Trzy pierścionki
Przed wejściem do komendy stał starszy, nieco zgarbiony mężczyzna, na
oko siedemdziesięcioparoletni. Widać było, że się nad czymś zastanawia.
Klara Majewska, która właśnie niedaleko zaparkowała, zauważyła go już z samochodu i bacznie mu się przyglądała.
Znała takich ludzi. Z jednej strony chcieli podzielić się swoją
historią, coś opowiedzieć, z drugiej - czegoś się bali. Może tego, że
nikt ich nie potraktuje poważnie? Albo że to, co mieli do powiedzenia,
nie jest wystarczająco ciekawe dla policji? Czasem zdarzało się też, że
przychodził sprawca, który nagle postanowił przyznać się do winy.
Bywało, że wchodził do środka, chociaż najczęściej chwilę wcześniej
rezygnował.
Wysiadła z auta i wolnym krokiem ruszyła w kierunku mężczyzny. Kiedy się
z nim zrównała, spojrzała mu prosto w oczy i uśmiechnęła, próbując go w ten sposób zachęcić. Miał niebieskie, może odrobinę wyblakłe tęczówki,
smutny wyraz twarzy, stosunkowo mało zmarszczek, siwe brwi oraz małą
plamkę na policzku, kształtem przypominającą czterolistną koniczynę. Tak
się przynajmniej Klarze od razu skojarzyło.
- Dzień dobry - powiedziała po prostu. - Wchodzi pan do nas?
Widać było, że mężczyzna chce coś odpowiedzieć i nawet otworzył usta,
ale najwyraźniej się rozmyślił. Wzruszył tylko ramionami i spuścił
głowę.
- Jeżeli chciałby pan z kimś porozmawiać, z kimś z policji, to zapraszam
- zachęciła Klara. - Czasem najtrudniej jest zacząć, ale potem jakoś
pójdzie.
- Nie... Tak tylko tędy przechodziłem. - Próbował się wykręcić się,
chociaż było widać, że kłamie.
Klara pokiwała głową i ruszyła w stronę komendy.
- Będę na pana czekać. Pokój numer piętnaście - rzuciła jeszcze, a potem
weszła do środka.
Antoni już był. Po raz pierwszy od dawna nie zareagował na jej widok ani
szerokim uśmiechem, ani jakimś seksistowskim tekstem, tylko po prostu
skinął głową. Widać było, że jest zdenerwowany, choć za wszelką cenę
próbował to ukryć.
- Coś się stało? - spytała Klara, bacznie go obserwując.
Zaczerwienił się.
- Sprawy osobiste - odpowiedział tylko.
- Pewnie damsko-męskie - zauważyła ironicznie Majewska.
- Nie twój biznes - odburknął, co mocno ją zaskoczyło.
Do tej pory zawsze próbował być miły, przynajmniej tak uważała. Tym
razem jednak chyba faktycznie musiało wydarzyć się coś, co spowodowało,
że był bardziej niż rozdrażniony. Postanowiła więcej się z nim nie
droczyć, ostatecznie niewiele ją obchodziły jego problemy.
Najważniejsze, że odczepił się od Kaśki, z którą jeszcze jakiś czas temu
intensywnie flirtował. Klara ostrzegła go, żeby sobie odpuścił, i najwyraźniej jej posłuchał. No chyba że chodziło tu o coś zupełnie
innego.
Pół godziny później Majewska podeszła do okna i ze zdumieniem zobaczyła,
że starszy mężczyzna nadal stoi przed komendą. Przygryzła dolną wargę, a potem nalała kawy do dwóch kubków i wyszła na zewnątrz.
Była ładna, słoneczna pogoda. Po niebie plątało się trochę chmur, wiał
przyjemny, ciepły wiatr. Końcówka lipca. Miesiąc upałów i w miarę
opustoszałego miasta, które od paru lat wydawało się tkwić w niekończącym remoncie. W zasadzie trudno było znaleźć jakąś ulicę w centrum, która nie byłaby jednocześnie placem budowy.
- Proszę, to dla pana. - Klara podała starszemu mężczyźnie biały kubek.
Zdziwił się, ale podziękował i upił duży łyk.
- To jak? Namyślił się pan?
Stali teraz obok siebie i oboje patrzyli na jadący ulicą czerwony
sportowy samochód. A potem na matkę z dzieckiem i psa, który uparcie
ciągnął dziewczynkę w drugą stronę. W oddali ktoś kogoś nawoływał, dwa
razy przejechał tramwaj, a potem nagle wszystko ucichło.
Mężczyzna w końcu się odezwał:
- Moja córka Dorota była szczupłą, śliczną dziewczyną o ciemnych włosach
i niebieskich oczach. Niemal identycznych jak moje. I wie pani, ona
ciągle się śmiała. Lubiła życie, cieszyła się z drobiazgów, chociażby z tego, że świeci słońce, a ona słyszy za oknem śpiewające ptaki. Nie
każdy tak ma. Teraz ludzie we wszystkim doszukują się problemów, w ogóle
nie doceniając tego, co mają.
Klara nie przerywała mu, tylko uważnie słuchała.
- Razem z mężem prowadziła biuro nieruchomości i bardzo dobrze im się
powodziło. To było w dwa tysiące siódmym roku i pamiętam, że wtedy
wygrali nawet konkurs na jedną z lepiej rozwijających się agencji.
Dorota miała nosa do ludzi, a dodatkowo świetnie wyczuwała, kto czego
szuka. Idealnie umiała dobrać klienta pod mieszkanie i na odwrót. Zawsze
wiedziała, kto akurat potrzebuje ogromnej willi, z pięknym ogrodem i starymi meblami, a kto prostego mieszkania, urządzonego bez większych
udziwnień. Może dlatego, że studiowała psychologię? - zastanowił się, a następnie kontynuował: - Znała się na ludziach, więc jak to możliwe, że
pewnego dnia po prostu zniknęła? Jak to możliwe, że nie rozpoznała
wcześniej żadnego zagrożenia? Niczego nie wyczuła? - Wbił swoje nieco
wyblakłe spojrzenie w Klarę.
Majewska zmarszczyła czoło.
- Kiedy to było?
- No właśnie w dwa tysiące siódmym roku. Dorota była wtedy w piątym
miesiącu ciąży i tak strasznie cieszyła się, że niedługo będzie miała
dziecko. Tamten dzień zaczął się jak zawsze, przynajmniej tak wynikało z tego, co zeznał na policji jej mąż. Wstali rano, wypili kawę, przejrzeli
gazety, chwilę pogadali. Dorota podobno miała ochotę na chleb ze świeżym
ogórkiem, który posypała sobie cukrem. - Uśmiechnął się smutno. - To
pewnie te zachcianki kobiet w ciąży.
- I co było dalej? - Klara odebrała z rąk starszego mężczyzny pusty
kubek, przy okazji dotykając jego zimnej dłoni. Aż się zdziwiła, jak
bardzo była lodowata, tym bardziej że od samego rana świeciło słońce.
- Bogusław, jej mąż, wyszedł z domu na spotkanie z jakąś
przedstawicielką firmy telekomunikacyjnej, a Dorota została w domu. Ale
potem spotkali się około piętnastej i zjedli razem obiad. Tyle że Dorota
się spieszyła, bo za godzinę była umówiona z klientem na osiedlu Czecha.
Bogusław nie wiedział dokładnie z kim, bo nie zdradzali sobie wszystkich
szczegółów, dopóki nie dochodziło do podpisania umowy. Każde z nich
spotykało się ciągle z różnymi ludźmi, ale nie o wszystkim sobie
opowiadali. To chyba nawet zrozumiałe. To było piętnastego marca dwa
tysiące siódmego roku, w czwartek. Imieniny Klemensa, dobrze to wiem, bo
tak miał na imię mój przyjaciel. Dorota wyszła z domu i więcej nie
wróciła.
Klara słuchała tego ze ściśniętym sercem. Od dawna zajmowała się
sprawami niewykrytych zbrodni, zabójstw czy porwań dokonanych przed
dziesięcioma, dwudziestoma, czasami trzydziestoma laty. Analizowała je
na nowo. Korzystała z możliwości, jakie oferowała współczesna
kryminalistyka - z genetyki sądowej, toksykologii. Nie zawsze z sukcesem. A jednak każda rozwiązana sprawa dawała nadzieję, że uda się
to również z pozostałymi. Pomysł, żeby powołać specjalne oddziały
nazywane "archiwami X", był absolutnym strzałem w dziesiątkę. Dotąd akta
nierozwiązanych spraw wędrowały do policyjnych archiwów, gdzie po prostu
porastały kurzem. Powody? Błędy w śledztwie, za mało dowodów, zły sprzęt
techniczny. A najczęściej - brak ciała ofiary. Kiedy jednak na miejscu
zbrodni sprzed kilkudziesięciu lat zabezpieczony został materiał
dowodowy, warto było do takich spraw wracać. Tyle że z tego, co mówił
starszy mężczyzna, jego córka nigdy nie została odnaleziona. Dlaczego w takim razie przyszedł tutaj dzisiaj? Czy wydarzyło się coś, co go do
tego popchnęło?
- Minęło piętnaście lat - odezwała się po chwili. - Rozumiem, że tej
sprawy nie udało się rozwiązać. A pana córka nigdy nie wróciła do domu?
- stwierdziła bardziej, niż zapytała.
Mężczyzna powoli skinął głową.
- Jej mąż popełnił samobójstwo. Czternaście lat temu. I myślę, że
tajemnicę zaginięcia Dorci zabrał ze sobą do grobu.
Klara zmrużyła oczy.
- Był podejrzany?
- Ja go podejrzewałem od samego początku. Chociaż zachowywał się
wzorowo. Wyznaczył nawet nagrodę w wysokości trzydziestu tysięcy
złotych. Poszedł do redakcji "Głosu Wielkopolskiego" i dał im fotografię
mojej Doroty. Ale wie pani, co zrobił już następnego dnia? Wrócił po to
zdjęcie i powiedział, że nie będzie im więcej potrzebne. Ja to wiem od
dziennikarza, którego te słowa mocno zdziwiły. A mnie dały do myślenia.
Dlaczego tak postąpił? Bo wiedział, że Doroty już nie ma na tym świecie?
Bo jako jedyny miał pojęcie, co się z nią stało? Ale jednocześnie
płakał, owszem. Aż mnie zaczęły drażnić te jego wiecznie zaczerwienione
oczy. Bo ja mu nie wierzyłem.
- Czy wytypowano jakiegokolwiek podejrzanego? - spytała Klara.
- Nie. Przeszukano osiedla Czecha, Lecha, Rusa, teren w pobliżu Warty i samą rzekę. Otwarto wszystkie studzienki kanalizacyjne oraz piwnice w blokach. Nic. Ani śladu. Jego też przesłuchiwano, ale niczego mu nie
udowodniono. Psycholog stwierdził tylko, że Bogusław ma żelazne nerwy,
ale to nie oznacza jeszcze, że musi być mordercą. I że każdy człowiek
reaguje inaczej. Niektórzy nie potrafią się pozbierać i praktycznie nie
ma z nimi kontaktu, inni działają. A Bogusław był taką dziwną mieszanką:
z jednej strony konkretny, rzeczowy, z drugiej załamany i szlochający.
- Dlaczego pan tu przyszedł? - spytała Klara. - Musiało się coś
wydarzyć, prawda?
Starszy mężczyzna spuścił głowę i przez chwilę się nie odzywał.
- Pewnie pani pomyśli, że zwariowałem - wyszeptał.
- W takich przypadkach nikogo nie osądzam. A czasem coś, co wydaje się
absurdalne, może być początkiem nitki, która prowadzi nas do rozwiązania
zagadki.
- Ja go widziałem - powiedział nagle starszy mężczyzna zupełnie innym
głosem niż do tej pory. Tym razem wybrzmiewała w nim jakaś złość, może
nawet nienawiść.
- Kogo? - Klara w pierwszej chwili nie zrozumiała.
- Bogusława. Męża mojej córki.
- Kiedy?
- Tydzień temu. W Krakowie.
Majewska popatrzyła na niego z niedowierzaniem.
- Ale powiedział pan, że on nie żyje, że popełnił samobójstwo. Czy nie
zidentyfikowano wtedy ciała?
- Zidentyfikowano. Powiesił się na lampie. Ale ja go widziałem. I mam to
na zdjęciu, nawet jeśli nie jest ono do końca wyraźne.
Klara podeszła jeszcze bliżej starszego pana i dotknęła jego ramienia.
- Proszę wejść ze mną do środka i o wszystkim dokładnie opowiedzieć. Być
może właśnie nadaje pan początek czemuś, co uda się jakoś sensownie
wytłumaczyć. Możliwe, że dzięki temu odnajdzie pan swoją córkę. Albo
przynajmniej uzyska informacje o tym, co naprawdę się z nią stało.
Rozdział 1
Rozdział
1
Dorota Kotus-Lampicka miała dwadzieścia dziewięć lat, kiedy zaginęła
piętnastego marca dwa tysiące siódmego roku. Było tak, jak mówił jej
ojciec. Wyszła z domu na umówione spotkanie, z którego nigdy nie
wróciła. Około dwudziestej pierwszej zaniepokojony mąż pojechał na
policję zgłosić zaginięcie. Funkcjonariusze od razu ruszyli na
poszukiwania, jak się okazuje - bezskuteczne. Osiedle Czecha zostało
oblepione plakatami z zaginioną, a za udzielenie informacji na temat
miejsca jej pobytu wyznaczono wysoką nagrodę. W notesie Doroty nie
znaleziono żadnych informacji o spotkaniu, co spowodowało, że policja
nie miała tak naprawdę żadnego tropu. Bogusław Lampicki twierdził, że
żona otrzymała telefon krótko przed obiadem, dlatego niczego nie
zanotowała. Miała spotkać się na osiedlu z rzekomym klientem o szesnastej.
Do domu więcej nie wróciła.
W aktach zapisano rozmowę z jej mężem.
- Czy żona podała jakiekolwiek imię osoby, z którą miała się spotkać?
- Nie. Powiedziała tylko, że nie zajmie jej to dłużej niż godzinę, może
dwie.
- Kiedy zgłosił pan zaginięcie na policji?
- O dwudziestej pierwszej. Myślałem, że może pojechała odwiedzić
rodziców lub kogoś ze znajomych.
- Czy często tak robiła?
- Czasami. Błagam, znajdźcie ją. Ona jest w ciąży.
Klara siedziała nad aktami, próbując wyczytać w nich coś, co może komuś
wcześniej umknęło. Jakiś szczegół z rozmowy z mężem, cokolwiek. Ale
wszystko wyglądało normalnie, trudno było się do czegokolwiek
przyczepić. Antoni gdzieś wyszedł, nie zostawiając żadnej wiadomości,
więc postanowiła, że nie będzie na niego czekać, tylko zrobi wstępne
notatki. Starszy mężczyzna dał się w końcu namówić na bardziej
szczegółową rozmowę. Ojciec zaginionej, Wiesław Kotus, miał
siedemdziesiąt siedem lat i uparcie twierdził, że w ubiegłym tygodniu
widział męża swojej zaginionej córki.
- Nie oszalałem. To był on.
Klara sprawdziła akta Bogusława Lampickiego, z których jednak jasno
wynikało, że mężczyzna faktycznie popełnił samobójstwo w dwa tysiące
ósmym roku, a dokładnie dziesięć miesięcy po zaginięciu swojej żony.
Przed policjantką leżało teraz zdjęcie, które porównywała z fotografią
otrzymaną od Kotusa. Zrobił je tydzień temu w Krakowie i zupełnie przez
przypadek uchwycił na niej twarz mężczyzny w tramwaju, który przejeżdżał
koło pałacu Wielopolskich. Fotka była jednak dość niewyraźna i trudno
było stwierdzić, czy to ten sam człowiek, chociaż Wiesław Kotus upierał
się, że wszędzie by go rozpoznał.
- Chciałem dogonić ten tramwaj, ale nie dałem rady. To był strzał, coś
jak uderzenie piorunem. Kiedyś myślałem, że często widuję Dorotę, ale
tak naprawdę każda kobieta z ciemnymi włosami i niebieskimi oczami
wydawała mi się do niej podobna. W tym przypadku było zupełnie inaczej.
Tak jakbym od razu wiedział, że to on. Aż straciłem oddech.
Klara podparła głowę dłońmi i się zamyśliła. Z jednej strony czuła, że
to raczej niemożliwe, aby Lampicki żył i tak świetnie spreparował własną
śmierć, że udało mu się wszystkich oszukać, z drugiej coś jej mówiło, że
sprawie zaginięcia Doroty Kotus-Lampickiej należy się bliżej przyjrzeć.
Intuicja podpowiadała jej, że nic nie dzieje się bez powodu i skoro
Kotus pojawił się przed komisariatem i w jakimś sensie został zachęcony
do podzielenia się swoją historią, to tak najwyraźniej musiało być. Z doświadczenia wiedziała, że sprawy zaginięć czy też morderstw sprzed lat
nie powracają przypadkowo. One po prostu chcą lub muszą zostać
rozwiązane. Jakkolwiek absurdalnie by to brzmiało.
- Hej, spotkałem na korytarzu Kaśkę, podobno przyniosła ci jakieś akta
sprzed kilkunastu lat. Mamy coś nowego na tapecie? - Do pokoju wszedł
Antoni, roztaczając wokół dość intensywny zapach męskich perfum.
Klara skrzywiła nos.
- Miałeś randkę? - spytała złośliwie.
Wzruszył ramionami.
- To, że ładnie pachnę, nie znaczy, że z kimś się umówiłem. Stereotypowo
myślisz - odciął się.
Machnęła na to ręką. Tak naprawdę nie miała ochoty rozmawiać z nim na
jakiekolwiek inne tematy niż te, które dotyczyły pracy. W dalszym ciągu
ją drażnił, chociaż musiała uczciwie przyznać, że był bardzo dobrym
śledczym. Ale praca to praca, a jego prywatne życie mało ją obchodziło,
pod warunkiem że nie wciągał w nie pracowników. Co prawda Kaśka chodziła
ostatnio mocno przygnębiona, a raz Klara przyłapała ją na tym, jak
dziewczyna ukradkiem ocierała łzy, ale doszła do wniosku, że nie będzie
się w nic mieszać, a czas i tak zrobi swoje. Trochę popłacze, pochlipie,
zaliczy kilka bezsennych nocy, ale tak naprawdę wyjdzie jej to na dobre.
Z tego, co udało jej się zorientować, Antoni miał nieźle za uszami i pewnie dlatego zwiał z Warszawy do Poznania. Nie znała wszystkich
szczegółów, ale swoje wiedziała. Facet miał dość barwną damsko-męską
przeszłość i chyba ktoś zaczął mu grozić.
Mówiąc krótko - doigrał się.
- Zaginięcie kobiety w dwa tysiące siódmym roku. Wyszła z domu na
spotkanie z klientem i nigdy nie wróciła. Okoliczne osiedla zostały
dokładnie przeczesane, ale niczego nie znaleziono. Początkowo
zastanawiano się, czy nie została porwana dla okupu, nikt jednak nie
zgłosił się z takim żądaniem. W tamtym czasie w Poznaniu doszło do dwóch
zabójstw, w obu przypadkach ofiarami były młode, trzydziestoletnie
kobiety, a zatem w podobnym wieku jak poszukiwana. Próbowano jakoś
połączyć te sprawy, ale niczego nie udało się ustalić.
- Znaleziono mordercę tamtych ofiar? - zainteresował się Praszyński.
Klara skinęła głową.
- Tak, facet nadal siedzi, ale nie udowodniono mu niczego w sprawie
Kotus-Lampickiej, chociaż został złapany już po jej zaginięciu. Nic
jednak nie wskazywało na to, że również ona mogła być jego ofiarą. Miał
niepodważalne alibi.
- Mogła z własnej woli zerwać kontakt z rodziną i uciec?
- Nie było ku temu żadnych przesłanek. Kobieta była w piątym miesiącu
ciąży, szczęśliwa mężatka, spełniona zawodowo. Nie miała żadnych
podstaw, żeby zrywać z takim życiem, znikać bez słowa wyjaśnienia i oszukiwać rodzinę.
- Morderstwo doskonałe? - Praszyński zmarszczył czoło.
Policjantka bezradnie rozłożyła ręce.
- Trudno powiedzieć, w każdym razie nie znaleziono ani ciała, ani żywej
Lampickiej. A morderstw doskonałych, jak wiesz, nie ma. Jest tylko
obranie złego kierunku śledztwa.
- A wiadomo, z kim miała się spotkać?
- Tylko tyle, że z klientem zainteresowanym kupnem jakiegoś mieszkania.
Niestety nie ma żadnych danych, kto nim był, zaginiona również niczego
nie zanotowała w swoim służbowym notesie, telefon o spotkaniu otrzymała
raptem godzinę wcześniej. Takie przynajmniej zeznania złożył jej mąż.
- A facet był podejrzany?
Klara pstryknęła palcami.
- Może i tak, tyle że nie żyje, więc od niego również niczego się już
nie dowiemy. Dziesięć miesięcy po zaginięciu swojej żony powiesił się na
lampie. Co prawda ojciec kobiety twierdzi, że facet mógł mieć coś z tym
wspólnego, ale skoro tak, to raczej zabrał tę tajemnicę do grobu.
- Co znaczy: mógł mieć coś z tym wspólnego? Skąd takie podejrzenie?
- Nie wiem. Wyczułam tylko, że ojciec zaginionej go nie lubił.
Twierdził, że mężczyzna nie był wystarczająco dobry dla jego córki, że
wcale nie ucieszył się na wiadomość o ciąży, że traktował ją
przedmiotowo i jego zdaniem umawiał się z innymi kobietami. Tylko że
tego również nie jesteśmy w stanie sprawdzić. No chyba że któraś zgłosi
się na naszą prośbę.
Praszyński otworzył puszkę z colą, przesunął krzesło do biurka i sięgnął
po akta.
- Z tego, co tu napisano, wynika jednak, że w mieszkaniu znaleziono
ślady krwi Lampickiej? - Spojrzał pytająco na Klarę.
Pokiwała głową.
- Tak, ale z kolei z zeznań męża wynika, że przed południem dostała
krwotoku z nosa, stąd te plamy. Również nie do udowodnienia. Cała reszta
była dokładnie wysprzątana i jak widzisz, w notatkach wyraźnie
zaznaczono, że w mieszkaniu pachniało silnymi detergentami. Z tego
oczywiście może wynikać, że ktoś dokładnie wszystko posprzątał, tylko
dlaczego miałby zapomnieć o krwi na podłodze? No chyba że jej nie
zauważył.
Antoni zmarszczył czoło i przeczytał raz jeszcze zeznania Lampickiego.
- W mieszkaniu znaleźliśmy krew pańskiej żony.
- Tak. Dorota od czasu, kiedy zaszła w ciążę, miała silne krwotoki z nosa. Jej lekarka prowadząca mówiła, że to nic takiego, że to po prostu
naturalne rozszerzanie się naczyń krwionośnych i że przepływa przez nie
więcej krwi, stąd większe ciśnienie.
- Mieszkanie zostało dokładnie wysprzątane. Dlaczego?
- Około dziewiętnastej, kiedy Doroty nadal nie było, zacząłem się
denerwować. Nie mogłem się do niej dodzwonić i to również było dziwne. Z tego wszystkiego chciałem czymś zająć głowę i dlatego zacząłem sprzątać
mieszkanie. To mnie odciągało od ponurych myśli.
Praszyński zamknął akta i spojrzał na Majewską.
- Dlaczego ten ojciec pojawił się po tylu latach?
Klara założyła rękę na rękę.
- I to jest właśnie ciekawy temat. Facet twierdzi, że tydzień temu
widział w Krakowie męża swojej córki.
- Tego, który się powiesił?
- Dokładnie tak. Ma go nawet uwiecznionego na zdjęciu, tyle że
fotografia jest trochę rozmyta i szczerze mówiąc, ja nie widzę większego
podobieństwa, ale może uda się ją powiększyć i odrobinę podrasować
kontury. Nie wiem, jaki to może mieć związek ze sprawą, ale jeżeli
wyjdziemy z założenia, że to mąż zaginionej, to istnieje duże
prawdopodobieństwo, że facet faktycznie był zamieszany w zniknięcie i dlatego sam postanowił się ulotnić. Być może zmienił tożsamość i wyprowadził się z Poznania. Jeżeli jednak Wiesław Kotus się pomylił i ten mężczyzna nie ma nic wspólnego z mężem jego córki, no to sprawa
wraca do punktu wyjścia.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki