Wszystkie okna pałacu w Prudach jarzyły się od świateł. Z
wnętrza płynęły dźwięki orkiestry przez rozległe gazony, przez
kwietniki, wśród starych drzew parku, nad nieruchomymi taflami
stawów, aż daleko rozsypywały się w rżyskach cichnącymi szmerami. Od lat wielu po raz pierwszy Prudy wydawały wielki bal.
Okazje po temu były dwie: - pani Matylda Tyniecka obchodziła swoje
sześćdziesiąte urodziny, a obchodziła je tak uroczyście i tak
hucznie z racji powrotu syna, który wreszcie zdecydował się na
przyjazd do kraju, na ustatkowanie się i objęcie w posiadanie
swoich Prudów. Od sześciu lat nie pokazał się tu ani razu. Włóczył się po
całym świecie, wciąż zmieniając uczelnie, hulając, wpadając w różne
skandaliki, których echo zbyt często docierało aż do Wielkopolski i
budziło w pani Matyldzie, z trudem hamowany gniew. - Wierz mi, Kate - mówiła do swej siostrzenicy - że dużo w
tym musi być przesady. Roger w gruncie rzeczy jest dobrym chłopcem. A nawet w tej obronie Kate z łatwością wyczuwała gniew
ciotki Matyldy. Już to, że jedynaka nazywała Rogerem, nie zaś jak
zwykle Gogo, świadczyło o tym dobitnie. Poza tym owo miękkie i w
jej głosie pełne ciepła "Keeit", w chwilach w burzenia zamieniało
się w krótkie i ostre "Kejt". A Kate była zbyt inteligentna i zbyt
subtelna, by tego nie wyczuć. Pani Matylda zaś najbardziej obawiała się tego, by jej
pupilka nie nabrała złego wyobrażenia o Gogu. Od dawna przeznaczyła
ją w duchu na żonę dla syna. I bynajmniej nie dlatego, że nie
mógłby on znaleźć lepszej partii. Dzięki swojemu bogactwu, dzięki
swoim dziewięciu pałkom w koronie, dzięki wreszcie renomie
światowca i nieprzeciętnej urodzie, mógł siegnąć po każdą. Kate
Pomianówna nie miała nic. Ale jeżeli stara, doświadczona i mądra
pani Matylda ją właśnie wybrała na synowę, na przyszłą hrabinę
Tyniecką i panią na Prudach, uczyniła to nie bez najgłębiej
przemyślanych powodów. Kate bowiem w oczach pani Matyldy była
doskonałością. Nie tylko zresztą w jej oczach. W całym pałacu, w całych Prudach, w całej okolicy nie było
nikogo, kto by na nią nie patrzył z zachwytem, kto by o niej nie
mówił z uwielbieniem. Zarówno panie jak i panowie, zarówno
oficjaliści, jak i służba, zarówno ci, co znali ją od lat pięciu,
odkąd przybyła do Prudów, jak i ci, co ujrzeli ją po raz pierwszy,
wszyscy otaczali ją atmosferą nieustannej adoracji i jeżeli dziwili
się czasem, to tylko temu, że nie mogą znaleźć żadnej skazy ani na
jej piękności, ani w charakterze, ani w umysłowości. Jedna była
tylko osoba, która nie uważała jej za doskonałość, lecz tą osobą
była sama Kate. Otóż pani Matylda Tyniecka drżała na myśl, że ten fenomen,
ta wymarzona następczyni jej w Prudach, nad której wykształceniem i
wychowaniem czuwała przez szereg lat, zostanie przez kogoś innego
zdobytą, lub, co jeszcze gorsze, że Gogo, ten lekkomyślny chłopiec,
nie pozna się na niej. Do dwudziestego ósmego roku życia, obijając
się wśród płytkiej i hulaszczej młodzieży, mógł spaczyć swój gust i
teraz przejść obojętnie obok tej cudownej Kate. Obawy jednak były niepotrzebne. Kate i tym razem
zwyciężyła, zwyciężyła od pierwszego spojrzenia. Gdy przed trzema
tygodniami Gogo ujrzał ją po raz pierwszy przy stole, po prostu nie
umiał ukryć wrażenia. Stał się zażenowany, zabawnie nadrabiał miną,
bąkał coś pod nosem, palnął kilka niedorzeczności i nie spuszczał
oczu z kuzynki. Po paru dniach odzyskał wprawdzie swobodę, ale
przecież zgubił gdzieś bez śladu swój nonszalancki sposób bycia. A teraz tańczył z nią prawie bez przerwy. Stara pani nie
martwiła się, że zwraca to powszechną uwagę, uważała jednak za
stosowne przywołać syna do porządku: - Gogo, wiele panien podpiera ściany. Nie możesz wciąż
tańczyć z Kate. - Mamo - powiedział szeptem - ja... ją kocham. Stara pani podniosła lorgnon do oczu: - O?.. Czy sądzisz, że jest to twoją wyłączną
tajemnicą?... Roger wzruszył ramionami: - Nie zamierzam kryć się z tym. Gotów jestem powiedzieć to
każdemu. - Sądzę, że postąpisz rozsądniej mówiąc to jej - z lekką
ironią odpowiedziała pani Matylda i odeszła do grupy starszych pań
Po chwili zobaczyła, że Roger wychodzi z Kate na taras i pomyślała: - No, nareszcie. Przez jedno mgnienie ogarnął ją niepokój: - czy Kate nie
odmówi mu ręki?... Ale już w następnej chwili uspokoiła się. To
było zupełnie wykluczone. Taka dziewczyna jak Kate, z jej
absolutnym taktem, z jej wysublimowanym obejściem, nie dopuściłaby
nigdy do oświadczyn, gdyby nie zamierała ich przyjąć. Ma już
przecie dziewiętnaście lat, a umie rozumieć życie, jak kobieta
dojrzała. I nie myliła się stara pani. Kate, wychodząc z Rogerem na
taras, dobrze wiedziała, że kuzyn poprosi ją o rękę i była
zdecydowana oddać mu ją. Była zdecydowana, chociaż zespół uczuć,
jakie żywiła dlań, nie wydawał się jej czymś dorastającym do miana
miłości. Nie, nie była w nim zakochana. Miała dlań wiele
życzliwości, sympatii, w ciągu tych trzech tygodni zdążyła polubić
go i ocenić w nim te zalety, które miał niewątpliwie: szczerość,
bezpośredniość, szerokość gestu i dumę w dobrym stylu. Nie z racji
tych zalet jednak gotowa była zostać jego żoną, ale po prostu
dlatego, że wyczuwała życzenia ciotki Matyldy, wobec której miała
wiele zobowiązań natury moralnej i materialnej. Zresztą rozumiała
sama, że małżeństwo z Gogiem będzie dla niej karierą. Roger stał przy niej i mówił głosem, który drgał pomimo
pozornego opanowania: -...kocham cię, Kate, jak jeszcze nigdy nikogo nie
kochałem, jak nie kochałem samego siebie. Bądź moją! Nie będziesz
moją żoną, będziesz moją królową... Kate!... Zaklinam cię, nie
odmawiaj... To byłaby moja śmierć! Kate! Powiedz... powiedz... Nie
odepchniesz mnie?... - Nie. Gogo - odezwała się cicho. Szalone szczęście zacisnęło mu krtań. W pierwszej chwili
chciał ją porwać w ramiona, lecz zabrakło mu śmiałości. Stała przed
nim jasna, wysmukła, z dobrym i rozumnym uśmiechem, w którym była
jakby serdeczna łaskawość. Jej włosy koloru złocistej słomy,
zaczesane gładko i spadajce w długich lokach, nadawały twarzy wyraz
dziewczęcy, prawie dziecinny, a safirowe oczy patrzyły prosto,
głęboko i odważnie. I Roger zrozumiał, że nie napróżno powiedział
jej, że będzie jego królową. Sama podała mu obie ręce. Całował je i szeptał porywczo: - Boże, jaki ja jestem szczęśliwy! Kate! Kasieńko
najdroższa! Jedyna... Obsypię cię brylantami, kwiatami... Zadziwię
tobą świat, olśnię tobą świat!.. Rozsadzi mnie chyba pycha, że mam
taką żonę!... Kate!... Ubóstwiam cię, uwielbiam... - Panienko Kasiu - odezwał się za nimi zdyszany głos. -
Czy tu jest panienka Kasia?... Pokojówka Herta wbiegła na taras i zawołała: - Prędko, panienko, Michalince znowu zrobiło się
niedobrze! Ledwie dyszy! - Dobrze, już idę - skinęła głową Kate. - Przepraszam cię,
Gogo. Muszę biednej Michalince zrobić zastrzyk kamfory. Przeszła prędko przez salę balową, gdzie kilkadziesiąt par
tańczyło kujawiaka, przez szereg pokojów, aż do kredensu, gdzie
stała apteczka. Ostatnimi dniami często do niej musiała zaglądać.
Stara poczciwa Michalinka, niegdyś mamka i niańka Goga, a od lat
klucznica w pałacu, zapadła na ciężką niedomogę serca. W kredensie panował tłok i rejwach. Raz po raz wpadali
lokaje z brzęczącymi od szkła tacami, w wielkie dzbany nalewano
kruszon, orszadę, na kryształowych kloszach układano owoce i
ciasta. Tu też pan Maciek kalkulował rozmieszczenie gości i
przyjezdnej służby po pokojach gościnnych i oficynach, pochylony
nad listą gości, raz po raz odrywał się od niej, by wydać
dyspozycje, by wydzielić nowe paczki świec. Pan Maciek był z tytułu pisarzem prowentowym, ale w
rzeczywistości sprawował w Prudach tysiące różnych funkcyj. Robił
wypłaty, posyłano go na ważniejsze zakupy, jeździł do Poznania dla
załatwiania rozmaitych spraw w urzędach, nadzorował służbę w
pałacu, a podczas większych zjazdów stawał się czymś w rodzaju
ochmistrza dworu, jako że pani Matylda miała doń pełne, zaufanie.
Pan Maciek był synem Michalinki i bratem mlecznym Rogera. Już z
tego tytułu miał na całe życie zapewniony chleb w Prudach. Kate, wyjmując z apteczki strzykawkę, eter i ampułki z
kamforą, powiedziała: - Niech pan Maciek nie zapomni o wstawieniu drugiego łóżka
do pokoju czternastego. - Tak jest, panienko. Pamiętam o tym. - A teraz może pan Maciek zajrzy do swojej matki. Idę z
zastrzykiem. Znowu czuje się biedactwo gorzej. - Dziękuję, panienko. Ale teraz nie mam czasu. Jeżeli
panienka pozwoli, to może później. Zawsze był taki obowiązkowy, grzeczny i służbisty,
wyprostowany jak struna w swoich długich butach, zielonkawych
spodniach i frenczu. Wprost z kredensu strome schody prowadziły na drugie
piętro, gdzie mieściły się pokoje służbowe. Kate szybko przebiegła
długi korytarz i weszła do niewielkiej schludnej i debki. Niczym
nie osłonięta żarówka zapełniała pokój jaskrawym światłem. Na
wysokim łóżku w białej pościeli leżała Michalinka. Uśmiechnęła się
do Kate, z trudem łapiąc oddech. Puls przestraszył Kate. Był ledwie wyczuwalny. Z
pośpiechem napełniła szprycę i zrobiła zastrzyk. - Dziękuję, panno Kasiu, wyszeptała chora. - Ale chyba już
tym razem nie pomoże... Niech panienka idzie, tam zabawa... bal...
ślicznie panience w tej białej sukni... - Posiedzę przy Michalince - pogłaskała ją po ręku Kate.
Przy sposobności sprawdziła puls. Nie poprawiał się i uznała za
konieczne powtórzyć zastrzyk. Minęło kilka minut. Chora leżała z
zamkniętymi powiekami i robiła wrażenie nieżywej. Niespodziewanie
odezwała się: - Już umrę... - Będzie Michalinka żyła. Zaraz to przejdzie. - Nie, panienko. To już koniec. Czuję, że koniec...
Panienko... Panience jednej ośmielę się... w tej godzinie...
wyznać... w oczy spojrzeć... Kate była zdziwiona: - O czym Michalinka mówi? Widocznie pod działaniem kamfory umierającej przybyło
trochę sił. Jej szept brzmiał teraz wyraźniej, a oczy patrzyły
przytomnie: - O grzechu moim, o strasznym grzechu... panienko... Niech
Bóg będzie dla mnie miłosierny... Szatan mnie skusił i głupota
moja... Szatan mnie skusił i głupota moja... Byłam wtedy młoda,
młoda i głupia... Zawczoraj wyznałam na świętej spowiedzi i ksiądz
kanonik kazał mi wyjawić prawdę... Tę moją grzeszną tajemnicę... Przymknęła powieki, lecz zaraz podniosła je znowu i
zapytała: - Czy panienka wie, że byłam mamką młodego hrabiego? - Owszem, wiem. - Było to dwadzieścia osiem lat temu... Pani hrabina nie
mogła karmić i zawołano mnie do pałacu... Przed miesiącem właśnie
urodziłam mego Maćka... Zdrowa byłam, ładna i pokarmu miałam dość
na dwoje. I mój syn zdrów był, a synek hrabiostwa jakiś
słabowity... Pomyślałam sobie: a może nie wyżyje?... Co mój ma całe
żvcie być w biedzie i w pracy... Szatan takie myśli podsunął...
Tylko szatan... I wtedy zamieniłam ich. Tak, zamieniłam... Kate zbladła i szeroko otwartymi oczami wpatrywała się w
twarz umierającej. - Jakto?... Jakto?... To znaczy?... Co Michalinka mówi?... - To znaczy, że moim synem jest ten z nich, co teraz
uchodzi za hrabiego Rogera Tynieckiego, a prawdziwym Rogerem
Tynieckim jest Maciuś Zudra, pisarz prowentowy. Kate siedziała jak skamieniała. Trudno było nie wierzyć
tej kobiecie, a przecież nieprawdopodobieństwo, wręcz nonsens tej
rzekomej prawdy, uderzało. Więc Gogo, z jego kulturą, z jego rasą,
z jego manierami wielkiego pana, miałby być prostej wiejskiej
dziewczyny, chłopki, która zaledwie czytać i pisać umiała?... Nie.
To może być tylko maligna konającej! Kate pochyliła się nad nią: - Michalinko, proszę zastanowić się. Przecież to co
Michalinka mówi, jest nie do uwierzenia! Stara kobieta potrząsnęła głową: - To święta prawda. W obliczu Boga ją panience wyznaję.
Zamieniłam te niemowlęta. Szatan podkusił... Całe moje życie od
tego czasu było jednym cierpieniem i jednym strachem przed karą
Boską! Nie raz, sto razy chciałam wyznać prawdę, ale odwagi nie
starczyło. Dlatego i do spowiedzi przez tyle lat nie chodziłam.
Bałam się. A co o mnie pani hrabina, panienka, albo kto dobre słowo
powiedział, to tak jakby mnie nożem w serce. Już nie raz chciałam
się przyznać, ale zawsze on, Aleksander, straszył mnie i odmawiał:
- Nie bądź głupia, co stało się, tego nie odrobisz, niech już tak
zostanie. A to wypędzą cię i twego syna wypędzą i zdechniesz z
głodu, a jeszcze do więzienia pójdziesz... Kate przetarła czoło: - Jaki Aleksander?... O jakim Aleksandrze Michalinka
mówi?... - O jakimże, o tym złym duchu, o Żołoniu, co kamerdynerem
u nieboszczyka pana hrabiego był. - O tym starym Aleksandrze, co mieszka za folwarkiem na
dożywociu? - A o nim. On jeden wiedział. Przyłapał mnie, jakem
dziecko wynosiła i on jeden poznał po znaku rodzinnym. Ale młoda
wtedy byłam i ładna, a on stary, złakomił się na mnie. To i
przysiągł, że pary z gęby nie puści. Niech mi Bóg przebaczy, bo mój
grzech większy... Z całego chaosu i nawału tych okropnych nowin Kate
wyłowiła jeden szczegół, który wydał się jej ważny: - O jakim znaku rodzinnym Michalinka mówi? - Na prawej
nodze nad kostką panienko, mam taką myszkę brązową i mój syn ją
ma... Tak, panno Kasiu, tak. Grzech mój straszny, a dusza moja w
ręku Boga. Niech mnie sądzi, niech ukarze, ale ludziom w oczy
spojrzeć się nie ośmielę. Pani jednej to wyznałam. A nie wiedząc
czy zdążę przed śmiercią, już zawczoraj po spowiedzi wyznanie moje
spisałam. Niech panienka sięgnie pod poduszkę i weźmie... Tam...
jest książka do nabożeństwa... Spisałam... Głos stawał się coraz cichszy... Kate zerwała się, szybko
napełniła szpryckę i zanurzyła igłę pod skórę umierającej, której
wargi poruszały się bezgłośnie i coraz wolniej. Po trzech minutach
trzeba było dać nowy zastrzyk. Puls ustał zupełnie. Nagle ciało
kobiety wyprężyło się, drgnęło i znieruchomiało. Skonała. Otwarte oczy patrzyły tępo, bezmyślnie, dolna szczęka
opadła i język wysunął się aż poza wargi. Był to widok odrażający i
Kate jakby zahipnotyzowana jego potwornością, nie mogła odeń
oderwać wzroku. Po raz pierwszy widziała śmierć. Po raz pierwszy
zrozumiała niedorzeczność tego wszystkiego, co ludzie nazywają
życiem, a co jest tylko ciałem. Życie... Życie to coś
nieogarniętego, nieprzeniknionego. Życiem tej kobiety był jej
grzech i jej cierpienia moralne... - Co jest moim życiem? - zastanowiła się Kate. Ale w korytarzu rozległy się kroki. Szybko sięgnęła pod
poduszkę i wydobyła grubą zniszczoną książkę do nabożeństwa. Między
kartkami leżał złożony arkusik papieru zabazgrany niewprawnym
pismem. Drzwi uchyliły się, weszła Herta, rumiana, okrągła, z
figlarną miną. Rzuciła okiem na łóżko, zdlabła i krzyknęła: - Jezus Maria! Kate oprzytomniała: - Cicho, Herto, - powiedziała z naciskiem. - Michalinka
umarła przed chwilą, ale nie trzeba o tym nikomu mówić. Dość będzie
na to czasu, jutro, gdy się goście rozjadą. Panią hrabinę i syna
zmarłej zawiadomię sama. Potrafisz utrzymać język za zębami? - Potrafię, panienko. - Wierzę ci - skinęła głową Kate. - A teraz trzeba
nieboszczkę ułożyć, zamknąć oczy i... to wszystko inne... Kate wzdrygnęła się mimo woli i zapytała: - Nie boisz się tego? - A czegóż się tu bać, panienko... Tylko tak, myślałam, że
jeszcze pani Michalinka pożyje. Mimo woli mówiły szeptem. Po chwili Herta znalazła gdzieś
chustkę i podwiązała zmarłej opadającą szczękę, zamykając oczy
wyraziła zadowolenie: powieki nie zdradzały skłonności do ponownego
otwarcia. Znacznie gorzej było w zeszłym roku, gdy umarła babka
Herty. Wtedy trzeba było na powieki kłaść, ciężarki, które leżały
poty aż zwłoki zesztywniały. Kate stojąc opodal w milczeniu słuchała tej szeptaniny,
przyglądając się czynnościom Herty, czynnościom systematycznym i
spokojnym, przerywanym od czasu do czasu westchnieniem i jakąś
sentencją o wartości życia doczesnego lub apostrofą do zalet
zmarłej. Herta wyprostowała poduszki, ciało ułożyła równo, ręce
zmarłej splotła na piersiach i między sztywniejące palce wcisnęła
jakiś święty obrazek. Gdy już wszystko było gotowe, uklękła i
zaczęła odmawiać modlitwy. Kate machinalnie poszła za jej przykładem, lecz nie mogła
się modlić. Przed kwadransem usłyszana tajemnica spadła na nią
ciężarem, z którym nie umiała się uporać, który ją przeraził. Z dołu przytłumione lecz wyraźne dolatywały dźwięki walca. - ...Wieczne odpoczywanie racz jej dać Panie... -
półgłosem modliła się Herta. Więc jakże to będzie, jak to jest możliwe - usiłowała
skupić myśli Kate. - Wyzuto go z praw, pozbawiono majątku, pozycji
społecznej, wykształcenia, strącono do roli trzeciorzędnego
oficjalisty... A Gogo?... Przecie teraz będzie się musiał wyrzec
wszystkiego. Stanie się od razu nędzarzem, nikim, jakimś panem
Maciejem Zudrą... Jak wyjaśnić tę nową rolę?... Czy potrafi z nią
się pogodzić, czy zdoła udźwignąć swój nowy los?... Gogo...
Niewątpliwie jest dzielnym mężczyzną, ale czy ma dość hartu, dość
woli, dość siły? A zwłaszcza czy nie przyjmie tego wszystkiego jako
upokorzenia, jako policzka dla swej dumy, która tak często
graniczyła z pychą. Syn prostej chłopki i niewiadomego ojca... Będzie to dlań cios straszny. Kate przypominała teraz
sobie tysiące szczegółów z jego opowiadań. Słuchając ich
odnajdywała w nich zawsze nić tego snobizmu, który wydawał się jej
niewinną przywarą. Gogo od niechcenia brylował nazwiskami swoich
zagranicznych przyjaciół, niby mimochodem rzucał tytułami lordów,
markizów i książąt, nazwami ekskluzywnych klubów, nazwiskami
Bourbonów, Gonzagów, Habsburgów, uwagami o wykwintnych plażach i
luksusowych hotelach. Oczywiście snobizm ten w połączeniu z nazwiskiem
Tynieckich i z dużymi dochodami był tylko nieszkodliwą
śmiesznostką, która nawet w oczach Kate zasługiwała na milczące
pobłażanie, ale czy nie zajął on w duszy Goga zbyt wiele miejsca,
czy w tak radykalnie zmienionych warunkach da się usunąć, czy
pustka, co po nim zostanie, da się czymś zapełnić i czym? A dalej: jak poradzi sobie ze swymi nawykami i
przyzwyczajeniami?... Wydawał zawsze tak dużo pieniędzy. Nie był
może rozrzutnikiem w ścisłym znaczeniu tego słowa, lecz nie umiał
nigdy powstrzymać się od zaspakajania swych zachcianek, zachcianek
bardzo kosztownych i nie raz graniczących z ekstrawagancjami.
Pomijając już jednak te rzeczy, czy nie będzie dlań tragedią
zrezygnowanie z dotychczasowej stopy życiowej, zwężenie swoich
wydatków do takich dochodów, jakie będzie mógł osiągnąć własną
pracą?... Herta wstała, obtarła kilka konwencjonalnych łez z
policzków i powiedziała: - Chyba świece trzeba tu zapalić? - Tak - skinęła głową Kate. - Weź te dwa lichtarze z
zielonego gabinetu i przynieś. Gdy pokojówka wyszła, Kate, opanowując nieprzyjemne
uczucie, nachyliła się nad łóżkiem zmarłej i uniosła róg kołdry
zakrywającej nogi. Umierająca powiedziała prawdę: nad kostką prawej
stopy wyraźnie odznaczało się znamię rodzinne, brązowa plama w
kształcie wydłużonego owalu. Zakryła kołdrę i po ustawieniu świec, które przyniosła
Herta, wyszła z nią razem na korytarz, ściskając w ręku kartkę, na
której Michalinka spisała swoje wyznanie. O jej śmierci najpierw zawiadomić pana Maćka. Oczywiście
nie zamierzała bynajmniej ani jemu, ani komukolwiek w pałacu
napomknąć bodaj słowem o tej tajemnicy. Należało to wszystko
przemyśleć, sprawdzić, rozważyć. W kredensie już Maćka nie zastała. Powiedziano jej, że
jest w kancelarii lub też w garażach. Poszła tedy do swego pokoju,
by schować w biurku list Michalinki. Potem zbiegła na dół, gdzie
zabawa nabierała coraz żywszego tempa. Sala balowa była jedną masą
par podrygujących w foxtrocie, w kilku pokojach grano w brydge'a, z
tarasu dolatywały śmiechy. W obu salach, jadalnych kończono
przygotowania do kolacji. Tu Kate zastała panią Matyldę. Odwołała
ją na stronę i powiedziała: - Bardzo przykra rzecz, ciociu. Michalinka umarła. - Mój Boże! Umarła? - Tak, zrobiłam cztery zastrzyki. Nic nie pomogło. Przy
mnie skonała. - Biedactwo. Panie, świeć nad jej duszą. Musiała mieć
łagodną śmierć, bo to taka poczciwa kobiecina. Doprawdy wielka to
dla nas strata. I to akurat teraz! A i ty, Kate, musiałaś być tym
wstrząśnięta, moje złotko. Przestraszyłaś się, co? - Nie, ciociu. Pani Matylda wpatrywała się w oczy siostrzenicy, lecz nic
w nich wyczytać nie mogła. Kate pomimo tylu lat przestawania z
ciotką, pozostawała dla niej nieodgadniona. Zawsze pogodna, zawsze
miła i serdeczna, lecz niezmiennie odgrodzona od wszystkich jakąś
taflą szklaną, jakąś nieuchwytną niedotykalną przegrodą, przez
którą niepodobna było dotrzeć do jądra jej duszy, odczytać jej
myśli, poznać prawdziwe uczucia. Kate dawała tylko to, co dać
chciała, a raczej to, co uważała za potrzebne i komuś mniej
przenikliwemu od pani Matyldy mogło by się zdawać, że szczerość tej
uroczej panny można nazwać najbardziej bezpośrednią otwartością.
Pani Matylda zdawała jednak sobie sprawę z tego, że całe istotne
życie wewnętrzne Kate pozostanie dla wszystkich zawsze niedostępne,
że nic tej dziewczny nie zdoła wytrącić z jej cudownej, wręcz
nieludzkiej i przez to przerażającej równowagi. Bywały chwile, gdy stara pani odczuwała w obcowaniu z
siostrzenicą coś w rodzaju lęku, a w duchu zawsze przyznawała jej
wyższość nad sobą, gdyż wiedziała, że te szafirowe łagodne oczy, ją
samą, ją, starą i doświadczoną kobietę przenikają do dna. I teraz
pełna podziwu dla spokoju siostrzenicy, powiedziała: - To dobrze, drogie dziecko. Widok śmierci zawsze
pozostawia wstrząsające wrażenie. Dobrze, że przyjęłaś to
spokojnie... Aha, trzeba się tym zająć, zapalić świece przy
zwłokach... I oczy zamknąć... - Już wszystko zrobione, ciociu. - Jakto?... Ty, ty sama?... - Nie, ciociu. Była tam Herta. - No, chwała Bogu. Ale boję się jednej rzeczy: wiadomość o
śmierci rozniesie służba i wystraszy nam gości. - Nikt nie wie o śmierci Michalinki oprócz Herty, a Herta
przyrzekła mi, że nie powie ani słowa. Jej można zaufać. To
porządna i obowiązkowa dziewczyna. - Że też ty zawsze o wszystkim pomyślisz! Dziękuję ci,
Kate! Tym razem Keeeit zabrzmiało w głosie pani Tynieckiej
jeszcze cieplej niż zwykle. Pochyliła ku sobie głowę siostrzenicy i
pocałowała ją w czoło. - Jesteś prawdziwym skarbem. - Ach, ciociu - wzruszyła ramionami z uśmiechem, który
wywołał wdzięczność i zażenowanie. - Ale, sądzę, że wypada o
śmierci zawiadomić pana Zudrę? - Kogo? - zdziwiła się pani Matylda. - No, pana Macieja. - Ach, Maciusia! Oczywiście. Zapomniałam zupełnie, że na
nazwisko mu Zudra. Skąd ci przyszło do głowy tak go nazywać! Pawle!
- zwróciła się do jednego ze służących - poszukaj-no pana Maciusia
i powiedz, że panienka go woła. Już ty to załatwisz, Kate. Biedny
chłopak. Nie taki to drobiazg stracić matkę... Twarz pani Tynieckiej nagle spochmurniała, brwi ściągnęły
się i stała chwilę nieruchomo z oczyma wpatrzonymi przed siebie.
Tylko palce jej ręki opartej na lasce poruszały się ściskając złotą
gałkę. - A przecież Michalinka była młodsza ode mnie -
powiedziała. - No... Tak... Idę do gości. Później zajrzę do
nieboszczki... I nie spojrzawszy na nikogo odeszła wyniosła, lekko
przygarbiona i czcigodna w swej czerni i w srebrnej siwiźnie
włosów. Kate lubiła ją i szanowała. Wkrótce zjawił się Maciej. Przyszedł z paczką papierów w
ręku i prawie po wojskowemu prostując się przed Kate, zapytał: - Panienka mnie wzywała? - Tak - potwierdziła, - mam panu
do zakomunikowania smutną nowinę. Pan pozwoli tu. Przeszła do sąsiedniego pokoju, gdzie nie było nikogo i
umyślnie zatrzymała się przed samym żyrandolem, by lepiej przyjrzeć
się temu człowiekowi. Stanął przed nią w odległości trzech kroków.
Był wysoki, zgrabny, miał regularne rysy, ciemnoblond włosy,
zupełnie inteligentny wyraz twarzy i szare oczy. Widywała go od lat
po kilka razy dziennie, ale teraz dopiero uświadomiła sobie
dokładnie jak wygląda. Jak wygląda... hrabia Roger Tyniecki... - Panie Macieju - zaczęła - Pan wie od doktora, że choroba
pańskiej... matki to choroba bardzo niebezpieczna. - Wiem, proszę panienki. Czy matce się pogorszyło? - Nie, panie Macieju, pańska matka... umarła. Młody człowiek nawet nie drgnął, tylko zbladł tak, że jego
opalona na brąz twarz stała się szara. - Umarła przed pół godziną - mówiła łagodnie Kate. - Nie
męczyła się. Bvłam przy jej śmierci... Proszę mi wierzyć, panie
Macieju, że zrobiłam wszystko, co mogłam, by najdłużej utrzymać ją
przy życiu... - Och, ja nie wątpię, panno Kasiu... proszę panienki... Ja
wiem... dziękuję... W wybuchu wzruszenia chwycił jej rękę i pochylając się
nisko pocałował końce palców dwa razy. Potem wyprostował się,
cofnął się i wybąkał: - Przepraszam, panienko. Ale już nie wiem jak wyrazić
panience moją wdzięczność... Panienka tak poświęciła się dla mojej
matki, tyle serca okazała, tyle trudów... - Zrobiłby to każdy na moim miejscu i nie ma o czym mówić,
panie Macieju. Wszyscyśmy bardzo lubili śp. Michalinkę. Ciocia
głębogo odczuła jej śmierć. - Czy... czy umierając nie chciała mnie widzieć? - Widzi pan, koniec przyszedł dość nagle. Ale... jeszcze
na chwilę przed śmiercią mówiła o panu... Niechże pan teraz zostawi
to wszystko i pójdzie tam na górę. Młody człowiek skinął głową. - Dziękuję panience. A tu już wszystko załatwione i wina z
piwnicy też wydane. Tylko mam jeden kłopot: lokaj pana hrabiego
Adlerfelda i lokaj pana Stępińskiego, którzy mieli pomagać przy
kolacji, popili się. Więc nie wiem jak... Kate przerwała mu ruchem ręki: - Niechże pan już się tym nie kłopocze. Dam sobie radę. I
proszę ode mnie przyjąć wyrazy współczucia. Widzę, że pan bardzo
kochał zmarłą. W oczach jego błysnęły łzy. - O, bardzo - powiedział jakby do siebie. - Tym bardziej,
że ona nigdy nie była szczęśliwa... Ja jeden odczuwałem to, że
gnębi ją jakiś smutek... Skłonił się niespodziewanie i szybko odszedł. Kate długo stała zamyślona. Ten na wpół okrzesany
oficjalista dworski o sztywnych manierach służącego, ten pisarczyk
wkrótce już będzie właścicielem Prudów, hrabią, wielkim panem. Czy
nie zechce wtedy tak, jak większość ludzi, których dzięki zbiegowi
okoliczności los wyniósł wysoko, zemścić się na wszystkich tych,
którym dotychczas musiał nisko się kłaniać?... Spadnie zeń ten
uniform służbistości, ta liberia szacunku i co się ukaże?...
Brutalny despotyzm, zarozumiałość, chęć poniżania innych?... O, Kate nie myślała w tej chwili o sobie. Wiedziała
dobrze, że z jego strony nie czeka ją żadna przykrość. Umiała
doskonale odczuć sympatię, której nic ośmielał się jej okazywać i
życzliwość, której nie umiał zamaskować. Jeżeli traktował ją zawsze
z najgłębszą czcią, wiedziała, że to nie z racji pozycji w pałacu.
Lubili ją zresztą wszyscy i Kate byłaby zarówno zdumiona jak
nieszczęśliwa, gdyby znalazł się ktokolwiek żywiący wobec niej
nieprzyjazne uczucia. Zachwycone sporzenia, serdeczne uśmiechy,
ciepłe słowa wytwarzały wokół niej tę niezmiernie nasłonecznioną
atmosferę, bez której nie umiałaby żyć. Ale jak ten człowiek ustosunkuje się do swojej prawdziwej
matki i do Goga? Czy nie zechce zemścić się za jego mimo wolne
uzurpatorstwo, za to, że zagarnął mu to, co jemu się należało,
jemu, prawdziwemu panu Prudów. Za dawnych lat wprawdzie byli towarzyszami wspólnych
zabaw, mówili sobie po imieniu i podobno trwali w wielkiej
zażyłości póki Goga nie wysłano do gimnazjum. Gdy przyjeżdżał na
wakacje, jeszcze - według określenia ciotki Matyldy - łobuzowali
się razem. Ale z biegiem lat wzrastał między nimi dystans, musiał
wzrastać. A teraz, gdy Gogo wrócił i witał go cały personel Prudów
od administratora i dyrektora cukrowni, a kończąc właśnie na
Macieju Zudrze, Gogo - Kate widziała to - podał mu końce palców,
zaśmiał się, poklepał łaskawie po ramieniu i zawołał: - Ho, ho, czy to nie Maciej?... Jak się pan masz -
Maciek?... I co robisz, jaką masz pan funkcję?... Tamten skłonił się, poczerwieniał i powiedział: - Dziękuję
panu hrabiemu. Powodzi mi się dobrze, a pełnię funkcję pisarza
prowentowego. Czy za to powitanie nie zachował on nienawiści do Goga,
jak i za cały ten ton, który wobec dawnego towarzysza zabaw
przybrał od swego powrotu hrabia. Nie był to ton przyjemny.
Dźwięczała w nim jakaś kpiąca poufałość. Nieraz przy matce i przy
Kate Gogo przypominał Maciejowi dawne czasy, bezceremonialnie
wywlekając wspólne psoty, zwierzenia, plany. Żenowało to Macieja,
rumienił się, detonował, czuł przecież, iż te wspominki, które na
pozór ich obu miały ośmieszać, w rzeczywistości nie dotykały
hrabiego, a tylko słabszego partnera wystawiały na pośmiewisko. Przed tygodniem zdarzył się jeszcze nieprzyjemniejszy
wypadek. Gogo zapoznając się stopniowo z gospodarstwem, zajrzał do
tak zwanej "małej kancelarii" domeny rządcy, pana Bartłomiejczaka i
pisarza Zudry. Kate towarzyszyła kuzynowi. Rządca był w polu.
Natomiast pisarza zastali w małym wybielonym pokoiku. Siedział
pochylony nad stołem i coś pisał. - Dzień dobry, Maciek - rzucił Gogo. - Już pan przy
robocie? - Moje uszanowanie panu hrabiemu, moje uszanowanie
panience - zerwał się Maciej i pospiesznie zakrył zeszyt. - A cóż tam pan piszesz? - Gogo końcem steeka wskazał na
stół. - To... proszę pana hrabiego... tak... moje prywatne
rzeczy... Był widocznie zmieszany, a Gogo zaśmiał się: - Eee?...
Chyba wyleczyłeś się pan z dawnego nałogu?... Chyba nie wiersze?...
Co?... Maciej poczerwieniał, a Kate, która organicznie nie
znosiła przykrych sytuacyj, zapytała: - Panie Maćku, czy kuropatwy z wczorajszego polowania
odesłano już do miasta? - Tak jest, panienko. Poszły o piątej rano. Zostało tylko
dwadzieścia sztuk dla pałacowej kuchni i trzy pan administrator
Ziembiński wziął dla siebie. Poszło sto dziewięćdziesiąt sześć
sztuk. Gogo poklepał się po kieszeniach i powiedział: - Zapomniałem papierosów. Dobrze, że pan tu jest. Skoczno
pan do mego gabinetu. Papierośnica musi tam leżeć, albo ją
zostawiłem w gorzelni... - W tej chwili, panie hrabio. Polecenie było wyraźne i musiał je spełnić, starając się
ukryć podejrzenie co do jego pobudek. I rzeczywiście hrabiemu chodziło tylko o przejrzenie
zeszytu. Był pewien, iż znajdzie tam wiersze i ich lekturą chciał
ubawić Kate. Nie mylił się. Gruby zeszyt zapisany był wierszami.
Wśród wybuchów śmiechu zaczął czytać. Może te dość niezgrabne
liryki nie wydawałyby się tak naiwne i tak komiczne, gdyby Gogo nie
akcentował niektórych słów i nie ilustrował niektórych zwrotów
patetvcznvmi gestami. - Daj spokój. Gogo - poprosiła Kate. - Czekai, czekai, iest tu jeszcze i proza! - zawołał. - O,
Prudy, nieświadome własnego szczęścia! Nawet nie przeczuwacie, że
bedziecie kiedyś sławne, jako kolebka wieszcza! Patrz, tu jest
nowela. - Nie. Gogo, - położyła reke na zeszycie. - To
niedelikatne. Zostaw to. Pomyśl, że Maciek może nadejść. Było by to
dlań dotkliwie przykre... Uwagę tę wypowiedziała jednak za późno. Maciek wracał
właśnie i przechodząc koło okna, przy którym stali, musiał zobaczyć
Goga z otwartym zeszytem w ręku i z rozbawioną miną. Wszedł i nie
patrząc na nich zameldował, że papierośnicy nie znalazł. - Zostawiłem ją prawdopodobnie w sypialni - mruknął Gogo. Skinął głową i wyszli.
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.