3
Wóz drabiniasty trząsł się i skrzypiał, luźno rzucone deski stanowiące jego podłogę podrygiwały i przesuwały się na każdej nierówności. Maciej prowadził powoli, starał się omijać najgłębsze koleiny, ale i tak Zosi dzwoniły zęby. Droga wiodąca do lasu była dzika i wyboista. Na srokaczu pokonałaby ją w kilkanaście minut. Ale pańskie wierzchowce były już nie dla niej... Wyciągnęła szyję, starając się dostrzec zza szerokich pleców woźnicy cel ich wyprawy. Widziała jednak tylko mroczną ścianę drzew. Gdzie, u licha, była ta chata? Nadal nie mogła uwierzyć, że to wszystko dzieje się naprawdę. Przecież zaledwie niespełna tydzień temu jej życie wyglądało krańcowo inaczej! Było radosną karuzelą, muzyką duszy. Jak to możliwe, że wszystko tak nagle się skończyło?
Kolejny wstrząs. Deski, na których siedziała, zsunęły się niczym wielkie nożyce. Cud, że zdążyła cofnąć palce, drewniany potrzask uszczypnął ją jednak w udo. Zabolało.
***
Tamtego dnia, kiedy przez falę mdłości zmieniła deseń swojej najlepszej sukienki, do jej pokoju przybiegła Martynka. Dworska służąca pomogła Zosi się przebrać, obmyć, przesłała jej łóżko. Kochana dziewczyna. Kiedy jednak skończyła sprzątać i wyszła, czyjaś ręka przekręciła klucz w drzwiach. Od zewnątrz.
- Pani Hryniewiczowa zarządziła kwarantannę! - na rozpaczliwe pukanie Zosi po dłuższej chwili odpowiedział dopiero głos kucharki, czterdziestoletniej Andźki.
No tak. Rzeczywiście. Trzeba chronić zdrowie innych mieszkańców majątku - Zosia w myślach przyznała pani Hannie rację. Poczuła się jednak strasznie samotna. Czy Adam, który już pewnie usłyszał o jej chorobie, nie mógłby chociaż położyć bukieciku polnych kwiatów na jej parapecie? Wróciła do łóżka, naciągnęła kołdrę na nos. Ale oczy jakoś nie chciały się jej zamykać. Zresztą, z każdą chwilą czuła się lepiej. W połowie dnia zrobiła się nawet głodna! Wstała więc, ubrała się, szerzej otworzyła okno. Czas wlókł się niemiłosiernie, a ją zaczęła roznosić energia. Po tych wszystkich dniach spędzonych na powietrzu, w galopie lub z rakietą tenisową w ręku ten bezruch był męką. Dlatego w porze obiadu znów zabębniła w drzwi.
- Otwórzcie! Otwórzcie, czuję się całkiem zdrowa!
Otworzyli. Obiad, który tym razem podano jej w kuchni, spałaszowała z dwiema dokładkami. Pochłonęła ciasto drożdżowe na deser. I kilka śliwek, trochę agrestu, garść porzeczek i jakieś kruche ciasteczka z blachy. Rany... Wytarła usta, otrzepała spódnicę i wyruszyła na poszukiwania państwa Hryniewiczów. Taka była przynajmniej jej oficjalna wersja, bo tak naprawdę to strasznie, przestrasznie tęskniła do widoku Adama.
- I jak się panienka czuje? - podejrzanie chłodnym głosem spytała ją w bibliotece Hanna.
- Już świetnie - odpowiedziała z entuzjazmem. - To była jakaś chwilowa niedyspozycja. Jestem gotowa do lekcji ze Stasiem.
- Chwilowa niedyspozycja... - powtórzyła dziedziczka. Jej oczy patrzyły na nią badawczo. Nie było w nich cienia uśmiechu. - Zo-ba-czymy. Wkrótce przyjedzie z Włodzimierza doktor.
- Ależ nie trzeba! - zaprotestowała Zosia. - Ja naprawdę...
- Do tego czasu proszę się spakować. Musi panienka zwolnić pokój. A dopóki cała ta sytuacja się nie wyjaśni, zakwateruję ją w domku obok sadu.
- No tak, rozumiem - speszyła się.
Obok sadu, przy drodze na Włodzimierz, dom miała służba. Nie, żeby Zosia traktowała tę przeprowadzkę jako ujmę. Nie miała nic przeciwko mieszkaniu pod jednym dachem z Martynką, kucharką Andźką, Maciejem i jeszcze kilkoma innymi osobami z obsługi dworu, ale ta nagła niełaska trochę ją zaskoczyła. Czym sobie na nią zasłużyła?
- Czy mogłabym porozmawiać z Adamem? - zmieniła temat.
- Nie! - odpowiedź pani Hryniewicz cięła niczym furmański bat, zanim jeszcze przebrzmiało jej pytanie.
Bibliotekę otuliła na moment głęboka, pełna napięcia cisza.
- To nie jest najwłaściwsza chwila - dodała pani Hanna już spokojniejszym głosem.
***
Doktor Malinowski przyjechał z Włodzimierza jednokonną linijką. Jego niewysoką, pękatą sylwetkę opinał nieco przykurzony po podróży i ciut przymały garnitur. Łysinę na czaszce przykrywała lekko zburzona pędem powietrza zaczeska. Na łańcuszku zwisającym z kieszonki dyndał staromodny zegarek "cebula".
- Proszę się rozebrać, a potem włożyć koszulę - to były pierwsze słowa, które skierował do Zosi.
- Do naga?
- Do naga.
- Ale ja już się dobrze czuję.
- Świetnie. Czekam w bibliotece. Proszę zadzwonić, kiedy będzie pani gotowa.
- Doktorze? - zatrzymała go w drzwiach.
- Jakie to właściwie będzie badanie?
- Ginekologiczne.
- To znaczy, że...
- To znaczy, że od dołu.
- Ale ja jeszcze nigdy...
- Wygląda na to, że właśnie nadszedł ten czas, panienko.
Trzask zamykanych drzwi. Oddalający się tupot kroków. Potem jakieś ściszone głosy. Doktora i pani Hanny.
Zosia stała dalej jak wryta. "Nie, nie, nie! Nie zgadzam się!" - bezszelestnie poruszała ustami. O tym nie pomyślała. To jedno akurat nie przyszło jej do głowy. A przecież była dorosłą kobietą. Świadomą swojego ciała. "Nie zgadzam się".
- Na tym etapie nie mogę orzec z całkowitą pewnością... - zaczął doktor Malinowski, kiedy już skończył badanie, Zosia zdążyła się ubrać, a do salonu weszła sztywna i pobladła Hanna Hryniewiczowa - ale z przekonaniem graniczącym z pewnością pozwolę sobie orzec, że pani, przepraszam, panienka Zosia jest we wczesnym etapie ciąży.
- Boże! - jęknęła pani domu.
- Jasna cholera! - krzyknęła Zosia.
- W istocie - spuentował doktor.
***
Pół godziny później był już z powrotem w drodze do Włodzimierza. Tłumacząc się nawałem zajęć i dużą liczbą pacjentek, wymigał się od poczęstunku, nie wspominając już o noclegu. Siedziały więc w zamkniętej na wszystkie zamki bibliotece same. Zosia płakała, Hanna milczała.
- Bardzo mnie zawiodłaś - odezwała się w końcu dziedziczka majątku Załugi. - Cynicznie wykorzystałaś sytuację, wbiłaś mi nóż w plecy pod moim własnym dachem - jej słowa były jak groty strzał. - Miałam cię za pannę z porządnego domu. Kogoś niemal z naszej sfery. A ty...
- Czy mógłby przyjść tutaj Adam? - wpadła jej w słowa Zosia, która poczuła, że zaczyna się chwiać pod tym gradem oskarżeń. Potrzebowała jego pomocy. Obecności. Dotyku dłoni. Niech przyjdzie, wyzna, jak było naprawdę. Przecież ją kocha, do jasnej cholery!
- Adam? - zdziwiła się pani Hanna. - Mój syn wyjechał.
- Wyjechał?
- Na dobre. Do Lwowa. Wrócił do szkoły.
- Ale rok akademicki zaczyna się dopiero...
- Wiem, kiedy ruszają studia! - przerwała ze złością. - Wezwały go niecierpiące zwłoki sprawy. Wróci dopiero na Boże Narodzenie.
- Jak to? - Zosia nie wierzyła własnym uszom. - Nic mi nie powiedział...
- Trudno, żeby żegnał się ze wszystkimi - głos dziedziczki mógłby zamrozić cały sad. - Tu jest naprawdę dużo służby.
- Ale to będzie jego dziecko!
Krzyk Zosi przetoczył się po bibliotece, odbił od ścian, a potem zniknął wchłonięty przez prastare woluminy, które widziały i słyszały już wszystko.
- Nie wiem. Być może - usta dziedziczki zacisnęły się w wąską kreskę. - Ale nawet jeśli, to cóż to ma do rzeczy?
- Co ma do rzeczy? - od dłuższej chwili Zosia czuła się, jakby grała w grę, której reguł nie zna, albo rozmawiała w nieznanym sobie języku. - Skoro to jego dziecko, to...
- Nie, nie, nie, moja panno - palec pani Hanny zatańczył w geście przeczenia przed samym nosem Zosi. - Jeśli tak sobie to wymyśliłaś... - z oburzenia zabrakło jej tchu. - Jeśli taki uknułaś plan... Żeby mojego syna zaciągnąć do ołtarza i wkupić się w naszą...
- Jak pani śmie! - wykrzyknęła. - To, co nas połączyło, było... było czyste jak... - Zosi zaczęło brakować słów. Nigdy w życiu, może pomijając spotkanie z Grubą Sabcią i jej siepaczami, nigdy w życiu nie była tak zdenerwowana.
- Dosyć! - głos matki Adama zawibrował w bibliotecznym powietrzu. - Nie zamierzam wysłuchiwać tych... sprośności!
Znowu zapadła cisza. Obie kobiety długo mierzyły się wzrokiem. Czoło Zosi przecięła głęboka bruzda. Próbowała pozbierać myśli, poskładać rozpryski tego, co jeszcze niedawno było jej życiem, szczęściem i nadzieją. Adam wyjechał. Bez pożegnania, bez słowa. Oczywiście, kazała mu mamusia. Ale ktoś, kto kocha, nie powinien zważać na mamine dąsy i nakazy. Ktoś taki bierze się pod boki i gromko oświadcza: "Chcę z tą kobietą spędzić resztę życia!". A on podkulił ogon i się ulotnił. Nawet nie spojrzał jej w oczy...
Poczuła, że brakuje jej powietrza. Zakręciło się w głowie. Z cichym "brzdęk" świat pękł na dwie części. Tę "do teraz". I tę "od teraz". Wzięła głęboki wdech. Myśli, powoli, zaczęły wracać na swoje miejsca. Ale nie była już tą samą Zosią, która przed chwilą domagała się spotkania z Adamem.
- Chcę stąd wyjechać.
Powiedziała to stanowczo, spokojnie. Ale już sekundę później poczuła, że musi mówić dalej. Coraz szybciej, gwałtowniej, donośniej: - Ani chwili dłużej nie chcę zostać w tym domu! Pani syn okazał się zwyczajnym, ordynarnym łajdakiem, który żeruje na...
- Zastanów się, dziecko - przerwała jej Hryniewiczowa nadspodziewanie łagodnym głosem.
- Nad czym mam się zastanawiać, do diabła?! - do oczu napłynęły jej łzy. Gwałtownie zamrugała. Nie chciała płakać. Nie teraz. Wzbierała w niej wściekłość, furia. Wystawiono ją do wiatru, zakpiono z jej uczuć. To nie jest czas, żeby popłakiwać, tylko walić pięścią w stół!
- Zastanów się, czy chcesz w takim stanie wracać do Warszawy - pani na Załugach, wytrawna salonowa graczka, nadal mówiła cicho, ze spokojem, niemal dobrotliwie. - Z nieślubnym dzieckiem w brzuchu. Jak przyjmą cię w domu? Co powiedzą na studiach? Kto da ci pracę?
Zosia cofnęła się w krześle, jakby otrzymała niespodziewany cios. Kurczowo uczepiła się poręczy. Dom? Nawet po wyprowadzeniu się najstarszego brata, w ich mieszkaniu - a raczej w dwóch izbach - pokoju i kuchni - jest ich sześcioro. Nie byłoby nawet gdzie rozwiesić pieluch... Studia? To akurat jest jasne, jak słońce. Wyleją ją na zbity pysk, gdy tylko jej sukienka lekko się wybrzuszy w talii. Niektórzy profesorowie na Uniwersytecie Warszawskim z trudem akceptowali kobiety i Żydów. Panna w ciąży byłaby dla nich fermentem nie do zniesienia. No i praca. Jakie ona miała wykształcenie? Ukończony na pięć pierwszy rok polonistyki. Pierwszy rok. Polonistyki. To żaden zawód. Mogłaby co najwyżej być korepetytorką albo służącą. Nikt jednak "lafiryndy" ani do swojego domu, ani do swoich dzieci nie dopuści. Wniosek? Miała przekichane.
Pani Hanna spokojnie odczekała, pozwalając Zosi ogarnąć ogrom swojej porażki. A kiedy wyczytała w jej oczach, że to już nastąpiło, zadała ostatnie pchnięcie:
- My, oczywiście, tego dziecka nie zamierzamy uznać. Adam wszelkim insynuacjom dotyczącym jego ojcostwa zaprzeczy i jeszcze skieruje sprawę do sądu pod zarzutem oszczerstwa.
Zosia patrzyła na nią w milczeniu. Miała pobladłe, mocno zaciśnięte usta.
- Może to hipokryzja z naszej strony, może nawet okrucieństwo - pozwoliła sobie na drobną autokrytykę Hryniewiczowa - ale musimy bronić czystości rodu. Przetrwaliśmy tu, na tej ziemi, już trzysta lat. I przetrwamy następne trzysta. Bo umiemy zachować czystość naszej krwi. Bez urazy, panienko - dodała po kilkusekundowej pauzie. I zamarła w oczekiwaniu na reakcję Zosi. Jeśli spodziewała się potoku łez, dalszych wyrzutów czy rwania włosów z głowy - to się zawiodła. Dziewczyna wzięła głęboki wdech, wyprostowała się na krześle, wygładziła na kolanach spódnicę.
- Pani, zdaje się, ma już w zanadrzu jakieś rozwiązanie? - powiedziała powoli, choć głos jeszcze wibrował jej od emocji. - Cóż to za salomonowe wyjście? Ślub z Maciejem? Rzucenie się z kolejowego mostu? Wstąpienie do klasztoru?
- Spędzenie płodu.
- Co?!
- To. I bardzo proszę, zanim panna rzuci się na mnie z pazurami w zamiarze wydrapania mi oczu, dobrze tę propozycję przemyśleć.
- Zabić... To? - Zosia bezwiednie dotknęła brzucha.
- Oj zabić, zabić - żachnęła się pani domu, a jej wykrochmalone spódnice bagatelizująco zaszeleściły. - Na razie nie ma nawet czego zabijać. To coś jest mniejsze od kijanki. Co tam, kijanki. Od mrówki. Ot, grudka mięsa, smark jakiś, coś jak pieprzyk na ciele. Żadne tam zabijanie.
- Ale...
Pani Hanna, dotąd sztywna jak klozetowa szczotka, nagle nachyliła się ku Zosi, wyciągnęła rękę, dotknęła jej kolana. Jej oczy stały się ciepłe, współczujące, przyjazne.
- Pomyśl. Warto marnować sobie życie?
***
Powiał wiatr, jej ciałem wstrząsnął dreszcz. Łzy cieknące po twarzy zapiekły zimnem. Ostatnie dni sierpnia były wprawdzie nadal upalne, ale takie ranki jak owego dnia, kiedy nad łąkami kłębi się jeszcze mgła, powietrze jest ostre po nocy, a od lasu idzie tchnienie przenikliwego zimna, potrafią sprawić, że zęby zaczynają szczękać. Zosia opatuliła się mocniej chustą i znów wyciągnęła szyję, patrząc nad Maciejowym ramieniem. I wtedy go zobaczyła. Dom. Dom szeptuchy. Starej znachorki, wiedźmy pewnie nawet, która jako jedyna w okolicy umiała spędzać niechciane płody. No, może nie jedyna. Był jeszcze doktor Malinowski. Ale on jako człowiek nieskoligacony z Hryniewiczami, a zarazem bywały w towarzystwie, stanowił ryzyko. A gdyby wypaplał, co, komu i dlaczego usuwał? Jejku, jaki to byłby wstyd wśród sąsiadów! Nie, nie. Pani Hryniewiczowa stanowczo posłała Zosię do starej szeptuchy. Przeklętej raszpli hołdującej wiejskim zabobonom. Ale podobno skutecznej.
Zesztywniała z zimna i niewygodnej pozycji, zeskoczyła z wozu.
- To ja nie będę czekał - bąknął speszony Maciej. - Pani dziedziczka mówiła, że to trochę potrwa, a potem i tak parę godzin musi panienka poleżeć. Wrócę później - dodał i zaraz smagnął konia lejcami, jakby przed samym diabłem uciekał.
Spojrzała na dom. Domek raczej. E tam, domek. Chatkę. Drewniane, poczerniałe od starości bale, przegniła słoma w charakterze dachu. Małe okienka z grubymi szybkami, które przepuszczały jedynie nieco światła. Te zresztą raczej nie przepuszczały. Zalepione były brudem i pajęczynami. Koślawe drzwi bez zamka. Wysoki, wyrobiony pośrodku próg. Całość - jak z powieści Mniszkówny. Tylko czekać, gdy wejście otworzy się z przejmującym skrzypieniem i stanie w nich pomarszczona, garbata starucha z pypciem na krogulczym nosie i bielmem na oku.
Drzwi rzeczywiście przejmująco zaskrzypiały. I rzeczywiście w progu stanęła niemłoda już kobieta. Ale nie była garbata, ślepa ani oszpecona wiekiem. Niewysoka, pulchna, jowialna. Uśmiechnęła się i wyciągnęła dłoń na przywitanie.
- A więc jesteś - powiedziała, a jej oczy patrzyły na Zosię ciepło. Bez upokarzającego współczucia ani irytującej przygany. Po prostu ciepło.
- Jestem. Czy uprzedzono panią, że...
- Tak. Uprzedzili i powiedzieli, w jakiej sprawie. Jaśnie pani nawet już mi zapłaciła. Przez pośrednika, rzecz jasna. Całe pięć złotych. Ot i co.
- Pięć złotych? To raptem dwie godziny moich lekcji.
- Każdy orze, jak może - uśmiechnęła się szeptucha. Miała ładny uśmiech. Jej oczy zmrużyły się, zamigotały, spowiły w siateczkę zmarszczek. A potem dodała, przeciągając sylaby ze śpiewnym wschodnim akcentem: - Wejdź, dziecko. To nie potrwa długo.
Wnętrze chaty stanowiło zdecydowany kontrast z jej fasadą. Czyste, pachnące suszonymi ziołami: ślazem, szałwią, macierzanką, rumiankiem i lubczykiem. Podłoga z wyszorowanych do białego desek, łóżko obłożone wzdętymi poduchami i kolorowymi kocami, kilka szafek, jakieś półki. A także kuchnia z płytą, a na niej gar gotującej wody.
- To dla mnie? - Zosia wzdrygnęła się.
- Czystość jest ważna. Ot, co. Miastowa panienka a tego nie wie?
Zosia przeniosła wzrok na stojące na półkach słoje i butelki.
- Łój kozłowy, powidła z bzowych jagód, psie sadło... - zaczęła wyliczać podążająca za jej wzrokiem szeptucha - skrom zajęczy, piołun, ziarna jałowca...
- Które, proszę pani, z tych medykamentów są dla mnie? - wpadła jej w słowo.
Szeptucha przerwała wyliczankę i popatrzyła jej w oczy.
- Mów mi Jadźka, jak wszyscy. Ot i co - powiedziała po dłuższej chwili.
- No więc? - nalegała Zosia.
- Najpierw daj mi poszeptać. Spocznij - odpowiedziała, podsuwając jej taborecik.
Kiedy usiadła, Jadźka sięgnęła po spory kłąb lnu, jakieś nasiona, suszone listki i rzuciła to wszystko na blachę kuchni. Po chwili, aż pod niski strop, buchnął jasny płomień, który zaraz zamienił się w kłęby aromatycznego dymu. Zosia zamrugała, kaszlnęła i nagle zdała sobie sprawę, że znachorka stoi nad nią z kurczowo zaciśniętymi powiekami, jej usta poruszają się bezgłośnie, a całe ciało kiwa w przód i w tył.
- Co pani tam szepcze? - spytała zaczepnie.
Szeptucha nie odpowiedziała.
"Rany, gdzie ja jestem..." - westchnęła w myślach, tłumiąc nagłą chęć ucieczki. Komuś takiemu zawierzyć swoje ciało i zdrowie? Szaleństwo. Ale z drugiej strony... było jej już wszystko jedno. Czuła się pusta i niepotrzebna niczym pęknięte naczynie. Czuła się winna. I nic niewarta. Może to i lepiej by było. Wykrwawić się tutaj. Mieć to za sobą. Definitywnie.
- Nie mogę tego zrobić. Ot i co - głos szeptuchy wyrwał ją z otępienia.
- Czego?
- Tego. Nie mogę zabić twojego dziecka.
Dym ze spalonego lnu i suszonego ziela już się rozwiał. Znowu patrzyła na nią ta sama jowialna staruszka. Tyle że się już nie uśmiechała. Miała duże, wyraźnie powiększone źrenice. Jakby się czegoś przestraszyła. I wyraz napięcia na twarzy. Nie, nie napięcia. To było zdumienie.
- Dlaczego?
- Bo to nie jest zwykłe dziecko.
- No tak, wiem. To dziecko młodego pana dziedzica.
- A pies ryćkał młodego pana dziedzica! - bez złości, ale zdecydowanie obruszyła się znachorka. - Ja nie o tym mówię. Na twoim dziecku spoczęło błogosławieństwo, więc ja go nie zabiję. Nie zabija się takich dzieci. Ot i co.
Zosia patrzyła na nią w milczeniu. Nic, zupełnie nic, nie rozumiała z tych jej bajek o błogosławieństwie. Ale... Szczerze mówiąc, poczuła ulgę. A szlag by to wszystko... I tak nie miała ochoty tego zrobić, więc, tak czy inaczej, dobrze się stało. Jakoś to będzie. Da sobie radę. Podniosła się bez słowa i skierowała do wyjścia, gdy zatrzymały ją słowa:
- Zaparzę ci melisy. Przyda się. A ty opowiedz mi, jak to się stało.
- Jak zaszłam w ciążę?
- Nie, głuptasku - zaśmiała się staruszka. - Jak to się stało, że rzucono na ciebie czar.
- A pani znowu zaczyna z tym rzekomym błogosławieństwem...
- Jadźka.
- No, Jadźka, tak. Wybacz, ale nie wierzę w te dyrdymały.
- To lepiej uwierz, bo ktoś namieszał ci w życiu. Wzięłaś się ostatnio z kimś za łby? Krzywdę jakąś sprawiłaś? Ktoś cię znienawidził może?
Powoli odwróciła się od drzwi, cofnęła do zydla, usiadła. Jej myśli wróciły do Grubej Sabci i jej syna. Odmówiła mu wtedy, rzecz jasna. Przy tłumie gapiów, cygańskiej orkiestrze, przy jakichś tam jego przyjaciołach.
- Nie wyjdę za ciebie. Nigdy. Wybacz.
Straszne słowa, straszny wstyd. Ludzie zaczęli się śmiać. Tam, na środku ulicy. Nie chciała go skrzywdzić, ale co niby miała zrobić? Udawać, że się waha? Po co? Żeby narobić mu nadziei? Tydzień później Gruba Sabcia zaszczyciła ją osobistą wizytą. Tyle że nie była sama. Czekała na Zośkę w mroku bramy, a wraz z nią trzech praskich oprychów.
- Ty suko! - wymierzyła jej siarczysty policzek, a kiedy Zośka się zatoczyła od ciosu, szarpnęła ją za włosy i przewróciła na ziemię. Zosia próbowała wstać, ale kopnięcie w brzuch pozbawiło ją tchu. Półprzytomna, poczuła na szyi szarpnięcie. Saba zerwała jej srebrny, podarowany na osiemnaste urodziny medalion ze zdjęciami rodziców. Czując w ustach krew, a w piersi dławiące przerażenie, próbowała odczołgać się w stronę podwórka. Nic z tego. Saba przycisnęła ją grubą jak kolumna nogą do ziemi i raz za razem zaczęła walić w głowę medalionem.
- Nie chciałaś mojego chłopca? - darła się na całą okolicę. - To cię teraz oddam, kurwo, tym trzem obszczymurom. A jak z tobą skończą, to ci jeszcze pysk nożami tak skroją, że już cię nigdy nikt nie zechce!
I wtedy nadeszła pomoc. Chłopaki z jej kamienicy - chłopaczki właściwie, w porównaniu z tymi trzema ostrymi kiziorami, których przyprowadziła Królowa - nadbiegły, wywijając szuflami od węgla, młotkami, pogrzebaczami, nożami i co tam który jeszcze zdążył złapać.
- Zostawcie ją! - krzyczeli głosami, które dopiero niedawno przeszły mutację. - Bo łby porozwalamy!
Tamci spojrzeli po sobie. Zaprawione w bójkach na ostro typy, co to się gwizdka policyjnego nie boją. Ale było ich trzech. A tych nadbiegło pięciu, sześciu, siedmiu i zaraz jeszcze paru od strony ulicy. Z każdą sekundą w bramie robiło się tłoczniej. Kilkunastoletnie wyrostki, dziesięcioletnie kajtki, paroletnie smarkacze... Cała ta drobnica zaczęła wysypywać się z zatęchłych facjat i suteren. Niby nic, ale dużo się tego nagle zaroiło. No i była to młodzież z Powiśla, która mordobicie i drakę poznawała wcześniej od abecadła. Saba od razu zrozumiała, że kierunek wiatru się zmienił. Ta mała zdzira musiała być tutaj lubiana, skoro miała tylu obrońców. Nadal dyszała wściekłością, ale nie byłaby Królową, gdyby bezrozumnie się takiej furii poddawała. Osiągnęła w życiu, co osiągnęła, bo umiała kalkulować. A tu rachunek był prosty - nawet, gdyby jej zakapiory wygrały z tym tłumem chłoptasiów, to przelania dziecięcej krwi nigdy by jej nie wybaczono. Na Powiślu, a może i w całym mieście, byłaby skończona.
- Tfu! - splunęła na skuloną pod jej nogami Zosię. Między palcami jej pulchnej dłoni nadal tkwiły wyrwane z głowy dziewczyny włosy. Mocno zacisnęła je w pięści.
- Nigdy szczęścia nie zaznasz! - syknęła zdyszanym głosem. - Ani w życiu, ani w miłości. I twoje bachory też. Tfu, tfu, tfu! Pluję na ciebie trzy razy. Będziesz cierpieć zawsze, kiedy pokochasz.
***
Dlaczego opowiedziała jej tę historię? Przecież przez całe lato nie wracała do niej myślami ani razu. Wyparła ją z pamięci, przed samą sobą udawała, że się nie wydarzyła. To, co stało się w czerwcu, w jej bramie, było jak cierń, którego nie da się wprawdzie wyjąć, ale ciało już sobie z nim poradziło, otorbiając go grubą błoną. Tyle że on tam nadal był... Musiała więc w końcu to z siebie wyrzucić. Pewnie łatwiej było to zrobić przed kimś obcym, kogo więcej nie spotka.
- Ta cała Królowa... - odezwała się Jadźka. - To jakaś wiedźma, czy co?
- Jaka tam wiedźma - żachnęła się Zosia. - Paserka, która skupuje skradzione albo i zrabowane przedmioty od opryszków. A potem sprzedaje z zyskiem. Lichwiarka, która zdesperowanym ludziom pożycza na niemożliwy do oddania procent. Stręczycielka, która dziewczyny z Kresów sprowadza do stolicy niby na służbę, a potem... wiesz.
- Wiem.
- Robi interesy z każdym. Cyganem, Żydem, Polakiem. Nie wybrzydza - kontynuowała Zosia. - Dlatego jest taka mocna. Gdy podpadnie ferajnie ze Śródmieścia, to napuszcza na nich geszefciarzy z Nalewek. Gdy obrażą się na nią zakapiory z Pragi, skarży się Cyganom z Otwocka. Zawsze znajdzie sobie sojusznika.
Jadźka stała oparta o komin kuchni, patrzyła w powałę, ramiona zaplotła na obfitych, a sięgających pasa piersiach. Milczała, kiwała głową, myślała.
- Machorki chcesz? - spytała w końcu.
- Dziękuję, nie palę.
- A ja sobie zrobię.
Urwała kawałek starej gazety ze stosu przygotowanego do podpałki, wysypała na niego tytoń z zawieszonego na szyi woreczka, skrupulatnie skręciła i przytknęła koniuszek do rozgrzanej płyty. Buchnął smrodliwy dym. Szeptucha wciągnęła go w płuca z nieopisaną lubością, przytrzymała, wypuściła.
- Rzuciła na ciebie przekleństwo - wychrypiała.
- Przekleństwo? Sabina? Nie wierzę w takie...
- Nie wierzysz?
- Zabobony i tyle.
- To chyba ślepa jesteś, skowroneczku. Nie widzisz, co się wokół ciebie dzieje? Ledwo tamta na ciebie w gniewie trzy razy splunęła i zabrała ci włosy, a twoje życie już wali się w gruzy. Panicz oszukał, brzuch rośnie, a ty - taka oświecona i przemądrzała - siedzisz i prosisz o pomoc starą szeptuchę.
Zosia zwiesiła głowę. No cóż. Czy babuszka potrafi leczyć - nie wiadomo. Ale uświadomić człowiekowi w jak beznadziejnym położeniu się znalazł... o, to wychodziło jej doskonale.
- Czy... Zakładając, że to prawda. Czy jest na to antidotum?
- Wracaj do tej całej Warszawy, odbierz jej swoje wyrwane kudły, a potem zabij sukę. Ot i co.
- Że co proszę?!
- Takie przekleństwo zmyje jedynie krew. No i musisz odzyskać, co twoje. We włosach odkładają się myśli, oddech, radości i smutki. We włosach odciska się dusza. Musisz je mieć z powrotem. Bez tego to kiszka.
- Ale ja nie umiem! - płaczliwie obruszyła się Zosia.
- No to wybij se chłopów z głowy. W sumie, żadna strata. Wiem, co mówię.
Popatrzyła na zażywną, wtuloną w piec babuszkę. Stała tam obojętna, zapatrzona we własną przeszłość. Pewnie i przed nią życie nie ścieliło się różami. Samotna w rozpadającej się chacie na skraju mokradeł. Stara, opuszczona, budząca lęk jednych i niechęć drugich. Nie mówiąc już nic, sięgnęła do klamki.
- Nie martw się - dobiegły ją słowa zza kłębu smolistego dymu ze skręta. - Świat już tak jest skonstruowany, że pozostanie w równowadze. Nie zawali się tylko dlatego, że jakaś jędza rzuciła zły czar.
- Przepraszam, o czym pani...
- Jadźka.
- O czym, Jadziu, mówisz?
- O tym, że przekleństwo zawsze coś człowiekowi odbiera. Coś z czekającej go przyszłości. Wybija dziurę w przeznaczeniu. Ale wszechświat nie może opierać się na dziurach, więc puste miejsce zawsze zostaje zapełnione.
- Czym?
- Zło równoważy dobro. Przekleństwo przyciąga błogosławieństwo.
- Mówisz o moim dziecku?
- Dziecko to dziecko. Ma własne przeznaczenie. Nie. Nie o nim teraz gadam, ale o tobie. Coś ci zabrano, ale na pewno coś też dostałaś. Wsłuchuj się w siebie, patrz uważnie w lustro. Prędzej czy później uda ci się to odnaleźć. Ot i co.
- Obym tylko nie została szeptuchą - ponuro zażartowała Zosia. - Nie umiałabym zabić psa ani kota na sadło. Ot i co.
A potem naparła na przeraźliwie skrzypiące drzwi i wyszła na zewnątrz. Poranne powietrze było krystalicznie czyste, a nad lasem wznosiło się czerwone słońce.