Trzy zastanowienia - Mateusz Karmowski

-
Proszę czekać

 

? Copyright by Wydawnictwo Poligraf, 2015

? Copyright by Mateusz Karmowski, 2015

 

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żaden fragment ani zdjęcie nie mogą być publikowane ani reprodukowane bez pisemnej zgody wydawcy.

 

Projekt okładki: Izabela Surdykowska-Jurek, Magdalena Muszyńska

Korekta: Klaudia Dróżdż, Maciej Szłapka

Skład: Wojciech Ławski

Konwersja do EPUB/MOBI: InkPad

 

 

 

Książka wydana w Systemie Wydawniczym Fortunet?

www.fortunet.eu

 

 

 

ISBN: 978-83-63506-94-0

Wydawnictwo Poligraf

ul. Młyńska 38

55-093 Brzezia Łąka

tel./fax (71) 344-56-35

www.WydawnictwoPoligraf.pl

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Wszystkim moim nauczycielom i innym dobroczyńcom

Spis treści

PRZEDMOWA

ZASTANOWIENIE PIERWSZE: O ROLI JĘZYKA W PRZEDMOWACH

ZASTANOWIENIE DRUGIE: O ROLI JĘZYKA W TRAKTATACH FILOZOFICZNYCH

ZASTANOWIENIE TRZECIE: O ROLI JĘZYKA W ZASTANOWIENIACH NAD ŻYCIEM

Podzastanowienie pierwsze: z wielbicielami Tomasza Manna

Podzastanowienie drugie: z Schopenhauerem

Podzastanowienie trzecie: z nietzscheanistami

Podzastanowienie czwarte: z wielbicielami Davida Hume'a

Podzastanowienie piąte: z wielbicielami Kartezjusza

Podzastanowienie szóste: z wielbicielami literatury francuskiej

Podzastanowienie siódme: ze zgłębiającymi istotę pamięci

Podzastanowienie ósme: z wielbicielami literatury rosyjskiej

Podzastanowienie dziewiąte: z wielbicielami literatury anglojęzycznej

Podzastanowienie dziesiąte: z wielbicielami literatury fantasy

Podzastanowienie jedenaste: z wielbicielami Lema

Podzastanowienie dwunaste: z wielbicielami Goethego

Podzastanowienie trzynaste: z wielbicielami muzyki

Podzastanowienie czternaste: z logikami i matematykami

Podzastanowienie piętnaste: z chemikami

Podzastanowienie szesnaste: z biologami

Podzastanowienie siedemnaste: z geografami

Podzastanowienie osiemnaste: ze zgłębiającymi wiedzę o społeczeństwie

Podzastanowienie dziewiętnaste: z politykami

Podzastanowienie dwudzieste: z filologami klasycznymi

Podzastanowienie dwudzieste pierwsze: z kobietami

Podzastanowienie dwudzieste drugie: z wielbicielami Elizabeth Anscombe

Podzastanowienie dwudzieste trzecie: z mędrcami

UZUPEŁNIENIA: DO TRZECH ZASTANOWIEŃ

Część pierwsza fragmenty listów

Część druga trzy prace dawniejsze

Część trzecia trzy prace dawniejsze z filozofii matematyki

Część czwarta dziennik filozoficzny

...o czym możesz każdemu powiedzieć, o tym możesz też napisać.

(zaczerpnięte z Nauki pływania)

 

 

Przedmowa

 

 

Książkę tę napisałem zamiast swojej pracy magisterskiej. Po wielu latach opłakanych nieraz w swych skutkach prób i starań – mających na celu dostosowanie się do stawianych mi wymagań – zrozumiałem wreszcie, że albo napiszę coś, co zadowoli w pierwszej kolejności moje gusta, albo nie napiszę zgoła nic. Tak więc pisałem przede wszystkim dla siebie: chciałem sporządzić sobie lustro, w którym ujrzałbym w końcu – w odpowiednim świetle – swoją obecną, prawdziwą twarz.

Często jednak myślałem przy pisaniu o tej garstce w pewnych przynajmniej sprawach podobnie do mnie myślących ludzi, z którymi przyszło mi dzielić życie: a więc, po pierwsze i najważniejsze, o jednym z moich najznakomitszych nauczycieli – rzuconym w nasze smutne czasy starożytnym mędrcu – wobec którego mój dług wdzięczności jest, z natury rzeczy, nie do spłacenia; a także o kilku innych towarzyszach moich ziemskich bojów. Pisałem dla ich uciechy i ku pokrzepieniu serc; również – niech wybaczone mi zostanie to, że nie złożę ofiary na ołtarzu fałszywej skromności, tego plugawego bałwana naszych czasów – dla ich radosnego pouczenia i zbudowania. A zatem, bracia i siostry, stańmy się razem lepszymi ludźmi.

Ciągłe wgłębianie się w siebie, wielogodzinne medytacje nad swoim wnętrzem i swoimi własnymi problemami – jakkolwiek konieczne dla dobrego życia, niezwykle pouczające i przynoszące nadspodziewanie obfite plony – miewają tendencję do przeradzania się w bardzo niebezpieczne, a przy tym jałowe zabawy: atmosfera staje się tam duszna i sekciarska, zbyt wiele polegamy na niewyraźnie sformułowanych myślach, niejasnych przeczuciach, mętnych obrazach, wybujałych rojeniach wyobraźni, swawolnych igraszkach ułomnej pamięci, obsesyjnych a niespełnialnych pragnieniach, mrocznych wizjach, upiornych snach i wyolbrzymionych ciemnością lękach. Ma się wtedy ochotę wyjść wreszcie na światło i zamiast dusić się zgnilizną własnych wnętrzności pooddychać rześkim powietrzem rodzącego się dnia – i podzielić się swymi myślami z serdecznym druhem. Na pewien czas porzucamy spowiadanie się gwiazdom i korzystamy z obfitych darów, jakie przynieść może poważna i rzetelna, a przy tym skrzydlato pogodna i pełna najwznioślejszych upojeń rozmowa z przyjacielem. Miejsce wewnętrznych potworów zajmują tu wreszcie rozum i doświadczenie, które powoli zaczynają tworzyć bardzo zgraną parę. W istocie, jedno bez drugiego żyć nie może: rozumowi trzeba doświadczenia, aby mógł się wyszaleć, a doświadczeniu trzeba rozumu, aby nabrało blasku.

Po wielu latach wgłębiania się w siebie, rzadko jedynie przerywanego nieśmiałymi próbami ułożenia sobie choćby tylko znośnych stosunków z innymi ludźmi, udało mi się dostrzec, że język osiąga pełnię swoich możliwości wyrazu, a więc rześką jasność długo wyczekiwanego poranka, olśniewającą przejrzystość źródlanej wody, migotliwy koloryt wczesnej jesieni, senny ład szczegółowo zaplanowanego dnia, zadowoloną z siebie harmonię pogodnego ducha, mdławy spokój bezchmurnego nieba, zastanawiający kontrast udanego zdjęcia, wirującą głębię wysokogórskiej przepaści, szlachetną ostrość rozszarpywanej wiatrem grani, kunsztowną kompozycję szwajcarskiej bombonierki, ożywczy rytm i żwawe tempo radosnego marszu, porywającą dynamikę i podniecający nastrój mistrzowskiego pojedynku szachowego, melancholijną melodię i wypłowiałą barwę ludowej pieśni, starannie dobrane metrum i precyzyjnie utrafioną tonację, rozczulający smak lubianych w dzieciństwie łakoci, niedający się zapomnieć zapach sieni w wiejskiej chacie, nieznany wcześniej aromat wyszukanych herbat, delikatność, miękkość i świeżość właściwą skórze niemowlęcia, budzącą zazdrość naiwność i zawstydzającą bystrość małego dziecka, złowrogie bogactwo i upiorną siłę młodzieńczych emocji, swawolną odwagę zakochanego, rozpaczliwą wzniosłość rozczarowanego, instynktowną rzetelność młodej matki, wyrozumiałą sprawiedliwość doświadczonego ojca, złotawy umiar i wiekową mądrość dostojnego starca, usypiające ciepło babcinej sypialni, olimpijską szybkość zwycięskiego atlety, baśniową technikę orientalnego wojownika, górzystą siłę swawolnego niedźwiedzia, nieokiełznaną zręczność krokodylej paszczęki, koszykarską skoczność rozbrykanej małpy, wąskooką zwinność kociego spojrzenia, stanowczość i potęgę prawdziwie wolnej woli, tytaniczną determinację zawziętego temperamentu, ostatecznie uformowaną stałość znającego się dogłębnie charakteru, gruntowną lekkość wypełnionej wspomnieniami pamięci, drażliwą moc przebywającej w sztucznym raju wyobraźni, zimną romantyczność podziemnej fantazji, podchmurny polot męskiej intuicji, wewnętrzny pęd wzorzystych marzeń, zuchwałą pewność przedwiecznego instynktu, nieoglądającą się na innych oczywistość tajemniczego dogmatu, złowróżbną aluzyjność delfickiej wyroczni, łagodną ironię podstarzałego weterana, ba, nawet jego nieszkodliwy cynizm – a wreszcie nagą prawdę; to wszystko i jeszcze więcej, czasem w cudownych dłużyznach, lecz nigdy z popadaniem w sprzeczność z samym sobą, bez przesady, bez nudziarstwa i bez nadęcia; słowem: wszystkie swoje cnoty – a jest ich cały legion – gdy używa się go do przekazywania swoich myśli innym. Trzeba jednak z całą starannością wybrać sobie audytorium – inaczej na nic cała praca i wysiłek. Starałem się najlepiej, jak umiałem.

Dobry styl rzeczywiście polega na tym, że ma się coś do powiedzenia. Ale przecież, mając coś do powiedzenia, mamy też, przynajmniej czasami, coś do powiedzenia komuś innemu – nie sobie. I wcale nie musi to być jakiś wyrojony "czytelnik idealny" – często mogą to być ludzie nam najbliżsi, po których niekiedy nawet nie spodziewamy się, że mieliby czas i ochotę, aby nas wysłuchać. A tu proszę: jakaż niespodzianka! A ileż przy tym okazji do wspólnych zdziwień i zastanowień!

Ludzie żyjący, którym myśli tu wyrażone coś zawdzięczają, bez trudu odgadną, że to właśnie oni dali decydujący impuls do przelania tej czy innej na papier. Żaden z nich, jak mniemam, nie jest człowiekiem zawistnym czy żądnym próżnej chwały – wybaczą mi więc z łatwością, że pozwoliłem sobie w ten sposób ich wykorzystać.

Moi bliscy i przyjaciele z pewnością wybaczą mi również, że odmalowywałem się tutaj raczej z dobrej strony. Zbyt wiele razy dawałem im poznać tę gorszą; niech więc mają choć raz w życiu jakąś miłą niespodziankę ode mnie, która w taki czy inny sposób sprawi im radość, uprzyjemni szarą codzienność i w miarę możliwości pomoże poradzić sobie z tym, co ich gryzie – dając chwilę wytchnienia podczas w pełni zasłużonego oraz, mam nadzieję, błogiego i owocnego odpoczynku.

Trudno o bardziej powierzchowną relację niż wspólna znajomość jednego człowieka. Chciałem po prostu, aby ten stosunek przybrał choć na chwilę na intensywności.

Niemniej jednak zdecydowana większość ludzi, którym ta praca coś zawdzięcza, dawno już nie żyje; czuję się zwolniony z obowiązku podziękowania im za ich pomoc, ponieważ robiłem to już wielokrotnie i na różne sposoby, z reguły zresztą nienadające się do relacjonowania komukolwiek spoza grona zainteresowanych. Mogę mieć jedynie nadzieję, że jakimś szczęśliwym zrządzeniem losu praca moja dotrze do pierwszego kręgu piekieł, gdzie, jak się domyślam, wszyscy oni przebywają: niech i oni znajdą tam chwilę wytchnienia w ocenianiu, na ile udało mi się utrafić w sedno. Oczytany czytelnik łatwo się domyśli, o kogo chodzi; nieoczytany z łatwością dopyta oczytanego.

Muszę wspomnieć jedynie – cała reszta wyjdzie na jaw później – że bardzo wiele z zawartych tu myśli zaczerpnąłem, bezpośrednio lub pośrednio, z filozofii Wittgensteina – głównie tej z Traktatu, z tej późniejszej znacznie mniej. W każdym razie myśl Wittgensteina pomogła mi w stopniu, którego nie jestem w stanie ocenić, w rozwiązywaniu mnóstwa problemów, które zastanawiały mnie i gryzły aż do momentu, gdy sam zacząłem zastanawiać się nad nimi: gryźć je, przeżuwać, połykać i trawić; aż wreszcie zacząłem je wydalać, początkowo w rozmowach, w szkicach, w dzienniku, a przede wszystkim w coraz wyraźniejszych obrazach, stopniowo przenoszonych z wyobraźni do pamięci. Byłoby grubą niesprawiedliwością wobec wielu osób, gdybym powtórzył za Russellem, że spotkanie z Wittgensteinem było największą przygodą intelektualną mojego życia; jednak z pewnością było jedną z największych.

Jeśli książka ta trafi w ręce kogoś spoza tej małej wspólnoty, niech poprzebywa on sobie trochę w tym sielskim i rodzinnym ustroniu, a następnie zrobi jak najlepszy użytek z tych wywczasów od bezsensownej bieganiny wypełniającej aż po brzegi nasze smutne czasy (czasy, które zostaną zapamiętane jako okres wtórnego uzewnętrznienia człowieka): niech zamknie się w swej izdebce i zastanowi się nad życiem, niech zapyta siebie, czego mu tak naprawdę brakuje, a następnie niech wciela w życie swoje najpiękniejsze marzenia. Cóż jest bowiem złego w spełnianiu swoich marzeń, jeśli tylko są możliwe do spełnienia, i nie ma żadnych przeciwwskazań, by je zrealizować?

Jeżeli uznasz to, co udało mi się wykrzesać z siebie, za płód upośledzony i niezdolny do dalszego życia – spędź go śmiało i bez wyrzutów sumienia: w jaskrawym przeciwieństwie do życia dziecka w łonie matki jego życie w Twojej duchowej macicy nie ma większego znaczenia; przeżył on już swoje długie lata w moim wnętrzu, a jedno życie każdemu w zupełności wystarczy. Poza tym sama czynność płodzenia – zważywszy nawet powagę właściwą tego rodzaju przedsięwzięciom – może być, ponad wszelką możliwą wątpliwość, bardzo przyjemna; to i owo może z niej potem wyniknąć, ale któż o tym myśli, będąc w trakcie? Dlatego z powodzeniem można by zastosować do filozofii to, co pewien wielki fizyk, a przy tym pierwszej klasy myśliciel, powiedział o praktycznych skutkach swojej działalności: że nie dla nich się ją uprawia.

Jeśli zaś przyszłoby Ci do głowy, o Nieznajomy, posądzać mnie o złą wolę, pretensjonalność, szukanie niskich przyjemności, chęć zmieniania świata czy inną lewiznę, racz jeszcze jeden, ostatni raz, zastanowić się dokładnie, czy jest coś złego w spełnianiu swych godziwych marzeń – i czy marzenie o napisaniu dobrej książki filozoficznej jest godne potępienia. Nie moją rzeczą jest oceniać, w jakiej mierze mi się to udało – każdy niech ocenia sobie wedle woli i upodobań. Mogę powiedzieć jedynie, że samemu jestem zadowolony – jak zresztą każdy ojciec ze swego dziecka.

Dokładałem wszelkich starań, aby to, co tu piszę, było zrozumiałe dla każdego człowieka: naturalnie mam na myśli kogoś przynajmniej od czasu do czasu niezabieganego i zastanawiającego się nad sobą, nad światem wokół niego i nad swoim życiem – nie zaś starego czy młodego bydlaka. Czy znajdę kogoś takiego poza moimi przyjaciółmi? Któż ma dzisiaj czas, by zamknąć się w swej izdebce i zastanowić się nad swoimi najważniejszymi problemami? Czy zastanowił się w ogóle kiedykolwiek, jakie to właściwie są problemy? Ludzie biegają nie wiadomo gdzie i po co, myśląc chyba przy tym, że w pędzie na oślep znajdą przypadkiem odpowiedzi na męczące ich pytania. A przecież tylko odpowiednio wypełniony czas jest w stanie powiedzieć im, o co tu właściwie chodzi – o ile oczywiście będą na to gotowi. Ja przygotowywałem się do przyjęcia darów owego pradawnego wędrowca swoimi zastanowieniami – i myślę, że nie najgorzej się przygotowałem. Moje zastanowienia dostarczyły mi licznych i różnorodnych okazji do zdziwień: a przecież, jak wiadomo, tylko z nich rodzi się filozofia.

Porywanie się na oryginalność i nowość w filozofii kończy się na ogół bardzo źle – jak każde zuchwalstwo; natomiast korzystanie z "nowości", a raczej: wywrzaskiwanych z nieprawdopodobnym wprost nadęciem i przytupem nudnych i, pozwólmy tak to sobie nazwać, przestarzałych nowinek, jakie łatwo można usłyszeć i kupić za bezcen na każdym targowisku idei, kończy się zawsze tragicznie. Za wszelką cenę chciałem tego uniknąć i mam nadzieję, że chociaż w niewielkim stopniu mi się udało.

Później okaże się, że w pewnym dość trudnym do wyłuszczenia sensie każdy myślący człowiek uprawia działalność, którą można by, z odpowiednimi zastrzeżeniami, nazwać kompilacją; jeśli jednak chodzi o kompilatorstwo w którymś ze zwykłych sensów, to nie leży ono już, na szczęście, w moich zwyczajach. Nie podaję więc żadnych źródeł; pełniejsze uzasadnienie takiego postępowania znajduje się w dalszych częściach książki.

Książkę swoją spisałem w formie zastanowień. Po wielu latach poszukiwań taka właśnie forma wydała mi się najodpowiedniejsza dla moich celów. Mogę powiedzieć bez blagi, że zbierałem materiał tutaj obrobiony przez prawie całe swoje krótkie życie – choć dopiero od pewnego momentu z należytą starannością i systematycznością.

Ponieważ tematem mojej książki jest rola języka w życiu ludzkim, staram się tu odmalować wiele scen zaczerpniętych z naszych ziemskich wędrówek. Może to być czasami nieco rozwlekłe, gdyż nie wiem, na ile moje własne doświadczenia pokrywają się z doświadczeniami innych: stąd wolałem się tu i tam bardziej rozpisać, niż pozostawiać komuś zbędne wątpliwości – każdy ma wszak dostatek swoich. A przecież nie ma wspólnego języka bez wspólnych doświadczeń... czyż nie?

O sprawach tu poruszanych wiele się dzisiaj gada, a bardzo mało myśli: podczas gdy inni gadali, ja myślałem; i po bardzo długim czasie znalazłem swoje małe szczęście w tych coraz bardziej wciągających zastanowieniach. Od najmłodszych lat prowadziłem życie poszukiwacza przygód: wiele się nauczyłem, wiele zapamiętałem, a teraz, gdy naszła mnie ochota na podzielenie się swoim mimo wszystko skromnym doświadczeniem – powiem wszystko; o ile rzecz jasna pozwoli na to obyczajność publiczna. Zachęcam Cię więc do udania się ze mną w podróż i odnalezienia najpierw mojego, a następnie swojego nie tak znowu do końca straconego czasu. Oby nasza wycieczka sprawiła, że uznasz po jej zakończeniu – gdy już się rozstaniemy – że nie było najgorszym zdarzeniem w Twoim życiu, że spotkałeś kiedyś którąś z przedstawionych tu myśli.

O pożytkach z filozofii dla tak zwanego "życia" nigdy poważnie nie myślałem – nigdy bowiem o nich nie wątpiłem. Może uda mi się podzielić z Tobą tym zdumiewającym doświadczeniem? Pamiętaj jednak, że patrząc w lustro, które tu sporządziłem, ostatecznie ujrzysz tylko siebie.

 

Mateusz Karmowski

Wrocław, 30 sierpnia 2014 r.

Zastanowienie pierwsze

O ROLI JĘZYKA W PRZEDMOWACH

 

Osobliwy to doprawdy zwyczaj, że pomija się czytanie przedmów. Ileż najgorszych błędów i nieporozumień, ileż opętańczych zejść roztargnionego i pijanego swymi najbardziej obłędnymi uprzedzeniami ducha ludzkiego w najgorsze mielizny i na złowróżbnie bulgoczące smrodliwymi wyziewami bagna, w których roi się od najplugawszych potworów, ileż niedającego się odpokutować zła dokonało się tylko dlatego, że ktoś nie przeczytał do niego wszak pisanej przedmowy! I pomyśleć tylko, że wszystkich tych haniebnych upadków i zapadnięć w zdziczałą jałowiznę nieurobionej i wysuszonej powierzchni wewnętrznego gruntu dałoby się uniknąć, gdyby ten czy tamten dostrzegł, że autor nie pisał przecież przedmowy dla siebie – wszak sobie nie musiał już niczego tłumaczyć. Nie musiał sobie w szczególności wyłuszczać, jak należy czytać jego książkę: czytał ją przecież samemu niezliczoną ilość razy, w przeróżnych miejscach, o przeróżnych porach, w przeróżnych nastrojach, w przeróżnych pozycjach i pewnie nigdy nie będzie nikogo, kto osiągnie w tej akurat aktywności aż tak dobre rezultaty. No chyba że znajdzie się jakiś śmiałek, który zdecyduje się dać spokój własnym myślom i posłać je na dłuższy czas do diabła, a następnie zanurzyć się w odmętach innej jaźni, chwilowo tylko – do czasu własnego wyjścia na światło – bardziej zajmującej niż jego własna.

Domyśliłeś się pewnie, co chciałem Ci powiedzieć – nie powiem więc tego wprost. Gdy wrócisz już w to miejsce, zechcesz łaskawie wysłuchać kilku prostych słów na temat pewnej przedmowy. Musisz mi przy tym wybaczyć (w ogóle musisz nauczyć się mi wybaczać, oczywiście jeśli nadal chcesz ze mną podróżować), że niekiedy mówię w tonie wyrzutu. Z czasem zobaczysz, że wyrzucając coś Tobie, nie mam złych zamiarów; a Twoją złośliwą rekompensatą stanie się to, że czyniąc Ci nieprzyjemne, zgryźliwe i uszczypliwe uwagi, robię tym samym, może przede wszystkim, gorzkie wyrzuty sobie.

Jeśli ludowa mądrość, mówiąca że należy zaczynać od początku, nie jest – jak to ludowe mądrości mają w zwyczaju – zwykłym banałem, to znaczy ona chyba to: ustal sobie najdogodniejszy z możliwych punktów, z którego będziesz co rano zaczynał swoją podróż, znajdź niejako najlepiej położone schronisko, miejsce, gdzie zawsze będziesz mógł powrócić i napić się gorącej herbaty oraz spożyć obrzydliwą w smaku, ale za to gorącą chińską zupkę, a następnie udaj się w to miejsce, spłać daninę za przywłaszczone przez nie wiadomo kogo wysokogórskie powietrze i za tłoczną klitkę szczelnie obwarowaną cuchnącymi buciorami, pełną podobnych Tobie poszukiwaczy przygód, i prześpij się solidnym i pełnym słodyczy – mającej u źródła najgorętsze oczekiwania i zuchwałe chęci zmierzenia się z przecudnymi strachami – snem sprawiedliwego i żądnego nowych odkryć, wolnego wreszcie od nizinnej bieganiny i wielkomiejskich smrodów ducha (spróbuj przy tym nie chrapać); tak abyś mógł wczesnym rankiem, gdy leniuszki tarzają się niesmacznie w cieple mokrej od koszmarów pościeli, opuścić swój pokoik i wzruszyć swoje wnętrzności i zewnętrzności brzaskiem nie tylko Twoich narodzin: poranek, który wstał wraz z Tobą, odziedziczył po matce nocy jej gwieździsty spokój, a po ojcu dniu – jego światły rozum. Teraz możesz się wreszcie przekonać, że jest on jednym z najbardziej uroczych niemowlaków, jakich obficie dostarcza nam bocian naszego życia.

Możesz zresztą zrobić wszystko po swojemu: a jeśli nie boisz się niedźwiedzi, weź tylko namiot albo tylko śpiwór, albo zgoła nic. Dość zresztą tych wszystkich "dobrych rad": sam najlepiej wiesz lub sam najlepiej się nauczysz, jak to wszystko robić.

Dzisiaj pierwsza wyprawa: kilka głębokich wdechów i jeszcze głębszych wydechów – i do dzieła!

Zatem najpierw: cóż to w ogóle znaczy zrozumieć książkę? Nie zaskoczę Cię z pewnością gdy powiem, że trzeba ją jak najdogłębniej przeżyć (na zaskoczenia przyjdzie czas nieco później). Zaznaczę tylko, że przeżywanie, które mam tu na myśli, nie ma nic wspólnego z sentymentalno łzawym wzruszaniem się powoli wilgotniejących oczu: Twój rozum, który tak ślepo kochasz, albo którego tak plebejsko nie doceniasz, będzie tu osiągał szczyty swojej trzeźwości, logiczno torturowniczych zamęczeń i wyżynnego chłodu; a więc, po pierwsze, weź do plecaka, albo jeszcze lepiej do ręki, a już w ogóle najlepiej przez paszczękę lub ucho – lub nos – włóż do mózgownicy to, co zwie się zdrowym rozsądkiem, gdzie indziej zaś – roztropnością. Gdy zapoznasz się z tym panem – czy, wedle woli, z tą panią – nie opuścisz go już nigdy.

Po drugie: co to znaczy, że coś wydarzy się być może? Otóż porządna książka, podobnie jak prawda (dawno już zostało to zresztą powiedziane, ale czuję się zobowiązany głośno to tutaj powtórzyć, ponieważ, jak widzę, coraz więcej ludzi żyję w przekonaniu, że świat zaczął się wczoraj), bynajmniej nie należy do gatunku kobiet łatwych. Trzeba wytrwałych starań i całej odwagi zakochanego, całego tego młodzieńczego pędu do zagłady, aby mieć choć cień szansy. Potknięcia, upadki, łzy, gryzienie ziemi, zawroty głowy, gorycz rozczarowania, spleeny i Weltschmerze, wszystkie te dżunglowe rozpacze i pustynne wysuszenia ducha, wszystkie nawet pretensje do losu i beznadziejne kontemplacje nad marnością spraw zaprzątających nasze serca na tym padole łez, słowem: całe to piekło na ziemi, wszystko to jest absolutnie konieczne i niezbędne, aby zdobyć wreszcie upragniony skrawek zielonkawo migoczącej nadziei. Czy ta nadzieja kiedyś się spełni? Choćby częściowo, choćby na wieczorne lub nocne pół godzinki? Wszystko to być może.

Tylko ten... a więc, po trzecie, raczej nie inni, co najwyżej zaś, w najlepszym możliwym wypadku – nieliczni. Tak więc znajdujemy tu pierwszą, krańcowo niebezpieczną zabawę w powolne, pozbawione póki co jakichkolwiek celów, prawdziwie kocie polowanie na mieszczańsko tolerancyjnego, a więc opłakanie filisterskiego – to jest pozbawionego wszelkich wyższych potrzeb – zdychającego już na szczęście w powolnych męczarniach duszka współczesnej égalité. Niech zdycha! Może to nawet robić długo, nie wyświadczymy mu żadnego miłosierdzia. Znamy już tego duszka jak zły szeląg i nie damy mu już uciec.

(Małe wyjaśnienie dla niewtajemniczonych: często będę używał terminu "wtórne uzewnętrznienie człowieka" w celu wystawienia iście nowotworowej diagnozy wspomnianemu wyżej duszkowi. Łatwo pojąć, że jego krańcowa niemożność obronienia się przed wszelkiej maści odchodami współczesności, które zalewają nas obficiej niż wiadra pomyj wylewanych niegdyś przez okna w większych miastach, a także jego pieszczoszkowata tendencja do robienia sobie z głowy opuszczonego przez wszystkich bogów, a nawet i przez diabła, który powiedział mu "dobranoc", dzikiego wysypiska śmieci, jest zmutowaną wersją tego, co dawnymi czasy zwano słusznie filisterstwem; nie tylko zresztą zwano, lecz także szczegółowo opisywano, wykpiwano, zmaltretowano, zabito w sobie, potępiono, zabroniono i wygnano na wieczną hańbę – tam gdzie jest płacz i zgrzytanie zębów. Trzeba się solidnie pozastanawiać, aby odgadnąć, jaką drogą wydobył się on z ostatniego kręgu piekieł; trzeba też, aby zrozumieć, co się stało w starym i nowym świecie, przyjrzeć się uważnie, do jakiego stopnia dochodzi jego bezczelność, gdy nawiedza sobie z niewinną miną i w kulawej pozie najbardziej zaludnione, publiczne miejsca, zamiast snuć się, jak przystało potępionemu, po zapomnianych cmentarzach. Będę też mówił po prostu o braku smaku i niewybrednej, zniedołężniałej obojętności starego bydlaka – wszystko to z czasem się wyjaśni.)

Kto sam... a więc, ostatecznie, bez pomocy żadnego ze swoich nawet najwspanialszych i najmądrzejszych towarzyszy. Bywają takie miejsca w wysokich górach, gdzie nawet najzręczniejszy, najsilniejszy i najbardziej doświadczony przewodnik nie może Ci już pomóc. Jesteś zdany tylko na siebie, jak zresztą w każdej z prawdziwie poważnych, Twoich spraw.

(Ha! Zauważyliście przemykającego tu duszka? Dostrzegliście z jaką miną i w jakiej pozie rozsiewał swoje zatrute ziarna, ziarna mające zrodzić najgorsze chwasty? Widzieliście, z jaką bezczelnością każe Waszemu rozumowi polegać zawsze w końcu na kimś innym? Czyżby chciał, byście spadli w ziejącą najbardziej przewrotnym płomieniem i ziewającą najstraszniejszym koszmarem przepaść?)

Przemyślał... a więc – to jest pierwsze poważne rozpoznanie, które zresztą nie wymaga żadnego komentarza – zastanowił się nad nimi... i zadumał się nad nimi... i zdumiał się nimi!

Z pewnością nie trzeba dziś nikomu dawać do zrozumienia, że myśli można wyrażać: wszyscy to robią, jak potrafią – a na ogół ledwo potrafią. Cały ten zgiełk, hałas i wrzawa, wszystkie te pijane własną głupotą i służące najbardziej ordynarnym skłonnościom natury ludzkiej, wypindrzone, odsztafirowane i upstrzone przemyconym pudrem telewizje; wszystkie te mielące swym owrzodziałym ozorem sprostytuowany na wszelkie możliwe sposoby komunał krowio ryczące radia; wszystkie te wysługujące się ponuroodchłannym siłom i sprzedające za pół ceny opłakanie mizernych rozmiarów resztki godności, jakiej być może zresztą nigdy nie miały, a przy tym nienadające się nawet do celów – wybaczcie słówko – ubikacyjnych, papugowato rozwrzeszczane gazety; wszystkie te znajdujące główną podnietę w demonicznie cierpliwym ukrywaniu zakopanych w sobie skarbów, poobwymiotowywane zmontowaną na potrzeby mącenia w głowie oszołomionej gawiedzi reklamą internety; wszystkie te ordynarnie wydalające z siebie coś, czego nigdy, nigdy, za żadne skarby, nie nazwę muzyką, a co jest raczej cofniętą przed czasy najgroźniej prymitywne małpią kakofonią (a poza tym służące łapczywemu zaspokajaniu potrzeb przepotężnej, podziemnolaboratoryjnej próżni własnego, wyzbytego wszelkiej zdrowej roślinności wnętrza za pomocą przelewania wypocin drogą satelitarną na inne martwe dusze, zmęczone całodniową bieganiną i trącące brakiem higieny), wszystkie więc te telefony komórkowe i inne nowinkarstwa z dogorywającego obecnie i kończącego swoje wielkie żarcie obszaru za murem, o którym wyobrażacie sobie, że nadal jest rajskim ogrodem i to z otwartymi na oścież wrotami, niezblokowanymi jeszcze ognistym mieczem; wszystkie te lubieżne czaty i plotkarskie serwisy, wszystkie te mające dowartościować wiecznie niedowartościowanych i nieumiejących znaleźć siebie i własnej godności – o której tyle się przecież gada – "portale społecznościowe" (nasze życie społeczne przetrwało tu i ówdzie w trudnych do odnalezienia zakamarkach, do których udamy się innym razem; to, co się na ogół nazywa życiem społecznym, jest w istocie jego agonią – nie będziemy mu w niej przeszkadzać, niech umrze w męczarniach), wszystkie te karczemno libertyńskie zaułki i mroczne uliczki poukrywane w trucicielsko pajęczej sieci, ciemne speluny, obmierzłe meliny i pstrokato różowawe lupanary; słowem: cały ten nowy, bynajmniej nie wspaniały, a raczej bezbłędnie odzwierciedlający odwieczną nędzę ludzkiego ducha światek; czyż to wszystko, i jeszcze więcej, nie jest przypadkiem najbardziej dobitnym przejawem wtórnego uzewnętrznienia człowieka, czyż nie jest to aby jakaś beznadziejnie chaotyczna pląsawica, mająca na nie do końca uświadomionym celu wyrażenie myśli, których niestety się nie posiada? Które zatraciło się prawie bezpowrotnie, za którymi odczuwa się przeraźliwą i niedającą się łatwo zdiagnozować tęsknotę?

Kto jeszcze wątpi, że tak się właśnie sprawy mają, niech rozważy sobie kilka na pozór drobnych faktów. Dla rozrywki czytelnika podsunę mu pod uwagę najpierw taki (kolejne dostanie pod osąd w odpowiednim czasie): zalała nas jakaś równikowo lesista fala tolerancji dla żucia gumy – dosłownie wszędzie. Zastanawiało mnie to od najmłodszych lat: jak to możliwe, że ludzie poczytują sobie za nie wiadomo jaki postęp na przykład to, że nie wolno palić w miejscach zwanych szumnie publicznymi – a które lepiej chyba nazywać obecnie publicznymi domami – a ze spokojem i z niewinną miną można w nich dowoli obracać, lewo- i prawoskrętnie, swą pastwiskową jadaczką? Czyżby naprawdę jedyną możliwością pozostawała ucieczka do Singapuru? Oni są wszędzie! W środkach komunikacji miejskiej, w szkołach, na ulicach i na chodnikach, w przerobionych na jaskinię zbójców świątyniach, w kinach, w teatrach, w filharmoniach i w operach, w salach, w aulach, w korytarzach, na placach, na rynkach, w wielkich miastach, na prowincji, w oknach, w drzwiach, na dachach, w snach nawet... Zamiast sądu i procesu – guma do żucia. Zamiast urzędasa – gumożuj! Trochę tak, jak gdyby stada krów opuściły łąki i pastwiska, na których zażywają wypasu, i poleciały w szeroki świat.

(Jeśli myślisz sobie, że przelewam tu na papier własne frustracje, to miej swoją małą, złośliwą satysfakcję i usłysz: owszem, robię to i w dodatku wcale się tego nie wstydzę; z tym że zostawiłem je już dawno daleko, daleko pod sobą – nie pamiętasz już? Wszak przebywamy teraz w wysokogórskim schronisku, wszystko złe zostało tam, hen niziutko pod nami: dopiero teraz mamy odpowiedni punkt widzenia i możemy sobie popatrzyć z góry na wszystko, co tam zostało... ach! Tego już nawet nie widać! A tak poza tym, powiedziałem Ci już przecież, a teraz ostatni raz pozwolę sobie obrazić Cię przypomnieniem tego, że musisz nauczyć się mi wybaczać.

Który zresztą z rzetelnych myślicieli nie mówił czasami o rzeczach frustrujących bliskich sobie ludzi, a tym samym jego; i który z nich bał się to wyrazić prawdziwie swoim, w pewnym sensie prywatnym językiem? Ktoś to w końcu powiedzieć musiał, czyż nie?

Który z nich bał się swojej duchowej pstrokacizny i zamiłowania do żonglerki nastrojami? Chyba tylko ten, kto miał szczęście żyć w powszechnie dostępnych warunkach wyższej kultury duchowej – a takich było w sumie niewielu. Który z nich bał się samego siebie? Znasz takiego?

W ogóle wydaje mi się jedną z pierwszych i najważniejszych oznak kogoś rzetelnego, że nie boi się własnych myśli, przestał dusić je w sobie (co było do uduszenia, dawno już udusił) i nie boi się ich przekazać absolutnie nikomu. Nie tylko zresztą własnych myśli przestał się bać. Wyzwolił się ostatecznie również ze zważania na myśli ludzi, którzy go nie obchodzą, a zamiast tego zainteresował się myślami, które zajmują czy zajmowały jego oraz ludzi duchowo mu najbliższych, choćby byli podług konwencjonalnej rachuby czasu nawet najdalsi. Tych ludzi zresztą też się już nie boi i nie będzie im szczędził nawet najboleśniejszych i wycelowanych w najbardziej czułe punkty ubliżeń, to jest z gruntu poważnego potraktowania ich najważniejszych spraw (zwanego gdzieniegdzie braterskim napominaniem). Wręcz przeciwnie, pomoże im odkryć i zabić wynalezionym przez siebie umysłowym kapciem wszystkie duchowe komary, a nawet szerszenie. Jak gdyby tego było mało – nie boi się także swoich małych i dużych ojczyzn, ba, nie boi się nawet swojej parafiańszczyzny (a nawet zdechłej żaby, jak mawiają cieszyńscy szachiści).

Jeszcze jedna, mała uwaga: początkowo zamierzałem odmalować tu nasze czasy od razu w całej ich rozlazłej pełni – lub choćby tylko ich zgniliznę; postanowiłem jednak ostatecznie, że oszczędzę swoich najbardziej wrażliwych czytelników i będę podawał tę w najwyższym stopniu ciężkostrawną paszę stopniowo – tak jak podaje się niektóre szczepionki, na przykład antyalergiczne.)

Głęboko ufam swoim doświadczeniom ze szczepionkami, i dlatego jestem zupełnie spokojny i pewny, że pierwsza doza prezentowanego tu pod osąd fachowców farmaceutyku była odpowiednio dobrana dla tych, dla których została wynaleziona, a przy okazji zemdliła i zatruła niepowołanych. W ogóle: zaczynać zawsze od dużej dawki, nie zważać na to, czego może ona dokonać w nieprzygotowanych jeszcze głowach i od samego początku przyzwyczajać czytelnika do najcięższych zawrotów głowy, nie oszczędzać mu precyzyjnie wymierzonych strzałów w najczulsze miejsca, bez baczenia na możliwy brak jego doświadczeń dzielić się z nim całą tą przetrawioną już dokładnie przez wyzbyty wszelkich nieprzyjemnych i niepotrzebnych problemów i uprzedzeń – i ze starannie ustanowionymi, prawdziwie własnymi uprzedzeniami – duchowy żołądek, z pozoru tylko ociężałą i z pozoru tylko, i miejscami jedynie, zalaną bawarskim piwem stukilową, niebojącą się żadnej, nawet najbardziej astronomicznych rozmiarów dygresji – dającą tym samym rzetelny i zasłużony Spaß – niemalże wrodzoną, lutersko kaznodziejską ociężałością niemieckiego Geista, zwęszoną i z uporem obwąchiwaną przez kogoś, kto nigdy nie lubił Wagnera, a przez wiele lat potrafił wytrwale katować się w zaciszu swej izdebki tą zgodnie ze zwyczajami niemieckiej kuchni przesmażoną i oblaną najbardziej niestrawnym z sosów operzastą paszą; całą tą tylko na pierwszy rzut oka ciemnistą, a tu na nowo przyrządzoną i podaną jako jedno z dań głównych (najdoskonalszy bodaj specjał kuchni francuskiej, tylko dla najbardziej wytrawnych łakomczuszków), rozpraszającą wszelki mrok poprzez nadawanie swojego nigdzie indziej niedającego się znaleźć blasku, aż do teraz zapomnianą i nieprzetrawioną przez zdrowy żołądek, a tu w pocie czoła odnalezioną i odkrytą na nowo – tylko dla wybranych, ku ich radosnemu pouczeniu – dziecinnie naiwną proustowszczyzną (i to w dodatku ze wszystkimi drobniejszego płazu specjałami serwowanej tu tytanicznie wolnomyślicielskiej i wytrwale bujającej w swym podniebnym locie, a przy tym wyzbytej dawniejszych zabobonów i oczyszczonej odświeżającą kąpielą w swych pradawnych formach, wysoce niehermetycznej, lecz za to przyjaźnie i bez popadania w wielkoświatowe kołtuństwo do wszystkiego nastawionej, kosmopolitycznej, a przy tym – bez sprzeczności – małoojczyźnianej, cudownej lekkości właściwej tylko francuskiemu esprit (od jednego prawdziwie francuskiego ducha, u nas bądź to czczonego jak bóstwo, bądź to potępianego jako wcielonego diabła, nauczyłem się, między wieloma innymi, że sekret bycia nudnym polega na tym, że powie się wszystko – a ja powiedziałem przecież, że wszystko powiem... i jak tu teraz z tego wybrnąć? A może specjalnie i bez obawy o to, że wyrządzę komuś krzywdę – skłamałem?)); całym tym domorosłym znawstwem antycznych przypraw, tu i ówdzie odnalezionych w najbardziej odległych zakątkach, które jednakże potrafiły w najwznioślejszym upojeniu spłodzić i podlać swoją najczystszą, krystalicznie źródlaną duchową wodą najwspanialszą pod słońcem cywilizację i nie bały się przy tym powtórzyć dwukrotnie czy nawet wielokrotnie tego, co okazało się godne powiedzenia; słowem: z całym tym niedającym się w całości wchłonąć, a jednak przez długie lata uczciwie trawionym bagażem wielowiekowych doświadczeń, wreszcie prześwietlonym i na nowo oświetlonym jedynym światłem, jakie zdolny jest wydobyć z najgłębszego rowu siebie zdrowo myślący człowiek, a więc w pewnym sensie ubogim, a w pewnym sensie bogatym doświadczeniem własnego życia (oraz smakiem i zapachem własnej krwi): to wszystko, i jeszcze trochę więcej, a na koniec, z niewinną miną i błagalnie wzniesionymi oczyma, podróż powrotna do od teraz już wspólnego duchowego Shire (pewna w najwyższym stopniu urocza i godna najbardziej uniżonego szacunku Pani Profesor nauczyła mnie kiedyś, między wieloma innymi, że nie należy bać się zuchwałych nawet wycieczek do współczesnej wyobraźni; a Was, moi drodzy, czego nauczyła?), a tam, przy obficie zastawionym stole, w solidnie obdymionym pokoju, lub, wedle uznania, w wypchanej po brzegi najbliższymi istotami karczmie, ewentualnie przed domem, w towarzystwie wypuszczanych przez ćmiącego swą czarodziejską fajkę brodatego analitycznego filozofa podróżniczych machin dymnych – wspomnienia najbardziej niebezpiecznych wędrówek – wszystkich tych Morii i Mordorów – teraz już niebojące się wspólnych, delikatnych i pogodnych łez wzruszenia: to wszystko wydaje mi się w najwyższym stopniu godne filozofa.

– Chcesz zobaczyć, gdzie jest to duchowe Shire?

– Chcę!

– To przypomnij sobie o naszym schowanym we wzbudzającym najcieplejsze uczucia łonie najpiękniejszego pasma górskiego, wysokogórskim schronisku. Gdzież ono jest? Czyżby trzeba było podróży do najbardziej odległych zakątków matki ziemi? A może wystarczy wybrać się w Tatry?

Wróćmy teraz do naszego głównego tematu i zapytajmy się odważnie: co trzeba zrobić, aby posiąść myśli czyimś myślom podobne? Co w szczególności trzeba zrobić, by posiąść myśli podobne do myśli jakiegoś obdarzonego spiżowym spojrzeniem i niebojącego się nawet zdechłej żaby starodawnego i tajemniczego Geista – wszak myśli podobne do jakiegoś barana można mieć bez najmniejszego wysiłku (w pełni zadowalającym dowodem na prawdziwość teorii ewolucji wydaje mi się to, że w każdym z nas tkwi coś z jakiegoś Pradawnego Barana), oczywiście do momentu nabycia odpowiedniej odporności, której uzyskaniu mogą posłużyć wyczulonym uszom serie wymyślonych przeze mnie szczepień? Oto odpowiedź, która żadnego z moich pilnych czytelników nie zaskoczy: otóż trzeba mieć najpierw podobne jemu przeżycia – również, a może przede wszystkim, te najgorsze przeżycia, a więc, między innymi, wszystkie nizinne nudziarstwa. Ach! I znowu te wirujące otchłanie i ponure zagłębianie się w siebie... Cóż, jeśli nadal boisz się hipnotyzującej toni tatrzańskich jezior – nie nauczyłeś się może jeszcze pływać? – mogę Ci trochę pomóc. Jednak to do Ciebie należy ostatnie słowo, ostatni ruch, a także ostatnie, milczące spojrzenie.

– Chcesz postawić sobie kolejne męskie pytanie – nawet jeśli jesteś niewiastą?

– Chcę!

– No to stawiamy!

Na czym właściwie polega pisanie i czytanie dobrego podręcznika? Napisałeś kiedyś taki? Wiesz, ile czasu trzeba spędzić z samym sobą? Ile myśli niepochodzących od Ciebie trzeba rzetelnie przetrawić i podać w formie przystępnej dla innych, tak aby nie zwymiotowali oni Twoim duchem?

Czytałeś kiedyś taki podręcznik? A może masz w pamięci jedynie wzbudzające odruch wymiotny wspomnienie dzisiejszych, upstrzonych na wszelkie możliwe sposoby z gruntu głupawymi obrazkami (jak gdyby obrazków było jeszcze za mało) książeczki obliczone na wychowanie całych pokoleń pół-, ćwierć-, w jednej ósmej – i tak w granicy do zera – inteligentów? Jeśli tak, to zdobądź się na chwilę współczucia dla samego siebie, szybko się pozbieraj, i przeczytaj sobie jakiś bardzo stary, wypłowiały i zżółknięty podręcznik. Mogę Ci nawet doradzić, oczywiście jeśli wyrazisz takie życzenie, coś stosownego do Twych własnych upodobań i potrzeb. Ach, gdybyś wiedział, ile można wygrzebać z tych skrzętnie poukrywanych w najmroczniejszych zakamarkach (tak aby nikomu nie przyszło przez złowieszczy przypadek do głowy, aby przerwać oglądanie telewizji, słuchanie radia czy powtórzone po raz tysięczny przeglądanie tych samych stron internetowych), a przy tym z miejsca przynoszących najczystsze, odwiecznie i zawsze to samo powietrze duchowej rzetelności, która w szczególności nie boi się stawiania ocen; ach, gdybyś to wszystko wiedział, rzuciłbyś w kąt wszelką jałowiznę najbardziej tłumnie w całym dotychczasowym biegu dziejów wydawanej obecnie makulatury, znalazł sobie stosowne zacisze i wyruszył w jedną z najwspanialszych podróży. Każdy dobrze napisany podręcznik, podobnie jak każda dobrze napisana powieść, ba, podobnie jak każdy dobrze napisany traktat filozoficzny, jest książką par excellence przygodową. Przygoda, którą można tam znaleźć, jest, swoją drogą, obmyślona dla każdego. Jedynym warunkiem, jaki się tutaj stawia jest ten, że przed jej podjęciem będziesz musiał odpowiednio długo się zastanawiać, a jest to warunek skrajnie trudny do spełnienia (godny tylko najodważniejszych, którzy, jako jedyni, są jego godni i są gotowi, aby spróbować go spełnić). Zabierz też do plecaka cały niezbędny ekwipunek! Dobre podręczniki – to pierwsze poważne przygody. Gdy już przez nie przebrniesz, przyjdzie czas na przygody dalsze, bardziej niebezpieczne i wymagające większej wytrzymałości i tęższych sił duchowych, większej determinacji, większego zaangażowania, a czasem również odpowiedniego sprzętu, na przykład nabytej długimi latami praktyk logicznej hipertrofii rozumu. Przemyśl to sobie dobrze i zastanów się uczciwie, czy warto marnować życie na przeżywanie przygód obmyślonych przez stada baranich głów, przez całe nawet zakładane przez nie biura podróży dla ubogich duchem. Czy naprawdę warto? Czy może lepiej porzucić wreszcie to ciasne sekciarstwo i zamiast grupowego, orgiastyczno złego przedsiębrania brzydkich i niesmacznie lubieżnych, pacholęco jałowych zabaw z jeszcze tylko na mgnienie oka podobnymi Tobie baranami, nie lepiej porozmawiać sobie z kimś poważnym i pogodnym, i to nie w przypominającym gnozę dialekcie – adekwatnym jedynie do celów pastwiskowych – nie w tej doprawdy licho napisanej pseudopoezji, lecz w jakimś solidnym, prawdziwie europejskim języku?

(Polszczyzna, dla przykładu, jest takim językiem – udowodnili to jej najwierniejsi kochankowie. O ile jesteś w domu, a Twój dom nie zatracił w sobie naszego prawdziwie szlacheckiego, odpornego na każdą zawieruchę, a nawet potop ducha, na wyciągnięcie ręki masz okazję, aby pozbyć się jakichkolwiek wątpliwości w tej sprawie. Wystarczy zresztą, że sięgniesz do swojej pamięci i odszukasz te pagórki leśne i te łąki zielone, które są – czuję się surowo zobowiązany powtórzyć tu po jednym z Waszych, Polacy, najpiękniejszych duchów, który znał nawet powietrze ziemi jałowej, a był przy tym – tego jeszcze może nie wiecie – jednym z trzech Waszych największych współczesnych filozofów (może nie wiecie nawet, że mieliście wielkich filozofów? a może nie wiecie, gdzie ich szukać?) – otóż czuję się surowo zobowiązany powtórzyć tutaj, a odważę się powiedzieć to własnymi słowami, że te pagórki leśne i te łąki zielone są w istocie waszymi rysami i Rysami: macie może trudniejsze i bardziej wymagające szczyty, macie może nawet całą duchową Orlą Perć, ale drugich Rysów nigdy mieć nie będziecie: żaden z waszych duchowych zamków nie sięgnie nigdy tej wysokości; a jeśli sobie myślicie, że jakiś szczyt można wyrwać z korzeniami z przeznaczonego mu przez naturę miejsca, a następnie zasadzić na ojczystej ziemi, tak aby ta nowa Wieża Babel przewyższyła Wasze Rysy, to doprawdy jesteście stadem baranów, zasianych złym nasieniem, z marną gębą, kulawą łydką, a nawet z niewytartą pupą i wtedy, niestety, nic, nawet przyszłe światy i nadludzko komputerowe, potępieńczo naukowe i diabelsko fascynujące eksperymenty obmyślane przez całe długie życie przez drugiego z Waszych wielkich współczesnych filozofów, przez tego Waszego tłuściutkiego Sokratesa, o którym też jeszcze może nie wiecie, że był Waszym wielkim filozofem – nic, absolutnie nic Was już nie uratuje przed powolną śmiercią i potopem śmieci zza muru: i żaden z Waszych dobrych duchów nie będzie miał Wam już nic więcej do powiedzenia, chyba jedynie – a Dieu.)

Czy zastanawia się ktoś jeszcze nad tym, że niektóre książki (wbrew wszystkim pozorom i zabobonom bardzo nieliczne) mają cele; i to wysokie – a więc nie pastwiskowo nizinne – cele? W baranich głowach, stadnie zgrupowanych i nabitych na cielsko tych, którzy całe życie uganiają się za "kasą", "karierą" i "sławą", myśl taka, że można mieć przy pisaniu książki jakiś ważny cel na oku, wzbudza plugawy uśmieszek politowania. Gdyby zechcieli wysłuchać, co mam im do powiedzenia (a nie zechcą, wolą bowiem beczeć do siebie w swoim bełkotliwym, opętańczym, nieartykułowalnym, glossolalicznym, beznadziejnie mętnym i po prostu zupełnie niezrozumiałym dla człowieka, którego nie opuścił jeszcze zdrowy rozum, gnostyczno hermetycznym, nieznającym ani rzetelnego niemieckiego Geista, ani, tym bardziej, dawnych, podniebnych wzlotów wyzwolonego z barbarzyństwa i z bycia popłuczynami po łacinie, przerobionego przez całe wieki najrzetelniejszych zastanowień prowadzonych przez prawdziwie wolne dusze (obecnie zaś leżącego w rynsztoku i cofniętego do rangi dżunglowego narzecza), łagodnego i wieczornego, iście światowo-stolicowego, francuskiego esprit; a więc w swoim malutkim, wbrew pozorom wcale nie barokowym, lecz raczej ludowo ubogim (równikowe lasy zakrywają tu szczelnie najzwyczajniejsze w świecie pustosłowie), sekciarskim języczku, dialekcie raczej, a może nawet gwarze, a może nawet, wybaczcie słówko, slangu?), wbrew całej swojej konstrukcji duchowej, wbrew pragnieniom, wbrew emocjom, wbrew woli, wbrew charakterowi, wbrew wreszcie resztkom rozumu strawionego już prawie w całości przez importowane chwasty; otóż gdyby oni zechcieli mnie wbrew sobie wysłuchać, to powiedziałbym im tylko trzy, ale za to jakie trzy słowa:

– Jesteście współczesnymi filistrami.

Być może znalazłby się wśród nich ktoś, u kogo wydający swe ostatnie tchnienia rozum poczułby przy tych jak najstaranniej dobranych trzech słowach długo oczekiwany, ożywczy powiew wolności, a następnie – z całą świadomością i prawdziwie wolną wolą – dał się mu porwać. Wtedy odnajdzie może na powrót swój smak, swoją wybredność, swoje młodzieńcze zaangażowanie. Życzę mu tego z całego serca: tym razem nie ma w moich słowach żadnego jadu, w końcu jest on częścią mojego losu.

Czy zastanawia się ktoś jeszcze nad tym, że czasami książka może swój cel osiągnąć? (Czy ktoś w ogóle jeszcze nad czymkolwiek się zastanawia?)

– Chcecie się nad tym pozastanawiać?

– Chcemy!

– No to szable w dłoń! Ja z synowcem na czele... i jakoś to będzie!

Zapytajmy się więc teraz (cały sekret sprowadza się wszak do tego, że trzeba się nauczyć stawiać sobie odpowiednie pytania, a więc takie, na które, dzięki adekwatnie długim zastanowieniom, zna się już odpowiedź) jakie warunki muszą być spełnione, aby książka osiągnęła swój cel?

A teraz wszyscy razem:

– Musi trafić na kogoś, kto miał podobne doświadczenia, a dzięki nim podobny, a więc częściowo chociaż wspólny, a częściowo własny język.

– Brawo! Skoro już tak dobrze nam idzie, to nie przerywajmy sobie, nie chowajmy szabel i zmierzmy się z kolejnym potworem. A zatem: o co chodzi z tą przyjemnością podczas czytania książki ze zrozumieniem?

– Ha! Już to wiemy – i nie wiemy, czy komuś powiemy! Czytaliśmy ze zrozumieniem i z przyjemnością...

– No dobrze, nie droczmy się dłużej, teraz możemy zdradzić uderzająco prosty sekret: trzeba długiego, potwornie długiego czasu wypełnionego po brzegi najrzetelniejszymi zastanowieniami, wszystko to oczywiście w błogiej ciszy pewnego miejsca... Znamy już to miejsce? A może daliśmy się bezpowrotnie wtórnie uzewnętrznić?

– Nie!

– Chcesz coś dobrze zrozumieć?

– Chcę!

– To zacznij się nad tym zastanawiać! Nikt nie wymyśli tu nigdy niczego istotnie nowego, jakiejś królewskiej drogi, pozostanie nam zawsze ostatecznie tylko światło naszego własnego rozumu. Inne światła, czy nam się to podoba czy nie, zawsze będą świecić dla nas słabiej.

– Aha!

(A tak na marginesie, poboczu i popasie: co to w ogóle znaczy coś zrozumieć?

– Znaczy to, po pierwsze i najważniejsze, zdać sobie z tego czegoś sprawę – zdać niejako meldunek skierowany do dowódcy, którym sam jesteś!

Skoro już odpoczywamy, to zjedzmy jakieś śniadanie; a więc:

– Zawitaj kromko chleba, masłem smarowana: do tego by się przydał kufel piwa z rana!)

– No to jeszcze jedno pchnięcie. Co to znaczy, że książka dotyczy problemów filozoficznych? – Baranie głowy roją sobie, że nie ma i nie było takich problemów. – Otóż, mój miły, problemy filozoficzne zawsze z nami są (o ile tylko nie zostaliśmy wtórnie uzewnętrznieni) i zawsze będą. Chcesz rozgryźć kilka z nich?

– Chcę!

– Wiesz już przecież, co musisz zrobić: odpowiednio długo się nad nimi zastanów – wszak do Ciebie są skierowane i tylko Ty możesz poznać odpowiedź, a potem zamilknąć; i niech sobie gadają, że tylko udawałeś – niech rozgryzają nawet Ciebie swoimi spróchniałymi ząbkami – Ty swoje i tak wiesz! Albo rozgryziesz swoje problemy za pomocą swoich duchowych zębów, albo one zjedzą w końcu Ciebie. Chcesz przed nimi uciekać, chcesz leczyć się ze swojego człowieczeństwa – no to uciekaj. Nie trzeba Ci wcale żadnej filozoficznej terapii, wystarczy całkiem zwyczajne filisterstwo i kołtuństwo.

– Aha!

– A teraz: na koń! I pędźmy dalej co on wyskoczy.

(– Panie Michale, koń mi ustaje! Ratunku Panie Michale!)

– Jazda!

– Co to znaczy, że ktoś sądził, a raczej: wierzył (er hat geglaubt: świadomie używam tu perfectum: wszystko to dokonało się)?

– Znaczy to, między innymi, że mógł się mylić.

– Co to znaczy, że książka coś pokazuje?

– Znaczy to, między innymi, że może pokazywać błędnie.

– Z czego tak naprawdę wypływają nasze problemy filozoficzne?

– Ha! Teraz już wiemy! Z naszych zadumań, zdumień i zastanowień – z naszego życia!

– Czy zrozumieliśmy już, na czym polega logika naszego języka? Niewątpliwie wiele tu osiągnięto, wiele też zepsuto. Kiedyś ją może zrozumiemy, a już na pewno będziemy się nad nią długo i rzetelnie zastanawiać!

– A więc o to chodzi!

– Czy można cały sens książki ująć w kilku słowach? Czy rzeczywiście wszystko, co się wie, da się powiedzieć w trzech słowach?

– Czasem tak... ale pewną aktywność trzeba długo uprawiać przedtem. Niekiedy można to powiedzieć nawet milczeniem! Trzeba też mieć komu... a tak w ogóle to najczęściej mówi się to sobie.

A teraz, gdy jesteśmy już gotowi, zakrzyknijmy przemyślanym od nowa i przystosowanym do naszych celów, odnalezionym na francuskiej prowincji, gdzie używał go do swych najpóźniejszych lat pewien weteran, a następnie obnoszonym przez jego ucznia po stolicy; przeniesionym wreszcie do ziemi włoskiej, sumiennie przetrawionym w Pustelni, a ostatecznie ściągniętym do Polski okrzykiem wielkopolitycznej, nareszcie z powrotem wschodzącej, przepojonej naszą okiełznaną w końcu zdrowym rozumem i niebojącą się już samej siebie ułańską fantazją, prawdziwie bonapartystycznej wolności (jeśli wiesz o czym ja mówię):

– Do broni!

– A więc śmiało: co w ogóle da się powiedzieć?

– To, co nie jest najważniejsze.

– Czy trzeba to jasno powiedzieć?

– Jeśli chcesz, aby inni Cię zrozumieli.

– O czym nie można nic powiedzieć?

– O tym, co najważniejsze.

– O czym trzeba milczeć?

– Właśnie o tym.

– Brawo!

Zastanówmy się teraz, czy można wytyczać granice myśleniu. Otóż można, tylko w zasadzie po co to robić? Swoim myślom trzeba wytyczyć granicę, inaczej nam uciekną.

Czy można wytyczać granicę wyrazowi myśli? Można i trzeba: to jest zadanie na nasze czasy. Nie mówię tu o żadnej publicznej cenzurze: w sobie trzeba wytyczyć tę granicę i nie wpuścić do niej żadnego wtórnie uzewnętrznionego intruza.

Czy można pomyśleć obie strony granicy? Być może rzeczywiście nie można, ale z pewnością da się je zobaczyć. Wiesz już z jakiego miejsca? Byłeś już tam?

Raczej jeszcze nie byłeś.

Czy to, co znajduje się poza granicą, jest po prostu niedorzecznością?

Jeśli nawet, to najważniejszą niedorzecznością. I chyba można tu powiedzieć sobie: Credo quia absurdum.

Teraz krótki odpoczynek: kilka głębokich oddechów, kilka upojnych spojrzeń w dół na to, co zostawiłeś pod sobą; może znajdzie się jakaś skała, na której można usiąść? Uważaj...

(Ach, byłbym zapomniał o tak ważnej sprawie! Zanim usiądziesz – daj sobie tę odrobinę przyjemności i dokonaj wreszcie tej długo wyczekiwanej, najdłuższej w życiu, dwutysięcznometrowej mikcji – nie będę patrzył... wiesz przecież, że nic, co ludzkie, nie jest mi obce. A więc – śmiało!)

Otwierasz poradnik taternika i czytasz sobie spokojnie kilka starych, wielokrotnie już wypróbowanych, dobrych rad:

...nie chciej oceniać, na ile Twoje usiłowania pokrywają się z usiłowaniami innych filozofów (a tym bardziej baranów)...

...nie staraj się pretendować w szczegółach do nowości (prawdziwie nowe będzie zawsze tylko ujęcie, tylko Twój własny punkt widzenia: każdy widzi w końcu ten sam świat)...

...nie podawaj żadnych źródeł (kto chce, ten się domyśli, skąd zaczerpnąłeś teraz już Twoje myśli; filozofii potrzeba dzisiaj przede wszystkim licenentiae poeticae – ma ją zresztą, odkąd wyszła z ciasnych murów)...

...niech Ci będzie ostatecznie obojętne, czy myślał już o Twoich problemach ktoś inny (i czy kiedykolwiek pomyśli)...

...zawsze pamiętaj, jak wiele zawdzięczasz pewnym wspaniałym dziełom (wtedy przestaniesz czytać komiksy)...

...zawsze pamiętaj, jak wiele zawdzięczasz pracom swoich przyjaciół (oni pracowali również dla Ciebie)...

...niech każda Twoja praca ma jakąś wartość (inaczej po co ją wykonywać?)...

...niech wartością Twoich wypowiedzi będzie zawsze to, że wyrażasz w nich myśli (choćby zupełnie nieoryginalne)...

...zastanów się, kiedy ta wartość będzie możliwie największa (a następnie wbij sobie odpowiedni gwóźdź do głowy)...

...nigdy nie osiągniesz wszystkiego, co możliwe (zastanów się więc, co jest teraz dla Ciebie możliwe – i spełniaj swoje marzenia)...

...niekiedy możesz nie mieć sił, by sprostać jakiemuś zadaniu (dlatego często, choć nie zawsze, zabieraj ze sobą na swoje wędrówki Twoich najserdeczniejszych przyjaciół – i pokaż im piękno, jak nakazał to czynić pewien krakowski stróż)...

...daj od czasu do czasu innym ludziom zrobić coś lepiej od Ciebie (Hej, hej! Teraz dłuższa przerwa: pewien niezwykle ważny plan wykonano lepiej właśnie u nas – właśnie tutaj, w naszym nadwiślańskim kraju. Podjął się tego i dotrzymał wszelkich zobowiązań pewien wiecznie młody Starzec, obdarzony łysiną szlachetniejszą nawet niż wszelki siwy włos, Wasz, Polacy, trzeci wielki filozof ostatnich czasów, o którym jadowite języki szepczą pokątnie, że złego licho nie bierze; ja zaś, a ze mną wszyscy ludzie dobrej woli, wznoszę co chwilę modły do wszystkich znanych i nieznanych mi dobrych duchów, aby dały mu jak najdłuższe życie, wolne od wszelkich cierpień zgrzybiałej starości, a na koniec euthanasie w takim sensie, w jakiej pisał o niej Schopenhauer, jeden z jego i moich mistrzów: czyli bezbolesne osunięcie się w niebyt. Niech nam zresztą żyje nawet dwieście lat! Zum Wohl!

Dla jego uczniów też mam słówko, tak na uszko: wyjdźcie wreszcie z katakumb i chodźcie ze mną w góry!)...

...przypomnij sobie (i przestań słuchać baranów), że myśli bywają prawdziwe (i że czasami – wprawdzie rzadko – daje się to ustalić definitywnie)...

...jakie to oczywiste: czasem możesz się mylić (czasem, i to jest znacznie ważniejsze, możesz się nie mylić)...

...daj się odszukać problemowi, który będziesz chciał rozwiązać ostatecznie (czy nie Ty sam jesteś dla siebie tym problemem?)...

...zauważ, jak w pewnym sensie mało osiągnąłeś (a w innym sensie jak dużo!)...

...a na koniec: podpisz się pod tym wszystkim i powiedz, gdzie i kiedy to zrobiłeś, czyli nie bój się już nikogo i niczego.

Przerywamy lekturę, wstajemy – kręci nam się w głowie – i idziemy dalej. Czy skorzystamy z dobrych rad? To się okaże; to będzie nasza, wolna decyzja.

Przed nami rozciąga się oszałamiająco jasny widok drogi, którą jutro musimy pokonać. Pełno na niej pułapek, pełno na niej potworów. Boisz się tego, co Cię czeka? Boisz się pradawnego ognia? Boisz się swojego najgorszego Balroga? Czujesz ten zwierzęco-nadludzki strach? Odważyłeś się już, chociaż raz, spojrzeć mu prosto w oczy? Wiesz już, że pradawny ogień płonie w Tobie?

Tak... i nie wstydzisz się tego. Wiesz już bowiem, co musisz zrobić: stanąć na swoim własnym moście Khazad-d?m i rozkazać potworowi, aby wrócił do cienia; a później, po tych wszystkich otchłannych walkach, po tych wszystkich czeluściach, po śnie, przemianach, odrodzeniu i po spotkaniach z innymi, jeszcze straszniejszymi od Balroga stworzeniami – wrócisz do swego Shire... już słyszysz tę muzykę... już czujesz zapach najlepszego tytoniu... już wyobrażasz sobie, jak Twoja dobrze opowiedziana przyjaciołom historia mówi sama za siebie.

To wszystko czeka nas jutro, a teraz trzeba zejść trochę niżej i odpocząć. Ach! Wreszcie trochę ciepła... A po zupce chińskiej i rybie z puszki w pełni zasłużony deser: kufel zdecydowanie zbyt drogiego piwa. A do tego – cóż za niespodzianka! – dwie lektury: jedna krótka, druga jeszcze krótsza, ale jako że wielokrotnie przeszliśmy opisaną w niej drogę, w pewnym sensie najdłuższa.

Lektura pierwsza. Cóż my tu mamy? Pewna przedmówka (lepsze od niej i w ogóle najlepsze w całej książce – i jakże boleśnie prawdziwe – jest poprzedzające ją motto). Z przedmówki dowiadujemy się, że można się przez długie lata zajmować niezwykle istotnymi problemami i uzyskać zaledwie luźne uwagi; że myśli mogą słabnąć, jeśli już się nie potrafi pchnąć ich w jednym kierunku; że bywa w życiu, iż na starsze lata, zamiast projektować piękne domy, potrafimy już tylko sporządzać szkice plenerowe; że czasem niesłusznie zmieniamy zdanie o naturze dociekania; że niekiedy chybiamy i że mamy swoje ułomności; że nie tylko pozytywniacy, lecz także punktualnie five o'clock zasiadający do swojej herbatki badacze zawiłości leksykalnych i frazeologicznych ludowej angielszczyzny źle nas rozumieją; że złym szkicom potrzeba dobrego tła (barany nic nie wiedzą o tym tle); że wyrażenie "dostrzec błędy" jest bardzo wieloznaczne; że logiczne nasienie wielkiego Geista jest impulsem nie do zastąpienia; że nie na wszystkim, co się piszę, zostawia się prawdziwie swoje piętno (że niektórzy na starość wyzbywają się własnego ja; czyżby tylko buddyzm pozostał nam z młodzieńczego rozchylenia naszych duchowych nóg przed najrzetelniejszych rozmiarów Geistem?); że ubóstwo pewnych prac sprawia, iż mało prawdopodobne staje się to, iż ktoś dozna dzięki nim oświecenia; że szczerze chcąc pobudzić kogoś do własnych myśli (i nie chcąc oszczędzić mu myślenia) można trafić na barana; że czasem chce się, a nie może (niczym ów belfer szkoły żeńskiej); a tak w ogóle to czas szybko mija, a w Cambridge roi się od baranów...

Ach! Cóż za lektura! Czyżby to była – gazeta? Chyba trzeba będzie strzelić sobie cup of tea...

No dobrze, jeszcze jedna, bardzo krótka, ale za to jakże treściwa, niekończąca się opowieść: podkradziona pięknemu Starcowi spiżowa tablica, na której widnieją trzy przykazania filozoficzne:

Pierwsze: poczekasz, aż będziesz miał coś do powiedzenia.

– Aha! A więc poczekasz na swój styl!

Drugie: będziesz umiał to jasno powiedzieć.

– Hmm... a gdzie ja się tego nauczę? Już wiem! Muszę znaleźć, a następnie pilnie słuchać tylko i wyłącznie najlepszych nauczycieli!

Trzecie: nie będziesz bał się tego powiedzieć.

– To nie wymaga komentarza.

Zapamiętaj dobrze treść wyrytą na spiżowej tablicy: będziesz mógł ją sobie powtarzać w najtrudniejszych chwilach. A nasza jutrzejsza historia coś nam znowu powie sama za siebie!

I jeszcze jedno, ostatnie zastanowienie przed snem: jaką rolę odgrywa język w przedmowach? (A może nawet powoli widać już, jaką rolę odgrywa język w naszym życiu?) Czyżby po prostu mówił nam, jak należy czytać książkę? A może mówi coś więcej? A raczej nie tyle mówi, co pokazuje?

Pokazuje mianowicie, z jakiego punktu widzenia możemy, a niekiedy nawet powinniśmy się przyjrzeć temu, co nas interesuje.

Zastanów się nad tym, ale niezbyt długo, ponieważ jutro bardzo wcześnie wstajemy.

– Dobranoc!