Trzy odbicia w lustrze. Tom pierwszy - Zbigniew Zborowski

Kup ebooka

39.90 zł
29.93 zł (22,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

PRO­LOG

Czło­wiek w bia­łym ki­tlu wpro­wa­dził mnie do ogrom­nej sali. W wy­so­kie okna umiesz­czone na jed­nej ze ścian za­ci­nał idący od mo­rza deszcz, wnę­trze roz­świe­tlały umiesz­czone pod wy­so­kim su­fi­tem świe­tlówki.

- To tu­taj - po­wie­dział le­karz.

Ro­zej­rza­łam się wo­kół. Sala przy­po­mi­nała ra­czej po­miesz­cze­nie fa­bryczne niż kli­nikę. Na wy­czysz­czo­nej na błysk po­sadzce spo­czy­wały po­tężne, sta­lowe ciel­ska na­je­żone rur­kami, prze­wo­dami, tar­czami ma­no­me­trów i po­krę­tłami. Wiel­kie cy­lin­dry, w któ­rych - przy­krę­cone ma­syw­nymi śru­bami - po­ły­ski­wały okrą­głe okienka z gru­bego na kil­ka­na­ście cen­ty­me­trów har­to­wa­nego szkła. Nie li­cząc lek­kiego szmeru kilku po­roz­sta­wia­nych na ma­syw­nych biur­kach kom­pu­te­rów i mi­go­ta­nia ich mo­ni­to­rów, ota­czała mnie ci­sza i bez­ruch. Aż trudno uwie­rzyć, że za­le­d­wie parę kro­ków ode mnie, za grubą sta­lową ścianą jed­nego z cy­lin­drów, to­czy się walka o ludz­kie ży­cie.

- Czy on... Czy Bar­tek jest... - wy­du­ka­łam.

- Tak. Jest w tej ko­mo­rze hi­per­ba­rycz­nej - le­karz wska­zał po­tężny wa­lec na wprost. - Mu­sie­li­śmy go sprę­żyć ra­zem z jed­nym z na­szych le­ka­rzy. Pa­cjent jest wciąż nie­sta­bilny...

"Pa­cjent jest wciąż nie­sta­bilny" - po­wtó­rzyło echo w mo­jej gło­wie, gdy pod­cho­dzi­łam do okrą­głego jak w ba­ty­ska­fie okienka. Pierw­sze, co w nim uj­rza­łam, to... sie­bie. Dość szczu­pła twarz oko­lona blond wło­sami. Wy­raź­nie za­ry­so­wane ko­ści po­licz­kowe, tro­chę zbyt sze­ro­kie, ciut za wą­skie usta. Duże oczy, które były za­wsze moim naj­więk­szym atu­tem we wszel­kich biz­ne­so­wych ne­go­cja­cjach, te­raz wy­dały mi się zmę­czone i pu­ste. Pu­ste... Tak samo, jak ja. Jak mój brzuch, któ­rego już ni­gdy nie ma za­okrą­glić roz­py­cha­jące się w środku dziecko...

- W środku pa­nuje w tej chwili więk­sze ci­śnie­nie niż w opo­nie cię­ża­rówki - jakby z od­dali do­biegł mnie głos czło­wieka w bia­łym ki­tlu.

Bez­wied­nie po­ło­ży­łam dłoń na swoim pępku. Do­brą se­kundę trwało, za­nim do­tarło do mnie, że le­karz mówi o wnę­trzu tego przy­tła­cza­ją­cego cy­lin­dra.

- Pani mąż ma...

- To nie jest mój mąż - po­wie­dzia­łam szybko, za­nim zdą­ży­łam ugryźć się w ję­zyk.

- Nie? No to w ogóle nie po­winno tu pani być - żach­nął się głos w ki­tlu. - Tylko człon­ko­wie naj­bliż­szej ro­dziny mogą...

- Jesz­cze chwila - sma­gnę­łam go swoim za­har­to­wa­nym przez lata kie­ro­wa­nia dużą firmą gło­sem.

Za­milkł na­tych­miast. A ja prze­nik­nę­łam w końcu wzro­kiem przez od­bi­cie smut­nej, po­zba­wio­nej na­dziei, za­ci­śnię­tej jak pięść twa­rzy i zaj­rza­łam do środka. Bar­tek le­żał na wą­skiej ko­ze­tce z ma­ską Ven­tu­riego na twa­rzy. Miał za­mknięte oczy i po­pie­latą cerę. W skó­rze nad­garstka tkwił we­nflon, do któ­rego pod­łą­czona była kro­plówka. Nie ru­szał się. Wy­glą­dał jak trup. W dole brzu­cha po­czu­łam ten prze­klęty, do­brze mi znany, ostry jak ciach­nię­cie brzy­twą, ból.

- Cho­roba de­kom­pre­syjna typu dru­giego - re­cy­to­wał za mną mo­no­tonny głos. - Ob­jawy rdze­niowe i mó­zgowe. Po­ra­że­nie koń­czyn dol­nych, kło­poty z od­dy­cha­niem, spo­ra­dycz­nie drgawki. W ko­mo­rze pa­nuje ci­śnie­nie sze­ściu at­mos­fer, ta­kie jak na głę­bo­ko­ści pięć­dzie­się­ciu me­trów. Stop­niowo je te­raz zmniej­szamy. Kiedy doj­dziemy do dwóch i pół, pa­cjent do­sta­nie do od­dy­cha­nia czy­sty tlen. Po­tem go, mó­wiąc w cu­dzy­sło­wie, wy­nu­rzymy i zo­ba­czymy, czy ob­jawy neu­ro­lo­giczne choć tro­chę się cof­nęły. Ale je­śli na­wet, i tak czeka go jesz­cze co naj­mniej kilka ta­kich sprę­żeń. Mu­simy po­zbyć się z jego tka­nek azo­to­wych zło­gów, żeby...

- Jak to się stało? - prze­rwa­łam mu. Chwila ci­szy.

- Nie je­stem upraw­niony do ana­li­zo­wa­nia jego nur­ko­wa­nia, ale...

- Ale? - po­na­gli­łam go zde­cy­do­wa­nym to­nem.

- Z za­pisu w kom­pu­te­rze nur­ko­wym pani, hm, part­nera wy­nika, że zszedł na sie­dem­dzie­siąt me­trów i prze­by­wał na tej głę­bo­ko­ści po­nad czter­dzie­ści mi­nut. Przy ta­kim cza­sie den­nym wy­nu­rze­nie się ze wszyst­kimi przy­stan­kami de­kom­pre­syj­nymi po­winno trwać około pół­to­rej go­dziny. Tym­cza­sem on wy­strze­lił z dna do głę­bo­ko­ści dwu­dzie­stu je­den me­trów w nie­całe dwie mi­nuty! Do­piero tam za­czął od­dy­chać ni­trok­sem, czyli wzbo­ga­coną w tlen mie­sza­niną. Pró­bo­wał się ra­to­wać, ale było za późno...

Ko­lejna chwila ci­szy.

- Mó­wiąc ko­lo­kwial­nie, zu­peł­nie spie­przył to nur­ko­wa­nie.

- Bę­dzie żył? - spy­ta­łam, si­ląc się na spo­kojny ton.

- To za­leży, do ja­kich uszko­dzeń mó­zgu i rdze­nia krę­go­wego do­szło. Do­piero bę­dzie miał ro­bioną to­mo­gra­fię. Ale na­wet je­śli prze­żyje, może już ni­gdy nie wstać z in­wa­lidz­kiego wózka.

Prze­łknę­łam ślinę, sta­ra­jąc się po­wstrzy­mać łzy. Bar­tek. Mój Bar­tek. Nie. Już nie mój. Prze­cież się roz­sta­li­śmy. Prze­cież po­wie­dzie­li­śmy so­bie te wszyst­kie słowa, po któ­rych nic już nie może być ni­gdy ta­kie jak wcze­śniej. Sta­li­śmy się dla sie­bie ob­cymi ludźmi. Może na­wet wro­gami? Po jaką więc cho­lerę na wieść o jego wy­padku, i to w cza­sie, gdy naj­po­waż­niej­szemu w mo­jej ka­rie­rze przed­się­wzię­ciu biz­ne­so­wemu gro­ziło nie­bez­pie­czeń­stwo, wsia­dłam na war­szaw­skim Okę­ciu w pierw­szy sa­mo­lot do Gdań­ska, a po­tem tak­sówką po­gna­łam do Kra­jo­wego Ośrodka Me­dy­cyny Hi­per­ba­rycz­nej w Gdyni? Co tu­taj ro­bię? Po co? Dla kogo? Bar­tek za­wsze za bar­dzo ry­zy­ko­wał pod wodą. Wiele razy mu się upie­kło. Tym ra­zem się nie wy­wi­nął.

- Na­prawdę mu­simy już iść.

Lekko ski­nę­łam głową, od­wra­ca­jąc się od cięż­kiej, po­ma­lo­wa­nej na biało ko­mory. Szyb­kim, nie­zau­wa­żal­nym dla le­ka­rza, ru­chem mu­snę­łam opusz­kami pal­ców jej sta­lową ścianę. W taki sam spo­sób kie­dyś bu­dzi­łam go każ­dego ranka. Do­tknię­cie było lek­kie ni­czym tchnie­nie od­de­chu, ale on za­wsze na­tych­miast otwie­rał oczy. I szcze­rzył w uśmie­chu te swoje białe jak u wilka zę­bi­ska. I mru­żył te ja­sno­nie­bie­skie śle­pia. Tym ra­zem jed­nak za gru­bym szkłem nie wy­da­rzyło się nic...

***

- Pani... - za­czął dok­tor, kiedy za­sie­dli­śmy w jego ga­bi­ne­cie.

- Anna - przy­po­mnia­łam mu. - Anna Cze­pliń­ska.

- Pani Anno, dla od­miany to ja chciał­bym te­raz za­dać pani py­ta­nie.

- Tak?

- Głu­pia sprawa.

- Sprawa? Jaka sprawa? - pró­bo­wa­łam do­stroić się do jego my­śli.

- Pe­wien dro­biazg. A ra­czej przed­miot.

- Przed­miot na­le­żący do Bartka? - usi­ło­wa­łam na­pro­wa­dzić go na od­po­wied­nie tory.

- Przed­miot pod­nie­siony przez niego z dna. Z tego wraku, do któ­rego nur­ko­wał.

- Aha... - sta­ra­łam się, żeby w moim gło­sie nie było sły­chać roz­cza­ro­wa­nia. Co mnie, u dia­bła, ob­cho­dził ja­kiś wy­cią­gnięty z dołu, po­ro­śnięty omuł­kami ta­lerz czy wi­de­lec?

- Na pewno nic pani ten, hm, ar­te­fakt nie po­wie, ale...

Na­stępna chwila ci­szy. Cze­ka­łam cier­pli­wie. Zu­peł­nie nie wie­dzia­łam, do czego fa­cet zmie­rza, mu­siał się więc sam z tą kwe­stią upo­rać.

- ... ale pani przy­ja­ciel ani na chwilę nie chciał wy­pu­ścić go z ręki - brnął da­lej dok­tor. - Na­wet jesz­cze pod wodą, w cza­sie tej swo­jej ża­ło­śnie okro­jo­nej de­kom­pre­sji... Kiedy za­pewne po­czuł, że traci przy­tom­ność... Zdjął rę­ka­wicę i scho­wał do niej tę rzecz. Tym sa­mym za­lał so­bie rękę do łok­cia, a prze­cież woda miała tylko cztery stop­nie! Miał to w dłoni, kiedy wie­ziono go ra­tun­ko­wym śmi­głow­cem do szpi­tala, nie po­zwo­lił so­bie tego ode­brać na izbie przy­jęć. I do­piero tu­taj, kiedy stra­cił przy­tom­ność, wy­su­nęło mu się to z pal­ców.

- I cóż to ta­kiego? Mu­szelka? - nie mo­głam po­wstrzy­mać się od sar­ka­zmu. Bo - do cho­lery! - Bar­tek ba­lan­suje na skraju ży­cia i śmierci, a ten tu za­wraca mi głowę ja­kąś du­pe­relą zna­le­zioną na za­to­pio­nym przed wielu laty okrę­cie!

Le­karz po­chy­lił się nad swoim biur­kiem, otwo­rzył szu­fladę. Przez iry­tu­jąco dłu­gich kil­ka­na­ście se­kund wpa­try­wał się w jej za­war­tość. Po czym, jakby pod­jął wresz­cie osta­teczną de­cy­zję, ener­gicz­nym ru­chem się­gnął do środka.

- Nie, to nie mu­szelka - po­wie­dział, po­ka­zu­jąc mi zna­le­zi­sko. Za­mar­łam z wra­że­nia. Omal nie pa­dłam pod biurko. To prze­cież nie­moż­liwe...

Mi­nutę póź­niej, kiedy wy­chy­li­łam trzy ku­beczki wody, na­resz­cie po­czu­łam się na tyle silna, by sa­mo­dziel­nie usie­dzieć na krze­śle.

- A więc prze­czu­cie mnie nie my­liło - po­ki­wał głową dok­tor. - Pani wie, co to jest.

- Tak, wiem.

- Po­wie mi pani?

- Żeby to wy­ja­śnić, mu­sia­ła­bym opo­wie­dzieć hi­sto­rię swo­jej ro­dziny.

- Mamy czas - uśmiech­nął się lekko. - Wy­nu­rzamy Bartka do­piero za pół­to­rej go­dziny.

3

- Mamu, mamu. Pić! - pła­kała roczna na oko dziew­czynka sie­dząca na ko­la­nach męż­czy­zny o wy­ba­łu­szo­nych stra­chem oczach.

- Ciii - męż­czy­zna ner­wo­wymi ru­chami gła­dził ją po ciem­nych wło­sach.

- Mamu! - za­łkała ża­ło­śnie. - Pić!

Przez całą noc wie­lo­krot­nie pró­bo­wali ją na­poić. Mała kar­miona była do­tąd tylko pier­sią. Pier­sią swo­jej mamy, rzecz ja­sna. Szko­puł w tym, że ta mama - pani Ró­życka - le­żała ak­tu­al­nie usie­czona na progu swego domu w pło­ną­cym Wi­tol­do­wie. I cho­ciaż w szkol­nej sali, w któ­rej obec­nie sie­dział z nią oj­ciec, były aż dwie ko­biety po­sia­da­jące po­karm (a w ko­lej­nych izbach Szkoły Po­wszech­nej nu­mer 1 we Wło­dzi­mie­rzu Wo­łyń­skim, w któ­rej chro­nili się uchodźcy - jesz­cze wię­cej), dziew­czynka nie chciała ssać ob­cej piersi. "Mamu" i "mamu". Do znu­dze­nia. Ko­lejne matki in­nych ma­lu­chów usi­ło­wały wty­kać jej do buzi cycka. Wy­ry­wała się. Da­wali więc ma­łej mleko na ły­żeczce. Wy­plu­wała. Usi­ło­wali poić, za­ma­cza­jąc pa­lec, z za­sło­nię­tymi oczami, z za­tka­nym no­skiem. Nie dali rady. Dziecko nie po­zwa­lało na­wet przy­ło­żyć so­bie do ust gazy na­są­czo­nej wodą, żeby zwil­żyć mu spę­kane usta.

- Mamu! Pić!

Ma­ciej drze­mał w ką­cie, Wan­dzia wtu­lała się w jego bok, pod ścianą na­prze­ciwko kasz­lała bez prze­rwy ja­kaś chuda i drobna ko­bie­cina, która bez skrę­po­wa­nia wbi­jała spoj­rze­nie swo­ich ma­łych, ciem­nych, zło­śli­wych oczu w Zo­się. Ta zaś miała tego wszyst­kiego dość. Naj­chęt­niej wy­bie­głaby na ulicę i za­częła krzy­czeć. Chciała uciec od tego miej­sca, tych roz­ma­wia­ją­cych prze­ra­żo­nym szep­tem lu­dzi, tego ża­ło­snego kwi­le­nia dzieci i świ­dru­ją­cego ją spoj­rze­nia ja­kiejś wa­riatki. Ale naj­bar­dziej prze­ra­żało ją stu­ka­nie nó­żek ma­łego Pa­tryka. Pół­roczny nie­mow­lak cały czas wstrzą­sany był drgaw­kami. W rę­kach nie dało się go utrzy­mać, wy­su­wał się. Po­ło­żyć na ko­cach też nie - wa­lił główką i koń­czy­nami o zie­mię. Ro­dzice uno­sili go więc w prze­ście­ra­dle - sza­rej, po­pla­mio­nej krwią i po­strzę­pio­nej szma­cie - trzy­ma­nej za cztery rogi w po­wie­trzu. Tylko ile można ta­kie prze­ście­ra­dło dźwi­gać? Go­dzinę? Dwie? W końcu opa­dali z sił i skła­dali Le­onka na ziemi. I wtedy za­raz: stuk-stuk i stuk-stuk. Kiedy do izby wszedł dok­tor Ma­li­now­ski, wszyst­kie sku­lone pod ścia­nami, na ko­cach i wiąz­kach słomy po­sta­cie za­częły się pro­sto­wać, sia­dać, prze­cie­rać za­spane oczy. Tylko czter­na­sto­letni na oko chło­pak w ką­cie nie zmie­nił po­zy­cji. Sie­dział zgięty, obu­rącz trzy­ma­jąc się za brzuch i ki­wał ryt­micz­nie w przód i w tył. Miał sza­ro­po­pie­latą twarz, usta za­ci­snął tak mocno, że wargi zro­biły się zu­peł­nie blade.

- Nic mi nie jest, to tylko dra­śnię­cie - szep­tał za­wsze, od kilku go­dzin, gdy tylko ktoś py­tał go, czy mu nie po­móc. W końcu prze­stali więc py­tać.

Zo­sia po­znała dok­tora od razu. Wciąż piekł ją wstyd i upo­ko­rze­nie, które sma­gnęły ją wtedy, cztery lata temu, kiedy ka­zał się jej ro­ze­brać do ba­da­nia w dwor­skiej bi­blio­tece. On jed­nak tylko prze­su­nął się po niej wzro­kiem. Nie po­znał. Może i le­piej.

- Mamu, mamu! Pić!

A po­tem ko­lejny atak su­chego kaszlu.

I za­raz: stuk-stuk. Stuk-stuk.

Dok­tor pod­szedł naj­pierw do ma­łego Le­onka. Do­tknął roz­pa­lo­nego czoła, spoj­rzał w nie­na­tu­ral­nie wy­ba­łu­szone, jakby wy­ci­skane ja­kąś siłą od środka oczy, po­wą­chał pla­miące prze­ście­ra­dło wy­mio­ciny.

- Je­den z tych prze­klę­tych ha­diu­ków zła­pał go za nóżki i ude­rzył główką o ścianę - wy­ja­śnił le­ka­rzowi oj­ciec.

Dok­tor po­ki­wał głową. Ucie­kał od męż­czy­zny wzro­kiem.

- Pro­szę go ra­to­wać! - jęk­nęła matka. - Kry­się, na­szą naj­star­szą, za­strze­lili, kiedy pró­bo­wała ucie­kać przez okno w kuchni. Tra­fili w nóżkę, upa­dła na grządki. Do­bili ba­gne­tem. Ana­tolka, sze­ścio­latka, za­bili kolbą. Na na­szych oczach. Tylko Pa­try­czek nam zo­stał.

- My­śmy prze­żyli, bo wy­pro­wa­dzili nas za chatę i ka­zali ko­pać groby - nie wia­domo wła­ści­wie po co, tak jakby się tłu­ma­czył, że żyje, wy­ja­śnił oj­ciec. - Zo­sta­wili nas pod strażą ta­kiego mło­dziut­kiego mu­żyka i przy­ka­zali, żeby za­strze­lił, kiedy skoń­czymy. No i w końcu skoń­czy­li­śmy. Długo do nas mie­rzył, pot ście­kał mu po twa­rzy, jakby go­rączki do­stał. A po­tem po­wie­dział: "Wy­jiż­dżajte z seła i bil­sze ne wer­taj­sia". I strze­lił dwa razy w po­wie­trze. A po­tem po­szedł za swo­imi.

Za­pa­dła ci­sza. W końcu prze­rwał ją dok­tor Ma­li­now­ski.

- Od ude­rze­nia w głowę dziecko ma obrzęk mó­zgu. Trzeba by zro­bić kra­nio­to­mię, ka­wał czaszki wy­jąć zna­czy. Tylko gdzie? Jak? Ża­łuję. Nic tu nie po­ra­dzę.

Od­wró­cił się i ru­szył w kie­runku sie­dzą­cego pod ścianą chło­paka. Po dro­dze jed­nak za połę ma­ry­narki zła­pał go męż­czy­zna z roczną dziew­czynką na ręku.

- Dok­to­rze! Nic nie piła od wczo­raj! Nie chce od ob­cych. Tylko za mamą nie­boszczką woła.

- Kar­mić na siłę. Strzy­kawką - Ma­li­now­ski zde­cy­do­wa­nie wy­rwał się z kro­gul­czego uchwytu. Męż­czy­zna spoj­rzał na niego wzro­kiem pół­przy­tom­nym z szoku i nie­wy­spa­nia. Strzy­kawka... W ca­łej szkole nikt chyba jej nie miał.

- A to­bie co? - le­karz sta­nął nad sku­lo­nym na­sto­lat­kiem. Tam­ten na­wet nie pod­niósł na niego oczu. Wciąż ści­skał brzuch, cią­gle ryt­micz­nie się ki­wał.

- Nic. Tylko dra­śnię­cie.

- Dra­śnię­cie - po­wtó­rzył po­woli Ma­li­now­ski. - No do­brze, po­każ.

Przy­kuc­nął, nie­mal siłą ode­rwał szczu­płe ręce od brzu­cha. Spoj­rzał, do­tknął. Ciało chłopca za­trzesz­czało jak skóra sta­rego, skó­rza­nego fo­tela, na któ­rym ktoś usiadł, po izbie ro­ze­szła się mdła, nie­przy­jemna woń. Dok­tor wes­tchnął. Wy­pro­sto­wał się, ma­chi­nal­nie przy­gła­dził za­cze­skę.

- Kula cią­gle tkwi w środku?

Chło­pak po­ki­wał głową.

- Masz za­pa­le­nie otrzew­nej. Przy­kro mi.

- Nie, nie. To tylko dra­śnię­cie.

Dok­tor skie­ro­wał się do kasz­lą­cej.

- Pro­szę się ro­ze­brać od góry. Mu­szę osłu­chać.

- A ty co, spry­cia­rzu? Na cycki chciał so­bie po­pa­trzeć? - za­skrze­czała ko­bie­cina.

- Pro­szę pani, ja nie mam czasu.

- Przed ob­cym się nie roz­biorę. Nie je­stem taka.

- No to już jak so­bie pani chce - Ma­li­now­ski prze­to­czył ciężki ze zmę­cze­nia wzrok po in­nych cho­rych.

- Apo­li­nara je­stem - ko­bietka wy­cią­gnęła ku niemu dłoń.

- Że co? - nie zro­zu­miał.

- A-po-li-na-ra - wy­ce­dziła, a jej ciemne oczy nie­bez­piecz­nie roz­bły­sły. - A ty, ko­cha­siu? Jak to­bie?

- Dok­tor Ma­li­now­ski - wes­tchnął Ma­li­now­ski.

- A imię ma? - skrzek­nęła po­dejrz­li­wie baba. - Czy nie­chrz­czony?

- Ty­tus. Ty­tus Ma­li­now­ski - ska­pi­tu­lo­wał dok­tor.

- A, Ty­tus, ta. No to my te­raz zna­jomi. Może mnie zba­dać.

Dok­tor osłu­chał za­pa­dłą pierś, na któ­rej próżno by­łoby szu­kać śladu rze­czo­nych "cyc­ków", stwier­dził po­dej­rze­nie gra­ni­czące z pew­no­ścią za­awan­so­wa­nej gruź­licy, za­le­cił oszczę­dzać się i do­brze od­ży­wiać. A po­tem ru­szył da­lej. Prze­ban­da­żo­wał stłu­cze­nie u osma­lo­nej i po­tar­ga­nej star­szej ko­biety, na­ło­żył maść na po­pa­rzony bark mło­dej dziew­czyny, po­pra­wił łubki usztyw­nia­jące zła­maną nogę le­żą­cego pod oknem męż­czy­zny. I skie­ro­wał się do wyj­ścia. Zo­sia, która cały czas śle­dziła jego po­czy­na­nia, po­czuła, że już dłu­żej nie usie­dzi w miej­scu. Ta wy­peł­niona cier­pie­niem i bez­na­dzieją izba na­pie­rała na nią swo­imi ścia­nami, du­siła, do­pro­wa­dzała do sza­leń­stwa. Sko­czyła więc za le­ka­rzem, do­go­niła go za­raz za drzwiami, w dłu­gim ko­ry­ta­rzu. Za­stą­piła drogę.

- A. To pani - w wy­bla­kłym spoj­rze­niu Ma­li­now­skiego za­pa­liło się ni­kłe świa­tełko. - Więc jed­nak pani uro­dziła...

- Po co pan tu przy­szedł? - wy­sy­czała mu w twarz. - Za­kła­dać pla­stry, osłu­chi­wać i wkle­py­wać ma­zi­dło?

Nie cof­nął się, na­wet nie za­mru­gał. Pa­trzył na nią za­mglo­nym z nie­wy­spa­nia wzro­kiem.

- Niech pan ra­tuje, cho­ciaż tego chło­paka z kulą w brzu­chu - da­lej krzy­czała do niego szep­tem. - Taką ope­ra­cję chyba może pan zro­bić? Tak trudno wy­jąć z rany kulę? Czy tylko skro­banki ro­bić pan umiesz?

Nie ob­ra­ził się. Nie obu­rzył. Spra­wiał wra­że­nie czło­wieka, który wi­dział i sły­szał już wszystko.

- Wy­jąć kulę? - po­wtó­rzył. - Mogę to zro­bić. Uszczu­plić tę resztkę eteru i spi­ry­tusu, jaka po­zo­stała w szpi­talu. Tylko po co?

- Jak to "po co?", do ja­snej cho­lery?! - za­wrzała. - Żeby go ura­to­wać. To za mało?

- On ma za­ka­że­nie bak­te­riami clo­stri­dium per­frin­gens. Zgo­rzel ga­zową. Mó­wiąc po ludzku, jego kiszki zżera gan­grena. Na to umiera. Nie z po­wodu kuli.

- No to trzeba mu dać ja­kieś ta­bletki!

- Ta­bletki? Ja­kie? Ame­ry­ka­nie le­czą po­do­bno swo­ich ran­nych pe­ni­cy­liną. Ja nie mam na­wet pron­to­silu. Czy ja­kich­kol­wiek in­nych sul­fo­na­mi­dów. Nic nie mam, do cho­lery! Choćby aspi­ryny. Wolę więc ope­ro­wać ko­goś, kto ma szansę prze­ży­cia.

- To może cho­ciaż coś, żeby tak nie cier­piał...

- Przy ta­kim bólu sku­teczna jest tylko mor­fina. A na niej łapę trzy­mają Niemcy.

Kiedy parę mi­nut póź­niej wró­ciła do sali, serce sko­czyło jej do gar­dła. Miej­sce, na któ­rym drze­mała Wan­dzia, było pu­ste. Ma­ciej spał. Do li­cha! Roz­pacz­li­wie ro­zej­rzała się wo­kół. Jest! Có­reczka sie­działa obok Pa­tryka, któ­rym Ukra­ińcy wal­nęli o ścianę. Obok? Klę­czała przy nim na swo­ich pa­ty­ko­wa­tych nóż­kach, trzy­ma­jąc główkę nie­mow­lę­cia na po­dołku. Gła­dziła ją po na­brzmia­łym, pul­su­ją­cym cie­mie­niu.

- Wan­dzia! - syk­nęła, ru­sza­jąc ostro w kie­runku swo­jego dziecka.

Mała ani drgnęła. Już miała zła­pać ją za ra­mię i od­cią­gnąć, kiedy po­wstrzy­mał ją bła­galny głos tam­tej matki.

- Pro­szę jej po­zwo­lić... Choćby pół go­dzinki... Niech pani spoj­rzy na Pa­tryczka...

Nie­chęt­nie prze­nio­sła wzrok na małe ciałko. Dziwna sprawa. Po raz pierw­szy tej nocy chłop­czyk le­żał spo­koj­nie. Nie wstrzą­sały nim epi­lep­tyczne drgawki, tor­sje ani kon­wul­sje. Miał przy­mknięte oczy.

- Nie mam już siły cią­gle no­sić go w tym prze­ście­ra­dle - do­rzu­cił oj­ciec. - A przy pani có­reczce tak się uspo­koił. Bar­dzo pa­nią pro­simy. To prze­cież już i tak długo nie po­trwa.

Zo­sia, zre­zy­gno­wana, wró­ciła do swo­jego miej­sca w ką­cie, przy Ma­cieju. Tak, zde­cy­do­wa­nie miała do­syć tego miej­sca. Wi­dok tych wszyst­kich cier­pią­cych lu­dzi ob­le­piał ją, osa­czał, czuła się, jakby ten wi­bru­jący w dusz­nej izbie ból miał za chwilę prze­nik­nąć ostat­nie ba­riery, które mu sta­wiała i wlać się także do jej du­szy i ciała. I wtedy usły­szała sze­lesz­czący szept ko­biety z na­prze­ciwka:

- Ja bym za­brała małą. Jesz­cze się tym stu­ka­niem od gów­nia­rza za­razi.

Nie od­po­wie­działa, na­wet nie pod­nio­sła wzroku na dwie czarne szpilki oczu tam­tej. I bez głu­pich uwag nie mo­gła już tu­taj wy­trzy­mać. To cze­ka­nie... Na co wła­ści­wie? Prze­cież po­moc nie miała skąd na­dejść. Ro­sja­nie byli jesz­cze da­leko, do­bi­jali Niem­ców pod Sta­lin­gra­dem. Zresztą... So­wieci już raz ją "wy­zwa­lali". Brr. Niemcy z ko­lei roz­pacz­li­wie ła­tali sy­piący się front. Nie ob­cho­dziło ich, że Ukra­ińcy za­bi­jają Po­la­ków. A sami Po­lacy? Lu­dzie szep­tali coś o ja­kichś two­rzą­cych się sa­mo­obro­nach. W Tro­ściance, w Prze­brażu, Ta­rażu... Tu też, ja­cyś ob­darci chłopcy z ka­ra­bi­nami, po­do­bni do tego pod ścianą, pil­no­wali ich szkoły. I w ogóle mia­sta. Zza okna co i rusz do­bie­gały strzały. Ale czy to wszystko wy­star­czy na Ukra­iń­ców? Oni mieli prze­cież ka­drę Schut­zman­n­scha­ftu, miej­sco­wej, wy­szko­lo­nej i uzbro­jo­nej przez Niem­ców po­li­cji, która nie­dawno ucie­kła do lasu. A my?

- Mamu, mamu. Pić... - co­raz ci­szej dy­szała tamta dziew­czynka.

Po­ło­żyła się. Na po­sła­niu z koń­skiej derki. Za­plo­tła dło­nie za głową, wbiła wzrok w su­fit. Szmer roz­mów, strzępki ludz­kich re­la­cji zle­wał się w jej gło­wie w jed­no­stajny szum. Przy­mknęła oczy.

"Z Bu­haj­czu­kami ży­li­śmy po są­siedzku. Ni­gdy mię­dzy nami zwady nie było. Czemu chcieli nas za­bić?".

"Mó­wią, że Maj­dan też pod­pa­lony...".

"Lu­dzie ucie­kli do ko­ścioła. A tamci gra­naty przez okna wrzu­cili...".

"W Szkole Rze­mieśl­ni­czej, tu nie­da­leko, po­do­bno jesz­cze wię­cej uchodź­ców...".

"Przy­szli za dnia, nie kryli się. Męż­czyzn zwa­bili do sto­doły, że niby do par­ty­zantki mo­bi­li­za­cja. Wszyst­kich za­bili...".

"Dziad­ko­wie miesz­kają w Kowlu, cie­kawe, jaka tam sy­tu­acja?".

"Na­wet krowy po­za­bi­jali. Do psów strze­lali. Sza­leń­stwo...".

"Łuck po­noć bez­pieczny...".

My­śli od­pły­nęły jej do Witka. Wła­ści­wie to nie od­pły­nęły, prze­cież cały czas po­dą­żały za nim jak wierny pies. Na­wet te straszne ob­razy wo­kół, ten lęk, to po­czu­cie osa­cze­nia tylko na chwilę były w sta­nie ode­rwać uwagę Zosi od wspo­mnie­nia jego bla­dej i szczu­płej twa­rzy. Co się z nim działo? Gdzie te­raz był? Czy... jesz­cze był? Czy tam­tej nocy sam wy­szedł z chaty, czy go z niej wy­wle­czono? Może le­żał gdzieś ranny, do­go­ry­wa­jący? Pod pło­tem, w ko­mórce i dre­wutni - spraw­dziła. Ale mógł od­czoł­gać się gdzieś da­lej. Na ścieżkę wio­dącą do lasu. Na ich po­lankę. Dla­czego do­kład­niej nie spraw­dziła? Nie mo­gła. Ma­ciej cią­gnął ją do wozu, Wan­dzia trzę­sła się z zimna i stra­chu. Od­je­chała. A te­raz, po kilku dniach spę­dzo­nych w tej szkole, nie mo­gła tego so­bie wy­ba­czyć. Pod­trzy­my­wała w so­bie sła­biutką na­dzieję, że Wi­tek jed­nak prze­żył. Może na­wet od­na­lazł swo­ich? I wła­śnie jej szuka? Może wej­dzie tu, przez te drzwi. Za chwilę. Za go­dzinę. Na­za­jutrz. Cze­kała. Tyle tylko, że to cze­ka­nie, cią­głe pod­ry­wa­nie się na od­głos kro­ków na ko­ry­ta­rzu, na­słu­chi­wa­nie okrzy­ków za oknem, spa­lało ją, od­bie­rało resztkę sił, które z wiel­kim tru­dem udało się jej jesz­cze za­cho­wać. Czuła, że już nie­długo - za dzień, może dwa albo naj­wy­żej trzy - w końcu zu­peł­nie się roz­klei, roz­pły­nie w tym nie­koń­czą­cym się, czuj­nym trwa­niu. Za­mieni w roz­trzę­sioną ga­la­retę nie­zdolną do pod­ję­cia ja­kiej­kol­wiek de­cy­zji. A prze­cież miała pod opieką dziecko... Mu­siała być silna, do dia­bła! No wła­śnie, Wan­dzia. Przed oczami sta­nęły jej straszne ob­razy zma­sa­kro­wa­nych przez Witka ciał. Cztery trupy w nie­wiel­kiej izbie. I ta krew. Wszę­dzie. Na pod­ło­dze, ścia­nach, su­fi­cie. Na­dal czuła jej słod­kawy, me­ta­liczny za­pach. Jak trzy­let­nia dziew­czynka udźwi­gnie ta­kie wspo­mnie­nie? Czy kie­dy­kol­wiek wy­rzuci z głowy ten ob­raz? Trzeba ją za­brać stąd gdzieś, gdzie wciąż pachną kwiaty, a dzieci nie umie­rają w kon­wul­sjach. "Więc je­śli masz po mnie przyjść, to nie zwle­kaj" - po­my­ślała. "Mó­wi­łeś kie­dyś, że je­ste­śmy jak dwa splą­tane kłębki nici. Że za­wsze wiesz, kiedy cię po­trze­buję. No to usłysz mnie wresz­cie. Przyjdź. Chyba że cie­bie już...". Nie do­koń­czyła. Za­snęła.

Kiedy się obu­dziła, od razu - za­nim jesz­cze na do­bre otwo­rzyła oczy - za­częła ma­cać wo­kół sie­bie w po­szu­ki­wa­niu Wan­dzi. Jej dłoń tra­fiła jed­nak tylko na wiel­kie brzu­szy­sko Ma­cieja. Od razu oprzy­tom­niała. Omio­tła spoj­rze­niem izbę. Tak. Córka cią­gle sie­działa przy tam­tych lu­dziach. Ro­dzi­cach Pa­tryka. Sie­działa? Nie. Spała zwi­nięta w kłę­bek na tym prze­klę­tym, brud­nym prze­ście­ra­dle, w któ­rym spo­czy­wał nie­mow­lak. Tyle że te­raz go w nim nie było. Spał w ra­mio­nach taty. Wy­glą­dał... Do li­cha, wy­glą­dał nor­mal­nie. Nie miał już wy­ba­łu­szo­nych oczu, cie­mię nie pul­so­wało, a cia­łem nie wstrzą­sały drgawki. Przy piersi jego mamy nie­mal wi­siała na­to­miast osie­ro­cona, roczna dziew­czynka. Mla­skała, po­mru­ki­wała z za­do­wo­le­nia, kur­czowo za­gar­niała cy­cek pal­cami. Spoj­rze­nia dwóch ko­biet skrzy­żo­wały się. W oczach tam­tej iskrzyło się wzru­sze­nie i ra­dość.

- To cud - po­wie­działa ła­mią­cym się gło­sem. - Pa­tryś jest zdrów. Miał umrzeć, a pro­szę tylko po­pa­trzeć. I jesz­cze ta mała - prze­nio­sła wzrok na kar­mione przez sie­bie dziecko. - Pani có­reczka. Ona jest nie­zwy­kła. Bóg jej za­płać... "To nie jest zwy­czajne dziecko" - Zosi przy­po­mniały się słowa szep­tu­chy. Nie, nie, nie. Nie chciała tego. Nie pro­siła o to bło­go­sła­wień­stwo. Nie po­trze­bo­wała go. Wo­la­łaby, żeby Wan­dzia była zwy­czajną dziew­czynką. Żeby za­miast tego... cze­goś, była po pro­stu szczę­śli­wym dziec­kiem. Po­de­rwała się na równe nogi. Prze­to­czyła wzro­kiem po sali. Wszy­scy z wy­jąt­kiem Apo­li­nary, która nie­zmien­nie mie­rzyła ją po­dejrz­li­wym wzro­kiem, pa­trzyli na jej córkę z ja­kimś ta­kim dur­nym po­dzi­wem, nie­mym ocze­ki­wa­niem. I wszy­scy mieli w oczach wy­pi­sane to samo - roz­pacz­liwą prośbę o ra­tu­nek. No... Nie wszy­scy. Chło­pak z raną brzu­cha le­żał na boku nie­ru­chomo. Miał wo­sko­watą twarz i nie­mal gra­na­towe usta. Nie żył.

- Zo­staw­cie w spo­koju moje dziecko - wark­nęła.

A po­tem trą­ciła śpią­cego Ma­cieja. Drgnął, za­mru­gał oczami.

- Zbie­raj się - roz­ka­zała. - Wy­jeż­dżamy.

- Do­kąd? - spy­tał pół­przy­tom­nie.

- Do War­szawy.

Tę de­cy­zję pod­jęła w jed­nej se­kun­dzie. I od razu wie­działa, że ma ra­cję. Trzeba stąd uciec. Z tej sali, z tego mia­sta. Z Wo­ły­nia. Od ukra­iń­skich re­zu­nów, obo­jęt­no­ści Niem­ców i bez­wol­nego cier­pie­nia lu­dzi wy­cią­ga­ją­cych do jej Wan­dzi szpony swo­ich lę­ków i ocze­ki­wań. Zo­sia czuła, że z każdą mi­nutą spę­dzoną w tym za­tę­chłym po­miesz­cze­niu, ni­czym krew z rany, wy­cieka z niej wola walki. Musi dzia­łać. Na­tych­miast. Za­nim się wy­krwawi. Uciec, zna­leźć bez­pieczną kry­jówkę, przy­czaić się. A Wi­tek? Kiedy o nim po­my­ślała, po­czuła ból jak od sma­gnię­cia ba­tem. Tak, musi prze­stać na niego cze­kać. Na ja­kiś czas. Na tro­chę. Ale po­tem go znaj­dzie. Na pewno. Tylko naj­pierw za­bie­rze córkę z tego strasz­nego miej­sca. I znaj­dzie dla niej schro­nie­nie. Wtedy ode­zwał się Ma­ciej.

- Ja tam ni­g­dzie się stąd nie ru­szam. A już na pewno nie za gra­nicę.

- Jaką za­gra­nicę? - ob­ru­szyła się. - War­szawa to też Pol­ska.

- Pol­ska, Pol­ska - zrzę­dził, z po­wro­tem mosz­cząc się na po­sła­niu. - Pol­ski już nie ma. A w tej War­sza­wie to wpad­niemy tylko w jesz­cze więk­sze kło­poty. Jak, z prze­pro­sze­niem, gówno do rynsz­toka.

Zosi opa­dły ręce. Do li­cha! Jak tu ru­szać w da­leką drogę, prze­kra­czać nie­le­gal­nie gra­nicę Ge­ne­ral­nej Gu­berni, omi­jać po­ste­runki żan­dar­me­rii, bę­dąc tylko samą z ma­leń­kim dziec­kiem? I wtedy na­de­szła nie­ocze­ki­wana po­moc.

- Ru­szaj się, wie­przu! Nie sły­sza­łeś, co każe pani? - mała, za­su­szona fi­gurka śmi­gnęła pod jej ra­mie­niem, do­sko­czyła do Ma­cieja i bez­ce­re­mo­nial­nie, z za­ma­chu, kop­nęła go w opa­sły brzuch. Ro­sły męż­czy­zna w jed­nej chwili sko­czył na równe nogi, a zdu­miona Zo­sia spoj­rzała na się­ga­jącą jej pa­chy ko­bietkę.

- A pani, prze­pra­szam, co?

- Ja? Apo­li­nara je­stem.

- Tak, wiem. Ale dla­czego się pani wtrąca?

- Bo jadę z wami!

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

LATO 1939

1

Wzrok Zosi bez­wied­nie ule­ciał przez wiel­kie okno ku ską­pa­nym w lip­co­wym słońcu drze­wom. Stare kasz­tany, dęby i pla­tany ota­czały dwór. Na traw­niku po­mię­dzy ich gru­bymi pniami wiele się działo. Mała Mar­cy­sia pod czuj­nym okiem pia­stunki sta­wiała pierw­sze kroczki. Wielki owcza­rek pod­ha­lań­ski Baca ra­do­śnie ha­sał obok nich, uja­da­jąc ta­kim ba­sem, że w oknach po­dzwa­niały szyby. Pię­cio­letni He­nio kłu­so­wał na ka­rym ku­cyku, przez co twarz bie­gną­cego obok Ma­cieja - dwor­skiego ka­mer­dy­nera, rzeź­nika, woź­nicy, pa­la­cza, a jak trzeba, to i fel­czera - przy­brała od­cień ce­gla­nej czer­wieni. Co tu się dzi­wić. Ma­cie­jowi prze­cież stuk­nęła już pięć­dzie­siątka. Nieco da­lej, w cie­niu stu­let­niego pla­tana, na roz­ście­lo­nym na tra­wie kocu sie­działa po­grą­żona w lek­tu­rze ro­mansu sie­dem­na­sto­let­nia Na­ta­lia. Na­to­miast tam, gdzie koń­czyły się drzewa, a za­czy­nała kręta, piasz­czy­sta droga wio­dąca do Wierz­bowa, a po­tem da­lej aż do sta­cji ko­le­jo­wej we Wło­dzi­mie­rzu Wo­łyń­skim, dwóch chłop­ców sta­jen­nych - Saszka i Alek, uwi­jało się przy no­wiut­kim fia­cie - au­to­mo­bilu pana dzie­dzica. Po­le­ro­wali la­kie­ro­wane na czarno bla­chy i chro­mo­wane zde­rzaki, pu­co­wali szyby. Pa­nicz Adam, naj­star­szy z dzieci pań­stwa dzie­dzi­ców, miał wpraw­dzie zje­chać do ma­jątku do­piero za ty­dzień, ale sa­mo­chód już te­raz miał lśnić jak perła.

Za drze­wami, wzdłuż sadu, pły­nęła rzeczka. Wy­star­czy­łoby ubrać się w ką­pie­lowy strój, chwy­cić ręcz­nik i prze­biec boso po tra­wie w dół ła­god­nego zbo­cza, żeby zna­leźć się w jej chłod­nym nur­cie. Wy­star­czy­łoby... Ale Zosi prze­cież nie wy­pada tu­taj świe­cić go­li­zną. Do tego za­gu­bio­nego wśród wo­łyń­skich łąk dworu i ma­jątku Za­ługi przy­je­chała prze­cież do pracy. Da­wać ko­re­pe­ty­cje.

Staś. Mały Staś Hry­nie­wicz był dla niej za­kałą tego wy­jąt­kowo pięk­nego lata. Ja­kim cu­dem to dziecko ukoń­czyło po­wszechną szkołę? Kto wpu­ścił je w gim­na­zjalne mury? Prze­cież to tu­man skoń­czony, bał­wan, który rze­czow­nika od przy­miot­nika nie od­róż­nia! Co jej po­wie­dział pod­czas ich pierw­szej lek­cji, gdy go spy­tała o Sien­kie­wi­cza? Że nie zna. Nie wie. Ale to z pew­no­ścią ża­den z są­sia­dów papy. Bo na pół­noc stąd jest dwór Li­po­wi­czów, na za­chód stoją Na­gór­scy-Szyc, a za Wierz­bo­wem to już zie­mie hra­biego Lip­czyca. O żad­nych Sien­kie­wi­czach tu nie sły­szano.

Trudno więc się dzi­wić, że ich lek­cje pol­skiego to dla Zosi orka na ugo­rze. Co tam, na ugo­rze! Za pia­stow­skich cza­sów rol­nik mu­siał naj­pierw pusz­czę wy­trze­bić to­po­rem i ogniem, a po­tem wo­łami rwać karpy po drze­wach, żeby wresz­cie móc za­cząć orać. I wła­śnie jak ten pra­dawny rol­nik pa­trzący na zwartą ścianę pusz­czy, tak czuła się przy tym roz­wy­drzo­nym ba­cho­rze Zo­sia. Nic więc dziw­nego, że wzrok ucieka przez okno...

W ogóle ten stu­letni dwór - ostoja sar­ma­cji, ka­to­li­cy­zmu i pol­sko­ści na Kre­sach, jego siel­skość, wiej­skość, tra­dy­cyj­ność - to wszystko ra­zem wzięte tro­chę ją już draż­niło. Ro­biła so­bie z tego po­wodu wy­rzuty. Prze­cież Hanna i Jan Hry­nie­wi­czo­wie byli ludźmi cie­płymi i go­ścin­nymi, któ­rzy sło­wem ani ge­stem nie da­wali jej do zro­zu­mie­nia, że jest z niż­szego stanu. Prze­cież po obo­wiąz­ko­wych dwóch lek­cjach pol­skiego rano i dwóch ma­te­ma­tyki po pod­wie­czorku mo­gła do woli ko­rzy­stać z uro­ków wiej­skiego ży­cia. Tak na­prawdę, nie li­cząc zma­gań z cięż­kim ni­czym ko­twica umy­słem Sta­sia, mo­gła się czuć tu­taj jak na wa­ka­cjach. Jak na wy­wcza­sie, na który ubo­giej stu­dentki po­lo­ni­styki, która na swoją na­ukę musi za­ra­biać da­wa­nymi la­tem ko­re­pe­ty­cjami, ni­gdy nie by­łoby stać. Tak, miała do sie­bie żal, że taka z niej nie­wdzięcz­nica. Ale cóż. Chciała tego czy nie - tę­sk­niła za War­szawą. Za ro­bot­ni­czym, cuch­ną­cym rynsz­to­kami Po­wi­ślem, na któ­rym uro­dziła się i miesz­kała. Za chło­pa­kami z jej bramy. W bu­fia­stych spodniach, czap­kach ma­cie­jów­kach, z za­czep­nym spoj­rze­niem i no­żami sprę­ży­no­wymi w kie­sze­niach. Za Dwor­cem Głów­nym przy Mar­szał­kow­skiej, pod któ­rym spa­ce­ro­wali dżen­tel­meni w an­giel­skim stylu. Za gwarną i tłoczną Kroch­malną, na któ­rej ty­dzień temu ku­piła od pani Salci Cu­kie­ro­wej su­kienkę na lato. Za pla­cem Trzech Krzyży, przy któ­rym mie­ściło się jej uko­chane gim­na­zjum Kró­lo­wej Ja­dwigi i rów­nie uwiel­biane kino Na­po­leon. Za mo­stem Kier­be­dzia, na któ­rego kra­to­wane przę­sła jesz­cze cał­kiem nie­dawno wspi­nała się na wy­ścigi z chło­pa­kami. Za No­wym Świa­tem, na któ­rym trzeba było bar­dzo uwa­żać, żeby nie wpaść pod roz­pę­dzony au­to­mo­bil. A także za "pięt­na­stką", tram­wa­jem, któ­rym można było do­je­chać od ulicy Wiej­skiej, przez ro­ze­dr­ganą co­dzien­nym han­dlem Gę­sią, aż na Mło­ciny. I za górką na Agry­koli, gdzie zimą otwie­rano tor sa­necz­kowy. I oczy­wi­ście za Wi­słą, po któ­rej - już jako stu­dentka - że­glo­wała i pły­wała ka­ja­kiem. Tę­sk­niła na­wet za lo­dami po pięć gro­szy por­cja wraz z wa­flem, ob­wa­rzan­kami pięć sztuk za pięć­dzie­sią­taka i ostat­nim rzę­dem w Te­atrze Na­ro­do­wym, w któ­rym miej­sce kosz­to­wało osiem­dzie­siąt gro­szy.

W tej jej tro­chę na­iw­nej tę­sk­no­cie był tylko je­den nie­przy­jemny zgrzyt - Sa­bina Sty­chło. Kró­lowa Saba, Gruba Sab­cia, albo Mama-Saba - jak ją na­zy­wano na Po­wi­ślu. Zresztą, nie tylko tam. Mamę Sabę znali wszę­dzie: na Gę­siej i Kroch­mal­nej, na pra­skich Szmul­kach czy Wspól­nej. W śro­do­wi­sku zło­dziei, pro­sty­tu­tek i ło­bu­zów, któ­rzy za pięć zło­tych byli go­towi po­ła­mać ko­muś ręce, rze­czy­wi­ście była kró­lową. Sza­no­wali ją ży­dow­scy kie­szon­kowcy, so­lec­kie ki­ziory i fe­rajna ze Szmu­lek. Nikt nie ro­zu­miał, jak to się stało, że ta mon­stru­al­nie gruba, czter­dzie­sto­pa­ro­let­nia ko­bieta o za­chryp­nię­tym gło­sie i bez­czel­nym spoj­rze­niu ża­bich oczu, która miesz­kała tylko dwa domy da­lej od ka­mie­nicy Zosi, trzę­sła war­szaw­skim pół­świat­kiem. Może dla­tego, że ni­gdy nie wy­ba­czała? Bo gdy na ko­goś za­gięła pa­rol, ten prę­dzej czy póź­niej pła­kał gorz­kimi (albo krwa­wymi) łzami. Do li­cha, że też aku­rat ona, Gruba Sab­cia z Po­wi­śla, mu­siała ją prze­kląć i po­przy­siąc jej ze­mstę. Prze­cież Zo­sia za­wsze była po­rządną i stro­niącą od mrocz­nych typ­ków dziew­czyną. Pa­ra­dok­sal­nie, wła­śnie to ją zgu­biło...

- Czy mo­żemy już koń­czyć? - z za­my­śle­nia wy­rwał ją senny głos Sta­sia.

Rzut oka na wi­szący na ścia­nie wa­ha­dłowy ze­gar. Jesz­cze pięt­na­ście mi­nut. Rany!

- Skoń­czymy, gdy wy­ku­jesz od­miany przez przy­padki - od­po­wie­działa, za wszelką cenę usi­łu­jąc po­wró­cić my­ślami do wlo­ką­cej się lek­cji. - Za­cznijmy od słowa "koń".

- Mia­now­nik: kto? co? - za­częła.

- Koń.

- Do­peł­niacz: kogo? czego?

- Ko­nia.

Trzeba przy­znać, że dwór zro­bił na niej wra­że­nie. Pierw­szy raz w ży­ciu miesz­kała w ta­kim miej­scu. Długa na trzy­dzie­ści me­trów i wy­soka na cztery me­try fa­sada. Po bo­kach efek­towne wie­życzki. Nad wej­ściem, do któ­rego pro­wa­dziły trzy stop­nie, ob­szerny, wsparty na czte­rech fi­la­rach wy­kusz z bal­ko­nem. Wy­soki, spa­dzi­sty dach kryty gon­tem. Bie­lone mury, wy­so­kie na pra­wie dwa me­try okna. I dzi­kie wino pnące się po ścia­nach oraz kwit­nące pod oknami róże.

- Ce­low­nik: komu? czemu?

- Ko­niu.

- Ko­niowi - po­pra­wia.

Do­stała po­kój z oknem wy­cho­dzą­cym na wschód. Co rano bu­dziło ją słońce prze­świe­ca­jące przez li­ście owo­co­wych drze­wek i śpiew pta­ków bu­szu­ją­cych w ich ga­łąz­kach. Wy­godne łóżko, po­duszka wy­peł­niona gę­sim pie­rzem, skrzy­piąca szafa. Pod ścianą lu­stro i ko­moda, na któ­rej stała mied­nica i dzban z wodą. Nie­duży stół, dwa krze­sła. Na stole naf­towa lampa i świecz­nik. Po wyj­ściu z po­koju, na lewo był sa­lon, a za nim bi­blio­teka, w któ­rej wy­pa­trzyła na­wet opra­wione w cie­lęcą skórę XIX-wieczne wy­da­nia Mic­kie­wi­cza i Kra­siń­skiego. Na prawo po­koje dzieci i ła­zienka z praw­dziwą wodną ubi­ka­cją. Ta ubi­ka­cja to zresztą nie­je­dyna oznaka no­wo­cze­sno­ści we dwo­rze. Pan Hry­nie­wicz wie­rzył w tech­nikę. Ku­pił sa­mo­chód, trak­tor oraz młoc­kar­nię. I wy­po­sa­żył go­spo­dar­stwo w spa­li­nowy agre­gat prą­do­twór­czy, który może oświe­tlić - w za­leż­no­ści od po­trzeb - albo oborę, albo sa­lon wraz z bi­blio­teką.

W po­rów­na­niu z war­szaw­skim miesz­ka­niem jej ro­dzi­ców były to nie­sły­chane luk­susy. Na Po­wi­ślu gnieź­dzili się w sze­ścioro (miała młod­szą sio­strę i trzech braci, z któ­rych je­den już się wy­pro­wa­dził) w dwóch po­ko­ikach i kuchni. A tak na­prawdę, to w jed­nym po­koju z kuch­nią, bo drugi ro­dzice wy­naj­mo­wali pew­nemu mło­demu mał­żeń­stwu, które przy­je­chało do sto­licy za pracą aż z Wi­leńsz­czy­zny. Wy­cho­dek był wspólny dla ca­łego domu - wy­ko­pany na po­dwórku ob­ra­mo­wa­nym mu­rami ich ka­mie­nicy. Nie­czy­sto­ści wy­le­wali do pły­ną­cego ulicą rynsz­toka. Elek­try­fi­ka­cja do nich nie do­tarła. Na taką eks­tra­wa­gan­cję jak za­pa­la­nie świec nie było ich stać.

- Bier­nik: kogo? co?

- Ko­nia.

Oj­ciec Zosi pra­co­wał w fa­bryce le­ków i che­mi­ka­liów Lu­dwika Spiessa przy Da­ni­ło­wi­czow­skiej 16. Był tam ślu­sa­rzem. Mama pro­wa­dziła dom, od czasu do czasu do­ra­bia­jąc tylko - dzięki dłu­gim i pięk­nym wło­som - jako mo­delka czy ra­czej ma­ne­kin w szkole fry­zjer­skiej. Jej ro­dzina miała dach nad głową, wę­glową kuch­nię, głodu nie było. Dzie­ciaki po­sia­dały buty, ba­weł­niane poń­czo­chy lub spodnie oraz ka­poty. Myły się co­dzien­nie w na­go­to­wa­nej na że­liw­nej pły­cie wo­dzie, spały po trzy w jed­nym łóżku pod praw­dziwą koł­drą, a na święta ja­dły sło­dy­cze, po­ma­rań­cze, kieł­basę. I tyle.

- Na­rzęd­nik: kim? czym?

- Ko­niem.

Na na­ukę w gim­na­zjum, nie mó­wiąc o stu­diach, Zo­sia mu­siała już za­ro­bić sama. Od dwu­na­stego roku ży­cia da­wała więc ko­re­pe­ty­cje. Naj­pierw do­sta­wała pięć­dzie­siąt gro­szy za go­dzinę, po­tem zło­tówkę, a od­kąd po­szła na stu­dia - dwa pięć­dzie­siąt. Jako je­dyna w ro­dzi­nie wy­szła poza szkołę po­wszechną. Co nie zna­czy, że inni z ro­dzeń­stwa nie po­ra­dzili so­bie w ży­ciu. Wręcz prze­ciw­nie! Naj­star­szy brat Ka­zik pra­co­wał w pie­karni ob­wa­rzan­ków na Ko­no­pac­kiej. Wraz z żoną Elzą, gdań­ską Niemką, i roczną cór­cią, miesz­kał w fa­cjatce na Pra­dze, przy Ząb­kow­skiej. Zyg­munt był do­zorcą w Elek­trowni Miej­skiej na Śnia­dec­kich. Jako ka­wa­ler wciąż miesz­kał z ro­dzi­cami na Po­wi­ślu. Tak samo naj­młod­szy Ja­nek, który za­ła­pał się na cze­lad­nika do szew­skiej ma­nu­fak­tury i uczył się ro­bić dam­skie pru­nelki. Przy ro­dzi­cach miesz­kała też młod­sza od Zosi Roma - dumna po­my­waczka w ba­rze Sa­tyr przy Mar­szał­kow­skiej.

"Po co ty się tak mę­czysz?" - czę­sto prze­py­ty­wała ją mama. - "Bie­gasz z ko­re­pe­ty­cji na ko­re­pe­ty­cje, ślę­czysz w bi­blio­tece albo na wy­kła­dach i gro­sza z tego dla sie­bie nie od­kła­dasz. W końcu starą panną zo­sta­niesz".

"Po­rzuć te mrzonki o stu­diach" - stro­fo­wał ją tata. - "Na­sza ro­dzina, choć prze­cież her­bowa, od po­ko­leń jest ro­bot­ni­cza. Twój dzia­du­nio, jesz­cze za cara, ro­bił jako ko­wal przy mło­cie pa­ro­wym. I wy­pro­wa­dził mnie na czło­wieka. Po co ci na­bi­jać so­bie głowę tymi fan­ta­zjami z ksią­żek? Ary­sto­kratką od tego nie zo­sta­niesz, a tylko wzrok so­bie po­psu­jesz".

"A co pa­nienka Zo­fia tak do tych szkół biega?" - za­cze­piali ją chłopcy w bra­mie. - "Lep­sza chce od nas być? Ko­le­gów z po­dwórka prze­stać po­zna­wać?".

Nie umiała sen­sow­nie od­po­wie­dzieć na te py­ta­nia. Nie umiała, bo... sama nie wie­działa, co ją tak gna do przodu, poza gra­nice tego, co na Po­wi­ślu uznane i sza­no­wane. Wie­działa tylko, że pra­gnie od ży­cia cze­goś wię­cej. Nie, nie. Nie wię­cej, tylko ina­czej. Ucząc się, zda­jąc ma­turę, a po­tem idąc na stu­dia, czuła się jak Ko­lumb pierw­szy raz sta­wia­jący stopę na Hi­spa­nioli, jak Alek­san­der Wielki prze­dzie­ra­jący się przez Per­sję ku ta­jem­ni­czym In­diom. Nie po­tra­fi­łaby już tego za­trzy­mać...

- Miej­scow­nik: o kim? o czym?

- O ko­niu.

- Wo­łacz: O!

- Iiii­haha! - z pełną po­wagą i za­an­ga­żo­wa­niem od­po­wie­dział jej Sta­sio.

Do­by­wa­jące się z jego ust do­no­śne koń­skie rże­nie spra­wiło, że aż pod­sko­czyła, do reszty otrzą­sa­jąc się z roz­my­ślań. Przez chwilę pa­trzyła na niego w osłu­pie­niu, po czym z re­zy­gna­cją w gło­sie oznaj­miła:

- Koń.

- Co, koń? - za­py­tał ubrany w ma­ry­nar­ski mun­du­rek chło­piec.

- Wo­łacz: O! Koń - wy­ja­śniła.

- Aha... - bez prze­ko­na­nia, a na­wet z nutą roz­cza­ro­wa­nia w gło­sie skwi­to­wał jej uczeń.

- No do­brze - wes­tchnęła. - Ko­niec lek­cji.

Za­po­wia­dało się dłu­gie i prze­raź­li­wie nudne lato.

2

Co­raz le­piej ro­zu­miała mowę ciała swo­jego sro­ka­cza. Wy­czu­wała już, kiedy ma ochotę się­gnąć łbem w dół, ku zie­lo­nej tra­wie, co gro­ziło mu za­po­prę­że­niem. Umiała od­czy­tać z jego ru­chów, że szy­kuje się do na­głego i nie­kon­tro­lo­wa­nego ga­lopu. Roz­po­zna­wała po ku­le­niu uszu, że cze­goś się prze­stra­szył. A po­my­śleć, że jesz­cze mie­siąc temu z okła­dem, pod ko­niec czerwca, koń ko­ja­rzył się jej je­dy­nie ze zmę­czoną i oso­wiałą do­roż­kar­ską szkapą, która do­wio­zła ją do Dworca Głów­nego, skąd od­jeż­dżał po­ciąg do Wło­dzi­mie­rza.

Adam to zmie­nił. To i jesz­cze parę in­nych rze­czy...

- Adam Hry­nie­wicz - przed­sta­wił się na po­czątku lipca. Wy­cią­gnął do niej rękę wkrótce po tym, jak wy­siadł z sa­mo­chodu swo­jego ojca, wy­ści­skał mamę, wy­ca­ło­wał Mar­cy­się, przy­tu­lił Na­ta­lię, zmierz­wił czu­prynę He­niowi i strze­lił łok­ciem sójkę w bok ga­mo­nio­wa­tego Sta­sia. Był... pięk­nym męż­czy­zną. Onie­śmie­la­jąco przy­stoj­nym. Wy­soki. Wy­pro­sto­wany jak ułan. Twarz ni­czym z an­tycz­nej rzeźby. Kru­czo­czarne włosy, orli nos. Z każ­dego jego ge­stu, spoj­rze­nia, słowa ema­no­wała spo­kojna pew­ność sie­bie.

"Na pewno jest sno­bem" - po­my­ślała czym prę­dzej, za­nim jej serce za­trze­po­tało z za­chwytu. - "Na­dę­tym, bo­ga­tym bu­fo­nem".

- Bar­dzo mi miło pa­nią po­znać - ode­zwał się, za­nim słowo "bu­fon" na do­bre prze­brzmiało w jej gło­wie, ob­da­rza­jąc ją przy tym sze­ro­kim i szcze­rym uśmie­chem. - Mam na­dzieję, że lek­cje z moim nie­oce­nio­nym młod­szym bra­tem za bar­dzo nie dają się pani we znaki? Po­noć wy­jąt­kowo z niego oporna ma­te­ria do for­mo­wa­nia.

"Nie, nie jest sno­bem" - uznała. A po­tem, w ostat­niej chwili po­wstrzy­mu­jąc się od grzecz­nego dy­gnię­cia, od­waż­nie spoj­rzała mu w oczy i od­po­wie­działa:

- Zo­fia Cze­pliń­ska. Cała przy­jem­ność po mo­jej stro­nie.

- Cze­pliń­ska? To, jak mnie­mam, szla­chec­kie na­zwi­sko?

"A jed­nak jest sno­bem". Przy­jazd za­łudz­kiego pa­ni­cza z uni­wer­sy­tetu we Lwo­wie zbu­rzył spo­kój sta­tecz­nego zie­miań­skiego dworu. Te­raz był po­czą­tek sierp­nia, a Zo­sia za­sta­na­wiała się, gdzie się po­działy te trzy­dzie­ści trzy dni dzie­lące ją od tam­tego spo­tka­nia? Mi­nęły, jak jedna chwila...

- Pro­szę wy­ba­czyć, że spy­tam... - za­cze­pił ją już pierw­szego dnia pod­czas uro­czy­stego obiadu. - Ale czy jeź­dzi pani konno?

- Pre­fe­ruję tram­waj elek­tryczny - od­parła z wy­szu­kaną po­wagą. - Mniej rzuca.

Kiedy przy stole, na któ­rym pa­no­szyły się pie­czone prze­piórki, du­szona dzi­czy­zna oraz do­mo­wej ro­boty wę­dliny, prze­brzmiał już uprzejmy, choć nieco wy­mu­szony śmiech, Adam nie­stru­dze­nie wró­cił do te­matu.

- Py­tam, bo mój drogi tatko - tu, z te­atralną prze­sadą, skło­nił się sie­dzą­cemu u szczytu stołu dzie­dzi­cowi. - No więc mój papa po­siada nie­wielką ho­do­wlę koni. Czy­stej krwi araby, wprost z Za­mojsz­czy­zny.

- Pro­szę wy­ba­czyć igno­ran­cję - od­parła z do­brze uda­waną po­wagą - ale Araby ko­ja­rzą mi się ra­czej z Bli­skim Wscho­dem: Alek­san­drią, Bag­da­dem, Char­tu­mem, a nie po­czci­wym Za­mo­ściem.

Tym ra­zem nikt się już nie za­śmiał. W zie­miań­skim dwo­rze nie wolno kpić z trzech rze­czy: Boga, Oj­czy­zny oraz ro­do­wo­do­wych koni i psów my­śliw­skich... Zo­sia po­czuła się głu­pio. Po co ude­rzała w te sar­ka­styczne nuty? Bo się wku­rzyła na wi­dok suto, prze­sad­nie, mar­no­traw­nie wręcz za­sta­wio­nego stołu? Wi­dząc te wszyst­kie mięsa, pszenne bu­łeczki, kon­fi­tury, bu­telki wę­grzyna, cia­sta, lu­kry i tru­skawki w ubi­tej śmie­ta­nie, chcąc nie chcąc, przy­po­mniała so­bie czasy swo­jej szkoły przy­go­to­waw­czej. Każ­dego ranka przy­no­szono tam dla nich śnia­da­nie. Kaj­zerki z ma­słem prze­ło­żone szynką ufun­do­wane "dla bie­doty z Po­wi­śla" przez uczen­nice i pe­da­go­gów szkoły po­wszech­nej z ulicy Wiej­skiej nu­mer 5. Szkoły, do któ­rej uczęsz­czały głów­nie có­reczki ma­gi­strac­kich urzęd­ni­ków, ofi­ce­rów po­li­cji, kup­ców, fa­bry­kan­tów oraz woj­sko­wych. Miły gest. Ka­na­pki pach­niały tak, że cie­kła ślinka. Bar­dzo róż­niły się od tych, które do­sta­wała w domu - kru­chych kro­mek ra­zo­wego prze­ło­żo­nych cie­niutką war­stwą mar­ga­ryny. Nic dziw­nego, że wszy­scy usta­wiali się po nie w ko­lejkę. Wszy­scy - ale nie ona. Stała z boku i gniew­nie za­ci­skała piąstki. Bez sensu.

- Ma pani ra­cję - ra­to­wał sy­tu­ację Adam. - Ko­nie arab­skie czy an­giel­skie... pal to sześć! Ważne, żeby da­wały przy­jem­ność z jazdy. A za­tem... czy wy­bie­rze się pani ze mną na prze­jażdżkę?

Już miała grzecz­nie po­dzię­ko­wać temu pięk­ni­siowi. Niech so­bie nie my­śli, że zna­lazł ła­twy te­mat do nie­zo­bo­wią­zu­ją­cego, let­niego flirtu. A poza tym... prze­cież ni­gdy w ży­ciu nie sie­działa na koń­skim grzbie­cie! Wtedy jed­nak do roz­mowy wtrą­ciła się pani domu:

- Ada­siu, nie dręcz pa­nienki Zosi! - skar­ciła syna. - W jej sfe­rach, to zna­czy eee... w mie­ście, nie ceni się koni tak wy­soko, jak u nas.

"Pa­nienki Zosi"? "W jej sfe­rach"? Te dwie krót­kie frazy za­pie­kły ją do ży­wego. I choć zda­wała so­bie sprawę, że jej złość i ura­żona duma to nic in­nego jak tylko kom­pleks niż­szo­ści... na­cią­gnęła na twarz sze­roki uśmiech i pa­trząc twardo w oczy mło­dego pana dzie­dzica, od­parła:

- Tak, bar­dzo chęt­nie. Może ju­tro? Po po­ran­nych lek­cjach Sta­sia?

Na­za­jutrz bar­dzo ża­ło­wała tych słów. Wy­brany dla niej sro­kacz - w su­mie, ko­nik nie­wielki, nie­młody (a więc uło­żony i nie­skory do har­ców), a do tego wa­łach - nie wy­glą­dał na zwie­rzę, które mo­głoby zro­bić ko­mu­kol­wiek krzywdę. Ale jej i tak wy­dał się krwio­żer­czą be­stią. Kiedy sta­nęła obok, pa­trzył na nią z góry wiel­kimi ciem­nymi oczami, par­skał, pa­rzył od­de­chem, dud­nił ko­py­tami. A gdy Ma­ciej chwy­cił ją za lewe ko­lano i pod­rzu­cił na sio­dło, po­czuła się, jakby miała za­raz ru­nąć z po­wro­tem na zie­mię. To, na czym sie­działa, ru­szało się, wzdra­gało, prze­stę­po­wało z nogi na nogę. Było nie­sta­bilne, nie­prze­wi­dy­walne i - o czym bar­dzo szybko się prze­ko­nała - zu­peł­nie nie­pod­po­rząd­ko­wane jej roz­ka­zom.

- Robi się to tro­chę ina­czej - uśmiech­nął się Adam, wi­dząc, jak Zo­sia pod­ska­kuje w sio­dle, ce­dząc przez zęby: "No rusz się, ko­niu. Je­dziemy!".

- Spró­buj po­lu­zo­wać mu cu­gle, ści­ska­jąc rów­no­cze­śnie boki łyd­kami.

Spoj­rzała na niego z fu­rią w oczach. Pew­nie do­brze się bawi, wi­dząc jej upo­ko­rze­nie. Już nie­mal sły­szała, jak pod­czas pod­wie­czorku, przy placku tru­skaw­ko­wym i ka­wie, opo­wiada swo­jej her­bo­wej ro­dzince: "Panna Zo­sia ska­kała po ko­niu ni­czym ro­ze­źlona pchła wy­krzy­ku­jąca pi­skliwe ko­mendy. Cud, że nie za­częła szu­kać mię­dzy jego uszami kie­row­nicy, a w strze­mio­nach pe­dału gazu". Adam jed­nak przy­jaź­nie się do niej uśmiech­nął.

- Po­czątki za­wsze są trudne. Ale po pani syl­we­tce wi­dzę, że ma pani pre­dys­po­zy­cje do kon­nej jazdy: plecy pro­ste, broda w gó­rze no i ta sprę­ży­stość w no­gach...

Za­wsty­dzona, z jed­nej strony, tym prze­glą­dem jej ana­to­mii, mile po­łech­tana - z dru­giej - kom­ple­men­tem, ści­snęła łyd­kami koń­skie boki. Ru­szył!

- Brawo - jesz­cze sze­rzej uśmiech­nął się Adam. - A te­raz po­pro­szę o skręt w lewo: prawe ko­lano na­ci­ska bok, lewa pięta brzuch. Do tego lek­kie ścią­gnię­cie wo­dzy z le­wej... O! Do­brze!

Wa­łach po­słusz­nie ob­ró­cił się we wła­ści­wym kie­runku. Jego brą­zowe śle­pia na­dal zdra­dzały bez­brzeżne znu­dze­nie i zdy­stan­so­wa­nie, ale cała reszta pod­po­rząd­ko­wy­wała się roz­ka­zom.

- Pysz­nie! - krzyk­nęła.

- W ta­kim ra­zie ru­szamy! - za­wtó­ro­wał jej Adam. - Idziemy stępa do końca pa­doku, a po­tem kłu­sem w stronę lasu.

- Kłu­sem? - za­nie­po­ko­iła się.

- Pro­szę skrę­cić w prawo i pod­je­chać do mnie - po­le­cił.

Po­słusz­nie wy­ko­nała skręt, ale koń, który wciąż wy­czu­wał nie­wpra­wioną rękę, zro­bił to tro­chę nie­dbale, za sze­roko. Brzdęk! Za­dzwo­niły ich strze­miona, kiedy boki wierz­chow­ców nie­mal ob­tarły się o sie­bie.

- O ho, ho! Kiedy scze­piają się dwa strze­miona, pew­ni­kiem bę­dzie go­rące lato! - za­śmiał się gromko przy­glą­da­jący się ca­łej sce­nie Ma­ciej, a sto­jący nie­opo­dal Saszka za­rżał spro­śnym śmie­chem.

- O co mu cho­dzi? - szep­nęła do Adama.

- Ee, ta­kie tam za­bo­bony - od­po­wie­dział wy­mi­ja­jąco.

***

Kilka go­dzin póź­niej, zzia­jana, pod­nie­cona, roz­ta­cza­jąc wo­kół sie­bie woń koń­skiego potu, wpa­dła z hu­kiem do po­koju, w któ­rym Staś już cze­kał na lek­cje ma­te­ma­tyki.

- Prze­pra­szam za spóź­nie­nie - po­wie­działa, uświa­da­mia­jąc so­bie, że nie zdą­żyła się prze­brać, więc bę­dzie mu­siała po­pro­wa­dzić ko­re­pe­ty­cje w stroju do kon­nej jazdy.

- Ależ nic nie szko­dzi! - szcze­rze i z en­tu­zja­zmem za­pew­nił ją chło­pak.

Roz­wią­zu­jąc za­da­nia z jedną nie­wia­domą, my­ślami była wciąż na sze­ro­kich wo­łyń­skich łą­kach. Po­iła ko­nia w le­śnych stru­my­kach, tęt­niła ko­py­tami po mrocz­nych duk­tach. Cią­gle sma­ko­wała nowe ter­miny: an­gle­zo­wa­nie, do­siad, po­pręg, wę­dzi­dło. Adam nie mógł się jej na­chwa­lić. Za­pew­niał, że robi bły­ska­wiczne po­stępy. Dla­tego, oprócz stępa i kłusa, po­zwo­lił jej na krótki ga­lop, a na­wet wzię­cie ni­skiej prze­szkody. Ha! Po ta­kim dniu czuć, że się żyje. Od tam­tej pory jej po­byt w Za­łu­gach zde­cy­do­wa­nie na­brał tempa. Tym bar­dziej że po­ja­wiło się tu mnó­stwo cie­ka­wych lu­dzi. Na przy­kład Kon­rad Krantz, ko­lega Adama ze stu­diów, który w po­bli­skim Wło­dzi­mie­rzu ro­bił kurs pi­lo­tażu. Pew­nego dnia przy­je­chał na obiad, spoj­rzał w oczy naj­star­szej sio­strze swo­jego druha i... już co­dzien­nie prze­la­ty­wał swoim RWD nad dwo­rem. Cza­sem lą­do­wał na pa­stwi­sku obok parku, wpra­wia­jąc w po­płoch by­dło i ko­nie, a Na­ta­lię - w niemy za­chwyt. In­nymi razy ma­chał skrzy­dłami, ry­czał sil­ni­kiem i zrzu­cał dla niej na ma­leń­kich spa­do­chro­nach ro­manse i za­bawne li­ściki.

- Ułań­ska fan­ta­zja! - chwa­lił pan Jan. - Wia­domo, Krant­zo­wie to stary pol­ski ród!

Była też Łu­cja Wi­ger­ska, da­leka są­siadka Hry­nie­wi­czów, która przy­je­chała na wa­ka­cje z ja­kiejś szkoły w Kowlu. I Rom­cio Sław-Rą­czy z oko­lic Grodna. A także Al­fred Ża­bo­klicki - stu­dent po­li­tech­niki, przed­sta­wi­ciel zna­mie­ni­tego, choć zu­bo­ża­łego szla­chec­kiego rodu aż z Wiel­ko­pol­ski. Nie było dnia, żeby nie przy­je­chało też ja­kieś to­wa­rzy­stwo z są­sied­niego ma­jątku - roz­krzy­czane, we­sołe, żądne draki. Hry­nie­wi­czo­wie przy­glą­dali się temu cha­osowi z życz­li­wym po­bła­ża­niem. Po­dej­mo­wali mło­dych obia­dami, pan domu czę­sto­wał chłop­ców cy­ga­rami, pani domu le­czyła drobne urazy oraz in­fek­cje. Bo pani Hanna na Za­łu­gach miała skłon­no­ści do­bro­czynne. W jej domu stała wielka, po­ma­lo­wana na czarno szafa, do któ­rej tylko ona miała klucz. W środku trzy­mała me­dy­ka­menty: szwaj­car­ską aspi­rynę na prze­zię­bie­nia i grypę, jo­dynę na za­bru­dzone rany, kali hi­per­man­ga­ni­cum do od­ka­ża­nia i całą skrzynkę my­dła Je­leń-Schicht. Pani dzie­dziczka pa­sjo­no­wała się współ­cze­sną me­dy­cyną. Była go­towa nieść tę po­chod­nię no­wo­cze­sno­ści do chłop­skich chat - le­czyć, uświa­da­miać, po­pra­wiać hi­gienę. Tyle że "ciemny lud" tego nie do­ce­niał. "Wolą iść po ra­tu­nek do tej ję­dzy szep­tu­chy" - wie­lo­krot­nie po­wta­rzała z od­razą, wska­zu­jąc ręką na od­le­głą ścianę lasu po­ra­sta­ją­cego mo­kra­dła, gdzie po­noć stał dom wiej­skiej zna­chorki.

Zo­sia, mimo po­cząt­ko­wej wstrze­mięź­li­wo­ści - bo prze­cież nie była z ich sfery - szybko dała się na­mó­wić na wspólne konne eska­pady, lek­cje te­nisa, ką­piele w rzeczce i na­jazdy na są­sied­nie dwory. Za­wsze była ra­czej od­ważną dziew­czyną, więc i tym ra­zem nie po­zwo­liła dojść do głosu swoim kom­plek­som. Śmiała się, żar­to­wała i sprze­czała z nimi jak równy z rów­nym. Im­po­no­wało jej, że mimo ro­bot­ni­czego po­cho­dze­nia, to­wa­rzy­stwo naj­wy­raź­niej ją za­ak­cep­to­wało. Cza­sem tylko... - a może jej się zda­wało? - pod­chwy­ty­wała szyb­kie, ba­daw­cze, nio­sące jakby przy­ganę czy nutę po­gardy, spoj­rze­nie Hanny lub Jana Hry­nie­wi­czów. Ale jej ró­wie­śnicy uznali ją za swoją. Oczy­wi­ście, spora w tym za­sługa Adama. Wła­śnie, Adam... W ca­łym tym cha­osie i za­mie­sza­niu wciąż szu­kał jej to­wa­rzy­stwa. Wpa­dali na sie­bie przy­pad­kiem, gdy była aku­rat sama. W naj­dzik­szej za­ba­wie zda­rzało się jej po­czuć na so­bie jego wzrok.

- Czy w tej War­sza­wie... - za­gaił ją kie­dyś, gdy ran­kiem, na chwilę, zo­stali sami na we­ran­dzie. - Czy czeka tam na pa­nią na­rze­czony?

- Dla­czego pan pyta?

- Bo je­śli tak, wy­zwę go na po­je­dy­nek i usiekę - za­żar­to­wał, ale jego oczy po­zo­stały po­ważne.

Wtedy, ni­czym nie­spo­dzie­wane ukłu­cie igłą, opa­rze­nie iskrą z ogni­ska, po­tknię­cie na rów­nej dro­dze, przy­po­mniał się jej Zdzi­siek Sty­chło. Syn Gru­bej Sabci. Duży, zwa­li­sty, o obrzy­dli­wie owło­sio­nych dło­niach i kwa­śnym od­de­chu. Przez całą wio­snę snuł się za nią po ca­łym Po­wi­ślu, wy­sta­wał pod bramą uczelni, na­pie­rał na nią swoim brzu­szy­skiem w tram­waju. "Pój­dzie pa­nienka ze mną do kina? A może do Ogrodu Sa­skiego, na spa­cer? Już wiem! Wy­bierzmy się na pączki do Bli­klego!" - za­sy­py­wał ją pro­po­zy­cjami. Od­ma­wiała mu oczy­wi­ście. Fa­cet bu­dził w niej lek­kie obrzy­dze­nie i chęć na­tych­mia­sto­wej ucieczki. Przy­tła­czał swoją na­chalną obec­no­ścią. Nie wy­rą­bała mu jed­nak mię­dzy oczy, jak to się na Po­wi­ślu ma­wiało: "Spa­daj pan na Ber­dy­czów, jedź wzdy­chać do Ko­ło­myi". Dla­czego? Było jej fa­ceta żal. Po­cieszny w tych swo­ich nie­udol­nych sta­ra­niach, ża­ło­sny w sło­nio­wa­tych umi­zgach. Zu­peł­nie po­zba­wiony mę­skiego wdzięku, bez­bronny jak mon­stru­al­nie prze­ro­śnięty chłop­czyk. Bu­dził w niej li­tość. Za­miast więc spła­wić go krót­kim i tre­ści­wym ko­mu­ni­ka­tem, pró­bo­wała osło­dzić gorzką ta­bletkę: "Dziś nie mam czasu, może in­nym ra­zem. Je­stem zmę­czona. Mam już inne zo­bo­wią­za­nia".

Po­peł­niła błąd. Prze­ko­nała się o tym w czerwcu, tuż przed wa­ka­cjami, kiedy po wyj­ściu z domu ogłu­szyła ją cy­gań­ska or­kie­stra. Kiedy już prze­brzmiały gi­tary, bębny i trąbki, przed sze­reg wy­su­nął się Zdzi­sław. Czarny gar­ni­tur trzesz­czał na jego brzu­szy­sku, z czoła ka­pał per­li­sty pot, w ręku usy­chały róże. "Czy zo­sta­nie pani moją żoną?" - za­py­tał, opa­da­jąc gru­bym ko­la­nem wprost w zwil­żony czy­imś po­ran­nym pra­niem rynsz­tok.

***

- Nie - zde­cy­do­wa­nie od­po­wie­działa Ada­mowi. - Ża­den na­rze­czony w War­sza­wie na mnie nie czeka.

Aż pod­sko­czyła, gdy Adam jed­nym su­sem przy­padł do jej dłoni i wy­ci­snął na niej po­ca­łu­nek. Po­tem od­wró­cił się i po­biegł do stajni.

- Cóż to za prze­sąd z tymi strze­mio­nami? - spy­tała tam­tego dnia pod­czas lek­cji Sta­sia.

- Z ja­kimi strze­mio­nami? - Chło­pak jak zwy­kle za­ska­ki­wał wol­niej niż tłoki pa­ro­wozu.

- No, z tym że gdy dwaj jeźdźcy się z nimi ze­tkną... - na­pro­wa­dzała go, sta­ra­jąc się mó­wić lekko, od nie­chce­nia.

- A! - Ob­li­cze chłopca roz­ja­śnił w końcu błysk zro­zu­mie­nia. - To zna­czy, że jeźdźcy, czyli ona i on, mają się ku so­bie.

- A je­śli ze­tknął się strze­miona dwóch ka­wa­le­rów? - za­śmiała się.

- Ta­kie świń­stwa to nie u nas - zu­peł­nie se­rio ob­ru­szył się Sta­chu. - Nie na Wo­ły­niu. Prę­dzej na Ma­zow­szu albo w Po­znań­skiem.

Wie­czo­rem tam­tego dnia szczel­nie za­cią­gnęła za­słony swo­jego okna i za­mknęła drzwi dwa razy na klucz. Po­tem ro­ze­brała się i zu­peł­nie naga, z roz­pusz­czo­nymi wło­sami, sta­nęła przed lu­strem. Nogi, ra­czej zgrabne. Może tro­chę zbyt umię­śnione. Ta­lia wcięta, pupa... no niech bę­dzie. Brzuch do­syć pła­ski, pę­pek jak pę­pek, nieco zbyt wi­do­czne że­bra. Piersi... za małe. Sta­now­czo mo­głyby być więk­sze. Ale sy­me­tryczne, jędrne, tyle że nieco zbyt spi­cza­ste. Barki tro­chę za mocne, zbyt umię­śnione. Efekt pra­nia na ta­rze, ma­glo­wa­nia i dźwi­ga­nia ko­szy z wę­glem... Za to szyja smu­kła. Tak, smu­kła, bez dwóch zdań. Bu­zia na­to­miast tro­chę za bar­dzo owalna, jak u dziew­czynki, a nie ko­biety. Czarne oczy - wiel­kie, chyba ładne. Tylko pa­mię­tać, żeby za czę­sto nie mru­żyć ich w uśmie­chu. Włosy grube, mocne, dłu­gie. Nie­mal czarne. Wzrost średni. Czy to ciało było ładne? Czy mo­gło bu­dzić po­żą­da­nie? Prze­biegł ją dreszcz. Roz­koszny, słodki, ja­kiego jesz­cze nie znała. Bez­wied­nie opu­ściła spoj­rze­nie na czarny trój­ką­cik wło­sów w miej­scu, w któ­rym zbiega się li­nia nóg. Jak to jest, kiedy... Na­tych­miast skar­ciła się za ta­kie my­śli. Za­wsty­dzona szep­nęła do lu­stra:

- On je­dy­nie żar­tuje. Flir­ciarz z niego i tyle.

***

A po­tem na­de­szły żniwa. Do­tych­cza­sowe to­wa­rzy­stwo roz­pierz­chło się, roz­je­chało po ma­jąt­kach, żeby do­glą­dać prac. Po­zo­stał tylko Kon­rad w swoim sa­mo­lo­cie. Ale ten aku­rat bu­jał w ob­ło­kach. Na­dal zrzu­cał te swoje spa­do­chro­niki i pło­szył gęsi war­ko­tem mo­toru. Na­ta­lia na­dal pa­trzyła w niebo.

Adam co­dzien­nie ob­jeż­dżał żni­wia­rzy. Nie chciała mu prze­szka­dzać w pracy, ale na­le­gał na jej to­wa­rzy­stwo. Cwa­ło­wali więc ra­zem po wo­łyń­skich bez­dro­żach, wi­zy­tu­jąc ubra­nych na biało męż­czyzn i ko­biety uzbro­jo­nych w kosy i gra­bie. Lato było piękne, sło­neczne i go­rące, tylko cza­sem nad bez­kre­snymi po­lami za­grzmiała prze­lotna bu­rza. Rze­pak był już ze­brany. Zboże pięk­nie ob­ro­dziło. Zbiór szedł spraw­nie - jęcz­mień, żyto - wszystko rów­niutko usta­wiano w men­dle, a po prze­schnię­ciu w ogromne sterty na­zy­wane bro­gami. Za­zwy­czaj więc tylko po­zdra­wiali żni­wia­rzy lub przy­sia­dali z nimi na chwilę pod­czas prze­rwy. W ta­kie go­rąco wszy­scy ra­czyli się przy­go­to­wa­nym we dwo­rze sło­dem żyt­nim spo­rzą­dza­nym na piw­nych droż­dżach, prze­gry­za­jąc chle­bem z kieł­basą.

Tam­tego dnia pod ko­niec lipca, jak zwy­kle, za­raz po lek­cjach, wy­brali się na ob­jazd. Pod kosy wła­śnie szło ostat­nie żyto, na po­lach cze­kała już nie­mal doj­rzała psze­nica. Do­brą chwilę szli ga­lo­pem przez ścier­ni­sko, po­tem wy­pa­dli na łąkę, zje­chali do płyt­kiego jaru, któ­rego dnem pły­nął stru­myk i roz­bry­zgu­jąc ko­py­tami wodę, po­kłu­so­wali w stronę pra­cu­ją­cych. Ko­nie szły równo obok sie­bie, kara klacz Adama ocie­rała się cza­sem piesz­czo­tli­wie o łeb sro­ka­cza.

- Przez tych parę ty­go­dni wspól­nych wy­praw na­sze ko­nie żyć bez sie­bie nie mogą - za­śmiał się Adam.

Od­po­wie­działa uśmie­chem.

- A my? - spy­tał.

- Co, my?

- Co z nami? - nie­ocze­ki­wa­nie spo­waż­niał.

Zo­sia po­czuła ucisk w gar­dle. Czy to py­ta­nie ozna­cza, że on... trak­tuje ją po­waż­nie? Do­maga się de­kla­ra­cji, son­duje przed ja­kimś głęb­szym wy­zna­niem? A może tylko żar­tuje? Pod­pusz­cza? Drażni się?

Zwle­ka­jąc z od­po­wie­dzią, prze­nio­sła wzrok w da­leki ho­ry­zont. I na­tra­fiła spoj­rze­niem na zbli­ża­jący się szybko, ciem­no­gra­na­towy wał chmur.

- Oho, bę­dzie bu­rza.

Ode­rwał od niej oczy i od­wró­cił głowę. Wtedy spa­dły na nich pierw­sze, nie­sione wia­trem kro­ple.

- Już nie zdą­żymy do dworu - za­wy­ro­ko­wał.

Znów się ro­zej­rzał, a po­tem gwał­tow­nie ob­ró­cił ko­nia.

- Tam! - wska­zał ręką na wschód, gdzie w od­le­gło­ści ki­lo­me­tra pię­trzył się wielki stóg zboża.

Ru­szyli ga­lo­pem.

- Ścią­gamy sio­dła i derki! - ko­men­de­ro­wał, kiedy za­trzy­mali się pod ogrom­nym sto­giem. Deszcz już cał­kiem nie­źle za­ci­nał. - Za­grze­biemy się w środku.

- A ko­nie?

- Po­ra­dzą so­bie. A my mo­żemy do­stać za­pa­le­nia płuc.

Mi­nutę póź­niej, z sio­dłami pod gło­wami, za­ku­tani w derki, le­żeli tuż obok sie­bie w pach­ną­cym sia­nem wnę­trzu. Deszcz zo­stał na ze­wnątrz. Tu było su­cho, cie­pło, cia­sno i mroczno. Po­czuła na twa­rzy jego od­dech, owio­nął ją za­pach jego mo­krych wło­sów i roz­grza­nej skóry. Le­ciutko za­drżała.

- Zo­siu - wes­tchnął, jesz­cze bar­dziej się do niej zbli­ża­jąc.

Nie do­ty­kał jej jesz­cze. Ale wy­czu­wała każdy cen­ty­metr jego sprę­ży­stego ciała. Pa­rzyło ją jego go­rąco, obez­wład­niała bli­skość. Wes­tchnęła, gdy ob­jął ją ra­mie­niem. Na war­gach po­czuła do­tknię­cie jego ust. Ca­ło­wał ją! Naj­pierw de­li­kat­nie, sa­mym nie­mal tchnie­niem. Po­tem, kiedy roz­chy­liła swoje, moc­niej, na­mięt­niej, go­rę­cej. W końcu - zdy­szani, nie­przy­tomni, z za­ci­śnię­tymi w mroku po­wie­kami - miaż­dżyli swoje usta po­ca­łun­kami aż do krwi. Pul­so­wała w niej krew, pod­nie­ce­nie, ży­cie.

- Ada­siu - po raz pierw­szy zwró­ciła się do niego po imie­niu. - Po­win­ni­śmy to prze­rwać. Twoi ro­dzice chyba mnie...

- Oni nie mają nic do ga­da­nia - wy­sa­pał. - Nie dbam o nich. Ja... ja cię ko­cham.

To ostat­nie słowo nie­mal ją ogłu­szyło. A więc mi­łość! Tak, mi­łość wszystko tłu­ma­czy. Ob­jęła go moc­niej, czu­jąc jego tors na swo­ich pier­siach, uda na udach, a ręce... Rany! Jego palce błą­dziły już gdzieś pod jej bry­cze­sami, roz­pi­nały gu­ziki, zwal­niały ha­ftki, pa­liły skórę bio­der go­rą­cem do­tyku, ża­rem uści­sków. Była już naga. A w każ­dym ra­zie tam, wła­śnie tam nic już nie miała. Adam był na niej, na jej ob­na­żone piersi ka­pał jego pot. A tam, po­ni­żej, czuła twardy do­tyk jego mę­sko­ści. Czy to się działo na­prawdę? Czy to w ogóle moż­liwe?

- Adam, nie... - pró­bo­wała, wbrew so­bie, za­pro­te­sto­wać. Wbrew so­bie, bo jej ciało już do­pa­so­wy­wało się do rytmu ciała Adama. Ko­lana obej­mo­wały jego boki, piersi go­rącz­kowo uno­siły się i opa­dały, ra­miona za­gar­niały go ku so­bie.

- Ko­cham - jesz­cze raz użył tego słowa, jakby wie­dział, że dzi­siaj, tego po­po­łu­dnia, ma ono moc ta­rana kru­szą­cego wszel­kie bramy. A po­tem wszedł w nią jed­nym gwał­tow­nym szarp­nię­ciem. Za­pie­kło, ale za­raz po ciele Zosi roz­lała się fala słod­kiego bez­władu, nar­ko­tycz­nego nie­mal oszo­ło­mie­nia. Gło­śno ję­cząc, drąc skórę jego ple­ców pa­znok­ciami, za­pa­dała się w stud­nię za­po­mnie­nia. Czuła go. Czuła go w so­bie. W tam­tej chwili tylko to sta­no­wiło esen­cję jej ist­nie­nia.

A po­tem było już po wszyst­kim. Jesz­cze je­den po­ca­łu­nek, jesz­cze ja­kaś piesz­czota i w końcu jej ciało od­zy­skało zdol­ność od­bie­ra­nia in­nych bodź­ców niż tylko te, prze­ka­zy­wane jej przez Adama. Po­czuła więc, że słoma kłuje ją w pupę, że jest jej duszno, go­rąco. Że za­czyna kieł­ko­wać w niej wstyd. Nie ża­ło­wała ni­czego. Ale, głu­pia sprawa, co ma te­raz po­wie­dzieć? Jak się za­cho­wać? Czego spo­dzie­wać? Pierw­szy raz była w ta­kiej sy­tu­acji. Ni­gdy wcze­śniej na­wet się z ni­kim nie ca­ło­wała. Czy wolno jej te­raz my­śleć o Ada­mie jak o na­rze­czo­nym? A może jemu cho­dziło tylko o to? Może za­raz wsta­nie, otrzą­śnie się z jej za­pa­chu i obo­jęt­nym gło­sem za­rzą­dzi po­wrót do domu?

- Ko­cham cię - sen­nym gło­sem po­wtó­rzył Adam, a ona ucze­piła się jego słów. Skoro ko­cha, nie ma się co mar­twić.

***

Trzy ty­go­dnie póź­niej były do­żynki. We dwo­rze szy­ko­wano się na tańce. Zo­sia też. Z Ada­mem ostat­nio ja­koś nie­czę­sto się wi­dy­wała. Kilka dni po tym, jak się ko­chali w wiel­kim ni­czym dom stogu, mu­siał je­chać aż do War­szawy, by do­bić targu przy za­ku­pie trak­tora marki De­ering. Wia­domo, je­sienna orka tuż-tuż. Chciała się wy­rwać ra­zem z nim. Ona i Staś po­winni od­po­cząć od sie­bie. Ale Adam tylko roz­kosz­nie zmru­żył oczy, mru­gnął, cmok­nął w po­li­czek... i oznaj­mił, że taki wy­jazd w in­te­re­sach je­dy­nie by ją znu­żył. Za­nim zdą­żyła za­pro­te­sto­wać, za pro­wa­dzo­nym przez niego fia­tem pana Hry­nie­wi­cza po­zo­stał tylko siwy dym. Cóż, trudno. Cze­kała.

Wró­cił w czwar­tek. Le­dwo się przy­wi­tał, już z oj­cem ru­szyli do Wło­dzi­mie­rza, do­kąd miał przy­je­chać po­cią­giem trak­tor. Wró­cili w so­botę. Pod­eks­cy­to­wani jak chłopcy, któ­rym ku­piono kom­plet oło­wia­nych żoł­nie­rzy­ków. Oglą­dali swoje cacko, włą­czali i ga­sili sil­nik, per­ko­tali, ro­biąc kółka wo­kół dworu, oli­wili, pu­co­wali, do­krę­cali, czy­ścili. Ty­dzień temu Adam po­je­chał znów. Do Wło­dzi­mie­rza po za­pa­sowy kom­plet opon, siew­nik i przy­czepę. Pew­nie po­my­śla­łaby, że jej unika, że już się znu­dził. Ale prze­cież po­wie­dział, że ko­cha.

No więc tego wie­czora nie za­mie­rzała już wy­pu­ścić Adama z rąk. Szy­ko­wały się tańce! A ona lu­biła tań­czyć. Dzi­siej­szej nocy pla­no­wała przy­ćmić swoją urodą na­wet krą­głe kształty trak­tora!

W sto­dole zgro­ma­dzono za­pas wę­dlin, pie­czywa i be­czek piwa dla chło­pów. W sa­lo­nie dzi­czy­znę, cia­sta, wę­grzyna oraz na­lewki - dla pań­stwa i ich go­ści. Ufor­mo­wany z czte­rech sło­mia­nych war­ko­czy wie­niec zo­stał już przy­nie­siony przez roz­śpie­wany, ko­lo­rowy tłum z ko­ścioła i usta­wiony na dzie­dzińcu. Pan Jan wy­gła­szał mowę. Było w niej dużo o Bogu, ho­no­rze pol­skiego ludu, sile tra­dy­cji, a także po­jed­na­niu dwóch na­cji: pol­skiej i ukra­iń­skiej. Żni­wia­rze i ich ro­dziny stali w pół­okręgu, słu­chali w na­boż­nym mil­cze­niu, ki­wali gło­wami. Skrzyp­ko­wie szy­ko­wali już in­stru­menty.

W tej wła­śnie pod­nio­słej i prze­siąk­nię­tej ty­siąc­let­nią tra­dy­cją at­mos­fe­rze, Zo­sia po­czuła na­gle, że dusi się w swo­jej od­święt­nej su­kience od pani Cu­kie­ro­wej. Ku zgor­sze­niu go­spo­da­rzy mu­siała wy­co­fać się do sa­lonu, a po­tem da­lej - przez bi­blio­tekę do swo­jego po­koju. Czuła, że dzieje się z nią coś dziw­nego. Ta sła­bość, dusz­no­ści... Czyżby ja­kaś cho­roba? Grypa, bo chyba nie ty­fus? Po­ło­żyła się na chwilę na łóżku. Tylko na mo­ment. Od­po­cząć.

Zbu­dził ją śpiew pta­ków. I ni­skie pro­mie­nie słońca wpa­da­jące przez okno. Był już nie­dzielny ra­nek. Prze­spała dwa­na­ście go­dzin! Ale czuła się le­piej. Może już in­flu­enca mi­nęła? Lekko ze­rwała się z łóżka, kie­ru­jąc się do ko­mody, na któ­rej stał dzban z wodą. I wtedy zwy­mio­to­wała.

3

Wóz dra­bi­nia­sty trząsł się i skrzy­piał, luźno rzu­cone de­ski sta­no­wiące jego pod­łogę po­dry­gi­wały i prze­su­wały się na każ­dej nie­rów­no­ści. Ma­ciej pro­wa­dził po­woli, sta­rał się omi­jać naj­głęb­sze ko­le­iny, ale i tak Zosi dzwo­niły zęby. Droga wio­dąca do lasu była dzika i wy­bo­ista. Na sro­ka­czu po­ko­na­łaby ją w kil­ka­na­ście mi­nut. Ale pań­skie wierz­chowce były już nie dla niej... Wy­cią­gnęła szyję, sta­ra­jąc się do­strzec zza sze­ro­kich ple­ców woź­nicy cel ich wy­prawy. Wi­działa jed­nak tylko mroczną ścianę drzew. Gdzie, u li­cha, była ta chata? Na­dal nie mo­gła uwie­rzyć, że to wszystko dzieje się na­prawdę. Prze­cież za­le­d­wie nie­spełna ty­dzień temu jej ży­cie wy­glą­dało krań­cowo ina­czej! Było ra­do­sną ka­ru­zelą, mu­zyką du­szy. Jak to moż­liwe, że wszystko tak na­gle się skoń­czyło?

Ko­lejny wstrząs. De­ski, na któ­rych sie­działa, zsu­nęły się ni­czym wiel­kie no­życe. Cud, że zdą­żyła cof­nąć palce, drew­niany po­trzask uszczyp­nął ją jed­nak w udo. Za­bo­lało.

***

Tam­tego dnia, kiedy przez falę mdło­ści zmie­niła de­seń swo­jej naj­lep­szej su­kienki, do jej po­koju przy­bie­gła Mar­tynka. Dwor­ska słu­żąca po­mo­gła Zosi się prze­brać, ob­myć, prze­słała jej łóżko. Ko­chana dziew­czyna. Kiedy jed­nak skoń­czyła sprzą­tać i wy­szła, czy­jaś ręka prze­krę­ciła klucz w drzwiach. Od ze­wnątrz.

- Pani Hry­nie­wi­czowa za­rzą­dziła kwa­ran­tannę! - na roz­pacz­liwe pu­ka­nie Zosi po dłuż­szej chwili od­po­wie­dział do­piero głos ku­charki, czter­dzie­sto­let­niej Andźki.

No tak. Rze­czy­wi­ście. Trzeba chro­nić zdro­wie in­nych miesz­kań­ców ma­jątku - Zo­sia w my­ślach przy­znała pani Han­nie ra­cję. Po­czuła się jed­nak strasz­nie sa­motna. Czy Adam, który już pew­nie usły­szał o jej cho­ro­bie, nie mógłby cho­ciaż po­ło­żyć bu­kie­ciku po­lnych kwia­tów na jej pa­ra­pe­cie? Wró­ciła do łóżka, na­cią­gnęła koł­drę na nos. Ale oczy ja­koś nie chciały się jej za­my­kać. Zresztą, z każdą chwilą czuła się le­piej. W po­ło­wie dnia zro­biła się na­wet głodna! Wstała więc, ubrała się, sze­rzej otwo­rzyła okno. Czas wlókł się nie­mi­ło­sier­nie, a ją za­częła roz­no­sić ener­gia. Po tych wszyst­kich dniach spę­dzo­nych na po­wie­trzu, w ga­lo­pie lub z ra­kietą te­ni­sową w ręku ten bez­ruch był męką. Dla­tego w po­rze obiadu znów za­bęb­niła w drzwi.

- Otwórz­cie! Otwórz­cie, czuję się cał­kiem zdrowa!

Otwo­rzyli. Obiad, który tym ra­zem po­dano jej w kuchni, spa­ła­szo­wała z dwiema do­kład­kami. Po­chło­nęła cia­sto droż­dżowe na de­ser. I kilka śli­wek, tro­chę agre­stu, garść po­rze­czek i ja­kieś kru­che cia­steczka z bla­chy. Rany... Wy­tarła usta, otrze­pała spód­nicę i wy­ru­szyła na po­szu­ki­wa­nia pań­stwa Hry­nie­wi­czów. Taka była przy­naj­mniej jej ofi­cjalna wer­sja, bo tak na­prawdę to strasz­nie, prze­strasz­nie tę­sk­niła do wi­doku Adama.

- I jak się pa­nienka czuje? - po­dej­rza­nie chłod­nym gło­sem spy­tała ją w bi­blio­tece Hanna.

- Już świet­nie - od­po­wie­działa z en­tu­zja­zmem. - To była ja­kaś chwi­lowa nie­dy­spo­zy­cja. Je­stem go­towa do lek­cji ze Sta­siem.

- Chwi­lowa nie­dy­spo­zy­cja... - po­wtó­rzyła dzie­dziczka. Jej oczy pa­trzyły na nią ba­daw­czo. Nie było w nich cie­nia uśmie­chu. - Zo-ba-czymy. Wkrótce przy­je­dzie z Wło­dzi­mie­rza dok­tor.

- Ależ nie trzeba! - za­pro­te­sto­wała Zo­sia. - Ja na­prawdę...

- Do tego czasu pro­szę się spa­ko­wać. Musi pa­nienka zwol­nić po­kój. A do­póki cała ta sy­tu­acja się nie wy­ja­śni, za­kwa­te­ruję ją w domku obok sadu.

- No tak, ro­zu­miem - spe­szyła się.

Obok sadu, przy dro­dze na Wło­dzi­mierz, dom miała służba. Nie, żeby Zo­sia trak­to­wała tę prze­pro­wadzkę jako ujmę. Nie miała nic prze­ciwko miesz­ka­niu pod jed­nym da­chem z Mar­tynką, ku­charką Andźką, Ma­cie­jem i jesz­cze kil­koma in­nymi oso­bami z ob­sługi dworu, ale ta na­gła nie­ła­ska tro­chę ją za­sko­czyła. Czym so­bie na nią za­słu­żyła?

- Czy mo­gła­bym po­roz­ma­wiać z Ada­mem? - zmie­niła te­mat.

- Nie! - od­po­wiedź pani Hry­nie­wicz cięła ni­czym fur­mań­ski bat, za­nim jesz­cze prze­brzmiało jej py­ta­nie.

Bi­blio­tekę otu­liła na mo­ment głę­boka, pełna na­pię­cia ci­sza.

- To nie jest naj­wła­ściw­sza chwila - do­dała pani Hanna już spo­koj­niej­szym gło­sem.

***

Dok­tor Ma­li­now­ski przy­je­chał z Wło­dzi­mie­rza jed­no­konną li­nijką. Jego nie­wy­soką, pę­katą syl­we­tkę opi­nał nieco przy­ku­rzony po po­dróży i ciut przy­mały gar­ni­tur. Ły­sinę na czaszce przy­kry­wała lekko zbu­rzona pę­dem po­wie­trza za­cze­ska. Na łań­cuszku zwi­sa­ją­cym z kie­szonki dyn­dał sta­ro­modny ze­ga­rek "ce­bula".

- Pro­szę się ro­ze­brać, a po­tem wło­żyć ko­szulę - to były pierw­sze słowa, które skie­ro­wał do Zosi.

- Do naga?

- Do naga.

- Ale ja już się do­brze czuję.

- Świet­nie. Cze­kam w bi­blio­tece. Pro­szę za­dzwo­nić, kiedy bę­dzie pani go­towa.

- Dok­to­rze? - za­trzy­mała go w drzwiach.

- Ja­kie to wła­ści­wie bę­dzie ba­da­nie?

- Gi­ne­ko­lo­giczne.

- To zna­czy, że...

- To zna­czy, że od dołu.

- Ale ja jesz­cze ni­gdy...

- Wy­gląda na to, że wła­śnie nad­szedł ten czas, pa­nienko.

Trzask za­my­ka­nych drzwi. Od­da­la­jący się tu­pot kro­ków. Po­tem ja­kieś ści­szone głosy. Dok­tora i pani Hanny.

Zo­sia stała da­lej jak wryta. "Nie, nie, nie! Nie zga­dzam się!" - bez­sze­lest­nie po­ru­szała ustami. O tym nie po­my­ślała. To jedno aku­rat nie przy­szło jej do głowy. A prze­cież była do­ro­słą ko­bietą. Świa­domą swo­jego ciała. "Nie zga­dzam się".

- Na tym eta­pie nie mogę orzec z cał­ko­witą pew­no­ścią... - za­czął dok­tor Ma­li­now­ski, kiedy już skoń­czył ba­da­nie, Zo­sia zdą­żyła się ubrać, a do sa­lonu we­szła sztywna i po­bla­dła Hanna Hry­nie­wi­czowa - ale z prze­ko­na­niem gra­ni­czą­cym z pew­no­ścią po­zwolę so­bie orzec, że pani, prze­pra­szam, pa­nienka Zo­sia jest we wcze­snym eta­pie ciąży.

- Boże! - jęk­nęła pani domu.

- Ja­sna cho­lera! - krzyk­nęła Zo­sia.

- W isto­cie - spu­en­to­wał dok­tor.

***

Pół go­dziny póź­niej był już z po­wro­tem w dro­dze do Wło­dzi­mie­rza. Tłu­ma­cząc się na­wa­łem za­jęć i dużą liczbą pa­cjen­tek, wy­mi­gał się od po­czę­stunku, nie wspo­mi­na­jąc już o noc­legu. Sie­działy więc w za­mknię­tej na wszyst­kie zamki bi­blio­tece same. Zo­sia pła­kała, Hanna mil­czała.

- Bar­dzo mnie za­wio­dłaś - ode­zwała się w końcu dzie­dziczka ma­jątku Za­ługi. - Cy­nicz­nie wy­ko­rzy­sta­łaś sy­tu­ację, wbi­łaś mi nóż w plecy pod moim wła­snym da­chem - jej słowa były jak groty strzał. - Mia­łam cię za pannę z po­rząd­nego domu. Ko­goś nie­mal z na­szej sfery. A ty...

- Czy mógłby przyjść tu­taj Adam? - wpa­dła jej w słowa Zo­sia, która po­czuła, że za­czyna się chwiać pod tym gra­dem oskar­żeń. Po­trze­bo­wała jego po­mocy. Obec­no­ści. Do­tyku dłoni. Niech przyj­dzie, wy­zna, jak było na­prawdę. Prze­cież ją ko­cha, do ja­snej cho­lery!

- Adam? - zdzi­wiła się pani Hanna. - Mój syn wy­je­chał.

- Wy­je­chał?

- Na do­bre. Do Lwowa. Wró­cił do szkoły.

- Ale rok aka­de­micki za­czyna się do­piero...

- Wiem, kiedy ru­szają stu­dia! - prze­rwała ze zło­ścią. - We­zwały go nie­cier­piące zwłoki sprawy. Wróci do­piero na Boże Na­ro­dze­nie.

- Jak to? - Zo­sia nie wie­rzyła wła­snym uszom. - Nic mi nie po­wie­dział...

- Trudno, żeby że­gnał się ze wszyst­kimi - głos dzie­dziczki mógłby za­mro­zić cały sad. - Tu jest na­prawdę dużo służby.

- Ale to bę­dzie jego dziecko!

Krzyk Zosi prze­to­czył się po bi­blio­tece, od­bił od ścian, a po­tem znik­nął wchło­nięty przez pra­stare wo­lu­miny, które wi­działy i sły­szały już wszystko.

- Nie wiem. Być może - usta dzie­dziczki za­ci­snęły się w wą­ską kre­skę. - Ale na­wet je­śli, to cóż to ma do rze­czy?

- Co ma do rze­czy? - od dłuż­szej chwili Zo­sia czuła się, jakby grała w grę, któ­rej re­guł nie zna, albo roz­ma­wiała w nie­zna­nym so­bie ję­zyku. - Skoro to jego dziecko, to...

- Nie, nie, nie, moja panno - pa­lec pani Hanny za­tań­czył w ge­ście prze­cze­nia przed sa­mym no­sem Zosi. - Je­śli tak so­bie to wy­my­śli­łaś... - z obu­rze­nia za­bra­kło jej tchu. - Je­śli taki uknu­łaś plan... Żeby mo­jego syna za­cią­gnąć do oł­ta­rza i wku­pić się w na­szą...

- Jak pani śmie! - wy­krzyk­nęła. - To, co nas po­łą­czyło, było... było czy­ste jak... - Zosi za­częło bra­ko­wać słów. Ni­gdy w ży­ciu, może po­mi­ja­jąc spo­tka­nie z Grubą Sab­cią i jej sie­pa­czami, ni­gdy w ży­ciu nie była tak zde­ner­wo­wana.

- Do­syć! - głos matki Adama za­wi­bro­wał w bi­blio­tecz­nym po­wie­trzu. - Nie za­mie­rzam wy­słu­chi­wać tych... spro­śno­ści!

Znowu za­pa­dła ci­sza. Obie ko­biety długo mie­rzyły się wzro­kiem. Czoło Zosi prze­cięła głę­boka bruzda. Pró­bo­wała po­zbie­rać my­śli, po­skła­dać roz­pry­ski tego, co jesz­cze nie­dawno było jej ży­ciem, szczę­ściem i na­dzieją. Adam wy­je­chał. Bez po­że­gna­nia, bez słowa. Oczy­wi­ście, ka­zała mu ma­mu­sia. Ale ktoś, kto ko­cha, nie po­wi­nien zwa­żać na ma­mine dąsy i na­kazy. Ktoś taki bie­rze się pod boki i gromko oświad­cza: "Chcę z tą ko­bietą spę­dzić resztę ży­cia!". A on pod­ku­lił ogon i się ulot­nił. Na­wet nie spoj­rzał jej w oczy...

Po­czuła, że bra­kuje jej po­wie­trza. Za­krę­ciło się w gło­wie. Z ci­chym "brzdęk" świat pękł na dwie czę­ści. Tę "do te­raz". I tę "od te­raz". Wzięła głę­boki wdech. My­śli, po­woli, za­częły wra­cać na swoje miej­sca. Ale nie była już tą samą Zo­sią, która przed chwilą do­ma­gała się spo­tka­nia z Ada­mem.

- Chcę stąd wy­je­chać.

Po­wie­działa to sta­now­czo, spo­koj­nie. Ale już se­kundę póź­niej po­czuła, że musi mó­wić da­lej. Co­raz szyb­ciej, gwał­tow­niej, do­no­śniej: - Ani chwili dłu­żej nie chcę zo­stać w tym domu! Pani syn oka­zał się zwy­czaj­nym, or­dy­nar­nym łaj­da­kiem, który że­ruje na...

- Za­sta­nów się, dziecko - prze­rwała jej Hry­nie­wi­czowa nad­spo­dzie­wa­nie ła­god­nym gło­sem.

- Nad czym mam się za­sta­na­wiać, do dia­bła?! - do oczu na­pły­nęły jej łzy. Gwał­tow­nie za­mru­gała. Nie chciała pła­kać. Nie te­raz. Wzbie­rała w niej wście­kłość, fu­ria. Wy­sta­wiono ją do wia­tru, za­kpiono z jej uczuć. To nie jest czas, żeby po­pła­ki­wać, tylko wa­lić pię­ścią w stół!

- Za­sta­nów się, czy chcesz w ta­kim sta­nie wra­cać do War­szawy - pani na Za­łu­gach, wy­trawna sa­lo­nowa graczka, na­dal mó­wiła ci­cho, ze spo­ko­jem, nie­mal do­bro­tli­wie. - Z nie­ślub­nym dziec­kiem w brzu­chu. Jak przyjmą cię w domu? Co po­wie­dzą na stu­diach? Kto da ci pracę?

Zo­sia cof­nęła się w krze­śle, jakby otrzy­mała nie­spo­dzie­wany cios. Kur­czowo ucze­piła się po­rę­czy. Dom? Na­wet po wy­pro­wa­dze­niu się naj­star­szego brata, w ich miesz­ka­niu - a ra­czej w dwóch izbach - po­koju i kuchni - jest ich sze­ścioro. Nie by­łoby na­wet gdzie roz­wie­sić pie­luch... Stu­dia? To aku­rat jest ja­sne, jak słońce. Wy­leją ją na zbity pysk, gdy tylko jej su­kienka lekko się wy­brzu­szy w ta­lii. Nie­któ­rzy pro­fe­so­ro­wie na Uni­wer­sy­te­cie War­szaw­skim z tru­dem ak­cep­to­wali ko­biety i Ży­dów. Panna w ciąży by­łaby dla nich fer­men­tem nie do znie­sie­nia. No i praca. Ja­kie ona miała wy­kształ­ce­nie? Ukoń­czony na pięć pierw­szy rok po­lo­ni­styki. Pierw­szy rok. Po­lo­ni­styki. To ża­den za­wód. Mo­głaby co naj­wy­żej być ko­re­pe­ty­torką albo słu­żącą. Nikt jed­nak "la­fi­ryndy" ani do swo­jego domu, ani do swo­ich dzieci nie do­pu­ści. Wnio­sek? Miała prze­ki­chane.

Pani Hanna spo­koj­nie od­cze­kała, po­zwa­la­jąc Zosi ogar­nąć ogrom swo­jej po­rażki. A kiedy wy­czy­tała w jej oczach, że to już na­stą­piło, za­dała ostat­nie pchnię­cie:

- My, oczy­wi­ście, tego dziecka nie za­mie­rzamy uznać. Adam wszel­kim in­sy­nu­acjom do­ty­czą­cym jego oj­co­stwa za­prze­czy i jesz­cze skie­ruje sprawę do sądu pod za­rzu­tem oszczer­stwa.

Zo­sia pa­trzyła na nią w mil­cze­niu. Miała po­bla­dłe, mocno za­ci­śnięte usta.

- Może to hi­po­kry­zja z na­szej strony, może na­wet okru­cień­stwo - po­zwo­liła so­bie na drobną au­to­kry­tykę Hry­nie­wi­czowa - ale mu­simy bro­nić czy­sto­ści rodu. Prze­trwa­li­śmy tu, na tej ziemi, już trzy­sta lat. I prze­trwamy na­stępne trzy­sta. Bo umiemy za­cho­wać czy­stość na­szej krwi. Bez urazy, pa­nienko - do­dała po kil­ku­se­kun­do­wej pau­zie. I za­marła w ocze­ki­wa­niu na re­ak­cję Zosi. Je­śli spo­dzie­wała się po­toku łez, dal­szych wy­rzu­tów czy rwa­nia wło­sów z głowy - to się za­wio­dła. Dziew­czyna wzięła głę­boki wdech, wy­pro­sto­wała się na krze­śle, wy­gła­dziła na ko­la­nach spód­nicę.

- Pani, zdaje się, ma już w za­na­drzu ja­kieś roz­wią­za­nie? - po­wie­działa po­woli, choć głos jesz­cze wi­bro­wał jej od emo­cji. - Cóż to za sa­lo­mo­nowe wyj­ście? Ślub z Ma­cie­jem? Rzu­ce­nie się z ko­le­jo­wego mo­stu? Wstą­pie­nie do klasz­toru?

- Spę­dze­nie płodu.

- Co?!

- To. I bar­dzo pro­szę, za­nim panna rzuci się na mnie z pa­zu­rami w za­mia­rze wy­dra­pa­nia mi oczu, do­brze tę pro­po­zy­cję prze­my­śleć.

- Za­bić... To? - Zo­sia bez­wied­nie do­tknęła brzu­cha.

- Oj za­bić, za­bić - żach­nęła się pani domu, a jej wy­kroch­ma­lone spód­nice ba­ga­te­li­zu­jąco za­sze­le­ściły. - Na ra­zie nie ma na­wet czego za­bi­jać. To coś jest mniej­sze od ki­janki. Co tam, ki­janki. Od mrówki. Ot, grudka mięsa, smark ja­kiś, coś jak pie­przyk na ciele. Żadne tam za­bi­ja­nie.

- Ale...

Pani Hanna, do­tąd sztywna jak klo­ze­towa szczotka, na­gle na­chy­liła się ku Zosi, wy­cią­gnęła rękę, do­tknęła jej ko­lana. Jej oczy stały się cie­płe, współ­czu­jące, przy­ja­zne.

- Po­myśl. Warto mar­no­wać so­bie ży­cie?

***

Po­wiał wiatr, jej cia­łem wstrzą­snął dreszcz. Łzy ciek­nące po twa­rzy za­pie­kły zim­nem. Ostat­nie dni sierp­nia były wpraw­dzie na­dal upalne, ale ta­kie ranki jak owego dnia, kiedy nad łą­kami kłębi się jesz­cze mgła, po­wie­trze jest ostre po nocy, a od lasu idzie tchnie­nie prze­ni­kli­wego zimna, po­tra­fią spra­wić, że zęby za­czy­nają szczę­kać. Zo­sia opa­tu­liła się moc­niej chu­stą i znów wy­cią­gnęła szyję, pa­trząc nad Ma­cie­jo­wym ra­mie­niem. I wtedy go zo­ba­czyła. Dom. Dom szep­tu­chy. Sta­rej zna­chorki, wiedźmy pew­nie na­wet, która jako je­dyna w oko­licy umiała spę­dzać nie­chciane płody. No, może nie je­dyna. Był jesz­cze dok­tor Ma­li­now­ski. Ale on jako czło­wiek nie­sko­li­ga­cony z Hry­nie­wi­czami, a za­ra­zem by­wały w to­wa­rzy­stwie, sta­no­wił ry­zyko. A gdyby wy­pa­plał, co, komu i dla­czego usu­wał? Jejku, jaki to byłby wstyd wśród są­sia­dów! Nie, nie. Pani Hry­nie­wi­czowa sta­now­czo po­słała Zo­się do sta­rej szep­tu­chy. Prze­klę­tej rasz­pli hoł­du­ją­cej wiej­skim za­bo­bo­nom. Ale po­do­bno sku­tecz­nej.

Ze­sztyw­niała z zimna i nie­wy­god­nej po­zy­cji, ze­sko­czyła z wozu.

- To ja nie będę cze­kał - bąk­nął spe­szony Ma­ciej. - Pani dzie­dziczka mó­wiła, że to tro­chę po­trwa, a po­tem i tak parę go­dzin musi pa­nienka po­le­żeć. Wrócę póź­niej - do­dał i za­raz sma­gnął ko­nia lej­cami, jakby przed sa­mym dia­błem ucie­kał.

Spoj­rzała na dom. Do­mek ra­czej. E tam, do­mek. Chatkę. Drew­niane, po­czer­niałe od sta­ro­ści bale, prze­gniła słoma w cha­rak­te­rze da­chu. Małe okienka z gru­bymi szyb­kami, które prze­pusz­czały je­dy­nie nieco świa­tła. Te zresztą ra­czej nie prze­pusz­czały. Za­le­pione były bru­dem i pa­ję­czy­nami. Ko­ślawe drzwi bez zamka. Wy­soki, wy­ro­biony po­środku próg. Ca­łość - jak z po­wie­ści Mnisz­kówny. Tylko cze­kać, gdy wej­ście otwo­rzy się z przej­mu­ją­cym skrzy­pie­niem i sta­nie w nich po­marsz­czona, gar­bata sta­ru­cha z pyp­ciem na kro­gul­czym no­sie i biel­mem na oku.

Drzwi rze­czy­wi­ście przej­mu­jąco za­skrzy­piały. I rze­czy­wi­ście w progu sta­nęła nie­młoda już ko­bieta. Ale nie była gar­bata, ślepa ani oszpe­cona wie­kiem. Nie­wy­soka, pulchna, jo­wialna. Uśmiech­nęła się i wy­cią­gnęła dłoń na przy­wi­ta­nie.

- A więc je­steś - po­wie­działa, a jej oczy pa­trzyły na Zo­się cie­pło. Bez upo­ka­rza­ją­cego współ­czu­cia ani iry­tu­ją­cej przy­gany. Po pro­stu cie­pło.

- Je­stem. Czy uprze­dzono pa­nią, że...

- Tak. Uprze­dzili i po­wie­dzieli, w ja­kiej spra­wie. Ja­śnie pani na­wet już mi za­pła­ciła. Przez po­śred­nika, rzecz ja­sna. Całe pięć zło­tych. Ot i co.

- Pięć zło­tych? To rap­tem dwie go­dziny mo­ich lek­cji.

- Każdy orze, jak może - uśmiech­nęła się szep­tu­cha. Miała ładny uśmiech. Jej oczy zmru­żyły się, za­mi­go­tały, spo­wiły w sia­teczkę zmarsz­czek. A po­tem do­dała, prze­cią­ga­jąc sy­laby ze śpiew­nym wschod­nim ak­cen­tem: - Wejdź, dziecko. To nie po­trwa długo.

Wnę­trze chaty sta­no­wiło zde­cy­do­wany kon­trast z jej fa­sadą. Czy­ste, pach­nące su­szo­nymi zio­łami: śla­zem, szał­wią, ma­cie­rzanką, ru­mian­kiem i lub­czy­kiem. Pod­łoga z wy­szo­ro­wa­nych do bia­łego de­sek, łóżko ob­ło­żone wzdę­tymi po­du­chami i ko­lo­ro­wymi ko­cami, kilka sza­fek, ja­kieś półki. A także kuch­nia z płytą, a na niej gar go­tu­ją­cej wody.

- To dla mnie? - Zo­sia wzdry­gnęła się.

- Czy­stość jest ważna. Ot, co. Mia­stowa pa­nienka a tego nie wie?

Zo­sia prze­nio­sła wzrok na sto­jące na pół­kach słoje i bu­telki.

- Łój ko­złowy, po­wi­dła z bzo­wych ja­gód, psie sa­dło... - za­częła wy­li­czać po­dą­ża­jąca za jej wzro­kiem szep­tu­cha - skrom za­ję­czy, pio­łun, ziarna ja­łowca...

- Które, pro­szę pani, z tych me­dy­ka­men­tów są dla mnie? - wpa­dła jej w słowo.

Szep­tu­cha prze­rwała wy­li­czankę i po­pa­trzyła jej w oczy.

- Mów mi Jadźka, jak wszy­scy. Ot i co - po­wie­działa po dłuż­szej chwili.

- No więc? - na­le­gała Zo­sia.

- Naj­pierw daj mi po­szep­tać. Spo­cznij - od­po­wie­działa, pod­su­wa­jąc jej ta­bo­re­cik.

Kiedy usia­dła, Jadźka się­gnęła po spory kłąb lnu, ja­kieś na­siona, su­szone listki i rzu­ciła to wszystko na bla­chę kuchni. Po chwili, aż pod ni­ski strop, buch­nął ja­sny pło­mień, który za­raz za­mie­nił się w kłęby aro­ma­tycz­nego dymu. Zo­sia za­mru­gała, kaszl­nęła i na­gle zdała so­bie sprawę, że zna­chorka stoi nad nią z kur­czowo za­ci­śnię­tymi po­wie­kami, jej usta po­ru­szają się bez­gło­śnie, a całe ciało kiwa w przód i w tył.

- Co pani tam szep­cze? - spy­tała za­czep­nie.

Szep­tu­cha nie od­po­wie­działa.

"Rany, gdzie ja je­stem..." - wes­tchnęła w my­ślach, tłu­miąc na­głą chęć ucieczki. Ko­muś ta­kiemu za­wie­rzyć swoje ciało i zdro­wie? Sza­leń­stwo. Ale z dru­giej strony... było jej już wszystko jedno. Czuła się pu­sta i nie­po­trzebna ni­czym pęk­nięte na­czy­nie. Czuła się winna. I nic nie­warta. Może to i le­piej by było. Wy­krwa­wić się tu­taj. Mieć to za sobą. De­fi­ni­tyw­nie.

- Nie mogę tego zro­bić. Ot i co - głos szep­tu­chy wy­rwał ją z otę­pie­nia.

- Czego?

- Tego. Nie mogę za­bić two­jego dziecka.

Dym ze spa­lo­nego lnu i su­szo­nego ziela już się roz­wiał. Znowu pa­trzyła na nią ta sama jo­wialna sta­ruszka. Tyle że się już nie uśmie­chała. Miała duże, wy­raź­nie po­więk­szone źre­nice. Jakby się cze­goś prze­stra­szyła. I wy­raz na­pię­cia na twa­rzy. Nie, nie na­pię­cia. To było zdu­mie­nie.

- Dla­czego?

- Bo to nie jest zwy­kłe dziecko.

- No tak, wiem. To dziecko mło­dego pana dzie­dzica.

- A pies ryć­kał mło­dego pana dzie­dzica! - bez zło­ści, ale zde­cy­do­wa­nie ob­ru­szyła się zna­chorka. - Ja nie o tym mó­wię. Na twoim dziecku spo­częło bło­go­sła­wień­stwo, więc ja go nie za­biję. Nie za­bija się ta­kich dzieci. Ot i co.

Zo­sia pa­trzyła na nią w mil­cze­niu. Nic, zu­peł­nie nic, nie ro­zu­miała z tych jej ba­jek o bło­go­sła­wień­stwie. Ale... Szcze­rze mó­wiąc, po­czuła ulgę. A szlag by to wszystko... I tak nie miała ochoty tego zro­bić, więc, tak czy ina­czej, do­brze się stało. Ja­koś to bę­dzie. Da so­bie radę. Pod­nio­sła się bez słowa i skie­ro­wała do wyj­ścia, gdy za­trzy­mały ją słowa:

- Za­pa­rzę ci me­lisy. Przyda się. A ty opo­wiedz mi, jak to się stało.

- Jak za­szłam w ciążę?

- Nie, głup­ta­sku - za­śmiała się sta­ruszka. - Jak to się stało, że rzu­cono na cie­bie czar.

- A pani znowu za­czyna z tym rze­ko­mym bło­go­sła­wień­stwem...

- Jadźka.

- No, Jadźka, tak. Wy­bacz, ale nie wie­rzę w te dyr­dy­mały.

- To le­piej uwierz, bo ktoś na­mie­szał ci w ży­ciu. Wzię­łaś się ostat­nio z kimś za łby? Krzywdę ja­kąś spra­wi­łaś? Ktoś cię znie­na­wi­dził może?

Po­woli od­wró­ciła się od drzwi, cof­nęła do zy­dla, usia­dła. Jej my­śli wró­ciły do Gru­bej Sabci i jej syna. Od­mó­wiła mu wtedy, rzecz ja­sna. Przy tłu­mie ga­piów, cy­gań­skiej or­kie­strze, przy ja­kichś tam jego przy­ja­cio­łach.

- Nie wyjdę za cie­bie. Ni­gdy. Wy­bacz.

Straszne słowa, straszny wstyd. Lu­dzie za­częli się śmiać. Tam, na środku ulicy. Nie chciała go skrzyw­dzić, ale co niby miała zro­bić? Uda­wać, że się waha? Po co? Żeby na­ro­bić mu na­dziei? Ty­dzień póź­niej Gruba Sab­cia za­szczy­ciła ją oso­bi­stą wi­zytą. Tyle że nie była sama. Cze­kała na Zośkę w mroku bramy, a wraz z nią trzech pra­skich opry­chów.

- Ty suko! - wy­mie­rzyła jej siar­czy­sty po­li­czek, a kiedy Zośka się za­to­czyła od ciosu, szarp­nęła ją za włosy i prze­wró­ciła na zie­mię. Zo­sia pró­bo­wała wstać, ale kop­nię­cie w brzuch po­zba­wiło ją tchu. Pół­przy­tomna, po­czuła na szyi szarp­nię­cie. Saba ze­rwała jej srebrny, po­da­ro­wany na osiem­na­ste uro­dziny me­da­lion ze zdję­ciami ro­dzi­ców. Czu­jąc w ustach krew, a w piersi dła­wiące prze­ra­że­nie, pró­bo­wała od­czoł­gać się w stronę po­dwórka. Nic z tego. Saba przy­ci­snęła ją grubą jak ko­lumna nogą do ziemi i raz za ra­zem za­częła wa­lić w głowę me­da­lio­nem.

- Nie chcia­łaś mo­jego chłopca? - darła się na całą oko­licę. - To cię te­raz od­dam, kurwo, tym trzem ob­szczy­mu­rom. A jak z tobą skoń­czą, to ci jesz­cze pysk no­żami tak skroją, że już cię ni­gdy nikt nie ze­chce!

I wtedy na­de­szła po­moc. Chło­paki z jej ka­mie­nicy - chło­paczki wła­ści­wie, w po­rów­na­niu z tymi trzema ostrymi ki­zio­rami, któ­rych przy­pro­wa­dziła Kró­lowa - nad­bie­gły, wy­wi­ja­jąc szu­flami od wę­gla, młot­kami, po­grze­ba­czami, no­żami i co tam który jesz­cze zdą­żył zła­pać.

- Zo­staw­cie ją! - krzy­czeli gło­sami, które do­piero nie­dawno prze­szły mu­ta­cję. - Bo łby po­roz­wa­lamy!

Tamci spoj­rzeli po so­bie. Za­pra­wione w bój­kach na ostro typy, co to się gwizdka po­li­cyj­nego nie boją. Ale było ich trzech. A tych nad­bie­gło pię­ciu, sze­ściu, sied­miu i za­raz jesz­cze paru od strony ulicy. Z każdą se­kundą w bra­mie ro­biło się tłocz­niej. Kil­ku­na­sto­let­nie wy­rostki, dzie­się­cio­let­nie kajtki, pa­ro­let­nie smar­ka­cze... Cała ta drob­nica za­częła wy­sy­py­wać się z za­tę­chłych fa­cjat i su­te­ren. Niby nic, ale dużo się tego na­gle za­ro­iło. No i była to mło­dzież z Po­wi­śla, która mor­do­bi­cie i drakę po­zna­wała wcze­śniej od abe­ca­dła. Saba od razu zro­zu­miała, że kie­ru­nek wia­tru się zmie­nił. Ta mała zdzira mu­siała być tu­taj lu­biana, skoro miała tylu obroń­ców. Na­dal dy­szała wście­kło­ścią, ale nie by­łaby Kró­lową, gdyby bez­ro­zum­nie się ta­kiej fu­rii pod­da­wała. Osią­gnęła w ży­ciu, co osią­gnęła, bo umiała kal­ku­lo­wać. A tu ra­chu­nek był pro­sty - na­wet, gdyby jej za­ka­piory wy­grały z tym tłu­mem chłop­ta­siów, to prze­la­nia dzie­cię­cej krwi ni­gdy by jej nie wy­ba­czono. Na Po­wi­ślu, a może i w ca­łym mie­ście, by­łaby skoń­czona.

- Tfu! - splu­nęła na sku­loną pod jej no­gami Zo­się. Mię­dzy pal­cami jej pulch­nej dłoni na­dal tkwiły wy­rwane z głowy dziew­czyny włosy. Mocno za­ci­snęła je w pię­ści.

- Ni­gdy szczę­ścia nie za­znasz! - syk­nęła zdy­sza­nym gło­sem. - Ani w ży­ciu, ani w mi­ło­ści. I twoje ba­chory też. Tfu, tfu, tfu! Pluję na cie­bie trzy razy. Bę­dziesz cier­pieć za­wsze, kiedy po­ko­chasz.

***

Dla­czego opo­wie­działa jej tę hi­sto­rię? Prze­cież przez całe lato nie wra­cała do niej my­ślami ani razu. Wy­parła ją z pa­mięci, przed samą sobą uda­wała, że się nie wy­da­rzyła. To, co stało się w czerwcu, w jej bra­mie, było jak cierń, któ­rego nie da się wpraw­dzie wy­jąć, ale ciało już so­bie z nim po­ra­dziło, otor­bia­jąc go grubą błoną. Tyle że on tam na­dal był... Mu­siała więc w końcu to z sie­bie wy­rzu­cić. Pew­nie ła­twiej było to zro­bić przed kimś ob­cym, kogo wię­cej nie spo­tka.

- Ta cała Kró­lowa... - ode­zwała się Jadźka. - To ja­kaś wiedźma, czy co?

- Jaka tam wiedźma - żach­nęła się Zo­sia. - Pa­serka, która sku­puje skra­dzione albo i zra­bo­wane przed­mioty od oprysz­ków. A po­tem sprze­daje z zy­skiem. Li­chwiarka, która zde­spe­ro­wa­nym lu­dziom po­ży­cza na nie­moż­liwy do od­da­nia pro­cent. Strę­czy­cielka, która dziew­czyny z Kre­sów spro­wa­dza do sto­licy niby na służbę, a po­tem... wiesz.

- Wiem.

- Robi in­te­resy z każ­dym. Cy­ga­nem, Ży­dem, Po­la­kiem. Nie wy­brzy­dza - kon­ty­nu­owała Zo­sia. - Dla­tego jest taka mocna. Gdy pod­pad­nie fe­raj­nie ze Śród­mie­ścia, to na­pusz­cza na nich ge­szef­cia­rzy z Na­le­wek. Gdy ob­rażą się na nią za­ka­piory z Pragi, skarży się Cy­ga­nom z Otwocka. Za­wsze znaj­dzie so­bie so­jusz­nika.

Jadźka stała oparta o ko­min kuchni, pa­trzyła w po­wałę, ra­miona za­plo­tła na ob­fi­tych, a się­ga­ją­cych pasa pier­siach. Mil­czała, ki­wała głową, my­ślała.

- Ma­chorki chcesz? - spy­tała w końcu.

- Dzię­kuję, nie palę.

- A ja so­bie zro­bię.

Urwała ka­wa­łek sta­rej ga­zety ze stosu przy­go­to­wa­nego do pod­pałki, wy­sy­pała na niego ty­toń z za­wie­szo­nego na szyi wo­reczka, skru­pu­lat­nie skrę­ciła i przy­tknęła ko­niu­szek do roz­grza­nej płyty. Buch­nął smro­dliwy dym. Szep­tu­cha wcią­gnęła go w płuca z nie­opi­saną lu­bo­ścią, przy­trzy­mała, wy­pu­ściła.

- Rzu­ciła na cie­bie prze­kleń­stwo - wy­chry­piała.

- Prze­kleń­stwo? Sa­bina? Nie wie­rzę w ta­kie...

- Nie wie­rzysz?

- Za­bo­bony i tyle.

- To chyba ślepa je­steś, skow­ro­neczku. Nie wi­dzisz, co się wo­kół cie­bie dzieje? Le­dwo tamta na cie­bie w gnie­wie trzy razy splu­nęła i za­brała ci włosy, a twoje ży­cie już wali się w gruzy. Pa­nicz oszu­kał, brzuch ro­śnie, a ty - taka oświe­cona i prze­mą­drzała - sie­dzisz i pro­sisz o po­moc starą szep­tu­chę.

Zo­sia zwie­siła głowę. No cóż. Czy ba­buszka po­trafi le­czyć - nie wia­domo. Ale uświa­do­mić czło­wie­kowi w jak bez­na­dziej­nym po­ło­że­niu się zna­lazł... o, to wy­cho­dziło jej do­sko­nale.

- Czy... Za­kła­da­jąc, że to prawda. Czy jest na to an­ti­do­tum?

- Wra­caj do tej ca­łej War­szawy, od­bierz jej swoje wy­rwane ku­dły, a po­tem za­bij sukę. Ot i co.

- Że co pro­szę?!

- Ta­kie prze­kleń­stwo zmyje je­dy­nie krew. No i mu­sisz od­zy­skać, co twoje. We wło­sach od­kła­dają się my­śli, od­dech, ra­do­ści i smutki. We wło­sach od­ci­ska się du­sza. Mu­sisz je mieć z po­wro­tem. Bez tego to kiszka.

- Ale ja nie umiem! - płacz­li­wie ob­ru­szyła się Zo­sia.

- No to wy­bij se chło­pów z głowy. W su­mie, żadna strata. Wiem, co mó­wię.

Po­pa­trzyła na za­żywną, wtu­loną w piec ba­buszkę. Stała tam obo­jętna, za­pa­trzona we wła­sną prze­szłość. Pew­nie i przed nią ży­cie nie ście­liło się ró­żami. Sa­motna w roz­pa­da­ją­cej się cha­cie na skraju mo­kra­deł. Stara, opusz­czona, bu­dząca lęk jed­nych i nie­chęć dru­gich. Nie mó­wiąc już nic, się­gnęła do klamki.

- Nie martw się - do­bie­gły ją słowa zza kłębu smo­li­stego dymu ze skręta. - Świat już tak jest skon­stru­owany, że po­zo­sta­nie w rów­no­wa­dze. Nie za­wali się tylko dla­tego, że ja­kaś ję­dza rzu­ciła zły czar.

- Prze­pra­szam, o czym pani...

- Jadźka.

- O czym, Ja­dziu, mó­wisz?

- O tym, że prze­kleń­stwo za­wsze coś czło­wie­kowi od­biera. Coś z cze­ka­ją­cej go przy­szło­ści. Wy­bija dziurę w prze­zna­cze­niu. Ale wszech­świat nie może opie­rać się na dziu­rach, więc pu­ste miej­sce za­wsze zo­staje za­peł­nione.

- Czym?

- Zło rów­no­waży do­bro. Prze­kleń­stwo przy­ciąga bło­go­sła­wień­stwo.

- Mó­wisz o moim dziecku?

- Dziecko to dziecko. Ma wła­sne prze­zna­cze­nie. Nie. Nie o nim te­raz ga­dam, ale o to­bie. Coś ci za­brano, ale na pewno coś też do­sta­łaś. Wsłu­chuj się w sie­bie, patrz uważ­nie w lu­stro. Prę­dzej czy póź­niej uda ci się to od­na­leźć. Ot i co.

- Obym tylko nie zo­stała szep­tu­chą - po­nuro za­żar­to­wała Zo­sia. - Nie umia­ła­bym za­bić psa ani kota na sa­dło. Ot i co.

A po­tem na­parła na prze­raź­li­wie skrzy­piące drzwi i wy­szła na ze­wnątrz. Po­ranne po­wie­trze było kry­sta­licz­nie czy­ste, a nad la­sem wzno­siło się czer­wone słońce.

5

Na­za­jutrz była środa, 30 sierp­nia. Nie udało jej się tego dnia wy­je­chać. Ma­ciej od­wo­ził bryczką do in­ter­natu we Wło­dzi­mie­rzu Sta­sia, a pan Jan - swoim fia­tem - Na­ta­lię na dwo­rzec, skąd miała po­ciąg do Lwowa. Mło­dzież wra­cała do szkół. Dla Zosi nie było przy niej miej­sca. Na­ta­lia na­wet, do­bra dziew­czyna, po­pro­siła matkę, żeby po­zwo­liła "pani na­uczy­cielce" je­chać z nimi, prze­cież mieli jesz­cze w au­cie miej­sce. Ale pani na Za­łu­gach ka­te­go­rycz­nie od­mó­wiła. Na­talka pod­bie­gła wtedy do Zosi i, igno­ru­jąc gniewne syk­nię­cie Hry­nie­wi­czo­wej, z po­wagą wy­cią­gnęła do niej rękę.

- Po­wo­dze­nia...

Zośka po­pro­siła w ta­kim ra­zie Ma­cieja, żeby ku­pił jej miej­sce w po­ciągu na czwar­tek. Z Wło­dzi­mie­rza co­dzien­nie od­cho­dziły składy do Za­mo­ścia, Chełma i sa­mej War­szawy.

- Do­sta­łem miej­scówkę do­piero na pią­tek - wrę­czył jej pod wie­czór bi­let. - Straszny tłok, wszy­scy wra­cają z wy­wczasu do do­mów. Rząd ogło­sił dziś po­wszechną mo­bi­li­za­cję. Lu­dzie ga­dają, że wojna bę­dzie.

A więc pią­tek. Z sa­mego rana. Ko­lejny dzień we dwo­rze był udręką. Hry­nie­wi­czowa pa­trzyła na nią z głu­chą nie­chę­cią. Pan Jan trak­to­wał jak po­wie­trze. W ślad za ja­śnie­pań­stwem służba do­mowa, a na­wet wo­zacy i sta­jenni, też za­częli wy­ty­kać ją pal­cami. Naj­gor­sze były jed­nak rzu­cane pół­gęb­kiem żarty: "O pa­trz­cie, idzie ta, co na­szą dzie­dziczką umy­śliła so­bie zo­stać". W pią­tek, nie­mal o świ­cie, z ulgą wsia­dła do Ma­cie­jo­wego wozu. Tym ra­zem cze­kała ich dłuż­sza trasa. Zo­sia po­de­słała więc so­bie parę wią­zek słomy i przy­kryła je ko­cem. Nie chciała ry­zy­ko­wać ko­lej­nych stłu­czeń i przy­szczyp­nięć. Ale i tak mocno rzu­cało. "Może te wer­tepy wy­trzęsą ze mnie to... coś?" - po­my­ślała, skrzęt­nie omi­ja­jąc słowo "dziecko". I choć za­raz się za swój cy­nizm zga­niła, lekka na­dzieja na pro­ste roz­wią­za­nie pro­blemu w niej po­zo­stała. Przez ostat­nie dni na­ra­stała w niej nie­chęć do tej ki­janki w brzu­chu. Ro­sła so­bie jakby ni­gdy nic, ma­jąc gdzieś, że wkrótce zruj­nuje jej ży­cie. Koło środy Zo­sia miała na­wet po­mysł, żeby zgło­sić się na za­bieg do dok­tora Ma­li­now­skiego. Ale za­raz się prze­stra­szyła. Zresztą, na­wet gdyby, i tak w ostat­niej chwili by się wy­co­fała. Tak, jak u tej Jadźki, szep­tu­chy. Niby po­szła tam z wła­snej woli, zde­cy­do­wana, ale gdy ko­bie­cina od­mó­wiła, omal jej nie uca­ło­wała. "Czego ja w końcu chcę? Dla­czego wa­ham się i chwieję, jak trzcina?" - iry­to­wała się na sie­bie. Brak zde­cy­do­wa­nia, nie­kon­se­kwen­cja, za­wsze tego nie­na­wi­dziła. A jesz­cze za­uwa­żyła z nie­sma­kiem, że zro­biła się ostat­nio płacz­liwa i skłonna do uża­la­nia nad sobą. Rany! Prze­cież wszystko, co do­tąd w ży­ciu osią­gnęła, za­wdzię­czała swo­jemu że­la­znemu upo­rowi. Była z niego dumna. A tu masz. Po­tra­fiła chli­pać na­wet nad lo­sem kury prze­zna­czo­nej na ro­sół.

Dwo­rzec we Wło­dzi­mie­rzu już z da­leka przy­po­mi­nał twier­dzę. Tyle że zdo­bytą. Taką, do któ­rej wła­śnie wdarli się bar­ba­rzyńcy. Rzym po­ko­nany przez Wi­zy­go­tów. Przed wej­ściem le­żały ja­kieś po­rzu­cone pa­kunki, roz­sy­pana mąka, ka­sza, wiatr uno­sił kurz, pie­rze i luźne kartki. Sa­mo­chody i po­wozy były byle jak za­par­ko­wane, ko­nie rżały prze­ra­żone, woź­nice klęli. Za to na pe­ro­nie od­by­wały się praw­dzi­wie dan­tej­skie sceny. Tłum był tam tak gę­sty, że nie było jak prze­ci­snąć się przez zwarty mur ple­ców.

- Ja mam bi­let! Mam bi­let! - krzy­czała w stronę sa­pią­cej lo­ko­mo­tywy, do któ­rej pod­cze­piono war­szaw­skie wa­gony.

- I co z tego? - zi­ry­to­wał się ja­kiś fa­ce­cik z wą­si­kiem a la Adolf Hi­tler i sta­ro­świec­kim mo­no­klu w oku. - Te­raz bi­lety, z prze­pro­sze­niem, gówna warte.

- Ale dla­czego?

- A co pa­nienka? Śpiąca kró­lewna? Prze­bu­dzona aku­rat? Mamy wojnę!

Nie prze­pchnęła się do wa­gonu. Zresztą, i tak wszyst­kie miej­sca sie­dzące, sto­jące oraz wi­szące były już za­jęte. Przez zmo­bi­li­zo­wa­nych re­zer­wi­stów, któ­rych wpusz­czano jako pierw­szych, spa­ni­ko­wa­nych let­ni­ków ucie­ka­ją­cych do do­mów w mie­ście, ko­mi­wo­ja­że­rów, od któ­rych na­gle nikt nie chciał już ni­czego ku­po­wać. Na szczę­ście Ma­ciej na nią za­cze­kał. Wy­szła z dworca w tłu­mie in­nych prze­gra­nych pra­wie-pa­sa­że­rów. Przedarła i rzu­ciła w po­wie­trze swój bi­let, który po­szy­bo­wał w głąb ulicy w to­wa­rzy­stwie in­nych, po­dob­nych. Do­te­le­pali się do dworu wie­czo­rem. Była zzięb­nięta, po­obi­jana, zre­zy­gno­wana. Bo­lało ją całe ciało, ogar­niało przy­gnę­bie­nie. Tylko ki­janka czuła się wy­śmie­ni­cie.

- No cóż, nie będę uda­wała, że cie­szę się z two­jego po­wrotu - pani Hry­nie­wi­czowa, jak zwy­kle, uznała za sto­sowne jesz­cze bar­dziej jej do­ko­pać. - Ale już trudno, prze­śpij się w służ­bówce. Za parę dni, jak nasi ułani po­go­nią Teu­to­nów do Ber­lina, spró­bu­jesz jesz­cze raz. Nie spró­bo­wała. Z tego, co mó­wili w ra­diu na krysz­ta­łek ze słu­chaw­kami (bę­dą­cym chlubą pana Jana), wy­ni­kało ja­sno - to nasi ułani zbie­rali baty od "Teu­to­nów" i co­fali się w kie­runku War­szawy. A gdyby ktoś uznał te wia­do­mo­ści (prze­ry­wane dziw­nymi ko­mu­ni­ka­tami w stylu: "Halo, halo, uwaga. Koma 23 nad­cho­dzi". "Alarm dla mia­sta War­szawy") za prze­sad­nie pe­sy­mi­styczne, jego obiek­cje roz­wia­liby uchodźcy, któ­rzy wkrótce za­częli na­pły­wać od za­chodu trak­tem z Hru­bie­szowa i Uści­ługu. Je­chali fur­man­kami, sa­mo­cho­dami (czę­sto cią­gnię­tymi przez ko­nie), szli pie­szo. Ucie­ki­nie­rzy. Mieli po­sza­rzałe, za­pad­nięte twa­rze i bez­na­mięt­nym gło­sem opo­wia­dali straszne rze­czy. O sa­mo­lo­tach strze­la­ją­cych do nich na szo­sie. O zrów­na­nych z zie­mią mia­stach. O bom­bach, które spa­dły na War­szawę, Wilno, a na­wet na po­bli­skie Grodno. O roz­strze­le­niach, pod­pa­le­niach, plu­ją­cych ogniem czoł­gach. Po wy­słu­cha­niu kilku ta­kich opo­wie­ści pan Jan od razu wsiadł w swo­jego fiata i ru­szył do Lwowa po Na­ta­lię i Adama. Zo­sia za­raz mu­siała zbesz­tać się w my­ślach, bo imię "Adam" po­ru­szyło w jej umy­śle ja­kieś dzwo­neczki, mo­tylki i siel­skie ob­razki. Że­nu­jące. Ale pra­wie na­tych­miast jej prze­szło. Bo nie wia­domo skąd, w jej gło­wie za­raz wy­świe­tlił się ob­raz ży­la­stego blon­dasa o oczach po­ety spo­tka­nego na dro­dze w stronę mo­kra­deł. I od razu znów: mo­tylki, dzwo­neczki, ra­do­sne drże­nia. Zu­pełne wa­riac­two.

Pani Hanna, trzeba jej to przy­znać, z po­świę­ce­niem za­jęła się uchodź­cami, któ­rzy za­trzy­my­wali się we dwo­rze. Da­wała im miej­sce do spa­nia, ka­zała kar­mić i poić, opa­try­wać od­pa­rzone stopy. Zo­sia roz­no­siła więc zupę, kawę, za­wi­jała ban­daże i wresz­cie czuła się po­trzebna. Ro­biła coś z sen­sem. Można po­wie­dzieć - dla oj­czy­zny. I na­gle, w ciągu jed­nego so­bot­niego po­ranka, wszystko się zmie­niło.

- Wojna! Han­ni­bal ante por­tas! - z roz­wia­nym wło­sem, nie­do­pię­tym koł­nie­rzy­kiem i urwaną słu­chawką zwi­sa­jącą z ucha wy­bie­gła na po­dwó­rze pani domu.

- Też mi no­wina - burk­nęła Mar­tynka. - Wojnę to mamy już od pół mie­siąca. Zbzi­ko­wała...

- So­wieci na nas ru­szyli! - roz­pa­czała da­lej Hanna. - Nad­cho­dzi czer­wona za­raza!

Przy­gar­bieni, apa­tyczni uchodźcy, któ­rzy szwen­dali się po po­dwórku, od razu od­żyli. Za­częli ener­gicz­nie się pa­ko­wać, wsu­wać sfa­ty­go­wane buty, wią­zać to­bołki. W ciągu go­dziny dwór opu­sto­szał. Wszy­scy za­wró­cili na za­chód. Zo­sia zo­stała. Nie czuła się na si­łach, żeby iść kil­ka­set ki­lo­me­trów pie­chotą do War­szawy. Uznała, że za­czeka na miej­scu na roz­wój wy­pad­ków. A te za­częły to­czyć się szybko. Naj­pierw, pod wie­czór, na pod­jazd wto­czył się po­sza­rzały od ku­rzu fiat pana Hry­nie­wi­cza. Miał wgięty błot­nik i prze­strze­loną szybę.

- Lwów ob­lę­żony. Broni go tro­chę woj­ska, stu­denci i har­ce­rze. Na dro­gach Niemcy. Pod­cho­dzą już na­wet pod Wło­dzi­mierz - wy­rzu­cił z sie­bie ła­mią­cym się gło­sem, za­nim Ma­ciej od­pro­wa­dził go do sa­lonu.

Na­stęp­nie z obory za­częły zni­kać krowy, pro­sięta, a w końcu ktoś ukradł ze strze­żo­nej przez Saszkę stajni dwa ko­nie i ka­rego kuca. Sro­kacz, na szczę­ście, zo­stał. Pew­nie za stary.

- Ukra­ińcy za­czy­nają pod­no­sić łby - wy­ce­dził przez zęby pan domu.

A po­tem przy­szli Ru­scy. Pierwsi, któ­rych zo­ba­czyli - kil­ka­na­ście czoł­gów i dwie cię­ża­rówki - za­trzy­mali się we dwo­rze je­dy­nie na chwilę. Śpie­szyli się, więc tylko na­pchali do tan­ków bu­telki wę­grzyna z piw­nicy i po­łcie szynki ze spi­żarni, z wdzięcz­no­ścią przy­jęli kwiaty, chleb i sól od wi­ta­ją­cej ich ku­charki Andźki, spo­licz­ko­wali pa­nią Hannę i wrzu­cili gra­nat do fiata. Na­stępni jed­nak to byli pie­chu­rzy. Nad­cią­gnęli w tu­ma­nie ku­rzu brudni, zzia­jani. W dłu­gich nie­obrę­bio­nych i wy­strzę­pio­nych szy­ne­lach, z ka­ra­bi­nami na sznur­kach. Ci za­trzy­mali się we dwo­rze na dłu­żej. I od razu wpro­wa­dzili swoje rządy. Pań­stwa Hry­nie­wi­czów wraz z Mar­cy­sią, He­niem i Sta­siem za­mknęli w po­koju. Tym sa­mym, w któ­rym za swo­ich lep­szych cza­sów miesz­kała Zo­sia. Po­tem wy­chlali resztę za­war­to­ści piw­niczki, roz­pa­lili w parku przed dwo­rem ogni­sko z dzie­więt­na­sto­wiecz­nych wo­lu­mi­nów wy­rzu­co­nych z bi­blio­teki, wy­bili wszyst­kie szyby i urżnęli kupę na scho­dach. Dla żartu za­strze­lili Bacę, a po­tem pró­bo­wali zgwał­cić Mar­tynkę, ale byli tak uchlani, że dziew­czy­nie udało się uciec w pola. Roz­cza­ro­wani i wście­kli za­cią­gnęli więc do sa­lonu Andźkę. Długo sły­chać było stam­tąd jej roz­pacz­liwe krzyki.

Zo­sia, na ra­zie w miarę bez­pieczna w domku dla służby, ob­ser­wo­wała te sceny ukryta za jed­nym z owo­co­wych drze­wek. Stru­chlała z prze­ra­że­nia. Współ­czuła Hry­nie­wi­czom, pła­kała nad lo­sem Andźki i psa, ale czuła się bez­radna. Do­tarło do niej, że nikt i nic nie bę­dzie w sta­nie oca­lić jej przed żoł­da­kami. Pod wie­czór wró­ciła do swo­jego domku. Była tam sama, nie li­cząc stru­chla­łego ze stra­chu Ma­cieja. Cała służba ucie­kła do swo­ich do­mów w po­bli­skiej wsi. Ona nie miała do­kąd uciec. O pół­nocy, z czuj­nego le­targu wy­rwało ją ło­mo­ta­nie do drzwi.

- Otkry­waj dwieri! - ry­czał na ze­wnątrz za­chryp­nięty głos. A po­tem znów ło­mo­ta­nie i... drzwi pu­ściły. Choć trzę­sła się ze stra­chu, po­sta­no­wiła, że - pal li­cho, i tak bę­dzie, co ma być - więc nie chce, żeby tamci do­pa­dli ją sku­loną pod łóż­kiem. Je­śli umie­rać, to na sto­jąco. I wy­szła do sieni. Stał w niej czer­wo­no­ar­mi­sta. Był pi­jany. Na ra­mie­niu ka­ra­bin z na­dzia­nym ba­gne­tem. Na jej wi­dok roz­bły­sły mu oczy.

- Wot ka­kaja kra­sa­wica! - uśmiech­nął się wy­szczer­bio­nymi przez szkor­but dzią­słami. I się­gnął do jej dłu­gich wło­sów. Cof­nęła się o krok, a on po­dą­żył za nią. Co­fała się więc da­lej. Aż za ple­cami po­czuła za­mknięte przez Ma­cieja drzwi kuchni. Tam­ten uśmiech­nął się jesz­cze sze­rzej. Ka­ra­bin oparł o ścianę i za­czął od­pi­nać gu­ziki płasz­cza. Zo­się ob­lała fala go­rąca. Umrzeć, do­brze. Ale nie tak! I wtedy drzwi za jej ple­cami drgnęły. W zamku za­chro­bo­tał klucz. Skrzyp­nię­cie i już za­częły się otwie­rać. Na­stępny Ro­sja­nin? Zo­sia prze­su­nęła się w bok, do ściany. Przy­warła do niej jak huba do drzewa. Tym­cza­sem szpara w drzwiach po­więk­szyła się i miękko wsu­nął się w nią... blon­dyn spo­tkany w dro­dze od szep­tu­chy! Jej serce za­ło­po­tało. Może jesz­cze była na­dzieja? Nie. Chło­pak nie miał ze sobą żad­nej broni. Tylko to swoje spoj­rze­nie. Me­lan­cho­lijne, na­iwne. A So­wiet już zdą­żył chwy­cić ka­ra­bin i wy­ce­lo­wać mu w pierś. Wszystko na nic...

- Zo­staw ją - nie­spo­dzie­wa­nie twar­dym gło­sem zwró­cił się do bol­sze­wika blon­dyn. - To moja żona.

- Żena? - prych­nął żoł­dak, a po ko­ry­ta­rzu ro­ze­szła się woń czosnku i nie­prze­tra­wio­nej wódki. - I szto eto ta­koje? Ja ti­bia ubiju, a etoj cha­ziajku...

- Nie! - prze­rwał mu, za­sła­nia­jąc ją swoim dłu­gim i chu­dym cia­łem. - Nie zro­bisz tego!

- Niet? - Ro­sja­nin uniósł nieco wy­żej wy­ce­lo­wany ka­ra­bin.

- Nie.

Prze­ła­do­wał.

- Nie.

Po­woli przy­tknął czu­bek ba­gnetu do jego piersi. Blon­dyn jed­nak na­wet nie drgnął. Tam­ten za­czął na­ci­skać.

- Nie.

Wi­dząc to, mózg Zosi na­resz­cie się od­blo­ko­wał. Mu­siała dzia­łać. Na­tych­miast!

- W ko­mórce za do­mem są jesz­cze trzy beczki piwa - wy­rzu­ciła z sie­bie. - Zo­stały z do­ży­nek. Niech pan so­bie je weź­mie.

Ro­sja­nin łyp­nął na nią złym, prze­krwio­nym spoj­rze­niem.

- Piwo? - upew­nił się.

Szybko po­ki­wała głową.

- Trzy beczki.

Kra­sno­ar­mie­jec na­dal się wa­hał. Na jego twa­rzy można było nie­mal wy­czy­tać cały tok my­śle­nia: tu­taj z dziew­czyną nie pój­dzie ła­two, a tam czeka schło­dzone piwo. Co wy­brać? Je­śli za­strzeli sto­ją­cego mu na dro­dze mu­żyka, a do tego jesz­cze baba na­robi wrza­sku, zleci się tu­taj cały pułk. I ani z cha­ziajką so­bie nie po­używa, ani gęby w pi­wie nie umo­czy.

- Le­piej się po­spiesz - nad­spo­dzie­wa­nie spo­koj­nym gło­sem ode­zwał się blon­dyn. - Twoi to­wa­rzy­sze mogą tam do­trzeć przed tobą...

To były wła­ściwe słowa. Żoł­nierz się cof­nął, ostatni raz zmie­rzył ich wzro­kiem, a po­tem opu­ścił ka­ra­bin i cięż­kim kro­kiem wy­szedł na ze­wnątrz.

- Szybko! Do stajni! - blon­dyn do­sko­czył do niej, jed­nym su­sem chwy­ta­jąc ją za ra­miona. - Mam na­dzieję, że cho­ciaż koni nie po­za­bi­jali.

Ru­szyli truch­tem, czuj­nie roz­glą­da­jąc się na boki. Tu i tam, pod dziu­ra­wymi ko­cami, spali ra­dzieccy żoł­nie­rze. Pod oknem po­koju, w któ­rym za­mknięto Hry­nie­wi­czów, straż­nik ćmił pa­pie­rosa. Ale stajni nikt nie pil­no­wał. W środku był prze­cież tylko stary sro­kacz. Ra­do­śnie za­rżał na jej wi­dok.

- Po­je­dziemy nim ra­zem - za­de­cy­do­wała Zo­sia.

- Nie. Ten koń nie po­nie­sie dwóch osób.

- No to oboje ucie­kajmy na pie­chotę.

- Non­sens - po­wie­dział, wrzu­ca­jąc na koń­ski grzbiet sio­dło, a po­tem spraw­nie do­ci­ska­jąc po­pręgi. - Ty jedź. Ja so­bie po­ra­dzę.

- Nie.

- Tak - w jego gło­sie za­brzmiała twarda nuta. - Wsia­daj i od razu ga­lo­pem. Do domu szep­tu­chy. Tam cię nie będą szu­kać.

- A ty?

- Wra­cam do od­działu.

- Je­steś żoł­nie­rzem?

- By­łem. W Kor­pu­sie Ochrony Po­gra­ni­cza. Ru­scy nas roz­bili. Ale nie po­wie­dzie­li­śmy jesz­cze ostat­niego słowa.

- Chcę iść z wami.

- Nie - znowu ta twarda od­mowa. - Ru­szaj.

Chwy­cił ją za ko­lano i pod­sa­dził do sio­dła. Do­piero z wy­so­ko­ści koń­skiego grzbietu, w świe­tle do­pa­la­ją­cego się przed dwo­rem ogni­ska, zo­ba­czyła na jego bia­łej ko­szuli plamkę krwi. Na wy­so­ko­ści serca. Tam, gdzie na­parł na niego ro­syj­ski ba­gnet.

- Je­steś ranny.

- Daj spo­kój. Jedź.

- Zo­ba­czymy się jesz­cze?

- Szyb­ciej niż my­ślisz - od­po­wie­dział, a po­tem mocno klep­nął sro­ka­cza w zad. Koń za­rżał, sta­nął dęba, a po­tem po­szedł! Cwa­łem w ciemną noc.

WIO­SNA 1943

1

Rana wy­glą­dała źle. A ra­czej dwie rany. Z przodu, tuż nad sut­kiem. Wiel­ko­ści gro­szo­wej mo­nety. I z tyłu, za­raz po­ni­żej ło­patki, dwa razy więk­sza. Nie trzeba było dok­to­ratu z me­dy­cyny, żeby do­my­ślić się, jak po­wstały. Kula ka­ra­bi­nowa ude­rzyła w prawą pierś, prze­szła przez tu­łów i wy­szła ple­cami. Je­dyna po­cie­cha, że nie ugrzę­zła w płucu. Wtedy nie oby­łoby się bez ope­ra­cji. A za­bieg w szpi­talu ozna­czał dla Witka prze­słu­cha­nie i śmierć. Ge­stapo tylko cze­kało...

Zo­sia była prze­ra­żona. Nikt, ni­gdy nie przy­go­to­wy­wał jej do ta­kiej sy­tu­acji. Była z ran­nym sama (nie li­cząc, rzecz ja­sna, jej trzy­let­niej Wan­dzi), wo­kół pust­ko­wie i śnieg po pas, zni­kąd po­mocy. Par­ty­zanci tylko przy­wieźli go do jej chaty na sa­niach, za­ło­mo­tali w drzwi, zo­sta­wili i po­szli.

"Była wsypa" - rzu­cił na od­chod­nym je­den z nich.

Ła­cina, tro­chę greki i pod­stawy staro-cer­kiewno-sło­wiań­skiego, które po­znała na stu­diach, nie na wiele mo­gły się jej przy­dać. Bar­dziej uży­teczny był kurs PCK, który ukoń­czyła jesz­cze w li­ceum. No i zna­jo­mość ziół - to z ko­lei za­sługa Jadźki, u któ­rej miesz­kała od czasu ucieczki ze dworu przed trzema laty. Jadźka... Na wspo­mnie­nie sta­ruszki Zo­sia po­czuła ukłu­cie w sercu. Po­ko­chała ją jak ko­goś z naj­bliż­szej ro­dziny. Przy­da­łaby się te­raz. Wie­dzia­łaby, co ro­bić. Tyle że umarła za­raz po No­wym Roku, po­nad mie­siąc temu. Przez tyle lat przy­jeż­dżali do niej lu­dzie z Wierz­bowa, Cho­tia­czowa, No­wo­sió­łek, a na­wet od­le­głego Wło­dzi­mie­rza. Z gu­zami, su­cho­tami, uda­rami i nie­do­wła­dami. Nie­jed­nemu z nich po­mo­gła. A sama zmarła na głu­pią, zba­ga­te­li­zo­waną grypę.

- To tylko mo­dli­twy - wy­dy­szała pod sam ko­niec, kiedy już oba płuca po­de­szły jej wodą i mu­siała wal­czyć o każdy wdech.

- Mo­dli­twy? Ja­kie mo­dli­twy? - nie zro­zu­miała Zo­sia.

- Pa­mię­tasz? Jak się pierw­szy raz spo­tka­ły­śmy. Spy­ta­łaś, co ja tam so­bie szep­czę - siatka zmarsz­czek na twa­rzy sta­ruszki roz­cią­gnęła się w sła­bym uśmie­chu. - My­śla­łaś pew­nie, że ja­kie bluź­nier­stwa. Za­klę­cia. A to Oj­cze nasz było.

- Marna z cie­bie cza­row­nica.

- Nie wierz w czary. Świat jest pro­sto zbu­do­wany. Na gó­rze Niebo, pod sto­pami Pie­kło. I tylko cza­sem z Nieba spad­nie na Zie­mię kilka okrusz­ków albo z pie­kiel­nej ot­chłani po­wieje smro­dem i syp­nie parę iskier. Le­piej już wie­rzyć w sie­bie.

To były jej ostat­nie słowa.

***

Ostroż­nie do­tknęła jego czoła. Go­rące. Oczy pół­przy­mknięte, nie­przy­tomne, wy­wró­cone biał­kami do góry. Od­dech płytki, ury­wany, sze­lesz­czący. Od­gar­nęła ko­smyk blond wło­sów, tak jak ro­biła to cza­sem, kiedy spo­ty­kali się na łące albo sia­dali pod dę­bem na "ich" po­la­nie. Zwy­kle chwy­tał ją wtedy za rękę, wpa­try­wał się ro­ze­śmia­nymi, mi­go­cą­cymi szczę­ściem oczami, de­li­kat­nie ca­ło­wał dłoń... Te­raz le­żał na łóżku jak kłoda. Wi­tek...

Tam­tego roku, kiedy wy­bu­chła wojna, kiedy Zo­sia schro­niła się u szep­tu­chy, a ma­ją­tek Hry­nie­wi­czów prze­jęła spół­dziel­nia rol­ni­cza pod prze­wod­nic­twem Andźki, Wi­tek po­ja­wił się w jej ży­ciu po raz trzeci już w paź­dzier­niku. Jadźka wy­słała ją aku­rat z dwiema ko­zami do lasu, na po­lanę, któ­rej nie było wi­dać ani od strony dworu, ani z Wierz­bowa. Gdyby ktoś do­niósł ra­dziec­kiej wła­dzy re­pre­zen­to­wa­nej przez daw­nego sta­jen­nego Saszkę, że mają zwie­rzęta, za­raz mi­li­cja przy­szłaby je za­re­kwi­ro­wać. A Zo­sia i Jadźka, wia­domo, jako ku­łacy po­je­cha­łyby na Sy­bir. Tak jak Hry­nie­wi­czo­wie, któ­rych ra­zem z ma­leńką Mar­cy­sią, kil­ku­let­nim He­niem i po­czci­wym Sta­siem, za­pa­ko­wano do by­dlę­cych wa­go­nów jesz­cze we wrze­śniu... No więc tam­tego dnia pa­trzyła, jak kozy sku­bią zbrą­zo­wiałą, je­sienną trawę, kiedy wy­szedł zza drzew. Wy­soki, strze­li­sty, piękny jak nor­dycki bóg. Prze­stra­szyła się - miał na so­bie nie­miecki mun­dur, a za pa­sem pi­sto­let. Ale za­raz go po­znała. Te ja­sne włosy, ta pro­sta syl­we­tka, te oczy...

- Wró­ci­łeś...

Usie­dli wtedy pod roz­ło­ży­stym dę­bem na skraju po­lany. Ota­czał ich ciemny, li­ścia­sty las. Wi­tek roz­ście­lił im swoją bluzę w ko­lo­rze feld­grau z obe­rwa­nymi dys­tynk­cjami i na­cią­gniętą na rę­kaw biało-czer­woną opa­ską z li­te­rami WP. Nie mieli zbyt wiele miej­sca, mu­sieli więc sie­dzieć bli­sko sie­bie. Do­ty­kać się bio­drami i ra­mio­nami. Od tego do­tyku Zo­sia czuła roz­le­wa­jące się po ciele, roz­koszne cie­pło i le­ciut­kie drże­nie. Była ma­ło­mówna i nie­uważna, czuła za to każde jego po­ru­sze­nie, każdy od­dech. Opo­wie­dział jej wtedy co nieco o so­bie. Miał na imię Wi­told. Przed wojną był cze­lad­ni­kiem u ko­wala na przed­mie­ściach Wło­dzi­mie­rza. Miesz­kał ze scho­ro­waną matką. I wła­śnie z jej po­wodu spo­tkali się tam­tego sierp­nio­wego po­ranka na dro­dze do Jadźki. Wi­tek szedł do niej po po­moc, bo le­karz bez­rad­nie roz­kła­dał ręce. Po­ra­to­wać mamę mo­gła tylko szep­tu­cha.

- Do­sze­dłeś do niej na pie­chotę? - zdzi­wiła się.

- Do Wierz­bowa pod­rzu­cili mnie dzień wcze­śniej chłopi wra­ca­jący z targu. Prze­no­co­wa­łem w sto­dole u zna­jo­mych, a o świ­cie ru­szy­łem spa­cer­kiem.

- Ładny spa­ce­rek. Z pięt­na­ście ki­lo­me­trów.

- Kiedy cię zo­ba­czy­łem z da­leka, po­my­śla­łem, że to ru­sałka albo nimfa wy­ła­nia się z mgły. Tuż nad głową mia­łaś kulę ze słońca. Stą­pa­łaś tak lekko. Uśmie­cha­łaś się.

- Jadźka po­mo­gła two­jej ma­mie?

- Dała le­kar­stwo, ale nie zdą­ży­łem na czas. Mama ode­szła, za­nim wró­ci­łem.

- Przy­kro mi... - po­wie­działa, a po­tem za­raz spy­tała go, ja­kim cu­dem trzy ty­go­dnie póź­niej zna­lazł się w domku dla służby, aku­rat wtedy, kiedy po­trze­bo­wała po­mocy. Uśmiech­nął się lekko i za­pa­trzył w drugi ko­niec po­lany. Długo nie od­po­wia­dał. Pod­cią­gnął tycz­ko­wate ko­lana pod brodę i ob­jął je ra­mio­nami. Jak mały chło­piec.

- Wtedy, na dro­dze... - za­czął, gdy stra­ciła już na­dzieję, że w ogóle od­po­wie. - Kiedy na sie­bie spoj­rze­li­śmy... Mia­łem wra­że­nie, jak­by­śmy się w sie­bie za­plą­tali. Tak jak to się cza­sem dzieje z dwoma kłęb­kami włóczki w pu­dełku po cze­ko­lad­kach. Wiesz, jak to jest - nitki okrę­cają się wo­kół sie­bie, two­rzą su­pły. Po­ru­szysz nitkę z jed­nego kłębka, to od razu za­drży drugi. Dla­tego, kiedy się za­czę­łaś bać, ja to po­czu­łem i...

- Prze­stań się wy­głu­piać! - ofuk­nęła go.

- No więc niech ci bę­dzie - na­resz­cie na nią spoj­rzał. - Uznajmy, że chcia­łem cię zo­ba­czyć. Upew­nić się, że nic ci nie grozi. Do­wie­dzia­łem się oczy­wi­ście we wsi, kim je­steś i gdzie miesz­kasz. No i przy­sze­dłem w od­po­wied­nim mo­men­cie. Przy­pa­dek.

- Przy­pa­dek... - po­wtó­rzyła, czu­jąc, że wer­sja ze sple­cio­nymi włócz­kami bar­dziej jej od­po­wiada.

2

Od tam­tej pory spo­ty­kali się co kilka, kil­ka­na­ście ty­go­dni. Zo­sia wy­pa­try­wała go jed­nak co­dzien­nie. Gdy zbie­rała zioła na łące pod la­sem, kiedy szła po wodę do studni z żu­ra­wiem, gdy za­pusz­czała się w las w po­szu­ki­wa­niu grzy­bów. Szu­kała go wzro­kiem w je­sien­nych mgłach, wśród żółk­ną­cych drzew, wy­pa­try­wała w czer­wo­nej kuli to­czą­cego się co­raz ni­żej słońca, wsłu­chi­wała się w jego kroki w szme­rze desz­czu i za­wo­dze­niu wia­tru. Za­wsze po­ja­wiał się bez uprze­dze­nia. O róż­nych po­rach. By­wało, że pu­kał de­li­kat­nie w okienko, wy­wa­bia­jąc ją z chaty wie­czo­rem, albo za­ska­ki­wał o świ­cie, gdy szła wy­doić kozy.

- Mój od­dział musi się stale prze­miesz­czać - tłu­ma­czył, gdy py­tała go, kiedy zo­ba­czą się znów. - NKWD tropi nas jak zwie­rzynę, prze­cze­suje pusz­czę, za­sta­wia za­sadzki. Ni­gdy nie wiemy, co czeka nas ju­tro. Ani gdzie wtedy bę­dziemy. Wy­bacz...

Dzi­wiło ją tro­chę, że ni­gdy nie chciał wejść do chaty szep­tu­chy. Prze­cież Zo­sia wie­działa, że komu, jak komu, ale jej można za­ufać. On jed­nak był czujny jak ści­gany przez charty za­jąc. Mu­siał mieć wo­kół prze­strzeń do ewen­tu­al­nej ucieczki. A w czte­rech ścia­nach po­czułby się ni­czym w po­trza­sku... Tym­cza­sem jej brzuch rósł. Sta­wał się co­raz bar­dziej wi­do­czny. Zo­sia za­sta­na­wiała się, jak mu o tym po­wie­dzieć. Czy mu po­wie­dzieć? W końcu, kim oni dla sie­bie byli? Sia­dy­wali na po­la­nie albo wśród wy­so­kich ze­schłych traw na łące. Naj­pierw na jego blu­zie, po­tem na ko­żuszku. Cza­sem obej­mo­wał ją ra­mie­niem, in­nym ra­zem ba­wił się jej dło­nią, uno­sił ostrożne w swo­ich du­żych łap­skach jej palce do ust, ca­ło­wał ich opuszki. Zda­rzało się, że kła­dła na jego ra­mie­niu głowę, a on gła­dził jej włosy. By­wało, że ca­ło­wał jej kark, od­sło­nięte ra­mię. A może to nie były po­ca­łunki? Może to tylko tchnie­nie jego od­de­chu? Nie była pewna. Zwłasz­cza że sama jego obec­ność, cie­pło ciała, naj­de­li­kat­niej­szy na­wet do­tyk do­pro­wa­dzały ją na skraj eks­tazy. Ni­gdy cze­goś ta­kiego nie czuła! Na­wet tam­tego dnia, kiedy zro­bili to ra­zem z Ada­mem... Wi­tek do­pro­wa­dzał jej ciało do wrze­nia, w któ­rym wszelki roz­są­dek i lo­giczne my­śle­nie roz­ta­piały się w słodką, za­le­wa­jącą mózg me­lasę. Pra­gnęła wię­cej. Roz­pacz­li­wie, dra­pież­nie. Jej usta do­ma­gały się jego po­ca­łun­ków, jej piersi uści­sku jego dłoni. Chciała być bli­sko niego, jak naj­bli­żej. Chciała się sto­pić z tym jego szczu­płym cia­łem w jedno i tak trwać. Nie ro­biła jed­nak nic, by go bar­dziej ośmie­lić. Nie miała od­wagi. Bo prze­cież no­siła w swoim brzu­chu se­kret, wsty­dliwą ta­jem­nicę, która mo­głaby go spło­szyć na za­wsze. Uch, były chwile, że szcze­rze nie­na­wi­dziła tego dziecka. No i mil­czała, choć od środka pa­lił ją ja­sny pło­mień. Kim więc dla sie­bie byli? Parą ko­chan­ków czy bli­skimi przy­ja­ciółmi? Ludźmi, któ­rzy idą ra­mię w ra­mię ka­wa­łek drogi przez ży­cie, a po­tem skrę­cają w dwóch róż­nych kie­run­kach? A może parą, którą na za­wsze po­łą­czyło prze­zna­cze­nie? Nie wie­działa.

Pew­nej gru­dnio­wej nocy, tuż przed świę­tami Bo­żego Na­ro­dze­nia, na­mó­wiła go jed­nak, żeby wszedł do środka. Jadźka już spała zwi­nięta w kłę­bek na mu­ro­wa­nym piecu, a oni przy­sie­dli w sieni. Nic nie mó­wiąc, ocie­rała jego twarz i włosy z ta­ją­cych dro­bi­nek śniegu - na ze­wnątrz sza­lała za­mieć. Jej palce do­ty­kały jego po­licz­ków, brwi, mo­krych ko­smy­ków wło­sów, ust. W pew­nym mo­men­cie Wi­tek do­tknął jej brzu­cha. Wnę­trzem dłoni prze­su­nął po jego za­ry­so­wu­ją­cej się krą­gło­ści. Spoj­rzał w oczy py­ta­jąco. Kiw­nęła głową, czu­jąc, że bra­kuje jej tchu. A więc na­de­szła ta chwila... Co da­lej? Za­marła w ocze­ki­wa­niu. Uśmiech­nął się wtedy. Tak jak to on - sa­mymi ką­ci­kami ust i nie­bie­skimi oczami. A po­tem schy­lił się i przy­warł do jej ta­lii, jakby tam cze­goś na­słu­chi­wał. Po­woli, stop­niowo, przez grube sploty swe­tra, po­czuła bi­jące od niego cie­pło. I na­gle... Tak, nie my­liła się. Jej dziecko się po­ru­szyło! Czy i on to po­czuł? Nie spy­tała. Sie­działa tylko nie­ru­chomo, a po jej twa­rzy nie­prze­rwa­nie pły­nęły łzy. Chyba ni­gdy w ży­ciu nie była taka szczę­śliwa. Ta jedna chwila wy­le­czyła ją z nie­na­wi­ści. Miała zo­stać matką, dać nowe ży­cie bez­bron­nej kru­szy­nie, która ko­pała ją po ner­kach, krę­go­słu­pie i pę­che­rzu. Żyła. Na­gle Zo­sia po­czuła, że to jed­nak jest coś warte. Że to nie tylko kło­pot i wstyd, ale też po­wód do dumy. Pa­trzyła więc na swój po­dry­gu­jący brzuch, za­sta­na­wia­jąc się, ja­kie ono bę­dzie? Kim bę­dzie? Od­da­łaby wszystko, żeby wiej­skie za­bo­bony o "za­pa­trze­niu się" matki na in­nego męż­czy­znę niż ten, który dał ży­cie, były praw­dziwe. Żeby to ma­leń­stwo nie przy­po­mi­nało Adama, ale Witka.

Wan­dzia przy­szła na świat zgod­nie z pla­nem - wio­sną. Po­ród przy­jęła Jadźka. Spo­koj­nie, fa­chowo - dla niej to była nor­malka. Dziew­czynka była zdrowa i od­ży­wiona. Pięk­nie ssała pierś i przy­bie­rała na wa­dze. Wy­glą­dała tak pięk­nie! Po­ka­zała mu ją pod ko­niec maja. Na kwit­ną­cej, za­la­nej słoń­cem łące, wy­peł­nio­nej brzę­cze­niem psz­czół i ro­ze­dr­ga­nej ude­rze­niami skrzy­deł mo­tyli. Uło­żył ją na przed­ra­mie­niu, po­bu­jał. Pod bez­kre­sną ko­pułą nieba długo wpa­try­wał się w ma­leńką twa­rzyczkę.

- Mógł­bym mieć taką có­reczkę - uśmiech­nął się.

- Mo­żesz mieć... - szep­nęła, dzi­wiąc się swo­jej od­wa­dze. Uniósł głowę, po­pa­trzył na nią uważ­nie, a ona spło­nęła ru­mień­cem. A po­tem, z dziec­kiem wciąż trzy­ma­nym na ra­mie­niu, na­chy­lił się i po raz pierw­szy ją po­ca­ło­wał. Na­resz­cie! Za­drżała z roz­ko­szy, roz­chy­liła usta. I wtedy ma­leńka za­kwi­liła. Od­sko­czyli od sie­bie, jak opa­rzeni. Wan­dzia uci­chła.

- Nie­grzeczna smar­kula! - za­żar­to­wał, uda­jąc, że się gniewa.

Se­kundę póź­niej oboje wy­bu­chli śmie­chem. Nie­po­ha­mo­wa­nym, gło­śnym, wy­ci­ska­ją­cym z oczu ostat­nie łzy i ostatni dech z piersi. Za­no­sili się nim stąd aż do Wierz­bowa. Jakby wy­rzu­cali z sie­bie długo tłu­mione emo­cje, do któ­rych przez tyle mie­sięcy nie mieli od­wagi przy­znać się sami przed sobą. Od tego czasu Wi­tek by­wał u niej czę­ściej. Już nie bał się wcho­dzić do domu, prze­stał ukry­wać się przed Jadźką. Szep­tu­cha zresztą za­cho­wy­wała się wo­bec niego bar­dzo sub­tel­nie. Po­zo­sta­wiała im jak naj­wię­cej swo­body, nie­mal uda­wała, że ich nie do­strzega. Sia­dali więc so­bie w ką­cie, cie­szyli się swoją bli­sko­ścią, na pod­ło­dze racz­ko­wała Wan­dzia. Była taka po­cieszna, bez­bronna, nie­świa­doma tra­ge­dii roz­gry­wa­ją­cej się za­raz za łą­kami. Pa­trzyli na nią, śmiali się, znów pa­trzyli. Mo­gliby tak prze­sie­dzieć cały dzień, ale prę­dzej czy póź­niej szep­tu­cha zwra­cała się do Zosi sło­wami:

- No, dość już tego wa­riac­twa, do ja­kiej ro­boty byś się wresz­cie za­brała!

Wit­kowi nie trzeba było po­wta­rzać dwa razy ta­kiej alu­zji. Od razu zry­wał się na równe nogi, strze­lał ob­ca­sami, brał czapkę z kołka i zni­kał. Cza­sami spo­ty­kali się też na ich po­la­nie. By­wało, że Zo­sia przy­cho­dziła tam bez dziecka. Do­ty­kali się wtedy drżą­cymi dłońmi, ca­ło­wali do utraty tchu, błą­dzili pal­cami po za­ka­mar­kach swo­ich ciał. Kiedy Wi­tek mu­skał ustami jej na­gie piersi, kiedy prze­su­wał pal­cami po wnę­trzu jej ud, albo przy­tu­lał roz­grzaną twarz do od­sło­nię­tego brzu­cha, czuła, jak w jej gło­wie eks­plo­dują gwiazdy. Nie mo­gła po­wstrzy­mać wes­tchnień, bez­wied­nie wy­gi­nała się w łuk i już wie­działa, że za­raz na­dej­dzie ta chwila, kiedy rze­czy­wi­stość roz­pad­nie się na atomy, a wszyst­kim, co z niej zo­sta­nie, bę­dzie jego do­tyk, jego szept, jego od­dech. I ta roz­koszna kon­wul­sja. Tam, w środku niej. Nad­cho­dząca po­woli, na­ra­sta­jąca, a po­tem gwał­towna, nisz­czy­ciel­ska jak trzę­sie­nie ziemi albo wy­buch wul­kanu. Ni­gdy, prze­ni­gdy wcze­śniej nie spo­dzie­wała się, że można coś ta­kiego prze­ży­wać.

Prze­szła je­sień i zima, na­de­szła i skoń­czyła się ko­lejna wio­sna. Na­stał czer­wiec 1941 roku, gdy na nie­bie zo­ba­czyła roje sa­mo­lo­tów, a nie­długo póź­niej, w od­dali roz­brzmiał huk ar­mat. Jesz­cze póź­niej nad­je­chały czołgi z czar­nymi krzy­żami na pan­cer­zach. Była wtedy aku­rat w Wierz­bo­wie, Jadźka wy­słała ją do Ma­cieja, który tam te­raz miesz­kał, z ja­ki­miś lecz­ni­czymi mik­stu­rami. Niemcy je­chali w tu­ma­nach ku­rzu. Nie­prze­rwa­nie. Nie­któ­rzy miesz­kańcy wsi pa­trzyli na nich w mil­cze­niu, inni - na przy­kład Andźka - ma­chali do nich i rzu­cali pod gą­sie­nice kwiaty.

- Roz­wią­zu­jemy od­dział. Na ra­zie - oznaj­mił jej tego sa­mego dnia po po­łu­dniu Wi­tek. - Mu­simy się przy­czaić, zo­ba­czyć, jak bę­dzie. Mnie prze­rzu­cają do Wło­dzi­mie­rza. Mam znowu pra­co­wać tam jako ko­wal. I ob­ser­wo­wać. Li­czyć. Ogar­niać, ilu ich jest, jaki mają sprzęt, co ro­bią.

- Po co? - spy­tała, czu­jąc, jak za­miera jej serce. Wło­dzi­mierz był od­da­lony o kil­ka­dzie­siąt ki­lo­me­trów...

- Ra­porty bę­dziemy skła­dać drogą ra­diową do Lon­dynu. Cze­kają tam na nie.

- My?

- Jest nas wielu. Na­prawdę dużo. Wię­cej niż my­ślisz.

- Chcę się przy­łą­czyć.

- Nie. Ty mu­sisz za­jąć się na­szym dziec­kiem.

"Na­szym dziec­kiem". Tak po­wie­dział. Ze ści­śnię­tym gar­dłem, mocno go uści­skała za te słowa.

- Bę­dziemy się te­raz wi­dy­wać dużo rza­dziej.

Tylko po­ki­wała głową. O tym, żeby wró­cić do War­szawy - te­raz, gdy całą Pol­skę opa­no­wali Niemcy - na­wet nie po­my­ślała. Chciała być bli­sko niego. Cze­kała.

***

A te­raz le­żał w jej łóżku, z obu ran są­czyła się krew. Przy­ło­żyła ucho do jego piersi. Z le­wej strony płuco wciąż pra­co­wało. Biło serce. Z pra­wej - ci­sza. Płuco za­pa­dło się i za­mil­kło. Wi­tek był w cięż­kim sta­nie. Przy­wo­łu­jąc z pa­mięci wszystko, czego na­uczyła ją Jadźka, za­częła go pie­lę­gno­wać. Po pierw­sze, opa­trunki na rany. Wy­go­to­wała szmatki z ser­we­tek, a póź­niej na­mo­czyła je w schło­dzo­nym i od­ce­dzo­nym na­pa­rze z mie­sza­niny ziół: po­krzywy, szał­wii, po­ziew­nika i dziu­rawca. Ta­kie kom­presy przy­kła­dała mu do ran i ban­da­żo­wała po­dar­tym w pasy prze­ście­ra­dłem. Prze­ciw go­rączce po­iła go her­batką ze zło­tego rde­stu. A kiedy ję­czał z bólu - na­pa­rem z bia­łej wierzby i zło­cie­nia.

Wi­tek ja­koś prze­żył pierw­szą noc. Rano od­zy­skał na­wet na chwilę przy­tom­ność. Po­znał ją, uśmiech­nął się blado.

- To ty. Na­resz­cie... - wy­sa­pał. A po­tem tem­pe­ra­tura sko­czyła mu tak, że za­czął bre­dzić w ma­li­gnie. Beł­ko­tał coś o strze­la­niu do kon­fi­den­tów, pod­kła­da­niu ła­dun­ków wy­bu­cho­wych pod ko­le­jowe tory i uciecz­kach przed Niem­cami. Zo­sia słu­chała tego stru­chlała. Zro­zu­miała, że jej ko­cha­nek, jej mi­łość ży­cia, męż­czy­zna o oczach ma­rzy­ciela - za­bi­jał. Strze­lał do lu­dzi. Oczy­wi­ście, byli to wro­go­wie. Ale i tak mo­gła so­bie wy­obra­zić, jak on przez to cier­piał. Znała go jak nikt. Wie­działa, że jest ła­godny, de­li­katny, nie z tego świata. Jak straszna to wojna, że zmu­sza po­etów, by stali się za­bój­cami... Po trzech dniach tem­pe­ra­tura spa­dła, a Wi­tek wy­pił parę ły­że­czek bu­lionu. Rana na piersi też wy­glą­dała le­piej. Zo­sia po­sma­ro­wała ją więc ma­ścią na lep­sze go­je­nie - wy­mie­szała pół­to­rej ły­żeczki jo­dyny z pół szklanki cu­kru, dwiema łyż­kami le­śnego miodu i łyżką skon­den­so­wa­nego na­paru z ży­wo­ko­stu. Cztery razy dzien­nie zmie­niała mu opa­trunki, prze­my­wała, po­iła i kar­miła bu­lio­nem, a po­tem chle­bem. Pod ko­niec lu­tego po przy­ło­że­niu ucha do jego pra­wego boku usły­szała le­ciutki szmer. Dru­gie płuco pod­jęło pracę!

Przez cały ten czas Wan­dzia, która już cał­kiem do­brze mó­wiła, była sprytna i po­mocna - pa­trzyła to na nią, to na Witka wiel­kimi, zdu­mio­nymi oczami. W ręku trzy­mała drew­nia­nego ko­nika, któ­rego wy­stru­gał jej dawno temu. To była jej ulu­biona za­bawka. Tłu­ma­cze­nie có­reczce, że ten pan w łóżku, to wu­jek, któ­rego wi­działa ostatni raz jako nieco po­nad­roczna dziew­czynka, nie miało sensu. I tak go nie pa­mię­tała. Nic. Na wy­ja­śnie­nia przyj­dzie jesz­cze czas. A tym­cza­sem po pro­stu mocno ją przy­tu­lała, gła­skała po wło­sach, szep­tała do ucha. Wi­tek na­to­miast szybko wra­cał do zdro­wia. Gdzieś na po­czątku marca sta­nął na­wet na nogi i zro­bił parę kro­ków. Był co­raz sil­niej­szy, rwał się do za­jęć do­mo­wych. Wy­mu­sił na Zosi, żeby wto­czyła do izby pie­niek, przy­nio­sła sie­kierę i po­zwo­liła mu rą­bać szczapki na opał. Zja­dał już ta­lerz ka­szy dzien­nie i dwa jajka. Łap­czy­wie wy­pi­jał ro­sół.

W po­ło­wie mie­siąca do chaty przy­bie­gła Mar­tynka, dawna słu­żąca ze dworu, która te­raz miesz­kała w Wierz­bo­wie.

- Uwa­żaj - po­wie­działa, nie wcho­dząc na­wet do środka. - Coś się dzieje.

- Coś wię­cej niż wojna? - uśmiech­nęła się blado Zo­sia.

- Tak - z pełną po­wagą przy­tak­nęła Mar­tyna. - Ukra­ińcy po­do­bno szy­kują się na Po­la­ków. Niemcy nie mają te­raz głowy, żeby ich pil­no­wać. Ru­scy mocno na­pie­rają na fron­cie. Nie­dawno ucie­kli do lasu wszy­scy po­li­cjanci z ukra­iń­skiej po­li­cji. Ci, co rok temu Ży­dów z getta we Wło­dzi­mie­rzu po­ma­gali roz­strze­li­wać. Saszka też. Wal­czą te­raz prze­ciw Niem­com, zo­stali par­ty­zan­tami. Ale prawda jest taka, że to nas, Po­la­ków, będą po­noć mor­do­wać.

Po­dzię­ko­wała grzecz­nie za ostrze­że­nie i wró­ciła do chaty. Nie po­wie­działa nic Wit­kowi. Po co? I tak nie miał siły, żeby gdzie­kol­wiek ucie­kać. A na­wet gdyby, to gdzie? We Wło­dzi­mie­rzu był prze­cież spa­lony. W pusz­czy, na mo­kra­dłach, nie prze­żyłby ty­go­dnia. Wie­czo­rem, jak zwy­kle, uśpiła ko­ły­sanką Wan­dzię w jej po­sła­niu roz­ło­żo­nym na piecu, wy­ca­ło­wała oba pu­co­ło­wate po­liczki, ze wzru­sze­niem po­słu­chała jej rów­nego od­de­chu. Na­stęp­nie zmie­niła opa­tru­nek Wit­kowi, ob­myła go, prze­brała. Wła­śnie sama szy­ko­wała się do snu, gdy drzwi chaty wpa­dły na­gle do środka ra­zem z fu­tryną. Nie opadł jesz­cze kurz, a w izbie już po­ja­wiły się cztery odziane w ko­żu­chy i fu­trzane czapy po­sta­cie. Męż­czyźni o po­nu­rych, za­cię­tych twa­rzach. Po­znała jed­nego z nich - to był Saszka. Z wy­rostka, któ­rego pa­mię­tała z roku 1939, prze­isto­czył się w wiel­kiego chłopa o sze­ro­kiej, na­la­nej twa­rzy. W ręku trzy­mał sierp.

- Bę­dziem cię te­raz re­zać, pol­ska suko - oznaj­mił.

O krok za nim znie­ru­cho­mieli trzej jego to­wa­rzy­sze. Ja­kiś czter­dzie­sto­letni na oko, ma­sywny drą­gal o krzy­wym, wie­lo­krot­nie ła­ma­nym no­sie. I drugi, zu­peł­nie ni­jaki. I jesz­cze trzeci - ja­kiś wy­ro­stek. Stali i cze­kali, aż do­trze do niej nie­uchronna prawda, że to już ko­niec. Na­pa­wali się jej stra­chem. Nie pa­trzyli w stronę łóżka, na któ­rym - za­grze­bany po czu­bek głowy pod pie­rzyną - spo­czy­wał Wi­tek. To do­brze. Może cho­ciaż on oca­leje... Wtedy do jej bio­der przy­pa­dła Wan­dzia. Przez jej pi­żamkę oraz gruby ma­te­riał swo­jej sukni po­czuła, jak szybko bije dzie­cięce ser­duszko. Jej cu­do­wna dziew­czynka. Ko­chana cór­cia. Na­gle po­czuła, że nie chce umie­rać. Nie może. Musi oca­lić to bez­bronne ma­leń­stwo. Serce, które ka­zało Zosi od­waż­nie pa­trzeć opraw­com w oczy, na­gle zmię­kło, sfla­czało.

- Da­ruj­cie, cho­ciaż mo­jemu dziecku - szep­nęła. - Bła­gam.

Tamci tylko się uśmiech­nęli. Saszka po­ki­wał prze­cząco głową.

- Bę­dziem re­zać cie­bie i two­jego czar­ciego bę­karta. Pań­ski po­miot...

- Pro­szę... - szep­nęła jesz­cze ci­szej. - Małą zo­staw­cie. Zro­bię... Zro­bię wszystko, co chce­cie.

W jej gło­wie ga­lo­po­wały my­śli. Jak spło­szone ko­nie. Co ro­bić? Jak ich za­trzy­mać? Co ro­bić, do dia­bła?

Na­gle, ką­tem oka, do­strze­gła ja­kiś ruch. Na łóżku, pod pie­rzyną. Wi­tek. Po­woli, jak naj­ci­szej, za­czął się z niego pod­no­sić. Tylko po co? Był słaby, jak dziecko. Żeby ra­zem z nią zgi­nąć? Fa­cet ze zła­ma­nym no­sem chra­pli­wie się ro­ze­śmiał. W jego ślady po­szli po­zo­stali. Re­cho­tali przez chwilę, ale ich oczy cią­gle pa­trzyły pro­sto na Zo­się.

- Nie! - od­po­wie­dział w końcu Saszka, a śmie­chy za jego ple­cami na­tych­miast ustały. - Nie masz nic, czego by­łoby nam po­trzeba.

I, uno­sząc sierp, po­stą­pił krok ku niej.

- Naj­pierw ba­chor - za­de­cy­do­wał, prze­no­sząc spoj­rze­nie na Wan­dzię.

My­śli w gło­wie Zosi eks­plo­do­wały. Ni­gdy wcze­śniej nie bie­gły po zwo­jach jej mó­zgu tak szybko. W jed­nej se­kun­dzie za­re­je­stro­wała kilka fak­tów. Wy­pro­sto­wany, sto­jący za ple­cami tam­tych Wi­tek. Sie­kiera le­żąca przy kuchni, le­d­wie pół me­tra od niej. Saszka wy­cią­ga­jący łap­ska po jej ma­leńką... Za­dzia­łała in­stynk­tow­nie. Szyb­ciej niż za­ję­łoby jej uło­że­nie w gło­wie tego planu. Ode­pchnęła za sie­bie córkę, chwy­ciła sie­kierę i sze­ro­kim łu­kiem rzu­ciła ją w stronę Witka. Pac! Twarda rę­ko­jeść wy­lą­do­wała równo w jego sze­ro­kiej dłoni ko­wala. Tamci za­mru­gali za­sko­czeni, a po­tem za­częli się od­wra­cać. Za późno. Ich ru­chy były wolne i ospałe w po­rów­na­niu z bły­ska­wiczną re­ak­cją Witka. Jed­nym sko­kiem zna­lazł się przy Saszce. Jego ręka, samą tylko ener­gią nad­garstka, za­krę­ciła sie­kierą cia­sny łuk. Ostrze, z głu­chym chrup­nię­ciem, roz­pła­tało mu cze­rep. Na pod­łogę chlu­snęła ja­sna krew i ciem­no­czer­wona, ga­la­re­to­wata klu­cha. Jego mózg. Dwaj sto­jący bli­żej drzwi męż­czyźni za­marli z prze­ra­że­nia. Re­zonu jed­nak nie stra­cił ten ze zła­ma­nym no­sem. On też ści­skał w niedź­wie­dzich łap­skach sie­kierę. Ciało Saszki nie osu­nęło się jesz­cze na zie­mię, a ten już zdą­żył wziąć sze­roki za­mach. Wi­tek był jed­nak jesz­cze szyb­szy. Pchnął go pro­sto w twarz sty­li­skiem. Szybki i krótki, ale przez to nie­zbyt silny cios. Trzo­nek sie­kiery zła­mał Ukra­iń­cowi nos. Cięż­kie kro­ple ciem­nej ju­chy strze­liły wkoło, ale męż­czy­zna oka­zał się twar­dym prze­ciw­ni­kiem. Za­chwiał się, stęk­nął, lecz nie upadł. Nie za­trzy­mał też ręki. Jego ude­rze­nie stra­ciło jed­nak tempo i im­pet. Wi­tek z ła­two­ścią się przed nim uchy­lił, wy­krę­cił, zwi­nął sam w so­bie i - bio­rąc za­mach ca­łym ra­mie­niem, aż z barku - ciął tam­tego sze­roko, ce­lu­jąc w szyję. Plask! Na czer­woną od krwi pod­łogę upa­dła od­cięta głowa. W ślad za nią zwa­liło się wiel­kie ciel­sko. Dwa trupy. Na ten wi­dok, dwaj po­zo­stali przy ży­ciu na­past­nicy w końcu się prze­bu­dzili. I rzu­cili do pa­nicz­nej ucieczki. Prze­py­cha­jąc się je­den przed dru­gim, do­pa­dli do drzwi, ale - po­nie­waż każdy z nich pró­bo­wał wy­do­stać się jako pierw­szy - utknęli w nich na parę se­kund. To wy­star­czyło. Wi­tek sta­nął za nimi na lekko ugię­tych no­gach i ciął dwa razy. Po sko­sie. Z prawa, a po­tem z lewa. Jakby ści­nał drzewo. Krótki sko­wyt i na próg zwa­liły się dwa ko­lejne, wi­jące się w ago­nii ciała. Po ca­łej izbie roz­szedł się słod­kawy za­pach krwi. Przez chwilę sły­chać było czy­jeś przed­śmiertne char­cze­nie, stu­kot buta na drga­ją­cej w ago­nii no­dze. A po­tem za­le­gła ci­sza. Wi­tek upu­ścił sie­kierę i osu­nął się na ko­lana. Pod­parł się dło­nią o pod­łogę. Jego palce nie­mal uto­nęły w czer­wo­nej, błot­ni­stej mazi. Zo­sia, która przez mi­nione pół mi­nuty stała jak słup soli, wresz­cie ożyła. Jed­nym su­sem do­sko­czyła do sku­lo­nej przy piecu Wan­dzi. Dziew­czynka drżała na ca­łym ciele, pa­trzyła na nią wy­ba­łu­szo­nymi oczami, bała się tak, że od­su­wała się na­wet od wła­snej matki. Ale nic jej nie było. Więc do Witka. Wciąż klę­czał, ciężko od­dy­chał. Prze­rzu­ciła jego rękę przez swój kark, po­mo­gła wstać, od­pro­wa­dziła do łóżka. Upadł w po­ściel ciężko, bez­wład­nie. Oczy miał przy­mknięte, od­dech płytki, był blady jak prze­ście­ra­dło. Wło­żyła mu do łóżka nogi, ob­myła stopy i ręce z krwi, prze­tarła czoło.

- Ra­tuj się - wy­sa­pał. - Weź sro­ka­cza i jedź z Wan­dzią do Wierz­bowa. Tam jest Ma­ciej. Po­może.

- Nie zo­sta­wię cię sa­mego.

Z wi­docz­nym tru­dem ode­mknął po­wieki. Uniósł się lekko na po­duszce.

- Mu­sisz oca­lić na­sze dziecko! - po­wie­dział z na­ci­skiem, a po­tem za­padł się bez­wład­nie w łóżko.

Ro­zej­rzała się bez­rad­nie po izbie. W ką­cie sie­działa jej prze­ra­żona kru­szyna. Wi­tek zda­wał się spać. Trupy na­past­ni­ków le­żały w krzep­ną­cej krwi. Tak, nie mogą tu zo­stać. Ze­rwała się na równe nogi, ubrała, po­bie­gła osio­dłać sro­ka­cza. Wró­ciła po trzech mi­nu­tach, zwil­żyła usta Wit­kowi, uło­żyła go wy­god­niej, na­kryła i do­rzu­ciła drew do pieca. Na­stęp­nie, naj­de­li­kat­niej jak mo­gła, ubrała Wan­dzię. Dziew­czynka ci­chutko łkała. Słabo od­py­chała ją od sie­bie. Kiedy w końcu były go­towe, jesz­cze raz przy­pa­dła do le­żą­cego męż­czy­zny.

- Jadę po po­moc - szep­nęła mu pro­sto do ucha. - Wrócę po cie­bie. Przy­się­gam.

W od­po­wie­dzi tylko nie­znacz­nie ski­nął głową.

Wy­nio­sła córkę na mroźne, nocne po­wie­trze, pod­sa­dziła na ko­nia. Kiedy wsia­dała na niego jako druga, sro­kacz stęk­nął i lekko się za­chwiał.

- Wy­trzy­maj, ko­niku, wy­trzy­maj, pro­szę - wy­szep­tała do dłu­giego, cie­płego i ko­sma­tego ucha. Sro­kacz ci­chutko par­sk­nął. Ru­szyli.

Szli stępa przez pola przy­kryte ła­chami zmro­żo­nego śniegu. Koń co­raz czę­ściej się po­ty­kał, jego boki pra­co­wały ni­czym ko­wal­skie mie­chy. Czas wlókł się nie­mi­ło­sier­nie. Noc była piękna, nad ich gło­wami świe­ciły od­le­głe słońca. Spoj­rzała w niebo i zo­ba­czyła spa­da­jącą gwiazdę.

- Że­bym go nie stra­ciła. Żeby moje oczy wi­działy go w go­dzi­nie śmierci mo­jej - po­my­ślała ży­cze­nie.

Spraw­dzała aku­rat, czy zimno nie prze­nik­nęło pod koc, któ­rym otu­liła Wan­dzię, kiedy sro­kacz umarł. Bez skargi, bez ce­re­gieli. Ci­cho osu­nął się na przed­nie nogi, po­tem ugięły się pod nim tylne. Zdą­żyły zsu­nąć się z sio­dła, kiedy prze­wró­cił się na bok. I już go z nimi nie było. Z dziec­kiem na rę­kach cią­żą­cym z każ­dym kro­kiem bar­dziej Zo­sia do­tarła do po­lnej drogi. Jak da­leko do Wierz­bowa? Ro­zej­rzała się po bez­kre­snych, za­la­nych sre­brzy­stym świa­tłem łą­kach. Trudno po­wie­dzieć, ale chyba bę­dzie jesz­cze dru­gie tyle... Uświa­do­miła so­bie, że nie da rady. Brnęła jesz­cze z pół go­dziny, nio­sąc Wan­dzię na zmianę to na le­wym, to pra­wym boku, kiedy zo­ba­czyła zbli­ża­jącą się bryczkę. "Ukra­ińcy!" - roz­bły­sło w jej gło­wie ostrze­że­nie. Nie miała już jed­nak siły ucie­kać. Ani zejść na bok. Osu­nęła się na ko­lana z dziec­kiem przy piersi i cze­kała na wy­rok.

- No, dzięki Bogu, że pa­nienkę zna­la­złem! - kiedy bryczka się zbli­żyła, usły­szała nad sobą głos Ma­cieja. - Jadę po was z Wierz­bowa. Coś się szy­kuje, chyba będą na­szych mor­do­wać. Kiw­nęła głową i smęt­nie się uśmiech­nęła. Coś już o tym wie­działa...

- Ko­nia i wóz po­ży­czyli mi Ho­ło­wy­cze - cią­gnął Ma­ciej, po­ma­ga­jąc im wsiąść do bryki.

- Ho­ło­wy­cze? To Ukra­ińcy!

- I co z tego? To do­brzy lu­dzie. Nie wszy­scy Ukra­ińcy po­pie­rają tych ban­dy­tów z UPA. No już. Je­dziemy.

- Z po­wro­tem. Do chaty - po­wie­działa.

- Co? Po co? Nie ma czasu na za­bie­ra­nie gra­tów! Trzeba nam ucie­kać. Tu, na otwar­tej prze­strzeni nie je­ste­śmy bez­pieczni.

- Z po­wro­tem - roz­ka­zała ka­te­go­rycz­nie. - W cha­cie szep­tu­chy zo­sta­wi­łam Witka.

- Witka? Ja­kiego Witka?

- Ran­nego. Z Ar­mii Kra­jo­wej.

Klnąc pod no­sem, Ma­ciej po­go­nił ko­nia. Tym ra­zem je­chali szybko, kłu­sem. Po pół­go­dzi­nie już zsia­dali pod do­mem.

- Wan­dzia niech zo­sta­nie na wo­zie - ko­men­de­ro­wała.

- Dla­czego?

- Sami zo­ba­czy­cie, Ma­cieju. A te­raz chodźmy, mu­simy ubrać i prze­nieść ran­nego.

Zde­cy­do­wa­nym kro­kiem we­szli do środka.

- Ja­sna cho­lera! - na wi­dok roz­rzu­co­nych po pod­ło­dze ciał Ma­ciej po­sza­rzał na twa­rzy.

- O nie... - zła­pała się za pierś Zo­sia.

Łóżko, w któ­rym zo­sta­wiła Witka, było pu­ste.