Rozdział I
Wszystkie okna pałacu w Prudach jarzyły się od świateł. Z wnętrza
płynęły dźwięki orkiestry przez rozległe gazony, przez kwietniki, wśród
starych drzew parku, nad nieruchomymi taflami stawów, aż daleko
rozsypywały się w rżyskach cichnącymi szmerami.
Od lat wielu po raz pierwszy Prudy wydawały wielki bal. Okazje po temu
były dwie: pani Matylda Tyniecka obchodziła swoje sześćdziesiąte
urodziny, a obchodziła je tak uroczyście i tak hucznie z racji powrotu
syna, który wreszcie zdecydował się na przyjazd do kraju, na
ustatkowanie się i objęcie w posiadanie swoich Prudów.
Od sześciu lat nie pokazał się tu ani razu. Włóczył się po całym
świecie, wciąż zmieniając uczelnie, hulając, wpadając w różne
skandaliki, których echo zbyt często docierało aż do Wielkopolski i budziło w pani Matyldzie, z trudem hamowany gniew.
- Wierz mi, Kate - mówiła do swej siostrzenicy - że dużo w tym musi być
przesady. Roger w gruncie rzeczy jest dobrym chłopcem.
A nawet w tej obronie Kate z łatwością wyczuwała gniew ciotki Matyldy.
Już to, że jedynaka nazywała Rogerem, nie zaś jak zwykle Gogo,
świadczyło o tym dobitnie. Poza tym owo miękkie i w jej głosie pełne
ciepła "Keeit", w chwilach w burzenia zamieniało się w krótkie i ostre
"Kejt". A Kate była zbyt inteligentna i zbyt subtelna, by tego nie
wyczuć.
Pani Matylda zaś najbardziej obawiała się tego, by jej pupilka nie
nabrała złego wyobrażenia o Gogu. Od dawna przeznaczyła ją w duchu na
żonę dla syna. I bynajmniej nie dlatego, że nie mógłby on znaleźć
lepszej partii. Dzięki swojemu bogactwu, dzięki swoim dziewięciu pałkom
w koronie, dzięki wreszcie renomie światowca i nieprzeciętnej urodzie,
mógł sięgnąć po każdą. Kate Pomianówna nie miała nic. Ale jeżeli stara,
doświadczona i mądra pani Matylda ją właśnie wybrała na synową, na
przyszłą hrabinę Tyniecką i panią na Prudach, uczyniła to nie bez
najgłębiej przemyślanych powodów. Kate bowiem w oczach pani Matyldy była
doskonałością. Nie tylko zresztą w jej oczach.
W całym pałacu, w całych Prudach, w całej okolicy nie było nikogo, kto
by na nią nie patrzył z zachwytem, kto by o niej nie mówił z uwielbieniem. Zarówno panie, jak i panowie, zarówno oficjaliści, jak i służba, zarówno ci, co znali ją od lat pięciu, odkąd przybyła do Prudów,
jak i ci, co ujrzeli ją po raz pierwszy, wszyscy otaczali ją atmosferą
nieustannej adoracji i jeżeli dziwili się czasem, to tylko temu, że nie
mogą znaleźć żadnej skazy ani na jej piękności, ani w charakterze, ani w umysłowości. Jedna była tylko osoba, która nie uważała jej za
doskonałość, lecz tą osobą była sama Kate.
Otóż pani Matylda Tyniecka drżała na myśl, że ten fenomen, ta wymarzona
następczyni jej w Prudach, nad której wykształceniem i wychowaniem
czuwała przez szereg lat, zostanie przez kogoś innego zdobytą, lub, co
jeszcze gorsze, że Gogo, ten lekkomyślny chłopiec, nie pozna się na
niej. Do dwudziestego ósmego roku życia, obijając się wśród płytkiej i hulaszczej młodzieży, mógł spaczyć swój gust i teraz przejść obojętnie
obok tej cudownej Kate.
Obawy jednak były niepotrzebne. Kate i tym razem zwyciężyła, zwyciężyła
od pierwszego spojrzenia. Gdy przed trzema tygodniami Gogo ujrzał ją po
raz pierwszy przy stole, po prostu nie umiał ukryć wrażenia. Stał się
zażenowany, zabawnie nadrabiał miną, bąkał coś pod nosem, palnął kilka
niedorzeczności i nie spuszczał oczu z kuzynki. Po paru dniach odzyskał
wprawdzie swobodę, ale przecież zgubił gdzieś bez śladu swój
nonszalancki sposób bycia.
A teraz tańczył z nią prawie bez przerwy. Stara pani nie martwiła się,
że zwraca to powszechną uwagę, uważała jednak za stosowne przywołać syna
do porządku:
- Gogo, wiele panien podpiera ściany. Nie możesz wciąż tańczyć z Kate.
- Mamo - powiedział szeptem - ja... ją kocham.
Stara pani podniosła lorgnon do oczu:
- O?... Czy sądzisz, że jest to twoją wyłączną tajemnicą?...
Roger wzruszył ramionami:
- Nie zamierzam kryć się z tym. Gotów jestem powiedzieć to każdemu.
- Sądzę, że postąpisz rozsądniej mówiąc to jej - z lekką ironią
odpowiedziała pani Matylda i odeszła do grupy starszych pań. Po chwili
zobaczyła, że Roger wychodzi z Kate na taras i pomyślała:
- No, nareszcie.
Przez jedno mgnienie ogarnął ją niepokój: czy Kate nie odmówi mu
ręki?... Ale już w następnej chwili uspokoiła się. To było zupełnie
wykluczone. Taka dziewczyna jak Kate, z jej absolutnym taktem, z jej
wysublimowanym obejściem, nie dopuściłaby nigdy do oświadczyn, gdyby nie
zamierzała ich przyjąć. Ma już przecież dziewiętnaście lat, a umie
rozumieć życie jak kobieta dojrzała.
I nie myliła się stara pani. Kate, wychodząc z Rogerem na taras, dobrze
wiedziała, że kuzyn poprosi ją o rękę i była zdecydowana mu ją oddać.
Była zdecydowana, chociaż zespół uczuć, jakie żywiła dlań, nie wydawał
się jej czymś dorastającym do miana miłości. Nie, nie była w nim
zakochana. Miała dlań wiele życzliwości, sympatii, w ciągu tych trzech
tygodni zdążyła polubić go i ocenić w nim te zalety, które miał
niewątpliwie: szczerość, bezpośredniość, szerokość gestu i dumę w dobrym
stylu. Nie z racji tych zalet jednak gotowa była zostać jego żoną, ale
po prostu dlatego, że wyczuwała życzenia ciotki Matyldy, wobec której
miała wiele zobowiązań natury moralnej i materialnej. Zresztą rozumiała
sama, że małżeństwo z Gogiem będzie dla niej karierą.
Roger stał przy niej i mówił głosem, który drgał pomimo pozornego
opanowania:
- ...kocham cię, Kate, jak jeszcze nigdy nikogo nie kochałem, jak nie
kochałem samego siebie. Bądź moją! Nie będziesz moją żoną, będziesz moją
królową... Kate!... Zaklinam cię, nie odmawiaj... To byłaby moja śmierć!
Kate! Powiedz... powiedz... Nie odepchniesz mnie?...
- Nie, Gogo - odezwała się cicho.
Szalone szczęście zacisnęło mu krtań. W pierwszej chwili chciał ją
porwać w ramiona, lecz zabrakło mu śmiałości. Stała przed nim jasna,
wysmukła, z dobrym i rozumnym uśmiechem, w którym była jakby serdeczna
łaskawość. Jej włosy koloru złocistej słomy, zaczesane gładko i spadające w długich lokach, nadawały twarzy wyraz dziewczęcy, prawie
dziecinny, a szafirowe oczy patrzyły prosto, głęboko i odważnie. I Roger
zrozumiał, że nie na próżno powiedział jej, że będzie jego królową.
Sama podała mu obie ręce. Całował je i szeptał porywczo:
- Boże, jaki ja jestem szczęśliwy! Kate! Kasieńko najdroższa! Jedyna...
Obsypię cię brylantami, kwiatami... Zadziwię tobą świat, olśnię tobą
świat!.. Rozsadzi mnie chyba pycha, że mam taką żonę!... Kate!...
Ubóstwiam cię, uwielbiam...
- Panienko Kasiu - odezwał się za nimi zdyszany głos. - Czy tu jest
panienka Kasia?...
Pokojówka Herta wbiegła na taras i zawołała:
- Prędko, panienko, Michalince znowu zrobiło się niedobrze! Ledwie
dyszy!
- Dobrze, już idę. - Skinęła głową Kate. - Przepraszam cię, Gogo. Muszę
biednej Michalince zrobić zastrzyk kamfory.
Przeszła prędko przez salę balową, gdzie kilkadziesiąt par tańczyło
kujawiaka, przez szereg pokojów, aż do kredensu, gdzie stała apteczka.
Ostatnimi dniami często do niej musiała zaglądać. Stara poczciwa
Michalinka, niegdyś mamka i niańka Goga, a od lat klucznica w pałacu,
zapadła na ciężką niedomogę serca.
W kredensie panował tłok i rejwach. Raz po raz wpadali lokaje z brzęczącymi od szkła tacami, w wielkie dzbany nalewano kruszon, orszadę,
na kryształowych kloszach układano owoce i ciasta. Tu też pan Maciek
kalkulował rozmieszczenie gości i przyjezdnej służby po pokojach
gościnnych i oficynach, pochylony nad listą gości, raz po raz odrywał
się od niej, by wydać dyspozycje, by wydzielić nowe paczki świec.
Pan Maciek był z tytułu pisarzem prowentowym, ale w rzeczywistości
sprawował w Prudach tysiące różnych funkcyj. Robił wypłaty, posyłano go
na ważniejsze zakupy, jeździł do Poznania dla załatwiania rozmaitych
spraw w urzędach, nadzorował służbę w pałacu, a podczas większych
zjazdów stawał się czymś w rodzaju ochmistrza dworu, jako że pani
Matylda miała doń pełne zaufanie. Pan Maciek był synem Michalinki i bratem mlecznym Rogera. Już z tego tytułu miał na całe życie zapewniony
chleb w Prudach.
Kate, wyjmując z apteczki strzykawkę, eter i ampułki z kamforą,
powiedziała:
- Niech pan Maciek nie zapomni o wstawieniu drugiego łóżka do pokoju
czternastego.
- Tak jest, panienko. Pamiętam o tym.
- A teraz może pan Maciek zajrzy do swojej matki. Idę z zastrzykiem.
Znowu czuje się biedactwo gorzej.
- Dziękuję, panienko. Ale teraz nie mam czasu. Jeżeli panienka pozwoli,
to może później.
Zawsze był taki obowiązkowy, grzeczny i służbisty, wyprostowany jak
struna w swoich długich butach, zielonkawych spodniach i frenczu.
Wprost z kredensu strome schody prowadziły na drugie piętro, gdzie
mieściły się pokoje służbowe. Kate szybko przebiegła długi korytarz i weszła do niewielkiej schludnej izdebki. Niczym nieosłonięta żarówka
zapełniała pokój jaskrawym światłem. Na wysokim łóżku w białej pościeli
leżała Michalinka. Uśmiechnęła się do Kate, z trudem łapiąc oddech.
Puls przestraszył Kate. Był ledwie wyczuwalny. Z pośpiechem napełniła
szprycę i zrobiła zastrzyk.
- Dziękuję, panno Kasiu - wyszeptała chora. - Ale chyba już tym razem
nie pomoże... Niech panienka idzie, tam zabawa... bal... ślicznie
panience w tej białej sukni...
- Posiedzę przy Michalince. - Pogłaskała ją po ręku Kate. Przy
sposobności sprawdziła puls. Nie poprawiał się i uznała za konieczne
powtórzyć zastrzyk. Minęło kilka minut. Chora leżała z zamkniętymi
powiekami i robiła wrażenie nieżywej. Niespodziewanie odezwała się:
- Już umrę...
- Będzie Michalinka żyła. Zaraz to przejdzie.
- Nie, panienko. To już koniec. Czuję, że koniec... Panienko... Panience
jednej ośmielę się... w tej godzinie... wyznać... w oczy spojrzeć...
Kate była zdziwiona:
- O czym Michalinka mówi?
Widocznie pod działaniem kamfory umierającej przybyło trochę sił. Jej
szept brzmiał teraz wyraźniej, a oczy patrzyły przytomnie:
- O grzechu moim, o strasznym grzechu... panienko... Niech Bóg będzie
dla mnie miłosierny... Szatan mnie skusił i głupota moja... Szatan mnie
skusił i głupota moja... Byłam wtedy młoda, młoda i głupia... Zawczoraj
wyznałam na świętej spowiedzi i ksiądz kanonik kazał mi wyjawić
prawdę... Tę moją grzeszną tajemnicę...
Przymknęła powieki, lecz zaraz podniosła je znowu i zapytała:
- Czy panienka wie, że byłam mamką młodego hrabiego?
- Owszem, wiem.
- Było to dwadzieścia osiem lat temu... Pani hrabina nie mogła karmić i zawołano mnie do pałacu... Przed miesiącem właśnie urodziłam mego
Maćka... Zdrowa byłam, ładna i pokarmu miałam dość na dwoje. I mój syn
zdrów był, a synek hrabiostwa jakiś słabowity... Pomyślałam sobie: a może nie wyżyje?... Co mój ma całe życie być w biedzie i w pracy...
Szatan takie myśli podsunął... Tylko szatan... I wtedy zamieniłam ich.
Tak, zamieniłam...
Kate zbladła i szeroko otwartymi oczami wpatrywała się w twarz
umierającej.
- Jak to?... Jak to?... To znaczy?... Co Michalinka mówi?...
- To znaczy, że moim synem jest ten z nich, co teraz uchodzi za hrabiego
Rogera Tynieckiego, a prawdziwym Rogerem Tynieckim jest Maciuś Zudra,
pisarz prowentowy.
Kate siedziała jak skamieniała. Trudno było nie wierzyć tej kobiecie, a przecież nieprawdopodobieństwo, wręcz nonsens tej rzekomej prawdy,
uderzało. Więc Gogo, z jego kulturą, z jego rasą, z jego manierami
wielkiego pana, miałby być prostej wiejskiej dziewczyny, chłopki, która
zaledwie czytać i pisać umiała?... Nie. To może być tylko maligna
konającej!
Kate pochyliła się nad nią:
- Michalinko, proszę się zastanowić. Przecież to, co Michalinka mówi,
jest nie do uwierzenia!
Stara kobieta potrząsnęła głową:
- To święta prawda. W obliczu Boga ją panience wyznaję. Zamieniłam te
niemowlęta. Szatan podkusił... Całe moje życie od tego czasu było jednym
cierpieniem i jednym strachem przed karą Boską! Nie raz, sto razy
chciałam wyznać prawdę, ale odwagi nie starczyło. Dlatego i do spowiedzi
przez tyle lat nie chodziłam. Bałam się. A co o mnie pani hrabina,
panienka, albo kto dobre słowo powiedział, to tak jakby mnie nożem w serce. Już nieraz chciałam się przyznać, ale zawsze on, Aleksander,
straszył mnie i odmawiał: - Nie bądź głupia, co stało się, tego nie
odrobisz, niech już tak zostanie. A to wypędzą cię i twego syna wypędzą
i zdechniesz z głodu, a jeszcze do więzienia pójdziesz...
Kate przetarła czoło:
- Jaki Aleksander?... O jakim Aleksandrze Michalinka mówi?...
- O jakimże, o tym złym duchu, o Żołoniu, co kamerdynerem u nieboszczyka
pana hrabiego był.
- O tym starym Aleksandrze, co mieszka za folwarkiem na dożywociu?
- A o nim. On jeden wiedział. Przyłapał mnie, jakem dziecko wynosiła i on jeden poznał po znaku rodzinnym. Ale młoda wtedy byłam i ładna, a on
stary, złakomił się na mnie. To i przysiągł, że pary z gęby nie puści.
Niech mi Bóg przebaczy, bo mój grzech większy...
Z całego chaosu i nawału tych okropnych nowin Kate wyłowiła jeden
szczegół, który wydał się jej ważny:
- O jakim znaku rodzinnym Michalinka mówi?
- Na prawej nodze nad kostką, panienko, mam taką myszkę brązową i mój
syn ją ma... Tak, panno Kasiu, tak. Grzech mój straszny, a dusza moja w ręku Boga. Niech mnie sądzi, niech ukarze, ale ludziom w oczy spojrzeć
się nie ośmielę. Pani jednej to wyznałam. A nie wiedząc, czy zdążę przed
śmiercią, już zawczoraj po spowiedzi wyznanie moje spisałam. Niech
panienka sięgnie pod poduszkę i weźmie... Tam... jest książka do
nabożeństwa... Spisałam...
Głos stawał się coraz cichszy... Kate zerwała się, szybko napełniła
szpryckę i zanurzyła igłę pod skórę umierającej, której wargi poruszały
się bezgłośnie i coraz wolniej. Po trzech minutach trzeba było dać nowy
zastrzyk. Puls ustał zupełnie. Nagle ciało kobiety wyprężyło się,
drgnęło i znieruchomiało.
Skonała.
Otwarte oczy patrzyły tępo, bezmyślnie, dolna szczęka opadła i język
wysunął się aż poza wargi. Był to widok odrażający i Kate jakby
zahipnotyzowana jego potwornością, nie mogła odeń oderwać wzroku.
Po raz pierwszy widziała śmierć. Po raz pierwszy zrozumiała
niedorzeczność tego wszystkiego, co ludzie nazywają życiem, a co jest
tylko ciałem. Życie... Życie to coś nieogarniętego, nieprzeniknionego.
Życiem tej kobiety był jej grzech i jej cierpienia moralne...
- Co jest moim życiem? - zastanowiła się Kate.
Ale w korytarzu rozległy się kroki. Szybko sięgnęła pod poduszkę i wydobyła grubą zniszczoną książkę do nabożeństwa. Między kartkami leżał
złożony arkusik papieru zabazgrany niewprawnym pismem.
Drzwi uchyliły się, weszła Herta, rumiana, okrągła, z figlarną miną.
Rzuciła okiem na łóżko, zbladła i krzyknęła:
- Jezus Maria!
Kate oprzytomniała:
- Cicho, Herto - powiedziała z naciskiem. - Michalinka umarła przed
chwilą, ale nie trzeba o tym nikomu mówić. Dość będzie na to czasu,
jutro, gdy się goście rozjadą. Panią hrabinę i syna zmarłej zawiadomię
sama. Potrafisz utrzymać język za zębami?
- Potrafię, panienko.
- Wierzę ci. - Skinęła głową Kate. - A teraz trzeba nieboszczkę ułożyć,
zamknąć oczy i... to wszystko inne...
Kate wzdrygnęła się mimo woli i zapytała:
- Nie boisz się tego?
- A czegóż się tu bać, panienko... Tylko tak, myślałam, że jeszcze pani
Michalinka pożyje.
Mimo woli mówiły szeptem. Po chwili Herta znalazła gdzieś chustkę i podwiązała zmarłej opadającą szczękę, zamykając oczy wyraziła
zadowolenie: powieki nie zdradzały skłonności do ponownego otwarcia.
Znacznie gorzej było w zeszłym roku, gdy umarła babka Herty. Wtedy
trzeba było na powieki kłaść ciężarki, które leżały póty aż zwłoki
zesztywniały.
Kate, stojąc opodal w milczeniu, słuchała tej szeptaniny, przyglądając
się czynnościom Herty, czynnościom systematycznym i spokojnym,
przerywanym od czasu do czasu westchnieniem i jakąś sentencją o wartości
życia doczesnego lub apostrofą do zalet zmarłej. Herta wyprostowała
poduszki, ciało ułożyła równo, ręce zmarłej splotła na piersiach i między sztywniejące palce wcisnęła jakiś święty obrazek. Gdy już
wszystko było gotowe, uklękła i zaczęła odmawiać modlitwy.
Kate machinalnie poszła za jej przykładem, lecz nie mogła się modlić.
Przed kwadransem usłyszana tajemnica spadła na nią ciężarem, z którym
nie umiała się uporać, który ją przeraził.
Z dołu przytłumione lecz wyraźne dolatywały dźwięki walca.
- ...Wieczne odpoczywanie racz jej dać Panie... - półgłosem modliła się
Herta.
Więc jakże to będzie, jak to jest możliwe - usiłowała skupić myśli Kate.
- Wyzuto go z praw, pozbawiono majątku, pozycji społecznej,
wykształcenia, strącono do roli trzeciorzędnego oficjalisty... A Gogo?... Przecie teraz będzie się musiał wyrzec wszystkiego. Stanie się
od razu nędzarzem, nikim, jakimś panem Maciejem Zudrą... Jak wyjaśnić tę
nową rolę?... Czy potrafi z nią się pogodzić, czy zdoła udźwignąć swój
nowy los?... Gogo... Niewątpliwie jest dzielnym mężczyzną, ale czy ma
dość hartu, dość woli, dość siły? A zwłaszcza czy nie przyjmie tego
wszystkiego jako upokorzenia, jako policzka dla swej dumy, która tak
często graniczyła z pychą. Syn prostej chłopki i niewiadomego ojca...
Będzie to dlań cios straszny. Kate przypominała teraz sobie tysiące
szczegółów z jego opowiadań. Słuchając ich, odnajdywała w nich zawsze
nić tego snobizmu, który wydawał się jej niewinną przywarą. Gogo od
niechcenia brylował nazwiskami swoich zagranicznych przyjaciół, niby
mimochodem rzucał tytułami lordów, markizów i książąt, nazwami
ekskluzywnych klubów, nazwiskami Bourbonów, Gonzagów, Habsburgów,
uwagami o wykwintnych plażach i luksusowych hotelach.
Oczywiście snobizm ten w połączeniu z nazwiskiem Tynieckich i z dużymi
dochodami był tylko nieszkodliwą śmiesznostką, która nawet w oczach Kate
zasługiwała na milczące pobłażanie, ale czy nie zajął on w duszy Goga
zbyt wiele miejsca, czy w tak radykalnie zmienionych warunkach da się
usunąć, czy pustka, co po nim zostanie, da się czymś zapełnić i czym?
A dalej: jak poradzi sobie ze swymi nawykami i przyzwyczajeniami?...
Wydawał zawsze tak dużo pieniędzy. Nie był może rozrzutnikiem w ścisłym
znaczeniu tego słowa, lecz nie umiał nigdy powstrzymać się od
zaspokajania swych zachcianek, zachcianek bardzo kosztownych i nieraz
graniczących z ekstrawagancjami. Pomijając już jednak te rzeczy, czy nie
będzie dlań tragedią zrezygnowanie z dotychczasowej stopy życiowej,
zwężenie swoich wydatków do takich dochodów, jakie będzie mógł osiągnąć
własną pracą?...
Herta wstała, obtarła kilka konwencjonalnych łez z policzków i powiedziała:
- Chyba świece trzeba tu zapalić?
- Tak. - Skinęła głową Kate. - Weź te dwa lichtarze z zielonego gabinetu
i przynieś.
Gdy pokojówka wyszła, Kate, opanowując nieprzyjemne uczucie, nachyliła
się nad łóżkiem zmarłej i uniosła róg kołdry zakrywającej nogi.
Umierająca powiedziała prawdę: nad kostką prawej stopy wyraźnie
odznaczało się znamię rodzinne, brązowa plama w kształcie wydłużonego
owalu.
Zakryła kołdrę i po ustawieniu świec, które przyniosła Herta, wyszła z nią razem na korytarz, ściskając w ręku kartkę, na której Michalinka
spisała swoje wyznanie.
O jej śmierci najpierw zawiadomić pana Maćka. Oczywiście nie zamierzała
bynajmniej ani jemu, ani komukolwiek w pałacu napomknąć bodaj słowem o tej tajemnicy. Należało to wszystko przemyśleć, sprawdzić, rozważyć.
W kredensie już Maćka nie zastała. Powiedziano jej, że jest w kancelarii
lub też w garażach. Poszła tedy do swego pokoju, by schować w biurku
list Michalinki. Potem zbiegła na dół, gdzie zabawa nabierała coraz
żywszego tempa. Sala balowa była jedną masą par podrygujących w foxtrocie, w kilku pokojach grano w brydża, z tarasu dolatywały śmiechy.
W obu salach jadalnych kończono przygotowania do kolacji. Tu Kate
zastała panią Matyldę. Odwołała ją na stronę i powiedziała:
- Bardzo przykra rzecz, ciociu. Michalinka umarła.
- Mój Boże! Umarła?
- Tak, zrobiłam cztery zastrzyki. Nic nie pomogło. Przy mnie skonała.
- Biedactwo. Panie, świeć nad jej duszą. Musiała mieć łagodną śmierć, bo
to taka poczciwa kobiecina. Doprawdy wielka to dla nas strata. I to
akurat teraz! A i ty, Kate, musiałaś być tym wstrząśnięta, moje złotko.
Przestraszyłaś się, co?
- Nie, ciociu.
Pani Matylda wpatrywała się w oczy siostrzenicy, lecz nic w nich
wyczytać nie mogła. Kate, pomimo tylu lat przestawania z ciotką,
pozostawała dla niej nieodgadniona. Zawsze pogodna, zawsze miła i serdeczna, lecz niezmiennie odgrodzona od wszystkich jakąś taflą
szklaną, jakąś nieuchwytną niedotykalną przegrodą, przez którą
niepodobna było dotrzeć do jądra jej duszy, odczytać jej myśli, poznać
prawdziwe uczucia. Kate dawała tylko to, co dać chciała, a raczej to, co
uważała za potrzebne i komuś mniej przenikliwemu od pani Matyldy mogło
by się zdawać, że szczerość tej uroczej panny można nazwać najbardziej
bezpośrednią otwartością. Pani Matylda zdawała jednak sobie sprawę z tego, że całe istotne życie wewnętrzne Kate pozostanie dla wszystkich
zawsze niedostępne, że nic tej dziewczyny nie zdoła wytrącić z jej
cudownej, wręcz nieludzkiej i przez to przerażającej równowagi.
Bywały chwile, gdy stara pani odczuwała w obcowaniu z siostrzenicą coś w rodzaju lęku, a w duchu zawsze przyznawała jej wyższość nad sobą, gdyż
wiedziała, że te szafirowe łagodne oczy, ją samą, ją, starą i doświadczoną kobietę przenikają do dna. I teraz, pełna podziwu dla
spokoju siostrzenicy, powiedziała:
- To dobrze, drogie dziecko. Widok śmierci zawsze pozostawia
wstrząsające wrażenie. Dobrze, że przyjęłaś to spokojnie... Aha, trzeba
się tym zająć, zapalić świece przy zwłokach... I oczy zamknąć...
- Już wszystko zrobione, ciociu.
- Jak to?... Ty, ty sama?...
- Nie, ciociu. Była tam Herta.
- No, chwała Bogu. Ale boję się jednej rzeczy: wiadomość o śmierci
rozniesie służba i wystraszy nam gości.
- Nikt nie wie o śmierci Michalinki oprócz Herty, a Herta przyrzekła mi,
że nie powie ani słowa. Jej można zaufać. To porządna i obowiązkowa
dziewczyna.
- Że też ty zawsze o wszystkim pomyślisz! Dziękuję ci, Kate!
Tym razem Keeeit zabrzmiało w głosie pani Tynieckiej jeszcze cieplej niż
zwykle. Pochyliła ku sobie głowę siostrzenicy i pocałowała ją w czoło.
- Jesteś prawdziwym skarbem.
- Ach, ciociu. - Wzruszyła ramionami z uśmiechem, który wywołał
wdzięczność i zażenowanie. - Ale sądzę, że wypada o śmierci zawiadomić
pana Zudrę?
- Kogo? - zdziwiła się pani Matylda.
- No, pana Macieja.
- Ach, Maciusia! Oczywiście. Zapomniałam zupełnie, że na nazwisko mu
Zudra. Skąd ci przyszło do głowy tak go nazywać! Pawle! - zwróciła się
do jednego ze służących - poszukaj-no pana Maciusia i powiedz, że
panienka go woła. Już ty to załatwisz, Kate. Biedny chłopak. Nie taki to
drobiazg stracić matkę...
Twarz pani Tynieckiej nagle spochmurniała, brwi ściągnęły się i stała
chwilę nieruchomo z oczyma wpatrzonymi przed siebie. Tylko palce jej
ręki opartej na lasce poruszały się, ściskając złotą gałkę.
- A przecież Michalinka była młodsza ode mnie - powiedziała. - No...
Tak... Idę do gości. Później zajrzę do nieboszczki...
I nie spojrzawszy na nikogo, odeszła wyniosła, lekko przygarbiona i czcigodna w swej czerni i w srebrnej siwiźnie włosów. Kate lubiła ją i szanowała.
Wkrótce zjawił się Maciej. Przyszedł z paczką papierów w ręku i prawie
po wojskowemu prostując się przed Kate, zapytał:
- Panienka mnie wzywała?
- Tak - potwierdziła. - Mam panu do zakomunikowania smutną nowinę. Pan
pozwoli tu.
Przeszła do sąsiedniego pokoju, gdzie nie było nikogo i umyślnie
zatrzymała się przed samym żyrandolem, by lepiej przyjrzeć się temu
człowiekowi. Stanął przed nią w odległości trzech kroków. Był wysoki,
zgrabny, miał regularne rysy, ciemnoblond włosy, zupełnie inteligentny
wyraz twarzy i szare oczy. Widywała go od lat po kilka razy dziennie,
ale teraz dopiero uświadomiła sobie dokładnie jak wygląda. Jak
wygląda... hrabia Roger Tyniecki...
- Panie Macieju - zaczęła - pan wie od doktora, że choroba pańskiej...
matki to choroba bardzo niebezpieczna.
- Wiem, proszę panienki. Czy matce się pogorszyło?
- Nie, panie Macieju, pańska matka... umarła.
Młody człowiek nawet nie drgnął, tylko zbladł tak, że jego opalona na
brąz twarz stała się szara.
- Umarła przed pół godziną - mówiła łagodnie Kate. - Nie męczyła się.
Byłam przy jej śmierci... Proszę mi wierzyć, panie Macieju, że zrobiłam
wszystko, co mogłam, by najdłużej utrzymać ją przy życiu...
- Och, ja nie wątpię, panno Kasiu... proszę panienki... Ja wiem...
dziękuję...
W wybuchu wzruszenia chwycił jej rękę i pochylając się nisko pocałował
końce palców dwa razy. Potem wyprostował się, cofnął się i wybąkał:
- Przepraszam, panienko. Ale już nie wiem jak wyrazić panience moją
wdzięczność... Panienka tak poświęciła się dla mojej matki, tyle serca
okazała, tyle trudów...
- Zrobiłby to każdy na moim miejscu i nie ma o czym mówić, panie
Macieju. Wszyscyśmy bardzo lubili śp. Michalinkę. Ciocia głęboko odczuła
jej śmierć.
- Czy... czy umierając nie chciała mnie widzieć?
- Widzi pan, koniec przyszedł dość nagle. Ale... jeszcze na chwilę przed
śmiercią mówiła o panu... Niechże pan teraz zostawi to wszystko i pójdzie tam na górę.
Młody człowiek skinął głową.
- Dziękuję panience. A tu już wszystko załatwione i wina z piwnicy też
wydane. Tylko mam jeden kłopot: lokaj pana hrabiego Adlerfelda i lokaj
pana Stępińskiego, którzy mieli pomagać przy kolacji, popili się. Więc
nie wiem jak...
Kate przerwała mu ruchem ręki:
- Niechże pan już się tym nie kłopocze. Dam sobie radę. I proszę ode
mnie przyjąć wyrazy współczucia. Widzę, że pan bardzo kochał zmarłą.
W oczach jego błysnęły łzy.
- O, bardzo - powiedział jakby do siebie. - Tym bardziej, że ona nigdy
nie była szczęśliwa... Ja jeden odczuwałem to, że gnębi ją jakiś
smutek...
Skłonił się niespodziewanie i szybko odszedł.
Kate długo stała zamyślona. Ten na wpół okrzesany oficjalista dworski o sztywnych manierach służącego, ten pisarczyk wkrótce już będzie
właścicielem Prudów, hrabią, wielkim panem. Czy nie zechce wtedy, tak
jak większość ludzi, których dzięki zbiegowi okoliczności los wyniósł
wysoko, zemścić się na wszystkich tych, którym dotychczas musiał nisko
się kłaniać?... Spadnie zeń ten uniform służbistości, ta liberia
szacunku i co się ukaże?... Brutalny despotyzm, zarozumiałość, chęć
poniżania innych?...
O, Kate nie myślała w tej chwili o sobie. Wiedziała dobrze, że z jego
strony nie czeka ją żadna przykrość. Umiała doskonale odczuć sympatię,
której nie ośmielał się jej okazywać i życzliwość, której nie umiał
zamaskować. Jeżeli traktował ją zawsze z najgłębszą czcią, wiedziała, że
to nie z racji pozycji w pałacu. Lubili ją zresztą wszyscy i Kate byłaby
zarówno zdumiona jak nieszczęśliwa, gdyby znalazł się ktokolwiek żywiący
wobec niej nieprzyjazne uczucia. Zachwycone spojrzenia, serdeczne
uśmiechy, ciepłe słowa wytwarzały wokół niej tę niezmiernie
nasłonecznioną atmosferę, bez której nie umiałaby żyć.
Ale jak ten człowiek ustosunkuje się do swojej prawdziwej matki i do
Goga? Czy nie zechce zemścić się za jego mimowolne uzurpatorstwo, za to,
że zagarnął mu to, co jemu się należało, jemu, prawdziwemu panu Prudów.
Za dawnych lat wprawdzie byli towarzyszami wspólnych zabaw, mówili sobie
po imieniu i podobno trwali w wielkiej zażyłości póki Goga nie wysłano
do gimnazjum. Gdy przyjeżdżał na wakacje, jeszcze - według określenia
ciotki Matyldy - łobuzowali się razem. Ale z biegiem lat wzrastał między
nimi dystans, musiał wzrastać. A teraz, gdy Gogo wrócił i witał go cały
personel Prudów od administratora i dyrektora cukrowni, a kończąc
właśnie na Macieju Zudrze, Gogo - Kate widziała to - podał mu końce
palców, zaśmiał się, poklepał łaskawie po ramieniu i zawołał:
- Ho, ho, czy to nie Maciej?... Jak się pan masz, Maciek?... I co
robisz, jaką masz pan funkcję?...
Tamten skłonił się, poczerwieniał i powiedział:
- Dziękuję panu hrabiemu. Powodzi mi się dobrze, a pełnię funkcję
pisarza prowentowego.
Czy za to powitanie nie zachował on nienawiści do Goga, jak i za cały
ten ton, który wobec dawnego towarzysza zabaw przybrał od swego powrotu
hrabia. Nie był to ton przyjemny. Dźwięczała w nim jakaś kpiąca
poufałość. Nieraz przy matce i przy Kate Gogo przypominał Maciejowi
dawne czasy, bezceremonialnie wywlekając wspólne psoty, zwierzenia,
plany. Żenowało to Macieja, rumienił się, detonował, czuł przecież, iż
te wspominki, które na pozór ich obu miały ośmieszać, w rzeczywistości
nie dotykały hrabiego, a tylko słabszego partnera wystawiały na
pośmiewisko.
Przed tygodniem zdarzył się jeszcze nieprzyjemniejszy wypadek. Gogo,
zapoznając się stopniowo z gospodarstwem, zajrzał do tak zwanej "małej
kancelarii", domeny rządcy pana Bartłomiejczaka i pisarza Zudry. Kate
towarzyszyła kuzynowi. Rządca był w polu. Natomiast pisarza zastali w małym wybielonym pokoiku. Siedział pochylony nad stołem i coś pisał.
- Dzień dobry, Maciek - rzucił Gogo. - Już pan przy robocie?
- Moje uszanowanie panu hrabiemu, moje uszanowanie panience - zerwał się
Maciej i pospiesznie zakrył zeszyt.
- A cóż tam pan piszesz? - Gogo końcem steeka wskazał na stół.
- To... proszę pana hrabiego... tak... moje prywatne rzeczy...
Był widocznie zmieszany, a Gogo zaśmiał się:
- Eee?... Chyba wyleczyłeś się pan z dawnego nałogu?... Chyba nie
wiersze?... Co?...
Maciej poczerwieniał, a Kate, która organicznie nie znosiła przykrych
sytuacyj, zapytała:
- Panie Maćku, czy kuropatwy z wczorajszego polowania odesłano już do
miasta?
- Tak jest, panienko. Poszły o piątej rano. Zostało tylko dwadzieścia
sztuk dla pałacowej kuchni i trzy pan administrator Ziembiński wziął dla
siebie. Poszło sto dziewięćdziesiąt sześć sztuk.
Gogo poklepał się po kieszeniach i powiedział:
- Zapomniałem papierosów. Dobrze, że pan tu jest. Skocz no pan do mego
gabinetu. Papierośnica musi tam leżeć albo ją zostawiłem w gorzelni...
- W tej chwili, panie hrabio.
Polecenie było wyraźne i musiał je spełnić, starając się ukryć
podejrzenie co do jego pobudek.
I rzeczywiście hrabiemu chodziło tylko o przejrzenie zeszytu. Był
pewien, iż znajdzie tam wiersze i ich lekturą chciał ubawić Kate. Nie
mylił się. Gruby zeszyt zapisany był wierszami. Wśród wybuchów śmiechu
zaczął czytać. Może te dość niezgrabne liryki nie wydawałyby się tak
naiwne i tak komiczne, gdyby Gogo nie akcentował niektórych słów i nie
ilustrował niektórych zwrotów patetycznymi gestami.
- Daj spokój, Gogo - poprosiła Kate.
- Czekaj, czekaj, jest tu jeszcze i proza! - zawołał. - O, Prudy,
nieświadome własnego szczęścia! Nawet nie przeczuwacie, że będziecie
kiedyś sławne jako kolebka wieszcza! Patrz, tu jest nowela.
- Nie, Gogo. - Położyła rękę na zeszycie. - To niedelikatne. Zostaw to.
Pomyśl, że Maciek może nadejść. Było by to dlań dotkliwie przykre...
Uwagę tę wypowiedziała jednak za późno. Maciek wracał właśnie i przechodząc koło okna, przy którym stali, musiał zobaczyć Goga z otwartym zeszytem w ręku i z rozbawioną miną. Wszedł, i nie patrząc na
nich, zameldował, że papierośnicy nie znalazł.
- Zostawiłem ją prawdopodobnie w sypialni - mruknął Gogo.
Skinął głową i wyszli.
Incydent ten w niczym nie zmienił stosunku pana Maćka do pałacu. Kate
czuła jednak, iż w duszę tego człowieka musiała głęboko zapaść uraza do
Goga. A może stał się też bardziej nieśmiały. Od tego dnia - jak to
zauważyła - nie przychodził już do biblioteki po książki, chociaż
bynajmniej nie cofnięto mu pozwolenia, z którego zawsze korzystał.
Tak - myślała Kate - on musi nie cierpieć Goga. Może nie ma w naturze
mściwości, ale w tym wypadku... Z jakąż łatwością będzie mógł go
poniżyć. Bez żadnego wysiłku, nawet bez okazania złej woli. Przecie
łaską z jego strony będzie, jeżeli pozwoli zabrać uzurpatorowi bodaj
osobiste rzeczy...
Z sali balowej znowu płynęły dźwięki walca. W długiej amfiladzie raz po
raz przesuwały się nietańczące i zaabsorbowane flirtem pary.
- O, Kate! Znalazłem cię nareszcie! - usłyszała za sobą głos Goga. -
Gdzieś się ukrywała! Szczęście moje!
Iskrzyły mu się oczy, był lekko zgrzany tańcem i podniecony winem. Było
mu dobrze we fraku. Niższy był i szczuplejszy od Macieja, ale w całej
sylwetce miał ten wykwint, tę niewymuszoną swobodę, którą spotyka się
tylko u ludzi z najlepszego towarzystwa.
Stanął tuż przy niej i mówił:
- Rozsadza mnie szczęście, zatapia! Kate! Czy nie widzisz, że się jarzę,
że promienieję szczęściem? Boże, jakaś ty piękna, pani moja, królowo
moja!... Gdyby świat zginął, a tyś mi jedna została, moje szczęście
zastąpiło by mi świat. Kasieńko, Kasiu, Kate! Powinienem klęczeć u twych
nóżek i tak spędzić życie i tak umrzeć!...
Mówił, a ona myślała:
- Biedny Gogo, biedny chłopcze, czy ty wiesz, co cię czeka?... Czy
wiesz, co na ciebie spadnie?...
Jeszcze nigdy i od nikogo nie słyszała tak płomiennych, tak
egzaltowanych słów, tak gwałtownych wyznań miłości. Nie słyszała, gdyż
miała ten dar wytwarzania dystansu i zawsze w porę umiała obezwładnić
odwagę swoich wielbicieli.
I teraz pragnęłaby wsłuchać się w te wyrazy, wsłuchać się w ich echo we
własnej duszy. Poznać, co w niej obudziły, czy zdołały i w niej
rozżarzyć silniejsze, gorętsze uczucia, zrozumieć, zbadać, wyegzaminować
siebie.
Nie była jednak do tego zdolna pod ciężarem tych myśli, tych obaw, tego
niepokoju. Przecie i tak z trudem zdobywała się na pogodny wyraz twarzy,
na uśmiech, na jasne spojrzenie.
Jednak miłość tego ujmującego chłopca sprawiała jej przyjemność. Przecie
nic nie zrobiła, by ją w nim rozbudzić, a przynajmniej nie zrobiła
więcej niż w stosunku do każdego innego człowieka, poczynając od starego
dziadka generała Niedzieckiego, a kończąc na pokojówce Hercie. Jednak
tam, na tarasie, gdy Gogo prosił ją o rękę, odczuwała i rozumiała z sumieniem, że oto dobija do portu, że świadomie i z zadowoleniem wybiera
właściwą przyszłość, teraz nie była pewna niczego.
Uderzyło ją też, że Gogo ani razu nie zapytał ją o jej uczucia. Była
może nawet temu rada. Wprawdzie zdecydowana była na potwierdzenie, na
zdawkowe: "tak, kocham cię, Gogo", ale wolała, że nie zmuszono jej do
powiedzenia czegoś, jeżeli nie było kłamstwem, nie było też i prawdą.
Brzydziła się nieprawdą. Brzydziła się nie z pobudek etycznych, lecz
instynktownie, tak, jak brzydziła się brudnymi szmatami, czy podłością
ludzką. Czułaby się poniżoną we własnych oczach.
A jednak dlaczego nie zapytał, czy go kocha? Czyżby był tak pewien
siebie, czy też bał się usłyszeć wymijającą, lub przeczącą odpowiedź?...
Kate wiedziała, że swoje miłosne sukcesy Gogo liczył na tuziny. Od paru
znajomych, którzy się z nim za granicą zetknęli, słyszała, że lubił się
również chełpić tymi zwycięstwami. Ale nie mogła się mylić, że ją
traktuje zupełnie inaczej. Nie mogła wątpić, że tak płomiennych słów
nikomu jeszcze nie ofiarował. Słowem, wiedziała, że jego miłość jest
szczera i wielka. Czyżby sądził, że na nią nie można nie odpowiedzieć
równie silnym uczuciem?
- Chodź, Gogo, zatańczymy - powiedziała, by przerwać jego wyznanie.
- Boję się - szepnął, gdy znaleźli się wśród tańczących par - że będę
się zataczał. Jestem pijany tobą i moim szczęściem.
Nie tańczyli jednak długo, bo właśnie podano do stołu. Orkiestra
przeszła w marsza i wszyscy ruszyli do jadalni, z arcybiskupem i panią
Matyldą na czele.
Kate zdziwiła się, że zmieniono jej miejsce. Sama rozkładała kartki i umieściła swoją między profesorem Ziemowickim a hr. Czapskim. Teraz
siedziała w środku stołu obok Goga. Musiała to być jego sprawka.
Niefortunna zresztą, gdyż siedząca z drugiej jej strony hr. Chotomska
przez całą kolację nie usłyszała od swego sąsiada ani jednego słówka.
Wręcz demonstracyjnie zwrócony był wciąż do Kate i z nią tylko mówił.
Gdy podano szampana, pani Matylda Tyniecka nieoczekiwanie dla wszystkich
zadzwoniła w kieliszek i wstała. Wśród zupełnej ciszy donośnie rozległ
się jej głos:
- Księże arcybiskupie, panie i panowie. Chcę i muszę podzielić się z wami, kochani goście, szczęśliwą dla mnie nowiną. Oto syn mój Roger
zaręczył się dziś z panną Katarzyną Pomianówną. Daj im Boże tyle
szczęścia, ile ja im życzę i tyle, na ile oboje zasługują. Niech żyją!
Fala gwaru buchnęła okrzykami i wiwatami. Mężczyźni zerwali się z miejsc, wzniosły się wszystkie kieliszki.
- Wiwat.
- Niech żyją!
Orkiestra z sąsiedniego pokoju, widać uprzedzona, zagrała tusz. Służba z półmiskami w ręku stała jak wryta, wpatrując się z radosnymi uśmiechami
w Kate. Wszystkie oczy były zwrócone na nią.
W pierwszej chwili Kate uczuła, że krew jej zbiega się do serca Nie była
przygotowana na ten toast, na to publiczne ogłoszenie jej zaręczyn.
Zresztą przecie zaręczyn nie było, nie zamienili pierścionków. Okrzyki
nie ustawały, orkiestra nie milkła i w tym gwarze Kate stopniowo
odzyskała równowagę. Z uśmiechem kłaniała się we wszystkie strony, a nawet rozróżniała już wyraz poszczególnych twarzy. W jednych czytała
życzliwość, w innych niezadowolenie, w innych zawiść. Było tu przecie
wiele panien, które w swoich projektach małżeńskich liczyły na Rogera,
wiele matek i ojców, którzy łakomie spoglądali na Prudy.
Na nich z uśmiechem patrzyła Kate i mówiła im w duchu:
- Nie desperujcie, nie martwcie się. Rychło przekonacie się, że nie było
po czym rozpaczać.
Zaczęły się toasty i mowy. Z pierwszą, długą i ozdobną, inkrustowaną
łacińskimi cytatami, wystąpił ksiądz arcybiskup. Drugą miał stary książę
Zasławski, słynny ze swego staroświeckiego finezyjnego dowcipu,
arcywytwornego, pachnącego trochę pudrem i trochę myszką, trzecią
wygłosił generał Niedzicki, później sypały się jedna za drugą.
Kate nie rozumiała z nich ani słowa. Już pierwsze słowa ciotki Matyldy
uderzyły niby obuch w jej świadomość: zrozumiała, że los Goga, Goga
wyzutego z nazwiska i z majątku, Goga nędzarza, będzie przecie i jej
losem.
Tak, przyrzekła mu rękę, obiecała zostać jego żoną wtedy, gdy był
bogaty, gdy był hrabią na Prudach. Jakimże czołem można cofnąć swoją
zgodę nazajutrz, gdy się okaże, że jest biedakiem, że jest synem
chłopki, jakimś jednym z miliona Maciejem Zudrą?...
Dotychczas rozczulała ją myśl o przyszłości, o smutnej i szarej
przyszłości Goga. Podświadomie wyłączyła siebie z tej przyszłości. Nie
czuła się związana z nim, nie czuła wagi owego "tak", wypowiedzianego na
tarasie przed kilku godzinami. Nie przypuszczała, by wymówiwszy je,
wzięła na siebie jakąś odpowiedzialność. Ot, po prostu żałowała miłego
Goga, który będzie musiał porzucić dotychczasowy beztroski tryb życia,
porzucić bogactwo, Prudy, panią Matyldę i... i ją, Kate...
Tak, bo chociaż zastanawiała się nad tym, nie przyszło jej na myśl
wyłączenie siebie samej z tego świata, który miał przestać istnieć dla
Goga. Wydawało się to jej tak naturalne, tak zrozumiałe, że wobec tej
oczywistości same oświadczyny Goga stawały się czymś nierealnym, a przyjęcie ich - chwilową pomyłką.
Teraz jednak wszystko zmieniło się od razu. I nie dlatego, że ciotka
Matylda ogłosiła ich zaręczyny, lecz dlatego, że Kate pojęła swoją
odpowiedzialność, odczuła z całą dokładnością swój obowiązek,
zrozumiała, że nie wolno jej porzucić Goga, że sama nie przebaczyłaby
sobie takiego samolubstwa, takiego ujawnienia czynem własnej małości.
- Nie, nie, to było by ohydne!
I ogarnął ją ogromny smutek. Do uszu dobiegały urywane zdania z przemówień gratulacyjnych, oczy mimo woli łowiły spojrzenia zazdrosne, a oto ona znalazła się na gruzach tego wszystkiego, czego pragnęła, co
rozsądnie i celowo przygotowała dla siebie. Nie, nie były to marzenia
młodej egzaltowanej dziewczyny. Kate świadomie i planowo, planowo i uczciwie budowała swoją przyszłość. Świadomie, bo wiedziała do czego
dąży, uczciwie, bo zaczęła od pracy nad sobą, bo zaczęła od budowania w sobie tej przyszłości.
Nie zamierzała osiągnąć szczytów, nie marzyła ani o królewiczu z bajki,
ani rzeczywistym panującym księciu, chociaż od dziecka jej powtarzano,
że urodziła się na królową. Nie. Postawiła swym zamiarom realne granice,
chciała dominować w swym środowisku nie tylko swoją pięknością i wrodzonym wdziękiem, lecz także inteligencją, wykształceniem, taktem,
charakterem i nieskazitelną etyką.
Kiedyś, będąc jeszcze ledwie opierzonym podlotkiem, odkryła, że jest
piękna. Była to dla niej rewelacja. Wprawdzie w jej otoczeniu mówiono o tym głośno. Od dziecinnych lat nauczyła się jednak Kate nie przywiązywać
wagi do ludzkich sądów: jej śp. matka mówiła nie inaczej jak
superlatywami, ojca pamiętała jako skrajnego pesymistę.
- Ludzie są zbyt pochopni w swych sądach i zbyt jaskrawo oceniają rzeczy
- zrozumiała już wtedy.
Jednak pewnego wieczoru po powrocie z baliku na pensji, gdzie ją samą
zdziwiło jej powodzenie, stanęła przed lustrem i poznała niezwykłość,
niemal doskonałość swojej urody. Wtedy to jej trzeźwy umysł podsunął
myśl:
- Stań się tak doskonała pod każdym innym względem, a zdobędziesz
wszystko, czego zapragniesz.
I Kate zaczęła pracować nad sobą. Obserwując siebie i innych, odkrywała
ich wady, ale i własne, a silna wola dopięcia celu ułatwiała jej walkę z sobą. Jeżeli nie zdołała wyzbyć się wszystkich wad, potrafiła tak je
ujarzmić, by stały się niedostrzegalne dla otoczenia, by utraciły swą
aktywność. Wiedziała, że drzemią w niej niczym poczwarki w swoich
kokonach, lecz czuła mimo to w duszy tę antyseptyczną czystość, nie
czystość duszy dziecka, lecz czystość wydezynfekowanego wnętrza
sanatorium.
I to dawało jej poczucie własnej wartości, dawało świadomą przewagę nad
otoczeniem i nie pozwalało ani na chwilę wyzbyć się czujnej straży nad
sobą, by ani jeden pyłek nie skaził jej wnętrza.
Z matematyczną dokładnością budowała swoją przyszłość, z niezachwianą
wiarą, że nic nie zdoła zaszachować, ubiec, postawić w sytuacji bez
wyjścia.
I oto jedno małe słowo, jedno słowo zgody, słowo od dawna drobiazgowo
przemyślane przez nią, obliczone, zważone, runęło na jej życie
strasznym, nieprzewidzianym ciężarem, druzgocząc całą konstrukcję.
Przez cały czas toastów, a później życzeń Kate była półprzytomna i ostatnim wysiłkiem woli trzymała się, by dotrwać do końca.
- No, przecież i ty nie umiesz wreszcie ukryć wzruszenia - powiedziała
ciotka Matylda, gdy przeszli już do sali balowej. - Nie dziwię ci się,
drogie dziecko, ważny to dzień w życiu kobiety
- Tak, ciociu, bardzo ważny. - Pochyliła się Kate nad jej ręką.
Stara pani pocałowała ją w czoło i zauważyła:
- Masz chyba trochę gorączki?
- Nie, ciociu, dziękuję, czuję się doskonale.
Wiele dałaby za to, by móc teraz pójść do siebie, zgasić światło i w ciemności pomyśleć spokojnie, pomyśleć metodycznie o wszystkim. Nie
mogło jednak być o tym mowy. Zniknięcie jej wywarłoby niezliczone
komentarze, a zresztą pełniąc rolę panny domu i zastępując nadto pana
Maćka, miała tyle drobnych obowiązków, tyle zajęć, że musiała tu zostać.
Tańczyła dużo z Gogiem i z innymi panami, gdyż każdy chciał bodaj przez
kilka minut mieć bohaterkę dnia wyłącznie dla siebie. Przyjmowała
komplementy, westchnienia, czasami liryczne lub dramatyczne apostrofy
młodych mężczyzn z uśmiechem, zdobywała się na dowcipne lub łagodzące
odpowiedzi i tańczyła. A w przerwach między tańcami raz po raz
odwoływała ją służba. Trzeba było wydawać i zmieniać dyspozycje, a potem, gdy już świt zaglądał w okna, odprowadzać do gościnnych pokojów
starsze panie znużone zabawą.
Zabawa jednak nie tylko nie słabła, lecz z każdą godziną stawała się
huczniejsza, swobodniejsza, bardziej ochocza. Rozejście się starszyzny i odjazd arcybiskupa przyczyniły się do tym większego ożywienia. O ósmej
rano Erazm Bałyński tańczył solo kujawiaka z pełnym kieliszkiem szampana
na głowie, potem wąż kotyliona przemknąwszy przez wszystkie pokoje,
kredens i kuchnię wśród przepłoszonej służby, zatoczył kilka floresów na
gazonie i wrócił do pałacu, by przejść w rozhukanego mazura. O dziewiątej Gogo klęcząc na środku sali pił z pantofelka narzeczonej, a panowie przez otwarte okna palili z rewolwerów na wiwat.
Teraz dopiero podano w jadalni barszcz, wódkę i gorące przekąski, przy
czym Kate pełniła funkcje pani domu, gdyż ciotka Matylda od dawna udała
się na spoczynek. Dopiero około dziesiątej wszyscy się rozeszli.
Gogo, mocno podchmielony, odprowadził Kate do drzwi jej pokoju. Chciał
jeszcze z nią pomówić, lecz pożegnała go uśmiechem:
- Dobranoc, Gogo. Jestem bardzo zmęczona.
- Więc śpij, jedyna, śpij słodko, mój skarbie, królowo moja...
Ale Kate nie myślała o śnie. Zdjęła balową suknię, otuliła się
szlafroczkiem i wydobyła z biurka złożony we czworo arkusik papieru z wyznaniem Michalinki. Raz i drugi przeczytała je uważnie. Zawierało
wszystko to, co powiedziała przed śmiercią. Na dowód prawdy swoich słów
odwoływała się do świadectwa starego kamerdynera Aleksandra, do
świadectwa księdza kanonika Grudy, któremu na ostatniej spowiedzi prawdę
wyznała, oraz wskazywała na znamię rodzime, które po niej syn
odziedziczył.
Wszystko to było dość przekonujące, wymagało wszakże sprawdzenia i Kate
postanowiła niczego nie ujawniać, zanim nie sprawdzi. W rzeczywistości
była pewna, że zmarła zeznała prawdę. W rzeczywistości wiedziała, że oto
trzyma w ręku klucz do tajemnicy, której odsłonięcie zniweczy życie
Goga...
- Goga i... moje własne.
- I mam dokonać tego właśnie ja? - odezwała się w niej drżąca refleksja.
- Ja sama mam pogrzebać swoje szczęście?...
I nagle uświadomiła sobie, że wszystko przecie od niej zależy, że
wszystko jest w jej ręku.
Stary Aleksander w obawie przed sądem i przed utratą dożywocia będzie
milczał jak grób, znaku rodzimego na ciele zmarłej nikt nie dostrzeże,
nikt na to nie zwróci uwagi, nikomu nie przyjdzie na myśl sprawdzać, czy
takiegoż znaku nie ma młody hrabia. Pozostaje ksiądz. Lecz ksiądz
związany jest tajemnicą spowiedzi i również nie powie jednego słowa.
Nawet ona, Kate, będzie mogła śmiało mu w oczy spojrzeć, bo ksiądz
przecie nie wie, że Michalinka przed śmiercią jej wyznała swą tajemnicę
i że jej wręczyła tę kartkę...
- A kartka?...
Kartkę wystarczy spalić. Ot, jedna zapałka i nie zostanie z niej nic,
szczypta popiołu...
Oczy Kate zatrzymały się na toalecie, gdzie leżało czerwone pudełko z zapałkami.
- Oto rada, oto ratunek - szeptało coś w rytmie pulsu, który coraz
gwałtowniej łomotał w skroniach.
Jeden mały płomyk, jedna mała chwila, jedna krótka decyzja i oto zniknie
bezpowrotnie, zniknie raz na zawsze zła zmora, groźna chmura rozpłynie
się w powietrzu z tą odrobiną dymu...
I nikomu nie stanie się krzywda. Taki Maciek jest pewnie zadowolony ze
swego losu. Nigdy mu w głowie nie postało marzyć o innym.
Jedna krótka decyzja... To wystarczy, by zażegnać burzę, by okiełznać
huragan, który zdruzgocze szczęście Goga, jej własne szczęście i rozlegnie się szerokim echem skandalu po całej Polsce.
W imię czego miałaby zatrzymać się przed unicestwieniem tego ogromu
klęsk?... Czy wolno jej w ogóle wahać się?... W obronie własnej, w obronie człowieka, który ma być jej mężem nawet powinna tak postąpić!...
- Tak... tak... To konieczność, to mój obowiązek!...
Krótka decyzja, a potem wszystko będzie po dawnemu: cisza i spokój,
pogoda i ład codziennego życia. Skała, która mogła zniweczyć cały jej
świat, cicho i bezszelestnie zanurzy się w głęboką wodę. I śladu po niej
nie zostanie. Nawet kręgi po wodzie nie pójdą. Nikt, przecie nikt nie
będzie wiedział...
- Tak, tak... Nikt...
Jak zahipnotyzowana Kate wstała i zbliżyła się do toalety.
Ręka sama wyciągnęła się ku czerwonemu pudełku. Palce zacisnęły się
mocno. Wewnątrz cichym klekotem odezwały się zapałki.
Kate podniosła wzrok i w lustrze zobaczyła swoje odbicie. Z bladej jak
papier twarzy patrzyły na nią spokojnie jasne oczy, a spojrzeniem
zdawały się mówić:
- Nie wiemy, co to grzech, nie wiemy, co to kłamstwo. Patrzymy śmiało i prosto, bo w nas jest tylko dobroć i prawda, bo nic brudnego nie
ukrywamy w swojej głębi. Dlatego jesteśmy pięknem.
Oczy były jasne i spokojne, potem drgnęła w nich iskierka współczucia, a później łzy wypełniły je płynnym szkliwem. I Kate zakrywszy twarz rękami
wybuchła łkaniem.
- O, Boże, Boże, Boże... Dlaczego na mnie, dlaczego na mnie spadł ten
ciężar... ciężar odpowiedzialności i decyzji...
Rzuciła się na łóżko i nie mogła opanować płaczu. Naprężone do
ostateczności nerwy po raz pierwszy w życiu owładnęły całą jej istotą.
Wokół zalegała cisza. Tylko z dołu ledwie dosłyszalne dobiegały
stłumione warczenia odkurzaczów. To służba sprzątała parter.
Stopniowo uspokoiło się łkanie, tylko w głowie szumiało nieznośnie i ręce drżały. Kate wstała. Nogi poruszały się jak ołowiane. Spojrzała na
zegarek, była dwunasta. Przeszła do łazienki, wzięła chłodną kąpiel,
która orzeźwiła ją znacznie, uczesała się i nałożyła czarną wełnianą
sukienkę. Śniadanie miało być podane o drugiej. Zostawała jej godzina
wolnego czasu. Kartkę Michalinki zamknęła w biurku i wyszła.
Szybko minęła lewe skrzydło, w którym mieściła się kuchnia, wąską alejką
zagłębiła się w park. Furtka do zabudowań folwarcznych była otwarta.
Olbrzymi kwadrat podwórza obramiony ciężkimi budynkami gospodarskimi był
teraz pusty, skręciła koło kuźni i wyszła na drogę wysadzaną śliwami.
Tędy się szło do osady zwanej Dożywociem. Mieszkali tu wysłużeni
emeryci, którym życie upłynęło na służbie w dobrach Tynieckich. Każdy z nich otrzymywał tu izbę, krowę i ordynarię do końca życia. Niektórzy
mieszkali w starych czworakach, inni w dwurodzinnych, specjalnie
zbudowanych chatach. W tej, która stała najbliżej, miał swe lokum
Aleksander Żołoń, niegdyś kamerdyner nieboszczyka Maurycego Tynieckiego,
dziś starzec, liczący sobie siedemdziesiąt kilka lat.
Przed domkiem był ogródek i w nim właśnie Kate zastała staruszka.
Postękując, grzebał motyką w grządce.
- Dzień dobry, Aleksandrze - powitała go Kate.
- O, a toż panienka Kasia - ucieszył się. - Dzień dobry, panienko, dzień
dobry. O dokądże to tak, panienko? Nie do tej, no jak jej,
Marciniakowej?
- Nie. Mam interes do Aleksandra.
- Do mnie? - zdziwił się. - A no, jeżeli do mnie, to służę panieneczce,
co tylko panienka rozkaże... Czy może do izby?
- Wejdźmy. - Skinęła głową.
Izba była czysto utrzymana, a nawet elegancko. Podłogę przykrywało
linoleum, na oknach osłoniętych kokieteryjnymi firankami stały doniczki
z pelargonią.
Aleksander podsunął Kate krzesło.
- Panienka będzie łaskawa.
Stanął przed nią i nie usiadł nim Kate dwa razy nie zażądała tego z naciskiem. Wysoki i chudy jak szczapa, siadając, robił wrażenie
składającego się scyzoryka.
- Aleksandrze - zaczęła Kate. - Wczoraj wieczorem umarła Michalinka.
- Umarła... Boże drogi, taka jeszcze młoda kobita... - Zakiwał głową. -
Niezbadane wyroki boskie... A na co umarła, panienko?
- Na serce.
- To pewno nagle?
- Nie tak nagle, by nie zdążyła przed śmiercią powiedzieć czegoś, z czym
właśnie do Aleksandra przyszłam.
Wygolona twarz starca zadrgała wszystkimi zmarszczkami. W oczach zapalił
się krótki błysk. Zaczął żuć bezzębnymi wargami i widocznie ważył
sytuację, bo dopiero po chwili zapytał:
- To znaczy, panienko, że Michalinka panience to powiedziała?
- Tak, mnie.
Starzec trochę się uspokoił.
- A cóż ona takiego mogła powiedzieć?... Panie świeć nad jej duszą, ale
za życia często plotła co ślina na język przyniesie. Hm. A przed
śmiercią w malignie różne przywidzenia i fantazje ludziom się zdarzają.
O, jeszcze jakie!... Czy to raz bywało!... I cóż ta biedaczka mówiła?
Kate wpatrywała się weń i nie mając wątpliwości, że stary będzie
próbował wszystkiemu zaprzeczać, postanowiła zastraszyć go oskarżeniem:
- Mówiła, że dwadzieścia osiem lat temu Aleksander zamienił jej dziecko
na dziecko pani hrabiny.
Starzec zerwał się jak podrzucony sprężyną. Na policzki wystąpiły mu dwa
czerwone placki, oczy omal nie wyskakiwały z orbit, a głos zabrzmiał
skrzecząco i piskliwie:
- Ja?!... Ja?!... Ja zamieniłem?... Łże łajdaczka, łże! Przed Bogiem
przysięgam! Ona sama zamieniła, ona, ta piekielnica, odpokutuje za to na
tamtym świecie?... Taka potwarz, aa, taka potwarz...
Starzec trząsł się cały i z trudem łapał oddech.
Kate wyczekała kilka minut aż się uspokoił. Zresztą i sama chciała
odzyskać równowagę. Przyszła tu wprawdzie z przeświadczeniem, że
Aleksander potwierdzi wyznanie zmarłej, lecz łudziła się jeszcze,
chciała się łudzić, że stary służący wszystkiemu zaprzeczy. Pragnęła
tego. Wówczas wszystko stanęłoby pod znakiem zapytania, a to
sprowadziłoby się przecie do zlekceważenia wymysłu, po prostu wymysłu
umierającej, jakiejś przedśmiertnej imaginacji, czy nawet zwykłego
kłamstwa.
I ta iskierka nadziei zgasła jednak od razu. Kate spojrzała na
Aleksandra surowo i powiedziała:
- Mój Aleksandrze, Michalinka nie utrzymywała, że Aleksander to
zrobił...
- Jakże by śmiała!...
- Ale był jej spólnikiem, bo wiedział o tym i przeszkadzał jej wtedy,
gdy chciała się przyznać. To na jedno wychodzi.
- Ja odradzałem?... Przeszkadzałem?...
- Mniejsza o to. Nie przyszłam tu, by Aleksandra sądzić, czy karcić.
Wystarczy mi, że Aleksander potwierdził wszystko. Nie przede mną będzie
Aleksander odpowiadał za swoją winę.
Starzec rozpłakał się. Łzy ciekły mu po obwisłej pomarszczonej twarzy,
cała długa chuda postać zwijała się w niedołężnych, rozpaczliwych i wstrętnych ruchach. Wreszcie upadł na kolana przed Kate i nieartykułowanym bełkotem, z którego rzadko wyrywały się wyraźniejsze
słowa, błagał ją o litość, zaklinał by oszczędziła go, by darowała mu
jego grzech.
- Grzech swój będzie mógł Aleksander odkupić szczerym przyznaniem się,
gdy zajdzie tego potrzeba - powiedziała Kate.
Jej słowa od razu uspokoiły starca. Błysnęła mu nadzieja.
- Gdy zajdzie potrzeba? - zapytał, wpatrując się w Kate.
- Niech Aleksander wstanie.
Podniósł się z trudem i dyszał długo, ale gra zmarszczek i fałd na jego
bladej i wilgotnej od łez twarzy świadczyła, że uczepił się nowej myśli.
Potem zaczął mówić gorączkowo, bezładnie, tajemniczym, skrzypiącym
szeptem. Usiłował przekonać Kate, że lepiej zamilczeć o wszystkim, że
zrobi się tylko awantura i zamieszanie, że wstyd i hańba spadnie na całą
rodzinę, że nieszczęście dotknie Prudy.
- Panieneczko Kasiu, panieneczka młoda jest, niedoświadczona, niech
panienka usłucha rady starego. Na kolanach błagam! Po co to wszystko,
komu to potrzebne! Ot, niech zostanie, jak było. Przecie nikt nie wie.
Michalina umarła, mnie już niewiele dni na tym świecie zostało. Nikt nie
będzie wiedział. Dobrze jest tak, jak jest. Niechże tak i zostanie.
Panienko złota, panienko kochana...
Kate lekko skinęła mu głową i wyszła. Ogromny, beznadziejny smutek
owładnął nią zupełnie. Prawdopodobnie sama nie wiedziała, że na ukłony
spotykanych ludzi odpowiada uśmiechem, ale ta oznaka uprzejmości stała
się już u niej automatyzmem.
W pałacu panował ruch. Większość gości powstawała. W hallu, którego
ciemne dębowe boazerie zawieszone były niezliczoną ilością tac i półmisków ze starego srebra, panowie w przepisowych żakietach wesoło
rozmawiali o swych przygodach myśliwskich, w sali portretowej ciotka
Matylda otoczona rojem młodych panien, rozprawiała z ożywieniem,
wspominając różne wielkie bale, w których brała udział jeszcze przed
zamążpójściem. W dużym gabinecie obok Gogo zabawiał towarzystwo
anegdotami ze swego pobytu w Bonn, w Oxfordzie i Nancy. W bibliotece
sino już było od dymu cygar. Tu starsi panowie, rozsiadłszy się w wygodnych fotelach, dyskutowali na tematy gospodarcze i polityczne.
Zjawili się lokaje, obnosząc wielkie tace z cocktailami, wódkami i buszetkami.
Kate witała się, rozmawiała, przechodziła z pokoju do pokoju, od grupy
do grupy.
- Promieniuje pani szczęściem - powiedział jej młody Łuczyński. - Mój
Boże, co to miłość może!
- A panna Kasia zawsze jasna, jak wiosenny ranek - mówiła pani Tarłowa.
Gogo omijając innych przylawirował do narzeczonej. Wyglądał świeżo i radośnie.
- Okrutna dziewczyna - zaczął. Gdzie znikłaś od rana? Szukałem cię po
całym pałacu. Byłem już zrozpaczony.
- Nie wyglądasz na to - roześmiała się.
- Bo już cię zobaczyłem. Ale przysięgam ci, że była chwila, kiedy
obawiałem się, że cię coś złego spotkało, że na przykład ktoś z odjeżdżających gości porwał mój skarb.
- W ładnym świetle wystawiasz swoich znajomych - powiedziała
żartobliwie.
- Cóż chcesz. - Wzruszył ramionami. - Ja sam nie oparłbym się takiej
pokusie. W twoim wzroku dostrzegam, że uważasz to za puste słowa, ale
wierz mi, że nie ma takiego czynu, któregobym dla ciebie nie popełnił.
Aż do zbrodni włącznie. Nie ma!
Spojrzała mu w oczy:
- Życie czasami wystawia ludzi na różne próby - powiedziała lekko.
- Co mam przez to rozumieć?
- Nic. Ogólna uwaga. Chodźmy, śniadanie podane.
Przy śniadaniu znowu siedzieli obok siebie. Nastrój był ożywiony i wesoły.
Już przy końcu śniadania zaczęły zajeżdżać samochody i powozy. Goście
opuszczali pałac. Na pociąg o piątej wyjechało najwięcej. Na
podwieczorku poza domowymi zostało zaledwie kilka osób z rodziny. I one
jednak wkrótce zaczęły się żegnać. Dwudniowe polowanie zakończone
wielkim balem, duży zjazd znajomych, wszystko to, co po długoletniej
ciszy wytrąciło Prudy z naturalnego stylu spokojnej wiejskiej
egzystencji minęło. Pani Matylda z nogami owiniętymi pledem zasiadła w wielkim fotelu w buduarze, rezydenci pozaszywali się w swoich pokojach,
służba snuła się senna i pomęczona, Kate w kredensie, pochylona nad
książką rachunkową przyjmowała raporty od pana Maćka, od kucharza i od
Józefowej, zarządzającej gospodarstwem od czasu choroby Michalinki.
Tymczasem Herta i Zosia z kuchni zajęte były myciem i przebieraniem
zwłok zmarłej. W stolarni już robiono trumnę, stelmach jednak nie
spieszył się, gdyż pogrzeb miał się odbyć dopiero za trzy dni, gdy
proboszcz wróci z odpustu w Chełmnie.
Gdy po skończonym rachunku Kate została sam na sam z panem Maćkiem,
powiedziała mu:
- Niech się pan położy i wyśpi, panie Macieju. Wygląda pan bardzo źle.
Przemęczył się pan przez te kilka dni, a poza tym mówiono mi, że całą
noc spędził pan przy zmarłej.
- Tak jest, proszę panienki.
- Kochał ją pan bardzo?
Młody człowiek przygryzł wargi i tylko w milczeniu skinął głową.
- A jednak musi pan wypocząć. Niech pan śpi. A jutrzejszy dzień ma pan
wolny. Pani hrabina już uprzedziła o tym rządcę.
- Dziękuję panience, ale wołałbym pracę. Przy pracy myśli nie tak
człowieka trapią. Człowiek zapomina o sobie.
- Jak pan chce. Może i ma pan rację. W każdym razie zaraz niech się pan
prześpi.
Obiad podano o ósmej, ale do stołu siadło nie wiele osób. Kate, Gogo,
generał Niedziecki, daleki ich krewny i rezydent w Prudach od czasu
przejścia na emeryturę, oraz administrator, pan Ziembiński. Pani Matylda
kazała sobie podać na górę sucharki i herbatę, dwie stare panny ciocia
Klosia i ciocia Betsy jadły w łóżkach, a stryjcio Anzelm pielęgnował
swoją wątrobę przy pomocy ziółek i gorących okładów.
Generał jedyny ze starszej generacji przetrzymał zwycięsko trzydniówkę i teraz, pomijając burgunda, kpił na funty z "tego piernika Anzelma".
Ponieważ zaś, gdy się już do jakiegoś tematu przyczepił, nie umiał się
odeń oderwać, cały obiad był poświęcony biednemu stryjkowi Anzelmowi.
Rozmowę podtrzymywał z umiarem pan Ziembiński. Gogo wpatrywał się w Kate
i od czasu do czasu zamieniał z nią półgłosem kilka słów.
Gdy wstali od stołu Kate zapytała go, czy nie poszedłby pomodlić się
przy zwłokach swojej starej mamki i piastunki.
- Nie, Kate, nie. Lubiłem ją za życia i naprawdę przykro mi, że umarła,
ale nie znoszę widoku trupów.
- Wypadało by jednak... - zaczęła, lecz Gogo nie dał się namówić:
- Będę na pogrzebie. To wystarczy.
Nazajutrz wczesnym rankiem Kate zaproponowała narzeczonemu partię
tenisa. Grywali niemal codziennie i Gogo nie dopatrywał się w tym
niczego nadzwyczajnego. Jej jednak chodziło o rzecz ważną. Mianowicie do
tenisa Gogo nakładał białe pantofle i takież skarpetki, które zwijał nad
kostką.
Czekając nań w hallu, przysunęła krzesło do szafy i położyła na niej
swoją rakietę. Gdy zbiegł ze schodów, powiedziała:
- Czy nie mógłbyś zdjąć z tej szafy mojej rakiety, bądź tak dobry.
- Ależ z przyjemnością.
Z kolei on przysunął krzesło, wszedł na nie, a gdy stanął na palcach, by
sięgnąć po rakietę i spodnie uniosły się, odsłaniając część nogi nad
kostką, ukazał się górny rąbek brązowej myszki.
Serce Kate zaczęło bić mocno. Teraz już nie zostawało żadnych
wątpliwości.
Pomimo największego wysiłku woli grała źle i nieuważnie. Poczciwy Gogo
posyłał jej coraz łatwiejsze piłki, a wreszcie zawołał:
- Kate! Co się z tobą stało!?
Uśmiechnęła się z przymusem:
- Nie mogę dziś grać.
- Więc dajmy spokój, ale co ci jest? Źle się czujesz, królowo moja?
W jego głosie było wiele miłości i szczerego zaniepokojenia. Kate
milczała, walcząc z myślami.
- Tak - powzięła wreszcie postanowienie. - Muszę przede wszystkim jemu o tym powiedzieć. Muszę być lojalna.
- Kasieńko najdroższa - dopytywał.
- Ty masz jakieś zmartwienie?
Potrząsnęła głową:
- To nie jest zmartwienie, Gogo. To jest... tragedia.
Bardziej niż tych słów przestraszył się wyrazu jej spojrzenia. Zdawało
mu się, iż zna wszystkie wyrazy tych kochanych oczu, a to teraz zobaczył
w nich coś zupełnie nowego: jakby ból, jakby rozpacz, jakby litość.
- Przerażasz mnie, Kate - powiedział.
Teraz już był pewien, iż stało się coś okropnego. Wyobraźnia podsuwała
najpotworniejsze możliwości. Oto za chwilą ta najdroższa na świecie
istota powie, że kocha kogoś innego, albo, że ktoś ją uwiódł, że
spodziewa się dziecka... Może je już ma... gdzieś w ukryciu...
Czuł całą niedorzeczność, całą plugawość tych posądzeń, a jednak czuł
również, że dowie się od niej czegoś okropnego, czegoś wstrząsającego.
Kate odłożyła rakietę.
- Chodź - powiedziała. - Pójdziemy do parku. Mam z tobą do pomówienia.
- Dobrze. Ale odpowiedz mi na jedno, bo nie wytrzymam! Czy to, co mi
zakomunikujesz, dotyczy ciebie... twoich uczuć, czy projektów?
- Nie, Gogo. Dotyczy ciebie. Mnie tylko pośrednio.
Odetchnął z ulgą i uśmiechnął się:
- Chwała Bogu! Więc chodźmy.
Przekonany był, że sprawa cała dotyczy jakichś plotek. Musieli wczoraj
głupstw jej nagadać. Pewno o tej kasjerce z Juanle-Pins. Oczywiście
skończy się na wyjaśnieniach. Nie znał wówczas Kate, wobec tamtej
dziewczyny był w porządku, płacił jej alimenty, mogła żyć dostatnio, ba,
wyjść dobrze zamąż, a za jej histerię on nie odpowiada. Strzeliła do tej
Włoszki przez głupotę, przez głupotę też odebrała sobie życie...
Szli szeroką lipową aleją, później skręcili w lewo. Pod starym dębem
stała tu ławeczka. Dąb nazywał się od niepamiętnych czasów Marszałkiem
Czarnego Stawu, nazywał się zaś tak dlatego, że rzeczywiście zdawał się
panować z wysokiego brzegu nad wielkim stawem, który nieruchomą taflą
leżał tuż nad nim. Staw był bardzo głęboki, mulisty, pełen starych
korzeni i wodorostów. Nie oczyszczano go rozmyślnie, pozostawiając w tym
półdzikim stanie, zresztą i nie opłacało się, gdyż dno miał takie, że
ryby w nim złapane nie nadawały się do jedzenia. Czuć je było błotem.
Ale z ławki pod Marszałkiem roztaczał się piękny szeroki widok na kępy
starych brzóz i grabów po drugiej stronie i na strome wzgórze z białą
kapliczką. Ławka ta miała jeszcze i te zaletę, że stała zdala od
uczęszczanych części parku i że nikt tu nie mógł zbliżyć się
niepostrzeżenie.
Szli w milczeniu i w milczeniu tu usiedli. Po dłuższej dopiero chwili
odezwała się Kate:
- Musisz mi obiecać Gogo, że przyjmiesz spokojnie to, co ci
zakomunikuję.
- Możesz być tego pewna, Kate.
- Otóż, zacznę od tego, że z nikim jeszcze o tym nie mówiłam. Ty jesteś
pierwszy.
- Mam do ciebie zaufanie, ale w danym wypadku nie ono odgrywa rolę. Po
prostu to jest sprawa przede wszystkim twoja.
- Słucham, Kate.
- Wczoraj wieczorem umarła Michalina Zudrówna i jak wiesz, byłam przy
jej śmierci.
- Wiem, Kate.
- Przed śmiercią zrobiła mi wyznanie...
Niski głęboki głos Kate załamał się i stał się prawie szorstki:
- Wyznała mianowicie, że syn jej, uchodzący za jej syna Maciej Zudra,
nie jest Maciejem Zudrą, nie jest jej synem.
Gogo zaciekawił się:
- Tak? Więc kimże jest?
Kate była blada.
- Jest hrabią, Rogerem Tynieckim.
- Nie rozumiem?
- Jest hrabią Rogerem Tynieckim, synem śp. Maurycego Tynieckiego i Matyldy z Pomianów Tynieckiej. Że jest jedynym ich synem.
Gogo spojrzał na nią z takim wyrazem twarzy, jakby mówił z istota
nieprzytomną:
- Przepraszam cię, Kate - odezwał się łagodnie - czy chcesz przez to
powiedzieć, że Maciuś jest synem moich rodziców?
- Tak, Gogo. Jedynym synem.
Zaśmiał się pojednawczo:
- Dobry żart! Kimże ja w takim razie jestem? Czy nie powiedziała ci
tego?
Miał minę rozbawioną.
- Owszem, powiedziała. Ty jesteś jej synem, Maciejem Zudrą.
- Ja?... Ja?... - Gogo wybuchnął głośnym niepohamowanym śmiechem - Ja
Zudrą?... Cha... cha... cha... Wybacz, Kate... Cha... cha... cha...
Wybacz, ale nie mogę się powstrzymać... Moja cudna, moja kochana
Kasieńko... To tym się tak frasowałaś?... Takimi głupstwami! Cha...
Cha...
- To nie są głupstwa, Gogo. To prawda.
W jej tonie było takie przeświadczenie, że się aż zdziwił:
- Jak mogłaś uwierzyć w podobne bzdury!
- Ludzie na łożu śmierci nie opowiadają bzdur.
- Więc majaczą - zawołał prawie z gniewem, zły że taka inteligentna
istota jak Kate wzięła podobne nonsensy na serio. - Majaczą, miewają
halucynacje. Ta poczciwina nagadała ci bajek, a ty...
- Gogo - przerwała Kate. - Nie jestem tak naiwna, jak myślisz. I nie
zaczynałabym tej rozmowy, nie podnosiłabym tej sprawy, gdybym nie
wiedziała, gdybym nie wiedziała z całą pewnością, że Michalinka wyznała
prawdę.
Roger opanował się. Traktowała tę absurdalną historie tak poważnie, że
należało równie poważnie udowodnić jej, że została wprowadzona w błąd.
Zapytał więc spokojnie:
- Wynikło by z tego, że mnie i Maciejka zamieniono?
- Tak.
- I któż tego dokonał?
- Ona. Michalinka, twoja prawdziwa matka.
- Nie nazywaj jej proszę moja matką... Później będziesz się rumieniła,
gdy sobie to przypomnisz. Ale czy nie zastanawiałaś się, w jaki sposób
mogła tego dokonać?
- W bardzo prosty. Mając do karmienia dwoje niemowląt w jednym wieku i nie podlegając niczyjej kontroli, zapragnęła swemu synowi zapewnić
lepszy los. I zamieniła.
- Jak to - zirytował się. - I sądzisz, że niktby tego nie zauważył?
- Mógł nikt nie zauważyć, ale owszem, znalazł się ktoś, kto nie tylko
zauważył, lecz przyłapał ją na gorącym uczynku zamiany.
- Któż to był?
- Aleksander, kamerdyner, Aleksander Żołoń.
- A przyłapawszy, on, najwierniejszy sługa mego ojca, nie uważał za
stosowne zawiadomić o tym swego pana?... Zastanów się!
- Nie ironizuj, Gogo - smutnie odpowiedziała Kate. - Owszem, wiedział co
jest jego obowiązkiem, ale nie wypełnił go. Michalina liczyła wówczas
sobie lat dwadzieścia dwa, czy trzy, a on już był po pięćdziesiątce.
Kupił ją za cenę milczenia.
W oczach Rogera po raz pierwszy zamigotał niepokój.
- Bajeczka wcale zgrabnie ułożona, ale na szczęście Aleksander żyje
jeszcze i...
- Na nieszczęście wszystko potwierdza - zakończyła Kate.
Rogerowi krew uderzyła do twarzy. Milczał przez chwilę, a później
wybuchnął:
- To nieprawda! To niecne kłamstwo! To podła intryga! Oni uknuli to
przeciw mnie!
- Uspokój się, Gogo.
- Skąd wiesz, że Aleksander to potwierdza?!
- Rozmawiałam z nim. Przyznał się wśród płaczu i zaklinał mnie, by nie
poruszać tej sprawy. Boi się sądu i pozbawienia dożywocia.
- To ostatnie nie minie tego starego łotra! - Zacisnął pięści Gogo. -
Ach, nędzne gadziny, plugawe gady! I ośmielili się jeszcze ciebie,
właśnie ciebie, moje ty kochanie, mój ty aniele biały, wciągnąć w tę
błotnistą intrygę. Ale ja z nimi zrobię porządek!... Ha, patrzcie go! On
nie tylko wierszyki układa, ale i wcale przemyślne planiki. Taki
drobiazg! Ograbić za jednym zamachem mnie z nazwiska, z majątku, z tytułu! Niezły spisek: umierająca matka, stary sługa i ten gagatek.
Ręczę ci, że to on wymyślił wszystko, że on jest sprężyną całej tej
diabelskiej machinacji. No, już ja z nimi zrobię porządek!
Zbladł i trząsł się cały:
- Ohyda, ohyda, ohyda - powtarzał.
- Nie mów tak, Gogo, bo i ja może nie uwierzyłabym temu wszystkiemu,
gdybym nie miała bardziej przekonywującego dowodu, który niestety nie
pozostawia żadnych wątpliwości.
- Dowodu?
- Tak.
- Jakiż to dowód?
- Chodź ze mną.
Gogo wziął ją za rękę:
- Zaczekaj. Przecież nie musisz mi pokazywać tego dowodu. Wystarczy
jeżeli powiesz o co chodzi.
- Więc dobrze. Umierając, Michalinka powiedziała mi, że jej syna można
rozpoznać po tym, że ma na prawej nodze nad kostką znak rodzimy, znak w tym samym miejscu i taki sam jak u niej. Sprawdziłam. Zmarła ma ten znak
rzeczywiście. Zresztą Aleksander, który w owym czasie widocznie bardziej
interesował się nogami Michalinki, właśnie po tym znaku poznał, że was
zamieniono. Czy masz na prawej nodze nad kostką brązową myszkę?
Podniosła nań oczy i aż przestraszyła się: był blady jak trup, twarz
zastygła mu w jakimś bolesnym grymasie, w oczach miał bezradny paniczny
lęk.
Wzięła jego rękę. Łagodnie wyprostowała kurczowo zaciśnięte palce.
Wielka litość ściskała jej gardło.
Biedny chłopak, biedny chłopak - myślała, ale nie mogła z siebie wydobyć
ani słowa. Tylko coraz cieplej, coraz serdeczniej gładziła jego rękę.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki