Trzy pierścionki - Natasza Socha

Kup ebooka

25.50 zł
21.68 zł (20,41 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Trzy pierścionki

Przed wej­ściem do komendy stał star­szy, nieco zgar­biony męż­czy­zna, na oko sie­dem­dzie­się­cio­pa­ro­letni. Widać było, że się nad czymś zasta­na­wia. Klara Majew­ska, która wła­śnie nie­da­leko zapar­ko­wała, zauwa­żyła go już z samo­chodu i bacz­nie mu się przy­glą­dała.

Znała takich ludzi. Z jed­nej strony chcieli podzie­lić się swoją histo­rią, coś opo­wie­dzieć, z dru­giej - cze­goś się bali. Może tego, że nikt ich nie potrak­tuje poważ­nie? Albo że to, co mieli do powie­dze­nia, nie jest wystar­cza­jąco cie­kawe dla poli­cji? Cza­sem zda­rzało się też, że przy­cho­dził sprawca, który nagle posta­no­wił przy­znać się do winy. Bywało, że wcho­dził do środka, cho­ciaż naj­czę­ściej chwilę wcze­śniej rezy­gno­wał.

Wysia­dła z auta i wol­nym kro­kiem ruszyła w kie­runku męż­czy­zny. Kiedy się z nim zrów­nała, spoj­rzała mu pro­sto w oczy i uśmiech­nęła, pró­bu­jąc go w ten spo­sób zachę­cić. Miał nie­bie­skie, może odro­binę wybla­kłe tęczówki, smutny wyraz twa­rzy, sto­sun­kowo mało zmarsz­czek, siwe brwi oraz małą plamkę na policzku, kształ­tem przy­po­mi­na­jącą czte­ro­listną koni­czynę. Tak się przy­naj­mniej Kla­rze od razu sko­ja­rzyło.

- Dzień dobry - powie­działa po pro­stu. - Wcho­dzi pan do nas?

Widać było, że męż­czy­zna chce coś odpo­wie­dzieć i nawet otwo­rzył usta, ale naj­wy­raź­niej się roz­my­ślił. Wzru­szył tylko ramio­nami i spu­ścił głowę.

- Jeżeli chciałby pan z kimś poroz­ma­wiać, z kimś z poli­cji, to zapra­szam - zachę­ciła Klara. - Cza­sem naj­trud­niej jest zacząć, ale potem jakoś pój­dzie.

- Nie... Tak tylko tędy prze­cho­dzi­łem. - Pró­bo­wał się wykrę­cić się, cho­ciaż było widać, że kła­mie.

Klara poki­wała głową i ruszyła w stronę komendy.

- Będę na pana cze­kać. Pokój numer pięt­na­ście - rzu­ciła jesz­cze, a potem weszła do środka.

Antoni już był. Po raz pierw­szy od dawna nie zare­ago­wał na jej widok ani sze­ro­kim uśmie­chem, ani jakimś sek­si­stow­skim tek­stem, tylko po pro­stu ski­nął głową. Widać było, że jest zde­ner­wo­wany, choć za wszelką cenę pró­bo­wał to ukryć.

- Coś się stało? - spy­tała Klara, bacz­nie go obser­wu­jąc.

Zaczer­wie­nił się.

- Sprawy oso­bi­ste - odpo­wie­dział tylko.

- Pew­nie dam­sko-męskie - zauwa­żyła iro­nicz­nie Majew­ska.

- Nie twój biz­nes - odburk­nął, co mocno ją zasko­czyło.

Do tej pory zawsze pró­bo­wał być miły, przy­naj­mniej tak uwa­żała. Tym razem jed­nak chyba fak­tycz­nie musiało wyda­rzyć się coś, co spo­wo­do­wało, że był bar­dziej niż roz­draż­niony. Posta­no­wiła wię­cej się z nim nie dro­czyć, osta­tecz­nie nie­wiele ją obcho­dziły jego pro­blemy. Naj­waż­niej­sze, że odcze­pił się od Kaśki, z którą jesz­cze jakiś czas temu inten­syw­nie flir­to­wał. Klara ostrze­gła go, żeby sobie odpu­ścił, i naj­wy­raź­niej jej posłu­chał. No chyba że cho­dziło tu o coś zupeł­nie innego.

Pół godziny póź­niej Majew­ska pode­szła do okna i ze zdu­mie­niem zoba­czyła, że star­szy męż­czy­zna na­dal stoi przed komendą. Przy­gry­zła dolną wargę, a potem nalała kawy do dwóch kub­ków i wyszła na zewnątrz.

Była ładna, sło­neczna pogoda. Po nie­bie plą­tało się tro­chę chmur, wiał przy­jemny, cie­pły wiatr. Koń­cówka lipca. Mie­siąc upa­łów i w miarę opu­sto­sza­łego mia­sta, które od paru lat wyda­wało się tkwić w nie­koń­czą­cym remon­cie. W zasa­dzie trudno było zna­leźć jakąś ulicę w cen­trum, która nie byłaby jed­no­cze­śnie pla­cem budowy.

- Pro­szę, to dla pana. - Klara podała star­szemu męż­czyź­nie biały kubek.

Zdzi­wił się, ale podzię­ko­wał i upił duży łyk.

- To jak? Namy­ślił się pan?

Stali teraz obok sie­bie i oboje patrzyli na jadący ulicą czer­wony spor­towy samo­chód. A potem na matkę z dziec­kiem i psa, który upar­cie cią­gnął dziew­czynkę w drugą stronę. W oddali ktoś kogoś nawo­ły­wał, dwa razy prze­je­chał tram­waj, a potem nagle wszystko uci­chło.

Męż­czy­zna w końcu się ode­zwał:

- Moja córka Dorota była szczu­płą, śliczną dziew­czyną o ciem­nych wło­sach i nie­bie­skich oczach. Nie­mal iden­tycz­nych jak moje. I wie pani, ona cią­gle się śmiała. Lubiła życie, cie­szyła się z dro­bia­zgów, cho­ciażby z tego, że świeci słońce, a ona sły­szy za oknem śpie­wa­jące ptaki. Nie każdy tak ma. Teraz ludzie we wszyst­kim doszu­kują się pro­ble­mów, w ogóle nie doce­nia­jąc tego, co mają.

Klara nie prze­ry­wała mu, tylko uważ­nie słu­chała.

- Razem z mężem pro­wa­dziła biuro nie­ru­cho­mo­ści i bar­dzo dobrze im się powo­dziło. To było w dwa tysiące siód­mym roku i pamię­tam, że wtedy wygrali nawet kon­kurs na jedną z lepiej roz­wi­ja­ją­cych się agen­cji. Dorota miała nosa do ludzi, a dodat­kowo świet­nie wyczu­wała, kto czego szuka. Ide­al­nie umiała dobrać klienta pod miesz­ka­nie i na odwrót. Zawsze wie­działa, kto aku­rat potrze­buje ogrom­nej willi, z pięk­nym ogro­dem i sta­rymi meblami, a kto pro­stego miesz­ka­nia, urzą­dzo­nego bez więk­szych udziw­nień. Może dla­tego, że stu­dio­wała psy­cho­lo­gię? - zasta­no­wił się, a następ­nie kon­ty­nu­ował: - Znała się na ludziach, więc jak to moż­liwe, że pew­nego dnia po pro­stu znik­nęła? Jak to moż­liwe, że nie roz­po­znała wcze­śniej żad­nego zagro­że­nia? Niczego nie wyczuła? - Wbił swoje nieco wybla­kłe spoj­rze­nie w Klarę.

Majew­ska zmarsz­czyła czoło.

- Kiedy to było?

- No wła­śnie w dwa tysiące siód­mym roku. Dorota była wtedy w pią­tym mie­siącu ciąży i tak strasz­nie cie­szyła się, że nie­długo będzie miała dziecko. Tam­ten dzień zaczął się jak zawsze, przy­naj­mniej tak wyni­kało z tego, co zeznał na poli­cji jej mąż. Wstali rano, wypili kawę, przej­rzeli gazety, chwilę poga­dali. Dorota podobno miała ochotę na chleb ze świe­żym ogór­kiem, który posy­pała sobie cukrem. - Uśmiech­nął się smutno. - To pew­nie te zachcianki kobiet w ciąży.

- I co było dalej? - Klara ode­brała z rąk star­szego męż­czy­zny pusty kubek, przy oka­zji doty­ka­jąc jego zim­nej dłoni. Aż się zdzi­wiła, jak bar­dzo była lodo­wata, tym bar­dziej że od samego rana świe­ciło słońce.

- Bogu­sław, jej mąż, wyszedł z domu na spo­tka­nie z jakąś przed­sta­wi­cielką firmy tele­ko­mu­ni­ka­cyj­nej, a Dorota została w domu. Ale potem spo­tkali się około pięt­na­stej i zje­dli razem obiad. Tyle że Dorota się spie­szyła, bo za godzinę była umó­wiona z klien­tem na osie­dlu Cze­cha. Bogu­sław nie wie­dział dokład­nie z kim, bo nie zdra­dzali sobie wszyst­kich szcze­gó­łów, dopóki nie docho­dziło do pod­pi­sa­nia umowy. Każde z nich spo­ty­kało się cią­gle z róż­nymi ludźmi, ale nie o wszyst­kim sobie opo­wia­dali. To chyba nawet zro­zu­miałe. To było pięt­na­stego marca dwa tysiące siód­mego roku, w czwar­tek. Imie­niny Kle­mensa, dobrze to wiem, bo tak miał na imię mój przy­ja­ciel. Dorota wyszła z domu i wię­cej nie wró­ciła.

Klara słu­chała tego ze ści­śnię­tym ser­cem. Od dawna zaj­mo­wała się spra­wami nie­wy­kry­tych zbrodni, zabójstw czy porwań doko­na­nych przed dzie­się­cioma, dwu­dzie­stoma, cza­sami trzy­dzie­stoma laty. Ana­li­zo­wała je na nowo. Korzy­stała z moż­li­wo­ści, jakie ofe­ro­wała współ­cze­sna kry­mi­na­li­styka - z gene­tyki sądo­wej, tok­sy­ko­lo­gii. Nie zawsze z suk­ce­sem. A jed­nak każda roz­wią­zana sprawa dawała nadzieję, że uda się to rów­nież z pozo­sta­łymi. Pomysł, żeby powo­łać spe­cjalne oddziały nazy­wane "archi­wami X", był abso­lut­nym strza­łem w dzie­siątkę. Dotąd akta nie­roz­wią­za­nych spraw wędro­wały do poli­cyj­nych archi­wów, gdzie po pro­stu pora­stały kurzem. Powody? Błędy w śledz­twie, za mało dowo­dów, zły sprzęt tech­niczny. A naj­czę­ściej - brak ciała ofiary. Kiedy jed­nak na miej­scu zbrodni sprzed kil­ku­dzie­się­ciu lat zabez­pie­czony został mate­riał dowo­dowy, warto było do takich spraw wra­cać. Tyle że z tego, co mówił star­szy męż­czy­zna, jego córka ni­gdy nie została odna­le­ziona. Dla­czego w takim razie przy­szedł tutaj dzi­siaj? Czy wyda­rzyło się coś, co go do tego popchnęło?

- Minęło pięt­na­ście lat - ode­zwała się po chwili. - Rozu­miem, że tej sprawy nie udało się roz­wią­zać. A pana córka ni­gdy nie wró­ciła do domu? - stwier­dziła bar­dziej, niż zapy­tała.

Męż­czy­zna powoli ski­nął głową.

- Jej mąż popeł­nił samo­bój­stwo. Czter­na­ście lat temu. I myślę, że tajem­nicę zagi­nię­cia Dorci zabrał ze sobą do grobu.

Klara zmru­żyła oczy.

- Był podej­rzany?

- Ja go podej­rze­wa­łem od samego początku. Cho­ciaż zacho­wy­wał się wzo­rowo. Wyzna­czył nawet nagrodę w wyso­ko­ści trzy­dzie­stu tysięcy zło­tych. Poszedł do redak­cji "Głosu Wiel­ko­pol­skiego" i dał im foto­gra­fię mojej Doroty. Ale wie pani, co zro­bił już następ­nego dnia? Wró­cił po to zdję­cie i powie­dział, że nie będzie im wię­cej potrzebne. Ja to wiem od dzien­ni­ka­rza, któ­rego te słowa mocno zdzi­wiły. A mnie dały do myśle­nia. Dla­czego tak postą­pił? Bo wie­dział, że Doroty już nie ma na tym świe­cie? Bo jako jedyny miał poję­cie, co się z nią stało? Ale jed­no­cze­śnie pła­kał, ow­szem. Aż mnie zaczęły draż­nić te jego wiecz­nie zaczer­wie­nione oczy. Bo ja mu nie wie­rzy­łem.

- Czy wyty­po­wano jakie­go­kol­wiek podej­rza­nego? - spy­tała Klara.

- Nie. Prze­szu­kano osie­dla Cze­cha, Lecha, Rusa, teren w pobliżu Warty i samą rzekę. Otwarto wszyst­kie stu­dzienki kana­li­za­cyjne oraz piw­nice w blo­kach. Nic. Ani śladu. Jego też prze­słu­chi­wano, ale niczego mu nie udo­wod­niono. Psy­cho­log stwier­dził tylko, że Bogu­sław ma żela­zne nerwy, ale to nie ozna­cza jesz­cze, że musi być mor­dercą. I że każdy czło­wiek reaguje ina­czej. Nie­któ­rzy nie potra­fią się pozbie­rać i prak­tycz­nie nie ma z nimi kon­taktu, inni dzia­łają. A Bogu­sław był taką dziwną mie­szanką: z jed­nej strony kon­kretny, rze­czowy, z dru­giej zała­many i szlo­cha­jący.

- Dla­czego pan tu przy­szedł? - spy­tała Klara. - Musiało się coś wyda­rzyć, prawda?

Star­szy męż­czy­zna spu­ścił głowę i przez chwilę się nie odzy­wał.

- Pew­nie pani pomy­śli, że zwa­rio­wa­łem - wyszep­tał.

- W takich przy­pad­kach nikogo nie osą­dzam. A cza­sem coś, co wydaje się absur­dalne, może być począt­kiem nitki, która pro­wa­dzi nas do roz­wią­za­nia zagadki.

- Ja go widzia­łem - powie­dział nagle star­szy męż­czy­zna zupeł­nie innym gło­sem niż do tej pory. Tym razem wybrzmie­wała w nim jakaś złość, może nawet nie­na­wiść.

- Kogo? - Klara w pierw­szej chwili nie zro­zu­miała.

- Bogu­sława. Męża mojej córki.

- Kiedy?

- Tydzień temu. W Kra­ko­wie.

Majew­ska popa­trzyła na niego z nie­do­wie­rza­niem.

- Ale powie­dział pan, że on nie żyje, że popeł­nił samo­bój­stwo. Czy nie ziden­ty­fi­ko­wano wtedy ciała?

- Ziden­ty­fi­ko­wano. Powie­sił się na lam­pie. Ale ja go widzia­łem. I mam to na zdję­ciu, nawet jeśli nie jest ono do końca wyraźne.

Klara pode­szła jesz­cze bli­żej star­szego pana i dotknęła jego ramie­nia.

- Pro­szę wejść ze mną do środka i o wszyst­kim dokład­nie opo­wie­dzieć. Być może wła­śnie nadaje pan począ­tek cze­muś, co uda się jakoś sen­sow­nie wytłu­ma­czyć. Moż­liwe, że dzięki temu odnaj­dzie pan swoją córkę. Albo przy­naj­mniej uzy­ska infor­ma­cje o tym, co naprawdę się z nią stało.

Rozdział 1

Roz­dział

1

Dorota Kotus-Lam­picka miała dwa­dzie­ścia dzie­więć lat, kiedy zagi­nęła pięt­na­stego marca dwa tysiące siód­mego roku. Było tak, jak mówił jej ojciec. Wyszła z domu na umó­wione spo­tka­nie, z któ­rego ni­gdy nie wró­ciła. Około dwu­dzie­stej pierw­szej zanie­po­ko­jony mąż poje­chał na poli­cję zgło­sić zagi­nię­cie. Funk­cjo­na­riu­sze od razu ruszyli na poszu­ki­wa­nia, jak się oka­zuje - bez­sku­teczne. Osie­dle Cze­cha zostało oble­pione pla­ka­tami z zagi­nioną, a za udzie­le­nie infor­ma­cji na temat miej­sca jej pobytu wyzna­czono wysoką nagrodę. W note­sie Doroty nie zna­le­ziono żad­nych infor­ma­cji o spo­tka­niu, co spo­wo­do­wało, że poli­cja nie miała tak naprawdę żad­nego tropu. Bogu­sław Lam­picki twier­dził, że żona otrzy­mała tele­fon krótko przed obia­dem, dla­tego niczego nie zano­to­wała. Miała spo­tkać się na osie­dlu z rze­ko­mym klien­tem o szes­na­stej.

Do domu wię­cej nie wró­ciła.

W aktach zapi­sano roz­mowę z jej mężem.

- Czy żona podała jakie­kol­wiek imię osoby, z którą miała się spo­tkać?

- Nie. Powie­działa tylko, że nie zaj­mie jej to dłu­żej niż godzinę, może dwie.

- Kiedy zgło­sił pan zagi­nię­cie na poli­cji?

- O dwu­dzie­stej pierw­szej. Myśla­łem, że może poje­chała odwie­dzić rodzi­ców lub kogoś ze zna­jo­mych.

- Czy czę­sto tak robiła?

- Cza­sami. Bła­gam, znajdź­cie ją. Ona jest w ciąży.

Klara sie­działa nad aktami, pró­bu­jąc wyczy­tać w nich coś, co może komuś wcze­śniej umknęło. Jakiś szcze­gół z roz­mowy z mężem, cokol­wiek. Ale wszystko wyglą­dało nor­mal­nie, trudno było się do cze­go­kol­wiek przy­cze­pić. Antoni gdzieś wyszedł, nie zosta­wia­jąc żad­nej wia­do­mo­ści, więc posta­no­wiła, że nie będzie na niego cze­kać, tylko zrobi wstępne notatki. Star­szy męż­czy­zna dał się w końcu namó­wić na bar­dziej szcze­gółową roz­mowę. Ojciec zagi­nio­nej, Wie­sław Kotus, miał sie­dem­dzie­siąt sie­dem lat i upar­cie twier­dził, że w ubie­głym tygo­dniu widział męża swo­jej zagi­nio­nej córki.

- Nie osza­la­łem. To był on.

Klara spraw­dziła akta Bogu­sława Lam­pic­kiego, z któ­rych jed­nak jasno wyni­kało, że męż­czy­zna fak­tycz­nie popeł­nił samo­bój­stwo w dwa tysiące ósmym roku, a dokład­nie dzie­sięć mie­sięcy po zagi­nię­ciu swo­jej żony. Przed poli­cjantką leżało teraz zdję­cie, które porów­ny­wała z foto­gra­fią otrzy­maną od Kotusa. Zro­bił je tydzień temu w Kra­ko­wie i zupeł­nie przez przy­pa­dek uchwy­cił na niej twarz męż­czy­zny w tram­waju, który prze­jeż­dżał koło pałacu Wie­lo­pol­skich. Fotka była jed­nak dość nie­wy­raźna i trudno było stwier­dzić, czy to ten sam czło­wiek, cho­ciaż Wie­sław Kotus upie­rał się, że wszę­dzie by go roz­po­znał.

- Chcia­łem dogo­nić ten tram­waj, ale nie dałem rady. To był strzał, coś jak ude­rze­nie pio­ru­nem. Kie­dyś myśla­łem, że czę­sto widuję Dorotę, ale tak naprawdę każda kobieta z ciem­nymi wło­sami i nie­bie­skimi oczami wyda­wała mi się do niej podobna. W tym przy­padku było zupeł­nie ina­czej. Tak jak­bym od razu wie­dział, że to on. Aż stra­ci­łem oddech.

Klara pod­parła głowę dłońmi i się zamy­śliła. Z jed­nej strony czuła, że to raczej nie­moż­liwe, aby Lam­picki żył i tak świet­nie spre­pa­ro­wał wła­sną śmierć, że udało mu się wszyst­kich oszu­kać, z dru­giej coś jej mówiło, że spra­wie zagi­nię­cia Doroty Kotus-Lam­pickiej należy się bli­żej przyj­rzeć. Intu­icja pod­po­wia­dała jej, że nic nie dzieje się bez powodu i skoro Kotus poja­wił się przed komi­sa­ria­tem i w jakimś sen­sie został zachę­cony do podzie­le­nia się swoją histo­rią, to tak naj­wy­raź­niej musiało być. Z doświad­cze­nia wie­działa, że sprawy zagi­nięć czy też mor­derstw sprzed lat nie powra­cają przy­pad­kowo. One po pro­stu chcą lub muszą zostać roz­wią­zane. Jak­kol­wiek absur­dal­nie by to brzmiało.

- Hej, spo­tka­łem na kory­ta­rzu Kaśkę, podobno przy­nio­sła ci jakieś akta sprzed kil­ku­na­stu lat. Mamy coś nowego na tape­cie? - Do pokoju wszedł Antoni, roz­ta­cza­jąc wokół dość inten­sywny zapach męskich per­fum.

Klara skrzy­wiła nos.

- Mia­łeś randkę? - spy­tała zło­śli­wie.

Wzru­szył ramio­nami.

- To, że ład­nie pachnę, nie zna­czy, że z kimś się umó­wi­łem. Ste­reo­ty­powo myślisz - odciął się.

Mach­nęła na to ręką. Tak naprawdę nie miała ochoty roz­ma­wiać z nim na jakie­kol­wiek inne tematy niż te, które doty­czyły pracy. W dal­szym ciągu ją draż­nił, cho­ciaż musiała uczci­wie przy­znać, że był bar­dzo dobrym śled­czym. Ale praca to praca, a jego pry­watne życie mało ją obcho­dziło, pod warun­kiem że nie wcią­gał w nie pra­cow­ni­ków. Co prawda Kaśka cho­dziła ostat­nio mocno przy­gnę­biona, a raz Klara przy­ła­pała ją na tym, jak dziew­czyna ukrad­kiem ocie­rała łzy, ale doszła do wnio­sku, że nie będzie się w nic mie­szać, a czas i tak zrobi swoje. Tro­chę popła­cze, pochli­pie, zali­czy kilka bez­sen­nych nocy, ale tak naprawdę wyj­dzie jej to na dobre. Z tego, co udało jej się zorien­to­wać, Antoni miał nie­źle za uszami i pew­nie dla­tego zwiał z War­szawy do Pozna­nia. Nie znała wszyst­kich szcze­gó­łów, ale swoje wie­działa. Facet miał dość barwną dam­sko-męską prze­szłość i chyba ktoś zaczął mu gro­zić.

Mówiąc krótko - doigrał się.

- Zagi­nię­cie kobiety w dwa tysiące siód­mym roku. Wyszła z domu na spo­tka­nie z klien­tem i ni­gdy nie wró­ciła. Oko­liczne osie­dla zostały dokład­nie prze­cze­sane, ale niczego nie zna­le­ziono. Począt­kowo zasta­na­wiano się, czy nie została porwana dla okupu, nikt jed­nak nie zgło­sił się z takim żąda­niem. W tam­tym cza­sie w Pozna­niu doszło do dwóch zabójstw, w obu przy­pad­kach ofia­rami były młode, trzy­dzie­sto­let­nie kobiety, a zatem w podob­nym wieku jak poszu­ki­wana. Pró­bo­wano jakoś połą­czyć te sprawy, ale niczego nie udało się usta­lić.

- Zna­le­ziono mor­dercę tam­tych ofiar? - zain­te­re­so­wał się Pra­szyń­ski.

Klara ski­nęła głową.

- Tak, facet na­dal sie­dzi, ale nie udo­wod­niono mu niczego w spra­wie Kotus-Lam­pic­kiej, cho­ciaż został zła­pany już po jej zagi­nię­ciu. Nic jed­nak nie wska­zy­wało na to, że rów­nież ona mogła być jego ofiarą. Miał nie­pod­wa­żalne alibi.

- Mogła z wła­snej woli zerwać kon­takt z rodziną i uciec?

- Nie było ku temu żad­nych prze­sła­nek. Kobieta była w pią­tym mie­siącu ciąży, szczę­śliwa mężatka, speł­niona zawo­dowo. Nie miała żad­nych pod­staw, żeby zry­wać z takim życiem, zni­kać bez słowa wyja­śnie­nia i oszu­ki­wać rodzinę.

- Mor­der­stwo dosko­nałe? - Pra­szyń­ski zmarsz­czył czoło.

Poli­cjantka bez­rad­nie roz­ło­żyła ręce.

- Trudno powie­dzieć, w każ­dym razie nie zna­le­ziono ani ciała, ani żywej Lam­pic­kiej. A mor­derstw dosko­na­łych, jak wiesz, nie ma. Jest tylko obra­nie złego kie­runku śledz­twa.

- A wia­domo, z kim miała się spo­tkać?

- Tylko tyle, że z klien­tem zain­te­re­so­wa­nym kup­nem jakie­goś miesz­ka­nia. Nie­stety nie ma żad­nych danych, kto nim był, zagi­niona rów­nież niczego nie zano­to­wała w swoim służ­bo­wym note­sie, tele­fon o spo­tka­niu otrzy­mała rap­tem godzinę wcze­śniej. Takie przy­naj­mniej zezna­nia zło­żył jej mąż.

- A facet był podej­rzany?

Klara pstryk­nęła pal­cami.

- Może i tak, tyle że nie żyje, więc od niego rów­nież niczego się już nie dowiemy. Dzie­sięć mie­sięcy po zagi­nię­ciu swo­jej żony powie­sił się na lam­pie. Co prawda ojciec kobiety twier­dzi, że facet mógł mieć coś z tym wspól­nego, ale skoro tak, to raczej zabrał tę tajem­nicę do grobu.

- Co zna­czy: mógł mieć coś z tym wspól­nego? Skąd takie podej­rze­nie?

- Nie wiem. Wyczu­łam tylko, że ojciec zagi­nio­nej go nie lubił. Twier­dził, że męż­czy­zna nie był wystar­cza­jąco dobry dla jego córki, że wcale nie ucie­szył się na wia­do­mość o ciąży, że trak­to­wał ją przed­mio­towo i jego zda­niem uma­wiał się z innymi kobie­tami. Tylko że tego rów­nież nie jeste­śmy w sta­nie spraw­dzić. No chyba że któ­raś zgłosi się na naszą prośbę.

Pra­szyń­ski otwo­rzył puszkę z colą, prze­su­nął krze­sło do biurka i się­gnął po akta.

- Z tego, co tu napi­sano, wynika jed­nak, że w miesz­ka­niu zna­le­ziono ślady krwi Lam­pic­kiej? - Spoj­rzał pyta­jąco na Klarę.

Poki­wała głową.

- Tak, ale z kolei z zeznań męża wynika, że przed połu­dniem dostała krwo­toku z nosa, stąd te plamy. Rów­nież nie do udo­wod­nie­nia. Cała reszta była dokład­nie wysprzą­tana i jak widzisz, w notat­kach wyraź­nie zazna­czono, że w miesz­ka­niu pach­niało sil­nymi deter­gen­tami. Z tego oczy­wi­ście może wyni­kać, że ktoś dokład­nie wszystko posprzą­tał, tylko dla­czego miałby zapo­mnieć o krwi na pod­ło­dze? No chyba że jej nie zauwa­żył.

Antoni zmarsz­czył czoło i prze­czy­tał raz jesz­cze zezna­nia Lam­pic­kiego.

- W miesz­ka­niu zna­leź­li­śmy krew pań­skiej żony.

- Tak. Dorota od czasu, kiedy zaszła w ciążę, miała silne krwo­toki z nosa. Jej lekarka pro­wa­dząca mówiła, że to nic takiego, że to po pro­stu natu­ralne roz­sze­rza­nie się naczyń krwio­no­śnych i że prze­pływa przez nie wię­cej krwi, stąd więk­sze ciśnie­nie.

- Miesz­ka­nie zostało dokład­nie wysprzą­tane. Dla­czego?

- Około dzie­więt­na­stej, kiedy Doroty na­dal nie było, zaczą­łem się dener­wo­wać. Nie mogłem się do niej dodzwo­nić i to rów­nież było dziwne. Z tego wszyst­kiego chcia­łem czymś zająć głowę i dla­tego zaczą­łem sprzą­tać miesz­ka­nie. To mnie odcią­gało od ponu­rych myśli.

Pra­szyń­ski zamknął akta i spoj­rzał na Majew­ską.

- Dla­czego ten ojciec poja­wił się po tylu latach?

Klara zało­żyła rękę na rękę.

- I to jest wła­śnie cie­kawy temat. Facet twier­dzi, że tydzień temu widział w Kra­ko­wie męża swo­jej córki.

- Tego, który się powie­sił?

- Dokład­nie tak. Ma go nawet uwiecz­nio­nego na zdję­ciu, tyle że foto­gra­fia jest tro­chę roz­myta i szcze­rze mówiąc, ja nie widzę więk­szego podo­bień­stwa, ale może uda się ją powięk­szyć i odro­binę pod­ra­so­wać kon­tury. Nie wiem, jaki to może mieć zwią­zek ze sprawą, ale jeżeli wyj­dziemy z zało­że­nia, że to mąż zagi­nio­nej, to ist­nieje duże praw­do­po­do­bień­stwo, że facet fak­tycz­nie był zamie­szany w znik­nię­cie i dla­tego sam posta­no­wił się ulot­nić. Być może zmie­nił toż­sa­mość i wypro­wa­dził się z Pozna­nia. Jeżeli jed­nak Wie­sław Kotus się pomy­lił i ten męż­czy­zna nie ma nic wspól­nego z mężem jego córki, no to sprawa wraca do punktu wyj­ścia.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki