WINO
Poszedłem kilka kilometrów do najbliższego sklepu. Bardzo lubiłem ten spacer, bo piękna droga, a sklep w starej karczmie. Zwykle po południu był tylko ocet i konserwy rybne, tymczasem patrzę, a na półce powyżej octu kilka butelek znakomitego chablis. Skąd się wzięło? Dla kogo?
Było tanie, ale nie znalazło uznania miejscowych koneserów, bo wytrawne, czyli kwaśne. Kupiłem wszystkie butelki. Zaczepiają mnie po drodze, po co je kupiłem, więc tłumaczę, że to doskonałe francuskie wino i że dojrzewa w beczkach w piwnicach, obracane co jakiś czas. "Tak, tak - przerywa mi miejscowy amator win. - W zeszłym roku kupiłem wino Ekstaza i przed żoną schowałem w sianie, a potem nie mogłem znaleźć. Dopiero w tym roku, jak kosiłem łąkę, znalazłem butelkę. Panie Andrzeju, jaka to była pychota!"
POŻAR
Mytkowie szykowali wesele, co najmniej na sto osób. Wszystkie wyroby musiały być swojskie, bo i tak nic nie można było kupić w sklepie. Na tydzień przed weselem zabili cielaka i świnię. Przyszedł masarz, by zrobić kiełbasy i kaszankę. Pod nogami plątały się wygłodniałe koty, co chwila odpychane kopniakami.
Na płocie wisiały połówki świni. Polewali je denaturatem i podpalali, żeby usunąć z nich szczecinę. Jakiś kot chciał chapnąć kawałek mięsa, ktoś oblał go denaturatem i kot się zapalił. Płonący zwierzak w przerażeniu latał po podwórku, ludzie za nim, a on po drabinie czmychnął na strych.
Ogień błyskawicznie ogarnął dom. Kot się uratował. Dom i wszystko przygotowane do wesela spłonęło. I tyle.
SAMOCHÓD
Po udanej wystawie obrazów w Turynie kupiłem sobie samochód marki Fiat 850 Special. Tak naprawdę to był zielony gruchot, ale byłem szczęśliwy. Cała wieś się zbiegła, dzieci mazały po blasze i każde mnie prosiło, żebym mu pozwolił umyć samochód. Przez całe wakacje lśnił jak nigdy, a ja stałem się poniekąd nadwornym kierowcą całej wsi. "Panie Andrzeju, pan mnie zawiezie do weteryniarza, krowa ma twarde cycki, może cóś poradzi, pan się nie boi, ja się jakoś wywdzięczę". "Panie Andrzeju, pan mnie zawiezie do lekarza, Darek ma gorączkę".
Tak było co dzień. Miałem dosyć, nie mogłem pracować. Uciekałem się do podstępów, bo nie potrafiłem, mimo złości, odmówić. Postawiłem samochód na podnośniku i mówiłem, że się, niestety, zepsuł. Doszło do tego, że bałem się nim jeździć. Miara się przebrała, kiedy wiozłem brata Waloska. Siedział z tyłu i wysiadając, nie popatrzył do tyłu, a tam cwałowały spłoszone krowy. Wpadły na otwarte drzwi, prawie je wyrwały i zdemolowały, a facet po prostu uciekł. Tego było za wiele. Remont sporo mnie kosztował, ale nauczył mnie mówić nie.
Samochód to też ograniczenia. Miałem wracać już do Warszawy. Ruszyłem na pożegnanie wakacji na spacer i doszedłem do samotnego domu na skraju lasu. Piękny, wczesnojesienny dzień, żółć liści, która udaje, że jeszcze jest lato. Pod lipą na podwórku stoliczek, a przy nim moi znajomi - ci od szybkiego picia! Na stoliczku wódka Krakus, na zagrychę małosolne ogórki pokrajane na skos, elegancko ułożone aluminiowe widelczyki. "Panie Andrzeju, zapraszamy!" Ojej, jak to apetycznie i jesiennie wyglądało! Do dziś myślę, że ominęło mnie coś fajnego.
GRABARZE
W moich stronach na nieproszonych gości weselnych mówiono grabarze. Przychodzili dużymi grupami w noc wesela. Trzeba było poczęstować ich wódką i kiełbasą, a muzykanci grali im do tańca oberka "Grabarskiego". Odchodzili potem bez awantur. Ale jeżeli ktoś im się sprzeciwił, to mogli rozgonić weselników i zdemolować salę.
Kapela Tarnowskich grała na weselu niedaleko W. A były w tej wsi dwa wesela jednocześnie. Na drugim grała już nowoczesna kapela z nagłoś-nieniem i elektrycznymi instrumentami. Grabarze najpierw poszli na wesele Tarnowskich, a tam ojciec ich poczęstował, muzykanci zagrali "Grabarskiego". I sobie poszli na drugie, nowoczesne elektryczne wesele. A tam już była inna rozmowa. Pan młody kazał im spadać. Poszli, ale za niedługo w całej wsi zgasło światło, bo ktoś wlazł na słup i wyłączył transformator. Na weselu Tarnowskich zapalili świeczki i dalej się bawili. Drugie wesele zamarło, instrumenty nie mogły grać i goście zaczęli się złościć. Część z nich poszła do Tarnowskich tańczyć - kompromitacja. Ojcowie weselni zaczęli się naradzać i dali trzy butelki wódki grabarzom, żeby włączyli światło. Ledwo elektryczni nastroili instrumenty i trochę pograli, znowu ciemno. Znowu narada. Idą do grabarzy, pytają: "Czego chcecie?". No i zaczęły się targi. Stanęło na skrzynce wódki i po pęcie kiełbasy dla każdego. W tych czasach to była wysoka cena. Ale co było robić? Dali im, czego chcieli, i już bez przeszkód dokończyli wesele.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI