Ośmnastego lutego, roku 1814go,
jechał na białym koniu człowiek średniego wieku, nieco otyły, w
sieraczkowym surducie pod szyję zapiętym, w kapeluszu stósowanym
bez żadnego znaku prócz małéj trójkolorowej kokardy. Za nim w
niejakiéj odległości drugi, znacznie młodszy, także w surducie ale
ciemno-zielonym, także w kapeluszu bez znaków, także zgarbiony
równie jak pierwszy a może i lepiej, - siedział na dereszowatym
koniu. Koń biały, krwi orientalnej, był nie wielki, niepokaźny ale
dzielny. Deresz zaś był... dereszowaty, trudno co o nim więcéj
powiedzieć; nie wstrzymywany ani sławą przodków, ani swojém własném
usposobieniem, potykał się często na drodze, którą mu los
codziennie wyznaczał. Pierwszym z tych jeźdzców był Napoleon,
drugim byłem Ja. Między nami liczny sztab cesarski, gdzie ja niby
na szarym końcu miejsce moje miałem, rozpuścił szeroko skrzydła na
prawo i na lewo po śniegiem okrytém polu. Za nami postępowały
służbowe szwadrony gwardyi, a na samym końcu świergotliwa i
niesforna czereda ciurów z powodnymi i jucznymi końmi sztabowych
oficerów. Jechał więc Cesarz, jechali wszyscy, jechałem i ja. A ile
w noc pogodną gwiazd na niebie, w tyle miejsc, stron, przedmiotów,
nieodgadnionych labiryntów pędziły rozstrzelone myśli nasze, - a
każda z nich znowu, jak racy słup ognisty, składała się z milionów
iskier, iskier wspomnienia lub nadziei. Te padały to na tronowe
kobierce, to na murawę zagrody rodzinnej, - mięszały się z jarzącem
światłem uczty albo z mdłym promykiem nocnego kagańca przy łożu
chorego. Nie jedna przemknęła się po różanych ustach kochanki, nie
jedna spuściła się jak sen lekki po tak drogie w każdej porze życia
błogosławieństwo matki. Były takie co przebijały niebios sklepienia
i takie co wnikały w zasute już groby. Wiele, wiele pięło się po
szczeblach zaszczytów, bogactw, sławy, ale téż i wiele spadało na
kwiaty cichego domowego szczęścia. Słowem, przeszłość, obecność,
przyszłość, świat, światy znane i nie znane były polem igrzysk
naszych rozstrzelonych myśli, gdy nagle, w mgnieniu oka, wszystkie
jedną siłą uderzone, w jeden zbiegły się punkt. Tym punktem był huk
mocny i powtórzony w niezbyt dalekiéj przed nami odległości. -
Armaty! tak armaty, niema wątpienia, ryczą coraz lepiéj jak na
wyścigi, która głośniéj... wkrótce i ogień karabinowy, jakby kto
groch sypał na bęben, zapełnił przerwy grzmotu działowego. - Aha!
rzekł nie jeden i zaglądnął do manierki, alias flaszki. - Aha,
powiedział, ale nic nie wiedział kto atakuje, kto odpiera, czy to
korpus jaki, czy téż armja cała taniec rozpoczyna, szary koniec nic
nie wiedział. - Biją się... daj Boże szczęście, to
quotidianka nasza, ale dlaczego tu nie tam, dziś nie
jutro, nad tém nikt się nie zastanowił. Pod ów czas krytyczny
rozbiór każdego rozkazu, każdej czynności przełożonego nie był
konieczném zadaniem podkomendnych. Wojsko
nie sejmowało ale się biło. Starszy zdawał sprawę tylko
swojemu starszemu, a młodszy słuchał z ufnością i działał jak mu
kazano. Ale
tempora mutantur et nos mutamur in illis. Może i to
prawda, że kto siwieje ten traci duszę jakby mu ją kto łupał
trzaska po trzasce, tak że nakoniec zupełnie bez niéj zostanie...
może prawda, że rozwaga tylko hamuje, doświadczenie tylko plącze
niepotrzebnie... może prawda, że krew młodością wrząca jest jedną i
jedyną dźwignią wszystkiego co dobre i wielkie... może nareszcie i
to prawda, że tylko głupcy, próchna, stare peruki i szlafmice
pytają, jaki czego koniec być może. - Tak jest, wszystko to mogą
być prawdy, ale mnie wolno tym prawdom nie wierzyć. Lubom przeszedł
pięćdziesiątkę, żal mi abdykować praw człowieka, jużbym skłonił się
raczéj włosy sobie poczernić.
A więc, jak mówił Kiliński, nikt wkrótce nie wątpił, że
bitwa przed nami, a my ku niéj idziemy. Rzeczywistość jak ów
jesienny wietrzyk o wschodzie słońca, co to ożywia ale i ćwiczy
razem, odpędziła od nas chmurę marzeń, która zwykle osiada na
jednostajnym ruchu spokojnego marszu. Każdy wstrząsł się jak ze snu
i pomyślał o sobie. Ten co w troje zgarbiony dzwonił ostrogami po
spuszczonych strzemionach i ten co chcąc odpocząć strudzonej części
ciała zsunął się na bok tak, że jedną nogą olstrów sięgał a na
drugiéj stał prawie, poprawił się na kulbace jak gdyby usłyszał
komendę: Baczność! Ten ścisnął podpinkę czaka lub kapelusza, tamten
cugle porządkował i szlufkę do grzywy przysunął, a każdy odkrył
zasłoniętą płaszczem rękojeść pałasza, opatrzył ją, a potém
wzniósłszy głowę zdawał się wietrzyć nim jeszcze zoczy co go witać
będzie.
Nareszcie pokazał nam się dym biały a wkrótce postrzegliśmy
czarne linije piechoty. Długie, krótkie, naprzód wysunięte, w tył
cofnięte, odbijały od śnieżnego tła jak świeżo wysypane przekopy,
tylko w koło nich objawiało się życie nieustannym ruchem drobnych
punkcików, jak mrówek koło mrowiska. Nikt tam pewnie nie drzymał,
nikt nawet nie dumał, - nigdy życie raźniéj i jaskrawiej nie gore
jak ze śmiercią oko w oko i częstokroć jego mocniejsze łyśnięcie
bywa ostatniém.
Na pierwszy rzut oka można było poznać, że nie przybywamy na
początek boju. Wiatr przeciwny, czy ciężkie powietrze, czy téż
położenie kraju, albo może i wszystko razem było przyczyną,
dlaczegośmy tak późno zasłyszeli huk dział. Była to
niespodzianka... i dobrze!.. we wszystkiem trzeba odmiany i
nowości, aby żyć wesoło.
Z lewego skrzydła wstępujemy do boju...
Vive l'Empereur! Linije ściskają się w massy... działa
schodzą z pozycyi... ruch ku prawemu... potém kolumny rozwijają się
znowu... baterye stają w oddziałach... strzelamy, atakujemy,
zwyciężamy... Montereau w naszém ręku. Zwinęliśmy się gracko, niema
co mówić, ale miał się téż z pyszna Pan Marszałek Victor za to, ze
nas w tém dziele nie uprzedził. Powiedział mu Cesarz parę słów,
które należałoby powtórzyć tak jak wszystko co wyszło z ust tego
wielkiego człowieka, bo każdy je słucha albo czyta chętnie, ale
Cesarz, aczkolwiek Cesarz, miewał czasami wyrazy dobitne wprawdzie
i właściwe i węzłowate, trudne jednak dla historyka do powtórzenia
a tém więcéj do przetłómaczenia. Trzeba więc ograniczyć się w
podobnym razie na wolném naśladowaniu, tak téż i ja uczynię mówiąc,
że po bitwie pod Montereau, Cesarz powiedział Panu Marszałkowi: Idź
do diabła! - A po téj krótkiéj przemowie powierzył komendę korpusu
jenerałowi Gérard. Nim się to wszystko stało i nim ja się o tém
dowiedziałem, baterya artyleryi konnéj gwardyi, z ogrodu pałacu
Surville dominującego miasteczko Montereau, równie jak i drogi,
któremi wypędzony cofał się nieprzyjaciel, żegnała go jak mogła
najlepiéj. Wie każdy, że tam Napoleon sam wymierzył jedno działo, -
wié, że powiedział swoim gwardzistom: "Nie lękajcie się, jeszcze
kula nie ulana, która mnie zabije", ale nie wié pewnie, że o
kilkadziesiąt kroków z tyłu stał deresz a na dereszu Ja. Chcąc
wyrazić doskonałość jakowéj czynności, mówią zwykle: Zrobił to lub
owo jak Król! Ale źle mówią ci co tak mówić zwykli, bo nie tylko
Król, ale Cesarz i Król w jednéj osobie wymierzył, strzelił i..
chybił. Kula padła przed liniją nieprzyjacielską. Utrzymują
wprawdzie niektórzy, że dobrą dał dyrekcyę... być może... ale ja
nie rezonując jako artylerzysta powiadam
simpliciter com widział, że Jego Cesarska Mość spudłowała
na piękne. Po téj scenie nastąpiła druga. Oficer z pułku liniowego
francuskiego, Polak, przyniósł zdobyty sztandar, - dostał krzyż i
czterdzieści napoleonów. Mało kto w życiu bywał tak mocno tureckim
świętym jak ja, a jednak pieniądze jako część nagrody świetnego
czynu, nie podobało mi się wcale, - byłem jeszcze młody! Mieć konia
mniéj roztargnionego jak mój deresz... mieć dobry płaszcz... (O mój
płaszczu biały!) płaszcz przyjaciel w dzień, opiekun, dobrodziej w
nocy, kiedy pniaczek za poduszkę, śnieg za materac służy... mieć
nareszcie flaszeczkę zawsze napełnioną kroplami pociechy, są to
rzeczy arcydobre, tego nikt nie zaprzeczy, równie jak i tego, ze
bez tych podłych pieniędzy miejsca mieć nie mogą. Wychodzisz z pod
dachu, gdzie wygodnie noc przespałeś... poranek letni... koń twój
dobrze nakarmiony i wychędożony strzyże uchem, grzebie nogą...
siedzisz na nim ledwie tknąwszy grzywy i strzemienia... Marsz!
Wstępujesz do boju. Przed tobą rzeka, za rzeką baterya sypie
kartaczami. Za mną dzieci! W Bogu wiara! Rzeka przepłyniona, działa
zdobyte, zwycięstwo nasze! Czyn świetny, wart nagrody, ale ty
rozwinąłeś tylko przy pomyślnéj sposobności władze, które jeszcze
nie tknięte w tobie leżały. Padły na szalę z jednéj strony obawa
kalectwa lub śmierci, z drugiéj męztwo rozgorzałe całym ogniem
krwi, całém zdrowiem życia, musiała więc obawa ulecić nie
objawiwszy się nawet. Ale patrzno na tego co po kilkomiesięcznéj,
codziennéj walce z głodem, zimnem i wrogiem odtrąca resztę
skopciałego snopka z pod pyska zgłodniałéj szkapy... wznosi się na
kulbakę, pod którą ścierwa już niema... odwija szczątki płaszcza...
chwyta za rękojeść, którą deszcz zardzewił, szron posrebrzył... a
jeżeli on zadziwi cię świetnym czynem, oddaj mu twój wieniec, bo go
dwojako zasłużył. Jeżeli zaś dobrowolnie poświęcił się dla dobra
ogólnego, uklęknij na jego mogile, godzien czołobitności. - Tak
widzieliśmy saperów francuskich wstępujących w przełamane lody
Berezyny. Oni naprawiając załamane mosty, życie swoje za pomost
kładli... dobrze o tém wiedzieli, a jednak nie cofnęli kroku. Nie
mieli do wzniesienia swojéj odwagi nawet oporu nieprzyjaciela...
nie mieli na oku progów ojczystych, zkądby pożegnanie towarzyszyło
ich męczeństwu. Poginęli w śniegach litewskich lub więzieniach
wileńskich. Niewdzięczna ojczyzna nie podała nawet ich imion
potomności. Jeden z nich tylko wrócił do Francyi i na własnéj
grzędzie pędził w niedostatku dnie starości i cierpienia. Napoleona
już nie było.
Wszystko musi się skończyć, mawiał Ludwik XV., bodaj mu Bóg
tego nie pamiętał, - skończyła się więc i bitwa pod Montereau.
Jeszcze na dobranoc dwie kule wirtemberskie przeleciały gdzieś
wysoko ponad nasze głowy i jak słomki na wiosnę zapadły w grabowe
szpalery. Wszystkie te kule puszczone
a toute volée są zawsze pod adresem ciurów i bywały dla
naszych jeszcze cięższą Boską plagą niż sam Marszałek Lef?vre.
Jeżeli gdzie w ciasném miejscu lub na wązkim mostku przechód został
zatamowany a Lef?vre nadjechał, - kropił bez litości ogromną
trzciną z ogromnego skarogniadego hiszpańskiego ogiera
les vilains brosseurs i kantynierki, którym także
właściwych nazwisk nie szczędził. Znały go téż ciury, znała
niewieścia konnica. Na jego pierwsze
sacrrr... rozwijała się jakby z kłąbka splątana ciżba,
któréj nieraz i czoło kolumny staréj gwardyi rozsunąć nie zdołało.
- Są wszędzie Arcyksiążęta, Arcybiskupi, w Galicyi jest nawet
Arcystolnik, ale nigdzie niema Arcyciury, - a tym powinien był być
par droit de conqu?te et par droit de naissance mój
Onufry. Wysoki, pleczysty, chciwy łupu, skory do kieliszka równie
jak i do bójki, kiedy odbierał rozkazy wyprężał się jak stróna,
brzuch w tył, pierś naprzód, stawał skosem jak Pizańska wieża.
Odpowiedź jego była zawsze: "Słucham". Bał się kozaków jak djabeł
święconéj wody. Wszystko to kazało wnosić z niejaką pewnością, że
był kiedyś w rossyjskiéj służbie i że nie dopełnił potrzebnych
formalności przy podaniu swojéj dymisyi. Jeżeli kto schylony nad
jakim Hauptmanom lub Praporszczykiem, co już nigdy nie ujrzy
ojczystéj zagrody, ściąga z niego to czego ściągnąć właśni nie
zdołali koledzy, albo sylabizuje po szwach i zakładach najmniejszéj
odzieży czy nie doczyta się gdzie zaszytego dukata lub talarka, to
pewnie Onufry. Jeżeli kto szuka furażu nie w stajni, nie w stodole,
ale po kufrach i szufladach, to pewnie Onufry. W Dreznie przyjąłem
go i tydzień nie minął, już stał się powodem nie małego dla mnie
kłopotu. Powiem co się stało, bo téż niemam innego celu pletąc trzy
po trzy, jak tylko bawić się, niby dziecko wolantem, wspomnieniem
lat przeszłych, - przerzucać obrazki, których mniéj więcéj każdy
nagromadzi w skarbonkę swojéj pamięci. Ale chcąc śpiewać
Achilla gniew zgubny, muszę zastanowić się pierwéj czy mam
przedstawić nagą prawdę, czyli też, pożyczając jéj tła, zarzucić ją
kwiatami fantazyi. - Prawda w oczy kole, może ukłuć i w uszy, o tém
każdy opowiadający pamiętać powinien; ale znowu z drugiéj strony
uganiać się zawsze za kwiatami i tylko za kwiatami, niemi tylko
sypać, niemi zdobić i stroić, strach by się nie zdarzyło, że ołtarz
nie wart ozdoby, albo ozdoba nie godna ołtarza. - Prawda tylko
piękna! prawda, prawda wielkie słowo. Ale z prawdą jak z ogniem,
grzeje ale i pali razem. Oby to chcieli poznać i pamiętać ci co się
Weredykami lubią nazywać. Ztąd szukają zalety i chluby. Nie jeden z
nich chełpliwie wywołuje: "Powiedziałem mu prawdę aż mu w pięty
poszła!" Bravo! Ciąłeś jak chirurg, wpuszczałeś sondę w ranę bez
względu na boleść chorego. Ale czyż to cięcie było koniecznie
potrzebném? Miałżeś zaraz w drugim ręku gojący balsam? To
pytanie... tak jest, wielkie pytanie, równie jak i to czy ta
prawda, którą wciskasz w głąb serca, którą mącisz myśl swobodną,
którą jak drugi los wytrącasz z dawnéj a rzucasz w nową kolej, -
którą zgniatasz czasem całe życie duszy, zgniatasz na miazgę jak
ową jagodę, co ci padła pod stopę i któréj potém już jeden Bóg
tylko może wrócić dawny kształt, dawne jądro, dawną barwę, czy ta
prawda mówię jest istotną prawd Czy nie jest owocem twojego tylko
własnego rozumowania, rozumowania podległego błędom, bo lubo
Weredyk, nie jesteś niczém więcéj jak człowiekiem. A jeżeli jeszcze
twój wyrok ozłacasz przyjaźnią, wzmacniasz ufnością w nią tego, co
się wije pod twymi razami, - jeżeli nie rozważyłeś wprzódy czy
wyjawienie owéj mniemanéj a bolesnéj prawdy jest nieodzownie
potrzebném, - czy nareszcie masz w ręku środki zaradcze, - wtedy
jesteś bez serca, bo się pastwisz, bez rozumu, bo działasz bez
celu. Pocóż pozbawiasz mnie ufności w siebie i ludzi, jeżeli
nieufność nic naprawić nie zdoła? Po co mniesz, zrywasz moją ułudę,
jeżeli nikomu szkodną nie była a rzeczywistość ani mnie ani
komubądź pomódz nie może? Dlaczego nie dozwalasz mi snu, gdy
zadrzymię na szczątkach mego szczęścia lub nadziei moich, jeżeli mi
dać lepszego posłania nie jesteś w stanie? Czemu gasisz pochodnię,
co mi swoją łuną w daleką przyszłość świeciła, kiedy nie stać cię w
twojém ubóstwie na jedną iskierkę? Dlaczego rachujesz mi w ucho
wszystkie groty na mnie rzucone, kiedy od nich nie zasłaniasz a ja
uniknąć nie mogę? Po co? Czemu? Dlaczego? Tysiąc razy jeszcze
mógłbym się zapytać, ale zawsze musiałbym odpowiedzieć: Dlatego bo
lubisz pluskać się, przeciągać, rozkoszować w ciepłej kąpiółce
zadowolnienia z własnéj wyższości, - bo lubisz mieć klęczących w
koło siebie, bo wtenczas tylko widzisz się wyższym. - Proszę mi
przebaczyć ten, że się tak wyrażę, gwałtowny wybryk przeciw
Weredykom.
Bo taki Weredyk stąpił kiedyś na serce moje i zgniótł je raz na
zawsze.
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.