Trzy światy - Elżbieta Zawistowska

Kup ebooka

10.10 zł
8.38 zł (8,59 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

W czasie

Pamiętam ten szept w głowie, te słowa, które kodowały mój mózg.

- Zrób to, będziesz lepsza, poczujesz moc.

Kto by się wtedy oparł takiej pokusie?

Ja nie, a mój chłopak... on to miał głowę, wiedział gdzie, co można, miał kontakty i było okej. Mnożył się, troił lub znikał na dłużej.

Pewnego dnia już nie wrócił, wyprowadził się na stałe z mojego życia, zostawiając mnie na zakręcie.

- Kim on był dla mnie? - pytasz.

Po prostu liściem, który wiosną się zieleni, by na jesień dotknąć ziemi, zimą zniknąć, pociągając za sobą w niebyt. Jemu właśnie zawdzięczam ten stan.

Naiwna, zbuntowana nastolatka, która miała być księżniczką, teraz już tylko pozostała jedna potrzeba, wprowadzać się w inny stan i trwać w swoim świecie.

Mój świat to film, bajka, która przelatuje mi po głowie, klatka po klatce, rolka po rolce. Nieraz zrywa się taśma, klatka stop... i pustka, nie ma mnie, jest cisza w mojej głowie, w moim świecie, śmiertelna cisza. Czy śmierć jest właśnie taką ciszą? Niebytem? - bardzo możliwe.

Wczoraj, mój obecny chłopak zrobił ekstra imprezę, udało mu się dobrze zarobić, mogliśmy nieźle zabalować. W nocy, po imprezie, obudziłam się, poczułam gryzący zapach dymu, nasza kołdra tliła się, prawdopodobnie od papierosa. Mer wciąż pali w łóżku.

- Mer, obudź się - zaczęłam szarpać mojego chłopaka.

Gdy w końcu go dobudziłam, wstał półprzytomny i wyniósł dymiącą kołdrę do kuchni.

- I co? - spytałam, jak wrócił.

- Już zgasiłem - burknął i za chwilę spał.

Nad ranem obudziło nas głośne dobijanie się do drzwi.

- Pali się - słychać było wołanie za drzwiami.

Wstaliśmy, w kuchni było pełno dymu. Drzwi między kuchnią a łazienką stały w ogniu. Zaczęliśmy gasić ogień, lejąc wodę:

wiadrem, miską, garnkiem, czym popadło. W końcu sami ugasiliśmy płomienie. Rano, przyjechała straż, ale już było po wszystkim.

Po pożarze kuchnia wyglądała jak czarna dziura. Podłoga przy łazience częściowo wypaliła się, drzwi nie nadawały się do użytku, ściany i sufit przybrały czarny, zakopcony kolor. Chłopaki, którzy nieraz nas odwiedzają, ozdobili ściany i sufit rysunkami i napisami. Nie wyglądało to pięknie, ale do wszystkiego można się przyzwyczaić, nieraz już gorzej mieszkałam.

Zdarzyło się w moim życiu, że spałam na klatce schodowej. Było to zaraz, jak uciekł mój pierwszy chłopak. Wtedy poznałam Mera i z nim wyjechałam na "zielone łąki". Były to niezłe czasy, gdy buszowaliśmy po kraju i żyło się chwilą. Zresztą, moje całe życie jest tylko chwilą, teraz i przedtem, zawsze i wszędzie. Czy ja mogę myśleć inaczej? Wiem, że do trzydziestki nie dojadę, chyba że wymyślą nowy bieg w czasoprzestrzeni, oparty na psychologii, pozwalający poruszać się bezpiecznie po drogach wewnętrznych, według znaków nowej generacji technologii kwantowej. Kiedyś nastąpi taki przełom, nakreśli nowe kierunki, które dziś wytycza czas i klimat.

Po naszych owocnych wojażach po kraju dobiliśmy, gdy aura zaczęła szwankować do stolicy. Tam, na dworcu można spędzić cały swój żywot. Oczywiście, trzeba było dobrze się pilnować i nie wchodzić w kolizje z tamtejszym "prawem".

Nie spaliśmy na dworcu, bo tamtejsze kwatery były zarezerwowane dla "arystokracji", więc my szaraczki musieliśmy "wynająć" pokój na mieście. W stolicy nie jest na szczęście trudno o to, dlatego bez problemu urządziliśmy sobie własną sypialnię na ostatnim piętrze wieżowca. Całkiem dobrze nam się mieszkało, zdołaliśmy nawet wygodnie się umeblować. Materace do spania i niczego nam już nie było trzeba, bo co można wymagać, jak ma się gdzie spać? Do tego w ciepłym pomieszczeniu, przy centralnym ogrzewaniu, sam szpan. W moim "M" mam tylko piec węglowy i zero węgla. Zimą jest prawie jak na dworze, sople wiszą nawet pod nosem u Mera.

- Z czego żyjemy? - pytasz.

Wciąż wędrujemy z Merem po mieście i trochę zarabiamy. Jest ciężko, bo i nas dopada bezrobocie. Często napotykamy ludzi, którzy proszą o wsparcie. Tak tworzą się warstwy społeczne. Będąc na górze, często nie zauważamy dolnych warstw, korzeni, z których wyrastamy.

Od słów do czynów jest daleka droga,

lecz nie każdy patrzy poza okrąg swego ogrodu.

My, pogodzeni z czasem,

płyniemy swoim własnym szlakiem.

Raz między płotkami, raz pod dachem,

niczym niebieskie ptaki, wolne od nadmiaru.

Taki nasz sposób na życie,

- Skąd taki sposób? - pytasz

Pewnie z kosmosu. Tak, jesteśmy kosmitami, z innego wymiaru. Tam, nie żyliśmy materialnym bytowaniem a chwilą i fantazją...

Tutaj brakuje mi prawdziwej przynależności, do której tęsknię i w chwilach ciszy wracam, tam skąd przybyłam. To, ta moja ciekawość tak zemściła się na mnie. Często zadaję sobie pytanie. Co ja tu jeszcze robię? Brak odpowiedzi, zgubiłam swój powrotny kod do mojej prawdziwej istoty. Tu, na tym padole nie jestem na swoim miejscu. Jest mi ciasno, duszę się w tym pyle, dymie, zanieczyszczeniu. Szukam więc i pytam o drogę do mojej prawdziwej rzeczywistości. Pocieszam się myślą, że wrócę do mojego pięknego świata, bo tyle wiem, tyle moja jaźń rozumie.

Myślenie nic nie kosztuje, a zobowiązuje, dlatego myślę, że stanie się to zanim przekroczę trzydziestkę. Moi współbracia nie mogą o tym rozmawiać, bo mają kod na świadomości i nie są w stanie go zerwać. Gdy przyjdzie czas naszego odejścia, wtedy w ich umysłach zapali się światełko zrozumienia. Teraz tylko niewielu z nas ma ten dar wiedzy.

Nie spotkałam jeszcze takiej osoby, ale wiem, że spotkam, gdy przyjdzie czas naszej realizacji, naszej odmiany, a na koniec czas odejścia i powrotu do naszej rzeczywistości. Tu jesteśmy tylko przelotem, tymczasowo. Już niebawem przyjdzie ten dzień, wiem, bo jest to zapisane w mojej świadomości i odnajdę kod, a wtedy zacznie się początek końca tu, a Wielki Powrót Tam.

W moim obecnym wcieleniu wciąż nam problemy z tuziemcami. Mimo że jestem w tej rzeczywistości już od dwudziestu lat, wciąż nie mogę przystosować się do teorii i praw istniejących w tym świecie. Dlatego żyję w zawieszeniu między dwoma światami. Tu jestem fizycznie a do mojego prawdziwego świata, podążam myślą i ciałem metafizycznym, astralnym. Dzięki moim podróżom do świata moich przodków, moich korzeni, w mojej świadomości coraz częściej pojawia się film z tamtego świata.

Z każdą nową premierą, film przybiera jaśniejszy i pełniejszy obraz. Dociera do mojej świadomości, otwiera oczy i wskazuje drogę do celu, którą muszę pokonać, by wrócić do swojego prawdziwego istnienia. Są to wskazówki dla mnie, aby poprowadzić moich współbraci. Najpierw jednak muszę ich wszystkich odnaleźć i nawiązać kontakt, by w każdej potrzebie przekazywać dane i zadania.

Takich osób jest wiele na świecie. Nasze miano brzmi Prowadzący. Każdy z nas ma rozwiniętą świadomość i wie, kim jest, jednak tylko razem tworzymy kod, który jest potrzebny do powrotu. Dlatego musimy się odnaleźć i to jest nasze pierwsze zadanie. Od kiedy zrozumiałam swój cel, inaczej patrzę na świat. Wiem, że ludzie dzielą się na różne podziały, ale w moim przypadku interesuje mnie jeden podział; tuziemcy, oraz moi ludzie.

Między nimi mogą znaleźć się osoby, które nie należą w pełni do nas, bo mogą być różne przemieszania. Jednak jeden z naszych znaków rozpoznawczych jest potrzeba wolności i ta cecha bardzo nas wyróżnia. Nie wiem, czy zdołam odnaleźć wśród swojego otoczenia Prowadzących. Moja podświadomość nic na ten temat mnie nie informuje. Z tego wynika, że sama muszę rozejrzeć się, rozpocząć poszukiwania, bo właśnie taki przekaz otrzymałam. Przekazy otrzymuję pocztą telepatyczną.

Potrzebny jest na to odpowiedni nastrój i wyciszenie. Często mój stan, w czasie którego odbieram sygnały, zakłóca Mer, jego ignorancja i niezrozumienie powagi mojej misji. Właśnie ostatnio, gdy otrzymałam moje pierwsze zadanie, by odszukać Prowadzących, próbowałam wprowadzić się na ścieżkę, którą podążają podobne mi istoty. Fakt, że nie mam jeszcze wielkiej wprawy na wchodzenie i poruszaniu się tą ścieżką, to jeszcze Mer zakłóca mi fale. Jednak nie mogę się go pozbyć, bo nie pozwala mi na to etyka, która w naszym świecie jest bardzo przestrzegana.

Tam nie istnieje pojęcie potrzeb materialnych i dlatego jesteśmy tak bardzo niematerialni i obojętni na wszelkie dobra. Jesteśmy ulepieni z materii nieistniejącej w pojęciach ziemskich i niewytłumaczalnej w ludzkim języku. Naszego sensu istnienia nie można dlatego przełożyć na żaden tutejszy język.

Poszukiwania

Teraz jestem sama i liczę na to, że Mer nie wróci szybko, dlatego nie mogę tracić czasu na przyziemne sprawy. Wchodzę w stan, który potrzebny jest do moich poszukiwań. O wiele łatwiej byłoby, gdybym mogła co dzień ćwiczyć i pracować w celu mojej misji.

Znów jestem w miejscu, które jest mi znane z poprzednich pobytów. Jestem wśród mgły i chociaż mam szeroko otwarte oczy, mgła tworzy zasłonę.

Wpatruję się mimo to w punkt pośrodku i dzięki skupieniu uwagi, zaczynam stopniowo widzieć dal, wąski tunel przed sobą. Tunel staje się coraz bardziej wyraźny, wiem, że muszę iść naprzód. Nie odrywając nóg od podłoża, posuwam się bardzo wolno do przodu. Tunel skręca w bok, a ja zatrzymuję się na przeszkodzie, która tarasuje mi drogę. Moją głowę ogarnia niemoc i ciężar, który płynie po całym ciele. Czuję go każdą moją komórką, jest to ból nie do zniesienia.

- Dlaczego? - kiełkuje w mojej głowie pytanie, na które po chwili zjawia się odpowiedź, która jeszcze głębiej mnie rani.

PYCHA...

Dociera do mnie zrozumienie, dlaczego napotkałam tę przeszkodę na mojej drodze. Nigdy nie zdawałam sobie sprawy, że pycha jest moją cechą, ale w tej sytuacji wiedziałam, że nie ma tu pomyłki, a ja mogłam przeoczyć własne wady, które łatwo się lekceważy, lub po prostu nie zauważa. Czułam jedną wielką ranę na całej mojej naturze.

Gdy już byłam u kresu wytrzymałości, mój ból stopniowo zaczął uchodzić ze mnie. Wtedy poczułam wielki żal w sobie, który spowodował płacz. Płakałam, a ból i żal odpływał w miarę upływu moich łez. W końcu poczułam ulgę. Byłam jednak bardzo zmęczona. Wiedziałam, że koniecznie muszę odpocząć, bo moja energia zupełnie mnie opuściła. Osunęłam się na ziemię i po prostu usnęłam.

Gdy obudziłam się, nic nie pamiętałam, nie zdawałam sobie sprawy, gdzie się znajduję, jednak po pewnym czasie dotarła do mnie prawda. Okazało się, że spałam w tym samym miejscu, w którym osunęłam się na ziemię. Czułam się o wiele lepiej po obudzeniu, dlatego postanowiłam iść dalej tunelem.

Za następnym zakrętem, tunel nagle urwał się tak niespodziewanie, że nie zauważyłam przed sobą głębokiej przepaści, w którą zaczęłam spadać. Na szczęście nie leciałam zbyt szybko, dlatego w trakcie spadania mogłam zrozumieć, dlaczego to mnie spotyka. Było to dla mnie takie ewidentne, że samo nasunęło mi się do głowy. Zdawałam sobie dokładnie sprawę, że spadanie w przepaść przedstawia całe moje życie, w którym spadłam na dno, przez własne złamane uczucia, więc teraz spadam i pewnie na samym dole rozbiję się na tysiąc kawałków.

W trakcie spadania zrozumiałam cały nonsens mojego dotychczasowego życia. Zrozumiałam cały absurd zmarnowanego życia młodego człowieka, którego ogarnia pustka i bezcelowość i tylko jeden przymus, zaspokojenie swej urojonej potrzeby. Nieskończona kwadratura koła, człowieka zniewolonego nałogiem, człowieka niewolnika.

Współczułam sama sobie i wszystkim mi podobnym niewolnikom. Wiedziałam, że moi ludzie, w tym świecie, zostali zniewoleni, z powodu swych słabości, braku wiary w siebie i siły ducha. Teraz posiadłam wiedzę i poczułam siłę. Wiedziałam, że jest to próba dla mnie i jeżeli wyjdę z niej cała, będę musiała pozbierać się i poskładać swoje złamane uczucia, by odbudować je na nowo i uwolnić od uzależnienia.

Zrozumiałam, że przez nałóg, stałam się niewolnikiem i jest to jedyna moja szansa, na uwolnienie siebie i innych z tej strasznej niewoli. Gdy teraz mi się nie powiedzie, zginiemy w cierpieniu i bólu, które pójdzie na marne i nie przyniesie nikomu pożytku, tylko przegraną dla nas i dla wielu ludzi związanych z nami. Poczułam zrozumienie i nieodpartą chęć, by stać się wolnym człowiekiem. Gdy ta słuszna potrzeba wypełniła mnie do reszty, zniknął we mnie strach przed upadkiem, wtedy ujrzałam pod sobą jaskinię, do której spadłam, nie robiąc sobie większej krzywdy.

Gdy jednak spróbowałam wstać, poczułam ból w kostce, zaczęłam ją masować. Chciałam zbadać miejsce, w którym się znalazłam. Jednak moja noga spuchła i zaczęłam obawiać się, czy jej nie złamałam. Gdy tak siedziałam, zmartwiona moim unieruchomieniem, dotarł do mnie odgłos kroków. Przeszedł mi po plecach zimny dreszcz. Nie wiedziałam, kto może wyłonić się z wnętrza jaskini. Bałam się, że może mnie spotkać coś strasznego. Im bardziej zbliżały się kroki, mój strach narastał. W panice doczołgałam się w najciemniejszy zakamarek jaskini. Kroki dudniły mi w głowie, były tak głośne, jakby pociąg przejeżdżał wprost nade mną. Po chwili zrozumiałam, że ktoś chodzi nad moją głową i coś ciężkiego ciągnie.

Trochę opanowałam strach, wiedziałam, już po tych wszystkich doświadczeniach, związanych z moją misją, że nie mogę ulegać słabościom, bo one prowadzą do zguby. Zaczęłam żałować, że jestem unieruchomiona i nie mogę o własnych siłach iść i sprawdzić kto jest na górze. W takim wypadku pozostało mi czekać, aż ta osoba, czy jakaś inna istota sama przyjdzie do mnie.

W szpitalu

Gdy w końcu zapanowała nade mną cisza i nikt nie zjawiał się, usnęłam. Nie wiem, jak długo spałam, lecz zostałam wyrwana ze snu strasznym hałasem. Otworzyłam oczy i zobaczyłam nad sobą straszną, wykrzywianą twarz. Pomyślałam, że jest to na pewno tylko koszmar senny i zamknęłam oczy z powrotem, by zły obraz znikł. Gdy po dłuższej chwili hałas ucichł, znów otworzyłam oczy. Nade mną pochylała się twarz człowieka i słyszałam jakieś słowa. Przyjrzałam mu się dokładnie, okazało się, że jest to mężczyzna. Jego twarz nie była zła, ani straszna, wręcz odwrotnie, uśmiechał się nawet do mnie.

- No, nareszcie wróciłaś - rozpoznałam w końcu, co do mnie mówi.

Byłam jednak bardzo oszołomiona i nie wiedziałam, gdzie jestem i co się wokół mnie dzieje. Człowiek, który był przy moim obudzeniu, starał się, wszystko mi wytłumaczyć i chętnie odpowiadał na moje pytania

- Co się stało? - spytałam

- Miałaś zapaść - powiedział bardzo miłym głosem.

- Ale nie martw się, już jest wszystko dobrze.

- Gdzie ja jestem? - spytałam, rozglądając się po sali.

Nadal nie wiedziałam, gdzie się znajduję.

- Jesteśmy w jaskini?

- W jakiej jaskini? - zdziwił się mężczyzna.

- Jesteś w szpitalu, miałaś zapaść, ale już wróciłaś - powtórzył.

- W szpitalu? - zdziwiłam się bardzo.

- Skąd się tu znalazłam? - nie mogłam tego pojąć.

Mężczyzna chętnie odpowiadał na moje pytania. Z jego odpowiedzi dowiedziałam się, że zostałam przywieziona do szpitala w czasie zapaści. Byłam reanimowana, a teraz w końcu odzyskałam przytomność.

- Teraz już nic ci nie grozi, ale pozostaniesz jeszcze w szpitalu na obserwacji i może trochę przybędzie ci ciała, bo jesteś bardzo wychudzona. Jak chcesz być zdrowa, musisz lepiej się odżywiać - dodał na odchodne.

Byłam podłączona do urządzeń szpitalnych. Na szczęście pielęgniarka, która została na sali, pościągała ze mnie wszystkie te urządzenia, poza kroplówką.

- To ci zostawię, dobrze ci zrobi, bo same kości na tobie.

Pielęgniarka nie przestawała mówić, kręcąc się cały czas przy mnie.

- Przywieźli cię w takim stanie. Gdzie ty się tak doprawiłaś? To przez to, że za mało jesz.

- Wpadniesz w anoreksję, jak nie będziesz dbała o siebie. Ile ty masz lat?.

- No właśnie, dwadzieścia - sama sobie odpowiedziała, zerkając na moją kartę.

- A wyglądasz na dwanaście. Dlaczego tak się odchudzasz? - spojrzała na mnie pytająco.

- Ja, jakbym miała taką córkę, to bym ją zmusiła do jedzenia.

- Kiedy mnie tu przywieźli? - z trudem udało mi się wejść między potok jej słów.

- Już ponad tydzień.

- Tydzień? - zdziwiłam się. To niemożliwe.

- Możliwe, przez to, że nic nie jesz, miałaś śmierć kliniczną. Tylko nie martw się, już jest dobrze - tłumaczyła, wyraźnie wystraszona swoją prawdomównością.

- Jak to śmierć? Przez tydzień? - byłam naprawdę zdziwiona.

- Przecież ja pamiętam, byłam w jaskini - wszystko mi się poplątało.

- Co ty mówisz? W jakiej jaskini?

- Śniło mi się, że jestem w jaskini - wolałam jej nie mówić o mojej misji.

- Ludziom często w takim stanie przedstawiają się różne wizje. Jak chcesz, możesz mi opowiedzieć swoją.

Nie miałam ochoty na długie rozmowy. Pielęgniarka była na tyle inteligentna, że zrozumiała moje milczenie i już nie nalegała.

- Teraz widzę, że jesteś zmęczona, jak chcesz, możesz sobie trochę pospać. Ja będę do ciebie zaglądać, a jak coś będziesz potrzebować, to naciśnij ten przycisk.

- Dziękuję, chętnie trochę pośpię - miałam ochotę wrócić do jaskini, bo wciąż nie wiedziałam, kto tam mieszka.

Gdy tylko pielęgniarka wyszła, dłużej już nie zwlekałam, natychmiast wróciłam na moją ścieżkę. Nie miałam już takich trudności, jak na początku, dlatego bez większego problemu znalazłam się w znajomej jaskini. Samo przejście, ze świata realnego w świat nadświadomości miałam już opanowany. Wróciłam w to samo miejsce i ten sam moment.

Ponownie w szpitalu

W tym miłym nastroju obudziłam się z powrotem na szpitalnej sali. Poczułam dyskomfort, wolałabym nie wracać więcej do tej rzeczywistości, o wiele lepiej czułam się w tamtej. Jednak nie miałam na to wpływu, widocznie jeszcze całkiem nie dojrzałam do tego, by tam zostać - pomyślałam.

W tym świecie zastałam wszystko na swoim miejscu, nadal leżałam na tym samym łóżku, a nade mną krążyła znana mi pielęgniarka. Gdy otworzyłam oczy, wyraźnie się ucieszyła. Widać, nie mogła się doczekać, kiedy zaleje mnie swym niewyczerpanym potokiem słów.

- Przespałaś prawie cały dzień. Ty to masz melodię do spania. Ale takie chuchro, to nawet nie ma, co się dziwić, że wciąż śpi - mówiła, bez przerwy.

- Musisz coś w końcu zjeść. Przespałaś śniadanie, obiad, to teraz, chociaż kolację zjesz. Na pewno jesteś bardzo głodna.

- Nie - pokręciłam przecząco głową.

- Nawet mi nie mów. Chcesz żyć, to musisz jeść.

- Ale ja nie mogę.

- Jak to nie możesz? Poczekaj, wpierw się napij, bo na pewno zaschło ci w ustach, a później pomału wróci ci apetyt.

Nie mogę tu zostać - pomyślałam, nie mówiąc jednak tego głośno. Wiem, że ona, by tego nie zrozumiała. Nie chcę tu zostać, więc po co mam jeść? Nie mogę wrócić do mojego życia, nie chcę!!! - wołała we mnie moja świadomość.

Pielęgniarka była jednak nieubłagana. Muszę przyznać, że nie spotkałam takiej osoby w moim życiu, której by tak bardzo zależało na kimś obcym. Szkoda, że wcześniej jej nie poznałam, może moje życie wyglądałoby zupełnie inaczej.

Przy niej nie dało się, nic nie zjeść. Stała nade mną jak stróż i musiałam zmusić się, by przełknąć kilka kęsów. Widziałam jej zaangażowanie i nie mogłam zrobić jej tej przykrości. Po przymusowej kolacji, w końcu mogłam trochę odpocząć. Miałam wielką ochotę wrócić do mojej nowej przyjaciółki Geri, jednak nie było mi to dane.

W moim pokoju zjawił się Mer, on zawsze wie kiedy może mi przeszkodzić. Jednak nie mogłam mieć tym razem żalu do niego, ponieważ przyszedł do mnie w dobrej intencji, według zwyczaju, jaki panuje w społeczeństwie, że należy odwiedzać chorych.

Mer jak zwykle miał problemy w swoim życiu.

- Chcą nas wyrzucić z mieszkania - zaczął bez zbędnych wstępów.

- Sąsiedzi zmówili się przeciwko nam i napisali pismo do spółdzielni, że tworzymy zagrożenie. Była komisja u nas i stwierdzili, że mieszkanie jest zaniedbane i zadłużone. Mamy otrzymać nakaz eksmisji.

- Gdzie? - spytałam.

- Przecież wiesz, na ulicę.

- Ty chyba żartujesz, nie mogą nas wyrzucić. To jest mieszkanie po mojej rodzinie.

- Chyba nie znasz życia. Kogo to obchodzi?

Najważniejsze, by płacić za mieszkanie.

- Przecież płaciliśmy.

- Ale mamy zaległości, wiesz o tym.

- Zawsze mówiłam, że to jest najważniejsze, a ty jak były pieniądze, wolałeś je przerobić.

- Przestań się czepiać.

- Dobrze, jak wyjdę ze szpitala, to gdzie mam przyjść?

Mer tylko wzruszył ramionami.

- A ty gdzie będziesz?

- Nie wiem.

- Dzięki za dobre wiadomości. Już teraz naprawdę nie mam po co wracać.

- A co, zostaniesz tu na zawsze? - spytał drwiąco.

- Mam inne wyjście?

- Chciałabyś tu zostać na wieki?

Wtedy coś zrozumiał.

- Chcesz skończyć z sobą? Nie wygłupiaj się, to nie ma sensu.

- Nie chcę skończyć z sobą, ale mam inne plany.

- Jakie?

- Dowiesz się, jak przyjdzie czas.

- Okey, Muszę już lecieć, zasiedziałem się kapkę.

Poszedł. Przyznam, że poczułam niesmak, zniechęcenie, smutek. Wszystkie te i tym podobne uczucia wymieszały się we mnie, zamieniając się w ogólny bezsens mojego istnienia w tym świecie. Po prostu jestem tu nie na swoim miejscu, nie chcą mnie w tej rzeczywistości, więc co ja tu jeszcze szukam?

Zadałam sobie sama to pytanie i nie znalazłam na nie odpowiedzi. Nie mogę tu więcej wracać, nie chcę, nie mam po co. Jedyny mój cel, iść tam, gdzie jestem potrzebna i gdzie chcę wrócić, by wypełnić swoją misję.

W jaskini

Postanowiłam więcej nie czekać. Natychmiast wprowadziłam się w stan, pozwalający mi na powrót do jaskini.

Odetchnęłam z ulgą, gdy zobaczyłam znajome miejsce. Zawsze, gdy jestem w ziemskim świecie, boję się, że nie wrócę więcej do tego wspaniałego, spokojnego miejsca i nie zobaczę Gery. Na szczęście wróciłam. Znalazłam się w pokoju Gery i jej dziecka w tej samej pozycji, w której go opuściłam. Siedziałam wygodnie w fotelu, jednak Gery nie było koło mnie. Rozejrzałam się po otoczeniu, niestety byłam sama. Trochę mnie to zmartwiło, bo przy niej czułam się o wiele pewniej.

- No trudno, będę musiała iść, może znajdę ją na zewnątrz - pomyślałam.

Gdy wyszłam z pokoju, znalazłam się na wąskim korytarzu groty. Wróciłam do pokoju, by dokładnie go przeszukać, w celu znalezienia innego wyjścia. Niestety, nie znalazłam drugiej drogi. Wróciłam na wąski korytarz. Postanowiłam iść nim, aż dojdę do zamierzonego celu. Droga prowadziła mnie prawie na ślepo. Niestety nie miałam wyboru.

Każda droga gdzieś prowadzi, a jak ma się dobry cel i jedną drogę do niego, trzeba iść. Nie stać w miejscu, nie cofać się, wtedy w końcu dojdzie się na miejsce - pocieszałam się w myślach.

Miałam ten swój świat, do którego chciałam wrócić, gdy leżałam na wygodnym, szpitalnym łóżku, więc nie powinnam teraz grymasić. Muszę przyznać, że liczyłam na pomoc Gery w tych moich poszukiwaniach, ale widać nie było mi to pisane. Wiem, że każdy ma swoją drogę do celu i sam musi ją pokonać. Znając tę prawdę, nie mogę narzekać, lecz iść przed siebie swoją własną ścieżką, choćby ona była trudna do pokonania.

Zawsze bałam się nietoperzy i widocznie ten strach musiałam w sobie pokonać, bo właśnie one pojawiły się na mojej drodze. Już z poprzednich doświadczeń wiedziałam, że mój strach tworzy te zagrożenia, dlatego rozumiałam, że gdy go pokonam, nietoperze znikną. Jednak, gdy próbowałam to uczynić, stwierdziłam, że najtrudniej jest pokonać swój własny strach.

Walka z samą sobą jest najcięższa. Ile trzeba samozaparcia, by zwalczyć swoje obawy. Jaką walkę trzeba stoczyć sama z sobą, bez pomocy innych osób. Teraz dopiero przyszło mi się o tym przekonać. Miałam świadomość, że gdy się poddam, nigdy nie wypełnię swej misji. Musiałam zwalczyć w sobie wszystkie problemy, które znałam i które były dotychczas ukryte przede mną. Miałam świadomość, że muszę wszystkie zwalczyć i w ten sposób się uwolnić. Musiałam pokonać wszystkie bariery, które tkwiły we mnie, by stać się wolną od nich i gotową do Wielkiego Powrotu. Pokonać kawałek siebie, który jest całkiem dużych rozmiarów.

Gdy to wszystko, po kolei dotarło do mnie, z determinacją ruszyłam prosto w stronę nietoperzy. Wszędzie było ich pełno. Fruwały, wisiały do dołu głowami na suficie i ścianach. Miałam coś w rodzaju fobii na te ssaki, jednak postanowiłam, że się nie podam. Wiedziałam, że nie mam po co wracać, a nawet gdybym wróciła, to byłaby to moja klęska. Pokonam swój strach, postanowiłam. Muszę być silna. Moja misja jest dla mnie najważniejsza. Myśląc w ten sposób, weszłam w sam środek mojego strachu. To był pierwszy krok naprzód. Okazało się, że pierwszy krok jest najważniejszy. Chociaż najtrudniej go postawić, lecz dobrze się przełamać, bo następne są o wiele łatwiejsze. Ja miałam okazję się o tym przekonać.

Kiedyś, jako małe dziecko miałam kontakt z nietoperzem i tak nieprzyjemnie go odebrałam, że od tej pory panicznie się ich bałam. Nie mogłam patrzeć nawet na zdjęcia tych stworzeń. Jednak teraz zrozumiałam, że to było tylko złe wspomnienie, które zakodowane we mnie, tworzyło niepotrzebny strach. Myśląc w ten sposób, przeszłam i żaden nietoperz nie zainteresował się mną bardziej, chociaż to ja byłam intruzem, ja zakłóciłam im spokój. Okazało się, że nie są to groźne i niemiłe stworzenia. Poczułam na szczęście, po tym drugim kontakcie z nimi, nawet coś w rodzaju sympatii do nich i zadowolenie, że w ten sposób usunęłam z siebie jeszcze jeden błąd, który mnie ranił i niszczył.

Gdy bezboleśnie, wręcz wyleczona z fobii, wyszłam z części korytarza, w którym przebywały te całkiem miłe stworzenia, znalazłam się na skrzyżowaniu. Miałam tym razem wybór między trzema kierunkami, który jednak sprawił mi spory kłopot. Nie wiedziałam, który kierunek obrać. Nie mogąc wybrać, zawsze miałam problemy z decyzją, postanowiłam zbadać wszystkie trzy. Zapuściłam się więc w pierwszy korytarz, jednak nie na długo, po krótkim czasie okazało się, że jest ślepy. Wyszłam z niego zadowolona, że zostały mi tylko dwa do wyboru. W drugim spotkało mnie to samo, więc już wiedziałam, że powinnam iść trzecim korytarzem. Jednak ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu, trzeci korytarz też okazał się ślepy. Byłam tak rozczarowana, że wyszłam z niego i usiadłam na skrzyżowaniu.

Nie wiedziałam w tym momencie, co mam zrobić. Wciąż napotykając przeszkody, poczułam zmęczenie. Zaczęłam nawet myśleć o powrocie do ziemskiego świata. Czułam zniechęcenie i apatię. Byłam tu, gdzie już od dłuższego czasu dążę myślą i całą sobą, lecz nie czułam spełnienia, a niepewność. Długo siedziałam wśród tych niewesołych myśli, gdy nagle doszedł mnie jakiś dźwięk, nawet nie dźwięk, tylko poczułam instynktownie ten głos.

Nie wiem, jak można poczuć głos, ale to było w tej chwili nieistotne. To było jakby intuicyjnie we mnie. Spojrzałam w górę, skąd on docierał. I wtedy olśniło mnie, zobaczyłam schody wyryte w ścianie. Nie zwlekając dłużej, bo już dostatecznie odpoczęłam, zaczęłam wchodzić po stopniach, które pięły się prawie pionowo do góry. Na szczęście nie miałam lęku wysokości. Ponieważ nie było czego się trzymać, szłam prawie na czworakach, by nie spaść. Głos, który na dole tylko instynktownie docierał do mnie, w trakcie wchodzenia na górę, stawał się coraz bardziej wyraźny.