Trzynaście fantazji - Rose Gate

Kup ebooka

39.90 zł
29.93 zł (14,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział pierwszy

Laura

Gdy wró­ci­łam do stołu, spo­strze­głam, że jego spoj­rze­nie mi­jało się z mo­imi oczami i wę­dro­wało w stronę de­koltu, a usta wy­krzy­wił w uśmie­chu.

- Pro­szę, Lau­rita, co też znowu ci się stało w ła­zience z tymi nie­sfor­nymi gu­zicz­kami? Spra­wiły ci trud­ność i nie mo­głaś ich z po­wro­tem za­piąć?

I w tym mo­men­cie zda­łam so­bie sprawę, że po od­świe­że­niu się zu­peł­nie o nich za­po­mnia­łam. Spoj­rza­łam w dół: wi­dać było ro­wek, a moje piersi z ca­łych sił sta­rały się wy­rwać na wol­ność. Wy­czu­wa­jąc roz­pa­lone spoj­rze­nie Ro­driga, moje sutki na nowo się zbu­dziły i ze­sztyw­niały przed jego roz­ba­wio­nymi oczami. Cie­pło, które zro­dziło się mię­dzy mo­imi no­gami, po­częło pod­cho­dzić do góry ku mo­jej twa­rzy. Po­ru­szy­łam dłońmi, chcąc za­piąć gu­ziki, lecz wtedy Ro­drigo po­wstrzy­mał mnie tymi słowy:

- Nie, nie rób tego. - Jego głos za­brzmiał nie­sa­mo­wi­cie wład­czo. - Skry­wa­nie ta­kich cu­dów na­tury po­winno być prze­stęp­stwem. Zo­staw tę suk­nię tak, jak jest, Lau­rita, wy­glą­dasz prze­pysz­nie. - Jego spoj­rze­nie wciąż nie od­ry­wało się od mo­ich piersi, a te­raz po­ciem­niało. - Chodź, usiądź obok mnie i uczmy się, bo mamy jesz­cze tro­chę ma­te­riału.

Usia­dłam i po­czu­łam, jak Ro­drigo się do mnie przy­suwa. Udem co­raz bli­żej mo­jego uda, ra­mie­niem mu­ska­jąc moje ra­mię... w ta­kich wa­run­kach nie mia­łam szans się sku­pić. Przez go­dzinę roz­pra­sza­łam się i czu­łam ab­so­lut­nie wszystko. Jego spoj­rze­nie pa­rzyło mi skórę. Kiedy nie­chcący trą­cał mnie pal­cami albo do­ty­kał, by mi coś po­ka­zać, prze­bie­gała przeze mnie iskra elek­tryczna. Mój mózg nie był w sta­nie dzia­łać, czuł tylko, jak ro­śnie we mnie co­raz to więk­sze po­żą­da­nie, które biło mię­dzy mo­imi udami. Nie­ważne jak, ale mu­sia­łam ten ogień uga­sić, po­trze­bo­wa­łam wy­tchnie­nia. Za­ci­snę­łam uda w na­dziei, że za­pa­nuję nad tym nie­po­ko­jem, ale nic to nie dało. Po kilku nie­uda­nych pró­bach spo­strze­głam, że Ro­drigo za­milkł; nie pa­trzył już w no­tatki, lecz ga­pił się na mnie.

Tym ra­zem nie przy­pa­try­wał się moim pier­siom ani twa­rzy - jego spoj­rze­nie bie­gło ku udom, jak gdyby zdał so­bie sprawę z tego, co pró­bo­wa­łam zro­bić. Gdy zo­ba­czył, że na niego pa­trzę, uśmiech­nął się, uniósł pa­lec wska­zu­jący i prze­su­nął nim po ran­cie mo­jego de­koltu, de­li­kat­nie gła­dząc od­sło­niętą skórę. Na­stęp­nie wstał, po­dał mi rękę i po­wie­dział:

- Chodź za mną.

Choćby i na ko­niec świata - po­my­śla­łam.

Na­wet się nie za­wa­ha­łam, o nic nie spy­ta­łam. Ni­czym ma­rio­netka po­szłam za nim mię­dzy bi­blio­tecz­nymi re­ga­łami, nie wie­dząc, co też za­mie­rza. Była już pół­noc i zro­biło się pra­wie pu­sto. Za­pro­wa­dził mnie w naj­bar­dziej od­da­lony i bez­ludny za­ką­tek. Ni­kogo, tylko on i ja. Spoj­rzał na mnie i po­ło­żył mi pa­lec na ustach, bez słów da­jąc mi do zro­zu­mie­nia, że mam być ci­cho, że mogą nas usły­szeć, że to ta­jem­nica, któ­rej oboje mu­simy strzec.

By­łam od­wró­cona ple­cami do re­gału i nieco po­de­ner­wo­wana tym, co miało na­stą­pić. Czy w końcu mnie po­ca­łuje? Czy tak wy­cze­ki­wany pierw­szy po­ca­łu­nek przy­trafi mi się wła­śnie z nim? Po­woli pod­niósł ręce, jak gdyby da­jąc mi czas na przy­wyk­nię­cie do sy­tu­acji. Zręcz­nymi pal­cami do­padł gu­zi­ków, które skry­wały moje krą­gło­ści, i za­czął je roz­pi­nać. By­łam ci­cho, nie wie­dząc, co ro­bić ani co po­wie­dzieć, zu­peł­nie jak widz, który ogląda film. Mój od­dech przy­spie­szył, kiedy jego dło­nie za­częły pie­ścić przez sta­nik moje piersi. Wów­czas chwy­cił je i uwol­nił spod tka­niny. Przyj­rzał im się łap­czy­wie, zła­pał mnie za sutki i mocno ści­snął je w pal­cach. Już mia­łam krzyk­nąć, lecz krzyk uwiązł mi w gar­dle, gdy uj­rza­łam w jego oczach ostrze­że­nie. Za­bo­lało mnie, ale też pod­nie­ciło. Czu­łam, jak mię­dzy udami ro­bię się wil­gotna.

Po­now­nie je ści­snął w pal­cach i mocno wy­krę­cił, jed­no­cze­śnie się do mnie uśmie­cha­jąc.

Po­czu­łam, jak krew z ca­łego ciała zbiera mi się w pier­siach. Wtedy po­chy­lił głowę i za­czął ssać. Ssał, jak gdyby to była kwe­stia ży­cia i śmierci, nie prze­sta­wał. Za bar­dzo mnie pod­nie­cał. Wpierw mi się to po­do­bało, ale po­tem za­częło mnie to nie­sa­mo­wi­cie bo­leć, pod­czas gdy on ssał co­raz in­ten­syw­niej, jed­no­cze­śnie wpi­ja­jąc się pal­cami w moją de­li­katną skórę. Kiedy nie mo­głam już wy­trzy­mać z bólu, prze­rwał. Ja przy­gry­za­łam od środka po­li­czek, aby nie krzy­czeć, i te­raz po­czu­łam w ustach po­smak krwi.

- Mmmm, masz wspa­niałe cycki. A te­raz drugi.

Pa­trzy­łam z prze­ra­że­niem, jak chwyta w usta mój drugi su­tek i ob­cho­dzi się z nim tak samo jak z pierw­szym. Czu­łam ból, ból i jesz­cze wię­cej bólu, a po­śród tego wszyst­kiego ukłu­cia roz­ko­szy. Bar­dzo dziwne i nie­po­ko­jące uczu­cie. Za­gry­za­łam wargi, aby znieść to, co mi ro­bił. Nie ro­zu­mia­łam nic a nic, to był mój pierw­szy kon­takt z ja­kim­kol­wiek chło­pa­kiem i nie wie­dzia­łam, czego się spo­dzie­wać. Wtem Ro­drigo pod­niósł wzrok i spoj­rzał mi w oczy.

- Wspa­niale, że cię tak na­zna­czy­łem. Po­patrz na swoje sutki, zro­biły się cu­dow­nie pur­pu­rowe. Ju­tro, kiedy się obu­dzisz i zo­ba­czysz te ślady, bę­dziesz wie­działa, kto ci to zro­bił i jak się przy tym ba­wił. - To po­wie­dziaw­szy, chwy­cił moje piersi i mocno je ści­snął, miaż­dżąc je mię­dzy pal­cami. Chcia­łam krzyk­nąć, ale ze wstydu nie mo­głam. - A kiedy zo­ba­czysz moje ślady na swo­ich cyc­kach, bę­dziesz wie­działa, że tej nocy na­le­żały one do mnie.

Pod wpły­wem świa­do­mo­ści, że w każ­dej chwili ktoś nas może przy­uwa­żyć, serce za­częło mi ło­mo­tać jak opę­tane. Jego uśmiech nie był już szel­mow­ski - stał się od­le­gły i bez­względny. Chwy­cił za dół su­kienki, uniósł i pod­wi­nął ją do wy­so­ko­ści pasa.

- Te­raz na coś się przy­daj i ją przy­trzy­maj - rzu­cił to­nem nie­zno­szą­cym sprze­ciwu. Ogar­nął mnie pa­niczny strach. Ten Ro­drigo, któ­rego mia­łam przed sobą, wy­da­wał się kimś ob­cym. - I to już, bo tylko po­gor­szysz sy­tu­ację.

Drżą­cymi dłońmi zła­pa­łam tka­ninę, tak jak mi ka­zał. Opadł na ko­lana, wsa­dził mi nos mię­dzy uda i wcią­gnął po­wie­trze. Po­tem za­darł wzrok, spo­glą­da­jąc mi pro­sto w oczy, i prze­su­nął mi dło­nią po udach. Zła­pał za majtki w miej­scu, gdzie za­sła­niały mi po­chwę, i moc­nym po­cią­gnię­ciem ro­ze­rwał. Osu­wa­jąca się gumka po­draż­niała mi skórę. Tak, Ro­drigo klę­czał przed mo­imi udami, wą­chał mój srom i zdzie­rał ze mnie majtki w uczel­nia­nej bi­blio­tece. Ja zaś sta­łam bez ru­chu, pa­trzy­łam na niego i po­zwa­la­łam na to wszystko.

Wy­krzy­wił usta w dia­bel­skim uśmieszku.

- Czuję, jaka je­steś roz­pa­lona, roz­kła­daj nogi.

I po­słu­cha­łam go. Nie chcia­łam, ale zro­bi­łam to na­tych­miast, po­zwa­la­jąc, by zro­bił ze mną, co tylko bę­dzie chciał. Na­gle, bez ostrze­że­nia, wło­żył we mnie dwa palce. Z gar­dła wy­rwał mi się gło­śny jęk. Po­słał mi jed­nak ostrze­gaw­cze spoj­rze­nie, jak gdyby mó­wił: "Nie chcę sły­szeć ani pi­śnię­cia", więc za­mil­kłam i po­now­nie za­gry­złam wargi. To, co mi zro­bił, za­bo­lało, ni­gdy do­tąd z ni­kim nie by­łam, jako pierw­szy wszedł ze mną w tak in­tymny kon­takt.

Wy­jął palce z mo­jej po­chwy, pod­su­nął je so­bie pod nos i po­wą­chał. Były wil­gotne i błysz­czały. Na­stęp­nie przy­ło­żył drugą rękę do mo­ich ust i zmu­sił mnie, bym je otwo­rzyła. Zbli­żył palce, które do­piero co były we mnie, i wsu­nął mi je do środka.

- Nie patrz tak na mnie, Lauro. Wiem, że chcesz, prze­cież cię wą­cha­łem. Całą noc wi­dzę, jak pra­gniesz tego ni­czym suka z cieczką, a te­raz za­cho­wasz się jak suka i zro­bisz wszystko, co ci po­wiem. Otwie­raj usta i ssij. Wy­czyść mi palce z two­ich so­ków, suczko, żeby nie zo­stał po to­bie ślad.

Z po­czątku się za­wa­ha­łam. A więc tak to wy­glą­dało mię­dzy męż­czy­znami i ko­bie­tami? Na­wet mnie nie po­ca­ło­wał. Ma­rzył mi się słodki po­ca­łu­nek jego ust, a tym­cza­sem raz mnie uszczyp­nął, dwa razy wpił mi się w sutki, ro­ze­rwał mi majtki, a te­raz ka­zał mi ssać so­bie palce po­kryte moim wła­snym ślu­zem. By­łam zdez­o­rien­to­wana. Ale to był mój Ro­drigo, prawda? Nie­biań­ski książę z mo­ich snów. Przede wszyst­kim pra­gnę­łam go za­spo­koić, pra­gnę­łam, by był mój. Tak więc zro­bi­łam, co ka­zał, otwo­rzy­łam usta i wy­peł­ni­łam roz­kaz. Ob­li­za­łam mu palce, wpierw de­li­kat­nie, lecz on ści­snął mnie mocno za szczękę, do­ma­ga­jąc się wię­cej, i za­czę­łam ssać tak, jakby od tego za­le­żało moje ży­cie.

- Lu­bisz to, szmato, co? Wie­dzia­łem to od chwili, gdy po raz pierw­szy zo­ba­czy­łem, jak przede mną klę­czysz, jak ci się te ogromne cycki wy­le­wały z za­pla­mio­nej i ob­ci­słej ko­szu­linki. Wie­dzia­łem, że ci się spodoba, że po­lu­bisz ostry seks. Nie przej­muj się, spra­wię, że speł­nią się wszyst­kie twoje ma­rze­nia. Klę­kaj i otwórz te śliczne usta ob­cią­gary.

Zmro­ziło mnie. Ro­drigo, książę z ma­rzeń, na­zwał mnie szmatą? Co tu się działo? Mia­łam klę­kać? Po­czu­łam mocne po­cią­gnię­cie za ra­miona w dół. Za­to­czy­łam się i upa­dłam na ko­lana. Gdy pod­nio­słam wzrok, uj­rza­łam przed sobą Ro­driga, który roz­pi­nał wła­śnie spodnie i opusz­czał slipy.

- Otwie­raj bu­zię, Lauro, ale to, kurwa, już.

Wciąż nie wiem, dla­czego to zro­bi­łam, ale go po­słu­cha­łam, a wtedy on chwy­cił mnie za włosy i gwał­tow­nie we­pchnął mi czło­nek w usta.

Le­d­wie mo­głam od­dy­chać, bra­ko­wało mi po­wie­trza i pa­liło mnie w płu­cach, pod­czas gdy on młó­cił jak sza­lony. Mocno zbie­rało mnie na wy­mioty, ale on da­lej bez wy­tchnie­nia pie­przył mnie w usta. Stę­kał, po­cił się i ro­bił to co­raz moc­niej. Na­gle prze­stał i po­wie­dział:

- Pod­nieś się. - Czym prę­dzej po­słu­cha­łam, prze­ko­nana, że tor­tury do­bie­gły końca. - A te­raz masz być ci­chutko jak tru­sia albo wszy­scy zo­ba­czą i usły­szą, jaka z cie­bie wy­włoka, ze­drę z cie­bie su­kienkę i wy­sta­wię cię na śro­dek bi­blio­teki bez maj­tek i z cyc­kami na wierz­chu. Oj, bę­dzie ubaw, jak zo­ba­czą taką Lau­ritę.

W tym mo­men­cie chcia­łam umrzeć. Gdzie się po­dział za­bawny i uro­czy chło­piec? Jak mógł wy­ga­dy­wać ta­kie rze­czy? Pa­ra­li­żo­wał mnie strach. Już nie czu­łam się zmy­słowo, tylko nie­czy­sto i podle. Czemu mi to wszystko ro­bił?

- Otwie­raj usta, suko. - Po twa­rzy za­częły mi spły­wać łzy. - Otwie­raj, kurwa, mó­wię, albo ze­rwę ci gu­ziki i wy­go­nię na ko­ry­tarz. Wy­bie­rasz.

Otwo­rzy­łam usta, a on wci­snął w nie zwi­nięte w kłę­bek moje majtki. Na pod­nie­bie­niu po­czu­łam smak mo­jego pod­nie­ce­nia, które zdą­żyło już prze­mi­nąć.

- Bar­dzo do­brze, do­sko­nale. A te­raz dźwi­gnij swoje grube udo na półkę, oprzyj nogę i się dla mnie otwórz. Je­steś na­prawdę spora, ale od środka bar­dzo cia­sna, więc albo uła­twisz mi doj­ście, albo bę­dzie go­rzej.

Wy­peł­ni­łam jego po­le­ce­nia jak au­to­mat, bez słowa pro­te­stu. Ogrom­nie się ba­łam. Po­sta­wi­łam prawą stopę na wska­za­nej półce, unio­słam ręce nad głowę, aby chwy­cić się re­gału, i sta­nę­łam bez ru­chu. Wy­cią­gnął ku­tasa i przy­glą­dał mi się, jed­no­cze­śnie się do­ty­ka­jąc. Ja też na niego pa­trzy­łam, nie mo­głam ode­rwać wzroku od tej czę­ści jego ciała. Ni­gdy z ni­kim nie by­łam, więc nie mia­łam z czym po­rów­ny­wać, je­śli nie li­czyć ja­kichś zdjęć w in­ter­ne­cie albo fil­mi­ków, które cza­sami wy­sy­łają ci przez What­sAppa, ale w tym mo­men­cie wy­dało mi się, że jest gruby i wielki. Boże, to mnie za­boli jesz­cze bar­dziej.

Wtem po­now­nie pod­cią­gnął mi su­kienkę na udach, przy­sta­wił główkę ku­tasa do wej­ścia do mo­jej pra­wie w ogóle nie­zwil­żo­nej po­chwy i jed­nym pchnię­ciem we mnie wszedł.

Majtki stłu­miły mój okrzyk bólu. Po po­licz­kach po­to­czyły mi się łzy. Czu­łam się zła­mana i upo­ko­rzona. Czu­łam, jak bez wy­tchnie­nia pa­kuje mi go i wy­ciąga, jed­no­cze­śnie się­ga­jąc ustami do mo­ich sut­ków i ssąc je z za­pa­mię­ta­niem, jak gdyby chciał je po­łknąć. Trwało to za­le­d­wie pięć mi­nut, lecz mnie się zdało wiecz­no­ścią. Za­częły nim szar­pać wstrząsy, po­tem fale go­rą­cego wy­try­sku za­lały mnie od środka. Otwo­rzył usta i w ra­mach zwień­cze­nia ugryzł mnie w prawą pierś, po­zo­sta­wia­jąc ślad zę­bów obok pra­wego sutka. Kiedy skoń­czył, po­li­zał po­wstały znak, wcią­gnął slipki oraz spodnie i po­wie­dział:

- Dzięki, naj­droż­sza Lau­rito, było fe­no­me­nal­nie. Po­wo­dze­nia na ju­trzej­szym eg­za­mi­nie. Aha, twoje majtki we­zmę so­bie w na­grodę. A je­śli przyj­dzie ci do głowy ko­mu­kol­wiek opo­wie­dzieć o tym, co się tu zda­rzyło, za­pew­niam cię, że cały kam­pus się do­wie, jaka z cie­bie kurwa. Że­gnam, Lau­rita.

I tak mnie zo­sta­wił, z ciek­nącą po­mię­dzy udami strugą jego na­sie­nia, spra­wia­jąc, że po­czu­łam się sa­motna, zbru­kana i przy­bita. Jak mo­głam być taka głu­pia, by po­my­śleć, że ktoś taki jak ja spodoba się ko­muś ta­kiemu jak on? Dla­czego mi to wszystko zro­bił? Bar­dzo pro­ste: bo mógł, bo dziew­czyny mo­jego po­kroju nie cho­dziły z chło­pa­kami ta­kimi jak on.

Ze­bra­łam się w so­bie, na ile mo­głam, i po­szłam po­zbie­rać rze­czy. Te­raz nic mi już nie po­zo­stało. Znisz­czył tę odro­binę oso­bo­wo­ści, jaką mia­łam, ogra­bił mnie z dzie­wic­twa, po­zba­wił god­no­ści, sza­cunku i mi­ło­ści do sa­mej sie­bie. Zdru­zgo­tana i z po­de­pta­nym ser­cem wró­ci­łam do domu.

Po po­wro­cie nie chcia­łam się z ni­kim wi­dzieć i po­szłam pro­sto pod prysz­nic. Po­nad go­dzinę sta­łam pod stru­mie­niem go­rą­cej wody, my­dląc się do upa­dłego. Chcia­łam ze­trzeć z ciała wszel­kie wspo­mnie­nie po nim, chcia­łam na nowo po­czuć się czy­sta. Szo­ro­wa­łam więc i szo­ro­wa­łam, aby po­zbyć się jego za­pa­chu i spró­bo­wać usu­nąć jego ślady. Ale nie mo­głam. Tak jak prze­wi­dział, sutki mia­łam po­si­niałe, a znaki po jego pal­cach zna­czyły moje piersi, które wy­glą­dały, jakby tkwiły za kra­tami wię­zie­nia jego uści­sku. Na pra­wej piersi wid­niał bar­dzo wy­raźny od­cisk jego zę­bów. Jak ja się mia­łam po tym wszyst­kim po­zbie­rać? Czu­łam się jak szma­ciana lalka, by­łam do ni­czego.

Znie­na­cka prze­sta­wi­łam prysz­nic z go­rą­cej na zimną wodę i po­czu­łam, jak lo­do­wate igły wbi­jają mi się w ciało. Mu­sia­łam ochło­dzić umysł. Jak so­bie po­ra­dzić z tą nocą?

Za­krę­ci­łam kran, cała dy­go­ta­łam z zimna. Owi­nę­łam się mięk­kim ręcz­ni­kiem i osu­szy­łam, ener­gicz­nie trąc ciało. Lu­stro ła­zien­kowe po­kry­wała para. Może i le­piej, że nie wi­dzia­łam od­py­cha­ją­cego ob­razka, jaki cze­kałby tam na mnie. Wło­ży­łam pi­żamę i po­szłam pro­sto do swo­jego po­koju, który współ­dzie­li­łam z moją sio­strą Ilke. Na szczę­ście już spała.

Wśli­zgnę­łam się bez­sze­lest­nie, by jej nie obu­dzić, wpa­ko­wa­łam się pod koł­drę i za­czę­łam ci­cho pła­kać. Nie chcia­łam, by kto­kol­wiek mnie usły­szał.

Są­sied­nie łóżko za­skrzy­piało pod cię­ża­rem mo­jej sio­stry, która ob­ró­ciła się na ma­te­racu.

- Lauri, już wró­ci­łaś? - Była za­spana.

- Tak, Ilke, spo­koj­nie. Śpij już, późno jest.

Lecz ona się pod­nio­sła, jak gdyby prze­czu­wała, że coś mi jest, wpa­ko­wała mi się do łóżka i mnie przy­tu­liła.

- Nie przej­muj się, Lauri. Ten eg­za­min ju­tro pój­dzie ci jak z płatka, uczy­łaś się do niego i uczy­łaś. A poza tym to ty je­steś ta by­stra. Ju­tro wszystko po­to­czy się do­brze, eg­za­miny koń­cowe po­zda­jesz fan­ta­stycz­nie, bo je­steś ge­nialna, a po­tem bę­dziesz mo­gła zo­stać, kim tylko ze­chcesz. Bę­dziesz pa­nią wła­snego losu, a to jest bez­cenne.

To po­wie­dziaw­szy, uca­ło­wała mnie w czu­bek głowy i na­tych­miast za­snęła.

Jak to moż­liwe, że taka smar­kula znaj­do­wała ta­kie mą­dre słowa? Mu­sia­łam od­ciąć się od tego, co się stało, i sku­pić na tym, co na­prawdę istotne, czyli na eg­za­mi­nach. Za­wsze by­łam roz­tropna i nie za­mie­rza­łam po­zwo­lić, by na­za­jutrz czy to Ro­drigo, czy kto­kol­wiek inny za­gro­ził mo­jej przy­szło­ści - bez względu na to, jak bo­le­sne było dla mnie to, co się wy­da­rzyło.

Nie mo­głam za­snąć. To była długa noc, osta­tecz­nie jed­nak lekki od­dech Ilke i de­li­katny aro­mat cy­na­monu i po­ma­rań­czy, jaki roz­ta­czała, uspo­ko­iły mnie na tyle, że za­pa­dłam w sen, który po­zwo­lił mi choć tro­chę wy­po­cząć przez tych parę go­dzin dzie­lą­cych mnie od świtu.

Eg­za­miny koń­cowe po­szły mi do­brze, zgod­nie z ocze­ki­wa­niami.

Na ce­re­mo­nii za­koń­cze­nia stu­diów ro­dzice i sio­stra pła­kali z dumy, gdy wy­kła­dowcy w uzna­niu do­brych wy­ni­ków w na­uce po­świę­cili mi ho­no­rową wzmiankę. Zo­sta­łam ab­sol­wen­tką roku.

Skoń­czy­łam stu­dia, mia­łam dwa­dzie­ścia dwa lata i do­sko­nale wie­dzia­łam, czego chcę: w dal­szym ciągu się roz­wi­jać i za­po­mnieć o fa­ce­tach.

W tym okre­sie ma­rzy­łam o zro­bie­niu stu­diów MBA na uczelni biz­ne­so­wej IESE, choć były one bar­dzo dro­gie i zda­wa­łam so­bie sprawę, że przy do­cho­dach ro­dzi­ców nie mo­gli­śmy so­bie na to po­zwo­lić. Poza tym moja sio­stra rów­nież stu­dio­wała. Kiedy jed­nak spy­tali mnie, co te­raz chcę ro­bić, po­dzie­li­łam się z nimi moim ma­rze­niem, świa­doma, że jest ono nie do speł­nie­nia. Po­wie­dzia­łam, by się nie przej­mo­wali, że znajdę so­bie pracę i będę oszczę­dzać, aż stać mnie bę­dzie na opła­ce­nie so­bie dal­szej na­uki.

Na­stęp­nego dnia ro­dzice bez mo­jej wie­dzy po­szli do banku, aby po­pro­sić o po­życzkę pod za­staw na­szego miesz­ka­nia. Dla nich naj­waż­niej­sze było, bym zre­ali­zo­wała swój plan.

Kiedy wró­cili, od razu prze­ka­zali mi no­winę. Zba­ra­nia­łam ze zdzi­wie­nia.

- Jak mo­że­cie ro­bić coś ta­kiego, skoro i tak le­dwo wią­że­cie ko­niec z koń­cem?

- Nie przej­muj się, Lauro - od­parła matka. - Je­śli dzięki temu od­zy­skasz ra­dość du­cha, bę­dzie to dla nas wy­star­cza­jący po­wód. Od­kąd skoń­czy­łaś stu­dia, je­steś taka mil­kliwa, masz po­chmurne spoj­rze­nie. Wy­glą­dasz, jak­byś była naj­smut­niej­szą ko­bietą na świe­cie.

Gdy­byś tylko wie­działa - po­my­śla­łam. Po zda­rze­niu z Ro­dri­giem w bi­blio­tece nie przy­po­mi­na­łam daw­nej sie­bie. Je­śli do tej pory by­łam nie­śmiała, to te­raz na do­da­tek sta­łam się nie­ufna. Nie chcia­łam ni­g­dzie wy­cho­dzić i - jak po­wie­działa matka - zro­bi­łam się po­twor­nie smutna. Po­że­ra­jącą mnie od środka pustkę kom­pen­so­wa­łam so­bie, jesz­cze bar­dziej się ob­ja­da­jąc.

Chcia­łam zro­bić te stu­dia MBA, bo wie­dzia­łam, że po­mogą mi w re­ali­za­cji celu, że mnie zmo­ty­wują. Ma­rzy­łam o tym, by pra­co­wać jako dy­rek­torka fi­nan­sowa w wiel­kiej kor­po­ra­cji, co - je­śli jest się kimś ta­kim jak ja - wy­daje się nie­malże nie­moż­liwe. Nie na­le­ża­łam do ro­dziny z klasy wyż­szej, nie mia­łam od­po­wied­nich przy­ja­ciół i licz­nych zna­jo­mo­ści, zresztą mój wy­gląd też nie uła­twiał bez­względ­nej wspi­na­czki na szczyt, więc po­zo­sta­wało mi pil­nie się uczyć i stwo­rzyć wła­sną sieć kon­tak­tów na pre­sti­żo­wej uczelni. A w Bar­ce­lo­nie w tym celu szło się albo na ESADE, albo na IESE.

- Och, mamo, nie wiem, jak ci dzię­ko­wać. Obie­cuję, że kiedy tylko do­stanę po­rządną pracę, zwrócę ci to z nad­dat­kiem - oznaj­mi­łam ze łzami w oczach.

- Nie przej­muj się, na­prawdę, có­reczko. Mnie tylko za­leży, byś była szczę­śliwa! Niech no tylko twoje oczy za­lśnią daw­nym bla­skiem i na­dzieją. Taka je­steś śliczna, że nie mo­żesz się cią­gle smu­cić.

Śliczna? Ta moja matka jest chyba ślepa. Ona, ow­szem, była piękna, po­dob­nie jak moja sio­stra, która odzie­dzi­czyła po niej nor­dycką urodę. Wy­glą­dały jak dwie kro­ple wody: wy­so­kie, szczu­płe, pla­ty­nowe blon­dynki, z nie­du­żym, acz bar­dzo ład­nym biu­stem i wiel­kimi, nie­bie­skimi oczami. Nie mo­głyby być bar­dziej do sie­bie po­do­bne, na­wet gdyby były bliź­niacz­kami.

Oj­ciec za­ko­chał się w niej po uszy pew­nego lata w Be­ni­dor­mie. Prze­żyli ogni­sty wa­ka­cyjny ro­mans, wsku­tek czego Inga, która do­piero co skoń­czyła szes­na­ście lat, za­szła w ciążę. Mój oj­ciec miał wtedy lat dwa­dzie­ścia dwa i pra­co­wał jako kel­ner w jed­nym z ho­teli. Po­stą­pił, jak trzeba: po­pro­sił ją o rękę, aby za­ra­dzić temu, co zro­bili. A zro­bili mnie. Mie­siąc póź­niej po­brali się pod­czas ka­me­ral­nej ce­re­mo­nii, na któ­rej ro­dzice matki się nie po­ja­wili.

Sama le­d­wie mó­wiła po hisz­pań­sku, tego lata wraz z wu­jo­stwem i pięć lat star­szą od sie­bie ku­zynką przy­je­chała do Hisz­pa­nii na wa­ka­cje. Po dwóch ty­go­dniach po­bytu po­znała mo­jego ojca i za­tra­cili się w nie­sa­mo­wi­cie na­mięt­nym ro­man­sie. Kiedy bli­scy spo­strze­gli, że źle się czuje i wy­mio­tuje co­dzien­nie, za­nie­po­ko­jeni za­brali ją do szpi­tala, gdzie po­twier­dzono ciążę. Od tej chwili wszystko po­to­czyło się bły­ska­wicz­nie. Matka nie wró­ciła do Nor­we­gii, lecz zo­stała z moim oj­cem w Hisz­pa­nii. Gdy se­zon letni do­biegł końca, prze­pro­wa­dzili się do domu babci w Bar­ce­lo­nie. Matka po­ma­gała jej w pro­wa­dze­niu na­le­żą­cego do niej osie­dlo­wego sklepu spo­żyw­czego, oj­ciec zaś w bar­ce­loń­skim ho­telu za­trud­nił się przy tym, co umiał naj­le­piej, zo­stał kel­ne­rem.

Te­raz matka miała trzy­dzie­ści osiem lat i pro­wa­dziła sklep odzie­żowy, który z cza­sem za­jął miej­sce bab­ci­nego spo­żyw­czaka. Trzy lata po mnie na świat przy­szła moja sio­stra Ilke. Wziąw­szy pod uwagę sy­tu­ację fi­nan­sową, uznali, że dwójka im wy­star­czy.

Ilke była moim prze­ci­wień­stwem - go­rąca głowa, istny wul­kan ener­gii. Po­dob­nie jak mama lu­biła modę, do tego spo­ty­kała się ze zna­jo­mymi, cho­dziła na si­łow­nię i uma­wiała się z chło­pa­kami. By­ły­śmy na­prawdę jak ogień i woda.

- Ej, co się stało? - spy­tała Ilke, kiedy zo­ba­czyła moją za­pła­kaną twarz.

- Nic ta­kiego, sio­strzyczko, mama opłaci mi stu­dia MBA, abym mo­gła speł­nić swoje ma­rze­nia.

Spoj­rza­łam na nią z błą­ka­ją­cym się w ką­ciku ust cie­niem uśmie­chu i roz­ło­ży­łam ręce, spo­dzie­wa­jąc się, że mnie uści­ska. Po­bie­gła co sił w no­gach i rzu­ciła mi się w ra­miona.

- Ale to fan­ta­stycz­nie, Lauri! Cze­kaj, mamo, szybko, wy­cią­gaj apa­rat. Lauri się znowu uśmiech­nęła! - Pod wpły­wem oka­zy­wa­nego przez sio­strę en­tu­zja­zmu uśmiech mi się po­sze­rzył, ona zaś za­częła pod­ska­ki­wać w mo­ich ra­mio­nach. - To trzeba uczcić, dziś wie­czo­rem wy­cho­dzimy! - oznaj­miła z prze­ko­na­niem.

- Ilke, prze­cież wiesz, że tego nie lu­bię. Może zja­dły­by­śmy spo­koj­nie ko­la­cję w domu, a po­tem już so­bie pój­dziesz ze zna­jo­mymi?

Ilke spoj­rzała na mnie, jakby wy­ro­sły mi dwie głowy.

- Nie, sio­strzyczko, nic po­dob­nego. Dziś swój wie­czór mają sio­stry, swój wie­czór mają dziew­czyny, więc mowy nie ma. Dziś ba­wimy się ra­zem i bar­dzo mnie to cie­szy. Od­kąd za­czę­łaś stu­dia, ni­czego ta­kiego nie ro­bi­ły­śmy.

Pa­trzyła na mnie bła­gal­nie ni­czym kot ze Shreka. Jak mo­gła­bym jej od­mó­wić, skoro miała ra­cję?

- W po­rządku, Ilke, ale ni­g­dzie nie wy­chodźmy, okej?

Miała ra­cję, dawno nie spę­dzi­ły­śmy ra­zem wie­czoru, to­też było su­per. Długo roz­ma­wia­ły­śmy o pla­nach na przy­szłość, o tym, jak wy­obra­żamy so­bie na­sze przy­szłe ży­cie. Po tym wie­czo­rze obie­ca­łam so­bie: nikt już nie sprawi, bym się po­czuła jak ktoś nie­wart za­chodu. Nie bę­dzie dru­giego Ro­driga, to ja zo­stanę pa­nią wła­snego losu i uczy­nię to, co bę­dzie trzeba, aby zre­ali­zo­wać swoje cele.

We wrze­śniu roz­po­czę­łam stu­dia MBA i była to naj­lep­sza de­cy­zja, jaką w ży­ciu pod­ję­łam. Tam nikt nie wi­dział we mnie tłu­stego ku­jona, nie róż­ni­łam się od in­nych, a wiele osób oka­zy­wało po­dziw dla mo­ich spo­strze­żeń na za­ję­ciach i mo­ich ocen. Po raz pierw­szy czu­łam, że się zin­te­gro­wa­łam, i po tro­chu za­czę­łam wy­su­wać się ze sko­rupy.

Za­kum­plo­wa­łam się z pa­roma dziew­czy­nami i za­czę­ły­śmy od czasu do czasu wy­cho­dzić na drinka. Na­bie­ra­łam pew­no­ści sie­bie.

Stu­dia MBA trwały dzie­więt­na­ście mie­sięcy, z któ­rych zdą­żyło już upły­nąć dwa­na­ście. Drugi rok mi­jał rów­nie do­brze. W dal­szym ciągu otrzy­my­wa­łam świetne oceny, co zwró­ciło na mnie uwagę pro­fe­so­rów. Przed koń­cem kursu po­ja­wiła się oferta prak­tyk w fir­mie w Nor­we­gii. Wie­dząc, że mam po­dwójne oby­wa­tel­stwo, w pierw­szej ko­lej­no­ści przed­sta­wili ją wła­śnie mnie. Była to pro­po­zy­cja nie do od­rzu­ce­nia. Dzięki temu, że matka w dzie­ciń­stwie uczyła nas swo­jego ję­zyka, te­raz oferta zda­wała się jakby pi­sana wprost dla mnie. Co wię­cej, w Oslo, gdzie znaj­do­wała się sie­dziba spółki, miesz­kała moja druga bab­cia. Cho­dziło o kil­ku­na­sto­mie­sięczne za­stęp­stwo na czas urlopu ma­cie­rzyń­skiego w czo­ło­wej fir­mie z branży ko­sme­tycz­nej, pla­nu­ją­cej dal­szy roz­wój.

Ale z tych Nor­we­żek szczę­ściary! Po uro­dze­niu dziecka do­stają po­nad rok urlopu. A tym­cza­sem w Hisz­pa­nii po szes­na­stu ty­go­dniach mu­sisz wra­cać do pracy - po­my­śla­łam.

By­łam prze­ko­nana, że bab­cia bar­dzo się ucie­szy, bo wy­glą­dało na to, że praca już na mnie czeka.

W domu wia­do­mość zro­biła sporą nie­spo­dziankę. Ja, która le­dwo co wy­chy­la­łam nos za próg, znie­na­cka oświad­czy­łam, że wy­jeż­dżam do Nor­we­gii. Ale w su­mie wszy­scy się ucie­szyli; zwłasz­cza mama, gdy po­wie­dzia­łam, że za­miesz­kam u jej matki. Co in­nego tata, za­wsze by­łam jego ulu­bie­nicą i łą­czyła nas szcze­gólna więź. Tro­chę trwało, nim się z tym po­go­dził, ko­niec koń­ców jed­nak zdał so­bie sprawę, że to dla mnie oka­zja, któ­rej nie mo­głam nie wy­ko­rzy­stać.

Ilke zu­peł­nie zwa­rio­wała i cały czas mi po­wta­rzała, bym ko­rzy­stała, a w Nor­we­gii jest tylu przy­stoj­nych fa­ce­tów, że po­win­nam so­bie na coś po­zwo­lić. Za­po­wie­działa wręcz, że je­śli mam jej przy­wieźć ja­kąś pa­miątkę, to niech to bę­dzie wi­king. Ta moja sio­strzyczka i jej po­my­sły...

Wresz­cie nad­szedł wielki dzień. Wszy­scy od­pro­wa­dzili mnie na lot­ni­sko, wy­ści­skali i ka­zali obie­cać, że będę co­dzien­nie dzwo­nić. Po­śród śmie­chów i łez ru­szy­łam ku no­wemu prze­zna­cze­niu.

Nor­we­gio, przy­by­wam!

Rozdział drugi

Laura

Bab­cia Ra­gna cze­kała na mnie na lot­ni­sku. Imię pa­so­wało jej jak ulał: Ra­gna po nor­we­sku ozna­cza bo­gi­nię wojny. I oto stała ni­czym wal­ki­ria, pro­sta jak strzała i z nieco zmarsz­czo­nym czo­łem. Ktoś byłby go­tów uznać, że nie cie­szy się z mo­jego przy­jazdu, lecz ja wie­dzia­łam, że to tylko poza.

Sta­no­wiła nieco star­szą wer­sję mo­jej matki, o na poły po­si­wia­łych, na poły jesz­cze pla­ty­no­wych wło­sach, tak zresztą zmie­sza­nych, że prak­tycz­nie nie spo­sób było orzec, czy rze­czy­wi­ście miała si­wi­znę. Na jej twa­rzy dał się za­uwa­żyć upływ czasu. W zna­czą­cych jej skórę drob­nych zmarszcz­kach wid­niały ślady wszyst­kiego, co prze­żyła, lecz w dal­szym ciągu była piękna. A zresztą, jak na bab­cię była młoda: uro­dziła moją matkę, gdy miała dwa­dzie­ścia lat, i wciąż trzy­mała się bar­dzo do­brze.

W końcu mnie do­strze­gła. Jej wy­raz twa­rzy zmie­nił się na­tych­miast, w nie­bie­skich oczach roz­bły­sła ra­dość. Bab­cia roz­ło­żyła ra­miona i po­wie­działa:

- Chodź tu, Ásynju.

Uwiel­bia­łam, jak to słowo brzmiało z jej ust, na­zy­wała mnie tak od dzie­ciń­stwa. Bab­cia jest Is­landką, a ásynju to po is­landzku "bo­gini". Nie do uwie­rze­nia! Ja - bo­gini? Może jesz­cze, kiedy by­łam mała, ale te­raz mu­sia­łaby to być bo­gini je­dze­nia... Ale w po­rządku, skoro bab­cia uwa­żała, że je­stem bo­gi­nią, jak mia­ła­bym się jej sprze­ci­wić?

- Be­ste­mor, jeg har sa­vnet deg. - W pierw­szych sło­wach po nor­we­sku oznaj­mi­łam: "Bab­ciu, tę­sk­ni­łam za tobą".

Zlu­stro­wała mnie od góry do dołu z wy­so­ko­ści swo­ich stu sie­dem­dzie­się­ciu ośmiu cen­ty­me­trów.

- Och, Ásynju, co ty naj­lep­szego zro­bi­łaś? - spy­tała ze smut­kiem w gło­sie. - Jak mo­żesz się tak sama krzyw­dzić? - Te­raz jej spoj­rze­nie za­snuły żal i tro­ska. - Pa­mię­tasz, skar­bie, co ci mó­wi­łam, jak dzwo­ni­łam do cie­bie, kiedy by­łaś jesz­cze mała? Twoje ciało to świą­ty­nia. A ty mocno swoją za­nie­dba­łaś, zaj­mo­wa­łaś się tylko da­chem, czyli głową, ale co z tym wszyst­kim, co go pod­trzy­muje? Trzeba to zmie­nić, Ásynju. Zajmę się tobą i zo­ba­czysz, że do­dat­kowe ki­lo­gramy są jak ple­cak pe­łen ka­mieni na two­ich ra­mio­nach. Uwol­nię cię od nich, bo są czymś nie­po­trzeb­nym, tylko ci utrud­niają drogę. Po­mogę ci spra­wić, by twoja świą­ty­nia była rów­nie silna, jak twoja du­sza. Tak jest, już ja się tym zajmę.

A kiedy bab­cia coś mó­wiła, nie było miej­sca na sprze­ciw, tak więc ski­nę­łam tylko głową i zmil­cza­łam. Wie­dzia­łam, że ma ra­cję: za bar­dzo się za­pu­ści­łam i przy­szła pora, by to zmie­nić.

I tak wła­śnie za­częło się moje nowe ży­cie. Bab­cia za­częła dbać o każdy jego aspekt. Czu­łam się jak ktoś, kto stra­cił orien­ta­cję w te­re­nie, po czym znie­na­cka na­po­tkał na swo­jej dro­dze prze­wod­nika. Na po­czą­tek za­jęła się moim ży­wie­niem i kon­dy­cją fi­zyczną. Dzień w dzień wsta­wała ze mną o pią­tej nad ra­nem i zmu­szała, bym szła z nią na go­dzinny spa­cer. Wtedy jej rytm wy­da­wał mi się pie­kielny. Za­jęło to po­nad mie­siąc, nim się do niej do­stro­iłam, ale osta­tecz­nie się udało. Za dwa ty­go­dnie mia­łam za­cząć pracę w fir­mie. Po­sta­no­wi­łam bo­wiem przy­je­chać pół­tora mie­siąca wcze­śniej, aby móc się za­akli­ma­ty­zo­wać, wy­szli­fo­wać z bab­cią ję­zyk i za­adap­to­wać się do ży­cia w Nor­we­gii.

Dzia­dek zmarł przed pię­cioma laty, a bab­cia da­lej chciała tam miesz­kać. Matka ileś razy pró­bo­wała ją na­mó­wić, by prze­nio­sła się do Hisz­pa­nii, ale na próżno. Jako silna i nie­za­leżna ko­bieta bab­cia ani my­ślała re­zy­gno­wać ze swo­body.

To były piękne dni. W każde po­po­łu­dnie upra­wia­ły­śmy ra­zem jogę, na­uczyła mnie me­dy­to­wać i uspo­ka­jać moje zmory po­przez od­po­wiedni od­dech. Sama ćwi­czyła jogę już od po­nad dwu­dzie­stu lat, mó­wiła, że dzia­łała na jej du­szę ni­czym bal­sam i po­ma­gała jej za­pa­no­wać nad smut­kiem po stra­cie dziadka, a za­ra­zem po­zwa­lała utrzy­mać się w for­mie. To fakt, jak na swój wiek miała fan­ta­styczne ciało. Na jej wi­dok każdy go­tów byłby uznać, że ma do czy­nie­nia z eks­mo­delką. Była zdrowa, silna, piękna i od­zna­czała się gięt­ko­ścią, któ­rej wielu mo­głoby jej po­zaz­dro­ścić.

- Ásynju - ode­zwała się pew­nego dnia, kiedy po se­sji jogi pi­ły­śmy her­batę - po­do­bają ci się fa­ceci?

Za­czę­łam kasz­leć jak sza­lona, a her­bata, którą wła­śnie pi­łam, wy­le­ciała mi znie­na­cka ustami i no­sem. Boże je­dyny, jak moja bab­cia do­szła do ta­kiego wnio­sku?

- Be­ste­mor, nie je­stem les­bijką! Jak ci to mo­gło przyjść do głowy? - Na mo­jej twa­rzy ma­lo­wało się ogromne zdu­mie­nie.

- To nic ta­kiego, skar­bie. Je­żeli po­do­bają ci się ko­biety, to moja są­siadka ma wspa­niałą wnuczkę w twoim wieku, która jest, jak to się te­raz mówi, wy­lu­zo­wana, a do tego bar­dzo uro­cza. Więc jak chcesz, mogę ci ją przed­sta­wić.

- Dość, be­ste­mor. Pro­szę, prze­stań. Nie je­stem les­bijką, po pro­stu nie za­leży mi na związku - po­wie­dzia­łam, wpa­tru­jąc się we wła­sne buty.

- Bo ni­gdy nic nie mó­wi­łaś mi o chłop­cach i nie wie­dzia­łam, czy w ogóle mia­łaś już ja­kie­goś na­rze­czo­nego czy part­nera. A w twoim wieku to tro­chę dziwne, nie uwa­żasz?

Bab­cia pa­trzyła na mnie po­dejrz­li­wie, jak gdyby po­tra­fiła ob­na­żyć moją du­szę, ja zaś po­czu­łam, że na­de­szła pora. Przy­szedł czas, by zrzu­cić z sie­bie cię­żar, po­dzie­lić się z kimś bó­lem, który mę­czył moje serce. Po­trze­bo­wa­łam, by ktoś mnie wy­słu­chał, po­wstrzy­mu­jąc się od oce­nia­nia.

Wy­ja­śni­łam jej wszystko, co dwa lata wcze­śniej przy­da­rzyło mi się z Ro­dri­giem. Jak mnie zwiódł, jak z księ­cia z ma­rzeń stał się tych ma­rzeń nisz­czy­cie­lem, jak kosz­marny był mój pierw­szy i je­dyny raz, jak po­czu­łam się przez niego plu­gawa, a wresz­cie - jak za­mknę­łam swoje serce w sko­ru­pie i od­tąd nie po­zwa­la­łam mu stam­tąd choćby wyj­rzeć. Za­tra­ci­łam się w na­uce, a po­cie­chy szu­ka­łam w je­dze­niu, choć osta­tecz­nie i tak czu­łam się nie­szczę­śliwa i ża­ło­sna.

Bab­cia nie po­wie­działa nic i wy­słu­chała mnie do końca. Za­wsty­dzona pod­nio­słam wzrok i uj­rza­łam, jak po po­licz­kach spły­wają jej dwie łzy. W jej spoj­rze­niu nie wi­dać było żalu, lecz zro­zu­mie­nie i de­ter­mi­na­cję. Pię­ści aż zbie­lały jej od siły, z jaką ści­skała koc, który miała na ko­la­nach. Zwol­niła chwyt i z czu­ło­ścią po­gła­dziła mnie po twa­rzy.

- Ásynju, bar­dzo się cie­szę, że tu je­steś i po­dzie­li­łaś się ze mną swoim bó­lem. Nie za­słu­ży­łaś so­bie na to, co zro­bił ci ten chło­pak. Ani ty, ani nikt inny nie za­słu­guje, by go tak trak­to­wać, gdy je­dyną prze­winą jest to, że od­da­jesz się ko­muś, kogo ko­chasz. - Głos miała spo­kojny i opa­no­wany, cho­ciaż dało się wy­czuć, że była roz­wście­czona. - Zła­mał ci twoje dro­gie ser­duszko, a gdy­bym tam była, ukrę­ci­ła­bym mu te jego dro­go­cenne jajca. - Sły­sząc za­cie­kłość babci, nie mo­głam się nie uśmiech­nąć. - Po­myśl, có­ruś, że ży­cie wy­świad­czyło ci przy­sługę. Na­uczyło cię, że cza­sami w oso­bach, które uwa­żamy za naj­cu­dow­niej­sze, kryje się praw­dziwa brzy­dota, po­ka­zało ci w porę, kim on na­prawdę był, i oszczę­dziło ci cier­pie­nia, bo nie zo­sta­li­ście parą i nie zmar­no­wał ci ży­cia. - Chwy­ciła mnie za ra­mię, a ja roz­luź­ni­łam się w jej uści­sku. - Te­raz już do­sko­nale wiesz, czego w ży­ciu nie chcesz, ta hi­sto­ria cię wzmoc­niła i po­mo­gła ci jako ko­bie­cie obrać ścieżkę wy­zwo­le­nia. Na­wet je­śli te­raz tego nie do­strze­gasz, oswo­bo­dziła cię z nie­wi­dzial­nych wię­zów, przez które tyle ko­biet na co dzień cierpi, które opla­tają je ni­czym pa­ję­czyna, a gdy one zda­dzą so­bie wresz­cie z tego sprawę, ży­cie zdą­żyło je prze­mie­lić i nic już się nie da zro­bić. A te­raz spójrz tylko na sie­bie, le­d­wie mie­siąc mi­nął, od­kąd przy­je­cha­łaś, a już pro­wa­dzisz zdrow­sze ży­cie i mu­simy wy­brać się na za­kupy, bo zrzu­ci­łaś dzie­sięć kilo, i to na­prawdę coś fan­ta­stycz­nego. Uwol­nimy cię od wszyst­kiego, co tok­syczne, i stwo­rzymy ci nową przy­szłość, pełną szczę­ścia, na­dziei i do­brych wspo­mnień. Dziś za­czyna się dla cie­bie nowe ju­tro.

Przy­tu­li­łam się do niej, uca­ło­wa­łam ją i spoj­rza­łam jej w oczy.

Pa­trzy­łam na nią z nie­do­wie­rza­niem - ni­gdy do­tąd nie spoj­rza­łam na swoje prze­ży­cia z ta­kiej per­spek­tywy. Bab­cia miała ra­cję, w tym mo­men­cie ja­sno to po­ję­łam. Po­czu­łam się tak, jakby z ple­caka z ka­mie­niami, o któ­rym wspo­mniała, wy­sy­pała się cała za­war­tość, i po raz pierw­szy od dwóch lat się ro­ze­śmia­łam. Za­czę­łam od lek­kiego uśmie­chu, a po chwili re­cho­ta­łam na ca­łego. Wsta­łam i za­czę­łam krę­cić się w kółko. Wolna. By­łam wolna. Do­zna­łam cze­goś w ro­dzaju ka­thar­sis, które wy­peł­niło moje serce. Śmia­łam się, a do oczu na­pły­wały mi łzy, a gdy się prze­lały, stały się łzami ulgi, zro­zu­mie­nia, ak­cep­ta­cji i czy­stej swo­body.

Pa­dłam na ko­lana na zie­mię i ob­ję­łam bab­cię w no­gach. Po­gła­dziła mnie po wło­sach i za­częła nu­cić pio­senkę, którą śpie­wała mi, gdy by­łam mała.

- Dzię­kuję, be­ste­mor, na­prawdę ci dzię­kuję. Dziś ro­dzi się nowa Laura.

I tak się wła­śnie stało, nikt ani nic w tym mo­men­cie nie zdo­ła­łoby mnie po­wstrzy­mać.

Nad­szedł pierw­szy dzień mo­jej pracy w cha­rak­te­rze asy­stentki dy­rek­tora fi­nan­so­wego firmy Na­tur­lig Ko­sme­tikk. Przez ostat­nie osiem lat spółka wy­pra­co­wała so­bie na nor­we­skim rynku silną po­zy­cję. Wszyst­kie jej pro­dukty były na­tu­ralne i po­wsta­wały z ro­ślin, które ro­sły tylko tu­taj. Stop­niowo firma prze­tarła so­bie szlak i te­raz za­czy­nała eks­pan­sję na ry­nek eu­ro­pej­ski.

Przez pierw­sze sześć mie­sięcy wszystko ukła­dało się fan­ta­stycz­nie, zna­la­złam so­bie w pracy przy­ja­ciółkę i za­czę­ły­śmy ra­zem cho­dzić po­po­łu­dniami na si­łow­nię, którą mia­ły­śmy w pracy. Ma­rit była zwa­rio­wana i uwiel­biała za­bawę, bar­dzo krę­cili ją Hisz­pa­nie, ale jesz­cze bar­dziej Ha­ans, syn szefa. Można po­wie­dzieć, że stop­niowo za­czę­łam roz­kwi­tać, a wręcz do­strze­głam, że ko­le­dzy w fir­mie za­częli spo­glą­dać na mnie ina­czej, z po­dzi­wem. Tak bar­dzo się to róż­niło od spoj­rzeń, ja­kie przy­cią­ga­łam do tej pory w Hisz­pa­nii.

Parę razy któ­ryś z ko­le­gów usi­ło­wał za­pro­sić mnie na randkę, ale po licz­nych od­po­wie­dziach od­mow­nych od­pu­ścili. Chcia­łam sku­pić się na ka­rie­rze, to jesz­cze nie był ten mo­ment.

Pew­nego dnia, gdy po pracy wró­ci­łam do domu babci, za­sta­łam ją przed kom­pu­te­rem, gdzie bar­dzo się z cze­goś śmiała.

- Co ro­bisz, be­ste­mor?

Spoj­rzała na mnie z szel­mow­skim uśmiesz­kiem i klep­nęła w sie­dze­nie krze­sła obok.

- Chodź tu, słonko, sia­daj. Coś ci po­każę. Prze­czy­taj, co jest na ekra­nie.

I po­ka­zała mi coś, czego w ży­ciu bym się nie spo­dzie­wała: frag­ment po­wie­ści ero­tycz­nej. Pod tek­stem fi­gu­ro­wały liczne ko­men­ta­rze ko­biet - każda pi­sała pod na­der su­ge­styw­nym nic­kiem - dzie­lą­cych się wra­że­niami z opi­sa­nej sceny, do­zna­niami, ja­kie w nich wy­wo­łała jej lek­tura, i opo­wia­da­ją­cych, czy spró­bo­wały po­tem cze­goś, co po­ja­wiało się w tek­ście. Gdy któ­raś od­po­wia­dała, że tak, fo­rum za­peł­niało się ko­men­ta­rzami z py­ta­niami, jak było. Oto kom­plet­nie otwarte i nie­skrę­po­wane ko­biety roz­ma­wiały bez wstydu i z ra­do­ścią o sek­sie. Pa­trzy­łam na fo­rum po­świę­cone po­wie­ściom ero­tycz­nym, a jedną z użyt­kow­ni­czek była moja bab­cia!

W mo­ich oczach ma­lo­wało się wiel­kie zdu­mie­nie, nie by­łam w sta­nie wy­krztu­sić choćby słowa, to­też bab­cia po­sta­no­wiła ode­zwać się pierw­sza.

- Kiedy umarł twój dzia­dek, czu­łam się bar­dzo sa­mot­nie. By­łam smutna i przy­bita, apa­tyczna i nie mia­łam na nic ochoty. Był wręcz czas, że przy­szło mi do głowy, by po­rzu­cić Nor­we­gię i prze­nieść się do was, do Hisz­pa­nii. Lecz wtedy, pew­nego dnia na za­ję­ciach z jogi, po­zna­łam fan­ta­styczną ko­bietę. Tak jak ja, była wdową, tyle że Hisz­panką. Po lek­cji wy­pi­ły­śmy ra­zem her­batę. Opo­wie­działa mi, jak trudno było jej z mę­żem prze­nieść się do kraju, w któ­rym ni­czego nie znali, choćby na­wet ję­zyka; że je­dyne, co ła­go­dziło jej ból roz­łąki z zie­mią oj­czy­stą, to fakt, że była tu z mi­ło­ścią swo­jego ży­cia. Jej także nie­ła­two było po­go­dzić się ze śmier­cią swo­jego Fau­stino, lecz parę mie­sięcy po tym, jak od­szedł, od­kryła coś, co przy­nio­sło jej ulgę, po­cie­chę, a z cza­sem i sporą roz­rywkę: li­te­ra­turę ero­tyczną. Po­mo­gła jej wy­do­być się z mroku, w któ­rym się po­grą­żyła, spra­wiła, że za­częła cho­dzić na pre­zen­ta­cje ksią­żek i stała się bar­dzo za­an­ga­żo­waną czy­tel­niczką.

Pa­trzy­łam na nią zba­ra­niała. Moja bab­cia - fo­ru­mo­wiczka i czy­tel­niczka po­wie­ści ero­tycz­nych. Tego nic nie prze­bije.

Opo­wia­dała mi w naj­lep­sze, a ja sie­dzia­łam ci­cho jak tru­sia, moż­liwe wręcz, że za­po­mnia­łam o tym, by od­dy­chać.

- Aby za­jąć czymś wolne chwile, za­pi­sała się na kurs in­for­ma­tyki. Za­ko­chała się w in­ter­ne­cie, który uka­zał jej nie­skoń­czone moż­li­wo­ści. Po­sta­no­wiła zro­bić coś dla sie­bie i dla in­nych ko­biet i za­ło­żyła hisz­pań­sko­ję­zyczne fo­rum el­rin­co­ne­ro­tico.com, ką­cik słu­żący wy­mia­nie ksią­żek i dzie­le­niu się opi­niami i wra­że­niami z lek­tury. Dzięki temu była za­jęta, a na do­da­tek czuła się odro­binę bli­żej Hisz­pa­nii. Tego dnia na­mó­wiła mnie, bym też spró­bo­wała, i tak zro­bi­łam. I fak­tycz­nie - moje ży­cie się zmie­niło. Może też byś spró­bo­wała? To bar­dzo pro­ste, re­je­stru­jesz się i już. Jest sek­cja z dar­mo­wymi książ­kami do ścią­gnię­cia, może któ­raś wzbu­dzi twoje za­in­te­re­so­wa­nie i sprawi, że spoj­rzysz na seks z zu­peł­nie od­mien­nej per­spek­tywy niż ta, którą ci przed­sta­wił ten kre­tyn z uczelni.

Pa­trzyła na mnie py­ta­ją­cym, peł­nym na­dziei spoj­rze­niem, a ja nie wie­dzia­łam, co zro­bić. Czy na­prawdę roz­ma­wia­łam o tym z wła­sną bab­cią?

- Daj mi się nad tym za­sta­no­wić, okej? W tym mo­men­cie je­stem w szoku, mu­szę to prze­my­śleć. Idę do kuchni umyć na­czy­nia, może mi się prze­ja­śni w gło­wie.

Od­wró­ci­łam się i uśmiech­nę­łam. Co za ko­bieta z tej mo­jej babci!

Tak na­prawdę nie mu­sia­łam się długo za­sta­na­wiać. Co mia­łam do stra­ce­nia? Poza tym, jak mó­wiła bab­cia, a nuż do­wiem się cze­goś no­wego albo wręcz raz jesz­cze za­in­te­re­suję się sek­sem. Coś w mo­jej gło­wie za­sko­czyło, być może cie­ka­wość. Był to po­czą­tek cze­goś nie do po­wstrzy­ma­nia. Po­zo­stało mi jesz­cze osiem mie­sięcy po­bytu w Nor­we­gii, które w pełni wy­ko­rzy­sta­łam. Za­in­te­re­so­wa­łam się spor­tem, in­ten­syw­nie pra­co­wa­łam, a do tego prze­czy­ta­łam wszyst­kie książki po­le­cone mi przez te cu­do­wne ko­biety.

Praca była fan­ta­styczna, ja zaś co­raz bar­dziej na­bie­ra­łam formy. Wy­raź­nie wy­szczu­pla­łam i te­raz no­si­łam roz­miar 38-40. Czu­łam się wspa­niale, tak jak to za­po­wie­działa bab­cia: by­łam zdrowa, silna, a i cał­kiem ładna, nie ma co ukry­wać. Szef był mną za­chwy­cony, ale nie ro­bi­łam so­bie na­dziei na po­zo­sta­nie w fir­mie. Bra­ko­wało wa­ka­tów, tak więc wie­dzia­łam, że nie­ba­wem się po­że­gnamy.

Ostat­niego dnia, przed za­koń­cze­niem pracy, we­zwał mnie do ga­bi­netu.

- Panno Gar­cía, pra­gnę za­świad­czyć, że pra­co­wała pani do­sko­nale, w ra­chun­kach jest pani nie­omylna. Je­ste­śmy bar­dzo za­do­wo­leni i dla­tego in­ten­syw­nie za­sta­na­wia­li­śmy się, co zro­bić, bo nie chcemy pani stra­cić. Jak pani wie, na­sza firma jest na eta­pie eks­pan­sji i wciąż nie dys­po­nu­jemy ofi­cjal­nym przed­sta­wi­ciel­stwem w Hisz­pa­nii. Człon­ko­wie rady nad­zor­czej ufają moim de­cy­zjom, gdyż zdają so­bie sprawę, że trak­tuję je po­waż­nie, dla­tego też przy­jęli moją pro­po­zy­cję, co do któ­rej je­stem pewny, że da nam liczne ko­rzy­ści. Za­mie­rzamy otwo­rzyć fi­lię w Hisz­pa­nii i uwa­żamy, że wła­śnie pani jest tym ele­men­tem, któ­rego nam bra­ko­wało, by wkro­czyć do pani oj­czy­zny. - Czy ten czło­wiek mówi mi wła­śnie to, co mi się wy­daje? - W naj­bliż­szych mie­sią­cach nasz ze­spół do spraw nie­ru­cho­mo­ści po­szuka od­po­wied­niej prze­strzeni biu­ro­wej w Bar­ce­lo­nie, chcie­li­by­śmy na­to­miast, by to pani ob­jęła sta­no­wi­sko dy­rek­tora fi­nan­so­wego. Do­sko­nale zna pani na­sze pro­dukty, mi­sję oraz wi­zję przed­się­bior­stwa, pra­cuje pani z en­tu­zja­zmem, nie mę­cząc się, od świtu do nocy. Co pani są­dzi o na­szej ofer­cie? Czy wy­daje się pani cie­kawa?

Onie­mia­łam. Do­szczęt­nie onie­mia­łam.

Nie by­łam w sta­nie wy­krztu­sić ani słowa, a na twa­rzy ma­lo­wał mi się wy­raz ab­so­lut­nego za­sko­cze­nia.

Pan Ha­akons­son ob­ja­śniał da­lej, jak gdyby trzeba mnie było jesz­cze do tego cudu na­ma­wiać.

- Rzecz ja­sna, pani wy­na­gro­dze­nie od­po­wia­dać bę­dzie spra­wo­wa­nej funk­cji, do­damy też co­roczną pre­mię za wy­niki, ubez­pie­cze­nie zdro­wotne, trzy wy­jazdy rocz­nie do Nor­we­gii na spo­tka­nia fir­mowe wraz z po­kry­ciem wszel­kich wy­dat­ków, mie­siąc płat­nego urlopu, a samo wy­na­gro­dze­nie, ma się ro­zu­mieć, wy­nie­sie tyle, ile za­ra­bia się tu­taj, a nie w Hisz­pa­nii. Zgoda? Wie­rzymy w pa­nią i chcie­li­by­śmy, by od­jeż­dżała pani już z pod­pi­saną umową i mo­gła za­cząć za trzy mie­siące, bo oce­niamy, że tyle nam wła­śnie zaj­mie przy­go­to­wa­nie wszyst­kiego na start.

To się działo na­prawdę? Nie mo­głam uwie­rzyć. Lecz nim ten czło­wiek zdą­żyłby się roz­my­ślić, po­sta­no­wi­łam przy­jąć pro­po­zy­cję, bo ta­kie oferty tra­fiają się raz w ży­ciu - a przy­naj­mniej ko­muś ta­kiemu jak ja.

- Oczy­wi­ście, że zgoda, pa­nie Ha­akons­son. Niech mi pan wie­rzy, nie po­ża­łuje pan. W ca­łej fir­mie nie znaj­dzie pan ko­goś bar­dziej pra­co­wi­tego i od­da­nego. Spra­wię, że bę­dzie pan ze mnie dumny, i do­pro­wa­dzę Na­tur­lig Ko­sme­tikk na szczyt. Gwa­ran­tuję to panu. - Sta­ra­łam się wło­żyć w moją od­po­wiedź jak naj­wię­cej pew­no­ści i pa­sji, pod­czas gdy za­do­wo­lony z mo­jej de­ter­mi­na­cji pan Ha­akons­son bacz­nie mi się przy­glą­dał.

- Do­sko­nale. Pro­szę za­tem zaj­rzeć do działu HR i pod­pi­sać kon­trakt. A tu­taj mam już dla pani służ­bowy te­le­fon. Niech pani za­wsze go nosi przy so­bie, aby­śmy mo­gli się z pa­nią skon­tak­to­wać w każ­dej chwili. Zwa­żyw­szy na bli­ski ter­min otwar­cia, bę­dziemy po­trze­bo­wać pani dys­po­zy­cyj­no­ści. Aby mieć pew­ność, że nie po­szuka pani pracy gdzie in­dziej, przez te trzy mie­siące bę­dzie już pani otrzy­my­wać wy­na­gro­dze­nie. W Na­tur­lig Ko­sme­tikk lu­bimy dbać o na­szych pra­cow­ni­ków. Panno Gar­cía, wi­tam w ze­spole - oznaj­mił i mocno uści­snął mi dłoń.

- Dzię­kuję. - Zgar­nę­łam ko­mórkę i uda­łam się do HR-u, aby pod­pi­sać umowę, która miała od­mie­nić moje ży­cie.

Kiedy wró­ci­łam do domu, wciąż w to nie wie­rzy­łam, jak­bym uno­siła się na chmu­rze, a kiedy prze­ka­za­łam babci no­winę, za­czę­ły­śmy ra­zem tań­czyć i śpie­wać.

- Fan­ta­stycz­nie, Ásynju, ogrom­nie się cie­szę. Odro­binę mi smutno, bo wrócę te­raz do swo­jego nud­nego ży­cia bez cie­bie, ale przede wszyst­kim ogrom­nie się cie­szę. A już szcze­gól­nie po­doba mi się to, że zgod­nie z kon­trak­tem trzy razy w roku masz przy­jeż­dżać do Nor­we­gii. Bę­dziesz wtedy mo­gła się tu­taj za­trzy­my­wać i opo­wia­dać mi, jak ci się układa to nowe ży­cie.

- Oj, be­ste­mor, na­wet nie wiem, jak ci dzię­ko­wać za to wszystko, co dla mnie przez ten czas zro­bi­łaś. Dzię­kuję, że po­mo­głaś mi się na nowo od­na­leźć, że mnie wy­słu­cha­łaś i wspie­ra­łaś bez­wa­run­kowo, że na­uczy­łaś mnie dbać o sie­bie, bym stała się przy­ja­ciółką sa­mej sie­bie, a nie wro­giem, i za to, że po­mo­głaś mi wyjść z błęd­nego koła au­to­de­struk­cji, w które się wpa­ko­wa­łam. I jesz­cze za to, że dzięki temu two­jemu fo­rum ina­czej spoj­rza­łam na seks. Że otwo­rzy­łaś mi umysł i oswo­bo­dzi­łaś z ukry­tych kaj­dan, które pę­tały moją du­szę. Dzięki za to, kim je­steś.

Wy­ści­ska­ły­śmy się i wy­ca­ło­wały.

- Do­bra, zaj­mijmy się wa­liz­kami, bo ju­tro wra­casz do Bar­ce­lony. Matka pew­nie umiera z tę­sk­noty, a tym bar­dziej twoja sio­stra. Pra­wie pół­tora roku poza do­mem i bez od­wie­dzin to dla matki na­prawdę dużo.

Ni­gdy nie by­łam do­bra, je­śli cho­dzi o po­że­gna­nia. Zo­sta­wi­łam bab­cię Ra­gnę na lot­ni­sku z po­czu­ciem, że była ze mnie ab­so­lut­nie dumna. W Nor­we­gii udało mi się opróż­nić ple­cak, który dźwi­ga­łam, i te­raz czu­łam się go­towa roz­po­cząć nowe ży­cie.

Kiedy wy­lą­do­wa­łam w Bar­ce­lo­nie i uj­rza­łam przed sobą trzy naj­bar­dziej uko­chane osoby na świ­cie, serce wy­peł­niła mi ra­dość. Stali i roz­glą­dali się, pró­bu­jąc wy­pa­trzyć mnie po­śród lu­dzi. By­łam o dzie­sięć kro­ków od nich, ale wciąż mnie nie za­uwa­żali. Jak to moż­liwe? Kiedy po­de­szłam na trzy kroki, sio­stra otwo­rzyła sze­roko oczy, za­pisz­czała z emo­cji i rzu­ciła się ku mnie z okrzy­kiem:

- Aaa, Lauri! Ale co się stało? Je­steś prze­śliczna, fan­ta­styczna, wspa­niała! Jak to moż­liwe, że Nor­we­gia tak ci służy, gdy tam jest tak strasz­nie zimno? - Uśmie­chała się od ucha do ucha i cią­gle ob­cho­dziła mnie w kółko.

- Wy­star­czy, Ilke, bo za­kręci mi się w gło­wie. To ta sama ja. Po pro­stu nie wi­dzia­łaś mnie już po­nad rok i za­po­mnia­łaś, jak wy­glą­dam - od­par­łam z uśmie­chem.

- Ilke ma ra­cję, Lauro, ogrom­nie się zmie­ni­łaś - przy­tak­nęła ze łzami w oczach matka. - Cała pro­mie­nie­jesz ze szczę­ścia. Ra­gna do­ko­nała z tobą cze­goś nie­zwy­kłego.

Matka pa­trzyła na mnie z uwiel­bie­niem. Już od wielu lat nie na­zy­wała babci mamą, lecz mó­wiła o niej po imie­niu. Wy­daje mi się, że coś mię­dzy nimi za­szło, ale matka ni­gdy nie po­ru­szała tego te­matu.

Wtem spo­mię­dzy an­ga­żu­ją­cych mnie bez reszty ko­biet wy­ło­nił się oj­ciec.

- Księż­niczko, niech cię wy­ści­skam. Na­wet nie wiesz, jak bar­dzo za tobą tę­sk­ni­łem.

Wy­raź­niej­sze zmarszczki wo­kół oczu spra­wiały, że wy­da­wał się nieco star­szy, lecz w dal­szym ciągu od­zna­czał się tą samą do­brą pre­zen­cją, która tak urze­kła matkę. Na brą­zo­wych jak u mnie wło­sach było te­raz nieco wię­cej si­wi­zny, choć wciąż były bujne i gę­ste. Miał po­do­bne spoj­rze­nie jak ja, tyle tylko, że ja po babci Ma­ríi mia­łam zie­lone oczy, on na­to­miast piwne. Było ja­sne, że wy­gląd odzie­dzi­czy­łam po jego ro­dzi­nie ze strony mamy, krą­głe ko­biety o du­żych ustach i zie­lo­nych oczach tra­fiały się w niej bo­wiem na­der czę­sto.

- Ta­tu­siu, ja też za tobą bar­dzo tę­sk­ni­łam.

Z wes­tchnie­niem przy­lgnę­łam do niego. Wcią­gnę­łam noz­drzami woń jego szyi. Pach­niała do­mem, ro­dziną i mi­ło­ścią.

- Chodźmy do domu, có­ruś, i tam już nam wszystko opo­wiesz. Chcemy od cie­bie usły­szeć, jak było w Nor­we­gii.

Wy­ja­śni­łam im, jak wspa­niale po­trak­to­wała mnie bab­cia, jak na­uczyła mnie dbać o sie­bie i ko­chać sie­bie samą, upra­wiać sport i zdrowo się od­ży­wiać, zre­la­cjo­no­wa­łam, jak do­brze po­ra­dzi­łam so­bie w fir­mie, a na ko­niec po­wie­dzia­łam o ofer­cie pracy. Wszy­scy, na­tu­ral­nie, słu­chali mnie w za­chwy­cie. Gdy skoń­czy­łam, nie po­sia­dali się z ra­do­ści aż do chwili, gdy do­da­łam:

- A wła­śnie, jesz­cze jedna wia­do­mość: chcę się unie­za­leż­nić.

I pro­szę, zrzu­ci­łam bombę. Wszy­scy pa­trzyli te­raz na mnie tak, jak gdyby wy­ro­sły mi trzy rogi i ogromny ogon.

- Unie­za­leż­nić? - do­py­tali jed­no­cze­śnie ro­dzice.

- Tak - od­par­łam z prze­ko­na­niem. - Je­stem już w od­po­wied­nim wieku, by za­miesz­kać sama, i są­dzę, że to wła­śnie po­win­nam zro­bić. Mam te­raz wy­soką pen­sję i świetną po­sadę. Do tego dwa­dzie­ścia sześć lat, więc to chyba wła­ściwy mo­ment, że­by­ście się mnie po­zbyli. - Mó­wi­łam z de­ter­mi­na­cją w gło­sie, to­nem, który nie do­pusz­cza sprze­ciwu.

- Ale prze­cież do­piero co wró­ci­łaś - za­uwa­żył le­dwo sły­szal­nym gło­sem oj­ciec.

Chcąc go uspo­koić, spoj­rza­łam na niego z mi­ło­ścią.

- Ta­tu­siu, będę co­dzien­nie dzwo­nić i co nie­dziela wpa­dać na obiad, ale tak musi być. Mu­szę mieć wła­sne ży­cie, ale na­prawdę nie zna­czy to, że stracę z wami kon­takt. Mamo, co po­wiesz?

Oczy miała wil­gotne. Uśmiech­nęła się do mnie.

- Wie­dzia­łam, że po­byt u Ra­gny ja­koś cię od­mieni, ale wy­glą­dasz tak do­brze, chyba wręcz ni­gdy w ży­ciu le­piej nie wy­glą­da­łaś, że nie mogę sprze­ci­wić się twoim ży­cze­niom. Po­mo­żemy ci, jak tylko damy radę. - Z jej twa­rzy biło zro­zu­mie­nie i ak­cep­ta­cja.

- To su­per, Lauri! Miesz­kanko na im­prezy. Będę mo­gła no­co­wać w po­koju dla go­ści?

Sio­stra nie po­sia­dała się z ra­do­ści, cały czas traj­ko­tała o tym, co bę­dziemy ro­bić w no­wym miesz­ka­niu. A prze­cież na­wet go jesz­cze nie mia­łam.

Rozdział trzeci

Laura

Po trzech ty­go­dniach in­ten­syw­nych po­szu­ki­wań zna­la­złam miesz­ka­nie do­sko­nałe. Miało dwa po­koje, nie było szcze­gól­nie duże, za to znaj­do­wało się w nowo po­sta­wio­nym bu­dynku w bar­ce­loń­skiej dziel­nicy Dia­go­nal Mar. Wi­doki były stam­tąd nie­sa­mo­wite, mie­ściło się bo­wiem na ostat­nim pię­trze apar­ta­men­towca i po­sia­dało ogromny ta­ras, z któ­rego pa­trzyło się na mo­rze. Jakby tego było mało, na da­chu bu­dynku znaj­do­wały się ba­sen oraz so­la­rium. Lo­kal był wspa­niały, a do tego ume­blo­wany w bar­dzo do­brym, mi­ni­ma­li­stycz­nym stylu. Czynsz był dość wy­soki, ale przy obec­nie otrzy­my­wa­nej pen­sji swo­bod­nie mo­głam so­bie na to po­zwo­lić.

By­łam za­chwy­cona oko­licą, rano mo­głam cho­dzić po­bie­gać po plaży i wy­ką­pać się w ba­se­nie lub się po­opa­lać. Matka i Ilke za­sza­lały, ku­pu­jąc mi wszystko, co nie­zbędne, aby miesz­kało mi się wy­god­nie, do czego do­szło jesz­cze dłu­gie po­po­łu­dniowe wyj­ście na shop­ping z sio­strą, która uznała, że skoro tak bar­dzo schu­dłam i zdo­by­łam nową po­sadę, przy­szedł czas, by od­świe­żyć moją gar­de­robę.

Ostatni przy­sta­nek sta­no­wił bu­tik z bie­li­zną ulu­bio­nej marki mo­jej sio­stry.

Za­pro­po­no­wała mi mnó­stwo ze­sta­wów, pod­czas gdy ja do­bie­ra­łam ta­kie, które wy­da­wały mi się naj­wy­god­niej­sze, naj­bar­dziej prak­tyczne, przede wszyst­kim zaś - optycz­nie po­mniej­sza­jące biust. Bo cho­ciaż stra­ci­łam na wa­dze, z nie­wia­do­mych przy­czyn sta­nik za­czę­łam no­sić tylko o nu­mer mniej­szy, tak więc piersi roz­miar sto pięć ra­czej rzu­cały się w oczy.

Kiedy po­szły­śmy do przy­mie­rzalni i sio­stra zo­ba­czyła, co mam w rę­kach, za­pro­te­sto­wała:

- Zwa­rio­wa­łaś? To są ze­stawy dla sta­rych bab. Boże, Lauri, taka dziew­czyna jak ty nie może no­sić cze­goś po­dob­nego. Daj mi to i przy­mie­rzaj le­piej te, które dla cie­bie wy­bra­łam. Ko­bieta czuje się sto­sow­nie do no­szo­nej bie­li­zny: im moc­niej­sze wra­że­nie ona robi, tym pew­niej czuje się jej wła­ści­cielka. A przy ta­kich kształ­tach mo­żesz so­bie na to po­zwo­lić. Właź i po­każ mi, a przede wszyst­kim sa­mej so­bie, jaką to skry­wasz w so­bie bo­gi­nię.

Przy­znam, że we­szłam do ka­biny nie­zbyt prze­ko­nana, ale go­towa by­łam zro­bić wszystko, byle tylko sio­stra prze­stała ga­dać.

Wpierw przy­mie­rzy­łam ko­ron­kowy ze­staw w od­cie­niu szma­rag­do­wej zie­leni: był zu­peł­nie prze­świ­tu­jący, a kom­plet uzu­peł­niały bar­dzo skąpe stringi.

Gdy uj­rza­łam sie­bie w lu­strze, zro­zu­mia­łam, co chciała po­wie­dzieć mi sio­stra. Matko ko­chana, to by­łam ja? Ko­bieta, którą zo­ba­czy­łam, nie była prze­sad­nie szczu­płą dziew­czyną, ale - no wła­śnie - ko­bietą, która miała wszystko na swoim miej­scu, nie­ziem­ski biust, pła­ski brzuch z lekką ob­ło­ścią prze­cho­dzący w bio­dra, a do tego silne i zdrowe uda i pupę. Kiedy od­cią­gnę­łam za­słonkę, by sio­stra mo­gła mnie zo­ba­czyć, z ust wy­rwał jej się okrzyk wiel­kiej ra­do­ści i po­dziwu. Przyj­rzała mi się od góry do dołu, a kiedy po­now­nie spoj­rzała mi w twarz, oznaj­miła:

- Wy­glą­dasz bo­sko, Lauri. Ale wy­tłu­macz mi, skar­bie, jedną rzecz. Ja wiem, że w Nor­we­gii jest zimno, ale czy na­prawdę mu­sisz no­sić mię­dzy no­gami taką wy­cie­raczkę? Ba­łaś się, że mu­szelka ci kich­nie i wy­pu­ści perłę? Co so­bie my­śla­łaś? Gę­sto za­lud­nione lasy już dawno prze­szły do hi­sto­rii, te­raz jest czas wy­cinki, a u cie­bie, jak są­dzę, cią­gle po­miesz­kuje za­gro­żona wy­gi­nię­ciem ro­dzina oran­gu­ta­nów! Wy­glą­dasz jak bo­gini, tyle tylko, że pusz­czy. Trzeba coś z tym zro­bić. - Pal­cem wska­zy­wała wprost w na do­łek mię­dzy mo­imi udami.

- Ale ty je­steś bu­racka, Ilke! - za­wo­ła­łam. - Chwi­lowo nie po­trze­bo­wa­łam żad­nej wy­cinki, tak jak słusz­nie za­uwa­ży­łaś, w Nor­we­gii było zimno, a wtedy im cie­plej, tym we­se­lej - od­par­łam.

- Sio­strzyczko, ale w Hisz­pa­nii jest na­prawdę go­rąco, a poza tym jest wiele spo­so­bów, by się w zi­mie ogrzać - za­uwa­żyła z szel­mow­skim spoj­rze­niem. - Chyba nie wy­bra­łaś naj­lep­szego. Nie martw się, po­tem umó­wię cię na go­dzinkę i Da­vid w sa­lo­nie pięk­no­ści wy­kar­czuje tę twoją pusz­czę ama­zoń­ską do go­łej ziemi. A te­raz bądź tak miła i po­przy­mie­rzaj inne kom­plety, które ci wy­bra­łam.

Tak nam mi­nęło pół go­dziny, aż wresz­cie wy­szłam ze sklepu z dy­miącą kartą kre­dy­tową. Tym­cza­sem sio­stra za­dzwo­niła do swo­jego sa­lonu urody i umó­wiła mi wi­zytę. Kiedy by­ły­śmy już w drzwiach, spoj­rza­łam na nią i uzmy­sło­wi­łam so­bie, co po­wie­działa:

- Cze­kaj, Ilke, czy ty mó­wi­łaś, że twoja ko­sme­tyczka na­zywa się Da­vid? To ta­kie zdrob­nie­nie od Da­vidy?

Wo­bec braku od­po­wie­dzi za­czę­łam się nie­po­koić. Ona jed­nak po­pa­trzyła na mnie z uśmie­chem i nim otwo­rzyła drzwi, szep­nęła mi na ucho:

- Nic się nie martw, sio­strzyczko. Da­vid to mój naj­lep­szy przy­ja­ciel i do tego gej. Poza tym ma na­prawdę bo­skie ręce.

Po­cią­gnęła mnie do środka i na­gle zna­la­złam się przed wy­so­kim, umię­śnio­nym i su­per-hi­per-za­dba­nym chło­pa­kiem o spoj­rze­niu z ga­tunku: "Ścią­gaj te majtki, ale już". Zda­łam so­bie sprawę, że na wi­dok ta­kiego eg­zem­pla­rza aż mi ślinka ciek­nie. Uśmiech­nął się, świa­dom tego, co mi cho­dziło po gło­wie, i prze­niósł wzrok na Ilke.

- Pro­szę, pro­szę, a więc to jest ta twoja "dzika" sio­stra. - Wska­zał mnie pal­cem, a gdy Ilke przy­tak­nęła, zwró­cił się do mnie. - Chodź ze mną, skar­bie, zo­ba­czymy, co tam kry­jesz mię­dzy no­gami.

Minę mia­łam bez­cenną, po­czer­wie­nia­łam jak bu­rak. Da­vid chwy­cił mnie za lę­dź­wie i po­py­chał mnie nie­cier­pli­wie, by czym prę­dzej zro­bić mi sama nie wiem co. Z od­dali usły­sza­łam głos sio­stry, która wo­łała:

- Da­vid, kom­pletna wy­cinka! Na ca­łym ciele ma nie zo­stać choćby wło­sek! I pa­mię­taj, full se­rvice, ze szczę­śli­wym fi­na­łem!

Co miał niby zna­czyć ten szczę­śliwy fi­nał? No i czy ten chło­pak nie miał być przy­pad­kiem ge­jem? O ile się orien­to­wa­łam, szczę­śliwy fi­nał ozna­czał tylko jedno. Ale może w ko­sme­tyce ro­zu­mieli to ina­czej... Na wi­dok ta­kiego okazu moje zmy­sły za­pło­nęły tak mocno, że nie my­śla­łam trzeźwo.

Da­vid za­pro­wa­dził mnie do po­miesz­cze­nia urzą­dzo­nego w orien­tal­nym stylu. Było bar­dzo ładne, ła­god­nie oświe­tlone i wy­peł­nione eg­zo­tycz­nym aro­ma­tem, a na środku stało łóżko przy­kryte czymś w ro­dzaju de­li­kat­nego czer­wo­nego prze­ście­ra­dła, które współ­grało z wy­stro­jem wnę­trza. Mi­ni­ma­lizm, biel, czerń, sza­rość i odro­bina czer­wieni.

W ką­cie znaj­do­wała się nie­wielka lo­dówka, a bez­po­śred­nio na niej stały kie­liszki z rżnię­tego krysz­tału. Czu­łam się spięta i da­wało się to za­uwa­żyć.

- Nie przej­muj się, skar­bie, mam mnó­stwo klien­tek i wszyst­kie wy­cho­dzą za­chwy­cone. Nie za­drę­czaj się i nie bój. - Usta­wiał na łóżku ja­kieś fla­ko­niki, spra­wiał wra­że­nie bar­dzo pew­nego sie­bie i ema­no­wał zmy­sło­wo­ścią. Wie­dzia­łam, że stara się mnie uspo­koić, ale w za­ist­nia­łej sy­tu­acji było to nie­ła­twe. - Twoja sio­stra jest moją bar­dzo bli­ską przy­ja­ciółką, a poza tym re­gu­lar­nie przy­cho­dzi tu jako klientka. Po­wie­działa mi, czego ci trzeba, a ja obie­cuję, że ci to za­pew­nię. - Ob­ni­żył nieco głos, który stał się bar­dziej chra­pliwy. - Za­cznijmy od po­czątku. Roz­bierz się do końca za tym pa­ra­wa­nem i owiń ciało ręcz­ni­kiem. Kom­plek­sowo cię dziś do­piesz­czę i bę­dziesz cudo.

Pod­szedł do mnie po­woli, jak gdy­bym była je­lon­kiem, który w każ­dej chwili może czmych­nąć. Śniadą dło­nią ujął mnie za rękę, pod­niósł ją do ust i uca­ło­wał wierzch dłoni. Było to krze­piące, de­li­katne i bar­dzo sexy. Chyba na­wet wy­rwało mi się wes­tchnie­nie, ni­gdy do­tąd nie by­łam z ta­kim chło­pa­kiem w ta­kiej sy­tu­acji. Ze­bra­łam się na od­wagę i po­sta­no­wi­łam się ro­ze­brać.

Prze­szłam za pa­ra­wan i zgod­nie z po­le­ce­niem Da­vida zdję­łam ubra­nie. Zo­sta­wi­łam je równo po­skła­dane, bo czło­wiek za­wsze po­wi­nien być schludny i zor­ga­ni­zo­wany. Jak ma­wia moja bab­cia Ma­ría, za­wsze trzeba wy­cho­dzić z domu w czy­stych majt­kach, bo ni­gdy nie wiesz, co ci się przy­trafi. Na­bra­łam po­wie­trza i wy­szłam owi­nięta ręcz­ni­kiem, czu­jąc się nie­zręcz­nie. Da­vid stał, nie miał na so­bie ko­szulki i wpa­try­wał się we mnie swymi ciem­nymi oczyma.

Matko ko­chana, ale z niego cia­cho! Są­dzi­łam, że ta­kich go­ści spo­tyka się tylko na okład­kach ksią­żek, które czy­ta­łam. Kiedy tylko moje spoj­rze­nie opa­dło na jego do­sko­nałe mię­śnie brzu­cha zni­ka­jące pod spodniami z ni­skim sta­nem, za­schło mi w ustach. Wiel­kie nieba! Na­prawdę męż­czyźni zaj­mu­jący się de­pi­la­cją tak wy­glą­dają i ro­bią to z od­sło­nię­tym tor­sem? Nie mo­głam prze­stać wpa­try­wać się w jego sze­ścio­pak z po­czu­ciem, że chęt­nie po­li­za­ła­bym ry­su­jące się na nim wgłę­bie­nia.

Naj­wy­raź­niej czy­tał mi w my­ślach, bo czym prę­dzej za­pew­nił:

- Spo­koj­nie, księż­niczko, nic się nie dzieje. Zdją­łem ko­szulkę, żeby mi było wy­god­niej, i te­raz oboje je­ste­śmy na tych sa­mych wa­run­kach. Moje klientki to lu­bią, mó­wią, że nie czują się wtedy tak od­sło­nięte. Taa, na pewno - po­my­śla­łam. Z pew­no­ścią klientki mó­wiły mu to, żeby do­brze brzmiało, tym­cza­sem w głębi du­szy my­ślały: Ścią­gnij wszystko, przy­stoj­niaku, a ja na tej tarce, którą masz na brzu­chu, wy­szo­ruję majtki. - Poza tym tu jest bar­dzo cie­pło, a nie lu­bię się po­cić przy pracy - cią­gnął da­lej. - Ale je­śli ci to prze­szka­dza... - Prze­su­nął dłońmi po wy­rzeź­bio­nej klatce pier­sio­wej.

Czy mi prze­szka­dza? Jak taki wi­dok mógłby mi prze­szka­dzać?

- Eee, nie, spo­koj­nie. Je­steś w swoim miej­scu pracy, to ja tu je­stem in­truzką. Je­śli tak ci jest do­brze, mnie to nie prze­szka­dza. - Mój głos le­d­wie dał się sły­szeć. Da­vid uśmiech­nął się uspo­ka­ja­jąco.

- Do­sko­nale. A za­tem wchodź na łóżko i się po­łóż. Unieś wy­soko ra­miona, za­czniemy od pach.

Pod­cią­gnę­łam ręce. O ile nie je­stem szcze­gól­nie owło­siona, o tyle fak­tem jest, że przez czas spę­dzony w Nor­we­gii się nie de­pi­lo­wa­łam, tak więc te­raz po­czu­łam się nieco za­wsty­dzona. Ale kto do tej chwili miałby zwró­cić uwagę na moje wło­ski?

Da­vid zda­wał się ni­czym nie przej­mo­wać, wy­glą­dał na bar­dzo skon­cen­tro­wa­nego i na­kła­dał mi ró­żowy, cie­pły wosk o za­pa­chu tru­skawki.

- A te­raz, złotko, parę szarp­nięć i uwol­nię cię od cze­goś, co ci nie jest po­trzebne. - Minę miał słodką, a wręcz pu­ścił do mnie oko.

Gdy po­czu­łam pierw­sze szarp­nię­cie, przy­po­mnia­łam so­bie, jak nie­przy­jemna jest de­pi­la­cja wo­skiem, acz­kol­wiek wi­dok wy­rzeź­bio­nego torsu Da­vida bar­dzo po­ma­gał za­po­mnieć o bólu.

Kiedy skoń­czył z pa­chami, pod­cią­gnął mi ręcz­nik nad uda, za­kry­wa­jąc mnie pra­wie po czu­bek głowy.

- A te­raz roz­łóż tro­chę nogi, złotko, że­bym mógł ci je zro­bić jak na­leży. - Prze­ma­wiał do mnie jak do spło­szo­nego źre­baka. - Nie masz zbyt wielu wło­sków w gór­nej czę­ści nóg. Chcesz, bym ci je zro­bił całe, czy do po­łowy? Zdaje mi się, że do po­łowy wy­star­czy. Te­raz bę­dzie lato, a jak tak pa­trzę, to chyba masz wło­ski, które od słońca przy­bie­rają pla­ty­nowy blond, nie? - W ra­mach oceny rę­koma de­li­kat­nie gła­dził mnie po udach. - Mam ci je usu­nąć czy zo­sta­wić? - Za­trzy­mał się, cze­ka­jąc na de­cy­zję.

- Jak uwa­żasz - od­po­wie­dzia­łam drżą­cym gło­sem. - Je­stem w two­ich rę­kach, rób, jak bę­dzie do­brze. Ufam ci.

Od­po­wiedź naj­wy­raź­niej mu się spodo­bała, bo przy­tak­nął i za­brał się do pracy.

I rze­czy­wi­ście - le­dwo co mnie bo­lało, ręce miał wprost ge­nialne. Na do­da­tek cie­szy­łam się wi­do­kiem mię­śni Da­vida, które na­pi­nały się i roz­cią­gały. Pra­wie nie­po­strze­że­nie za­czę­łam czuć się swo­bod­nie.

Wy­ob­raź­nia za­częła mi pra­co­wać, tyle mie­sięcy lek­tur i po­ga­wę­dek na fo­rum uczy­niło te­raz z Da­vida fan­ta­zję do­sko­nałą. W my­ślach za­czę­łam roz­wa­żać, co też mógłby ro­bić swoim klient­kom tymi dłońmi oraz ustami.

Ro­biłby im zmy­słowe ma­saże, roz­cią­gałby się cały na na­sma­ro­wa­nym olej­kiem ciele klientki i roz­po­czy­na­łby pod­nie­ca­jący ta­niec, po­cie­ra­jąc swoją nagą pier­sią o jej piersi. Zo­sta­wiłby so­bie dwu­dniowy za­rost i ocie­rałby się nim po de­li­kat­nych re­jo­nach jej szyi, a ona wi­łaby się pod nim i dy­szała. Da­vid po­woli zszedłby w dół, a ona czu­łaby, jak te wszyst­kie silne, twarde mię­śnie prze­su­wają się po jej brzu­chu. Pod­niósłby wzrok, pro­wo­ku­jąc ją swoim żar­łocz­nym roz­ocho­ce­niem, go­tów za mo­ment pod­jąć ucztę. Ru­szyłby ła­god­nie w po­dróż przez jej ciało, aż do­tarłby do de­li­kat­nych wzgór­ków jej sut­ków, które wziąłby w usta i ssał tak, że krzy­cza­łaby z po­żą­da­nia.

W ca­łym ciele za­częło mi się ro­bić cie­pło. Wy­ob­raź­nia pła­tała mi fi­gle i bez­wol­nie za­czę­łam się pod­nie­cać. Moje sutki tward­niały pod ręcz­ni­kiem, łech­taczka sta­wała się wraż­liwa, a po­chwa - zwil­żona. W od­dali usły­sza­łam głos. Sku­pi­łam uwagę i do­strze­głam Da­vida, który uśmie­chał się do mnie z kie­lisz­kiem lo­do­wa­tej cavy w dłoni.

- Wszystko w po­rządku, skar­bie? Wy­da­jesz się roz­pa­lona. Na­pij się cze­goś, masz po­czer­wie­niałe po­liczki. To ci po­może ochło­nąć i się od­prę­żyć. - Po­dał mi kie­li­szek, a ja wy­pi­łam go jed­nym hau­stem. - Pro­szę, na­prawdę by­łaś spra­gniona. Do­brze, kon­ty­nu­ujemy. Wy­god­nie ci? Na tym eta­pie nie­które z mo­ich klien­tek bar­dzo się wsty­dzą i wolą, bym na czas de­pi­la­cji za­sła­niał im oczy ma­seczką. Po­czu­ła­byś się z tym swo­bod­niej? - Głos miał de­li­katny i spo­kojny.

Za­sta­no­wi­łam się i przy­tak­nę­łam, jed­nak wstyd brał we mnie górę.

Da­vid ob­ró­cił się i wziął w palce ró­żową ma­seczkę. Zbli­żył się do mnie, a kiedy na­ło­żył mi ją na oczy, spo­wiła mnie ciem­ność i prze­sta­łam co­kol­wiek wi­dzieć. Po­zo­stałe zmy­sły stały się tym bar­dziej wy­czu­lone. Czu­łam, jak się po­ru­szał, jak prze­miesz­czał, jak do­szedł do miej­sca, w któ­rym mia­łam ręcz­nik, i bar­dzo po­woli go roz­chy­lił, przez co zna­la­złam się przed nim zu­peł­nie naga i od­sło­nięta.

Usły­sza­łam, jak wstrzy­muje od­dech. Do głosu do­szły moje kom­pleksy. Co so­bie musi my­śleć? Wi­dzi wie­lo­ryba, jaki za­miesz­kuje w mo­jej du­szy? Jak ja mo­głam po­zwo­lić, by sio­stra mnie tu za­cią­gnęła? Kiedy udrę­czona ta­kimi my­ślami już mia­łam od­sło­nić oczy, ode­zwał się:

- Święci pań­scy, je­steś wspa­niała! Więk­szość mo­ich klien­tek by­łaby go­towa za­bić za ta­kie ciało. Je­steś jak bo­gini We­nus, która wy­ła­nia się z fal. Masz bujne, zmy­słowe ciało, wprost stwo­rzone, aby grze­szyć. Nie dziwi mnie, że Ilke cię przy­pro­wa­dziła, sporo tu wi­dzę do usu­nię­cia - przy­znał, gła­dząc mnie po wło­sach ło­no­wych. - Ale za­rę­czam ci, skar­bie, że wyj­dziesz dziś ode mnie ze śliczną cipką go­tową do grze­chu. - Usły­sza­łam, jak gdzieś prze­cho­dzi, a na­stęp­nie ci­che dźwię­cze­nie szkla­nego sło­ika. Po­tem ko­lejne od­głosy, jak gdyby cze­goś szu­kał. Wresz­cie otwo­rzył i za­mknął szu­fladę. - Naj­pierw przy­tnę je ma­szynką, żeby zro­bić wzór, a po­tem wy­de­pi­luję cię wo­skiem. Zro­bię dzieło sztuki, na ja­kie za­słu­gu­jesz. Roz­łóż nogi, skar­bie, żeby mi się do­brze pra­co­wało. - Roz­chy­li­łam je lekko, a on otwo­rzył je nieco bar­dziej. - Bar­dzo do­brze, tak bę­dzie ide­al­nie. Za­czy­najmy.

Po­miesz­cze­nie wy­peł­nił war­kot ma­szynki. Da­vid oparł lewą dłoń po­ni­żej mo­jego pępka, po­cią­gnął za włosy ło­nowe ku gó­rze i za­czął go­le­nie. Czu­łam się tro­chę tak, jakby ktoś mnie de­li­kat­nie ła­sko­tał. Nie wiem, ile czasu upły­nęło, nim uznał, że wy­star­czy, ale mia­łam wra­że­nie, że trwało to le­d­wie chwilę. Dzia­łał bar­dzo ła­god­nie i de­li­kat­nie.

- Bar­dzo do­brze ci idzie. A te­raz na­pnij nogi i je roz­łóż. Mu­szę mieć doj­ście do warg sro­mo­wych, żeby móc do­kład­nie za­dzia­łać ma­szynką. Nie bój się, ko­tuś, zro­bię cię na cudo. Nie bę­dziesz się skar­żyć.

Ten frag­ment za­biegu wy­ma­gał ode mnie pew­nego wy­siłku, ale po­do­ła­łam: na­prę­ży­łam nogi i po­woli otwo­rzy­łam je, tak jak o to pro­sił. Za­po­mnij o wsty­dzie. To jak­byś po­szła do gi­ne­ko­loga, tyle że twój jest brzydki i stary, a ten to praw­dziwe cia­cho - po­wie­dzia­łam so­bie.

Po­czu­łam, jak pal­cami roz­suwa moje fałdki, jak wi­bra­cja ma­szynki się zbliża i jak jej ostrza za­czy­nają mnie go­lić. Da­vid z pew­no­ścią za­uwa­żył, że je­stem wil­gotna, ale nic nie mo­głam po­ra­dzić. Było to bar­dzo zmy­słowe do­zna­nie, a moje zdra­dziec­kie ciało re­ago­wało, acz­kol­wiek za­kła­da­łam, że je­żeli pod­da­wał temu za­bie­gowi wszyst­kie swoje klientki, to mu­siał być już przy­zwy­cza­jony.

- Do­sko­nale, ko­cha­nie. Te­raz za­czniemy dzia­łać wo­skiem. Nie martw się, będę tak de­li­katny i szybki, jak się tylko da, a po­tem na ko­niec do­sta­niesz na­grodę. Każde cier­pie­nie za­słu­guje na za­dość­uczy­nie­nie - szep­nął mi do ucha, spra­wia­jąc, że te nie­liczne wło­ski, które po­zo­stały mi na ciele, sta­nęły dęba.

Umysł wszedł mi na wyż­sze ob­roty. Co mógł mieć na my­śli, mó­wiąc o za­dość­uczy­nie­niu? Da mi li­zaka? Lizu, lizu...

- Aj! - po pierw­szym szarp­nię­ciu nie mo­głam po­wstrzy­mać się od krzyku.

- Spo­koj­nie, śliczna, po­czą­tek jest za­wsze naj­gor­szy. Za­raz zro­bię coś, by ci ulżyło - to po­wie­dziaw­szy, przy­ło­żył dłoń w miej­sce, gdzie wcze­śniej za­apli­ko­wał wosk, i przy­krył obo­lały frag­ment wła­snym cie­płem. - Le­piej? - spy­tał.

Po­twier­dzi­łam i dzia­łał da­lej.

Czu­łam się od­sło­nięta i wy­sta­wiona na jego spoj­rze­nie. By­łam ni­czym la­leczka, którą da się usta­wić w naj­roz­ma­it­szych po­zy­cjach. Da­vid ukła­dał mnie na różne spo­soby - roz­pro­wa­dzał wosk i go zry­wał, na­stęp­nie gła­dząc te miej­sca swo­imi cie­płymi dłońmi. Za­uwa­ży­łam, że na czoło i nad ustami wy­stę­pują mi kro­ple potu, a gdy je ob­li­za­łam, po­czu­łam sól. Wtedy po­le­cił mi przy­ci­snąć ko­lana do piersi i przy­trzy­mać je rę­koma, aby mógł na­ło­żyć mi wosk mię­dzy uda. Dzia­łał szybko i zde­cy­do­wa­nie, nie tra­cił ani chwili, a to do­da­wało mi pew­no­ści. Na­kleił mi ko­lejny pa­sek wo­sku od pępka do łona, po czym zro­bił coś, czego się nie spo­dzie­wa­łam: dwa krążki wo­sku umie­ścił mi wo­kół sut­ków i wy­ja­śnił:

- Twoja sio­stra mó­wiła, bym de­pi­lo­wał do czy­sta, a tu jest kilka po­je­dyn­czych wło­sków. To już ko­niec tej naj­gor­szej czę­ści. - Chwy­cił jedną z mo­ich piersi lewą ręką i po­cią­gnął. Su­tek pod­sko­czył mi jak sprę­żyna, a on za­raz na­krył go cie­płą dło­nią. - Spo­koj­nie, mały, już po wszyst­kim. A te­raz zaj­mijmy się twoim bliź­nia­kiem.

I do­kład­nie to samo zro­bił z dru­gim sut­kiem. Nie zdo­ła­łam po­wstrzy­mać się od krzyku. Czu­łam, że cała moja krew sku­piła się aku­rat w tym frag­men­cie ciała, sutki zro­biły mi się bar­dzo twarde i na­brzmiałe.

- Znio­słaś to po mi­strzow­sku, Lauro. A te­raz przy­szedł czas na na­grodę. Aby za­dość­uczy­nić za to, co ci wy­rzą­dzi­łem, zro­bię ci ma­saż cie­płym olej­kiem ka­ka­owym, który przy­wróci rów­no­wagę two­jej skó­rze, wy­gła­dzi ją i uśmie­rzy po­draż­nie­nia. Tak więc go­tuj się na roz­kosz, mała. Chcesz, że­bym zdjął ci ma­seczkę? Przy­ciem­nię jesz­cze tro­chę świa­tło, żeby cię nie ra­ziło. - Ma­seczkę? Pra­wie o niej za­po­mnia­łam. Ski­nę­łam twier­dząco, a on ją za­brał. Pierw­sze, co uj­rzały moje oczy, to jego piękny uśmiech. - Po­patrz w dół, Lauro, i do­ceń, jak spek­ta­ku­lar­nie wy­glą­dasz, a ja tym­cza­sem wszystko przy­szy­kuję.

Przyj­rza­łam się jego dziełu. Wszę­dzie tam, gdzie dzia­łał, po­zo­sta­wał ślad - wszystko było za­czer­wie­nione i po­draż­nione. Przez moją białą i wraż­liwą cerę za­czer­wie­nie­nia wy­da­wały się tym ciem­niej­sze, ale trzeba było przy­znać, że wy­szłam mu ide­al­nie. Gdy obej­rza­łam so­bie łono, zdzi­wi­łam się. Za­miast bo­wiem zro­bić mi tra­dy­cyjną de­pi­la­cję, ufor­mo­wał z mo­ich wło­sków wzór - ser­duszko. Wiel­kie nieba, to ta­kie rze­czy w ogóle były moż­liwe?! Naj­wy­raź­niej tak. Nie mo­głam prze­stać się ga­pić.

Tym­cza­sem Da­vid cho­dził po po­koju i za­pa­lał świece o ka­ka­owym aro­ma­cie. Kiedy skoń­czył, uło­żył na mnie drew­niany przy­rząd, ja­kiego ni­gdy do­tąd nie wi­dzia­łam. Się­gał przez spory frag­ment mo­jego ciała i za­wie­rał coś w ro­dzaju nie­wiel­kich mi­se­czek czy też zbior­nicz­ków z mie­dzi, roz­miesz­czo­nych na li­nii pro­stej, tak że je­den zna­lazł się aku­rat nad mo­imi pier­siami, a drugi nad ło­nem.

- Po­doba ci się moje dzieło, Lauro? Po­doba ci się, jak cię urzą­dzi­łem? Na twoim ło­nie od­zwier­cie­dli­łem to, jak cię wi­dzę. Jak już mó­wi­łem, przy­po­mi­nasz mi We­nus, a We­nus to bo­gini mi­ło­ści, więc masz tam serce.

Wy­krzy­wi­łam usta w uśmie­chu.

- Dzięki, Da­vid, bar­dzo mi się po­doba. - Nie mo­głam po­wstrzy­mać ru­mieńca, który za­lał mi po­liczki. - A to, co to jest? - Pal­cem wska­za­łam na mi­seczki.

- Aa, to jest perła w ko­ro­nie. Ku­pi­łem to pod­czas jed­nego z wy­jaz­dów do Taj­lan­dii, to rze­mieśl­ni­czy apa­rat do ma­sażu cie­płym olej­kiem. Wle­wasz ole­jek do tych mi­se­czek, które przez to, że są z mie­dzi, utrzy­mują cie­pło, a dzięki temu, że na koń­cach mają ta­kie jakby rurki, ole­jek spływa bar­dzo po­woli. Wy­so­kość jest tak wy­li­czona, by ole­jek w kon­tak­cie z po­wie­trzem schło­dził się na tyle, by był aku­rat cie­pły, przy­jemny i bar­dzo zmy­słowy. A te­raz, śliczna, od­pręż się i ko­rzy­staj. Masz wy­łącz­nie czuć.

I tak zro­bi­łam, od­chy­li­łam głowę w tył i za­mknę­łam oczy. Roz­grzany i su­ge­stywny ole­jek ka­pał mi na skórę. Stru­mie­nie cie­płego płynu roz­le­wały się we­dle wła­snego upodo­ba­nia, li­żąc moje ciało. Da­vid za­sło­nił mnie swoim cie­niem, a jego ręce się­gnęły do mo­ich piersi. Za­czął ma­so­wać je po­woli i zmy­słowo, prze­su­nął opusz­kami pal­ców wo­kół krąż­ków, ja­kie uczy­nił wo­skiem na mo­ich sut­kach, przy­no­sząc im ulgę i wy­tchnie­nie.

Ta po­cząt­kowa ulga ule­gła zmia­nie i za­czę­łam od­czu­wać pod­nie­ce­nie. Czu­łam, że sutki stward­niały mi na ka­mień. Palce Da­vida po­sta­no­wiły uspo­koić je do­tknię­ciami lek­kimi ni­czym po­ca­łunki mo­tyla; gła­dził je de­li­kat­nie, by na­stęp­nie ma­so­wać mi piersi, lecz ja po­trze­bo­wa­łam cze­goś wię­cej. Cie­pło roz­le­wało się po moim ciele nie­kon­tro­lo­wa­nym ogniem. Nie­świa­do­mie unio­słam się ku gó­rze w za­pra­sza­ją­cym ge­ście.

Co ta­kiego ro­bił mi ten fa­cet, że za­pra­gnę­łam, by opadł na moje piersi i ssał je jak sza­le­niec? W książ­kach, które czy­ta­łam, męż­czyźni ota­czali tę część ciała czcią, tym­cza­sem ja do tej pory za­zna­łam tu je­dy­nie bólu.

Zdaw­szy so­bie z tego sprawę, otwo­rzy­łam oczy. Może to, o czym opo­wia­dały książki, było moż­liwe? Wąt­pli­wo­ści spra­wiły, że w gło­wie za­częło mi się mą­cić. Spoj­rza­łam na niego. W tym świe­tle był tak piękny, tak sku­piony na tym, co ro­bił... Kiedy po­czuł, że moje piersi do­stały już to, czego im było trzeba, prze­su­nął się w dół.

Ma­so­wał mi brzuch i prze­jeż­dżał dłońmi po że­brach, do­cho­dząc aż do bio­der. Ro­bił to sze­ro­kimi ru­chami, raz za ra­zem, po czym wra­cał na górę, do pod­stawy mo­ich piersi. Było to bar­dzo od­prę­ża­jące i przy­jemne.

Na­czy­nie nad ło­nem uru­cho­miło się i ole­jek za­czął spły­wać mi mię­dzy uda, było to coś tak ero­tycz­nego, czu­łam się tak pod­nie­cona. Naj­wy­raź­niej Da­vid się tego do­my­ślił, bo za­czął zsu­wać się ni­żej i prze­cią­gać pal­cami po ca­łym wzgórku We­nus. Dzia­łał po­woli, bar­dzo po­woli. Opusz­kami spo­koj­nie wę­dro­wał przez całą po­draż­nioną wo­skiem strefę, ale mnie by­naj­mniej to nie uspo­ka­jało, ale ra­czej spra­wiało, że na­bie­ra­łam ochoty na seks z nim. Pod­niósł wzrok i spoj­rzał na mnie z bez­gło­śnym py­ta­niem w oczach. Czyżby pro­sił mnie o zgodę, by kon­ty­nu­ować?

Przy­gry­złam dolną wargę i ski­nę­łam głową. Od­kry­wa­łam całe mnó­stwo do­znań, które do­tąd uwa­ża­łam za nie­osią­galne. Te­raz cie­ka­wość brała górę nad wsty­dem, pra­gnę­łam tego szczę­śli­wego fi­nału, który za­mó­wiła dla mnie sio­stra, i pra­gnę­łam, aby za­pew­nił mi go Da­vid, pierw­szy męż­czy­zna, który trak­to­wał mnie z czu­ło­ścią, który mó­wił mi ta­kie miłe rze­czy i który na nowo roz­bu­dził we mnie czu­cie.

Wtem chwy­cił mnie za pod­cią­gnięte nogi, opu­ścił mi ko­lana i złą­czył stopy ni­czym w po­zy­cji od­prę­że­nia na jo­dze. By­łam te­raz cał­ko­wi­cie wy­sta­wiona na jego spoj­rze­nie.

- Cud­nie - orzekł chra­pli­wym gło­sem.

Jego palce za­częły sma­ro­wać moje wargi in­tymne roz­grza­nym olej­kiem, tym­cza­sem za­częła mi tę­żeć łech­taczka. Matko, co za do­zna­nia!

Zaj­mo­wał się mo­imi fałd­kami z wielką tro­ską i czu­ło­ścią. Wy­pie­ścił mi wszyst­kie czę­ści in­tymne poza spra­gnioną łech­taczką, która ze znie­cier­pli­wie­niem wy­cze­ki­wała na swoją ko­lej.

- Przy­cią­gnij nogi do sie­bie, Lauro, i przy­trzy­maj je rę­koma.

I znowu ta po­zy­cja, w któ­rej wy­sta­wia­łam mu na wi­dok otwo­rek od­bytu.

Z mo­jej wa­giny cały czas są­czyły się soki, które mie­szały się z roz­grza­nym olej­kiem. Ni­gdy bym so­bie nie wy­obra­ziła tylu róż­nych do­znań na­raz, czu­łam się jak go­tu­jący się szyb­ko­war. Wtem Da­vid roz­su­nął moje uda i za­czął ma­so­wać mnie mię­dzy nimi. Gła­dził je pal­cami aż po mój od­byt, a na­stęp­nie co­fał. Była to roz­koszna tor­tura.

Boże, czu­łam, że za­raz wy­buchnę...

- No do­brze, wy­daje mi się, że wresz­cie je­steś go­towa na szczę­śliwy fi­nał. Jak są­dzisz, Lauro?

Na­prawdę py­tał mnie o to naj­przy­stoj­niej­szy męż­czy­zna, ja­kiego w ży­ciu wi­dzia­łam? Moż­liwe było, by moje fan­ta­zje prze­stały być tylko fan­ta­zjami i prze­isto­czyły się w rze­czy­wi­stość? Spoj­rza­łam mu w oczy i po­wie­dzia­łam:

- Tak, je­stem.

Cała go wy­cze­ki­wa­łam. Od­wza­jem­nił spoj­rze­nie, uśmiech­nął się i wy­szep­tał:

- Grzeczna dziew­czynka. A za­tem zo­sta­wię cię samą, abyś miała swój szczę­śliwy fi­nał. - I to po­wie­dziaw­szy, wło­żył ko­szulkę i wy­szedł z po­miesz­cze­nia.

Jak to? Wy­cho­dził? To o ja­kim szczę­śli­wym fi­nale mó­wił? Jak mia­łam li­czyć ta­kowy, skoro so­bie po­szedł i zo­sta­wił mnie tu samą? Po­czu­łam wzbu­rze­nie. By­łam tak pod­nie­cona, jak ni­gdy w ży­ciu, i co te­raz mia­łam zro­bić sama? Mózg mi szwan­ko­wał, nie by­łam w sta­nie my­śleć. Przyj­rza­łam się swo­jemu ciału, na­pię­temu ni­czym struny w gi­ta­rze. Wsta­łam i obej­rza­łam swoje od­bi­cie w lu­strze, które mia­łam na­prze­ciwko. To ja?

By­łam naga, mia­łam roz­sze­rzone źre­nice, za­ru­mie­nione ciało, czer­wone i na­brzmiałe wargi. Zwró­ci­łam uwagę na swoje piersi: wy­da­wały się duże i cięż­kie, a wień­czyły je twarde jak ka­mień sutki. Nie mo­głam się po­wstrzy­mać, czu­łam, że moje palce cią­gną do nich ni­czym mu­chy do słoja z mio­dem. Chwy­ci­łam je mię­dzy opuszki, jak to ro­bił wcze­śniej Da­vid, i ści­snę­łam. W miarę jak zwięk­sza­łam na­cisk, czu­łam, jak ogar­nia je na­ra­sta­jące ogni­sko roz­ko­szy. Ści­snę­łam tro­chę bar­dziej. Trzeba mi było wię­cej, moje ciało pro­siło mnie o to, tak więc wy­krę­ci­łam je i wtedy z mo­ich ust wy­do­było się dy­sze­nie. Łech­taczka mi pul­so­wała, czuła się sa­motna i nie­szczę­śliwa, po­zo­sta­wiona sama so­bie. Ni­gdy jesz­cze nie wy­da­wała mi się tak uner­wiona i na­brzmiała. Prze­su­nę­łam spoj­rze­niem po brzu­chu aż do miej­sca, które Da­vid na­zwał swoim dzie­łem sztuki... Mia­łam tam prze­śliczne ser­duszko z wy­go­lo­nych wło­sków. Na­tych­miast po­czu­łam, jak mnie przy­ciąga ni­czym lampa ćmę.

Się­gnę­łam tam prawą dło­nią, pod­czas gdy lewa w dal­szym ciągu ści­skała su­tek. Krót­kie wło­ski na ło­nie przy­pra­wiły mnie o ła­skotki. Dzięki olej­kowi spra­wiało to de­li­katne wra­że­nie. Nie mo­głam po­wstrzy­mać cie­ka­wo­ści co do tego, jak się tam pre­zen­tuję, to­też roz­ło­ży­łam nogi, spu­ści­łam palce mię­dzy fałdki warg, aby je roz­su­nąć, i się so­bie przyj­rza­łam. To, co zo­ba­czy­łam, wy­dało mi się piękne i sek­sowne. Te­raz już nie mo­głam się za­trzy­mać, więc prze­su­nę­łam pa­lec wska­zu­jący i środ­kowy ku źró­dłu bólu, który pul­so­wał mi mię­dzy udami.

Za­czę­łam za­ta­czać po­wolne kręgi wo­kół łech­taczki. Wsu­nę­łam palce mię­dzy wargi, aż do­szły do wej­ścia do po­chwy, która była zu­peł­nie wil­gotna i go­towa do ak­cji, po czym lekko wło­ży­łam je do środka. Była taka cia­sna i cie­pła... Po­czu­łam tam wła­sne serce, za­mie­ni­łam się w bo­ha­terkę jed­nej z czy­ta­nych po­wie­ści ero­tycz­nych i po­pu­ści­łam wo­dze wy­ob­raźni. Wy­obra­zi­łam so­bie, jak Da­vid ob­ser­wuje mnie ukryty za zwier­cia­dłem. Pa­trzył na mnie, pra­gnąc, bym się do­ty­kała, pod­czas gdy on ma­stur­bo­wał się z dru­giej strony lu­stra. Ja go nie wi­dzia­łam, lecz wy­czu­wa­łam, ja­kie roz­kazy wy­da­wałby mi w my­ślach, a wręcz wy­dało mi się, że sły­szę, jak mówi:

- A te­raz masz trą­cać łech­taczkę, aż doj­dziesz.

By­łam o krok, czu­łam to, czu­łam na­pię­cie, tę wil­goć mię­dzy no­gami. Po­ci­łam się i ję­cza­łam. I wtedy ma­gię chwili prze­rwał ja­kiś ha­łas.

- Puk, puk, Lauri, je­steś go­towa? To ja, Ilke, mi­nął już do­bry kwa­drans. Mogę wejść? Ubra­łaś się?

Nie­eee!!! - krzy­cza­łam w my­ślach. Nie może być. Nie te­raz! Wła­śnie mia­łam dojść tam, gdzie ni­gdy do­tąd nie do­tar­łam. To mit czy rze­czy­wi­stość? Słowo "or­gazm" ni­gdy nie na­le­żało do mo­jego słow­nika, a te­raz, gdy już-już mia­łam go osią­gnąć, roz­my­wał mi się w rę­kach. Lecz głos mo­jej sio­stry po­dzia­łał jak ku­beł zim­nej wody, a ja za­re­ago­wa­łam na­tych­miast, uska­ku­jąc za pa­ra­wan, by czym prę­dzej wło­żyć ubra­nie.

- Już idę, Ilke, daj mi chwilę. - W moim gło­sie znać było po­śpiech.

- Nie przej­muj się, sio­strzyczko. Wejdę, i tak nie masz nic, czego wcze­śniej bym nie oglą­dała.

I usły­sza­łam, jak prze­kręca gałkę w drzwiach. Tyle do­brego, że by­łam już za pa­ra­wa­nem i nie miała jak za­uwa­żyć mo­jego pod­nie­ce­nia.

- Spodo­bał ci się full se­rvice w wy­ko­na­niu Da­vida? - spy­tała iro­nicz­nym to­nem. - To nie­sa­mo­wite, co on po­trafi zro­bić tymi dłońmi, prawda? Li­sta ocze­ku­ją­cych cią­gnie się ty­go­dniami. Mu­sia­łam ci od­stą­pić swoją dzi­siej­szą wi­zytę, bo zda­łam so­bie sprawę, że by­łaś w pil­niej­szej po­trze­bie. - Sio­stra nie po­sia­dała się z en­tu­zja­zmu, tym­cza­sem ja go­rącz­kowo ubie­ra­łam się za pa­ra­wa­nem. - Po­do­bało ci się? Ale też co za py­ta­nia ci za­daję, nie? Jak miało ci się nie po­do­bać, kiedy wszyst­kie klientki wy­cho­dzą stąd za­chwy­cone. Przede wszyst­kim po koń­co­wym za­biegu, gdy on so­bie idzie, a ty się ma­stur­bu­jesz. Mia­łaś or­gazm, my­śląc o jego pal­cach? Jest wspa­niały, prawda?

Ilke wpa­dła w nie­koń­czący się sło­wo­tok. Na­prawdę młod­sza sio­stra mó­wiła mi te­raz to wszystko? Do­bra, wie­dzia­łam już, że jest z niej wolna i to­tal­nie bez­wstydna du­sza, ni­gdy jed­nak nie od­by­ły­śmy tego ro­dzaju roz­mowy. I od kiedy przy­cho­dziła po usługi Da­vida? Czy nie mó­wiła, że to jej naj­lep­szy przy­ja­ciel? Jak go po­znała? Już ubrana wy­szłam ze swo­jej kry­jówki, a w gło­wie kłę­biło mi się całe mnó­stwo py­tań. Na do­da­tek fru­stra­cja wy­ni­ka­jąca z sek­su­al­nego nie­speł­nie­nia spra­wiała, że hu­mor mia­łam pod psem.

Te­raz wszystko za­czy­nało na­bie­rać sensu. Szczę­śliwy fi­nał to ro­dzaj zmy­sło­wego ma­sażu sprzy­ja­ją­cego fan­ta­zjo­wa­niu, aby na ko­niec ko­biety szczy­to­wały same, my­śląc o ma­sa­ży­ście, i są­dzę, że ja rów­nież bym do tego do­szła, gdyby tylko sio­strzyczka nie po­sta­no­wiła mi prze­rwać.

- Matko, Ilke, ty chyba nie ocze­ku­jesz, że od­po­wiem ci na ta­kie py­ta­nie, co? - Zmarsz­czy­łam czoło w py­ta­ją­cym gry­ma­sie. - Jak mo­głaś mnie przy­pro­wa­dzić w ta­kie miej­sce?

- Noo, sio­strzyczko, tego się po to­bie nie spo­dzie­wa­łam. Są­dzi­łam ra­czej, że usły­szę "Dzięki, Ilke", skoro opła­ci­łam ci full se­rvice, co kosz­to­wało mnie trzy­sta euro!

- Trzy­sta euro? Po­wa­rio­wa­łaś? Skąd wy­trza­snę­łaś trzy­sta euro na coś ta­kiego? Masz pracę? O ile pa­mię­tam, jak wy­jeż­dża­łam, nie ro­bi­łaś nic, co po­zwa­la­łoby ci wy­da­wać taką kasę...

- Do­bra, po­wiedzmy, że mam. Zna­la­złam coś do­ryw­czego w week­endy, co daje mi spore przy­chody. Ale te­raz nie mó­wimy o mnie, tylko o to­bie. Po tym za­biegu mia­łaś się to­tal­nie zre­lak­so­wać, a tym­cza­sem wy­glą­dasz wręcz prze­ciw­nie. I kto cię tu, sio­strzyczko, zro­zu­mie. Da­vid mnie przy­słał, bym cię wy­cią­gnęła, musi tu po­sprzą­tać i przy­go­to­wać po­miesz­cze­nie na na­stępną se­sję.

Kiedy wy­szły­śmy, w gło­wie go­to­wało mi się od py­tań. Gdzie pra­co­wała moja sio­stra, stać ją było na coś ta­kiego? Fakt, dużo czasu spę­dzała poza do­mem, ale nic mi nie mó­wiła o żad­nej pracy do­ryw­czej. Wie­dzia­łam, że skoń­czyła stu­dia na wy­dziale mody i że chciała zo­stać oso­bi­stą kon­sul­tantką za­ku­pową ce­le­bry­tów, ale to nie było wcale ta­kie ła­twe i na ten mo­ment nie miała zbyt wielu zle­ceń. Poza tym pro­wa­dziła blog po­świę­cony mo­dzie i udzie­lała po­rad w paru cza­so­pi­smach, wąt­pi­łam jed­nak, by aku­rat to była ta ta­jem­ni­cza praca umoż­li­wia­jąca wy­da­wa­nie po trzy­sta euro na za­bieg de­pi­la­cji.

Wciąż nad tym roz­my­śla­łam, gdy do­tar­ły­śmy do wyj­ścia, gdzie przy­stoj­niak Da­vid cze­kał, by się z nami po­że­gnać.

- Złotko, mam na­dzieję, że na­cie­szysz się ser­dusz­kiem ode mnie. - Ujął moją rękę w dło­nie i ją po­ca­ło­wał. - Je­steś bar­dzo szcze­gólna, znajdź ko­goś, kto wła­ści­wie z niego sko­rzy­sta. - Na jego twa­rzy za­mi­go­tał zło­śliwy uśmie­szek.

- Dzięki, Da­vid, skar­bie, za przy­sługę - po­wie­działa Ilke. - Słu­chaj, spró­buj zna­leźć jesz­cze ja­kiś wolny ter­min i za­pisz mnie na szybką de­pi­la­cję. U niej - wska­zała na mnie pal­cem - to była sy­tu­acja awa­ryjna, więc jakby tra­fiło ci się okienko, daj sy­gnał. Wi­dzimy się w so­botę wie­czo­rem?

- A jak ty so­bie wy­obra­żasz pra­co­wać w so­botę bez mo­jej in­ter­wen­cji? Za twój gest do­broci wo­bec sio­stry znajdę dla cie­bie chwilkę. Nie mogę po­zwo­lić, byś po­szła do pracy nie­przy­go­to­wana... Za­dzwo­nię i po­wiem, kiedy kon­kret­nie, ale na mur-be­ton przed so­botą.

Naj­wy­raź­niej ucie­szył tym moją sio­strę, ta bo­wiem cmok­nęła go w usta.

- Je­steś cu­do­wny, kotku. Wiel­kie dzięki, nie wiem, co bym zro­biła bez tak wspa­nia­łego przy­ja­ciela jak ty. Do na­stęp­nego.

I szarp­nię­ciem za rękę Ilke wy­pro­wa­dziła mnie z sa­lonu Da­vida.

Co tu się w ogóle wy­da­rzyło? Moja sio­stra pra­co­wała gdzieś ra­zem z Da­vi­dem? Dla­czego nie mo­gła pójść do pracy nie­wy­de­pi­lo­wana? Ileż py­tań bez od­po­wie­dzi i ja­kie sku­mu­lo­wane w moim ciele na­pię­cie! Po­trze­bo­wa­łam cze­goś, co przy­nio­słoby mi ulgę i od­prę­że­nie... i tylko jedno przy­cho­dziło mi na myśl: po­rządna se­sja jogi, a na­stęp­nie kie­li­szek wina i po­ga­wędka z ko­le­żan­kami z fo­rum.

Po­że­gna­łam się z Ilke na ulicy z po­czu­ciem, że czeka nas jesz­cze roz­mowa, ale nie był to wła­ściwy mo­ment.

Wró­ci­łam do domu, od­sta­wi­łam za­kupy i spa­ko­wa­łam ple­cak, go­towa ru­szyć na za­ję­cia z bi­kram jogi. Zna­la­złam salę tuż obok no­wego miesz­ka­nia, więc za­pi­sa­łam się tam bez na­my­słu. Czu­łam, że po jo­dze i wi­zy­cie w sau­nie z pew­no­ścią osią­gnę tak po­trzebny mi re­laks.

Początek

Co ja tu, u dia­bła, ro­bię? I dla­czego cią­gle za­daję so­bie to py­ta­nie?

W zde­ner­wo­wa­niu po­ru­szam lewą nogą. Sie­dzę sama przy ba­rze i czuję się nie­zręcz­nie.

Czy aby nie prze­sa­dzi­łam z ma­ki­ja­żem? Czy ubra­łam się, jak na­leży? Czego się po mnie spo­dziewa? Czy jak mnie zo­ba­czy, bę­dzie roz­cza­ro­wany?

Wąt­pli­wo­ści kłę­bią mi się w my­ślach, które wi­rują i wi­rują... Choć raz za ra­zem po­wraca do mnie to samo py­ta­nie...

Co ja tu, u dia­bła, ro­bię? Kto mi ka­zał przyjść na tę randkę?

Rzecz ja­sna, aku­rat na to py­ta­nie znam od­po­wiedź: moje nie­zmor­do­wane przy­ja­ciółki i rów­nie nie­na­sy­cona cie­ka­wość. Wspól­nie stwo­rzyły ide­alną mie­szankę, za sprawą któ­rej ja, Roz­piesz­czona Kotka, po­sta­no­wi­łam umó­wić się z go­ściem o nicku De­vi­l69.

Roz­piesz­czona Kotka? Tego dnia, kiedy zde­cy­do­wa­łam się na taki nick, mu­siało mi kom­plet­nie od­bić. Bo też jaka dwu­dzie­sto­sze­ścio­let­nia nie­za­leżna i sa­mot­nie miesz­ka­jąca sin­gielka wy­bra­łaby taką na­zwę użyt­kow­niczki? W su­mie to nie był mój pierw­szy po­mysł, lecz po wy­pró­bo­wa­niu wszyst­kich wa­rian­tów, które miały dla mnie ja­kieś zna­cze­nie, i stwier­dze­niu, że są już za­jęte, przy­szło mi wy­bie­rać mię­dzy mnó­stwem dur­nych pro­po­zy­cji za­su­ge­ro­wa­nych przez kom­pu­ter babci, bo nikt ich jesz­cze nie użył, co zresztą nie dzi­wiło. Bab­cia, od któ­rej to wszystko się za­częło - na myśl o niej i wszyst­kim, co dla mnie zro­biła, za­wsze wzbie­rała we mnie fala czu­ło­ści. Kiedy po­ka­zała mi inne ży­cie - a przede wszyst­kim fo­rum, któ­rego te­raz by­łam mi­ło­śniczką - otwo­rzyła mi oczy na nowy świat, w któ­rym po­trze­bo­wa­łam pseu­do­nimu. W końcu zde­cy­do­wa­łam się na jedną z trzech moż­li­wo­ści, ja­kie au­to­ma­tycz­nie pod­su­nęło mi fo­rum. "A oto no­mi­no­wani do Oscara w ka­te­go­rii "naj­bar­dziej tan­detny nick": Roz­piesz­czona Kotka, Roz­ryw­kowa Beza i Go­rąca Szpi­cruta".

Beza brzmiała zbyt cu­kier­ni­czo, a Szpi­cruta nie­zbyt pa­so­wała do mo­jej oso­bo­wo­ści, więc wy­bra­łam tak zwane naj­mniej­sze zło. Zresztą cho­dziło tylko o to, by po­cza­to­wać w gro­nie ko­biet uza­leż­nio­nych od ksią­żek tak samo jak ja. Ten, kto te ksywy wy­my­ślał, mu­siał się chyba nie­źle ba­wić. Skąd mia­łam wie­dzieć, że wy­brany nick za­wie­dzie mnie na randkę w ciemno? Ina­czej pew­nie bar­dziej wy­si­li­ła­bym mó­zgow­nicę, ale jak to mó­wią - co się stało, to się nie od­sta­nie. No i te­raz sie­dzia­łam przy ba­rze i cze­ka­łam, aż ja­kiś nie­zna­jomy po­sze­rzy moje sek­su­alne ho­ry­zonty.

Go­ni­twa my­śli nie zwal­niała, więc po­sta­no­wi­łam roz­wa­żyć jedną z za­sad­ni­czych kwe­stii ży­cio­wych. Kim je­stem i co ja tu ro­bię?

Na­zy­wam się Laura i je­stem zwy­czajną dziew­czyną - taką, ja­kich wiele można spo­tkać na ulicy. Mam metr sześć­dzie­siąt osiem wzro­stu i te­raz - dzięki spo­rym wy­sił­kom - mogę po­wie­dzieć, że ważę sześć­dzie­siąt je­den kilo. A o wy­sił­kach wspo­mi­nam, bo mniej wię­cej dwa lata temu wa­ży­łam sie­dem­dzie­siąt osiem kilo.

Ni­gdy nie by­łam tak szczu­pła jak la­ski na wy­bie­gach, a w li­ceum za­czę­łam przy­bie­rać na wa­dze i nie prze­sta­łam, aż do­szłam do roz­miaru 44-46. Kiedy za­czy­na­łam stu­dia, nikt nie zwra­cał na mnie uwagi. By­łam ni­czym duch, po­dob­nie zresztą jak w szkole śred­niej, choć tam przy­naj­mniej pró­bo­wano się do mnie zbli­żyć ze względu na moje do­bre stop­nie. Za­wsze by­łam ty­pową ku­jonką. Uczy­łam się z en­tu­zja­zmem, a liczby za­wsze mnie fa­scy­no­wały, więc wszy­scy pró­bo­wali się ze mną za­przy­jaź­nić, bo a nuż po­mogę im w pracy do­mo­wej albo dam od­pi­sać lek­cje.

Po szkole zde­cy­do­wa­łam się na stu­dia zwią­zane z licz­bami: eko­no­mię. Za­wsze lu­bi­łam kwe­stie zwią­zane z lo­giką, a gdy do­ło­żyć do tego nieco ta­bel­kowe - jak to na­zy­wała moja sio­stra Ilke - i per­fek­cjo­ni­styczne uspo­so­bie­nie, taki wy­bór był mi pi­sany. W mat­mie nic nie za­wo­dzi, dwa i dwa za­wsze rów­nać się bę­dzie cztery.

Pierw­szego dnia stu­diów, kiedy wy­bra­łam so­bie miej­sce na za­ję­ciach z eko­no­mii, nie wie­dzia­łam, że dwa miej­sca da­lej na prawo usią­dzie Ro­drigo: pierw­szy i je­dyny chło­pak, który przy­kuł moją uwagę i stał się bo­ha­te­rem mo­ich ro­man­tycz­nych snów.

Ni­gdy nie zwró­cił na mnie uwagi, ani na pierw­szym, ani na dru­gim, ani na trze­cim roku. Dla niego by­łam ab­so­lut­nie nie­wi­do­czna. Ale jak tu go wi­nić? Kto by za­wie­sił oko na gru­biut­kiej ku­jonce z pierw­szej ławki?

Trzy pierw­sze lata stu­diów upły­nęły mi bez chwały i bez bólu. Dla wszyst­kich by­łam nie­zau­wa­żalna i mało z kim się kum­plo­wa­łam, bo w re­la­cjach to­wa­rzy­skich krę­po­wał mnie wstyd zwią­zany z nad­wagą. Zbyt­nio się przej­mo­wa­łam tym, co lu­dzie mo­gliby po­my­śleć. Je­cha­łam na uczel­nię, uwa­ża­łam na za­ję­ciach, a kiedy się koń­czyły, wra­ca­łam do domu. Po­po­łu­dniami udzie­la­łam dzie­ciom ko­re­pe­ty­cji, aby po­móc wła­snym ro­dzi­com w sfi­nan­so­wa­niu mo­jej na­uki, a na­stęp­nie uczy­łam się jak sza­lona, by ich nie roz­cza­ro­wać i wy­rwać ja­kieś sty­pen­dium. Au­to­bu­sem na uni­wer­sy­tet i z po­wro­tem do domu - w ten spo­sób pły­nęło mi ży­cie przez trzy lata, które mi­nęły bar­dzo szybko. Tak ży­łam za dnia, no­cami zaś an­ga­żo­wa­łam się w go­rące ro­manse, w któ­rych to ja by­łam główną bo­ha­terką, Ro­drigo z ko­lei po­pu­lar­nym chło­pa­kiem, który w końcu zwra­cał na mnie uwagę, po czym ży­li­śmy ra­zem długo i szczę­śli­wie.

Na ostat­nim roku, za­chę­cana przez dzie­kana, przy­łą­czy­łam się do grupy stu­den­tów udzie­la­ją­cych po­mocy tym, któ­rym na­uka szła go­rzej lub mieli okre­ślone pro­blemy z ja­kimś przed­mio­tem. Na za­wsze za­pa­mię­tam ten dzień, gdy pro­fe­sor Mu­?oz po­wie­dział:

- Lauro, po za­ję­ciach cze­kam na cie­bie w ga­bi­ne­cie.

Przez cały ra­nek by­łam po­de­ner­wo­wana, za­cho­dząc w głowę, co też zro­bi­łam nie tak, że pro­fe­sor Mu­?oz we­zwał mnie do sie­bie. Ża­den inny wy­kła­dowca na Wy­dziale Eko­no­mii nie wzbu­dzał ta­kiego stra­chu, cie­szył się też sławą czło­wieka twar­dego i nie­ugię­tego. Tak się trzę­słam, że nie mo­głam zjeść śnia­da­nia. Czu­łam, jak za­ci­ska mi się wę­zeł w żo­łądku, który pod ko­niec ranka za­czął wręcz bur­czeć. Le­dwo mia­łam czas, więc na pięć mi­nut przed spo­tka­niem z pro­fe­so­rem Mu­?o­zem po­szłam do bu­fetu. Po­pro­si­łam o duże ame­ri­cano z lo­dem. Ob­słu­gu­jący chło­pak wy­ka­zał się szczo­dro­ścią i zro­bił mi po­dwójną por­cję w wy­so­kiej szklance. Uśmiech­nę­łam się z wdzięcz­no­ścią. W bu­fe­cie było tłoczno, o tej po­rze ja­dło tam wielu stu­den­tów. Za­nu­rzy­łam się w roz­my­śla­niach. Czego może ode mnie chcieć pan Mu­?oz? By­łam tak roz­ko­ja­rzona, że od­wra­ca­jąc się, nie spo­strze­głam, że tuż za mną stoi w ko­lejce na­stępna osoba, więc nie­chcący i nie bę­dąc w sta­nie tego unik­nąć, zde­rzy­łam się z nią, ob­le­wa­jąc so­bie kawą nie­ska­zi­tel­nie białą bluzkę.

I to nie tak, że się odro­binę po­pla­mi­łam, o nie. Gdy już coś ro­bi­łam, to od razu na ca­łego. Nie była to więc byle plamka: na mo­jej bluzce wy­kwi­tła matka wszyst­kich plam. Tak ogromna, że mia­łam wręcz pew­ność, że spe­cja­li­ści by­liby w sta­nie ją zin­ter­pre­to­wać. A jakby tego było mało, aku­rat wło­ży­łam "tę" bluzkę! Przed ro­kiem pa­so­wała jak ulał, ale te­raz za sprawą do­dat­ko­wych ki­lo­gra­mów z lata zro­biła się nie­sa­mo­wi­cie ob­ci­sła. Przede wszyst­kim na pier­siach: zu­peł­nie tak, jak­bym dźwi­gała tam dwa me­lony, które za mo­ment roz­sa­dzą bluzkę. Dla­czego wło­ży­łam ją aku­rat dziś?

Mu­szę przy­znać, że Bóg w swo­jej nie­skoń­czo­nej szczo­dro­ści ob­da­rzył mnie dwoma wspa­nia­łymi przy­mio­tami: mó­zgiem oraz biu­stem w roz­mia­rze sto dzie­sięć.

I tak oto sta­łam z nie­moż­liwą do ukry­cia po­tworną plamą na bluzce, która gro­ziła, że lada chwila nie wy­trzyma i zu­peł­nie się roz­cheł­sta. Na­wet so­bie wy­obra­ża­łam, jak ro­bię się cała zie­lona i za­mie­niam w ko­mik­so­wego Hulka. A w gło­wie już mi się ko­tło­wało: co jesz­cze może pójść nie tak? I wła­śnie tych ma­gicz­nych słów po­trze­bo­wały moje sutki, aby się ob­ja­wić w peł­nej kra­sie. Wy­wo­łane po­łą­cze­niem ko­stek lodu i zim­nej kawy, wy­la­zły ni­czym śli­maki na desz­czu. Fe­no­me­nal­nie! I co te­raz?

Spoj­rza­łam na ze­ga­rek. Pora iść, ale nie mo­głam się tak po­ka­zać. Po­pę­dzi­łam do ła­zienki i spró­bo­wa­łam sprać plamę, ale - co było do prze­wi­dze­nia - tylko po­gor­szy­łam sy­tu­ację. Bluzka była jesz­cze bar­dziej prze­mo­czona, sutki zaś by­naj­mniej się nie uspo­ko­iły i przy­po­mi­nały te­raz dwa so­ple lodu, które za­raz ro­ze­drą tka­ninę. Za­pewne stan mo­ich ner­wów nie uła­twiał sy­tu­acji, a cała krew na­bie­gła mi aku­rat w te punkty ana­to­miczne.

Sta­nę­łam przy su­szarce do rąk w na­dziei, że to roz­wiąże sprawę, ale ku mo­jemu prze­ra­że­niu urzą­dze­nie po­sta­no­wiło nie za­dzia­łać. Aby się uspo­koić, spoj­rza­łam w lu­stro, lecz wi­dok, który tam uj­rza­łam, nie mógłby przed­sta­wiać się ża­ło­śniej. A do tego nie mia­łam choćby nędz­nej kurtki, by coś na sie­bie na­rzu­cić. Na­bra­łam po­wie­trza i spró­bo­wa­łam za­pa­no­wać nad sobą. "Myśl, Lauro, myśl. Ja­koś da się to ukryć..." W mó­zgu za­pa­liła mi się ża­rówka. To było je­dyne do­stępne roz­wią­za­nie i wła­śnie po­sta­no­wi­łam je za­sto­so­wać. Z całą god­no­ścią, na jaką mo­głam się zdo­być, chwy­ci­łam teczkę i przy­ci­snę­łam ją do piersi. Przy odro­bi­nie szczę­ścia roz­mowa bę­dzie krótka i pro­fe­sor ni­czego nie do­strzeże. Wy­star­czyło, bym nie ru­szała teczką, słu­chała tego, co bę­dzie miał do po­wie­dze­nia, i czym prę­dzej wy­szła bez szwanku.

Rzu­ci­łam się bie­giem jak sza­lona, aby nie spóź­nić się jesz­cze bar­dziej: pro­fe­sor Mu­?oz to czło­wiek uparty, do tego z ob­se­sją na punk­cie punk­tu­al­no­ści, ja zaś by­łam już dzie­sięć mi­nut po cza­sie.

Kiedy do­tar­łam pod drzwi ga­bi­netu, pre­zen­to­wa­łam się ża­ło­śnie: ubru­dzona, spo­cona, a po tym, jak wbie­głam trzy pię­tra po scho­dach, włosy le­piły mi się do twa­rzy. Gdy­bym przy­naj­mniej upra­wiała ja­kiś sport, nie czu­ła­bym się tak wy­koń­czona. Mój "nad­ba­gaż" i brak kon­dy­cji rzu­cały się w oczy i wła­śnie zda­łam so­bie sprawę, że praw­do­po­dob­nie mam po­ważny pro­blem.

Ga­bi­net mie­ścił się na końcu dłu­giego ko­ry­ta­rza, któ­rego po­sadzkę po­kry­wała ty­powa stara, błysz­cząca mo­za­ika, która przez lata zo­stała wy­dep­tana i te­raz od­bi­jała się w niej moja syl­we­tka. Do­tar­łam pod stare drzwi w ko­lo­rze drewna, na któ­rych wid­niał na­pis "prof. Mu­?oz". Wzię­łam głę­boki wdech, prze­że­gna­łam się i za­pu­ka­łam w ocze­ki­wa­niu na we­zwa­nie.

- Pro­szę.

Głos pana Mu­?oza za­re­zo­no­wał we­wnątrz po­miesz­cze­nia. Ob­ró­ci­łam gałkę u drzwi i prze­łknę­łam ślinę, za­my­ka­jąc oczy.

Kiedy otwo­rzy­łam drzwi i jed­no­cze­śnie po­wieki, zda­rzyło się coś, czego ni­gdy w ży­ciu bym się nie spo­dzie­wała. We­wnątrz, na krze­śle na­prze­ciwko pro­fe­sora, sie­dział on: Ro­drigo, bo­ha­ter wszyst­kich mo­ich snów i noc­nych fan­ta­zji. Wcho­dząc, z wra­że­nia i zmie­sza­nia za­ha­czy­łam nie­chcący teczką o fu­trynę drzwi. By­łam tak roz­dy­go­tana, że po­zwo­li­łam, by wy­pa­dła mi z rąk na pod­łogę i tylko spo­glą­da­łam za nią z prze­ra­że­niem i zdu­mie­niem. Ro­drigo pod­sko­czył jak sprę­żyna, by po­móc mi ją pod­nieść, i w jed­nej chwili oboje się schy­li­li­śmy. Mu­sia­łam za wszelką cenę od­zy­skać teczkę, była dla mnie je­dy­nym ra­tun­kiem, tylko dzięki niej mo­głam unik­nąć cał­ko­wi­tego ka­ta­kli­zmu.

Ro­drigo oka­zał się ode mnie szyb­szy i chwy­cił ją w palce. Gdy z tym swoim cu­dow­nym i uprzej­mym uśmie­chem pod­niósł na mnie wzrok, oczy zro­biły mu się wiel­kie ze zdzi­wie­nia. Jego spoj­rze­nie się zmie­niło, prze­stało być ta­kie słod­kie, a zro­biło się bar­dziej in­ten­sywne, źre­nice roz­sze­rzyły się, prze­sła­nia­jąc barwę tę­czówki. Pa­trzył na mnie, a ra­czej -na nie. Moje ol­brzy­mie cycki znaj­do­wały się wprost przed nim, aku­rat na wy­so­ko­ści jego pięk­nych brą­zo­wych oczu, całe mo­kre i ob­lane kawą. A jakby tego było mało, moje sutki wzno­siły się groź­nie ni­czym groty strzał, jakby za­po­wia­dały, że je­śli Ro­drigo nie prze­sta­nie się w nie wga­piać, wy­kolą mu oko.

Nie wy­obra­ża­łam so­bie, by moja sy­tu­acja mo­gła się jesz­cze po­gor­szyć. Ale jak mówi prawo Mur­phy'ego, grzanka za­wsze spada sma­ro­wa­nym na dół. A moja wręcz pla­snęła. Gu­zik tuż nad mo­imi pier­siami, który le­d­wie je spi­nał i przez cały ra­nek za­cho­wy­wał spo­kój, po mi­strzow­sku trzy­ma­jąc się na cien­kiej nitce, po­sta­no­wił przy­dać ca­łej sce­nie nieco dra­ma­ty­zmu. Nik­czemny, speł­nił swoją groźbę i tę wła­śnie chwilę wy­brał, by wy­strze­lić wprost w prawe oko Ro­driga...

- Boże drogi! - za­wo­łał pro­fe­sor Mu­?oz, sły­sząc okrzyk bólu chło­paka.

Ko­rzy­sta­jąc z tego, że Ro­drigo za­sło­nił oko dłońmi, wy­rwa­łam mu teczkę i niby tar­czą osło­ni­łam nią swoje sza­lone cycki, a na­stęp­nie spró­bo­wa­łam bie­da­kowi ja­koś po­móc. Po tym, jak de­ta­licz­nie przy­pa­trzył się naj­bar­dziej wy­róż­nia­ją­cej się czę­ści mo­jej ana­to­mii, do­stał to, na co za­słu­żył, wty­ka­jąc nos w nie­swoje sprawy.

- Nic ci nie jest? - spy­ta­łam smęt­nie, czer­wona jak po­mi­dor.

- Matko ko­chana, ni­gdy nie my­śla­łem, że mnie coś ta­kiego spo­tka. Że też gu­zik mnie za­ata­ko­wał za pa­trze­nie w nie­zły de­kolt. Na­le­żało mi się za nie­okrze­sa­nie. - Uśmiech­nął się spo­koj­nie z szel­mow­skim bły­skiem w nie­na­ru­szo­nym oku.

- Pa­nie Du­rán, ape­luję o odro­binę po­wagi! - za­wo­łał pro­fe­sor Mu­?oz. - Wszystko w po­rządku, chłop­cze?

Ro­drigo ski­nął głową i po­dźwi­gnął się z pod­łogi, prawą ręką za­sła­nia­jąc oko, w które tra­fił gu­zik.

- Ojej, na­prawdę bar­dzo mi przy­kro. Nie mogę uwie­rzyć, że też coś po­dob­nego mo­gło się wy­da­rzyć. Mogę ci ja­koś po­móc? - Czu­łam się okrop­nie skrę­po­wana, nie wie­dzia­łam, co mam zro­bić, co po­wie­dzieć, le­d­wie by­łam w sta­nie coś wy­krztu­sić. W tej zie­lo­nej ko­szulce polo i pia­sko­wych spodniach był tak przy­stojny, że wszystko we mnie aż dy­go­tało.

- Ależ oczy­wi­ście, że mo­żesz coś dla mnie zro­bić, piękna - od­parł z kpią­cym spoj­rze­niem Ro­drigo. - Prawda, pa­nie Mu­?oz? Dla­tego tu w ogóle je­ste­śmy, czyż nie?

Matko ko­chana, "piękna"? Na­prawdę tak się do mnie zwró­cił? Mia­łam zro­bić coś dla Ro­driga, a pan Mu­?oz o tym wie­dział? Prze­su­wa­łam wzro­kiem to na jed­nego, to na dru­giego, nic przy tym nie poj­mu­jąc.

- Pro­szę usiąść, panno Gar­cía, już wy­ja­śniam.

Za­ję­łam miej­sce na wol­nym krze­śle obok Ro­driga. Czu­łam swój przy­spie­szony od­dech, świa­doma, że on sie­dzi tak bli­sko i in­ten­syw­nie się we mnie wpa­truje. Pro­fe­sor za­czął tłu­ma­czyć mi po­wód, dla któ­rego mnie we­zwał. Naj­wy­raź­niej przed­miot, któ­rego na­uczał, spra­wiał Ro­dri­gowi trud­no­ści, i uznał, że przy­da­łoby mu się pewne wspar­cie. A że ja na tych za­ję­ciach ra­dzi­łam so­bie bar­dzo do­brze, po­ja­wił się po­mysł, bym to ja po­mo­gła Ro­dri­gowi w ostat­nim try­me­strze za­jęć. Kiedy pan Mu­?oz skoń­czył wy­ja­śniać sy­tu­ację, mu­sia­łam mieć cie­kawą minę. Niby ja mia­łam po­móc Ro­dri­gowi, by mógł się pod­cią­gnąć z za­awan­so­wa­nej eko­no­mii? Od­nio­słam wra­że­nie, że mój świat wła­śnie sta­nął na gło­wie.

Nie żeby Ro­drigo był prze­cięt­nia­kiem - wy­soki, mie­rzący metr osiem­dzie­siąt pięć chło­pak, brą­zo­wo­oki szczu­pły blon­dyn w oku­la­rach in­te­lek­tu­ali­sty - ale za­wsze ota­czał go wia­nu­szek in­nych osób. Wy­róż­niał go pe­wien ma­gne­tyzm, był uro­dzo­nym li­de­rem. Jed­nym z tych lu­dzi, któ­rzy ema­nują po­czu­ciem bez­pie­czeń­stwa, kimś, kogo chcie­li­by­śmy mieć w na­szym ży­ciu. Ja zaś go­rącz­kowo tego pra­gnę­łam. Od trzech lat nie­po­dziel­nie kró­lo­wał we wszyst­kich mo­ich snach, a te­raz zy­ski­wa­łam moż­li­wość prze­by­wa­nia z nim co­dzien­nie sam na sam. Nie mo­głam zmar­no­wać ta­kiej oka­zji. A może jed­nak? Czy zdo­łam prze­ła­mać wła­sną nie­śmia­łość i za­wal­czyć o Ro­driga? Co masz do stra­ce­nia? Naj­wy­żej od­mówi. Spo­glą­dał na mnie z za­cie­ka­wie­niem w ocze­ki­wa­niu na od­po­wiedź. Mu­sia­łam wziąć się w garść, bo ina­czej ni­gdy w ży­ciu nic by mi się nie tra­fiło! Ku wła­snemu zdzi­wie­niu wy­pa­li­łam:

- Oczy­wi­ście, pro­szę pana. Może pan na mnie li­czyć.

- Ni­czego in­nego się nie spo­dzie­wa­łem, panno Gar­cía - oznaj­mił.

Ze­bra­łam się na od­wagę i spoj­rza­łam na Ro­driga. Już nie trzy­mał się za oko, lecz przy­glą­dał mi się z nie­prze­nik­nioną miną. W przy­pły­wie śmia­ło­ści wy­pro­sto­wa­łam się na krze­śle i z fał­szywą pew­no­ścią w gło­sie po­wie­dzia­łam:

- Za­czy­namy ju­tro o sie­dem­na­stej w bi­blio­tece. Nie spóź­nij się.

- Do­sko­nale, Lauro. Bo na­zy­wasz się Laura, prawda? - Uśmiech miał znie­wa­la­jący.

Przy­tak­nę­łam jak głu­pia, cała szczę­śliwa, że zna moje imię.

- A za­tem do ju­tra, do pią­tej. Te­raz mu­szę iść. Umó­wi­łem się i już je­stem spóź­niony. - Wstał z krze­sła, pod­szedł do mnie, przy­kuc­nął i wy­szep­tał mi do ucha: - A, i do­szyj so­bie po­rząd­nie te gu­ziki, żeby mnie ju­tro znów nie za­ata­ko­wały. - Wy­cią­gnął ku mnie dłoń i ją otwo­rzył. - Weź, chyba dość już do­sta­łem za za­glą­da­nie ci w bal­kon i przy­pa­try­wa­nie się tym pięk­nym kwia­tom.

- Pa­nie Du­rán, pro­szę! - za­wo­łał pro­fe­sor Mu­?oz. Na­uczy­ciel miał bar­dzo wy­czu­lony słuch.

Kiedy ode­bra­łam gu­zik od Ro­driga, ten wstał i mru­gnął do mnie nie­na­ru­szo­nym okiem. Serce tak mocno mi ło­mo­tało, że przy­ci­snę­łam teczkę do piersi z obawy, by nic mi już nie strze­liło.

Wy­szłam z ga­bi­netu pro­fe­sora z po­czu­ciem, że ko­niec koń­ców ten ka­ta­stro­falny dzień oka­zał się naj­lep­szym w moim ży­ciu. Dzięki ka­wie, zbyt ob­ci­słej bluzce i nie­po­skro­mio­nemu gu­zi­kowi Ro­drigo zaj­rzał mi w de­kolt, po­wie­dział do mnie "piękna", mia­łam udzie­lać mu in­dy­wi­du­al­nych lek­cji, a prze­cież jesz­cze kilka mi­nut temu na­wet bym so­bie tego nie wy­obra­żała. Z nie­zna­jo­mej sta­łam się oso­bi­stą ko­re­pe­ty­torką.

Od tej chwili dzień za dniem uma­wia­li­śmy się z Ro­dri­giem o pią­tej w bi­blio­tece. Po­ma­ga­łam mu, cier­pli­wie tłu­ma­czy­łam wszystko, czego nie ro­zu­miał, wspie­ra­łam przy przy­dzie­lo­nych za­da­niach, a on w re­wanżu się ze mną wy­głu­piał. Sie­dem­na­sta stała się moją ulu­bioną porą dnia, oto bo­wiem chło­pak z mo­ich snów spo­ty­kał się ze mną i rzu­cał ja­kimś kom­ple­men­tem, a ja przez te pół­to­rej go­dziny w bi­blio­tece czu­łam się jak ktoś wy­jąt­kowy.

Choćby przez tę krótką chwilę by­łam kró­lową świata. Nie­ważne, że przy in­nych oka­zjach Ro­drigo mnie igno­ro­wał, że za­cho­wy­wał się tak, jak­bym nie ist­niała - było to dla mnie zu­peł­nie nie­istotne. Zda­wa­łam so­bie sprawę, że nie na­leżę do grona jego zna­jo­mych, że wszystko, na co mo­głam li­czyć poza czte­rema ścia­nami bi­blio­teki, to po­zdro­wie­nie nie­znacz­nym ru­chem pod­bródka. Ale to było nie­ważne. Na wła­snych złu­dze­niach zdą­ży­łam już wznieść za­mek z pod­ręcz­ni­ków do eko­no­mii, gdzie sama by­łam księż­niczką, Ro­drigo zaś księ­ciem z bajki.

Jego oceny za­częły się po­pra­wiać, a nim się spo­strze­gli­śmy, pra­co­wa­li­śmy już nad ma­te­ria­łem do eg­za­mi­nów koń­co­wych. W tych dniach bi­blio­teka uni­wer­sy­tecka była otwarta dwa­dzie­ścia cztery go­dziny na dobę, umoż­li­wia­jąc stu­den­tom na­ukę o każ­dej po­rze dnia i nocy. Eg­za­min koń­cowy z za­awan­so­wa­nej eko­no­mii był tuż-tuż, więc Ro­drigo za­pro­po­no­wał, by­śmy wzięli ze sobą ka­na­pki i zo­stali na miej­scu. Jak mó­wił, w ten spo­sób nie mu­sie­li­by­śmy się spie­szyć i mo­gli­by­śmy spo­koj­nie uczyć się do późna. Ko­la­cja z Ro­dri­giem? Jak mo­głam od­mó­wić? Zgo­dzi­łam się, po­wie­dzia­łam, że może na mnie li­czyć, nie mo­głam od­pu­ścić ta­kiego spo­tka­nia z męż­czy­zną, któ­rego pra­gnę­łam naj­bar­dziej na ca­łym świe­cie. Nie wie­dzia­łam, kiedy znowu nada­rzy mi się taka oka­zja, więc mu­sia­łam z niej sko­rzy­stać.

Uzna­łam, że to szcze­gólny dzień, w związku z czym za­le­żało mi, by wy­glą­dać pięk­nie. Chcia­łam po­ka­zać, że po­mimo zbęd­nych ki­lo­gra­mów mogę mu się po­do­bać. Dłuż­szą chwilę się szy­ko­wa­łam, by osta­tecz­nie od­sta­wić się zde­cy­do­wa­nie bar­dziej niż na co dzień.

Wło­ży­łam długą suk­nię w ko­lo­rze mchu, za­pi­naną na małe gu­ziczki, które bie­gły rzę­dem od piersi aż po kostki. Wie­dzia­łam, że ko­lo­ry­stycz­nie pa­suje, współ­grała bo­wiem z barwą mo­ich oczu. Po­zwo­li­łam, by moje włosy w od­cie­niu ciemny blond wy­schły na po­wie­trzu, dzięki czemu ob­ra­mo­wały mi twarz de­li­kat­nymi fa­lami. Ni­gdy się nie ma­lo­wa­łam, ale tego dnia na­ło­ży­łam odro­binę tu­szu, który wy­dłu­żył moje gę­ste rzęsy. Dzieło zwień­czyły dwa po­cią­gnię­cia ró­żem po po­licz­kach i brzo­skwi­niowy błysz­czyk na usta. Nie chcia­łam zbyt­nio pod­kre­ślać warg: są dość duże i gdy­bym zbyt­nio je pod­ma­lo­wała, z ca­łej twa­rzy wi­dać by­łoby wy­łącz­nie usta.

Do­peł­ni­łam look let­nimi san­da­łami z rze­my­kiem i odro­biną olejku ja­śmi­no­wego. Wprost uwiel­bia­łam ten słodki i świeży aro­mat, za­wsze więc no­si­łam go przy so­bie.

Zgod­nie z tym, co usta­li­li­śmy, o dzie­więt­na­stej sta­wi­łam się w bi­blio­tece i roz­ło­ży­łam wszyst­kie książki na na­szym stole w na­roż­niku sali. Przez ostat­nie mie­siące mie­li­śmy tam wła­sny ką­cik, z któ­rym wią­zały się naj­cu­dow­niej­sze wspo­mnie­nia wy­mie­nia­nych z Ro­dri­giem uśmie­chów.

Usia­dłam pro­sto na krze­śle i cze­ka­łam, aż się zjawi. Po dwóch mi­nu­tach w wej­ściu do bi­blio­teki uj­rza­łam jego syl­we­tkę. Był taki przy­stojny... Z wil­got­nymi wło­sami spra­wiał wra­że­nie, jakby do­piero co wy­szedł spod prysz­nica, i miał na so­bie białą ko­szulkę polo, w któ­rej wy­glą­dał sza­łowo.

Boże, był to­tal­nie znie­wa­la­jący. Na jego wi­dok aż mi ślinka cie­kła. Po­pa­trzy­łam na niego, a on otak­so­wał mnie wzro­kiem od stóp do głów. Czy słusz­nie w jego spoj­rze­niu do­pa­try­wa­łam się po­dziwu? Chyba po­do­bało mu się to, co miał przed sobą, w co trudno było uwie­rzyć. Wie­dzia­łam, że to nie­moż­liwe, by ktoś zwró­cił na mnie uwagę - a już na pewno nie on - mimo że w głębi du­szy tego wła­śnie pra­gnę­łam naj­bar­dziej na ca­łym świe­cie.

Uśmiech­nął się ką­ci­kiem ust, a mnie du­sza roz­to­piła się jak ma­sło. Ja­kiś wę­zeł ści­skał mnie w środku i spra­wiał, że w brzu­chu za­wi­ro­wało mi mi­lion mo­tyli.

- Matko ko­chana! Lauro, wy­glą­dasz prze­pięk­nie! Co ty zro­bi­łaś? Nie spo­sób się bę­dzie skon­cen­tro­wać. Te gu­ziki do­brze się trzy­mają? Nie chcę po­now­nie mieć z nimi do czy­nie­nia.

Wszystko to brzmiało tak słodko i za­baw­nie... Czy mi się zda­wało, czy on mnie pod­ry­wał?

Uśmiech­nę­łam się i spoj­rza­łam na niego zza wy­tu­szo­wa­nych rzęs.

- Spo­koj­nie, Ro­drigo, po­pro­si­łam o eks­tra wzmoc­nie­nie, by już cię nie ata­ko­wały. Bie­rzemy się do na­uki? - Na to aku­rat mia­łam te­raz naj­mniej­szą ochotę, ale pa­mię­ta­łam o celu spo­tka­nia.

I wła­śnie na na­uce upły­nęły nam ko­lejne trzy go­dziny. O dwu­dzie­stej dru­giej by­li­śmy wy­koń­czeni.

- Zro­bimy prze­rwę, by coś zjeść? Nie wiem, jak u cie­bie, ale mnie kiszki grają mar­sza - oznaj­mił, przy­kła­da­jąc dło­nie do brzu­cha.

- Ja­sne, ja też zgłod­nia­łam.

Wy­szli­śmy i usie­dli­śmy na traw­niku kam­pusu. Zje­dli­śmy w mil­cze­niu w świe­tle gwiazd i księ­życa. Do­brze się przy nim czu­łam. Ro­drigo spu­ścił wzrok i spy­tał:

- Pa­li­łaś kie­dyś, Lauro? Zro­bi­łaś kie­dy­kol­wiek w ży­ciu coś śmiesz­nego albo nie­sto­sow­nego? - Le­żał na tra­wie, opie­ra­jąc się na łok­ciu.

- Nie, ni­gdy nie pa­li­łam! Nie cier­pię ty­to­niu! - Mó­wi­łam prawdę. Uwa­ża­łam pa­pie­rosy za mar­no­wa­nie czasu, zdro­wia i pie­nię­dzy, za to­talną głu­potę. - Ni­gdy w ży­ciu bym nie za­pa­liła.

Uśmiech­nął się na taką od­po­wiedź.

- Nie cho­dziło mi o ty­toń. - Uniósł brwi. - Cza­sami pa­trzę na cie­bie i tak so­bie my­ślę... Jest taka nie­winna, taka do­sko­nała: żyje w bańce świę­to­ści, po­maga in­nym, zgar­nia do­bre oceny, pra­wie z ni­kim nie utrzy­muje kon­tak­tów. Ta pu­ry­tań­ska do­sko­na­łość cię nie mę­czy? Zda­rza się, byś ro­biła coś nie­sto­sow­nego, byś po­su­nęła się do gra­nic?

Nie wie­dzia­łam, co mam od­po­wie­dzieć, spra­wił, że całe moje ży­cie wy­dało się głu­pie i nudne. Moż­liwe, że tak było i że do tej pory nie zda­wa­łam so­bie z tego sprawy. Oka­za­łam się więc nie tylko gruba i nie­istotna, ale na do­da­tek głu­pia i nudna. Wspa­niale, czego wię­cej chcieć. Za­wsty­dzona, lekko po­chy­li­łam głowę i wy­szep­ta­łam: - Nie.

- Tak też mi się zda­wało, Lau­rita. A nie my­śla­łaś, że mo­gła­byś kie­dyś dla od­miany zro­bić coś sza­lo­nego i faj­nego? - W dal­szym ciągu świ­dro­wał mnie spoj­rze­niem, jak gdyby wy­cze­ku­jąc, aż coś po­wiem. Wo­bec braku od­po­wie­dzi wło­żył rękę do kie­szeni, wy­cią­gnął coś i na mo­ich oczach ob­ró­cił to w pal­cach. Na­stęp­nie wstał. - Chodź, idziemy.

Po­dał mi rękę i też się pod­nio­słam. Szłam za nim jak au­to­mat, za­sta­na­wia­jąc się, co ta­kiego ze­chce mi po­ka­zać Ro­drigo.

Za­pro­wa­dził mnie w ciemny, od­da­lony za­ką­tek. W dłoni trzy­mał coś w ro­dzaju pa­pie­rosa sa­mo­róbki. Wsu­nął go so­bie w usta i przy­pa­lił. Głę­boko się za­cią­gnął i po­woli wy­pu­ścił dym. Pach­niało ina­czej, zu­peł­nie nie jak ty­toń. Za­raz mi go po­dał.

- Spró­buj, raz w ży­ciu za­ry­zy­kuj.

Po­dał mi dy­mią­cego skręta. Po­my­śla­łam, że może to rze­mieśl­ni­cze cy­garo, wy­twa­rzane ręcz­nie, ale ba­łam się do­py­tać. Ro­drigo chciał się ze mną czymś po­dzie­lić, więc wresz­cie po­wie­dzia­łam so­bie: Czemu nie? Za­ry­zy­kuj, Lauro. Od­wa­ży­łam się i spró­bo­wa­łam po­wtó­rzyć ru­chy, który wcze­śniej wy­ko­nał Ro­drigo.

Wsu­nę­łam pa­pie­rosa do ust i za­cią­gnę­łam się głę­boko.

Po­czu­łam, jak pach­nący dym za­lewa mi usta i scho­dzi w dół krtani, wy­peł­nia­jąc mnie od środka. Kiedy jed­nak do­szedł do płuc, za­nio­słam się wście­kłym kasz­lem.

- Ćśśś. Na lu­zie, Lau­rita. Ma­łymi busz­kami, to twój pierw­szy raz. Nie bądź łap­czywa. - W jego spoj­rze­niu było coś in­try­gu­ją­cego.

- Prze­pra­szam, ja... ja ni­gdy... - za­czę­łam i przy­gry­złam wargę.

- Spo­koj­nie, wiem. - Uśmiech­nął się. - I bar­dzo się cie­szę, że je­stem pierw­szy. Spró­bu­jemy cze­goś de­li­kat­niej­szego, wy­daje mi się, że ci się to spodoba. Otwórz usta i za­mknij oczy. Za­ufaj mi, a za­biorę cię w po­dróż w nie­znane. Zo­ba­czysz, że bę­dzie ci do­brze.

Głos Ro­driga brzmiał tak su­ge­styw­nie, że da­łam się po­nieść. Za­mknę­łam oczy i ustą­pi­łam, z po­czątku z opo­rami, by­łam sztywna jak kij. To Ro­drigo - mó­wi­łam so­bie - co się może stać? Usły­sza­łam, jak po­now­nie głę­boko się za­ciąga, i po­czu­łam, że się do mnie przy­suwa. Zbli­żył swoje wargi do mo­ich, ale ich nie do­tknął, po czym stop­niowo wy­pu­ścił dym, który wsu­nął mi się pro­sto do ust.

- Wcią­gnij ostroż­nie - po­wie­dział. I wcią­gnę­łam, we­ssa­łam to wszystko, co był mi go­tów prze­ka­zać, bo by­łam spra­gniona, spra­gniona mi­ło­ści, zro­zu­mie­nia, no­wych do­znań, a przede wszyst­kim spra­gniona jego. - O, tak, do­sko­nale, śliczna - szep­nął.

Po­czu­łam, jak jego palce gła­dzą mnie po wło­sach i od­gar­niają nie­sforne ko­smyki za uszy. Gra­li­śmy da­lej: on brał bu­chy i wy­pusz­czał mi je w usta, a ja łap­czy­wie się za­cią­ga­łam. Stop­niowo po­czu­łam, jak się od­kle­jam, i za­czę­łam się od­prę­żać. Ciało zda­wało mi się te­raz lek­kie ni­czym piórko, uno­si­łam się, la­ta­łam. Wdy­cha­łam po­wie­trze, które prze­pły­wało z jego ust do mo­ich, czu­łam się żywa i zmy­słowa.

W tym hip­no­tycz­nym tran­sie Ro­drigo przy­warł tor­sem do mo­jej piersi. Moje sutki po­woli za­częły się roz­bu­dzać, tward­nie­jąc pod jego do­ty­kiem, i po­czu­łam, jak już przez to, że po­czu­łam jego od­dech na swym ciele i jego cie­pło tak bli­sko mnie, za­czyna pul­so­wać mi srom.

Chwilę póź­niej się od­su­nął, mię­dzy nami prze­cią­gnął po­dmuch po­wie­trza, od któ­rego po­czu­łam zimny dreszcz, i za­tę­sk­ni­łam za jego cie­płem. Usły­sza­łam, jak od­rzuca nie­do­pa­łek tego wspa­nia­łego pa­pie­rosa i go dep­cze, do­bit­nie wy­zna­cza­jąc kres tego ma­gicz­nego mo­mentu, który do­piero co nas po­łą­czył. Sama pra­gnę­ła­bym, by ta chwila szczę­ścia ni­gdy się nie skoń­czyła.

- Otwórz oczy, śliczna - po­wie­dział, bacz­nie się we mnie wpa­tru­jąc. - Sma­ko­wał ci pierw­szy skręt ma­ryśki? - Głos miał te­raz chra­pliwy i zmy­słowy. - Są­dząc po two­jej mi­nie i ca­łej resz­cie, po­wie­dział­bym, że ow­szem.

- Słu­cham? - Otwo­rzy­łam na wpół za­spane oczy. Czu­łam się jak na chmu­rze: roz­luź­niona, de­li­katna i od­sło­nięta.

- Tak, na to wy­gląda, że ci się po­do­bało. - Ro­drigo pa­trzył na mnie szkli­stymi oczami, w któ­rych znać było triumf. - Ale mu­simy wra­cać do na­uki, ju­tro ważny eg­za­min. Jazda.

Wziął mnie za rękę i po­pro­wa­dził z po­wro­tem do bi­blio­teki. Czu­łam się roz­pa­lona, jak gdy­bym oglą­dała świat z nieba, jak gdy­bym się roz­dwo­iła, a moja du­sza przy­glą­dała się wszyst­kiemu z ze­wnątrz.

- Ro­drigo, mu­szę pójść do ła­zienki, żeby się od­świe­żyć, za­nim za­czniemy. Mogę cię na mo­ment prze­pro­sić?

Ski­nął głową i po­szedł cze­kać na mnie w na­szym ką­cie bi­blio­teki.

Po­szłam do to­a­lety i spoj­rza­łam na sie­bie w lu­strze. Któż to na mnie spo­glą­dał zza tych dłu­gich i gę­stych rzęs? Czyje były te zie­lone oczy, które zmy­słowo pa­trzyły na moje od­bi­cie? Czyje pełne wargi, które aż pro­siły się o ca­ło­wa­nie? To by­łam ja? Kim była ta Laura, którą wi­dzia­łam w lu­strze?

Roz­pię­łam dwa pierw­sze gu­ziki su­kienki i zwil­ży­łam twarz, kark oraz de­kolt. Sutki na­dal mia­łam twarde, wciąż wci­skały się w de­li­katną tka­ninę. Czy on to za­uwa­żył? Spoj­rza­łam na nie jak za­hip­no­ty­zo­wana i do­tknę­łam ich przez ubra­nie. Z mo­ich ust do­było się stęk­nię­cie. Były bar­dzo twarde i wraż­liwe. Matko ko­chana, ni­gdy mi się to nie zda­rzyło. Lauro, ogar­nij się - po­wie­dzia­łam so­bie. Co się z tobą dzieje? Ni­gdy by mi do głowy nie przy­szło, że wy­pa­le­nie skręta może tak za­dzia­łać, że czło­wiek staje się od tego taki uwraż­li­wiony i po­datny. Czy to samo działo się z Ro­dri­giem?

Ogar­nij się, Lauro - przy­po­mnia­łam so­bie raz jesz­cze. Pora na na­ukę. Nie po­do­basz mu się, chciał tylko za­cho­wać się uprzej­mie, chciał, byś spró­bo­wała cze­goś no­wego. Ty je­steś Laura, a on Ro­drigo. Bądź re­alistką, on jest dla cie­bie nie­osią­galny.

I z ta­kim wła­śnie prze­ko­na­niem wy­szłam z ła­zienki, go­towa usiąść z nim do na­uki.