Pierwsze kroki na Zielonej Wyspie
- Otwieraj drzwi bombowe!
- Otwarte.
- W lewo... jeszcze w lewo... spokojnie, tak trzymaj!
W dole szaleje piekło pożarów. Bezustanne wybuchy zlewają się w jedną
całość, ziemia kipi, wre, gotuje się i pławi w oślepiającym, jaskrawym
ogniu. Smugi reflektorów tną niebo niczym ostrza sztyletów, krzyżują
się, czasem zbiegają się w stożku, w środku którego widnieje maleńka
czarna sylwetka bombowca.
- Bombs gone! - woła po angielsku bombardier i powtarza po polsku: -
Bomby poszły!
Nieprzeliczone paciorki różnokolorowych pocisków tryskają fontannami w górę, przeplatają się, tworzą malowniczy, piękny dla oka, lecz
śmiertelnie groźny deseń. Artyleria wroga bije silnie i - niestety -
celnie. Tuż po lewej stronie nagły błysk eksplozji. Trafili kolegę,
skurczybyki. Ponowna eksplozja w tym samym miejscu. Z tamtej maszyny już
nikt nie wyskoczy ze spadochronem.
- Trzymaj równo, robię zdjęcia.
- Widzisz przecież, że trzymam, do cholery.
- Uważajcie dokoła, chłopaki. Tu kręci się kilkaset naszych gratów!
Najpaskudniejsza część zadania. Pilot stara się uspokoić szarpiącą się w powietrznych wirach maszynę. Musi lecieć po linii prostej, bez żadnych
uników. Potrzebuje pół minuty, by wykonać zdjęcia zbombardowanego celu.
Ale to wystarczy, by Niemcy zdążyli dokładnie się namierzyć, a potem
przygrzać ze wszystkich luf. Kto będzie pierwszy?
- Jeszcze chwila, jeszcze... Gotowe, wiej do chałupy!
Ciężki bombowiec nurkuje niemal prostopadle. Stery twardnieją.
Niepokojąco wzrasta prędkość. Pilot wymyka się strugom pocisków, już
zaczynających bębnić po skrzydłach. Wellington wydostaje się z kleszczy
reflektorów.
- Kurs trzysta dziesięć. Trzy jeden zero - podaje nawigator.
- Mam trzysta dziesięć - odpowiada pilot.
Powrót do normalnego lotu. Bombowiec ciągnie do odległej bazy poprzez
atramentową czerń nocy. Z tyłu poza nim łuna nad zbombardowanym celem.
Do wybrzeża Francji i zbawczego kanału La Manche jeszcze dziesiątki
kilometrów. Załoga jest zmęczona, ale właśnie teraz trzeba wytężyć całą
uwagę. Właśnie teraz najbardziej zagrażają nocne myśliwce Luftwaffe.
Mijają długie minuty. Załoga milczy, nikt nie ma ochoty na zbędną
paplaninę. Czasem w dole błyska reflektor i zatacza świetlny krąg po
niebie. Daleko z lewej, na tle jaśniejszych od otoczenia chmur, widać
czarne obłoczki rozrywających się artyleryjskich pocisków. Pomiędzy
nimi, niewidoczna w ciemnościach, przemyka się jakaś maszyna RAF-u.
- Ale go obrabiają - współczuje nawigator.
Jeszcze dziesięć, jeszcze siedem, jeszcze tylko pięć minut do wybrzeża.
- Z tyłu z lewej myśliwiec na naszej wysokości! - krzyczy podniecony
tylny strzelec.
Pilot brutalnie rzuca maszynę w ostry, głęboki lewy zakręt. Siła
odśrodkowa wciska w siedzenia lub ściany płatowca. Rozlega się krótka
seria sprzężonych karabinów maszynowych. Pilot wyprowadza samolot z zakrętu, ale natychmiast po nowym ostrzeżeniu strzelca wprowadza go w następny unik. Bezustanny grzechot kaemów w tylnej wieżyczce. Wściekłe
uniki, utrata wysokości. Nierówna walka przeciąga się, Junkers ma
niewątpliwą przewagę prędkości, zwrotności i siły ognia. Doskonale widzi
światełka w rurach wydechowych silników Wellingtona, może celować niemal
bezbłędnie i gdyby nie doświadczenie pilota, gdyby nie nagłe zwroty i karkołomne uniki, walka dawno zakończyłaby się tragicznie.
Jeszcze jeden raptowny zakręt, długa seria z tylnej wieżyczki i triumfalny wrzask strzelca:
- Dostał! Dostał w silnik. Dymi...
A po chwili jeszcze głośniej i radośniej:
- Pali się! Idzie w dół. Zestrzeliłem skurczybyka!!!
Załoga jest podniecona i wiwatuje przez pokładowy telefon. Pilot ucisza
ich i instruuje:
- Spokój. Pilnujcie go i wytrzeszczajcie gały. Tam może być i drugi!
Nawigator zaznacza na mapie miejsce zestrzelenia. Raport u oficera
taktycznego musi być dokładny, a potwierdzenie zwycięstwa zapewne
nastąpi dopiero po nadejściu informacji z francuskiego ruchu oporu.
- Kurs trzysta piętnaście - koryguje nawigator.
- Jest trzysta piętnaście. Uwaga, widzę brzeg!
Wysokość osiem tysięcy metrów. Silniki pracują normalnie, wszystkie
wskaźniki na tablicy przyrządów w porządku. W dole, w pierwszej
zamglonej poświacie budzącego się dnia, widać żółte paski plaży i białawe grzywy załamujących się fal, a dalej ciemną jeszcze, lecz już
połyskliwą powierzchnię morza.
- Choroba, benzyny mało - rzuca pilot przez zęby.
- Nawigator podnosi głowę znad swego stolika.
- To przez tę walkę. Dam ci kurs do najbliższego lotniska.
Pilot zastanawia się przez chwilę i wreszcie potrząsa głową odmownie.
- Dociągnę do bazy. Wstyd lądować gdzieś u obcych. Wolę własne łóżko.
Urwiste wybrzeża południowej Anglii. Jest już zupełnie jasno i nawigacja
nie przysparza najmniejszych kłopotów. Dokoła widać powracające z wyprawy bombowce. Dwu - i czterosilnikowe. Wellingtony, Halifaxy,
Lancastery. Czasem ciągną za sobą strużkę ciemnego dymu, czasem lecą z jednym nieczynnym silnikiem. Postrzelane, podziurawione, okaleczone, ale
zwycięskie. W odwrotnym kierunku płyną wielkie, zwarte formacje
amerykańskich Latających Fortec, osłaniane przez roje myśliwców. Wielka
powietrzna ofensywa przeciw hitlerowskiej Rzeszy trwa. Atakują bez
przerwy. Brytyjczycy w nocy, Amerykanie w dzień.
Jest i własne lotnisko. Pilot prosi o pozwolenie lądowania. Otrzymuje je
i schodzi w dół. Szerokie okrążenie. Podwozie, klapy, zmiana skoku
śmigieł. Opony kół dotykają czarnego asfaltu pasa startowego. Bombowiec
zwalnia, kończy dobieg i powoli kołuje w stronę oczekujących mechaników.
Z ciemnego kadłuba, oznaczonego dużymi literami GR-C, wychodzi załoga.
Ciężkim, znużonym krokiem oddalają się od samolotu, zapalają papierosy,
głęboko się zaciągają. Podkrążone oczy, ledwo dostrzegalne drżenie
dłoni. Widomy ślad wielogodzinnego bojowego lotu.
- Ulgowy lot - rzuca pilot i wgniata obcasem lotniczego buta niedopałek.
- Mhm. Poszło całkiem gładko - zgadza się nawigator. - To już szesnasta
wyprawa.
- Przebrnęliśmy jakoś przez połowę tury1. Do końca niedaleko -
cieszy się bombardier.
- Ale szkopa ja zerżnąłem. Ja! - chwali się tylny strzelec.
Wsiadają do terenówki prowadzonej przez uśmiechniętą dziewczynę w lotniczym mundurze, jadą do biura oficera taktycznego. Do lądowania
podchodzą następne maszyny.
Jeszcze jedna wyprawa polskiego dywizjonu bombowego numer 301 dobiegła
końca.
Znana to była jednostka, ofiarna, zasłużona, nawet bohaterska. Niewiele
jednak o niej napisano, bo żaden z jej członków nie podejmował się
kronikarskich obowiązków, prawie żaden nie przejawiał uzdolnień lub
skłonności pamiętnikarskich, nie mówiąc już o literackich.
Tak się jakoś złożyło, że w naszej dosyć bogatej literaturze
pamiętnikarsko-wojennej, ukazującej losy lotników polskich rzuconych po
klęsce wrześniowej na Zachód, pierwsze skrzypce trzymali piloci
myśliwscy. Wystarczy choćby wymienić nazwiska Tadeusza Rolskiego,
Stanisława Skalskiego czy Wacława Króla. O myśliwcach pisał też Arkady
Fiedler, zafascynowany godnymi podziwu sukcesami garstki odważnych z dywizjonu 303 w bitwie o Wielką Brytanię. O lotnikach z dywizjonów
bombowych dziwnym zbiegiem okoliczności jakby zapominano. Ich trud i ofiarność utrwalił w literackim portrecie Janusz Meissner, sięgnęli do
nich pamięcią Zbigniew Neugebauer i Mieczysław Pawlikowski, ale na tym
koniec, cisza. A przecież warto powiedzieć o tych ludziach coś więcej,
nie szczędzili bowiem wysiłku, wykonując poważne zadania bojowe, nie
cofali się przed ryzykiem, ginęli i odnosili rany. Wielu z nich spłonęło
w roztrzaskanych maszynach, wielu na zawsze spoczęło w kanale La Manche
i Morzu Północnym, wielu po zestrzeleniu dostało się do niewoli... To
prawda, że podczas wojny, zwłaszcza w jej początkowym okresie, między
lotnikami myśliwskimi i bombowymi toczyły się spory i nawet zaciekłe
kłótnie, który rodzaj bojowego latania jest wartościowszy, kto lepiej
wypełnia swe obowiązki. Sam zresztą uczestniczyłem w tych "rozprawach",
trzymając stronę myśliwców. Pogodził nas po prostu czas. Z biegiem lat
wzajemna niechęć zanikła. Myśmy podziwiali ich, oni nas. Zwyciężył
zdrowy rozsądek, poczucie wspólnej więzi i szczerego koleżeństwa, bez
czego w ogóle trudno sobie wyobrazić bojową pracę personelu latającego.
Sięgając do tamtych lat, chciałbym wyrazić swe uznanie załogom bombowców
i właśnie im poświęcić ten skromny tomik. Wybrałem dywizjon 301, choć to
wcale nie oznacza, że pozostałe dywizjony w równym stopniu nie zasługują
na wyrazy pamięci.
Pisząc o lotnictwie bombowym, wypada zacząć od 25 października 1939
roku, kiedy odbyła się pierwsza anglo-francusko-polska konferencja w sprawie dalszego użycia personelu latającego i technicznego, który po
klęsce wrześniowej różnymi drogami dotarł do Francji jako sojuszniczego
kraju. Według memorandum wręczonego w tym samym dniu generałowi Józefowi
Zającowi, ówczesnemu dowódcy polskiego lotnictwa, przez brytyjskiego
generała Evilla, Wielka Brytania wyrażała zgodę na przyjęcie około 300
członków personelu latającego i około 2000 personelu technicznego.
W ten sposób polscy lotnicy zostali rozdzieleni - większość z nich
pozostała we Francji, kwaterując w bazie Lyon-Bron, reszta w składzie
2164 ludzi w grudniu 1939 roku i styczniu 1940 roku przerzucona została
do Anglii i rozlokowana w Eastchurch w hrabstwie Kent. Losy tych dwóch
grup potoczyły się od tej pory inaczej, aby po klęsce Francji i po
jeszcze jednej tułaczce tych, co nie chcieli kapitulować, połączyć się
we wspólnym nurcie dalszej walki aż do końca wojny.
Pierwsze dni pobytu na wyspie nie upływały w zachęcającej atmosferze.
Owszem, gospodarze zatroszczyli się o niezłe warunki zakwaterowania i wyżywienia, zachowywali się taktownie wobec swych nowych sojuszników,
ale nic nie wskazywało na to, żeby zamierzali ich szybko wykorzystać we
własnych lub zorganizowanych od nowa polskich dywizjonach bojowych. Czas
upływał na nauce języka angielskiego, różnych wykładach na tematy
lotnicze, rozgrywkach sportowych i - wspomnieniach. O lataniu bojowym,
ba, o jakimkolwiek lataniu początkowo w ogóle nie było mowy. Stawiane w tej sprawie pytania Brytyjczycy kwitowali ogólnikowymi obietnicami,
wzruszeniem ramion lub milczeniem, co nie napawało nadzieją
zniecierpliwionych lotników, którzy nie po to opuścili Francję, aby
podziwiać wyspiarski plener i zwyczaje flegmatycznych gospodarzy.
Polskie władze lotnicze domagały się utworzenia w Wielkiej Brytanii 2
dywizjonów myśliwskich i 2 dywizjonów bombowych, później zaś, w następnej fazie rozwoju sił powietrznych, dalszych 4 dywizjonów
myśliwskich i 4 bombowych. Podstawą tych zamierzeń były kalkulacje
oparte o własne zasoby kadrowe. Projekt ten został kategorycznie
odrzucony. Brytyjskie Ministerstwo Lotnictwa (Air Ministry) zgodziło
się, z wielkim zresztą ociąganiem, na utworzenie 2 dywizjonów bombowych.
O polskich dywizjonach myśliwskich nie próbowano nawet dyskutować.
Dowódca lotnictwa myśliwskiego RAF (Fighter Command), marszałek Sir Hugh
Dowding, zajmujący to eksponowane stanowisko od 1936 roku, stanowczo
sprzeciwiał się organizowaniu tego rodzaju jednostek, a nawet wcielaniu
obcokrajowców do dywizjonów brytyjskich. Jego zdaniem taki krok
podważyłby i osłabił zwartość i taktyczną sprawność Fighter Command,
które, przyznając obiektywnie. osiągnęło wysoki poziom i dysponowało
nowoczesnym zapleczem oraz sprężyście funkcjonującym systemem
dowodzenia. Dowding nie dopuszczał nawet myśli, że ci obcokrajowcy,
szczególnie Polacy, dzięki swemu doświadczeniu bojowemu i kwalifikacjom
mogą dorównać pilotom myśliwskim RAF, a nawet ich przewyższyć. Ten
pogląd ciążył na jego stosunku do Polaków od czasu, gdy wylądowali oni w Anglii i pierwsze próby przełamania stwarzanych przez niego barier nie
dawały żadnych poważniejszych rezultatów. Dopiero później, w okresie
bezpośredniego zagrożenia Wielkiej Brytanii, okazało się, że te
uprzedzenia były w istocie nieuzasadnione. Polscy piloci myśliwscy - i ci z dywizjonów brytyjskich, i ci z 303 oraz 302 - udowodnili ponad
wszelką wątpliwość, jaką reprezentują klasę i co potrafią, dysponując
nowoczesnym sprzętem. Dowding zmuszony był przyznać się do pomyłki. Od
tej pory jego obawy i zastrzeżenia poszły w kąt - Polacy stali się
cenionym partnerem w prowadzonych walkach.
"Odkryliśmy tych ludzi" - pisała, nie szczędząc pochwał, brytyjska
prasa. Nastąpiło to jednak później. W pierwszych tygodniach 1940 roku
ciągle trwały jeszcze dyskusje i na rychły postęp w organizowaniu
polskich jednostek, nikt nie liczył.
14 marca 1940 roku, na lotnisku Hucknall w hrabstwie Nottingham,
powstała polska jednostka treningowa, przynależna do 18 Jednostki
Szkolenia Bojowego przy 6 Grupie Bombowej RAF. Zadaniem jej było
przeszkolenie załóg na sprzęcie brytyjskim. Załogi te wytypowane zostały
do formujących się polskich dywizjonów bombowych.
1 kwietnia 1940 roku przybyła do Hucknall, będącego właściwie fabrycznym
lotniskiem zakładów Rolls-Royce'a, pierwsza grupa polskich lotników: 23
oficerów, 14 podoficerów, oficer techniczny i oficer administracyjny.
Utworzono 3 dywizjony: "A" i "B" dla personelu latającego oraz "D" dla
mechaników. W dwa tygodnie później rozpoczęto trening na 31
przydzielonych jednostce samolotach Fairey Battle. Przeszkolenie
personelu odbyło się w takim tempie, że zdumieni wyspiarze nie mogli się
wprost nadziwić. Jakim cudem ci obcokrajowcy, przybyli gdzieś z centralnej czy wschodniej Europy, a kto wie, czy nie z którejś z rozlicznych kolonii brytyjskich, potrafili tak znakomicie opanować
powietrzne rzemiosło?! Bojowe przeszkolenie normalnego pilota
angielskiego, szkockiego, walijskiego czy irlandzkiego trwało przecież
dwa razy dłużej. Dziwne!
Na skutek doskonałych wyników w szkoleniu w połowie czerwca 1940 roku
jednostkę przeniesiono na duże lotnisko RAF w Bramcote w północno-wschodniej Anglii i przemieniono ją na 18 Bombową Jednostkę
Szkolenia Bojowego (No 18 Bomber Operational Training Unit).
Tymczasem wojenne wydarzenia w Europie rozwijały się w błyskawicznym i tragicznym dla aliantów tempie. Imperium francuskie, z rzekomo
najpotężniejszą lądową armią świata, rozleciało się na kawałki, sędziwy
marszałek Philippe Pétain, rozsławiony w czasie pierwszej wojny
światowej obroną Verdun, ukorzył się przed Führerem "Tysiącletniej
Rzeszy" i poprosił o zawieszenie broni. Na rozkaz generała Władysława
Sikorskiego poczęły różnymi drogami ciągnąć na Wyspy Brytyjskie polskie
oddziały wszelkich rodzajów broni, oczywiście, również i lotnicy.
Premier brytyjski, Winston Churchill, wygłosił w Izbie Gmin pamiętne
przemówienie: "Będziemy bronić naszej wyspy za wszelką cenę; będziemy
walczyć na plażach, będziemy walczyć na lądowiskach, będziemy walczyć na
polach i ulicach, będziemy walczyć w górach. Nie poddamy się nigdy".
W Wielkiej Brytanii lada tydzień spodziewano się hitlerowskiej inwazji.
Po dramatycznej ewakuacji korpusu ekspedycyjnego (British Expeditionary
Corps) z Dunkierki, kiedy to bezpowrotnie stracono cały sprzęt i uzbrojenie, na Wyspach Brytyjskich znajdowały się w istocie zalążki
regularnych, w pełni wyposażonych wojsk. Pospieszna mobilizacja
żołnierzy do oddziałów i związków lądowych nie ratowała sytuacji. Tych
ludzi trzeba było najpierw wyszkolić, a na to brakowało czasu. Brakowało
też ciężkiej broni, zwłaszcza czołgów i armat przeciwpancernych. Cała
nadzieja wyspiarzy opierała się na potężnej Marynarce Wojennej (Royal
Navy), a przede wszystkim na lotnictwie (Royal Air Force) z tej prostej
przyczyny, że bez zdobycia przewagi i panowania w powietrzu Niemcy nie
byliby w stanie sforsować kanału i wysadzić desantu na wybrzeżu
angielskim.
Lotnictwo brytyjskie, choć sprawne i stojące na wysokim poziomie
organizacyjno-technicznym, było stanowczo za słabe liczebnie w porównaniu z hitlerowską Luftwaffe. Brakowało odpowiednich samolotów, a co ważniejsze - rozpaczliwie odczuwano brak wyszkolonych pilotów,
zwłaszcza myśliwskich. Dowództwo RAF poczęło czynić dramatyczne wysiłki,
aby jak najszybciej zmienić ten stan rzeczy. O ile postawiony na nogi
przemysł zaczął się wywiązywać z powierzonych mu pilnych zadań i tempo
seryjnej produkcji samolotów wzrastało z każdym tygodniem, o tyle
szkolenie i trening posuwały się znacznie wolniej. Pilotaż nie jest
łatwy, zwłaszcza w warunkach bojowych. Nie każdy z adeptów sztuki
latania w jednakowym czasie zdoła opanować to, czego wymaga od niego
instruktor. Nic więc dziwnego, że mimo wytężonej pracy w ośrodkach
szkoleniowych jej wyniki pozostawiały wiele do życzenia. Czasu nie można
po prostu przeskoczyć, nie można go też ignorować. Brytyjczycy zdawali
sobie z tego sprawę i z coraz większym niepokojem oczekiwali na mające
nastąpić wydarzenia.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki