1
Dwa i pół roku później...
Katarzyna Paliwoda wyłączyła bieżnię i zeskoczyła na dywan z nienaturalnie szerokim uśmiechem. Mimo nadwagi starała się robić to lekko, a przy tym wyglądać niczym rącza łania, bo sfilmowała końcówkę treningu, by wstawić w formie rolki na Facebooka i Instagram. Dopiero gdy wyłączyła nagrywanie w telefonie, skrzywiła się i boleśnie stęknęła. Pochyliła głowę, oparła lewą dłoń na kolanie, a prawą na biodrze i ciężko sapała, poświstując astmatycznym oddechem.
Siwiuteńki pies, zażywający odpoczynku na łóżku Paliwodów, uniósł fafle, wysunąwszy spod nich jęzor, stęknął i machnął ogonem, by zakomunikować, że kibicuje, aprobuje, podziwia.
- Leonku, ty stary pryku, nie papuguj mnie - zaśmiała się i podrapała pupila za uchem. Ogon przyspieszył, a paszcza rozwarła się szerzej z wyraźną błogością. - Niby taki z ciebie kompan, a na spacerach wymiękasz.
W psich ślepiach błysnął wyrzut. Przeżył piętnaście lat i był w zakresie wieku ewenementem pośród przedstawicieli swojej rasy. Dostawał zadyszki od samego patrzenia na wygibasy Kasiuli, co ta grubianka ośmielała się traktować jako efekt zramolenia. Każdy kulturalny człowiek powinien rozumieć, że przyczynę stanowi upał w połączeniu z brachycefalią, typową dla bokserów. Kochał tę kobietę bezgranicznie, ale w głębi serca uważał, że totalnie zwariowała.
Paliwoda chwyciła ręcznik z oparcia krzesła, przetarła nim czoło i wyszła z sypialni, zostawiwszy uchylone drzwi, na wypadek gdyby Leon zdecydował się podnieść zad, by ruszyć za nią. Nie chciało mu się, bo zniknęła za drzwiami łazienki, na które miał wyśmienity widok ze stanowiska w betach, lecz od szczeniaka przywykł lokować się możliwie jak najbliżej swoich ludzi, więc zmusił stawy do wysiłku. Ułożył się na podłodze w przedpokoju i z ulgą przymknął ślepia. Po wyczerpującej asyście podczas gimnastyki stanowczo należała mu się drzemka, skoro na żadne psie smaczki chwilowo się nie zanosiło.
Lustro nad umywalką nie wrzasnęło w panice na widok Katarzyny tylko dlatego, że wrzeszczeć nie umiało. Krótkie siwe włosy sterczały każdy w inną stronę. Gdyby było ich więcej, być może tworzyłyby niesforną, lecz uroczą strzechę. W tej sytuacji przypominały raczej wyliniałego dmuchawca. Niegdyś pyzata, a aktualnie mocno poczerwieniała twarz Kasiuli przypominała nieco zegary z obrazów Salvadora Dalego, względnie balon, z którego uszło nieco za dużo powietrza. Wysiłek podczas szybkiego marszu pogłębił bruzdy wymalowane przez czas i uwypuklił worki pod oczami, z którymi nawet nie próbowała walczyć. Winą obarczała fatalne w tym zakresie geny po mieczu, wypierając fakty, że za mało śpi i za dużo ślęczy nocami przed ekranem.
Podobno kobiet nie pyta się o wiek. Paliwoda nie widziała w tym za grosz logiki, bo niby czemu miałaby się wstydzić dwóch szóstek, które od niedawna stały obok siebie w bliźniaczym porządku? Nie miała wpływu na to, kiedy została poczęta. Z owych sześćdziesięciu sześciu lat prawie trzy czwarte spędziła u boku docenta historii sztuki ze średniowiecznym szmerglem i obsesją na punkcie architektury romańskiej. Uznawała ten wyczyn za godny pomnika albo co najmniej medalu, bo ostatnimi czasy mąż niebotycznie ją irytował. Coraz mniej było z niego pożytku. Wprawdzie gotował, i to całkiem nieźle, ale poza tym rzadko wychylał nos spoza zapyziałych dyrdymałów sprzed setek lat. Fanatyk i obsesjonista.
Urodą Kasiula niezbyt się przejmowała. Nie malowała oczu, nie stosowała maseczek, a do fryzjera chodziła, tylko gdy już naprawdę musiała. Za to za sprawą Kamilli polubiła fikuśny manicure. Pierwszy raz przyjaciółka wymusiła go na niej, perfidnie wygrawszy zakład, a potem już samo poszło. Paliwoda uznała, że na swoją twarz gapi się rzadko, a dłonie ma niemal non stop w zasięgu wzroku, więc warto o nie dbać. Z przyjemnością odwiedzała raz w miesiącu salon kosmetyczny BeautyTEO i wybierała na paznokcie coraz odważniejsze kolory.
Zdążyła wejść pod prysznic i się solidnie namydlić, gdy rozległ się dzwonek do drzwi.
- Ki łotr? - syknęła, ale nie przerwała ablucji. Nawet jej nie przyspieszyła, uznawszy, że kuriera się nie spodziewa, listonosz zwykle nie kwapi się pod drzwi, tylko od razu zostawia awizo, a nikt ze znajomych przy zdrowych zmysłach nie przyszedłby bez uprzedzenia. Za duże ryzyko, że się pocałuje klamkę. To musiał być jakiś domokrążca. Nic innego się nie kleiło. Znudzi się, to pójdzie, uznała beztrosko.
Letnia woda przyjemnie chłodziła rozgrzane ruchem ciało. Dzwonek nieznośnie wwiercał się w uszy, co chwilę ponawiając szturm. Pies najwyraźniej stracił cierpliwość, bo kilka razy szczeknął, zobligowany do obowiązku stróża. Katarzyna zmarszczyła czoło. Chwyciła w garść buteleczkę żelu pod prysznic, przyłożyła do ust jak mikrofon i na złość dobijającemu się natrętowi zaczęła śpiewać:
- Bo we mnie jest seks, gorący jak samum, bo we mnie jest seks, któż oprzeć się ma mu?* - Wyobrażała sobie przy tym siebie jako Kalinę Jędrusik. Wywijała kuprem w strumieniach wody, trzepotała rzęsami i pod żadnym pozorem nie zamierzała się spieszyć.
* Z piosenki Bo we mnie jest seks z Kabaretu Starszych Panów (1962 r.), tekst Jeremi Przybora, muzyka Jerzy Wasowski, oryginalne wykonanie: Kalina Jędrusik.
Porażające wykonanie hitu sprzed lat w widzach wywołałoby co najmniej omdlenie. Zszokowałoby też każdego słuchacza, bo zarówno głos, jak i słuch Paliwody pozostawiały wiele do życzenia. Ona jednak czerpała z tej muzycznej ekspresji czystą przyjemność i skończywszy, już zabierała się za bis, lecz wyhamowały ją dwie kwestie. Po pierwsze: prawe biodro łupnęło solidnie, przypominając, że po godzinnym marszu należy mu się odpoczynek. Po drugie: zaciekawiło ją, czym jest ów samum z piosenki.
Przy akompaniamencie uporczywego dzwonka wytarła się ręcznikiem, ubrała w spodnie dresowe oraz szary T-shirt z różowym napisem: "Do babci Kasiuli każdy się tuli", po czym wzięła z pralki komórkę i okulary.
Wikipedia wyjaśniła, że samum to gorący, suchy południowy wiatr, który zrywa się gwałtownie na zaledwie kilkanaście minut na pustyniach Afryki Północnej i Półwyspu Arabskiego, niosąc z sobą mnóstwo piasku. Katarzyna wyraziła niemy podziw dla poetyckiego kunsztu Jeremiego Przybory i dopiero wtedy dojrzała osiem nieodebranych połączeń od męża. Dobijał się do niej od paru minut, nieświadom, że wyciszyła telefon, by nikt jej nie zawracał ukulele czy innej lutni podczas randki z bieżnią.
Nieco zirytowana wybrała numer Mateusza.
- Otwieraj! - wrzasnął z głośnika docent nienaturalnie piskliwym głosem.
- Ale co? - Nie zrozumiała.
- Drzwi, do jasnej ciasnej. Wydzwaniam jak głupi! Kaśka, jaja sobie robisz?! Kochanka przyjmujesz?! Wpuść mnie!
Prychnęła, niepewna, czy odebrać to jako zarzut, czy jako komplement.
- A ty co? Odźwiernego potrzebujesz? Albo może furtiana, bo przecież kochasz wiekowe klasztorne mury...
- Chyba zgubiłem klucze. Przestań się handryczyć, jak rany...
W głosie Mateusza wyczuła leciutką nutkę desperacji i na wszelki wypadek postanowiła ustąpić. Wepchnęła smartfon do kieszeni, nacisnęła klamkę i śmiało naparła na drzwi łazienki.
Ani drgnęły.
Spróbowała jeszcze raz, wolniej, za to wkładając w pchnięcie resztkę sił, jakie zostały w niej po pięciokilometrowej przebieżce. Zawiasy jęknęły, drewniane skrzydło powoli się uchyliło, przesuwając po śliskich kafelkach ciężką i nieco zdegustowaną tym faktem przeszkodę. Z sędziwego, lecz nadal sprawnego gardła wydobyło się ciche warczenie.
Kasiula parsknęła śmiechem i na moment zanurzyła turkusowe paznokcie w krótkiej, miękkiej sierści.
- Tyle razy cię prosiłam, żebyś się nie kładł w progu. Jesteś tak samo niereformowalny jak Mati - skarciła z czułością psa, po czym już nie zwlekając, wpuściła męża.
- Nic do mnie nie mów! - syknął spod siwej brody, bo już otwierała usta, by go przywitać kąśliwą uwagą.
Rzucił na komodę wypchany czarny plecak i w imponującym tempie, jak na jego solidną posturę, przemknął przez mieszkanie, nietaktownie zignorowawszy powitalne młócenie psim ogonem. Promienie słońca, które wlewały się przez uchylone drzwi balkonowe, na moment zalśniły na jego łysinie, po czym trzasnęły drzwi do toalety i wydobyło się zza nich głośne stęknięcie ulgi.
- Wariat - skomentowała jego żona.
Ze stoickim spokojem przejrzała zawartość plecaka. Zignorowała laptop, plik zadrukowanych kartek, notes i trzy książki, z obrzydzeniem wyjęła pustą butelkę po pepsi wraz z przyklejonymi do niej papierkami po dwóch batonikach i wreszcie na dnie wymacała metalowy brelok w kształcie średniowiecznego topora z czterema kluczami.
Pokiwała smętnie głową nad bałaganiarstwem męża i podreptała do kuchni, trzymając się za biodro. Rwało potwornie. Ból promieniował na całą nogę, odbierając Kasiuli satysfakcję z aktywności fizycznej. Wiosną wybrała się nawet do ortopedy. Usłyszała, że dawnych błędów nie da się wymazać ot tak, zwykłą gumką, bo jej ciało to nie zeszyt pierwszoklasisty muśnięty grafitem ołówka, lecz skała żłobiona przez dekady erozyjną mocą destrukcyjnego trybu życia. Poeta, psiakrew, pomyślała pod adresem medyka, lecz nie zdążyła wyartykułować tej opinii, bo szybko doprecyzował, że wiek w połączeniu z wieloletnimi zaniedbaniami z jej strony doprowadził biodro do punktu, w którym endoproteza wydaje się najlepszym wyjściem. Od tego czasu Paliwoda biła się z myślami, co robić. Bała się zabiegów chirurgicznych i w ogóle lekarzy, zaś powolna kilkumiesięczna rekonwalescencja po operacji była w jej obecnej sytuacji mrzonką nie do spełnienia. Musiała być sprawna, aktywna, gotowa do działania na każde zawołanie. Zresztą - rany koguta! - jeśli pominąć to piekielne biodro, czuła się świetnie i nic jej nie dolegało.
Otworzyła lodówkę i zajrzała do garnka z wczorajszym kapuśniakiem. Uniosła pokrywkę, zawęszyła i momentalnie do ust napłynęła jej ślina. Nikt nie potrafił pichcić tak świetnie jak jej mąż. W ostatnich latach pod wpływem codziennych awantur nauczył się komponować potrawy nieco lżej i zdrowiej, by nie ociekały jak dawniej tłuszczem i by uwzględniały jak najwięcej warzyw. Mimo to nadal były wybitnie smakowite i kuszące. Kasiula zamruczała tęsknie, bo na obiad było jeszcze za wcześnie, chwyciła buteleczkę pitnego skyra, opróżniła ją duszkiem i poszła do pokoju, szumnie nazywanego salonem. Tam wykonała kilka energicznych wymachów ramionami, sprawdziła na smartbandzie na przegubie dłoni, że wykonała tego dnia już dziesięć tysięcy kroków, po czym z ulgą usiadła na krześle przy stole.
Przez całe dorosłe życie nie miała tak dobrej kondycji jak w ostatnim czasie. Pozbyła się czterdziestu kilogramów tłuszczu, skutkiem czego zredukowała astmatyczne duszności i rzadziej sięgała po leki wziewne. Polubiła ruch, nogi same ją niosły, serce rwało się do aktywności fizycznej, która od lat nie przychodziła Katarzynie z taką łatwością, a reszta nadmiaru, która wciąż ją oblepiała, wydawała się nic nieznaczącym detalem. Tymczasem prawe biodro, przez dekady przymuszane do nadmiernej pracy, protestowało coraz częściej, boleśnie apelując o umiar i poszanowanie. Nie jesteś już młodą kozą, zdawało się krzyczeć, i wciąż daleko ci do zwiewnej sylfidy.
- I co z tego? - przekomarzała się z własnym organizmem. - Jeśli odstaję wydolnością fizyczną od rówieśniczek, to raczej w górę, a nie w dół, prawda, Leonku?
Pies, który zdążył zasnąć pod balkonem, nawet nie raczył unieść powiek. Nie pochwalał metamorfozy Kasiuli. Stanowiła dla niego widomy znak szaleństwa. Sam z rozsądkiem korzystał z senioralnych przywilejów. Zajmowały go przede wszystkim drzemka i kontrola tego, czy przypadkiem nie uchylają się drzwi lodówki. Zwykle ograniczał aktywność do spacerów dookoła bloku, podczas których niemrawo unosił zadnią łapę przy krzaczkach, oraz do krótkich eksplozji radości, gdy witał członków rodziny lub znajomych. No, chyba że w ręce któregoś z ludzi trafiała psia piłeczka. Wtedy, owszem, odnajdował w sobie szczeniaka z czasów, gdy sierść lśniła mu barwą gorzkiej czekolady i nie nosiła licznych śladów siwizny.
Paliwoda sięgnęła po laptop i egzemplarz mrocznego duńskiego kryminału z komody. Pogładziła okładkę. Poczuła w opuszkach palców lekkie mrowienie i wewnętrzną błogość na myśl, że za chwilę opisze wrażenia z lektury, którą skończyła o świcie. Kochała takie poranki, gdy mogła się skupić wyłącznie na swoich przyjemnościach i na tym, na co miała ochotę. Ostatnio trafiały się rzadko, więc tym bardziej starała się je celebrować. Uruchomiła komputer i weszła na instagramowy profil o nazwie Stara Bibliotekara. Prowadziła go od lat, był popularny i szanowany wśród pisarzy oraz czytelników. Dostarczał jej satysfakcji, mnóstwa internetowych znajomych, a do tego zapełniał regały książkami, które otrzymywała od wydawców jako recenzentka i patronka medialna.
- Znowu ślepisz w ekran? - Głos męża wyrwał ją z głębokiej zadumy nad tym, jak rozpocząć post, by uczynić go maksymalnie klikalnym. - Potem będziesz marudzić, że cię oczy bolą.
- Pracuję - poprawiła go, dumnie prostując plecy. - Ludzi, którzy czytają i nie są takimi ignorantami jak ty, interesuje moja opinia. Biorą ją pod uwagę przy wyborze książek.
- Wypraszam sobie! Ja też czytam, tylko sięgam po inne tytuły - fuknął. Chwycił plecak i zaczął w nim grzebać. Zagryzł wargi, usiłując wepchnąć do środka grubą papierową teczkę. - O, są klucze! - ucieszył się.
- Dziw nad dziwy. Za to wspomnienia po twoim niezdrowym śniadanku już nie ma, bo zdążyłam wyrzucić. Czy ty się musisz opychać od rana cukrem?
Z zapałem pokiwał głową.
- Muszę, ale i tak mnie kochasz. Lecę na wykłady. Przed wakacjami na zajęciach z jedną grupą zahaczyłem o kwestię higieny w średniowieczu. Studentów bardzo interesowały techniczne rozwiązania ówczesnych ustępów. Swego czasu zgłębiłem temat, więc postanowiłem zainaugurować nim nowy rok akademicki.
- To dlatego wróciłeś do domu i rzuciłeś się do toalety? Konsultowałeś coś z sedesem?
- Nie, po prostu mnie cisnęło, a wróciłem po notatki. - Dźgnął palcem wystającą teczkę. - Będę dopiero pod wieczór. Dziekan wymyślił zebranie. Potem mam jeszcze drugie w ZNP...
- Obiecałeś pomyśleć o emeryturze - rzuciła, jak niemal każdego dnia w ostatnim czasie.
- Pomyślę. Nie musisz mi w kółko przypominać. Tylko to nie jest takie proste. Młodzież wciąż łaknie mojej wiedzy - oznajmił z emfazą, pogłaskał psa, po czym wytoczył się za drzwi z energią, która w połączeniu z jego beczkowatą figurą mogła zadziwiać.
- Czubek i mitoman - westchnęła Kasiula i wróciła spojrzeniem na ekran.
Uwielbiała pisać prawie na równi z czytaniem. Zawsze czuła się doskonale, gdy miała pod palcami klawiaturę. Dlatego recenzowała książki, a ostatnio zalęgła się w jej głowie myśl, by samej popełnić powieść. Jakie to by było epickie - odważnie przelać wizje na papier, a potem zobaczyć własne nazwisko na okładce i czerwienieć ze szczęścia od zachwytów czytelników. Od miesięcy budowała w głowie fabułę, zanudzała nią swoje przyjaciółki i nieśmiało opisywała pierwsze sceny, pozwalając, by kreowana przez jej wyobraźnię historia dojrzewała, nabierała coraz wyraźniejszych kształtów oraz głębi. Nie musiała się przecież spieszyć, w końcu ewentualnym literackim debiutem nie planowała wywrócić do góry nogami całego swojego życia, a tylko spełnić kaprys, marzenie, świeżą, choć uporczywą idée fixe.
Zdążyła wyprodukować zaledwie dwa akapity recenzji, gdy jej komórka odezwała się melodią piosenki We Will Rock You, anonsując Kamillę.
- No co tam? - spytała Paliwoda, wymusiwszy na sobie maksimum kultury. Na usta pchało jej się ordynarne: "Czego mi tu?!".
Z głośnika rozbrzmiał zafrasowany głos przyjaciółki:
- Przyjedź. Tylko pędem, co koń wyskoczy!
Katarzyna zmarszczyła brwi i spojrzała na zegarek. Gniew zagrał w jej wnętrzu jak na werblach.
- Dopiero dochodzi jedenasta. Obiecałyście mi dzisiaj wolne. Pierwsze od niemal miesiąca, że tak nieśmiało przypomnę.
- Przykro mi. Twoje wolne właśnie poszło się bujać. Sama wszystkiego nie ogarnę.
- A Olutka?
- Olutka straciła wartość bojową.
- Co takiego? Mów, do pioruna, jak człowiek. Musisz tak budować napięcie?
- Zdenerwowana jestem i nie mogę się skupić. Ona desperuje, że zaraz się wykrwawi. Nie umiem ocenić, czy nie przesadza. Zbieraj kuper!