3
Była już końcówka września, a mimo to wciąż dni pozostawały upalne. Na wielkim trawniku przed wejściem do bidula trawa nabrała koloru siana, a listki na brzozach rosnących przy płocie skręcały się i szarzały z braku wody. Słabe powiewy wiatru niosły kurz z prowadzącej od stacji drogi oraz woń dymu z palonych w obejściach ognisk. Wspomnienie święta 22 lipca, kiedy cały dom dziecka poszedł na pochód, a potem rozdano watę cukrową, słodką jak niebo pańską skórkę i po jednym baloniku, już dawno się zatarło. Na szczęście, prawie miesiąc temu zaczęła się szkoła. Ania lubiła szkołę, tylko tam starała się nikogo za bardzo nie bić, nie opluwać, nie wybijać szyb. Nie zawsze się udawało - pod koniec zeszłego roku szkolnego trafiła nawet na milicyjną izbę dziecka za podpalenie kartonowej imitacji ogniska w sali ZHP i kradzież starego karabinu z Izby Pamięci Walki i Męczeństwa Narodu - ale się starała.
No więc, mimo kalendarzowej jesieni, wciąż było lato. Duszny i słoneczny dzień, choć daleko, za linią lasu zbierała się burza. Siedziała w oknie na korytarzu pierwszego piętra i cięła żyletką - tą samą, którą w nocy potraktowała wujka Henia - wyłożone skajem siedziska krzeseł. Henio był u dyrektorki i składał raport. Rękę miał zabandażowaną aż do łokcia. "Na pewno będzie kara. Jakieś sprzątanie kibli czy wynoszenie gratów z piwnicy. I oczywiście pogadanka pani dyrektor. Ble, ble, ble".
Właśnie wtedy ją zobaczyła. Wydawała się dosyć wysoka, chuda, ale twarda jak skała. Wyprostowana, dumna, szła alejką od bramy. Obca. Ale inna obca niż ci, którzy przychodzili tutaj po dzieci. Inna, bo starsza. Zupełnie siwa. No to może nieobca? Może rodzina któregoś z dzieciaków?
Ania śledziła jej każdy krok. Nie mogła oderwać oczu. Umiała już oceniać ludzi po chodzie. W sposobie poruszania każdego, absolutnie każdego, był zapisany charakter. Henio, na przykład, szurał nogami i poruszał głową przód-tył, w takt ślamazarnych kroków. Typowa oferma. Był niebezpieczny tylko dlatego, że jako dorosły, a do tego wychowawca, miał władzę. Ale mniejsza o Henia. Ta staruszka na dole, która właśnie znikała w drzwiach parteru, miała krok drapieżnika.
Po chwili zauważyła ją wchodzącą po schodach. Ich spojrzenia się spotkały. Pani starsza miała ostre, ptasie rysy twarzy, oczy lekko zapadnięte, czarne jak wyloty luf dubeltówki. W nagłym przebłysku dziesięciolatka nagle sobie przypomniała, że już ją widziała. I to tutaj. Niedawno. Parę tygodni temu, jakoś pod koniec lipca, kiedy chłopaki - a wśród nich Ania - grały w piłkę na tyłach budynku. Do boiska, to znaczy do wydeptanego, piaszczystego kręgu między dwiema rachitycznymi bramkami bez siatek, w pewnym momencie podeszła dyrektorka. Z tą właśnie kobietą. Wtedy po raz pierwszy wzrok dziewczyny zderzył się z tymi dwiema czarnymi dziurami oczu. Już wtedy obca się jej przyglądała.
"Pewnie jakaś kontrola z Sanepidu albo Urzędu Wojewódzkiego" - wzruszyła wówczas ramionami Ania. "Kolejna głupia urzędniczka, która się dziwi, że gram z chłopakami". I już więcej się na tamtą nie obejrzała. A teraz ta obca była tu znów. Patrzyła na Ankę przez dłuższą chwilę. Bez uśmiechu, jakby w zamyśleniu. Chciała nawet ją spytać: "Co się pani tak gapi?", ale się powstrzymała. Coś w spojrzeniu tamtej sprawiało, że wolała spokojnie zaczekać na jej ruch. I nagle kąciki wąsko zaciśniętych ust tamtej leciutko drgnęły ku górze. Uśmiech?
- Ty jesteś Ania, prawda? - odezwała się.
Anka spojrzała na nią najbardziej wrogo, jak potrafiła, co jednak na kobiecie nie zrobiło żadnego wrażenia.
- Może Ania, a może nie - odparła. - A kto pyta?
- Wkrótce się dowiesz, mała. A tymczasem...
- Tylko nie "mała", dobrze?
- A tymczasem muszę zajść do pani dyrektor.
- Jest pod trójką - burknęła. - Ale dyrka jest teraz zajęta.
Kobieta skinęła jej z powagą, a potem szybko odszukała trójkę, zapukała - energicznie, władczo, nacisnęła klamkę i weszła.
- Jestem teraz zajęta! - Ania usłyszała poirytowany głos dyrektorki. - Proszę zaczekać na...
- Ta sprawa nie może już dłużej czekać - przerwał jej spokojny głos tamtej. - Mam już wszystkie dokumenty.
A potem drzwi się zamknęły.
Po dobrych dziesięciu minutach i serii pełnych gniewu, niezrozumiałych dla Ani pomruków, ze środka, na korytarz wyszedł czerwony na twarzy Henio. Anka uśmiechnęła się do niego i pomachała ręką, w której dość ostentacyjnie dzierżyła żyletkę. Poczerwieniał jeszcze bardziej, zrobił ku niej krok, a potem zmełł przekleństwo i ruszył w stronę pokoju dla kadry. Na korytarzu zapadła cisza. Chciała się podkraść pod drzwi dyrektorki, żeby podsłuchać rozmowę, ale do przejściowego pokoju wróciła jej sekretarka. No to czekała. Do licha! Czyżby obca była jakąś prokuratorką? Albo inną małpą, na przykład z sądu? Może chcą jednak zrobić hecę z tej historii z Heniem? Wytoczyć sprawę? Posłać ją do poprawczaka? Minuty zaczęły się nieznośnie dłużyć, krzesło stało się niewygodne. Po dobrym kwadransie wyszły obie. Prosta jak struna staruszka i niższa od niej o głowę, okrąglutka na buzi, w talii, no!, okrąglutka wszędzie, pani dyrektor.
- A faktycznie! Siedzi tutaj - powiedziała, patrząc na Ankę. Jej głos ociekał niechęcią i urzędowym chłodem. - Anna Czeplińska. Nasza czarna owieczka. No dobrze. Zapraszam do gabinetu, młoda panno.
- A więc, tak jak już pani wspomniałam... - kiedy tylko zamknęły się za nimi drzwi gabinetu, zdecydowanym głosem odezwała się obca - zabieram wnuczkę do siebie.
Anka omal nie osunęła się na podłogę. Wnuczkę? Do siebie? Czy się aby nie przesłyszała?
- No nie wiem... - fuknęła dyrektorka. - Wciąż jeszcze jestem jej opiekunem prawnym, a pani... proszę wybaczyć... nie wzbudza mojego zaufania.
Obca zacisnęła szczęki, jak ktoś na skraju wybuchu. Szybko się jednak opanowała i spokojnym tonem odparła:
- Przecież pokazałam pani papiery. Wniosek do Wydziału Rodzinnego Sądu Rejonowego właściwego dla miejsca stałego pobytu dziewczynki złożyłam. To ten kwitek - stuknęła sztywnym palcem w jeden z zaściełających biurko dokumentów. - Sąd wyznaczył termin rozprawy na dwudziestego piątego listopada.
- Więc zaczekajmy do tego terminu - żmijowato uśmiechnęła się dyrektorka. - Na wyrok Sądu Rodzinnego. Jeśli zdecyduje on o ustanowieniu pani jej rodziną zastępczą, to ja...
- Na szczęście nie ma takiej potrzeby - twarz staruszki wykrzywił równie sztuczny uśmieszek, tyle że jej oczy pozostały mroczne, jak dwie studnie. I zaraz stuknęła swoim szponiastym palcem w kolejny papier. - O! Tu jest wczorajsze postanowienie Sądu o urlopowaniu Ani z domu dziecka i tymczasowym powierzeniu jej pod moją opiekę do czasu rozprawy.
Tym razem dyrektorka nic nie odpowiedziała. Spąsowiała tylko. Rumieniec powoli przelał się przez jej pulchne poliki na szyję, a potem jeszcze niżej - aż na dekolt.
- Wysoki Sąd najwyraźniej uznał, że dziecko od razu powinno przyzwyczajać się do nowego opiekuna. Czyli do mnie. A ja, zawsze, z miłą chęcią zapraszam panią, a także kurator sądową, do nas w odwiedziny. Nie mamy niczego do ukrycia. Co, mała? - po raz pierwszy bezpośrednio zwróciła się do Anki.
Dziewczynka uświadomiła sobie, że stoi na środku gabinetu ze wstrzymanym oddechem i niczym kibic na meczu tenisa przesuwa głowę od dyrektorki do starszej pani. Zupełnie jakby odbijały między sobą piłeczkę...
- Przykro mi - z lekką defensywą w głosie, ale nadal stanowczo, oznajmiła pani dyrektor. - Może, gdyby nie siedziała pani w więzieniu, zastanowiłabym się nad pani prośbą. A tak...
- To nie jest żadna "moja prośba", to prawomocne postanowienie Sądu! - ostro, z ledwo skrywaną furią, odparła starsza pani. Dyrektorka cofnęła się o krok. Zaraz jednak staruszka wzięła głęboki wdech i znów zaczęła mówić monotonnym tonem:
- Tak, siedziałam w więzieniu. Nawet nie raz. Jestem recydywistką.
- Sama pani widzi!
- Mam także orzeczoną chorobę psychiczną. Od czasu do czasu przytrafiają mi się tak zwane epizody schizoidalne.
- O Boże!
- Pierwszy wyrok dostałam za zbrojne usiłowanie obalenia ustroju państwa i zamach na władzę ludową.
- Jezu...
- Po kilku latach zostałam jednak uniewinniona i zrehabilitowana.
- Ach tak...
- Drugi wyrok dostałam z paragrafu 148 kodeksu karnego.
- Nie jestem, ee, na bieżąco z...
- Zabójstwo - ucięła obca, a pulchna dyrektorka jeszcze bardziej cofnęła się w stronę sekretariatu.
- Ale... - tu pani starsza wzniosła wskazujący palec - przywrócono mi pełnię praw obywatelskich. Zostałam zwolniona na mocy amnestii z dnia 21 lipca 1984 roku ogłoszonej w czterdziestą rocznicę powołania władzy ludowej. Amnestii, proszę słuchać uważnie, zarządzonej uchwałą Sejmu i wpisaną do Dziennika Ustaw.
Pani dyrektor patrzyła na nią z odrazą i lękiem. Gruba zmarszczka przecinająca jej czoło świadczyła o tym, że właśnie szuka riposty o odpowiednim ciężarze gatunkowym.
- Czy kwestionuje pani władzę ustawodawczą, jaką sprawuje Sejm Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej? - gromkim głosem spytała staruszka.
Dyrektorka szybko pokręciła głową.
- To może podważa pani kompetencje doktora Bielskiego? Dyplomowanego lekarza psychiatry i biegłego sądowego?
- Ależ, skąd pani to przyszło do głowy? - broniła się pani dyrektor. - Ja nawet nie wiem, kto to jest!
- To światowej klasy ekspert, który przed podjęciem decyzji o moim uwolnieniu wydał opinię w mojej sprawie. Jego zdaniem, choroba, na którą cierpię, dobrze poddaje się leczeniu, rokowania są niezwykle pomyślne, a ja nie stanowię już zagrożenia dla porządku publicznego.
- Cóż, ale wracając do sprawy Ani... - dyrektorka podjęła heroiczną próbę wyrwania się z narożnika. Obca jej jednak na to nie pozwoliła.
- Wobec powyższego, zgaduję też, że nie podważa pani opinii magistra resocjalizacji, pana Wądoły, wychowawcy z Zakładu Karnego o zaostrzonym rygorze w Strzelcach Opolskich, w którym odbywałam karę pozbawienia wolności.
- Wądoły? Magistra? - niepewnie powtórzyła dyrektorka.
- Uznał on, że proces mojej naprawy i powrotu na łono zdrowego społeczeństwa zakończył się pomyślnie.
- Gratuluję...
- Dziękuję. Więc, jak sama pani widzi, w sprawie mojej skromnej osoby wypowiedziało się wiele autorytetów. Począwszy od parlamentu, poprzez wybitnych lekarzy aż po ekspertów więziennictwa. I żaden z nich nie zastrzegł, że nie mogę zajmować się wnuczką. A co najistotniejsze, niezawisły sąd przychylił się do sformułowanych przez nich wniosków.
Zawiesiła głos, wpatrując się hipnotycznym wzrokiem w sponiewierane oblicze pani i władczyni bidula, która już zdecydowanie ugodowym tonem szepnęła:
- Mam lekki mętlik w głowie. Muszę sobie to wszystko poukładać. Czy nie mogłybyśmy poczekać z ostateczną decyzją na przykład do jutra?
- Nie! - zakrzyknęła obca. I, najwyraźniej po raz kolejny przypominając sobie, że przede wszystkim musi zachować spokój, niemal łagodnym głosem dodała: - Nie ma takiej konieczności. Dobro dziecka zostało zabezpieczone dodatkową decyzją Sądu. O, w tym miejscu - zakrzywiony palec stuknął paznokciem w kolejne z rozłożonych papierzysk. - Ustanowiono nade mną opiekę kuratora, a także pracowników socjalnych. To oni zadbają, by Ani nie działa się krzywda w jej nowym miejscu zamieszkania. Pani - tu patetycznie zawiesiła głos - nie ponosi w razie czego żadnej odpowiedzialności.
- Ach tak. Czyli, że chyba naprawdę wychodzi na to, że...
- Zgadza się, pani dyrektor! - twarz obcej rozjaśniła się pochwałą. - To wszystko znaczy, że bez obaw może mi pani już teraz wydać dziecko. Oczywiście, na razie tylko tymczasowo.
***
- Naprawdę pani siedziała za morderstwo? - spytała Anka, kiedy dwie godziny później jechały w wagonie Warszawskiej Kolei Dojazdowej telepiącym się przez gęste od lepkiego gorąca powietrze ku stacji Warszawa Śródmieście.
Obca z namaszczeniem skinęła głową.
- Kogo pani zabiła?
- Przyjdzie czas, że ci opowiem.
Ania przez chwilę wsłuchiwała się w miarowy stukot kół. Siedziała na ławce, obok niej leżał plecak z jej rzeczami. Nie przyznała się do tego, ale pierwszy raz w życiu jechała pociągiem. Pierwszy raz, nie licząc wyjść do szkoły, była sama poza bidulem, to znaczy bez wychowawczyni i innych dzieci. Pierwszy raz spotkała kogoś z własnej rodziny. Czy to się działo naprawdę?
- I rzeczywiście jest pani schizolką?
Znów pełne godności potwierdzenie.
- Ale tylko epizodycznie - dodała szybko. - Znaczy... od czasu do czasu.
- I jest pani moją babcią? Taką prawdziwą?
- Najprawdziwszą. Nazywam się Zofia Czeplińska.
- Anna Czeplińska - z powagą uścisnęły sobie ręce.
- Ale mów mi babcia Zosia.
- Anka.
Stukot kół nieco zwolnił, zgrzytnęły hamulce. Za oknem, na tle ciemniejącego przed nadchodzącą burzą nieba, dostrzec można już było górującą nad miastem piramidę Pałacu Kultury. W oddali błysnął pierwszy piorun.
- Słuchaj, mała - babcia Zosia nachyliła się nad Anią. - Wygląda na to, że nam obydwu życie nie ścieliło się ostatnio do stóp. Mam rację?
Tym razem to Ania potwierdziła.
- A ja do tego popełniłam ostatnimi czasy sporo błędów.
- Ja też... - wtrąciła dziewczynka.
- Zrobiłam też parę strasznych rzeczy. A paru innych, które z kolei zrobić należało, nie zrobiłam.
- Skomplikowana sprawa.
- A żebyś wiedziała, mała! Skom-pli-ko-wana. Ale wiesz co?
Ania tym razem pokręciła głową. Nie, nie wiedziała.
- Uważam, że właśnie dlatego, że z nas takie życiowe rozbitki, teraz już może być tylko lepiej. Myślę, że nam się uda. Złapiemy życie za kudły i zdzielimy kolanem w mordę. A potem wyciśniemy z niego dla siebie wszystko, co najlepsze.
Anka słuchała tego z pałającym wzrokiem i zapartym tchem. "Tak. Tak! Za kudły i w mordę! Starsza pani, o przepraszam!, babcia Zosia, coraz bardziej mi się podoba". A właściwie, to Ania była już zupełnie po jej stronie. Całym swoim sponiewieranym, dziesięcioletnim sercem.