Burza
To miała być spokojna noc. Agnes jechała właśnie ukochanym mini cooperem
w kolorze morskiej bryzy (tak go opisano w katalogu) i cieszyła się na
samotny wieczór w towarzystwie butelki dobrego wina oraz Netflixa.
Czasem takie wieczory są absolutnie niezbędne. Zwłaszcza kiedy w bagażniku leżą nowe buty od Prady, które wprawdzie kosztowały znacznie
więcej, niż Agnes mogła wydać, ale czego się nie robi dla Prady. Marzyła
o tym, żeby je założyć jeszcze dzisiaj, a potem położyć się w nich na
kanapie, wypić lampkę wina i cieszyć się życiem. Tak po prostu.
Dochodziła dziewiętnasta i było już ciemno, jak to w listopadzie. Nie
znosiła tej pory roku, wszystko wydawało jej się bure i mokre. Dobrze
chociaż, że galerie handlowe powoli zaczynały błyszczeć
bożonarodzeniowymi ozdobami i chętnie przypominały, że chociaż za oknem
jest szaro i ponuro, to jednak w ich wnętrzach człowiek ciągle jeszcze
może poczuć się jak w raju. Tym bardziej kiedy skusi się na granatową
puchówkę od DKNY i twarzową różową czapeczkę Diora.
Agnes skusiła się tylko na to drugie, ale wyłącznie dlatego, że
wcześniej kupiła już czarne szpilki Prady. Zawsze o takich marzyła.
Klasyczne, błyszczące i zadziwiająco wygodne. Mogłaby w nich nawet
prowadzić samochód. I kiedy zastanawiała się, czy nie powinna tego
zrobić właśnie teraz, usłyszała pierwsze uderzenie pioruna. W zasadzie
był to grzmot i to tak potężny, że aż krzyknęła. Chwilę później
rozpętało się prawdziwe piekło. Ulewa, wichura i przecinające niebo
błyskawice. Wiatr rozrzucał po drodze gałęzie, zupełnie jakby to były
zapałki, a deszcz padał tak intensywnie, że na nic nie zdała się praca
wycieraczek.
- Do diabła, nie dam rady jechać dalej - mruknęła do siebie Agnes,
wyłączyła silnik i sięgnęła po komórkę. Trudno, zadzwoni po pomoc
drogową albo chociaż taksówkę. Nie będzie ryzykować życiem.
Telefon co prawda rozświetlił się krzepiąco, ale zdecydowanie nie
reagował na żadne inne polecenia.
- Nie ma sieci? - zdumiała się Agnes. - Jeszcze tego brakowało.
Przetarła ręką okno, które oczywiście zdążyło zaparować. Poprzez strugi
deszczu niczego nie dało się dostrzec. Może w oddali widziała jakiś
drogowskaz, ale nie była pewna. Włączyła silnik i bardzo powoli
podjechała w to miejsce. Na białej tablicy namalowano coś na kształt
zamku i opatrzono strzałką nakazującą skręt w lewo.
- Gdzie ja, do cholery, jestem? - jęknęła. Jeździła tędy tysiące razy i nigdy nie widziała żadnego drogowskazu. Nie miała też pojęcia, że
znajduje się tu jakakolwiek historyczna budowla. Ale przecież nie mogła
zabłądzić. Znała tę drogę doskonale. Mało znany skrót prowadzący z Monachium do miejscowości, w której mieszkała. Z dala od głośnej
dwupasmówki, biegnący przez dwie niewielkie wioski i pola. Prawie nigdy
nie natknęła się tu na samochód, nie wspominając już o ludziach. Lubiła
ten skrót, bo nie musiała stać w korkach i kląć na innych kierowców. Do
pracy w Monachium jechała niecałe pół godziny, często krócej niż z jednego końca miasta na drugi. Żeby dostać się do centrum, potrzebowała
jakichś czterdziestu minut. Miejscowość, w której mieszkała, była czymś
w rodzaju sypialni stolicy Bawarii: zadbana, kolorowa, z uroczymi
domami. Idealne miejsce do życia.
Kiedy kolejna błyskawica przecięła niebo, Agnes uznała, że nie będzie
się dłużej nad tym zastanawiać, tylko zrobi wszystko, żeby dostać się w to nieznane jej dotąd miejsce i poszukać tam schronienia. Za żadne
skarby nie odważy się teraz jechać do domu, bo droga jest tak śliska i pełna błota, że chyba tylko samobójca albo głupiec ruszyłby nią dalej.
Wzięła głęboki oddech i bardzo powoli skręciła. Jechała z duszą na
ramieniu, by w końcu poprzez zacinające strugi deszczu dostrzec mury
jakichś zabudowań. Odetchnęła z ulgą. Budowla przed nią faktycznie
wyglądała na pałac. Nie, raczej zamek - na dodatek chyba z czymś w rodzaju wieżyczki.
Światło nad potężnymi drzwiami dawało nadzieję, że ktoś w nim jest i wpuści ją do środka. Zaparkowała pod samymi schodami, wyskoczyła z samochodu i natychmiast wbiegła po nich. Burza chyba się nasilała, w sekundę jej ubranie przemokło na wylot. Nacisnęła dzwonek, a potem
jeszcze załomotała pięściami. Lepiące się do jej ciała mokre ubranie i kolejny huk pioruna sprawiły, że pragnęła tylko jednego: żeby ktoś jej
otworzył.
- Halo! Jest tam kto? Hal... - głos zamarł jej w gardle, bo ogromne
drewniane drzwi stanęły przed nią otworem znacznie szybciej, niż się
tego spodziewała.
- Trochę spóźniona, ale rozumiem, że to przez pogodę - odezwał się do
niej niski, męski głos.
Spóźniona? Agnes nie miała pojęcia, o czym mówił ten człowiek, ale
uznała, że wyjaśni to nieco później. Teraz chciała po prostu wejść jak
najszybciej do środka i może nawet się przebrać w cokolwiek suchego albo
przynajmniej wypić coś ciepłego. Boże, jak dobrze, że ktoś tu był!
- Strasznie leje - powiedziała tylko i zrobiła krok do przodu.
Drzwi otworzyły się jeszcze szerzej, a stojący przed nią mężczyzna podał
jej ciepłą i przyjemną w dotyku rękę.
- Dzięki - uśmiechnęła się i spojrzała na niego. Była przemoczona,
wystraszona i speszona. Ale wiedziała jedno: stał przed nią facet jej
marzeń. Z wrażenia otworzyła usta i tak stała, gapiąc się na niego bez
żadnego zażenowania.
On również na nią patrzył, a na jego ustach błąkał się tajemniczy
uśmiech.
Agnes przełknęła ślinę. To było tak nieprawdopodobne, że aż chciała się
uszczypnąć. Wysoki, pięknie zbudowany blondyn o niebieskich - nie, nie
niebieskich, raczej błękitnych oczach. Jak u psa husky. Z ostro
zarysowaną szczęką, kształtnym nosem i dwudniowym zarostem, który
idealnie pasował do lekko rozwichrzonej fryzury. Ubrany w czarne spodnie
i niedbale rozpiętą białą koszulę, pachniał czymś, co znała i lubiła.
Agnes od razu rozpoznała Patchouli Impérial Diora. Ten zapach kojarzył
się jej z męską siłą i idealnie pasował do właściciela. I pewnie to z jego powodu tak intensywnie zareagowała na obcego mężczyznę. Teraz
przyglądał się jej badawczo. Podążyła za jego spojrzeniem, które
przylgnęło do jej mokrych, sterczących buńczucznie sutków. Lekka tkanina
bluzki sprawiła, że teraz stała przed tym obcym człowiekiem z niemal
nagimi piersiami. Odruchowo zakryła się rękami.
- Naleję ci wody do wanny.
To prawda, marzyła o tym. Ale ta propozycja była jednak dziwna. Ktoś
wpuszcza do domu obcą osobę i bez słowa wyjaśnienia proponuje jej
kąpiel? Cóż. Przynajmniej jej nie wyrzucił z powrotem na deszcz...
- Taak, jasne, chętnie - wykrztusiła niepewnie.
Zamek, on przystojniejszy od księcia i kąpiel. A jeśli zaprosi ją na
bal? Mimo całej niezręczności tej sytuacji myśl ta ją rozbawiła. Musiała
się mimowolnie uśmiechnąć, bo przystojniak odwzajemnił uśmiech.
- Przy okazji - mam na imię Noah - powiedział, a potem wskazał ręką
schody. - A łazienka jest na piętrze.
Agnes w końcu rozejrzała się wkoło. To jednak nie był zwykły dom. Sam
hol sprawiał wrażenie tak gigantycznego, że jego wyłożone wiekową
drewnianą boazerią ściany właściwie majaczyły w oddali. Nad jej głową
wisiał olbrzymi kryształowy żyrandol. Przez szerokie marmurowe schody
biegł czerwony jak krew chodnik. Nie miała pojęcia, że ludzie ciągle tak
mieszkają. Chyba że w filmach. Jej stopy, w butach równie mokrych od
deszczu jak reszta garderoby, zapadły się w luksusową miękkość tego
chodnika. Wszystko wokół niej było luksusowe. I monumentalne. Zupełnie
jakby trafiła do innej epoki.
Sama łazienka zachwycała chyba nawet bardziej niż spektakularny hol. Na
jej widok Agnes po prostu jęknęła. Biały, oczywiście wyłożony marmurem
pokój kąpielowy miał z pięćdziesiąt metrów. Pośrodku stała gigantyczna
wanna na lwich łapach. We wnętrzu ustawiono kilka eleganckich mebli.
Niemal na każdej ścianie wisiało lustro, w którym odbijało się burzowe
niebo. Łukowe, sięgające od sufitu do podłogi okna ze szprosami
pasowałyby do sali balowej. Nawet wazon z białymi liliami był
ponadprzeciętnych rozmiarów. Trzeba przyznać, że kwiaty idealnie tu
pasowały.
- Pięknie - Agnes odwróciła się w stronę Noah i posłała mu zachwycony
uśmiech. - Dziękuję, że mogę przeczekać burzę - dodała jeszcze.
Facet tylko skinął głową, a potem nieoczekiwanie usiadł w białym fotelu,
który stał niedaleko wanny. Agnes zmarszczyła brwi i zerknęła w jego
stronę nieco zdezorientowana.
- Naprawdę mogę się wykąpać? - spytała na wszelki wypadek.
Noah powoli skinął głową.
- A pan?
- Ja się już kąpałem - roześmiał się. - I, proszę, mów do mnie po
imieniu.
Agnes zaczerwieniła się.
- Chodziło mi raczej o to, że pan... że ty nie wychodzisz... Potrzebuję
góra pół godziny dla siebie.
Noah zmrużył oczy.
- Będę patrzył.
Dziewczyna wbiła w niego zdumione spojrzenie.
- Patrzył?
- A dlaczego nie? Mamy dla siebie tylko tę noc, więc chyba dobrze byłoby
nie marnować czasu.
Jezu, o czym on mówi?! Kto powiedział, że ona zostanie tu na noc?! Po
prostu przeczeka burzę i zabierze się do domu!
- Zazwyczaj kąpię się sama - zaznaczyła dobitnie. Ale Noah najwyraźniej
rzeczywiście nie zamierzał wyjść. Zaczęło się jej to wydawać coraz
bardziej niepokojące. A co, jeśli wpakowała się do domu czy raczej
pałacu psychopaty? To, że ktoś mieszka wśród marmurów, antyków i złotych
żyrandoli nie znaczy jeszcze, że nie może być świrem. I co, jeśli coś,
co miało być najwyżej komiczne, stanie się makabryczne?
- Chciałbym popatrzeć - jego ton stał się nieco bardziej miękki, a on
sam popatrzył na nią z uśmiechem szaleńczo seksownego mężczyzny, a nie
niebezpiecznego zboczeńca. Tak naprawdę wyglądał jak książę z bajki i to
było w tym wszystkim najbardziej podejrzane.
- Ale rozumiesz, że twoje życzenie jest dziwne? - zapytała wciąż
zaskakująco spokojnym tonem. Powinna być przerażona. Dlaczego nie była?
- Dziwne? - uśmiechnął się Noah. - Po prostu lubię patrzeć na piękne
kobiety.
- Ale my się nie znamy.
- Oczywiście, że nie - tym razem aż wybuchnął śmiechem. - Nie
przyjechałaś tu jednak po to, żeby zagrać ze mną w domino, prawda?
Nie wiedziała, co odpowiedzieć. W ogóle nie planowała tu przyjeżdżać, to
był po prostu zbieg okoliczności. Gdyby nie burza i pioruny, od których
niemal ogłuchła, pewnie byłaby już w domu. I może paradowała przed
lustrem w tych nowych szpilkach od Prady.
Noah przyglądał jej się w milczeniu, a na jego ustach błąkał się trochę
zachęcający, a trochę szelmowski uśmiech. Nie, jednak nie wyglądał na
wariata. Na mordercę chyba też nie. Problem z tymi ostatnimi polegał
jednak na tym, że oni nigdy nie wyglądali podejrzanie. Czytała ostatnio
reportaż o pewnym seryjnym zabójcy. Świadkowie twierdzili, że wszystkie
ofiary zgodnie mówiły o anielskiej twarzy i cichym, melodyjnym głosie
oprawcy. Pewnie dlatego nie dało się go przez lata namierzyć.
Agnes raz jeszcze spojrzała na Noah. Coś nagle kazało jej zaprzestać
protestów. Stojąc w zbyt dużej łazience i patrząc na najpiękniejszego
mężczyznę, jakiego kiedykolwiek spotkała, i widząc w lustrze swoje
właściwie półnagie odbicie i przylegające do głowy nieszczęśliwie mokre
włosy, poczuła, że albo wejdzie w tę dziwną grę, albo natychmiast musi
uciec. I właśnie kiedy ta myśl przemknęła jej przez głowę, za oknem
grzmotnęło tak donośnie, że ze strachu tylko zamknęła oczy.
Nie ma mowy.
Nigdzie się stąd nie ruszy. W przeciwnym razie zginie przywalona jakimś
drzewem lub porażona piorunem. To już chyba lepiej wykąpać się w obecności obcego faceta. Poza tym było w tej propozycji coś niegrzecznie
erotycznego. Emocje. Niepewność. Seksualne napięcie. Szkoda tylko, że
nie może wysłać esemesa do przyjaciółki, żeby poinformować ją, gdzie
jest. A co, jeśli zginie tu od ciosu antycznym kandelabrem i nikt nigdy
jej nie odnajdzie?
Chyba przesadziłaś, pomyślała.
Noah tymczasem oparł lewą stopę o prawe kolano i podparł policzek
dłonią. Nadal patrzył na nią w całkowitym milczeniu, przy
akompaniamencie bębniącej ulewy. Zachowywał się spokojnie, niemal
leniwie.
Niech będzie. W końcu lubiła gry.
Agnes odwróciła się do niego tyłem, podeszła do wanny i odkręciła kurek
z wodą. Sięgnęła po płyn w białej butelce i powąchała go. Pachniał
konwalią. Nalała go do wanny, a potem powoli zaczęła się rozbierać.
Odkleiła od siebie mokre ubranie i stanęła przed Noah w czarnym staniku
i koronkowych stringach. Pogratulowała sobie w myślach słabości do
drogiej bielizny. Zdecydowanie lepiej było pokazać się w czymś od La
Perli niż w bawełnianych majtkach z sieciówki. Kiedy wanna była do
połowy pełna, Agnes rozebrała się do naga i weszła do pachnącej kwiatami
wody. Zanurzyła się, oparła głowę o białą poduszkę i przymknęła oczy.
Było jej błogo, ciepło i po prostu dobrze. Przygryzła wargę. Zupełnie
nie rozumiała dlaczego, ale czuła narastające podniecenie. Podobało jej
się, że Noah na nią patrzy, i podobał jej się jego trochę przyspieszony
oddech. Wiedziała, że przyglądał jej się z satysfakcją. W sumie nic
dziwnego. Miała wysportowane i starannie wydepilowane ciało oraz jędrne,
choć nieduże piersi. Zgrabne, krągłe pośladki. Była szczupła, ale z całą
pewnością nie zaliczała się do chudzielców. Wręcz przeciwnie. Miała dość
szerokie biodra i umięśnione uda. Doskonale zdawała sobie sprawę, że
jest seksowna. Była w końcu ulubioną nauczycielką wszystkich ojców
dzieci z prywatnego przedszkola, w którym pracowała. To z nią
najchętniej rozmawiali tatusiowie. A dwóch z nich robiło nawet coś
więcej...
Agnes lekko uniosła powieki i zerknęła na Noah.
Siedział bez ruchu, nie odrywając jednak od niej wzroku.
Uniosła się do pozycji siedzącej i zaczęła masować gąbką piersi. Sutki
stwardniały jej niemal natychmiast, a ona poczuła rozlewające się po
ciele przyjemne ciepło. Coraz bardziej podobała jej się ta zabawa, nawet
jeśli nie do końca ją rozumiała. Wstała i, ociekając pianą, odwróciła
się w stronę siedzącego w fotelu mężczyzny. Rozchyliła nogi tak, by mógł
zobaczyć cipkę, i zaczęła ją delikatnie pocierać gąbką. Zamknęła oczy i podkręciła tempo. Czuła, jak łechtaczka robi się coraz większa i erotycznie pulsuje. Dotknęła prawą ręką sutka i oblizała usta.
Noah również oddychał coraz szybciej, chociaż nie zmienił pozycji.
Wiedziała jednak, że jest podniecony nie mniej od niej. Poruszyła
jeszcze kilka razy ręką, coraz mocniej dotykając łechtaczki gąbką, aż w końcu eksplodowała, wydając z siebie głośny krzyk. A potem po prostu
usiadła w wannie i dokończyła pielęgnacji reszty ciała. Chciało jej się
śmiać. Jeszcze nigdy nie zrobiła niczego podobnego. No, ale facet
przynajmniej dostał, czego chciał.
- Będę czekał na ciebie w jadalni z kolacją - głos Noah wydawał się
nieco niższy niż wcześniej. Wstał i wyszedł z łazienki.
Agnes spojrzała za nim przeciągle. Na pikowanym okrągłym pufie leżał
cudownie miękki szlafrok. Szczelnie się nim owinęła. To była najbardziej
zaskakująca burza w jej życiu. A co najważniejsze - wciąż się nie
skończyła.
Baron
Noah von Rechtofen tak naprawdę nie miał szczęścia do kobiet. A wszystko
dlatego, że po pierwsze - był baronem, a po drugie - spadkobiercą
gigantycznej fortuny. Początkowo wydawało mu się, że bogactwo jest czymś
naturalnym, w końcu jego rodzina otaczała się wyłącznie majętnymi
ludźmi. Z równą swobodą płacili kilkaset euro na butelkę szampana i kilkanaście milionów za kolejną nieruchomość czy prywatny samolot.
Noah był prawnukiem Alberta von Rechtofena, pruskiego arystokraty, który
w czasie pierwszej wojny światowej zasłynął jako wybitny lotnik i strzelec. Na wszystkich przyjęciach rodzinnych mówiono o nim z dumą.
Albert poślubił niejaką Klarę, równie wysoko urodzoną jak on. Klara
miała dodatkowo wybitną smykałkę do interesów, którą odziedziczyła po
ojcu. Po wojnie Albert i Klara zajęli się wykupywaniem starych mebli i obrazów, wśród których znalazły się prawdziwe skarby. To na nich zbili
majątek, z sukcesem pomnożony przez kolejne pokolenie - ich syna,
niebywale przystojnego, choć legendarnie niewiernego Heinricha i jego
żonę Ursulę. Kolejna wojna zubożyła oczywiście von Rechtofenów, ale nie
na tyle, by w kolejnych latach nie dało się odbudować potęgi finansowej
rodziny. W dniu ślubu całość miał otrzymać Noah, który był oczkiem w głowie swojej babki Ursuli. Zwłaszcza że w tragicznym wypadku
samochodowym zmarli jego rodzice. Doświadczona przez zdrady męża Ursula
całą miłość przelała na wnuka. Noah odziedziczył rodzinną posiadłość, a babka go odwiedzała. Jej willa mieściła się zaledwie kilkanaście
kilometrów dalej, na obrzeżach Monachium. Dzięki temu mogła mieć oko na
wnuka i wpadać do niego zawsze, gdy miała na to ochotę. Jednym z jej
ulubionych tematów było naciskanie na młodego barona von Rechtofena, by
wreszcie pomyślał o małżeństwie.
- Chciałabym jeszcze doczekać prawnuka - zwykła dodawać na koniec
kolejnej tyrady.
Noah tylko się uśmiechał.
Był przekonany, że babcia nie zestarzeje się nigdy. Ursula von Rechotfen
w niczym nie przypominała klasycznej babki. Była tak pełna życia i energii, że mogłaby nimi obdarzyć pół Bawarii. Od jakiegoś czasu kwitła,
zaczęła nosić rozpuszczone włosy i ciągle się uśmiechała. Noah
przypisywał to obecności jakiegoś mężczyzny, ale babka za każdym razem
stanowczo zaprzeczała. Bardzo chciałby spełnić jej prośbę, niestety, nie
spotkał dotąd żadnej kobiety, która mogłaby zostać jego żoną. Kolejne
partnerki tylko go nudziły, no i zdecydowanie zbyt szybko okazywały się
zwykłymi łowczyniami posagu, które skutecznie udawały miłość i były
gotowe zrobić wszystko, byle Noah wcisnął im na palec pierścionek
zaręczynowy. Najlepiej z diamentem wielkości dojrzałej śliwki. Jedna z nich nawet celowo podrzuciła mu najnowszy katalog Cartiera, a potem
zaczęła go przeglądać, wzdychając przy tym znacząco. Od razu przeszła mu
ochota na cokolwiek.
Na prawo i lewo opowiadał, że absolutnie nie ciągnie go do ołtarza.
- Jestem młody, bogaty, wolny i - niech będzie - rozkapryszony. Nie
zależy mi na tym, żeby zostać czyimś mężem i w krótkim czasie skupić się
wyłącznie na pielęgnowaniu domowego ogniska. Doskonale wiem, że
małżeństwo zabija wszelką spontaniczność. Koniec z ekstremalnymi
sportami, przejażdżką motorem po Toskanii czy nurkowaniem na Malediwach.
Prędzej czy później stanę się nudnym panem, który w ciepłych bamboszach
(nawet jeśli od Gucciego) będzie się snuł po domu wyizolowany i nieszczęśliwy - wyjaśniał dalszym i bliższym znajomym, którzy marzyli,
by się ustatkować. Ale czy to znaczyło, że on musiał do nich dołączyć?
Noah postanowił nie szukać na siłę ani miłości, ani żony. Kiedy chciał
się dobrze zabawić albo potrzebował towarzystwa, zamawiał kobiety jak z katalogu. Znajomy podsunął mu adres wyjątkowo luksusowej agencji call
girls, w której pracowały dziewczęta piękne, seksowne i... uczciwe.
Pojawiały się u niego w celach zarobkowych i nie oczekiwały oświadczyn,
tylko ustalonej stawki. Doskonale odgrywały swoje role. Potrafiły
świetnie udawać orgazmy. Czasem wynikały z tego zabawne historie, jak
wtedy, kiedy niejaka Angie zaczęła namiętnie krzyczeć, chociaż Noah
nawet jej nie dotknął. Był wtedy w łazience, a do sypialni zakradł się
ukochany kot babci (czasem zostawiała go z wnukiem) - puszysty siberian,
który umościł się w nogach drzemiącej Angie. Jak przystało na rasową
call girl, zaczęła natychmiast jęczeć i wzdychać, myśląc, że to Noah
ją pieści, a następnie eksplodowała szybkim orgazmem. To było całkiem
udane widowisko, nagrodził ją więc dodatkowym tysiącem euro. Noah nie
pamiętał już bowiem, kiedy ostatni raz tak dobrze się bawił. Dwa razy
odwiedziła go Caro i to był wyjątek, zazwyczaj bowiem nie zamawiał
dwukrotnie tej samej dziewczyny. Nie chciał się przyzwyczajać i nie
chciał również, żeby przyzwyczajały się one. Ale Caro była jak rasowa
klacz - nie mógł sobie odmówić przyjemności spotkania jej ponownie.
Miała ponad metr osiemdziesiąt wzrostu, była smukła i posiadała
najdłuższe nogi, jakie kiedykolwiek widział. Do tego cudowne piersi.
Potrafiła kręcić pupą jak żadna inna - trochę zalotnie, ale wciąż
elegancko. W seksie wydawała mu się nieco zbyt aktorska, zupełnie jakby
zwracała uwagę na każdą pozycję i dźwięk, który z siebie wydawała, ale
uznał, że to wcale nie przeszkadza.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki