Gotowi do boju
Była godzina szósta rano, gdy do sali jadalnej kasyna oficerskiego
wszedł najpierw jeden, a zaraz za nim drugi oficer. Obaj wyglądali na
trzydzieści kilka lat, na rękawach mundurów lotniczych mieli "POLAND-y",
na piersiach znaki polskich pilotów, obaj byli w stopniach angielskich
squadron leaderów (majorów).
-?Dzień dobry, Szczepan! Ranny z ciebie ptaszek! -?powitał majora
Ścibiora jego kolega Kazimierz Kielich.
-?Jak się masz, Kazik? Widzę, że od samego rana jesteś w dobrym humorze.
Siadaj koło mnie, proszę bardzo -?odpowiedział Ścibior.
W kasynie było jeszcze pustawo. Zaczęto się dopiero schodzić na
śniadanie. Do stolika zajętego przez majorów zbliżała się uśmiechnięta,
zgrabna kelnerka w białym fartuszku i takąż opaską na głowie -
"waaf-ka". Przyniosła dzbanek herbaty, a w drugim mleko.
-?Good morning, Miss Margaret! -?pozdrowił ją Szczepan.
-?Good morning, Margo! -?pośpieszył z powitaniem Kazik.
-?Good morning, gentlemen! Nice day today, isn't it? -?odpowiedziała i nalała mleko na talerze z przygotowanymi płatkami owsianymi, wciąż mile
się uśmiechając. -?A na drugie danie są dziś jajka na szynce. Można
podać zaraz?
-?O, tak! Jesteśmy bardzo głodni -?odpowiedział Szczepan.
-?Już przynoszę, a jak będzie mało, dodam repetę -?odpowiedziała i pośpieszyła do kuchni.
Mjr pil. Szczepan Ścibior i mjr pil. Kazimierz Kielich byli dowódcami
eskadr w polskim dywizjonie bombowym 305 Ziemi Wielkopolskiej i od
grudnia 1940 r., to jest blisko pięć miesięcy, przebywali na stacji
lotniczej w Syerston w hrabstwie Nottingham, gdzie załogi szkoliły się
na Wellingtonach. Już wkrótce dywizjon miał stać się operacyjnym i włączyć się do lotów ofensywnych nad Niemcy.
-?Już mi się znudziły te ciągłe loty treningowe -?powiedział Szczepan. -
Dziś jest już dwudziesty czwarty kwietnia, a my wciąż się tylko
szkolimy!
-?Mnie też diabli biorą na ten cały plan przeszkoleniowy -?przytaknął
Kazik. -?A wszystko przez naszego angielskiego doradcę, wing commandera
Drysdale'a. Dla niego plan przeszkolenia to święta rzecz! Aż wstyd, że
podczas gdy dywizjony 300 i 301 już od dawna latają nad Niemcy, my
bawimy się stale w douczanie.
-?Załogi dywizjonu 300 bombardowały już Berlin...
-?O, jest Bohdan Kleczyński! -?zawołał Kielich. Pomachał do niego ręką i zaprosił do stolika.
Ppłk pil. Bohdan Kleczyński był od trzech tygodni nowym dowódcą
dywizjonu 305. Dowództwo przejął od ppłk. obs. Jana Jankowskiego.
-?Siadaj przy naszym stoliku, Bohdan -?Ścibior wstał i przywitał się z dowódcą.
-?Dzień dobry, koledzy. Widzę, że miny macie dziś nieszczególne -
Kleczyński spojrzał na nich uważnie.
-?My sobie tu tak rozmawiamy i doszliśmy do wniosku, że już najwyższy
czas, aby zacząć konkretnie działać, a nie bawić się w dalsze szkolenie
-?odpowiedział Kielich.
-?Koledzy, głowy do góry! Rozmawiałem wczoraj z dowódcą 1 Grupy
Bombowej, obiecał, że moją propozycję rozpatrzy i zadecyduje, czy uznać
oba nasze dywizjony: 304 i 305, za gotowe do działań bojowych -
pocieszył ich Kleczyński. -?Mam wrażenie, że już niebawem to nastąpi.
-?To dobrze, że interweniowałeś, bo nas już chandra ogarnia, załogi
zaczynają narzekać na bezczynność.
Na salę wszedł dyżurny telefonista, rozejrzał się, a zauważywszy w/cdr
Kleczyńskiego, podszedł do niego.
-?Panie pułkowniku, melduję, że jest telefon od adiutanta komendanta
stacji.
-?Już idę! -?rzekł podpułkownik i pośpieszył do wyjścia.
Kiedy po paru minutach powrócił, miał bardzo zadowoloną minę.
-?Koledzy -?powiedział ściszonym głosem -?wzywa mnie komendant stacji.
Nadszedł szyfrogram, że od dziś oba dywizjony stają się operacyjne. Nie
mówcie o tym nic swoim załogom. Bądźcie w eskadrach i rozpoczynajcie
loty według planu.
-?Tak jest -?odpowiedzieli równocześnie.
Dowódca 1 Grupy Bombowej, air vice marshal R. Oxland, szybko rozpatrzył
prośbę w/cdr Kleczyńskiego i zezwolił Polakom na loty operacyjne w nocy.
W godzinę potem oficer operacyjny stacji Syerston otrzymał szyfrogram z zadaniem bojowym na najbliższą noc dla bliźniaczych dywizjonów -?304 i 305. Zaraz potem obaj dowódcy dywizjonów i czterej dowódcy eskadr
zjawili się w Intelligence Office stacji. Lotnicy byli zadowoleni, ale
gdy usłyszeli, że na pierwszą operację poleci tylko pięć załóg, stracili
humor, gdyż dobrze wiedzieli, iż na ten lot będą się rwali wszyscy. Poza
tym spodziewano się, że wyprawa uda się nad Niemcy, gdy tymczasem
wyznaczone załogi miały polecieć nad Rotterdam i zbombardować magazyny
zbiorników z paliwami płynnymi u wejścia do portu.
-?Taki jest rozkaz i nic na to nie poradzimy -?przerwał dyskusję
komendant stacji. -?Proszę wyznaczyć dwie załogi z dywizjonu 304 -
zwrócił się do w/cdr Dudzińskiego -?i trzy załogi z dywizjonu 305 -?przy
tych słowach wskazał dłonią na w/cdr Kleczyńskiego. -?Niechaj wyznaczone
załogi zameldują się za godzinę na sali odpraw.
-?Trudna sprawa! Wszyscy chcieliby polecieć -?pokręcił głową Kleczyński.
-?Gentlemen -?uśmiechnął się komendant stacji -?to dopiero początek
waszych operacji. W najbliższych dniach wszyscy będą mieli pełne ręce
roboty. Nie rozumiem, czemu wam się tak śpieszy, moi mili Polacy.
W obu dywizjonach zawrzało jak w ulach. Każda załoga była gotowa lecieć
od zaraz, nawet w dzień, wykorzystując pełne zachmurzenie nieba. Wszyscy
byli podnieceni, lotnicy zapalali papierosy, dyskutowali. Ppłk
Kleczyński uspokoił podwładnych i zadecydował: poleci jego załoga,
podporucznika pilota Jonikasa i sierżanta pilota Trembaczewskiego.
Reszta prowadzić będzie loty treningowe. Na następne wyprawy, chyba już
nad Niemcy, polecą inni.
Należy wspomnieć, że przepisy RAF, którym podlegały polskie dywizjony
lotnicze, postanawiały, iż dowódcą załogi, czyli kapitanem statku
powietrznego, był pierwszy pilot. W praktyce nie oznaczało to jednak -
szczególnie w polskich załogach -?aby decyzje podczas lotu podejmowane
były wyłącznie przez pilota. Najbogatsze doświadczenie lotnicze miał
nawigator, on też miał najwięcej do powiedzenia i był uznawany za osobę
najważniejszą wśród załogi. Z jego poleceniami liczyli się wszyscy.
Po odprawie załóg u oficera operacyjnego stacji Syerston i ustaleniu
warunków lotu na operację nocną, takich jak godzina startu, wysokość po
wyznaczonej trasie lotu, wysokość i kierunek zrzutu bomb na cel, powrót
do bazy, wyznaczenie lotnisk zapasowych -?członkowie załóg powrócili do
swoich eskadr i dalej samodzielnie przygotowywali się do lotu, a następnie udali się na odpoczynek. Samoloty zostały przeprowadzone na
wydzielone miejsca i zabezpieczone, załadowano bomby i uzupełniono
amunicję do pełnego stanu na każdy karabin maszynowy.
Nastała chłodna, bezchmurna noc, rozbłysły gwiazdy, na zachodniej
stronie nieba wisiał blady półksiężyc. Było bezwietrznie.
Jako pierwsze o godzinie 20.20 wystartowały z małymi przerwami samoloty
dywizjonu 304 -?Wellington z załogą ppłk. pil. Dudzińskiego i następny
por. pil. Czetowicza. W pięć minut potem ruszyły na start w pewnych
odstępach Wellingtony dywizjonu 305 -?ppłk. pil. Kleczyńskiego, ppor.
pil. Jonikasa i sierż. pil. Trembaczewskiego. Kilka minut po godzinie
20.30 na lotnisku Syerston zapanowała cisza. Huk silników oddalił się na
wschód. Na ziemi pozostali mechanicy i reszta załóg. Wszyscy zadawali
sobie jedno pytanie: czy koledzy wrócą cało? Czy nic im się nie stanie?
Obaj dowódcy eskadr, mjr Ścibior i mjr Kielich, poszli do kasyna na
kawę.
-?Psiakrew! Że też nie udało mi się zabrać tym razem, chciałem na
siódmego polecieć z Kleczyńskim, ale mi zabronił -?narzekał Szczepan.
-?A jak miał postąpić nasz dowódca, co? -?żachnął się Kazik.
-?Uważam, że postąpił jak na dowódcę prawdziwego przystało, nic nie
można mu zarzucić -?odpowiedział Szczepan. -?On, jako dowódca dywizjonu,
musiał polecieć, aby dać podwładnym przykład. No i po jednej załodze z każdej eskadry: Miecio Jonikas z mojej eskadry i sierżant Trembaczewski
z drugiej, od ciebie. W załogach są wszystkie szarże, od podpułkownika
po kaprala.
-?Cześć mu i chwała, rozsądził jak Salomon. Każdy chciał lecieć.
-?Zaczekamy chyba na ich powrót, co? -?spytał Szczepan.
-?A pewnie. Powinni przecież powrócić zaraz po pierwszej.
-?To będzie już jutro, dwudziestego piątego kwietnia.
-?Ano, jutro. Żeby czas nam się nie dłużył, zagrajmy u mnie w pokoju w brydża -?zaproponował Kazik. -?Dwóch chętnych na pewno się znajdzie. O,
są już Janek Błażejewski i Felek Sobieralski z dywizjonu trzysta cztery.
To dobrzy gracze.
Przybyli chętnie zgodzili się na partyjkę, bo też postanowili przywitać
po locie swoich kolegów. Czas mijał szybko, ani się obejrzano, jak
minęła północ. O pierwszej grę przerwano, wszyscy pojechali do swoich
eskadr. Pilnie nasłuchiwano odgłosu silnika pierwszej maszyny.
Wkrótce nad lotniskiem pojawił się Wellington, zatoczył krąg i wylądował
na pasie oznaczonym rzędami białych lampek. Pokołował na stoiska
samolotów dywizjonu 304. W pięć minut potem siadł następny.
Przypuszczano, że również był z dywizjonu 304, ale ten skierował się do
dispersalu pierwszej eskadry 305. Była to maszyna płk. Kleczyńskiego.
Zaraz potem pojawił się samolot ppor. Jonikasa, a za nim sierż.
Trembaczewskiego. Są więc wszyscy z 305! A gdzie drugi samolot z 304?
Stwierdzono, że brak jest załogi ppłk. Dudzińskiego. Czekano na niego
dosyć długo. Wreszcie stanowisko dowodzenia dało znać, że Dudziński
wraca. Miał całą godzinę opóźnienia.
Okazało się, że warunki pogody nad celem nie były zbyt sprzyjające, przy
ziemi płatami zaległa mgła. Załoga Dudzińskiego nie odnalazła od razu
celu, ale udało się to załodze por. Czetowicza. Bomby były celne, dwa
zbiorniki stanęły w płomieniach. Zaraz potem nadleciały załogi dywizjonu
305. Miały przez to ułatwioną "robotę", zrzuciły śmiercionośny ładunek w rejonie pożaru. Trafiły, eksplodowały następne zbiorniki! W tym czasie
załoga ppłk. Dudzińskiego, krążąca w rejonie Rotterdamu, zauważyła łunę
na południu. Zorientowawszy się, że jest to właśnie szukany przez nią
cel, zrzuciła bomby. Ogień rozbłysnął na nowo, kłębiły się słupy
ciemnego dymu, języki płomieni biły z wielką siłą w górę. Artyleria
niemiecka nie wyrządziła żadnych szkód polskim Wellingtonom, wyprawa
była udana, a lotnicy bardzo zadowoleni.
Tego samego dnia, 25 kwietnia 1941 r., brytyjski samolot rozpoznawczy
wykonał zdjęcia obiektu zbombardowanego przez polskie dywizjony. Wynik
był doskonały, dlatego dowódca 1 Grupy Bombowej nadesłał do obu
dywizjonów telegramy o jednakowej treści:
Congratulations on very successful first operation last night.
Air Officer Commanding No 1 Bomber Group, Air Vice Marshal R. D. Oxland
305 Dywizjon Bombowy Ziemi Wielkopolskiej został zorganizowany 1
września 1940 r. na lotnisku Bramcote w hrabstwie Warwick w środkowej
Anglii. Był bliźniaczym dywizjonem 304 Dywizjonu Bombowego Ziemi
Śląskiej, zorganizowanym również na lotnisku w Bramcote 23 sierpnia 1940
r. Personel obu dywizjonów stanowili lotnicy, którzy w końcu czerwca i na początku lipca dotarli po klęsce Francji do Anglii. Przybywali oni do
Bramcote z różnych przejściowych obozów, głównie jednak z Polskiej Bazy
Lotniczej w Blackpool.
Na dowódcę dywizjonu 305 został wyznaczony ppłk obs. Jan Jankowski, a doradcą z ramienia RAF został squadron leader J. K. M. Drysdale. Dowódcy
polskiemu przysługiwał stopień brytyjski squadron leadera.
Skompletowanie personelu latającego i technicznego trwało około
miesiąca. Od pierwszych dni ujawniły się różne trudności -?Polacy nie
znali języka angielskiego, potrzebni byli tłumacze, nauczyciele języka
angielskiego, instruktorzy personelu latającego i technicznego. Nowo
przybyły personel należało zapoznać z wojskowym drylem angielskim i regulaminami RAF. Nie było natomiast kłopotów z zakwaterowaniem,
wyżywieniem i umundurowaniem, bo lotnisko Bramcote było starym
garnizonem RAF, wyposażonym w potrzebne urządzenia i budynki.
Dywizjon został wyposażony w samoloty typu Fairey Battle. Był to
jednosilnikowy lekki bombowiec, dolnopłat, trzymiejscowy, konstrukcji
metalowej, osiągający prędkość maksymalną 415 km/h, mógł zabrać 750 kg
bomb, strzelec miał dwa karabiny maszynowe. Zgodnie z etatem wojennym do
przeszkolenia przystąpiły dwadzieścia cztery trzyosobowe załogi latające
(pilot, nawigator i strzelec), a personel obsługi samolotów i administracyjny liczył około stu osiemdziesięciu osób. Przeszkolenie
kontynuowano według ustalonego planu, podobnie jak w jednostkach RAF.
Angielscy instruktorzy drobiazgowo kontrolowali przygotowanie załóg do
lotów, znajomość eksploatacji sprzętu i warunków utrzymania łączności
radiowej w języku angielskim ze stanowiskiem dowodzenia. To wszystko
sprawiało, że przygotowanie i zgranie załóg postępowało powoli...
Kiedy pod koniec listopada i na początku grudnia pierwsze załogi
osiągały już stopień przygotowania bojowego, zapadła decyzja o przezbrojeniu obu bliźniaczych dywizjonów -?304 i 305 -?w dwusilnikowe
samoloty typu Vickers Armstrong "Wellington" Mk I. Równocześnie oba
dywizjony zostały przesunięte na inne, większe lotnisko w Syerston w hrabstwie Nottingham. Wellington był dwusilnikowym średniopłatem, jego
prędkość maksymalna wynosiła 415 km/h, udźwig bomb 2000 kg, zasięg do
4000 km, uzbrojenie stanowiło 6 karabinów maszynowych. Załoga składała
się z sześciu osób: pierwszy i drugi pilot, nawigator,
radiotelegrafista, przedni i tylny strzelec.
W tej sytuacji trzeba było każdą załogę zwiększyć o 3 lotników, a stan
personelu technicznego do około 400 osób. Dowódcy dywizjonu przysługiwał
teraz brytyjski stopień wing commandera, a dowódcom eskadr -?squadron
leadera. Pozostałemu personelowi latającemu przysługiwały stopnie
brytyjskie -?w zależności od uzyskanych kwalifikacji -?od sierżanta do
kapitana.
Okres zimowy nie sprzyjał postępowi szkolenia -?wszak do opanowania
startów i lądowań w dzień i w nocy potrzebna była dobra pogoda. Potem
latano na zgranie załóg po dalekich trasach, odnajdywanie celów w dzień
i w nocy, ćwiczebne bombardowania celów, powrót do bazy w chmurach i nad
chmurami przy wykorzystaniu środków radiotechnicznych, lądowania na
nieznanych lotniskach, strzelania do celów powietrznych. Wyszkolenie
takie wymagało dużo czasu, trudu i cierpliwości całego personelu.
4 kwietnia 1941 r. na stanowisku dowódcy dywizjonu nastąpiła zmiana -
nowym dowódcą został ppłk dypl. pil. Bohdan Kleczyński. Był on oficerem
operacyjnym sztabu lotnictwa armii "Modlin" podczas wojny obronnej
Polski w 1939 r. Dowódcą eskadry "A" był mjr pil. Szczepan Ścibior, zaś
eskadrą "B" dowodził mjr pil. Kazimierz Kielich. Wszyscy trzej dowódcy
byli znanymi lotnikami przedwojennymi, pilno im było do spotkania z wrogiem. Chcieli walczyć jako myśliwcy, ale ponieważ przekroczyli już
obowiązującą w lotnictwie myśliwskim granicę wieku, zgłosili się
ochotniczo do lotnictwa bombowego. Cały personel lubił ich i szanował;
stworzyli w dywizjonie atmosferę wysokiej bojowości, zdyscyplinowania, a przy tym koleżeństwa. Umieli współpracować z personelem RAF i przyjaźnić
się poza służbą z angielskimi towarzyszami broni.
Dywizjon miał swoją odznakę. Głównym jej akcentem było husarskie
skrzydło, w którego dolną prawą część wkomponowano numer 305, zaś w lewą
fragment szachownicy i lotniczego koła trójbarwnego (znak RAF). Na
kadłubach samolotów malowano znak rozpoznawczy -?litery "SM". Dywizjon
obchodził swoje święto 25 kwietnia dla upamiętnienia wykonanej w tym
dniu pierwszej operacji bojowej.
Strony kroniki bojowej dywizjonu 305 szybko zaczęły zapełniać wpisy o wykonanych lotach bojowych: celach nocnych wypraw, trasach, wysokościach
zrzutu bomb, warunkach atmosferycznych w czasie dolotu i nad celem,
liczbie samolotów biorących udział w operacjach, natężeniu ognia
niemieckiej obrony przeciwlotniczej. Często trafiały się wzmianki o postawach członków załóg, o ich odczuciach i przeżyciach. Także o tragicznych wypadkach i załogach niepowracających z lotu do bazy.
Wszystkich cieszyły sukcesy, martwiły bolesne straty, których nie sposób
uniknąć w dalekich wyprawach.
Dywizjon 305 latał na te same zadania, co bliźniaczy dywizjon 304 i dwa
inne polskie dywizjony bombowe: 300 i 301, bazujące na lotnisku w Swinderby w hrabstwie Lincoln. Cele wyprawy były położone głównie na
terenach Niemiec, czasem we Francji i Holandii.
Już w następnej wyprawie na zakłady przemysłowe w Emden dywizjon poniósł
pierwszą stratę. Oto wpis w kronice bojowej dywizjonu:
Dnia 3 maja 1941 r.
Operacja nr 2 w nocy z 2 na 3 maja: siedem Wellingtonów, dowodzonych
przez s/ldr K. Kielicha, p/o1 M. Jonikasa, sgt2
Ostrowskiego, sgt Dormana, sgt Trembaczewskiego i p/o Nogala,
bombardowało zakłady przemysłu wojennego w Emden. Widoczność nad celem
była ograniczona przez chmury, jednak można było zaobserwować liczne
pożary spowodowane przez wybuchy bomb, zrzucane z wysokości od 16 do 19
tysięcy stóp.
Wellington nr 1214 nie powrócił do bazy. Załogę stanowili: dowódca p/o J. Nogal, drugi pilot sgt T. Kasprzyk, nawigator f/o3 Wacław
Malak, radiotelegrafista w/o4 T. Żuk oraz strzelcy f/o Mieczysław
Ryszkiewicz i f/o A. Jastrzębski. Słaby sygnał o załodze znajdującej się
w niebezpieczeństwie odebrał o godzinie 2.32 posterunek radiowy w Zealand. Dalszych wiadomości nie było...
Okazało się potem, że samolot został zestrzelony przez artylerię
niemiecką nad miejscowością Pudel w Holandii. Czterech członków załogi
zdołało się uratować -?p/o Nogal, sgt Kasprzyk, w/o Żuk i f/o Jastrzębski dostali się do niewoli, natomiast f/o Malak i f/o Ryszkiewicz zginęli. Zostali pochowani na cmentarzu w Eindhoven-Voensel,
działka PF, groby nr 2 i 3.
W dwa dni potem, w nocy z 4 na 5 maja, w kolejnej, trzeciej wyprawie,
sześć załóg bombardowało przy jasnym świetle księżyca doki w Le Havre we
Francji z wysokości od 14 do 18 tysięcy stóp. Dowódcami załóg byli:
s/ldr S. Ścibior, s/ldr K. Kielich, p/o J. Jonikas, sgt Dorman, sgt
Molata i sgt Lewek. Po ataku zaobserwowano wiele pożarów, jeden z nich
był szczególnie duży. Wellington p/o Jonikasa był dwa razy atakowany
przez niemieckiego myśliwca nocnego, ale strzelcy pokładowi skutecznie
je odparli. Samolot nie został uszkodzony, załoga szczęśliwie powróciła
do swojej bazy w Syerston.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki