Trzydzieści sześć opowiadań - Isaac Bashevis Singer

Kup ebooka

55.00 zł
45.65 zł (39,84 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Upa­dek Krze­szowa

1

REB[*] GIM­PEL PRZY­BYWA DO KRZE­SZOWA

Je­stem jej­cer hore, Zły Duch, Sza­tan, Pierw­szy Wąż. W księ­gach ka­ba­li­stycz­nych[*] zwą mnie Sa­ma­elem[*] albo SM. Ży­dzi cza­sami na­zy­wają mnie po pro­stu "ten".

Do­brze wia­domo, że lu­bię ko­ja­rzyć dziwne mał­żeń­stwa. Uwiel­biam ta­kie nie­do­pa­so­wane pary jak sta­rzec i młoda dziew­czyna, brzydka trzy­krotna wdowa[1] i młody chło­pak, któ­remu jesz­cze nie wy­ro­sła broda, ka­leka i pięk­ność, mę­drzec i głu­pia gęś, kan­tor[*] i głu­cha ko­bieta, mil­czek i chwa­li­pięta. Tego ro­dzaju nie­zwy­kły zwią­zek stwo­rzy­łem w Krze­szo­wie, mia­steczku nad Sa­nem. Lu­dzie mieli z czego drwić, a ja przy­go­to­wa­łem jedną z mo­ich sztu­czek, które w oka­mgnie­niu pro­wa­dzą do utraty za­równo tego, jak i przy­szłego świata.

Krze­szów jest nie­mal tej wiel­ko­ści co jedna z naj­mniej­szych li­ter w naj­mniej­szym mo­dli­tew­niku. Z dwu stron mia­steczko ota­czają gę­ste so­snowe lasy, a z trze­ciej strony pły­nie San. Chłopi w oko­licz­nych wio­skach są bied­niejsi i bar­dziej za­co­fani niż inni goje[*] w lu­bel­skiej gu­berni, a ich pola ja­łowe. W ciągu roku przez dłu­gie mie­siące drogi w kie­runku więk­szych miast po­prze­ci­nane są sze­ro­kimi ro­wami wy­peł­nio­nymi wodą i nie­bez­piecz­nie jest po­dró­żo­wać tam­tędy fur­manką. Zimą niedź­wie­dzie i wilki pod­cho­dzą na skraj ludz­kich osad i zda­rza się, że po­że­rają krowę, cielę, a na­wet czło­wieka. Aby goje ni­gdy nie wy­do­byli się ze swej nie­doli, za­szcze­pi­łem w nich żar­liwą lub fa­na­tyczną wiarę. W co dru­giej wio­sce stoi ko­ściół, a na każde dzie­sięć do­mów przy­pada ka­pliczka. Święta Matka, w za­rdze­wia­łej au­re­oli nad głową, trzyma na rę­kach Je­zu­ska i przy­po­mina tym pro­sta­kom o bę­kar­cie, któ­rego ży­dow­ski cie­śla Josl Pan­dre[2] zro­bił jej z po­mocą świę­tego du­cha. Stare gojki przy­cho­dzą tu­taj klę­czeć także zimą i na­ba­wiają się tym spo­so­bem ła­ma­nia w ko­ściach. W maju co­dzien­nie od­by­wają się pro­ce­sje. Wy­gło­dzony tłum za­wo­dzi ochry­płymi gło­sami. Śmier­dzi ka­dzi­dło. Do­bosz gruź­lik wali w bę­ben, aby mnie prze­stra­szyć i prze­pę­dzić. Ksiądz, który zwy­kle ma tu­zin bę­kar­tów bie­ga­ją­cych po wsi, beł­ko­cze coś po ła­ci­nie, że­gna się i wy­ma­chuje kro­pi­dłem. Mimo to deszcz nie przy­cho­dzi, a je­śli na­wet, to ni­gdy na czas. Ale lud wciąż wie­rzy. I tak się to wszystko to­czy od nie­pa­mięt­nych cza­sów.

Krze­szow­scy Ży­dzi są tro­chę roz­trop­niejsi i za­moż­niejsi niż chłopi. Ich żony pro­wa­dzą skle­piki, oszu­ku­jąc na wa­dze i miarce. Do­mo­krążcy na­ma­wiają chłopki do za­kupu róż­nych świe­ci­de­łek, za co do­stają psze­nicę, kar­to­fle, len, kury, kaczki, gęsi i cza­sem coś jesz­cze na do­da­tek. Bo czego ko­bieta nie da za sznu­rek szkla­nych pa­cior­ków, ozdobną mio­tełkę do ku­rzu, ka­wa­łek kwie­ci­stego per­ka­liku czy po pro­stu za do­bre słowo od ob­cego? Nie po­winno za­tem ni­kogo dzi­wić, że tu i ów­dzie po­śród ma­łych szej­ge­ców[*] i siks[*] o pło­wych czu­pry­nach na­po­tyka się czar­no­okie dia­bełki o krę­co­nych wło­sach i gar­ba­tych no­sach. Chłopi śpią w nocy smacz­nie, lecz dia­beł nie daje spać ich mło­dym żo­nom, pro­wa­dzi je tyl­nymi ścież­kami do sto­dół, gdzie mia­stowi han­dla­rze cze­kają w sia­nie. Psy uja­dają, ko­guty pieją, żaby kum­kają, gwiazdy na nie­bie czu­wają i mru­gają, po­śród chmur drze­mie sam Bóg. Wszech­mocny jest sę­dziwy. Nie­ła­two jest żyć wiecz­nie...

Ale wróćmy do Ży­dów z Krze­szowa.

Przez cały rok ry­nek jest tu jed­nym wiel­kim ba­gnem. Ko­biety wy­le­wają na zie­mię po­myje. Domy stoją po­chy­lone, do po­łowy za­pad­nięte w ziemi, mają po­ła­tane da­chy i okna po­za­ty­kane szma­tami lub po­kryte kro­wimi pę­che­rzami. W le­pian­kach bie­da­ków brak pod­łóg; w nie­któ­rych na­wet ko­mi­nów. W ta­kich cha­łu­pach dym z pieca ucho­dzi przez dziurę w da­chu. Dziew­częta wy­cho­dzą za mąż w wieku czter­na­stu lub pięt­na­stu lat i sta­rzeją się szybko od cią­głych po­ro­dów. Szewcy sie­dzą na ni­skich stoł­kach, ćwi­cząc swój fach na zno­szo­nych, po­dar­tych bu­tach. Krawcy prze­ni­co­wują na trze­cią stronę wy­le­niałe fu­tra. Szczot­ka­rze cze­szą drew­nia­nymi grze­bie­niami świń­ską szcze­cinę, śpie­wa­jąc ochry­płym gło­sem frag­menty ob­rzę­do­wych pie­śni i we­sel­nych pio­se­nek. Przez cały ty­dzień, poza dniem tar­go­wym, skle­pi­ka­rze nie mają nic do ro­boty, więc wy­sia­dują w be­sme­dre­szu[*], dra­piąc się, stu­diu­jąc Ge­marę[*] lub też opo­wia­da­jąc so­bie na­wza­jem prze­dziwne hi­sto­rie o po­two­rach, du­chach i wil­ko­ła­kach. Za­pewne, słusz­nie zresztą, my­śli­cie, że w ta­kiej dziu­rze nie­wiele jest dla mnie ro­boty. Na grzech z praw­dzi­wego zda­rze­nia nie ma co li­czyć. Miesz­kań­com bra­kuje za­równo sił, jak i chęci. Co pe­wien czas ja­kaś szwaczka się wy­chrzci albo córce no­si­wody uro­śnie brzuch, lecz ta­kie rze­czy nie­spe­cjal­nie mnie ba­wią. Dla­tego też rzadko od­wie­dza­łem Krze­szów.

No, ale było tam kilku bo­ga­czy, a w za­moż­nym domu to i owo może się zda­rzyć. Moją uwagę przy­ku­wało zwłasz­cza do­mo­stwo naj­więk­szego bo­ga­cza z Krze­szowa, reb Gim­pla Szora. Za dużo czasu za­ję­łoby opo­wia­da­nie, skąd reb Gim­pel wziął się w tym mie­ście. Wcze­śniej miesz­kał w Żół­kwi, nie­da­leko Lwowa. Do Krze­szowa spro­wa­dziły go przede wszyst­kim in­te­resy: han­dlo­wał drew­nem i za gro­sze od­ku­pił las od tu­tej­szego dzie­dzica. Poza tym jego żona Ge­nen­del (nie­wia­sta ze zna­ko­mi­tej ro­dziny, wnuczka Ma­har­szy[3] czy też Remu[*]) cier­piała na chro­niczny ka­szel i cza­sami pluła krwią. Dla­tego ja­kiś lwow­ski le­karz za­le­cił jej za­miesz­ka­nie w za­le­sio­nej oko­licy. Dość, że reb Gim­pel przy­był do Krze­szowa z ca­łym swoim do­byt­kiem i przy­wiózł tam rów­nież do­ro­słego syna i dzie­się­cio­let­nią có­reczkę Lise. Ka­zał zbu­do­wać dom na końcu ulicy Bóż­ni­czej, z dala od sto­ją­cych już do­mostw, po czym spro­wa­dził kilka wo­zów z me­blami, na­czy­niami, ubra­niami, książ­kami i mnó­stwem in­nych rze­czy. Przy­je­chali z nim także stara słu­żąca i młody sługa, któ­rego za­trud­nił też jako stan­greta. Sługa miał na imię Lejbl. Przy­by­sze wnie­śli tro­chę ży­cia do mia­steczka. W le­sie reb Gim­pla zna­leźli pracę sy­no­wie bied­niej­szych miesz­kań­ców. Roz­wo­zili stąd kłody drewna. Bo­gaty go­spo­darz do­pro­wa­dził do po­rządku łaź­nię i za­pła­cił za nowy dach w przy­tułku.

Reb Gim­pel był sil­nym, wy­so­kim, bar­czy­stym męż­czy­zną o czar­nej jak smoła bro­dzie, roz­dwo­jo­nej na koń­cach, i miał głos kan­tora. Nie był spe­cjal­nie uczony - z tru­dem uda­wało mu się prze­brnąć przez je­den roz­dział z Miszny[*] - ale ni­gdy nie ża­ło­wał pie­nię­dzy na cele do­bro­czynne. Po­tra­fił zjeść na raz bo­che­nek chleba i omlet z sze­ściu ja­jek, za­pi­ja­jąc to kwartą mleka. W piątki w łaźni wspi­nał się na naj­wyż­szą ławę i sza­mes[*] sma­gał go wit­kami, do­póki nie nad­szedł czas za­pa­le­nia świec. Do lasu za­bie­rał ze sobą dwa groźne psy i strzelbę. Mó­wiono, że na pierw­szy rzut oka po­trafi oce­nić, czy pień drzewa jest zdrowy czy spróch­niały. Mógł pra­co­wać osiem­na­ście go­dzin na dobę, a je­śli była taka po­trzeba, prze­mie­rzał całe mile pie­chotą. Jego żona Ge­nen­del, nie­gdyś bar­dzo uro­dziwa, od cią­głego bie­ga­nia po dok­to­rach, za­ży­wa­nia le­karstw i drże­nia o swoje zdro­wie przed­wcze­śnie się po­sta­rzała. Była wy­soka, chuda, pra­wie bez biu­stu, o dłu­giej, bla­dej twa­rzy i za­krzy­wio­nym no­sie. Jej cien­kie wargi za­wsze po­zo­sta­wały za­sznu­ro­wane, a szare oczy spo­glą­dały na świat ze zło­ścią. Mie­siączki miała bo­le­sne i bar­dzo cier­piała (albo wma­wiała so­bie, że cierpi), więc kła­dła się do łóżka, jakby zło­żona śmier­telną cho­robą. Raz ją bo­lała głowa, to znów do­sta­wała czkawki; do­pa­dał ją ból zęba albo ści­skało w żo­łądku. Prawdę mó­wiąc, nie była od­po­wied­nią żoną dla reb Gim­pla, ale on ni­gdy się nie skar­żył. Pew­nie uwa­żał, że wszyst­kie żony są ta­kie. Osta­tecz­nie po­brali się, kiedy miał pięt­na­ście lat...

Na te­mat syna nie będę się roz­wo­dził. Wdał się w ojca: kiep­ski stu­dent, wielki żar­łok, do­bry pły­wak, nie­zwy­kle ob­rotny ku­piec. Oże­nił się jesz­cze przed prze­pro­wadzką. Po­ślu­bił dziew­czynę z Bro­dów i za­raz po­tem za­jął się han­dlem. Rzadko przy­jeż­dżał do Krze­szowa. Po­dob­nie jak ojcu nie bra­ko­wało mu pie­nię­dzy. Oby­dwaj mieli żyłkę do in­te­re­sów. Pie­nią­dze same do nich pły­nęły. Wy­da­wało się, że reb Gim­pel i jego ro­dzina do­żyją swych lat w spo­koju, jak to czę­sto bywa ze zwy­kłymi ludźmi, któ­rym ze względu na ich pro­stotę oszczę­dzono złego losu i któ­rzy bez prze­szkód prze­cho­dzą przez ży­cie.

2

LISE

No, ale reb Gim­pel miał także córkę, a - jak wia­domo - ko­biety przy­no­szą wiele nie­szczę­ścia i zgry­zoty.

Ta dziew­czyna, Lise, była piękna i do­brze uło­żona. W wieku dwu­na­stu lat do­rów­ny­wała wzro­stem ojcu. Miała ja­sne, nie­mal żółte włosy, a skórę białą i gładką ni­czym atłas. Jej oczy wy­da­wały się to błę­kitne, to znów zie­lone. Za­cho­wy­wała się tak, jakby była za­ra­zem szlach­cianką i po­bożną Ży­dówką z do­brej ro­dziny. Kiedy miała sześć lat, jej oj­ciec na­jął re­be­cin[*], która uczyła ją czy­ta­nia i mo­dlitw. Póź­niej reb Gim­pel wy­słał córkę do me­ła­meda[*]. Od sa­mego po­czątku bar­dzo cią­gnęło ją do ksią­żek. Sama stu­dio­wała Ta­nach[*] w iwre-tajcz [*], za­glą­dała do mat­czy­nego Chu­me­szu[*], do Dzie­dzic­twa łani[4], Ró­zgi kary[5], Do­brego serca[6], Pro­stej miary[7] i in­nych dzieł znaj­du­ją­cych się w domu. Po­tem zdo­łała nie­mal sa­mo­dziel­nie na­uczyć się tro­chę he­braj­skiego. Oj­ciec mó­wił jej wie­lo­krot­nie, że nie wy­pada, aby dziew­czyna stu­dio­wała Torę[*]. Matka, Ge­nen­del, ostrze­gała ją, że zo­sta­nie starą panną, bo ża­den męż­czy­zna nie ze­chce uczo­nej żony. Dziew­czyna nie trak­to­wała jed­nak tych ostrze­żeń po­waż­nie. Stu­dio­wała Po­win­ność serca[8] i czy­tała hi­sto­rie z Księgi Jo­sip­pona[9]. Za­glą­dała do Studni Ja­kuba[10], do Cu­dów Mi­dra­sza[11], do Księgi księ­cia i ascety[12] i znała wiele opo­wie­ści z Ge­mary i wszel­kie sen­ten­cje ta­na­itów[13] i amo­ra­itów[14]. Jej pra­gnie­nie wie­dzy nie miało gra­nic. Za każ­dym ra­zem, gdy do Krze­szowa przy­by­wał han­dlarz książ­kami, wzy­wała go do domu i ku­po­wała tomy, które miał w worku. W sza­bat[*] po obie­dzie przy­cho­dziły do niej z wi­zytą dziew­częta z miej­sco­wych za­moż­nych ro­dzin i plot­ko­wały z nią, grały w war­caby, pa­rzy­ste i nie­pa­rzy­ste, za­da­wały so­bie na­wza­jem za­gadki i do­ka­zy­wały, jak to zwy­kle ro­bią pod­lotki. Lise za­cho­wy­wała się uprzej­mie, czę­sto­wała je sza­ba­so­wymi owo­cami, cia­stecz­kami, orze­chami i tej­glech[15], ale nie miała z nimi o czym roz­ma­wiać, po­nie­waż my­śli dziew­cząt były za­prząt­nięte su­kien­kami, bu­tami i no­win­kami, pod­czas gdy Lise my­ślała o in­nych rze­czach. Była jed­nak lu­biana, bo nie od­no­siła się do ni­kogo z wyż­szo­ścią i każ­dego trak­to­wała uprzej­mie. W święta przy­cho­dziła cza­sami do ba­bińca[*], cho­ciaż nie było w zwy­czaju, aby dziew­częta w jej wieku uczest­ni­czyły w mo­dli­twie. Reb Gim­pel, który da­rzył swoją je­dy­naczkę wielką mi­ło­ścią, nie­raz po­wta­rzał:

- Szkoda, że nie uro­dziła się chłop­cem. Wy­ro­słaby na wspa­nia­łego męż­czy­znę!

- Mar­nu­jesz dziew­czynę! - od­po­wia­dała Ge­nen­del. - Nie bę­dzie umiała na­wet przy­rzą­dzić ku­gla[*]!

Jako że w Krze­szo­wie nie było żad­nego po­rząd­nego na­uczy­ciela (je­dyny na­uczy­ciel, Josl, le­dwo po­tra­fił na­pi­sać zda­nie po ży­dow­sku), reb Gim­pel po­zwo­lił córce stu­dio­wać księgi u Kal­mana Zna­chora, który sły­nął w mia­steczku i ca­łej oko­licy. Wy­ko­ny­wał on ope­ra­cje zwy­kłym no­żem do chleba. Po­tra­fił wy­pa­lać koł­tuny, przy­kła­dać pi­jawki, pusz­czać krew, po­sia­dał wła­sną szafę z książ­kami i sam przy­go­to­wy­wał różne pi­gułki z ziół. Był ni­ski, gruby, miał duży brzuch i cho­dził, ko­ły­sząc się na boki. Ubie­rał się ni­czym dzie­dzic: w plu­szowy ka­pe­lusz, ak­sa­mitny ka­ftan, spodnie do ko­lan i buty z klam­rami. W Krze­szo­wie pa­no­wał zwy­czaj, że kiedy pro­wa­dzono na­rze­czoną do my­kwy[*], za­trzy­my­wano się przy ganku Kal­mana Zna­chora i kle­zme­rzy[*] grali frej­lechs[16] na jego cześć.

- Nie wolno draż­nić ta­kich lu­dzi! - mó­wiono w mie­ście. - Oby tylko nie byli po­trzebni!

Kal­man Zna­chor był sta­łym go­ściem u reb Gim­pla, le­czył Ge­nen­del i po­zwa­lał Lise po­ży­czać książki. Dziew­czyna prze­czy­tała wszystko, co zna­la­zła w jego bi­blio­teczce. Były tam dzieła me­dyczne, opisy od­le­głych kra­jów i dzi­kich ple­mion, jak rów­nież hi­sto­rie o wiel­kich pa­nach, co jeż­dżą na po­lo­wa­nia, ro­man­sują, urzą­dzają bale i hu­lanki, a także cu­downe opo­wie­ści o cza­row­ni­kach, ry­cer­zach, kró­lach, ksią­żę­tach i zwie­rzę­tach. Lise to wszystko czy­tała.

No, ale czas już, żeby opo­wie­dzieć o Lej­blu Słu­żą­cym czy Lej­blu Fur­ma­nie. W Krze­szo­wie nie wie­dziano, skąd chło­pak po­ja­wił się u reb Gim­pla. Mó­wiono, że jest po­noć bę­kar­tem po­rzu­co­nym na ulicy. Inni prze­bą­ki­wali, że jego matka była prze­chrztą. Ucho­dził za naj­więk­szego nie­uka w Krze­szo­wie i oko­licy. Nie umiał pi­sać ani czy­tać i nie mo­dlił się, cho­ciaż po­sia­dał wła­sne fi­lak­te­rie[*]. W pią­tek wie­czo­rem, gdy męż­czyźni szli do be­sme­dre­szu, on szwen­dał się po rynku jak szej­gec. Po­ma­gał pan­nom słu­żą­cym czer­pać wodę ze studni i do­glą­dał koni w stajni. Go­lił brodę, nie no­sił cy­ces[*], nie od­ma­wiał bło­go­sła­wieństw i zu­peł­nie od­ciął się od ży­dow­skich zwy­cza­jów. Kiedy przy­był do Krze­szowa, nie­któ­rzy za­możni miesz­kańcy pró­bo­wali z nim roz­ma­wiać. Ja­kiś me­ła­med za­ofe­ro­wał się uczyć go za darmo. Po­bożne ko­biety stro­fo­wały go i ostrze­gały, że skoń­czy w Ge­hen­nie[*] na łożu na­bi­ja­nym gwoź­dziami. Ale ten w ogóle ich nie słu­chał. Wy­dy­mał tylko wargi i gwiz­dał. Ko­bie­tom nie­da­ją­cym mu spo­koju od­po­wia­dał zu­chwale:

- Was w mo­jej Ge­hen­nie nie bę­dzie! To mi do­piero świę­toszki!

Brał ba­cik, który no­sił ze sobą, i za­dzie­rał jed­nej z ko­biet spód­nicę. Po­wsta­wało za­mie­sza­nie, krzyk, śmiech, a ko­bieta ta pil­no­wała, żeby ni­gdy już nie mieć nic do czy­nie­nia z Lej­blem Fur­ma­nem.

Cho­ciaż od­stą­pił od wiary, to jak na złość był bar­dzo przy­stoj­nym mło­dzień­cem, wy­so­kim i zwin­nym, o dłu­gich no­gach, wą­skich bio­drach i gę­stych czar­nych wło­sach, tro­chę krę­co­nych, a tro­chę zmierz­wio­nych, w któ­rych za­wsze tkwiło parę ździe­beł siana i słomy. Jego brwi zra­stały się nad no­sem. Oczy miał czarne i zu­chwałe, wargi wy­datne. Ubie­rał się jak goj: no­sił wy­so­kie buty z cho­le­wami, bry­czesy, krótki ku­brak i pol­ską czapkę z dasz­kiem ze skóry, którą zsu­wał na tył głowy, aż się­gała mu karku. Po­tra­fił grać na skrzyp­kach i wy­ci­nał fu­jarki z ga­łą­zek. Zbu­do­wał go­łęb­nik na da­chu domu reb Gim­pla i od czasu do czasu wspi­nał się tam i prze­ga­niał go­łę­bie dłu­gim ba­tem. Cho­ciaż miał wła­sną izbę i ławę do spa­nia, zwy­kle no­co­wał na stry­chu, na sia­nie. Po­tra­fił prze­spać czter­na­ście go­dzin bez prze­rwy. Kie­dyś w Krze­szo­wie wy­buchł tak straszny po­żar, że lu­dzie za­częli pa­ko­wać do­by­tek. W domu reb Gim­pla szu­kano Lej­bla, by po­mógł no­sić pa­kunki, lecz on jakby za­padł się pod zie­mię. Do­piero kiedy w końcu uga­szono po­żar i za­mie­sza­nie ustało, zna­le­ziono go w ką­cie po­dwó­rza, pod ja­błonką. Smacz­nie spał, jak gdyby nic się nie stało.

Wszy­scy wie­dzieli, że Lejbl Fur­man jest roz­pust­ni­kiem, ale miał do­bry zwy­czaj: nie przy­sta­wiał się do ży­dow­skich dziew­cząt. Za­da­wał się tylko z sik­sami i mło­dymi chłop­kami. Po­ciąg, jaki do niego czuły, był nie­mal zwie­rzęcy. Ka­wa­le­ro­wie z mia­steczka, któ­rzy przy­cho­dzili do szynku na piwo, opo­wia­dali, że star­czy, by Lejbl spoj­rzał na któ­rąś, a ta już do niego lgnie. Ko­biety przy­cho­dziły na jego strych, a on z nimi spał. Goje wie­lo­krot­nie gro­zili, że mu od­rą­bią głowę, lecz on nie brał so­bie do serca tych po­gró­żek i co­raz bar­dziej po­grą­żał się w roz­pu­ście. W każ­dej wio­sce, do któ­rej jeź­dził z reb Gim­plem, miał swoje uko­chane i zo­sta­wiał za sobą bę­karty. Nie­któ­rzy mó­wili, że wy­star­czy jedno gwizd­nię­cie, żeby chłopka do niego przy­bie­gła, jakby za­cza­ro­wana. Sam Lejbl rzadko opo­wia­dał o swo­jej wła­dzy nad ko­bie­tami. Nie pił wódki, uni­kał bó­jek i nie za­da­wał się z miej­scową mło­dzieżą - szew­czy­kami, kraw­czy­kami, bed­na­rzami i szczot­ka­rzami. Oni także nie uwa­żali go za swo­jego. Lejbl nie trosz­czył się o pie­nią­dze. Mó­wiono, że reb Gim­pel za­pew­nia mu je­dy­nie utrzy­ma­nie. Ja­kiś krze­szow­ski ba­ła­guła[*] chciał go za­trud­nić i dać mu praw­dziwy za­ro­bek, ale on nie chciał o tym sły­szeć. Słu­żył reb Gim­plowi jak nie­wol­nik. Je­dyne, na czym mu za­le­żało, to ko­nie, wy­czysz­czone buty z cho­le­wami, go­łę­bie i siksy. Lu­dzie z mia­steczka mach­nęli na niego ręką.

- Stra­cona du­sza! - mó­wili. - Ży­dow­ski goj!...

Stop­niowo się do niego przy­zwy­cza­ili i o nim za­po­mnieli.

3

ZA­RĘ­CZYNY

Kiedy Lise miała pięt­na­ście lat, za­częto ją swa­tać. Jako że Ge­nen­del była chora, a w do­datku mię­dzy mał­żon­kami czę­sto wy­bu­chały kłót­nie, reb Gim­pel sam roz­ma­wiał o tym z córką. Ale ona bar­dzo się za­wsty­dzała i od­po­wia­dała:

- Niech oj­ciec zrobi, jak uważa!

- Masz dwóch kon­ku­ren­tów - oznaj­mił reb Gim­pel. - Je­den jest z Lu­blina, a drugi z War­szawy. Ten z Lu­blina po­cho­dzi z za­moż­nej ro­dziny, ale nie jest uczony. Ten z War­szawy to praw­dziwy ge­niusz, ale skoń­czony bie­dak... Po­wiedz mi: któ­rego wo­lisz?

- Jaką war­tość mają pie­nią­dze? - od­parła Lise i spu­ściła głowę. - Pie­nią­dze można stra­cić, a wie­dza zo­staje...

- Czyli wo­lisz war­sza­wiaka? - za­py­tał reb Gim­pel, gła­dząc długą czarną brodę.

- Oj­ciec wie naj­le­piej - szep­nęła Lise.

- Ale po­dobno ten z Lu­blina jest przy­stojny... Wy­soki i ja­sno­włosy... A ten z War­szawy wy­jąt­kowo ni­ski... Niż­szy od cie­bie o głowę...

Lise ujęła się za war­ko­cze. Po­czer­wie­niała, a za­raz po­tem po­bla­dła. Za­gry­zła cien­kie wargi.

- No więc jak, córko? - za­py­tał reb Gim­pel. - Nie wstydź się!

- Gdzie on jest?... To zna­czy, co on robi?... Chcia­łam po­wie­dzieć, gdzie się uczy... - Lise ją­kała się, a ko­lana jej drżały ze wstydu.

- Ten war­sza­wiak?... On jest, nie­chaj Bóg nas od tego uchroni, sie­rotą... Obec­nie uczy się w je­szi­wie[*] w San­do­mie­rzu... Po­dobno zna Tal­mud[*] na pa­mięć... Zgłę­bia także ka­bałę[*] i fi­lo­zo­fię... Na­pi­sał już ja­kiś ko­men­tarz do Ram­bama[*] czy Ram­bana. Sam na­wet nie pa­mię­tam!

- Tak - wy­krztu­siła Lise.

- Czyli jego chcesz?

- Tak, to zna­czy... Je­śli oj­ciec się zgo­dzi...

Za­kryła oczy obiema dłońmi i wy­bie­gła z po­koju. Reb Gim­pel po­dą­żył za nią wzro­kiem. Miał z niej po­cie­chę: była piękna, cno­tliwa i mą­dra. W do­datku bar­dziej przy­wią­zana do niego niż do matki. Cho­ciaż już do­ro­sła, ca­ło­wała go, prze­cze­sy­wała mu brodę pal­cami. W pią­tek, za­nim wy­szedł do łaźni, szy­ko­wała mu czy­stą ko­szulę. Przed za­pa­le­niem sza­ba­so­wych świec, kiedy wra­cał wy­ką­pany, wi­tała go świeżo upie­czo­nym cia­stem i kom­po­tem z su­szo­nych śli­wek. Ni­gdy nie sły­szał, żeby śmiała się gło­śno jak inne dziew­częta, nie cho­dziła też boso w jego obec­no­ści. Gdy uci­nał so­bie drzemkę po sza­ba­so­wym po­siłku, stą­pała na pal­cach, aby go nie obu­dzić. Kiedy nie­do­ma­gał, do­ty­kała jego czoła, spraw­dza­jąc, czy nie ma go­rączki, i przy­no­siła mu prze­różne le­kar­stwa oraz sma­ko­łyki. Reb Gim­pel nie­raz za­zdro­ścił szczę­śliw­cowi, który do­sta­nie ją za żonę.

Pew­nego dnia lu­dzie z Krze­szowa do­wie­dzieli się, że do Lise przy­je­chał na­rze­czony. Przy­był sam chłop­ską fur­manką i za­trzy­mał się u miej­sco­wego ra­bina[*], reb Oj­zerla. Lu­dzie bar­dzo się zdzi­wili, kiedy uj­rzeli tego nie­bo­raka. Był mały, chudy, z czar­nymi roz­wi­chrzo­nymi pej­sami, bladą twa­rzą i spi­cza­stą brodą le­dwo po­krytą kil­koma rzad­kimi kęp­kami wło­sów. Spod dłu­giej ka­poty się­ga­ją­cej nie­mal ko­stek wy­glą­dała zgrzebna ko­szula. Plecy miał zgar­bione. Chód szybki i ner­wowy. Przy­po­mi­nał mło­dzieńca, który jeź­dzi zbie­rać he­ter meah rab­ba­nim[17], albo wręcz pu­stel­nika. Krze­szow­skie dziew­częta pod­bie­gły do okien i z cie­ka­wo­ścią wo­dziły wzro­kiem za nie­zna­jo­mym. W be­sme­dre­szu męż­czyźni i mło­dzieńcy po­de­szli, aby go po­wi­tać, a on na­tych­miast za­czął z nimi roz­pra­wiać w nie­zwy­kle uczony i wiel­ko­miej­ski spo­sób.

- No, no, praw­dziwa me­tro­po­lia z tego Krze­szowa - za­uwa­żył.

- Nikt nie twier­dzi, że to War­szawa! - od­parł je­den z mło­dzień­ców.

- Jaka to róż­nica?... Jedno miej­sce na ziemi jest po­dobne do dru­giego!...

Sy­pał cy­ta­tami z Tal­mudu ba­bi­loń­skiego i Tal­mudu je­ro­zo­lim­skiego. Opo­wia­dał mło­dzień­com i chłop­com po­zo­sta­ją­cym na utrzy­ma­niu swo­ich te­ściów prze­różne no­winki ze świata. Chwa­lił się, że miał oka­zję zo­ba­czyć kie­dyś księ­cia Ra­dzi­wiłła i po­znał pew­nego wy­znawcę Sa­ba­taja Cwi[*]. Po­wie­dział, że w War­sza­wie żyje prze­chrzta, który co­dzien­nie stu­diuje Ge­marę z ko­men­ta­rzami. I że spo­tkał raz Żyda po­cho­dzą­cego z Szu­szanu, sta­ro­żyt­nej sto­licy Per­sji. Znał też różne za­gadki i aneg­doty o ca­dyku[*] reb He­szelu[18]. Prze­ko­nali się, że po­trafi grać w sza­chy i na­ma­lo­wać szi­witi[19] z lwami po obu stro­nach ta­blic z przy­ka­za­niami i dwu­na­stoma zna­kami zo­diaku. Umiał na­pi­sać w świę­tym ję­zyku wiersz, który da się czy­tać od pra­wej do le­wej i od le­wej do pra­wej, z góry na dół i z dołu do góry, a także ob­li­czać ułamki po­trzebne do ki­laim[20], eruwu[21] i bu­dowy kuczki[*]. W do­datku oka­zało się, że mło­dzie­niec zna się na fi­lo­zo­fii, a na­wet na ka­bale. Za­glą­dał do Księgi bla­sku[*] i do Drzewa ży­cia[22], do Prze­wod­nika zbłą­ka­nych [*] i do Ofiary ca­ło­pal­nej[23] Remu. Kilka dni po jego przy­by­ciu do Krze­szowa reb Gim­pel wy­po­sa­żył go w nową ka­potę, buty i białe poń­czo­chy oraz po­da­ro­wał mu złoty ze­ga­rek. Mło­dzie­niec przy­cze­sał rzadką bródkę i pod­krę­cił pejsy. Lise nie wi­działa go aż do za­rę­czyn, lecz sły­szała, że jest uczony, i była dumna, iż wy­brała jego, a nie mło­dzieńca z Lu­blina.

Uro­czy­sto­ści spi­sa­nia umowy za­rę­czy­no­wej były huczne ni­czym we­sele. Za­pro­szono pół mia­steczka. Zgod­nie ze zwy­cza­jem męż­czyźni i ko­biety sie­dzieli od­dziel­nie. Szloj­mełe, przy­szły ob­lu­bie­niec, wy­gło­sił nie­zwy­kle mą­drą prze­mowę, po czym zło­żył ozdobny pod­pis z dłu­gim za­wi­ja­sem. Uczeni męż­czyźni z Krze­szowa pró­bo­wali z nim roz­ma­wiać i wieść dys­putę, ale trudno mu było do­rów­nać in­te­li­gen­cją i wie­dzą. W trak­cie za­rę­czyn, przed ucztą, reb Gim­pel zła­mał przy­jęty zwy­czaj, że na­rze­czo­nym nie wolno się spo­tkać aż do ślubu, i za­pro­wa­dził mło­dzieńca do po­koju na­rze­czo­nej, aby mo­gli się zo­ba­czyć, bo­wiem we­dług prawa męż­czy­zna nie po­wi­nien po­ślu­biać nie­wia­sty, do­póki jej nie uj­rzy. Ka­pota mło­dzieńca była roz­pięta i od­sła­niała je­dwabną ka­mi­zelkę oraz złoty łań­cu­szek od ze­garka. Pół­buty Szloj­mełe miał wy­glan­co­wane na wiel­ko­miej­ską mo­dłę. Na czubku głowy wid­niała ak­sa­mitna jar­mułka[*]. Wy­so­kie czoło zro­sił mu pot, a po­liczki się za­ró­żo­wiły. Ciemne oczy spo­glą­dały tro­chę nie­śmiało, a tro­chę z za­cie­ka­wie­niem. Z wiel­kiego za­afe­ro­wa­nia cały czas owi­jał so­bie wo­kół wska­zu­ją­cego palca frę­dzel od gar­tla[*]. Lise ob­lała się pur­purą na jego wi­dok. Sły­szała, że jest brzydki, ale jej wy­dał się przy­stojny. Także dziew­częta, które były przy ich spo­tka­niu po­wie­działy póź­niej, że wy­przy­stoj­niał. Reb Gim­pel gła­dził czu­bek dłu­giej czar­nej brody.

- Oto na­rze­czona! - po­wie­dział. - Nie wstydź się!... Spójrz na nią!...

Lise miała na so­bie czarną suk­nię z je­dwa­biu. Szyję zdo­bił sznur pe­reł, które otrzy­mała w pre­zen­cie za­rę­czy­no­wym. W bla­sku świec jej włosy lśniły nie­mal czer­wo­nym bla­skiem. Czoło miała wy­so­kie, wyż­sze niż zwy­kle u dziew­cząt, a nos z ma­leń­kim garb­kiem po­środku. Na palcu le­wej ręki wid­niał pier­ścio­nek z wy­ry­tym "M", pierw­szą li­terą "Mazł tow[*]". Trzy­mała ha­fto­waną chu­s­teczkę, ale kiedy Szloj­mełe wszedł, opu­ściła ją na pod­łogę. Jedna z dziew­cząt ją pod­nio­sła.

- Do­bry wie­czór - przy­wi­tał się mło­dzie­niec.

- Do­brego roku[24] - od­po­wie­działy chó­rem Lise i jej dwie ko­le­żanki.

- Jest go­rąco! - za­wo­łał Szloj­mełe.

- Tak, jest go­rąco! - od­parły jed­nym gło­sem wszyst­kie trzy dziew­częta.

- A może to moja wina? - ode­zwał się Szloj­mełe śpiew­nym gło­sem. - W Ge­ma­rze jest po­wie­dziane: Chamra bi­te­ku­fas ta­muz ke­rira lei... A zna­czy to...

- Wiem! - Lise po­spie­szyła z od­po­wie­dzią. - "Osłu jest zimno na­wet w mie­siącu ta­muz[25]"...

- No pro­szę, jaka uczona w Tal­mu­dzie! - zdu­miał się Szloj­mełe i czubki uszu mu po­czer­wie­niały.

Roz­mowa za­raz po­tem zo­stała ucięta. Męż­czyźni i ko­biety wtło­czyli się do po­koju. Krze­szow­skiemu ra­bi­nowi reb Oj­zer­lowi nie po­do­bało się, że na­rze­czeni spę­dzają ra­zem czas, i ka­zał im się roz­dzie­lić. Szloj­mełe za­raz za­pro­wa­dzono z po­wro­tem do męż­czyzn, a uczta trwała do bia­łego rana.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki
Se­ria "Bi­blio­teka Na­ro­dowa" uka­zuje się pod pa­tro­na­tem Mi­ni­stra Kul­tury, Dzie­dzic­twa Na­ro­do­wego.
Rada Na­ukowa "Bi­blio­teki Na­ro­do­wej": Jó­zef Ba­chórz, To­masz Cha­chul­ski, Je­rzy Jar­nie­wicz, Je­rzy Ja­rzęb­ski, Alina Ko­wal­czy­kowa, Ry­szard Nycz
Re­dak­tor "Bi­blio­teki Na­ro­do­wej": Sta­ni­sław Be­reś
Re­cen­zent tomu: Jo­anna De­gler
Re­dak­tor pro­wa­dząca: Anna Krzy­wa­nia
Re­dak­cja: Anna Krzy­wa­nia, Inez Kro­pi­dło
Ko­rekta: Mał­go­rzata Gro­chocka, Ali­cja Stęp­niak, Anna Gą­dek
Re­dak­cja tech­niczna: Ali­cja Grzanka
Ilu­stra­cja na fron­ty­spi­sie: Isaac Ba­she­vis Sin­ger, 1963. Bet­t­mann / Getty Ima­ges
Skład wer­sji pa­pie­ro­wej: Ro­bert Oleś
Kon­wer­sja: eLi­tera s.c.
Wy­daw­nic­two Osso­li­neum, 50-139 Wro­cław, ul. Szew­ska 37, e-mail: wy­daw­nic­two@osso­li­neum.pl www.wy­daw­nic­two.osso­li­neum.pl
? Co­py­ri­ght by Za­kład Na­ro­dowy im. Osso­liń­skich, Wro­cław 2022 Edi­tion co­py­ri­ght 2024 The Isaac Ba­she­vis Sin­ger Li­te­rary Trust. All ri­ghts re­se­rved.
Wy­da­nie I elek­tro­niczne, Wro­cław 2024
Nie­upo­waż­nione po­wie­la­nie lub inne wy­ko­rzy­sty­wa­nie utworu sta­nowi na­ru­sze­nie praw au­tor­skich.
Do­fi­nan­so­wano ze środ­ków Mi­ni­stra Kul­tury i Dzie­dzic­twa Na­ro­do­wego w ra­mach pro­jektu Ka­non Pol­ski
ISSN 0208-4104
ISBN 978-83-66257-39-9
Za­kład Na­ro­dowy im. Osso­liń­skich do­ko­nuje za­strze­że­nia swo­ich praw wo­bec wszel­kich dzia­łań zwią­za­nych z eks­plo­ra­cją tek­stów za­miesz­czo­nych w ni­niej­szej pu­bli­ka­cji oraz wszyst­kich do­ty­czą­cych niej da­nych, za­równo w ca­ło­ści, jak i w czę­ści, w tym wy­ko­rzy­sty­wa­nia na po­trzeby ja­kich­kol­wiek tech­no­lo­gii słu­żą­cych do ge­ne­ro­wa­nia, ana­li­zo­wa­nia tek­stów i da­nych oraz ucze­nia ma­szy­no­wego. Dzia­ła­nia te, po­dej­mo­wane bez pi­sem­nej zgody wy­dawcy, sta­no­wić będą na­ru­sze­nie jego praw.

PRZY­PISY

UPA­DEK KRZE­SZOWA
[1] Trzy­krotna wdowa (hebr. ka­tlo­nes, jid. koj­le­rin) - zgod­nie z pra­wem trzy­krotna wdowa nie po­winna po­now­nie wy­cho­dzić za mąż.
[2] Josl Pan­dre - po­gar­dliwe okre­śle­nie św. Jó­zefa.
[3] Ma­har­sza (właśc. Szmuel Elie­zer Eidels, 1555-1631) - pol­ski ra­bin[*], ko­men­ta­tor Tal­mudu[*]; Ma­har­sza to na­zwa akro­ni­miczna, zob. Wstęp, przyp. 10, s. IX.
[4] Dzie­dzic­two łani (hebr. Na­chlas cwi) - ji­dy­szowa ad­ap­ta­cja księgi Zo­har[*].
[5] Ró­zga kary (hebr. Sze­wet mu­sar) - dzieło z po­czątku XVIII w. po­świę­cone za­gad­nie­niom etycz­nym. Zob. też Krótki pią­tek, przyp. 4, s. 186.
[6] Do­bre serce (hebr. Sej­fer lew tow) - dzieło trak­tu­jące o etyce, po raz pierw­szy wy­dane w 1620 r. w Pra­dze.
[7] Pro­sta miara (hebr. Kaw ha-ja­szar) - po­pu­larne dzieło mo­ra­li­za­tor­skie au­tor­stwa ra­bina Cwi Hir­sza Kaj­da­no­wera (zm. 1712).
[8] Po­win­ność serca (hebr. Cho­wot ha-le­wa­wot) - znane dzieło mo­ra­li­za­tor­skie, któ­rego au­to­rem jest ży­jący w XI w. ra­bin i fi­lo­zof Ba­chia ben Jo­sef ibn Pa­kuda z Sa­ra­gossy; na­pi­sane w ję­zyku arab­skim, a na ję­zyk he­braj­ski prze­ło­żone przez Judę ibn Tib­bona.
[9] Księga Jo­sip­pona (hebr. Se­fer Jo­sip­pon) - po­pu­larna, po­cho­dząca z X w. po­bi­blijna hi­sto­ria Ży­dów, spi­sana po he­braj­sku i prze­ło­żona na ji­dysz.
[10] Stud­nia Ja­kuba (hebr. Ejn Ja­kow) - szes­na­sto­wieczny zbiór opa­trzo­nych ko­men­ta­rzami opo­wie­ści i przy­po­wie­ści z Tal­mudu.
[11] Cuda Mi­dra­sza (hebr. Mi­drasz plija) - zbiór mi­dra­szy, czyli ra­bi­nicz­nych ko­men­ta­rzy do tek­stów bi­blij­nych.
[12] Księga księ­cia i ascety (hebr. Ben ha­me­lech we­ha­na­zir) - ad­ap­ta­cja z XIII w. le­gendy o Bar­la­amie i Jo­za­fa­cie, praw­do­po­dob­nie oparta na tek­ście arab­skim.
[13] ta­na­ici - uczeni dzia­ła­jący w okre­sie od ok. 20 do 200 r., zaj­mo­wali się wy­ja­śnia­niem i ko­men­to­wa­niem Tory.
[14] amo­ra­ici - uczeni dzia­ła­jący po osta­tecz­nej re­dak­cji Miszny (od ok. 200 r.) do czasu, kiedy za­koń­czono spi­sy­wa­nie Tal­mudu ba­bi­loń­skiego (ok. 500 r.); dzie­łem amo­ra­itów jest Ge­mara.
[15] tej­glech - małe cia­steczka go­to­wane w sy­ro­pie mio­do­wym.
[16] frej­lechs (jid. 'we­sołe') - we­soła, skoczna me­lo­dia we­selna.
[17] he­ter meah rab­ba­nim (hebr. 'po­zwo­le­nie stu ra­bi­nów') - ter­min prawa ży­dow­skiego ozna­cza­jący np. zgodę na za­war­cie przez męż­czy­znę mał­żeń­stwa, na­wet je­śli żona od­ma­wia mu roz­wodu lub nie jest w sta­nie go udzie­lić, przy­kła­dowo z po­wodu cho­roby lub wy­padku.
[18] Praw­do­po­dob­nie od­nie­sie­nie do ca­dyka Abra­hama Je­ho­szui He­szela z Opa­towa (1748-1825) cy­to­wa­nego m. in. przez Mar­tina Bu­bera w Opo­wie­ściach cha­sy­dów.
[19] szi­witi (hebr. 'sta­wiam') - ozdobna ta­blica umiesz­czana przy pul­pi­cie kan­tora (cha­zana), za­wie­ra­jąca wer­set "Sta­wiam Boga przed sobą za­wsze" (Ps 16, 8).
[20] ki­laim (hebr. 'krzy­żówka') - szcze­gó­łowe prze­pisy do­ty­czące za­kazu łą­cze­nia nie­któ­rych pro­duk­tów, np. po­cho­dze­nia zwie­rzę­cego z ro­ślin­nymi, róż­nych ro­dza­jów upraw, krzy­żo­wa­nia by­dła itp.
[21] eruw (hebr. 'zmie­sza­nie') - ob­rzęd umoż­li­wia­jący wy­ko­ny­wa­nie w sza­bat lub inne święta czyn­no­ści za­ka­za­nych przez ży­dow­skie prawo oraz prze­miesz­cza­nie się na ob­sza­rze więk­szym niż na­ka­zany w prze­pi­sach re­li­gij­nych do­ty­czą­cych świąt, zwłasz­cza sza­batu; także sym­bo­licz­nie wy­zna­czone gra­nice ta­kiego ob­szaru przez za­zna­cze­nie go roz­wie­szo­nym sznu­rem lub dru­tem.
[22] Drzewo ży­cia (hebr. Ec Chaim) - mo­nu­men­talne dzieło ka­ba­li­styczne Iza­aka Lu­rii (1534-1572).
[23] Ofiara ca­ło­palna (właśc. Na­uka o ofie­rze ca­ło­pal­nej, hebr. To­rat ha-Ola) - roz­prawa Mo­szego Iser­lesa (1510-1572) po­świę­cona ofia­rom skła­da­nym w Świą­tyni Je­ro­zo­lim­skiej.
[24] Do­brego roku - zob. Na sta­rość, przyp. 2, s. 4.
[25] ta­muz - dzie­siąty mie­siąc w ka­len­da­rzu ży­dow­skim (czer­wiec/li­piec).