1991, Bolton Landing
Musicie wiedzieć, że świat nigdy wcześniej nie widział takiej przyjaźni jak ta, która połączyła mnie z Amandą. Na nowo zdefiniowałyśmy ten termin, wyniosłyśmy przyjaźń do rangi sztuki. Poważnie, dokładnie takie to było uczucie. Niczym nie różniłyśmy się w tym sensie od wszystkich młodych ludzi, święcie przekonanych, że rewolucjonizują doświadczenie znane dotąd ludzkości. Wszystkie starsze modele miałyśmy za porażkę i zamierzałyśmy pokazać, jak naprawdę trzeba żyć.
Pozwólcie, że zadbam o scenografię: jest rok 1991. Lato w północnej części stanu Nowy Jork. Pierwszy poranek półkolonii teatralnych. Stoję w kolejce do zapisów. Dziewczyna przede mną ma na nogach przezroczyste plastikowe sandały. Rzucam jej komplement, ona nawiązuje kontakt wzrokowy i mówi:
- Miło mi, że zwróciłaś na nie uwagę.
Pewność siebie bijąca z jej słów budzi we mnie zachwyt. Obie mamy po dziewięć lat.
Panie i panowie, przed wami Amanda Kent.
Okazało się, że sytuacja w domu Amandy była tylko odrobinę lepsza od mojej. Jej mama zmarła, wydając na świat jej młodszą siostrzyczkę, Kerri, a tata spędzał całe dnie pod maską samochodu w swoim warsztacie w sąsiednim miasteczku. Amanda nieźle dogadywała się z ojcem, ale miał on w sobie więcej z wuja niż z rodzica, dlatego też najbliżej była z o cztery lata młodszą od siebie Kerri. Różniły się praktycznie pod każdym względem: Kerri miała jasne włosy i kochała bawić się lalkami; Amanda była kwintesencją osoby, o której Van Morrison śpiewał w Brown Eyed Girl.
Istotną cechą Amandy była jej miłość do ubrań. Kiedy byłyśmy dziećmi, zawsze chciała, żebym przychodziła do niej bawić się w przebieranki. Jej tata nie wyrzucił rzeczy po matce i trzymał je w pudle w holu: były wśród nich ubrania, kosmetyki do makijażu i wszystkie akcesoria dorosłych kobiet, jak na przykład rajstopy, które mnie zdawały się szczególnym rodzajem średniowiecznej tortury. Nie przepadałam za przebierankami. Przynosiłam sobie książkę i siadałam ze skrzyżowanymi nogami na wykładzinie przy nogach łóżka Amandy. Nie miała mi za złe mojej obojętności; tak naprawdę potrzebna była jej wyłącznie publiczność.
Znikała w łazience w korytarzu, a ja czytałam w tym czasie kilka stron. Następnie pojawiała się na progu, robiła szybki piruet i idąc jak po wybiegu, wpadała do pokoju i wypadała z niego. Jej pokazy nie grzeszyły subtelnością. Ubrania wyglądały na niej sensownie, a jak wyjaśniła mi pewnego popołudnia, dokładnie na tym polegała moda.
Zdaje się, że byłyśmy wtedy w siódmej klasie. Właśnie skomentowałam jedną z jej stylizacji. Kupiła sobie w sklepie charytatywnym naszyjnik ze sztucznych pereł w stylu Pierwszej Damy i zestawiła go z tanią skórzaną kurtką. Efekt kontrastu naprawdę robił robotę.
- Dobrze to na tobie wygląda - powiedziałam jej.
- Cieszę się. - Opadła na łóżko. - Czytałam ostatni numer "Cosmo" i pisali tam, jak należy rozumieć osobisty styl. Porada brzmiała mniej więcej: Spraw, by to, co masz na sobie, pasowało do tego, jak czujesz się w środku. Dla mnie to ma sens. Totalnie.
Dopasowywanie ciuchów do własnego wnętrza wydało mi się niemałym wyczynem.
- Ale jak włożyć na siebie tyle ubrań? - rzuciłam.
Amanda wciąż leżała na łóżku i tylko wydała z siebie zdziwione "hę?". Zamknęłam oczy, próbując skupić się na swoim wnętrzu, ale czułam wyłącznie własny mózg i kłębiące się w nim myśli. Jakie pasowałyby do niego ubrania?
- No... Czy ktokolwiek tak naprawdę wie, jak czuje się w środku? - spróbowałam jeszcze raz.
W kolejnej sekundzie oberwałam poduszką w głowę.
- Dobra, chodźmy do Goodwilla - powiedziała. - Spróbujemy dopasować coś do twojego wnętrza.
Już zdążyła zeskoczyć z łóżka i sięgała po moją rękę, a ja nigdy bym nie odrzuciła jej dłoni.
***
Po kilku minutach błądzenia w sklepie z używką coś przyciągnęło uwagę Amandy. Rzuciła się najkrótszą drogą do kas. Za sprzedawczynią wznosiła się góra toreb, głównie damskich. A torebki, o ile jeszcze się nie domyśliliście, zupełnie mnie nie interesowały. Amanda jednak wycelowała palcem w jedną z płóciennych toreb na zakupy z nadrukiem: ANTYKWARIAT STRAND NYC: 18 MIL KSIĄŻEK.
- Mogłybyśmy ją zobaczyć? - zapytała.
- Co lato ich nam przybywa - odparła kobieta, podając jej torbę. - Przyjezdni z miasta je tu zwożą, załadowane rzeczami do oddania. Oni się zawijają, a torby zostają.
- O tak, to do ciebie pasuje. - Amanda uniosła torbę na wysokość mojego ramienia.
- Dlaczego miałaby do mnie pasować?
- Bo jesteś bystra i taka... mrrau. - Zamruczała jak tygrysica. - Jak nowojorczanka... A poza tym kochasz książki! - Wzruszyła ramionami, po czym dodała: - Sensownie będziesz z nią wyglądać.
Kiedy mi ją wręczyła, zrobiłam krok w tył.
- Nie, to nieprawda... - bąknęłam, chociaż to była prawda. Miała absolutną rację. Nie miałam wtedy ze sobą pieniędzy, nawet jednego dolara, bo tyle kosztowała torba.
Na chwilę wlepiła we mnie wzrok i powiedziała:
- Okej, w porządku. Ja ją kupię.
Przejrzała mnie i doskonale wiedziała, co się wydarzyło. Wiedziała, dlaczego odmówiłam. Ten jeden ułamek sekundy wystarczył jej, by się zorientować, że gdyby zapytała, czy chodzi o pieniądze, to w pierwszej kolejności zrobiłoby mi się przykro, że moja mama zapomniała dać mi kieszonkowe, a zaraz później zaczęłabym się zastanawiać, dlaczego mocniej mnie nie kocha. A to nie był zdrowy tok myślenia.
Amanda miała w kieszeni cztery ćwierćdolarówki. Wyciągnęła monety i upuściła je na wyciągniętą dłoń kobiety.
W drodze do wyjścia maszerowałam przed nią z opuszczoną głową i rękoma w kieszeniach. Amanda zrównała się ze mną i otoczyła mnie ramieniem. Podała mi torbę, jakby chciała przez to powiedzieć: Chyba wiesz, że kupiłam ją dla ciebie? Ja jednak zapewniłam ją, że nie trzeba, żeby ją sobie zatrzymała. Zerknęła na mnie, mrużąc oczy i usiłując odczytać, czy moje słowa mają drugie dno.
- Okej, Annie-kochanie - odezwała się po chwili, przerzucając torbę przez drugie ramię. - Wiedz jednak, że będę myśleć o tobie za każdym razem, gdy wyjdę z nią z domu.
Naprawdę często ją nosiła. I chociaż torba z logo Strandu była totalnie w stylu Amandy, to zawsze myślałam o niej jak o swojej własnej. Dlatego też lata później, kiedy znalazłam ją na tylnym siedzeniu swojego samochodu, uznałam, że mam do niej pełne prawo.
I nadal ją mam.
? Kup pełną wersję e-booka,która zawiera wszystkie rozdziały, ilustracje i dodatki.