Trzynaście godzin - Bibi von Braut

Kup ebooka

26.99 zł
22.71 zł (22,41 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Burza

To miała być spo­kojna noc. Agnes jechała wła­śnie uko­cha­nym mini coope­rem w kolo­rze mor­skiej bryzy (tak go opi­sano w kata­logu) i cie­szyła się na samotny wie­czór w towa­rzy­stwie butelki dobrego wina oraz Net­flixa. Cza­sem takie wie­czory są abso­lut­nie nie­zbędne. Zwłasz­cza kiedy w bagaż­niku leżą nowe buty od Prady, które wpraw­dzie kosz­to­wały znacz­nie wię­cej, niż Agnes mogła wydać, ale czego się nie robi dla Prady. Marzyła o tym, żeby je zało­żyć jesz­cze dzi­siaj, a potem poło­żyć się w nich na kana­pie, wypić lampkę wina i cie­szyć się życiem. Tak po pro­stu.

Docho­dziła dzie­więt­na­sta i było już ciemno, jak to w listo­pa­dzie. Nie zno­siła tej pory roku, wszystko wyda­wało jej się bure i mokre. Dobrze cho­ciaż, że gale­rie han­dlowe powoli zaczy­nały błysz­czeć bożo­na­ro­dze­nio­wymi ozdo­bami i chęt­nie przy­po­mi­nały, że cho­ciaż za oknem jest szaro i ponuro, to jed­nak w ich wnę­trzach czło­wiek cią­gle jesz­cze może poczuć się jak w raju. Tym bar­dziej kiedy skusi się na gra­na­tową puchówkę od DKNY i twa­rzową różową cza­peczkę Diora.

Agnes sku­siła się tylko na to dru­gie, ale wyłącz­nie dla­tego, że wcze­śniej kupiła już czarne szpilki Prady. Zawsze o takich marzyła. Kla­syczne, błysz­czące i zadzi­wia­jąco wygodne. Mogłaby w nich nawet pro­wa­dzić samo­chód. I kiedy zasta­na­wiała się, czy nie powinna tego zro­bić wła­śnie teraz, usły­szała pierw­sze ude­rze­nie pio­runa. W zasa­dzie był to grzmot i to tak potężny, że aż krzyk­nęła. Chwilę póź­niej roz­pę­tało się praw­dziwe pie­kło. Ulewa, wichura i prze­ci­na­jące niebo bły­ska­wice. Wiatr roz­rzu­cał po dro­dze gałę­zie, zupeł­nie jakby to były zapałki, a deszcz padał tak inten­syw­nie, że na nic nie zdała się praca wycie­ra­czek.

- Do dia­bła, nie dam rady jechać dalej - mruk­nęła do sie­bie Agnes, wyłą­czyła sil­nik i się­gnęła po komórkę. Trudno, zadzwoni po pomoc dro­gową albo cho­ciaż tak­sówkę. Nie będzie ryzy­ko­wać życiem.

Tele­fon co prawda roz­świe­tlił się krze­piąco, ale zde­cy­do­wa­nie nie reago­wał na żadne inne pole­ce­nia.

- Nie ma sieci? - zdu­miała się Agnes. - Jesz­cze tego bra­ko­wało.

Prze­tarła ręką okno, które oczy­wi­ście zdą­żyło zapa­ro­wać. Poprzez strugi desz­czu niczego nie dało się dostrzec. Może w oddali widziała jakiś dro­go­wskaz, ale nie była pewna. Włą­czyła sil­nik i bar­dzo powoli pod­je­chała w to miej­sce. Na bia­łej tablicy nama­lo­wano coś na kształt zamku i opa­trzono strzałką naka­zu­jącą skręt w lewo.

- Gdzie ja, do cho­lery, jestem? - jęk­nęła. Jeź­dziła tędy tysiące razy i ni­gdy nie widziała żad­nego dro­go­wskazu. Nie miała też poję­cia, że znaj­duje się tu jaka­kol­wiek histo­ryczna budowla. Ale prze­cież nie mogła zabłą­dzić. Znała tę drogę dosko­nale. Mało znany skrót pro­wa­dzący z Mona­chium do miej­sco­wo­ści, w któ­rej miesz­kała. Z dala od gło­śnej dwu­pa­smówki, bie­gnący przez dwie nie­wiel­kie wio­ski i pola. Pra­wie ni­gdy nie natknęła się tu na samo­chód, nie wspo­mi­na­jąc już o ludziach. Lubiła ten skrót, bo nie musiała stać w kor­kach i kląć na innych kie­row­ców. Do pracy w Mona­chium jechała nie­całe pół godziny, czę­sto kró­cej niż z jed­nego końca mia­sta na drugi. Żeby dostać się do cen­trum, potrze­bo­wała jakichś czter­dzie­stu minut. Miej­sco­wość, w któ­rej miesz­kała, była czymś w rodzaju sypialni sto­licy Bawa­rii: zadbana, kolo­rowa, z uro­czymi domami. Ide­alne miej­sce do życia.

Kiedy kolejna bły­ska­wica prze­cięła niebo, Agnes uznała, że nie będzie się dłu­żej nad tym zasta­na­wiać, tylko zrobi wszystko, żeby dostać się w to nie­znane jej dotąd miej­sce i poszu­kać tam schro­nie­nia. Za żadne skarby nie odważy się teraz jechać do domu, bo droga jest tak śli­ska i pełna błota, że chyba tylko samo­bójca albo głu­piec ruszyłby nią dalej. Wzięła głę­boki oddech i bar­dzo powoli skrę­ciła. Jechała z duszą na ramie­niu, by w końcu poprzez zaci­na­jące strugi desz­czu dostrzec mury jakichś zabu­do­wań. Ode­tchnęła z ulgą. Budowla przed nią fak­tycz­nie wyglą­dała na pałac. Nie, raczej zamek - na doda­tek chyba z czymś w rodzaju wie­życzki.

Świa­tło nad potęż­nymi drzwiami dawało nadzieję, że ktoś w nim jest i wpu­ści ją do środka. Zapar­ko­wała pod samymi scho­dami, wysko­czyła z samo­chodu i natych­miast wbie­gła po nich. Burza chyba się nasi­lała, w sekundę jej ubra­nie prze­mo­kło na wylot. Naci­snęła dzwo­nek, a potem jesz­cze zało­mo­tała pię­ściami. Lepiące się do jej ciała mokre ubra­nie i kolejny huk pio­runa spra­wiły, że pra­gnęła tylko jed­nego: żeby ktoś jej otwo­rzył.

- Halo! Jest tam kto? Hal... - głos zamarł jej w gar­dle, bo ogromne drew­niane drzwi sta­nęły przed nią otwo­rem znacz­nie szyb­ciej, niż się tego spo­dzie­wała.

- Tro­chę spóź­niona, ale rozu­miem, że to przez pogodę - ode­zwał się do niej niski, męski głos.

Spóź­niona? Agnes nie miała poję­cia, o czym mówił ten czło­wiek, ale uznała, że wyja­śni to nieco póź­niej. Teraz chciała po pro­stu wejść jak naj­szyb­ciej do środka i może nawet się prze­brać w cokol­wiek suchego albo przy­naj­mniej wypić coś cie­płego. Boże, jak dobrze, że ktoś tu był!

- Strasz­nie leje - powie­działa tylko i zro­biła krok do przodu.

Drzwi otwo­rzyły się jesz­cze sze­rzej, a sto­jący przed nią męż­czy­zna podał jej cie­płą i przy­jemną w dotyku rękę.

- Dzięki - uśmiech­nęła się i spoj­rzała na niego. Była prze­mo­czona, wystra­szona i spe­szona. Ale wie­działa jedno: stał przed nią facet jej marzeń. Z wra­że­nia otwo­rzyła usta i tak stała, gapiąc się na niego bez żad­nego zaże­no­wa­nia.

On rów­nież na nią patrzył, a na jego ustach błą­kał się tajem­ni­czy uśmiech.

Agnes prze­łknęła ślinę. To było tak nie­praw­do­po­dobne, że aż chciała się uszczyp­nąć. Wysoki, pięk­nie zbu­do­wany blon­dyn o nie­bie­skich - nie, nie nie­bie­skich, raczej błę­kit­nych oczach. Jak u psa husky. Z ostro zary­so­waną szczęką, kształt­nym nosem i dwu­dnio­wym zaro­stem, który ide­al­nie paso­wał do lekko roz­wi­chrzo­nej fry­zury. Ubrany w czarne spodnie i nie­dbale roz­piętą białą koszulę, pach­niał czymś, co znała i lubiła. Agnes od razu roz­po­znała Pat­cho­uli Impérial Diora. Ten zapach koja­rzył się jej z męską siłą i ide­al­nie paso­wał do wła­ści­ciela. I pew­nie to z jego powodu tak inten­syw­nie zare­ago­wała na obcego męż­czy­znę. Teraz przy­glą­dał się jej badaw­czo. Podą­żyła za jego spoj­rze­niem, które przy­lgnęło do jej mokrych, ster­czą­cych buń­czucz­nie sut­ków. Lekka tka­nina bluzki spra­wiła, że teraz stała przed tym obcym czło­wie­kiem z nie­mal nagimi pier­siami. Odru­chowo zakryła się rękami.

- Naleję ci wody do wanny.

To prawda, marzyła o tym. Ale ta pro­po­zy­cja była jed­nak dziwna. Ktoś wpusz­cza do domu obcą osobę i bez słowa wyja­śnie­nia pro­po­nuje jej kąpiel? Cóż. Przy­naj­mniej jej nie wyrzu­cił z powro­tem na deszcz...

- Taak, jasne, chęt­nie - wykrztu­siła nie­pew­nie.

Zamek, on przy­stoj­niej­szy od księ­cia i kąpiel. A jeśli zaprosi ją na bal? Mimo całej nie­zręcz­no­ści tej sytu­acji myśl ta ją roz­ba­wiła. Musiała się mimo­wol­nie uśmiech­nąć, bo przy­stoj­niak odwza­jem­nił uśmiech.

- Przy oka­zji - mam na imię Noah - powie­dział, a potem wska­zał ręką schody. - A łazienka jest na pię­trze.

Agnes w końcu rozej­rzała się wkoło. To jed­nak nie był zwy­kły dom. Sam hol spra­wiał wra­że­nie tak gigan­tycz­nego, że jego wyło­żone wie­kową drew­nianą boaze­rią ściany wła­ści­wie maja­czyły w oddali. Nad jej głową wisiał olbrzymi krysz­ta­łowy żyran­dol. Przez sze­ro­kie mar­mu­rowe schody biegł czer­wony jak krew chod­nik. Nie miała poję­cia, że ludzie cią­gle tak miesz­kają. Chyba że w fil­mach. Jej stopy, w butach rów­nie mokrych od desz­czu jak reszta gar­de­roby, zapa­dły się w luk­su­sową mięk­kość tego chod­nika. Wszystko wokół niej było luk­su­sowe. I monu­men­talne. Zupeł­nie jakby tra­fiła do innej epoki.

Sama łazienka zachwy­cała chyba nawet bar­dziej niż spek­ta­ku­larny hol. Na jej widok Agnes po pro­stu jęk­nęła. Biały, oczy­wi­ście wyło­żony mar­mu­rem pokój kąpie­lowy miał z pięć­dzie­siąt metrów. Pośrodku stała gigan­tyczna wanna na lwich łapach. We wnę­trzu usta­wiono kilka ele­ganc­kich mebli. Nie­mal na każ­dej ścia­nie wisiało lustro, w któ­rym odbi­jało się burzowe niebo. Łukowe, się­ga­jące od sufitu do pod­łogi okna ze szpro­sami paso­wa­łyby do sali balo­wej. Nawet wazon z bia­łymi liliami był ponad­prze­cięt­nych roz­mia­rów. Trzeba przy­znać, że kwiaty ide­al­nie tu paso­wały.

- Pięk­nie - Agnes odwró­ciła się w stronę Noah i posłała mu zachwy­cony uśmiech. - Dzię­kuję, że mogę prze­cze­kać burzę - dodała jesz­cze.

Facet tylko ski­nął głową, a potem nie­ocze­ki­wa­nie usiadł w bia­łym fotelu, który stał nie­da­leko wanny. Agnes zmarsz­czyła brwi i zer­k­nęła w jego stronę nieco zdez­o­rien­to­wana.

- Naprawdę mogę się wyką­pać? - spy­tała na wszelki wypa­dek.

Noah powoli ski­nął głową.

- A pan?

- Ja się już kąpa­łem - roze­śmiał się. - I, pro­szę, mów do mnie po imie­niu.

Agnes zaczer­wie­niła się.

- Cho­dziło mi raczej o to, że pan... że ty nie wycho­dzisz... Potrze­buję góra pół godziny dla sie­bie.

Noah zmru­żył oczy.

- Będę patrzył.

Dziew­czyna wbiła w niego zdu­mione spoj­rze­nie.

- Patrzył?

- A dla­czego nie? Mamy dla sie­bie tylko tę noc, więc chyba dobrze byłoby nie mar­no­wać czasu.

Jezu, o czym on mówi?! Kto powie­dział, że ona zosta­nie tu na noc?! Po pro­stu prze­czeka burzę i zabie­rze się do domu!

- Zazwy­czaj kąpię się sama - zazna­czyła dobit­nie. Ale Noah naj­wy­raź­niej rze­czy­wi­ście nie zamie­rzał wyjść. Zaczęło się jej to wyda­wać coraz bar­dziej nie­po­ko­jące. A co, jeśli wpa­ko­wała się do domu czy raczej pałacu psy­cho­paty? To, że ktoś mieszka wśród mar­mu­rów, anty­ków i zło­tych żyran­doli nie zna­czy jesz­cze, że nie może być świ­rem. I co, jeśli coś, co miało być naj­wy­żej komiczne, sta­nie się maka­bryczne?

- Chciał­bym popa­trzeć - jego ton stał się nieco bar­dziej miękki, a on sam popa­trzył na nią z uśmie­chem sza­leń­czo sek­sow­nego męż­czy­zny, a nie nie­bez­piecz­nego zbo­czeńca. Tak naprawdę wyglą­dał jak książę z bajki i to było w tym wszyst­kim najbar­dziej podej­rzane.

- Ale rozu­miesz, że twoje życze­nie jest dziwne? - zapy­tała wciąż zaska­ku­jąco spo­koj­nym tonem. Powinna być prze­ra­żona. Dla­czego nie była?

- Dziwne? - uśmiech­nął się Noah. - Po pro­stu lubię patrzeć na piękne kobiety.

- Ale my się nie znamy.

- Oczy­wi­ście, że nie - tym razem aż wybuch­nął śmie­chem. - Nie przy­je­cha­łaś tu jed­nak po to, żeby zagrać ze mną w domino, prawda?

Nie wie­działa, co odpo­wie­dzieć. W ogóle nie pla­no­wała tu przy­jeż­dżać, to był po pro­stu zbieg oko­licz­no­ści. Gdyby nie burza i pio­runy, od któ­rych nie­mal ogłu­chła, pew­nie byłaby już w domu. I może para­do­wała przed lustrem w tych nowych szpil­kach od Prady.

Noah przy­glą­dał jej się w mil­cze­niu, a na jego ustach błą­kał się tro­chę zachę­ca­jący, a tro­chę szel­mow­ski uśmiech. Nie, jed­nak nie wyglą­dał na wariata. Na mor­dercę chyba też nie. Pro­blem z tymi ostat­nimi pole­gał jed­nak na tym, że oni ni­gdy nie wyglą­dali podej­rza­nie. Czy­tała ostat­nio repor­taż o pew­nym seryj­nym zabójcy. Świad­ko­wie twier­dzili, że wszyst­kie ofiary zgod­nie mówiły o aniel­skiej twa­rzy i cichym, melo­dyj­nym gło­sie oprawcy. Pew­nie dla­tego nie dało się go przez lata namie­rzyć.

Agnes raz jesz­cze spoj­rzała na Noah. Coś nagle kazało jej zaprze­stać pro­te­stów. Sto­jąc w zbyt dużej łazience i patrząc na naj­pięk­niej­szego męż­czy­znę, jakiego kie­dy­kol­wiek spo­tkała, i widząc w lustrze swoje wła­ści­wie pół­na­gie odbi­cie i przy­le­ga­jące do głowy nie­szczę­śli­wie mokre włosy, poczuła, że albo wej­dzie w tę dziwną grę, albo natych­miast musi uciec. I wła­śnie kiedy ta myśl prze­mknęła jej przez głowę, za oknem grzmot­nęło tak dono­śnie, że ze stra­chu tylko zamknęła oczy.

Nie ma mowy.

Ni­gdzie się stąd nie ruszy. W prze­ciw­nym razie zgi­nie przy­wa­lona jakimś drze­wem lub pora­żona pio­ru­nem. To już chyba lepiej wyką­pać się w obec­no­ści obcego faceta. Poza tym było w tej pro­po­zy­cji coś nie­grzecz­nie ero­tycz­nego. Emo­cje. Nie­pew­ność. Sek­su­alne napię­cie. Szkoda tylko, że nie może wysłać ese­mesa do przy­ja­ciółki, żeby poin­for­mo­wać ją, gdzie jest. A co, jeśli zgi­nie tu od ciosu antycz­nym kan­de­la­brem i nikt ni­gdy jej nie odnaj­dzie?

Chyba prze­sa­dzi­łaś, pomy­ślała.

Noah tym­cza­sem oparł lewą stopę o prawe kolano i pod­parł poli­czek dło­nią. Na­dal patrzył na nią w cał­ko­wi­tym mil­cze­niu, przy akom­pa­nia­men­cie bęb­nią­cej ulewy. Zacho­wy­wał się spo­koj­nie, nie­mal leni­wie.

Niech będzie. W końcu lubiła gry.

Agnes odwró­ciła się do niego tyłem, pode­szła do wanny i odkrę­ciła kurek z wodą. Się­gnęła po płyn w bia­łej butelce i pową­chała go. Pach­niał kon­wa­lią. Nalała go do wanny, a potem powoli zaczęła się roz­bie­rać. Odkle­iła od sie­bie mokre ubra­nie i sta­nęła przed Noah w czar­nym sta­niku i koron­ko­wych strin­gach. Pogra­tu­lo­wała sobie w myślach sła­bo­ści do dro­giej bie­li­zny. Zde­cy­do­wa­nie lepiej było poka­zać się w czymś od La Perli niż w baweł­nia­nych majt­kach z sie­ciówki. Kiedy wanna była do połowy pełna, Agnes roze­brała się do naga i weszła do pach­ną­cej kwia­tami wody. Zanu­rzyła się, oparła głowę o białą poduszkę i przy­mknęła oczy. Było jej błogo, cie­pło i po pro­stu dobrze. Przy­gry­zła wargę. Zupeł­nie nie rozu­miała dla­czego, ale czuła nara­sta­jące pod­nie­ce­nie. Podo­bało jej się, że Noah na nią patrzy, i podo­bał jej się jego tro­chę przy­spie­szony oddech. Wie­działa, że przy­glą­dał jej się z satys­fak­cją. W sumie nic dziw­nego. Miała wyspor­to­wane i sta­ran­nie wyde­pi­lo­wane ciało oraz jędrne, choć nie­duże piersi. Zgrabne, krą­głe pośladki. Była szczu­pła, ale z całą pew­no­ścią nie zali­czała się do chu­dziel­ców. Wręcz prze­ciw­nie. Miała dość sze­ro­kie bio­dra i umię­śnione uda. Dosko­nale zda­wała sobie sprawę, że jest sek­sowna. Była w końcu ulu­bioną nauczy­cielką wszyst­kich ojców dzieci z pry­wat­nego przed­szkola, w któ­rym pra­co­wała. To z nią naj­chęt­niej roz­ma­wiali tatu­sio­wie. A dwóch z nich robiło nawet coś wię­cej...

Agnes lekko unio­sła powieki i zer­k­nęła na Noah.

Sie­dział bez ruchu, nie odry­wa­jąc jed­nak od niej wzroku.

Unio­sła się do pozy­cji sie­dzą­cej i zaczęła maso­wać gąbką piersi. Sutki stward­niały jej nie­mal natych­miast, a ona poczuła roz­le­wa­jące się po ciele przy­jemne cie­pło. Coraz bar­dziej podo­bała jej się ta zabawa, nawet jeśli nie do końca ją rozu­miała. Wstała i, ocie­ka­jąc pianą, odwró­ciła się w stronę sie­dzą­cego w fotelu męż­czy­zny. Roz­chy­liła nogi tak, by mógł zoba­czyć cipkę, i zaczęła ją deli­kat­nie pocie­rać gąbką. Zamknęła oczy i pod­krę­ciła tempo. Czuła, jak łech­taczka robi się coraz więk­sza i ero­tycz­nie pul­suje. Dotknęła prawą ręką sutka i obli­zała usta.

Noah rów­nież oddy­chał coraz szyb­ciej, cho­ciaż nie zmie­nił pozy­cji. Wie­działa jed­nak, że jest pod­nie­cony nie mniej od niej. Poru­szyła jesz­cze kilka razy ręką, coraz moc­niej doty­ka­jąc łech­taczki gąbką, aż w końcu eks­plo­do­wała, wyda­jąc z sie­bie gło­śny krzyk. A potem po pro­stu usia­dła w wan­nie i dokoń­czyła pie­lę­gna­cji reszty ciała. Chciało jej się śmiać. Jesz­cze ni­gdy nie zro­biła niczego podob­nego. No, ale facet przy­naj­mniej dostał, czego chciał.

- Będę cze­kał na cie­bie w jadalni z kola­cją - głos Noah wyda­wał się nieco niż­szy niż wcze­śniej. Wstał i wyszedł z łazienki.

Agnes spoj­rzała za nim prze­cią­gle. Na piko­wa­nym okrą­głym pufie leżał cudow­nie miękki szla­frok. Szczel­nie się nim owi­nęła. To była naj­bar­dziej zaska­ku­jąca burza w jej życiu. A co naj­waż­niej­sze - wciąż się nie skoń­czyła.

Baron

Noah von Rech­to­fen tak naprawdę nie miał szczę­ścia do kobiet. A wszystko dla­tego, że po pierw­sze - był baro­nem, a po dru­gie - spad­ko­biercą gigan­tycz­nej for­tuny. Począt­kowo wyda­wało mu się, że bogac­two jest czymś natu­ral­nym, w końcu jego rodzina ota­czała się wyłącz­nie majęt­nymi ludźmi. Z równą swo­bodą pła­cili kil­ka­set euro na butelkę szam­pana i kil­ka­na­ście milio­nów za kolejną nie­ru­cho­mość czy pry­watny samo­lot.

Noah był pra­wnu­kiem Alberta von Rech­to­fena, pru­skiego ary­sto­kraty, który w cza­sie pierw­szej wojny świa­to­wej zasły­nął jako wybitny lot­nik i strze­lec. Na wszyst­kich przy­ję­ciach rodzin­nych mówiono o nim z dumą. Albert poślu­bił nie­jaką Klarę, rów­nie wysoko uro­dzoną jak on. Klara miała dodat­kowo wybitną smy­kałkę do inte­re­sów, którą odzie­dzi­czyła po ojcu. Po woj­nie Albert i Klara zajęli się wyku­py­wa­niem sta­rych mebli i obra­zów, wśród któ­rych zna­la­zły się praw­dziwe skarby. To na nich zbili mają­tek, z suk­ce­sem pomno­żony przez kolejne poko­le­nie - ich syna, nie­by­wale przy­stoj­nego, choć legen­dar­nie nie­wier­nego Hein­ri­cha i jego żonę Ursulę. Kolejna wojna zubo­żyła oczy­wi­ście von Rech­to­fe­nów, ale nie na tyle, by w kolej­nych latach nie dało się odbu­do­wać potęgi finan­so­wej rodziny. W dniu ślubu całość miał otrzy­mać Noah, który był oczkiem w gło­wie swo­jej babki Ursuli. Zwłasz­cza że w tra­gicz­nym wypadku samo­cho­do­wym zmarli jego rodzice. Doświad­czona przez zdrady męża Ursula całą miłość prze­lała na wnuka. Noah odzie­dzi­czył rodzinną posia­dłość, a babka go odwie­dzała. Jej willa mie­ściła się zale­d­wie kil­ka­na­ście kilo­me­trów dalej, na obrze­żach Mona­chium. Dzięki temu mogła mieć oko na wnuka i wpa­dać do niego zawsze, gdy miała na to ochotę. Jed­nym z jej ulu­bio­nych tema­tów było naci­ska­nie na mło­dego barona von Rech­to­fena, by wresz­cie pomy­ślał o mał­żeń­stwie.

- Chcia­ła­bym jesz­cze docze­kać pra­wnuka - zwy­kła doda­wać na koniec kolej­nej tyrady.

Noah tylko się uśmie­chał.

Był prze­ko­nany, że bab­cia nie zesta­rzeje się ni­gdy. Ursula von Rechot­fen w niczym nie przy­po­mi­nała kla­sycz­nej babki. Była tak pełna życia i ener­gii, że mogłaby nimi obda­rzyć pół Bawa­rii. Od jakie­goś czasu kwi­tła, zaczęła nosić roz­pusz­czone włosy i cią­gle się uśmie­chała. Noah przy­pi­sy­wał to obec­no­ści jakie­goś męż­czy­zny, ale babka za każ­dym razem sta­now­czo zaprze­czała. Bar­dzo chciałby speł­nić jej prośbę, nie­stety, nie spo­tkał dotąd żad­nej kobiety, która mogłaby zostać jego żoną. Kolejne part­nerki tylko go nudziły, no i zde­cy­do­wa­nie zbyt szybko oka­zy­wały się zwy­kłymi łow­czy­niami posagu, które sku­tecz­nie uda­wały miłość i były gotowe zro­bić wszystko, byle Noah wci­snął im na palec pier­ścio­nek zarę­czy­nowy. Naj­le­piej z dia­men­tem wiel­ko­ści doj­rza­łej śliwki. Jedna z nich nawet celowo pod­rzu­ciła mu naj­now­szy kata­log Car­tiera, a potem zaczęła go prze­glą­dać, wzdy­cha­jąc przy tym zna­cząco. Od razu prze­szła mu ochota na cokol­wiek.

Na prawo i lewo opo­wia­dał, że abso­lut­nie nie cią­gnie go do ołta­rza.

- Jestem młody, bogaty, wolny i - niech będzie - roz­ka­pry­szony. Nie zależy mi na tym, żeby zostać czy­imś mężem i w krót­kim cza­sie sku­pić się wyłącz­nie na pie­lę­gno­wa­niu domo­wego ogni­ska. Dosko­nale wiem, że mał­żeń­stwo zabija wszelką spon­ta­nicz­ność. Koniec z eks­tre­mal­nymi spor­tami, prze­jażdżką moto­rem po Toska­nii czy nur­ko­wa­niem na Male­di­wach. Prę­dzej czy póź­niej stanę się nud­nym panem, który w cie­płych bam­bo­szach (nawet jeśli od Guc­ciego) będzie się snuł po domu wyizo­lo­wany i nie­szczę­śliwy - wyja­śniał dal­szym i bliż­szym zna­jo­mym, któ­rzy marzyli, by się ustat­ko­wać. Ale czy to zna­czyło, że on musiał do nich dołą­czyć?

Noah posta­no­wił nie szu­kać na siłę ani miło­ści, ani żony. Kiedy chciał się dobrze zaba­wić albo potrze­bo­wał towa­rzy­stwa, zama­wiał kobiety jak z kata­logu. Zna­jomy pod­su­nął mu adres wyjąt­kowo luk­su­so­wej agen­cji call girls, w któ­rej pra­co­wały dziew­częta piękne, sek­sowne i... uczciwe. Poja­wiały się u niego w celach zarob­ko­wych i nie ocze­ki­wały oświad­czyn, tylko usta­lo­nej stawki. Dosko­nale odgry­wały swoje role. Potra­fiły świet­nie uda­wać orga­zmy. Cza­sem wyni­kały z tego zabawne histo­rie, jak wtedy, kiedy nie­jaka Angie zaczęła namięt­nie krzy­czeć, cho­ciaż Noah nawet jej nie dotknął. Był wtedy w łazience, a do sypialni zakradł się uko­chany kot babci (cza­sem zosta­wiała go z wnu­kiem) - puszy­sty sibe­rian, który umo­ścił się w nogach drze­mią­cej Angie. Jak przy­stało na rasową call girl, zaczęła natych­miast jęczeć i wzdy­chać, myśląc, że to Noah ją pie­ści, a następ­nie eks­plo­do­wała szyb­kim orga­zmem. To było cał­kiem udane wido­wi­sko, nagro­dził ją więc dodat­ko­wym tysią­cem euro. Noah nie pamię­tał już bowiem, kiedy ostatni raz tak dobrze się bawił. Dwa razy odwie­dziła go Caro i to był wyją­tek, zazwy­czaj bowiem nie zama­wiał dwu­krot­nie tej samej dziew­czyny. Nie chciał się przy­zwy­cza­jać i nie chciał rów­nież, żeby przy­zwy­cza­jały się one. Ale Caro była jak rasowa klacz - nie mógł sobie odmó­wić przy­jem­no­ści spo­tka­nia jej ponow­nie. Miała ponad metr osiem­dzie­siąt wzro­stu, była smu­kła i posia­dała naj­dłuż­sze nogi, jakie kie­dy­kol­wiek widział. Do tego cudowne piersi. Potra­fiła krę­cić pupą jak żadna inna - tro­chę zalot­nie, ale wciąż ele­gancko. W sek­sie wyda­wała mu się nieco zbyt aktor­ska, zupeł­nie jakby zwra­cała uwagę na każdą pozy­cję i dźwięk, który z sie­bie wyda­wała, ale uznał, że to wcale nie prze­szka­dza.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki