś dziesiąta rano, tutaj zero ruchu a ta nasza akcja to jednak była odjebana... no nie ma dziwne że tak szybko po nas wyjechali. Ale nawet nie zauważyli Tyrella, nawet nie spojrzeli na nasz wóz a dwupasmówka zabrała nas już kawał drogi stamtąd. Wracamy na tylne siedzenie. Zaraz wrócimy na metę, teraz można się już wyluzować, udało się, nie dorwą nas.
A Gotti zaczyna kurwa ziom jakie to było dojebane ja pierdolę, regularnie robi mi dobrze przy Tyrellu: facet kumasz, Snoopiacz to przechuj, no nie chciał odpuścić, tak mówi, oczy ma wielkie, się uśmiecha, sama biel, biel, biel. A ja na to no kurwa typie co, miałem spierdalać na sucho więc Tyrell pyta no to co masz ziom? Pokazuję mu torebkę, Prada, pewnie sama warta z kafla, a Tyrell dalej a jakiś hajs tam jest? No to zaczynam trzepać.
Same fanty bogatej babki: perfumy, drogi krem do rąk, trochę wizytówek, więcej randomowego szajsu, nawet nie patrzę co to, przecież spuścić się nie da. Ale mam i jej portfel a Gotti akurat nawija do Tyrella, facet trzeba dzwonić do reszty ziom bo nie wiemy gdzie teraz są, no to ryję przez ten jej portfel ale tak żeby Tyrell się nie ściął i właśnie widzę że jest tam siedem stów pięćdziesięciofuntówkami, to szybciutko wyciągam i pakuję głęboko w kieszeń bo wiem że Tyrell i reszta będą chcieli działkę ale chuja wam, myślę sobie to moje i Gottiego, nikt inny nie ryzykował wolnością, nie odjebał takiej akcji tylko Gotti i ja - nawet jeśli się zesrało - no i przecież to śmieszna kasa jak na to co chcieliśmy zgarnąć, biorę, nikt się nie zetnie. Normalnie to Jungle, Gotti i ja dostajemy największą działkę ze zgarniętego, tak po trzydzieści procent każdy. Jungle za obczajenie okazji i wystawienie jej nam, ja i Gotti bo to my chapiemy i najbardziej się narażamy, resztę zgarnia Tyrell, bo on tak naprawdę to tylko jeździ tam gdzie mamy odpalić akcję a potem nas stamtąd zabiera. A teraz Tyrell pyta no co tam w tym portfelu, ziom, hajsik jest? a ja mu tylko lipa mordo, same karty i wyciągam czarną American Express i wszyscy robimy chórem ojajebe, po tym widać że ten zegarek i pierścionek to by były konkretne funty, zdecydowanie to byli jacyś odjebani bogole mówi Gotti. W sensie i tak wiedzieliśmy że typiara srała forsą, już same ciuchy, ta biżuteria, przecież to dzień powszedni rano, nie szła robić nic specjalnego - pewnie wracała sobie z kawiarni czy od fryzjerki, robiła sobie coś z włosami bo serio fajnie pachniały - no i ten ogródek przez który szła do dużych białych drzwi i ten dom, taki że żadnego z nas nigdy nie będzie na taki stać, choć fajnie sobie myśleć że kiedyś się uda. Ale ta czarna karta to już inna bajka, to jest zupełnie inny poziom najebania kasą, o tym to słyszałem tylko w tekstach niektórych raperów, gości takich jak Jay-Z i Lil Wayne, czy jeszcze Kanye, tych co to lecą braggą że zajebiście żyją bo mają czarne karty - ten ostateczny symbol bogactwa, bycia częścią autentycznej elity w społeczeństwie, wyrwania się ponad większość.
Chowam sobie kartę do kieszeni na pamiątkę po dzisiejszym, coś na czym pewnie nigdy nie zobaczę tłoczonych liter własnego nazwiska więc chuj, może być i cudza i tak z niej nie skorzystam, pewnie już ją zastrzegli mówi Tyrell i znów wszystko jest jak zwykle, słońce nie robi, pogoda, no co, pogoda, ludzie na ulicy to zwykli ludzie, robią to co zwykle w poniedziałek rano, są sklepy, samochody, hałas. Wszystko chuj.
Jedziemy przez Golders Green: dzieciaki już w szkołach, starsi na śniadankach w kawiarniach, sklepy otwarte, ludzie wsiadają i wysiadają z autobusów, każdy sunie po swojej osobnej nitce życia. Gotti dzwoni mówi Jungle'owi że akcja się zjebała więc wracamy tam do Willesden gdzie się ustawiliśmy rano i po jakimś czasie widzę już przed nami ich wóz - nawet nie wiem kiedy nas dogonili, chyba już za Golders Green - i już tylko gadam se z Gottim, wciąż nie możemy ogarnąć że nie poszło mu z tym zegarkiem bo już chyba ze cztery razy widziałem jak zrywał takie z ludzi, zawsze od pierwszego razu, zero problemu a tutaj się zesrało i weź zgadnij czemu. I powtarzamy sobie to wszystko co się działo tam na progu i ten odgłos, jak drzwi trzasnęły typiarze o rękę i lejemy, w sensie no typ centralnie jebnął drzwiami w rękę żony bo zdążyłem sięgnąć do środka i wyciągnąć jej łapę za próg, mówię. I właśnie zero wyrzutów sumienia, mnie nic nie gryzie, Gottiego nic nie gryzie i nie dlatego że jesteśmy źli ludzie, to żadne takie moralizowanie dla ubogich, no kurwa. Po prostu w ogóle nic nie czuję na temat tej akcji. Babka na stówę ani przez chwilę nie myśli o ludziach takich jak ja, o tym jak to jest być kimś takim jak ja. Ma na mnie wyjebane a ja na nią. I to nie tak że ma na mnie wyjebane przez to co się stało dziś rano. Srała na mnie jeszcze w ogóle zanim się zetknęliśmy a wszystko dlatego że żyjemy zamknięci każde w swoim malutkim świecie. Więc jebać sumienie. Co mam się spinać żeby coś poczuć, jeżeli nie bierze mnie na to samo z siebie. No to tak -
Więc zajeżdżamy na parking pod małym blokiem w Willesden, tam skąd rozjechaliśmy się rano. Kominiarę pakuję do kieszeni z forsą, przynajmniej nie będzie widać że coś jeszcze tam skitrałem. Wysiadamy z wozu, Tyrell i Gotti odpalają fajki kiedy podjeżdża drugi samochód, porsche, szary metalik, w nim zawsze buja się Jungle a jego bratanek Zjawa prowadzi i tak szuka ludków do wychapania. Idealna fura na takie zwiady, zbyt wyjebana - za droga - żeby się kojarzyła z chapaniem na wyrwę więc Jungle może z niej obciąć takich typów, wyliczyć sobie kogo opyla się obskoczyć. No i jeszcze jak jedziemy w parze - przeważnie oni przodem na rozpoznaniu a samo odjebywanie akcji to już my - no to nikt by nie powiedział że jesteśmy razem, bo ich fura wygląda jak złoto, no weźcie, porszak a my w jakiejś chujowej używce. W sensie na nasz wóz się dupy nie wyrwie, co nie.
Tu mamy dobre miejsce, żadne zadupie ale niedaleko od blokowisk, żaden z nas nie mieszka przy tej ulicy ani nikogo tu nie zna a sam parking jest otoczony siatką i wysokimi krzewami więc z jezdni nas nie widać. Jungle wysiada z porszaka, czoło ma aż zryte, tak się marszczy. Wysiada też Zjawa, pyta co i jak ale go olewamy, ja i Gotti zaczynamy gadać z Jungle'em, jeszcze raz mówimy o całej akcji, pokazujemy mu torebkę a on wyjebać to typy no kurwa, może potem po nią wrócimy bo da się taką opylić, no to idę, kitram pradę pod jednym z tych wysokich krzaków koło płotu, zasypuję suchymi liśćmi. Gotti i Jungle odchodzą od reszty, nawijają po cichu, to Jungle jest szef, on nam ustawia akcje ale wie jak jest, szczególnie z Gottim. Tyrell i Zjawa to właściwie dochodzący, oni są tylko od jeżdżenia, nie odjebują akcji, nie mają do tego jaj, nie to co Gotti i ja. Śmieszna rzecz jak pilnują żeby dobrze wyglądać nawet kiedy jedziemy chapać. Zjawa zawsze szczerzy ten swój ząb z białego złota z jebitnym diamentem a Tyrell wbija się w świeże białe spodnie od Moschino, jakby jechał na wiksę. Przecież jak jedziemy na akcję to typy nie będą wyhaczać dup na te fanty, nie ma co liczyć na macanko. No ale też lepiej że nie siedzą w syfiastych szmatach, jeszcze by ktoś zwrócił uwagę że nie wyglądają na takich co by ich było stać na jeżdżenie takim wozem.
Więc Jungle i Gotti wciąż gadają, obaj marszczą czoła no to podchodzę i słyszę jak Jungle mówi no nie, Gotti, musimy zaraz organizować nową furę. Jungle garbi się, pochyla nad Gottim a ten wtyka łapy za pasek swoich dresów, od przodu i obraca głowę za każdym razem kiedy Jungle pochyla się do niego, jakby robił uniki przed słowami z jego ust, no i nie słyszę o czym tam nawijają. Gotti warczy ziom ni chuja nie będę niczego takiego odpierdalał zaraz po tym co się stało, nie ma bata i zaczyna gadać o tym, że wierzy tylko we własny instynkt i że po prostu nie leży mu żeby tak zaraz znów próbować. A Jungle aż się pali żeby coś mu powiedzieć ale Gotti tylko się odwraca, w sensie nie ma, nie robię, pojebało. Zaciąga się mocno petem, rzuca go w cholerę. Co jest Jungle? pytam. A on zaczyna z detalami: że jak chcemy jeszcze chapać to musimy kupić nową furę, więc chciałby żeby jeden z nas podbił do butiku w Golders Green, jest tam taka sprzedawczyni co zawsze nosi rolexa model Daytona, skroić jej ten zegarek, będzie hajs na nowy wóz. No wiadomo, każdemu też jeszcze trochę z tego kapnie dodaje szybko i spogląda w bok, odpluwa na krzak. A Gotti obraca się do mnie i daje no co ty, Snoopiacz, chuj z tym, tak coś czuję że ta akcja się zesra - a ja słyszę samochody przejeżdżające tam za krzakami ale wszystko takie odległe jakby cały świat ode mnie odpływał.
Jakoś dotąd nigdy nie było z tym problemu, Jungle organizował nam wozy do spierdalania, jak ten którym jeździliśmy dziś rano, znaczy w ogóle to on zorganizował naszą ekipę więc trochę nie rozumiem problemu. Przecież wie że ja i Gotti radzimy sobie z chapaniem, że wchodzimy w to, ta akcja to była pierwsza przy której się zjebało więc następnym razem odrobimy straty i to z górką. Ale nie, teraz chce żebyśmy odjebali coś naprawdę z dupy - w sensie wracać do Golders Green choć dopiero co tam byliśmy - i tylko po to żeby zrobić hajs na nowy wóz? Gotti ma rację, przecież teraz to byłby obłęd, bagiety na bank będą się czaić na ludzi. I co, w biały dzień wbijać się na wyrwę w sklepie? Skroić sprzedawczynię w butiku? Żadnego skradania, zero dyskrecji, nic. Po prostu wejście na bombę, łapać typiarę a pewnie będzie się darła i nawet kominiary nie włożę, bo by mnie ścięli jeszcze przed sklepem a skąd mam wiedzieć gdzie tam mają kamery i w ogóle.
Patrzę na Gottiego a Jungle obejmuje mnie ramieniem prowadzi na bok z dala od reszty, ale ta jego ręka tak trochę przyciasno leży przy mojej szyi, rękaw skórzanej kurtki skrzypi jak wylinka węża, wali od typa starym petem i wodą po goleniu a on nawija Snoopiacz przecież wiem że dasz radę, to pryszcz, musisz tylko wejść tam do butiku, zobaczysz babę, podchodzisz do niej na luzaku i pyk zrywasz jej zegarek.
Zawsze bym coś chapnął choć hajsu mam odłożone ale ciągle chcę więcej więc daję się prowadzić tam na bok, choć ta jego łapa na moich barkach coraz bardziej ciąży. No więc go pytam niby jak dokładnie mam to zrobić? A on zaczyna mi pokazywać na swoim rolku, jak złapać za kopertę, szarpnąć pod kątem, tak że nagły impuls siły zerwie ten wihajster mocujący pasek do koperty. Przymierzam się na jego zegarku, powtarzam tak jak mi pokazał ale nagle myślę sobie no do chuja nie jak Gotti w to nie wchodzi, nie ma bata, tak to mi przypucują wszystkie te akcje co je odjebałem. Puszczam rolka Jungle'a i mówię facet nie ma opcji, to już kurwa grubo przegięte, za dużo może się spierdolić, nie robię.
Odwracam się żeby nie widzieć jego twarzy, idę do Gottiego. Przez moment za sobą mam tylko ciszę ale zaraz wraca cały świat, nieustanny hałas i pęd. Podchodzę do Gottiego a on już wie że odmówiłem i twarz ma centralnie spokojną, spłynęło mu to czarne z oczu i mówi bez lipy, Snoopiacz, lepiej słuchać własnych instynktów a nie patrzeć się na twarz. Na twarz się nie patrz. Chuj cię boli co se facet pomyśli, nie musisz mu niczego udowadniać, ziom, typ już wie że umiesz. Odjebać ten numer to w chuj słaby pomysł, ziom, ja po prostu wiem że to się zesra.
Nawet nie wiem kiedy i już się rozchodzimy. Jungle mówi coś że zadzwoni, zbijamy żółwiki ze Zjawą i Tyrellem. Tyrell idzie na Cricklewood, Jungle i jego siostrzeniec odjeżdżają w porszaku a ja i Gotti spadamy z powrotem na South Kilburn. Mówię mu co sobie myślałem, że Jungle powinien po prostu kupić nowy wóz żebyśmy mogli znów wyjechać na akcję a tu wielkie kurwaco, przecież jak typ chce robić za bossa, organizować to wszystko to po chuj ściemnia jakby hajsu nie miał, jebać takie układy mówię. A Gotti tylko potakuje, no jo, no jo i chyba obaj już wiemy - choć żaden nie powie na głos - że skończyło się już chapanie dla Jungle'a, więcej nie będzie.
Szare chmury jak grube gąbki szorują skórę nieba, słońce ukrywa twarz przed miastem, kiedy mamy już blisko do South Kilburn. Odpalam Gottiemu połowę z tych siedmiu stów co wyciągnąłem z portfela, trochę humor mu się poprawia, typ mówi mi żebym wyjebał się z tej czarnej karty American Express, więc na Kilburn Lane kucam przy kratce burzowca i udaję że wrzucam tam plastik, ale kitram kartę w rękawie. Chcę mieć pamiątkę po dzisiejszym. Przecież nie namierzą nas po niej chyba że ją znajdą a takiej opcji nie przewiduję. Ciągniemy dalej w stronę South Kilburn między bloki żeby na kwadracie u Beema se trochę odsapnąć. Teraz możemy sobie kupić szufladę zioła, może dwie albo i więcej, porządnie się ujarać, wbić do metra na konkretnej bombie i wrócić do wschodniego Londynu. Jak tłumaczyłem Gottiemu dziś rano kiedy wybieraliśmy się na akcję, dla mnie to ważne, żebym jutro rano wstał wcześnie, kulturka, żebym się wyrobił na dziewiątą na wykład na uniwerku i nie spał w auli.