Trzy odbicia w lustrze. Tom drugi - Zbigniew Zborowski

Kup ebooka

39.90 zł
29.93 zł (22,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

LATO 1974

1

Wio­sna upły­nęła jej w ra­do­snym pod­nie­ce­niu. Oswo­iła się z my­ślą, że wy­jeż­dża. Ucieczka z Grześ­kiem prze­stała się jej wy­da­wać czymś nie­re­al­nym i prze­ra­ża­ją­cym. Na­dal wi­dy­wali się rza­dziej, więc sma­ko­wała każdą ich wspólną chwilę. A po­tem wy­obra­żała so­bie, jak to bę­dzie wspól­nie za­miesz­kać. I to w Szwe­cji, w któ­rej po­dobno nie ma ko­le­jek po wę­dliny, a elek­tro­niczne ze­garki roz­dają za darmo! Pla­no­wała w my­ślach ich miesz­ka­nie, pła­wiąc się w go­rą­cej ką­pieli, ma­rzyła o sek­sie bez ram cza­so­wych i ko­niecz­no­ści za­cie­ra­nia po nim wszel­kich śla­dów, za­sta­na­wiała się, do kogo bę­dzie bar­dziej po­dobne jej dziecko.

Po wio­śnie na­de­szło jed­nak lato. Brzuch urósł jej strasz­nie, a ciąża, któ­rej do­tych­czas nie­mal nie za­uwa­żała, za­częła da­wać się jej we znaki. Upały zro­biły się nie do wy­trzy­ma­nia, dzie­ciak ko­pał ją po ner­kach, żo­łądku i skra­ca­ją­cej się szyjce ma­cicy. Nogi pu­chły, piersi ro­sły, buty za­częły ob­cie­rać stopy. Jak w ta­kim sta­nie ucie­kać przez mo­rze? Do tego wszyst­kiego, Sta­szek prze­stał tak dużo pić i zro­bił się za­ska­ku­jąco opie­kuń­czy. Wra­cał do domu wcze­śniej (i tak nie miała siły jeź­dzić do Grześka, ale od­pa­dły także po­po­łu­dniowe roz­mowy przez te­le­fon), a na­wet - o zgrozo - za­czął z nią roz­ma­wiać. O tym, że trzeba bę­dzie zmie­nić miesz­ka­nie na więk­sze. I ku­pić więk­szy sa­mo­chód. Pew­nie na­wet ja­kiś z NRF-u. A tak w ogóle, to już czas po­my­śleć o wózku, łó­żeczku i prze­wi­jaku. Chło­paki z re­sortu po­mogą za­ła­twić pro­sto z fa­bryki. Naj­pierw ta zmiana ją prze­stra­szyła. Bała się wy­ga­dać, zdra­dzić ja­kimś nie­ostroż­nym sło­wem. Póź­niej jed­nak dała się wcią­gnąć. Miło było ro­bić ta­kie plany. No a prze­cież z Grześ­kiem so­bie na nie po­zwo­lić nie mo­gła. Ich spo­tka­nia, i tak rzad­kie, co­raz bar­dziej przy­po­mi­nały na­rady kon­spi­ra­to­rów. On mó­wił jej o ko­lej­nych po­ko­na­nych trud­no­ściach, po­czy­nio­nych zna­jo­mo­ściach i prze­zwy­cię­żo­nych prze­szko­dach. O tym, jak krok po kroczku zbliża się do ich wspól­nego celu. Ona... chciała, żeby ją po pro­stu przy­tu­lił i po­wie­dział, że bę­dzie do­brze. On opo­wia­dał o zwłoce wy­wo­ła­nej nie­ko­rzyst­nym awan­sem ja­kie­goś służ­bi­sty w szcze­ciń­skim od­dziale Wojsk Ochrony Po­gra­ni­cza albo o pod­pa­dzio­sze, którą za­li­czył jego ko­lega me­cha­nik, przez którą na ra­zie znowu nic, bo fa­cet te­raz musi uwa­żać. Ona przy­ła­py­wała się, że li­czy skry­cie, że z tej awan­tury nic jed­nak nie wyj­dzie. On był za­jęty, za­afe­ro­wany. Ona łak­nęła sta­bi­li­za­cji i nor­mal­no­ści. Tak na­stał sier­pień.

W pierw­szych dniach mie­siąca za­dzwo­nił Grze­siek. Umó­wili się w Uni­ver­sa­mie. Omal go nie po­znała! Był ogo­lony, włosy przy­cięte.

- Wszystko do­pięte na ostatni gu­zik - oznaj­mił, pa­trząc na nią po­sza­rza­łymi ze zmę­cze­nia oczami. - Wy­jeż­dżamy za ty­dzień. Je­dziemy ze Wschod­niego noc­nym po­cią­giem do Szcze­cina, wcho­dzimy do portu, szmu­glują nas na po­kład promu, me­li­nują w ma­szy­nowni i jesz­cze tego sa­mego ranka wy­pły­wamy. Ku­szetki już ku­pione, imienne prze­pustki mam w kie­szeni, reszta za­leży od odro­biny szczę­ścia.

Nie wie­rzyła wła­snym uszom. Jak to? Już za ty­dzień? I to te­raz, kiedy za nie­cały mie­siąc ro­dzi?

- Wiesz, ja nie je­stem pewna, czy chcę wy­jeż­dżać - wy­pa­liła.

Długo na nią pa­trzył za­sko­czo­nym wzro­kiem. Nie ta­kiej re­ak­cji się spo­dzie­wał.

- Za późno na wąt­pli­wo­ści - zwró­cił się do niej z nie­zwy­kłą jak na niego ostro­ścią. - Wszystko go­towe, ma­szyna po­szła w ruch.

- Ale...

- Żad­nego "ale", kotku. Ko­chamy się, je­ste­śmy dla sie­bie stwo­rzeni.

- No tak... Tak są­dzę...

- I jesz­cze jedno - prze­ni­kli­wie spoj­rzał jej w oczy. - To także moje dziecko. Ja je­stem jego oj­cem. I go nie od­dam ja­kie­muś es­be­kowi. O nie! Prę­dzej two­jego męża udu­szę go­łymi rę­kami!

Prze­stra­szyła się. Nie znała go od tak sta­now­czej strony. A on chyba wy­czuł, że tro­chę prze­sa­dził, spo­strzegł, że ją prze­stra­szył, bo do­dał, uno­sząc w pal­cach jej pod­bró­dek:

- Wiem, że te­raz cię to prze­raża. Może na­wet wo­la­ła­byś dla świę­tego spo­koju zo­sta­wić sprawy po sta­remu. Ale zo­ba­czysz. Za rok, kiedy już się tam urzą­dzimy, bę­dziesz szczę­śliwa. I bez­pieczna. A ja za­wsze będę cię ko­chał.

Bez­pieczna. Ucze­piła się tego słowa. Tak, tu­taj bez­pieczna nie była. Znała Staszka na tyle, żeby po­dej­rze­wać, że kiedy dzi­dziuś po­jawi się na świe­cie, kiedy mi­nie jego pierw­szy za­chwyt, sprawy znowu wrócą do normy. Jej ży­ciem znów będą rzą­dzić cen­ty­me­try, od­grzane do ide­al­nej tem­pe­ra­tury obiady i... uda­wane przed mę­żem or­ga­zmy.

- Tylko jak ja wyjdę wie­czo­rem z domu? Co mu po­wiem?

- Po­wiedz co­kol­wiek. Że je­dziesz zo­ba­czyć się z umie­ra­jącą ciotką albo no­cu­jesz u ko­le­żanki. Co­kol­wiek. By­le­byś we­szła do tak­sówki pod do­mem, a on nie za­czął po­szu­ki­wań wcze­śniej niż na­za­jutrz rano.

***

Bała się. Bała się strasz­nie tej roz­mowy. Sta­szek był za­wsze nie­ufny, po­dejrz­liwy i za­zdro­sny. Kie­dyś przy­ła­pała go na­wet na ob­wą­chi­wa­niu jej maj­tek (na szczę­ście było to dużo wcze­śniej, za­nim za­ko­chała się w Grześku). Wyj­ścia z domu na spo­tka­nie z ko­le­żan­kami (ja­kimi zresztą, u li­cha, ko­le­żan­kami?) czy na­głe wy­jazdy do ro­dziny (miała tylko Apol­cię) w ogóle nie wcho­dziły w grę. Przez dwa dni bo­lał ją brzuch ze zde­ner­wo­wa­nia, a trze­ciego uświa­do­miła so­bie, że nie spro­sta za­da­niu. Na szczę­ście, w po­łu­dnie za­dzwo­nił te­le­fon.

- Cześć, Wan­dziu, ostat­nio nam coś prze­rwało - usły­szała raźny głos ciotki. - Dzwo­nię spraw­dzić, czy wszystko w po­rządku.

Wzięła głę­boki wdech i wy­po­wie­działa jej swoją prośbę.

- Mam za­dzwo­nić do two­jego Sta­cha, wkleić mu kit, że ciężko cho­ruję i skło­nić, żeby po­zwo­lił ci wy­je­chać do mnie na kilka dni? - po­wtó­rzyła.

- Wiesz, to może jed­nak był zły po­mysł...

- Cze­kaj, cze­kaj. I jesz­cze... czy do­brze zro­zu­mia­łam? Ty do mnie jed­nak nie przy­je­dziesz?

- Prze­pra­szam, cio­ciu, to było nie­sto­sowne, że ci to w ogóle...

- Wanda! Ty masz ko­chanka!

- O jejku, tak...

- No na­resz­cie! Już się o cie­bie mar­twi­łam. Naj­wyż­szy czas, ko­chana.

- To nie je­steś zła?

- Zła? A skąd! Je­stem za­chwy­cona. Ja­sne, że ci po­mogę.

***

Apol­cia za­dzwo­niła jesz­cze tego sa­mego wie­czora. Ode­brał, rzecz ja­sna, Sta­szek. Po­wi­tał ją, co sta­no­wiło w ich re­la­cjach normę, bez en­tu­zja­zmu i już od­ry­wał od ucha słu­chawkę, prze­ka­zu­jąc ją Wan­dzie, kiedy na­gle usły­szał coś, co go za­in­try­go­wało. Szyb­kim ru­chem mach­nął do żony, żeby nie pod­cho­dziła, zmarsz­czył brwi, słu­chał.

- Na­prawdę tak to wy­gląda? A co mó­wią le­ka­rze? Tak? O żesz ja­sna cho­lera.

Roz­ma­wiali do­bry kwa­drans, po­tem za­wo­łał w końcu Wandę, która mu­siała ode­grać te­raz swoją rolę.

- Co? Je­steś ciężko chora? Nie­ule­czal­nie?!

Skoń­czyła znacz­nie szyb­ciej niż mąż, bo zwy­czaj­nie za­bra­kło jej in­wen­cji do od­gry­wa­nia ko­lej­nych wy­krzyk­ni­ków i chlip­nięć. Odło­żyła słu­chawkę.

- Mu­sisz je­chać do sta­rej - od razu oznaj­mił Sta­szek.

- To moja cio­cia...

Nie zwró­cił uwagi na tę próbę przy­wo­ła­nia do po­rządku.

- Cho­lera - kon­ty­nu­ował. - Że też aku­rat te­raz mu­siała się wy­sy­pać, kiedy je­steś na ostat­nich no­gach!

- Jesz­cze się nie "wy­sy­pała". Może bę­dzie do­brze.

- E tam, na­iwna je­steś. Po­wie­działa wy­raź­nie: "mam prze­rzuty".

Wanda nie od­po­wie­działa. Za­sta­na­wiała się, jak ciotka za­mie­rza to wszystko po­tem od­krę­cić. Cu­downe wy­zdro­wie­nie? Fa­talny błąd w dia­gno­zie?

- Wiem, że bę­dzie ci ciężko, ale mu­sisz je­chać - pod­jął te­mat Sta­szek.

- No tak, chcę się po­że­gnać - Wanda we­szła w końcu w swoją rolę. - I może coś jej po­mogę.

- Gówno jej mo­żesz po­móc - skwi­to­wał. - Ale willi i ma­jątku trzeba przy­pil­no­wać. Stara po­wie­działa, że wszystko chce prze­pi­sać to­bie, ale się tro­chę mar­twi, czy ten jej nowy absz­ty­fi­kant, Mie­cio, zdaje się, nie po­łoży ręki na te­sta­men­cie. A wtedy, dzie­dzi­cze­nie usta­wowe. Wszystko dla niego. Byłby fra­je­rem, gdyby nie spró­bo­wał nas wy­ki­wać.

- No to po­jadę.

- Ku­pię ci bi­let.

- Po­ra­dzę so­bie.

- Do­bra, ale od­wiozę cię na dwo­rzec.

- Nie! - krzyk­nęła tak, że aż się od­wró­cił. Na jego twa­rzy za­go­ściło zdzi­wie­nie.

- Dla­czego nie?

- Bo... ee... ty już i tak uwa­żasz, że je­stem do ni­czego.

Nie za­prze­czył. Słu­chał.

- A ja wcale nie po­trze­buję niań­cze­nia. Je­stem do­ro­sła.

- No, co ty? - w jego gło­sie za­brzmiało szy­der­stwo, ale cią­gnęła da­lej:

- Rze­czy we­zmę ma­lutko, na dwa, góra trzy dni. Żeby tylko na miej­scu umó­wić no­ta­riu­sza. Będę miała mało ba­gażu i pod­jadę na Wschodni au­to­bu­sem. Prze­cież to bli­sko! Tyle co przez Zie­le­niecką!

- Jak so­bie chcesz - wzru­szył ra­mio­nami. - Do­ro­sła! He, he. Ja­sne. Tylko nie spieprz tego. Przy­go­to­wa­łem dla cie­bie grunt, Apol­cia jest po na­szej stro­nie. Chcę mieć tę jej fa­bryczkę dżin­sów w spadku. A fa­gasa, jak się bę­dzie ci­skał, szybko się ustawi do pionu. Mam jesz­cze stare kon­takty we wro­cław­skiej ko­men­dzie.

2

No i nad­szedł TEN dzień. Wanda była strzęp­kiem ner­wów. Dziecko jakby czuło, co się z nią dzieje. Ko­pało, wierz­gało, wy­czy­niało w jej brzu­chu akro­ba­tyczne salto mor­tale. Do tego - co tu kryć - stra­chu, do­szły jesz­cze wy­rzuty su­mie­nia. Sta­szek, przy­naj­mniej jak na jego stan­dardy, zro­bił się wy­jąt­kowo cie­pły i czuły. Ku­pił jej na po­dróż cie­płe skar­pety w roz­mia­rze 46 i majtki wiel­ko­ści cza­szy od spa­do­chronu. Zu­peł­nie nie­przy­datne. Ale gest ją po­wa­lił. "Może on jed­nak się zmie­nił?" - dzień w dzień za­da­wała so­bie to py­ta­nie, pa­trząc po ką­pieli w za­pa­ro­wane lu­stro. Pa­trzyła na nią z niego nieco za­okrą­glona bru­netka o ster­czą­cych cyc­kach i wiel­kim jak piłka le­kar­ska brzu­chu. "Czy na­prawdę po­win­nam go opusz­czać? I to w ten spo­sób? Ro­biąc z niego ro­ga­cza i po­śmie­wi­sko?". Z każ­dym dniem, ba!, z każdą nie­mal go­dziną czuła się co­raz go­rzej. "Czy je­stem dziwką?" - za­dała swemu od­bi­ciu py­ta­nie w wie­czór po­prze­dza­jący wy­jazd. "Czy chcę po­stą­pić jak szmata, która zdra­dziła męża z pierw­szym, który się na­pa­to­czył?".

"Pierw­szy, który się na­pa­to­czył". To zda­nie do reszty ją zdru­zgo­tało. Bo zdrady, wia­domo, w mał­żeń­stwach się zda­rzają. Ale czy każda mę­żatka od razu się w swoim ga­chu za­ko­chuje? Rzuca wszystko jak idiotka i od­cho­dzi? "Czy po­stę­puję głu­pio? Czy JA je­stem głu­pia?" - dla od­miany za­sta­na­wiała się na­za­jutrz, kiedy Stach wy­je­chał do pracy. Wtedy jed­nak przy­po­mniała so­bie wszyst­kie upo­ko­rze­nia, któ­rych od męża za­znała. I strach, bez­sil­ność, sa­mot­ność, w które za­mie­nił się dla niej ich zwią­zek. "Nie, nie je­stem głu­pia" - od­po­wie­działa so­bie. "Już dawno trzeba było od niego odejść. Tylko... nie w taki spo­sób. Tak, bez słowa wy­ja­śnie­nia, to ucie­kają pen­sjo­narki. Trzeba wy­po­wie­dzieć tę frazę: "Z nami ko­niec". A je­śli nie wy­po­wie­dzieć (bo coś ta­kiego jed­nak za bar­dzo ją prze­ra­żało), to przy­naj­mniej na­pi­sać. Tak! List. List po­że­gnalny. Ostat­nie słowo plus wy­ja­śnie­nie. Niech to prze­czyta, niech zła­pie się za głowę, niech ża­łuje... Tylko jak to zro­bić, żeby list wpadł w jego ręce, kiedy ona bę­dzie już w dro­dze?". Wtedy z od­sie­czą przy­szedł te­le­fon. Ode­brała z bi­ją­cym ser­cem. Może to Grze­gorz od­wo­łuje całą ope­ra­cję?

- Zo­staję dzi­siaj w pracy dłu­żej - usły­szała głos Staszka. - Mamy nowe aresz­to­wa­nia, bra­kuje lu­dzi do pro­wa­dze­nia prze­słu­chań. Wy­bacz, skar­bie, ale nie zdążę wró­cić przed twoim wy­jaz­dem. A po­my­śleć, że chcia­łem zro­bić ci nie­spo­dziankę i pod­rzu­cić na dwo­rzec au­tem...

"Ju­huuu!" - za­krzyk­nęła w my­śli. A na głos od­parła, że to bar­dzo przy­kre, ale cóż - taka służba.

- Taka służba - po­wtó­rzył jak echo i się roz­łą­czył.

Od razu usia­dła do pi­sa­nia po­że­gnal­nego li­stu.

"Mężu, kie­dyś by­łeś dla mnie wszyst­kim. Ko­cha­łam Cię. Lecz lekką ręką roz­trwo­ni­łeś ka­pi­tał mo­ich uczuć" - za­częła z ta­kim pa­to­sem, że aż jej sa­mej w oczach za­krę­ciły się łzy. A po­tem już wy­wa­liła kawę na ławę. O tym, jak źle ją trak­to­wał. Kiedy to wszystko na­pi­sała, po­czuła się oczysz­czona. Jak po sa­kra­men­cie spo­wie­dzi. Już nie była za­trwo­żoną ucie­ki­nierką. Była zra­nioną Ko­bietą - tak wła­śnie Ko­bietą przez duże "K" - która oskarża i wy­daje wy­rok. Skro­bała da­lej dłu­go­pi­sem Ze­nith w służ­bowy pa­pier z na­głów­kiem "Re­sort Spraw Bez­pie­czeń­stwa". Co­raz szyb­ciej, co­raz za­ma­szy­ściej, z na­ra­sta­jącą w niej em­fazą. Nie za­uwa­żyła, że list - w za­mie­rze­niu wy­ja­śnia­jący po pro­stu to, co zro­biła - za­mie­niał się w me­lo­dra­mat:

"Już ni­gdy wię­cej mnie nie uj­rzysz. Od­cho­dzę z męż­czy­zną, który umie mnie ko­chać tak, jak na to za­słu­guję. Bez­in­te­re­sow­nie, pło­mien­nie, do utraty tchu. I któ­remu, w za­mian za tę szczerą i piękną mi­łość, za­mie­rzam wkrótce dać po­tomka. Krew z jego krwi, kość z jego ko­ści. To bę­dzie jego dziecko!".

Skoń­czyła spła­kana jak bóbr. Cóż, w końcu nie co dzień się od ko­goś od­cho­dzi. Po­czuła się jed­nak lekko i na wła­ści­wym miej­scu. A przede wszyst­kim - po­czuła, że po­stę­puje uczci­wie.

Po­zo­stała jej jesz­cze tylko jedna kwe­stia. Gdzie zo­sta­wić list, żeby Sta­szek nie zna­lazł go od razu po po­wro­cie do domu. Mu­siała prze­trzy­mać go w nie­wie­dzy do rana. Nie miała złu­dzeń, że mąż od razu po lek­tu­rze wprawi ma­szynę śled­czą apa­ratu bez­pie­czeń­stwa w ruch. I wie­działa też do­brze, że to sku­teczna ma­china. Usta­le­nie, że wsia­dła do po­ciągu, zaj­mie im pew­nie kil­ka­na­ście go­dzin. Po­zna­nie celu po­dróży - jesz­cze mniej. A kiedy na biurko Staszka ktoś przy­nie­sie te­leks z na­zwą "Szcze­cin", wszystko sta­nie się dla niego ja­sne. Mu­szą być wtedy z Grześ­kiem już w Szwe­cji, ina­czej po nich.

No to gdzie wsu­nąć tę kartkę? Stół w du­żym po­koju - od­pada. Blat obok ku­chenki - jesz­cze go­rzej. Ła­zienka? No, bez żar­tów. Więc gdzie? Nie schowa go prze­cież za re­ga­łem ani pod łóż­kiem, bo tam z ko­lei prze­leży ru­ski rok. To musi być miej­sce, do któ­rego on za­gląda za­wsze, ale w pre­cy­zyj­nie wy­zna­czo­nych po­rach...

- Mam! - kla­snęła w dło­nie i nie­po­mna, że brzuch obija się jej o ko­lana, za­tań­czyła wo­kół stołu ta­niec zwy­cię­stwa. Szafa w re­gale, trze­cia półka ze świe­żymi, za­pra­so­wa­nymi ko­szu­lami. Sta­szek wsuwa tam rękę tylko raz na dobę - rano, szy­ku­jąc się do pracy. Za­do­wo­lona z sie­bie, choć z bi­ją­cym jak wer­ble ser­cem, skoń­czyła się pa­ko­wać, ubrała się, zja­dła coś lek­kiego, wy­szczot­ko­wała zęby. Była go­towa. Jesz­cze do­syć wcze­śnie, ale po­sta­no­wiła, że po­czeka na ulicy, aż przy­je­dzie tak­sówka z Grze­go­rzem. Schy­la­jąc się z tru­dem, za­ło­żyła buty, na­rzu­ciła lekki płasz­czyk, chwy­ciła torbę z rze­czami. Ro­zej­rzała się po miesz­ka­niu. Do­brze znane kąty, me­ble i sprzęty. Przez lata pu­co­wane, usta­wiane z cen­ty­me­trową do­kład­no­ścią, w ja­kiś spo­sób ko­chane. Przez mo­ment czuła się jak ka­pi­tan opusz­cza­jący mo­stek to­ną­cego okrętu. Przez mo­ment, bo za­raz za­trza­snęła drzwi, prze­krę­ciła klucz i po­szła do windy. Niby tylko trze­cie, ale po scho­dach nie cho­dziła już od końca dru­giego try­me­stru. Stuk! Winda przy­je­chała. Otwo­rzyła sta­lowe drzwi z pa­skiem zbro­jo­nego szkła po­środku, we­szła. Do­mknęła drzwi ze­wnętrzne, do­ci­snęła po­dwójne we­wnętrzne, wci­snęła par­ter. Szarp­nęło i ka­bina za­częła zjeż­dżać. I wtedy, znie­nacka jak to w ciąży, za­chciało się jej siu­siu. Od razu tak, że omal nie po­pu­ściła. Ner­wowo zer­k­nęła na ze­ga­rek. Jesz­cze było dość wcze­śnie. Stuk! Winda za­trzy­mała się na dole. Ostat­nia chwila wa­ha­nia i wci­snęła trze­cie.

"Szyb­kie siu­siu, do­słow­nie w mi­nutę i za­raz będę na dole" - po­my­ślała.

Stuk! Wy­szła, wy­jęła klu­cze, otwo­rzyła. Trzy kroki i już była w ła­zience. Ele­ganc­kie, roz­sze­rzane na dole spodnie w dół, pupa na de­skę. Jejku, jaka ulga! Na­gle za­strzy­gła uszami. Chro­bot zamka przy drzwiach, skrzyp­nię­cie drzwi. Serce za­marło jej w pół taktu.

- Skar­bie, je­steś jesz­cze? - głos Staszka. Do gar­dła po­de­szła jej klu­cha stra­chu.

"Spo­koj­nie, nie wa­riuj" - zga­niła się w my­ślach. "Wró­cił wcze­śniej, więc się z nim przy­wi­tam i... Od razu po­że­gnam. Wie prze­cież, że za­raz wy­cho­dzę. List jest bez­pieczny. Tak czy siak, znaj­dzie go do­piero rano". I wtedy do­bie­gły ją jego na­stępne słowa:

- Wpa­dłem tylko na se­kundę! Mam huk ro­boty, a taki je­den za­sra­niec za­krwa­wił mi ko­szulę. Zmie­nię i za­raz lecę na Ra­ko­wiecką. Prze­pra­szam, że cię nie od­wiozę.

Za­dy­go­tała. Cała za­mie­niła się w słuch. Ci­che skrzyp­nię­cie szafy, a po­tem ci­sza. Sie­działa na klo­ze­cie zmar­twiała z prze­ra­że­nia. Może ja­kimś cu­dem nie za­uważy li­stu? Nie, to nie­moż­liwe. Więc może choć nie za­uważy jej obec­no­ści w domu? Oh, nie! W przed­po­koju zo­stała jej torba.

Na­gle mar­twą ci­szę miesz­ka­nia roz­ciął na pół jego ryk.

- Uaar­ra­aahg!

Za­pa­dła się w so­bie. Za­szczę­kały jej zęby! Chciała stać się mniej­sza, zu­peł­nie ma­lutka. Znik­nąć. Roz­dy­go­ta­nymi pal­cami chwy­ciła za klamkę w ostat­niej, po­zba­wio­nej szans na­dziei na jej przy­trzy­ma­nie, gdy ręka tam­tego chwyci ją z dru­giej strony.

- Gdzie je­steś! Gdzie je­steś, kurwo! - mury domu za­trzę­sły się od obłą­kań­czego wo­ła­nia. - Wy­łaź, zdziro!

Do ro­ze­dr­ga­nych pal­ców pra­wej do­łą­czyły rów­nie roz­trzę­sione te z le­wej dłoni. Trzy­mała klamkę ła­zienki obu­rącz. Od­dy­chała tak szybko i płytko, że przed oczami wi­ro­wały jej ciemne plamki. Z głę­bin miesz­ka­nia do­bie­gały tym­cza­sem trza­śnię­cia ko­lej­nych drzwi. Kuch­nia, szafa w przed­po­koju, sy­pial­nia... Klamka szarp­nęła z taką siłą, że spa­dła z se­desu i ru­nęła na ko­lana. Zo­ba­czyła jego buty, nogi, bio­dra, za­okrą­glony brzuch z pyp­ciem obok pępka, ra­miona. "O nie! O nie, nie, nie!". Jedno z tych ra­mion było do po­łowy wznie­sione, a jego wielka pięść ści­skała kolbę P-64. Czarny wy­lot lufy pa­trzył do­kład­nie mię­dzy jej oczy.

- Tu je­steś, suko.

Dziwne, ale wi­dok wy­ce­lo­wa­nego pi­sto­letu obu­dził w jej spa­ra­li­żo­wa­nym stra­chem mó­zgu wspo­mnie­nie tych chwil z prze­szło­ści, kiedy uzdra­wiała. Gdy lu­dzie w jej to­wa­rzy­stwie od­zy­ski­wali siły. Tak jak Apol­cia... Dawno, już bar­dzo dawno nie my­ślała o tym swoim da­rze, czy ra­czej - jak wo­lała matka - prze­kleń­stwie. Wy­parła z pa­mięci, zdu­siła w so­bie. I przy­po­mniała so­bie o nim wła­śnie te­raz, w ulot­nej jak mru­gnię­cie po­wieką chwili, kiedy pa­lec Staszka po­ru­szył się na spu­ście.

"Żyj. Żyj, ko­cha­nie, prze­trwaj!" - szep­nęła w głąb sie­bie. W to miej­sce, w któ­rym po­ru­szało się jej nie­na­ro­dzone dziecko.

A po­tem świat eks­plo­do­wał ośle­pia­ją­cym bla­skiem. To co kie­dy­kol­wiek wi­działa, my­ślała i czego pra­gnęła, roz­to­piło się w nim jak ce­gła wrzu­cona do wrzą­cej kal­dery wul­kanu.

3

Wa­le­nie do drzwi, mimo że była to druga w nocy, wcale jej nie obu­dziło. Nie można obu­dzić ko­goś, kto nie śpi. A ona miała ostat­nio z tym pro­blem. Ostat­nio? Przez mi­nione pół roku! Od­kąd przy­szedł list od córki. Gruby, ciężki, za­pi­sany macz­kiem. A w nim bomba, która wy­rzu­ciła ją z do­tych­cza­so­wej or­bity. Kilka ty­sięcy słów, któ­rych przez całą wio­snę i lato nie mógł stra­wić jej or­ga­nizm. Prawda w ca­łej swo­jej prze­raź­li­wej na­go­ści. Prawda z grub­sza znana, w cza­sie pro­cesu od­czy­ty­wano prze­cież jej ze­zna­nia Wandy, ale fakt, że zo­stała spi­sana ręką jej córki - bez upięk­szeń ani nie­do­mó­wień - ude­rzyła ją tak, że po pierw­szym czy­ta­niu prze­le­żała całą noc, zgięta jak po cio­sie w brzuch. Nie są­dziła, że to tak wy­glą­dało. A ra­czej, że aż tak. "Pod­słu­chi­wała moje roz­mowy, moje in­tymne spo­tka­nia z Kon­ra­dem, szpie­go­wała mnie na zimno, a po­tem po­bie­gła z tym do NKWD". W pierw­szej chwili Zo­sia chciała spa­lić ten list. Coś ta­kiego nie za­słu­guje nie tylko na wy­ba­cze­nie, ale na­wet na wspo­mnie­nia. Nie ma córki. Ko­niec. Jest sama. Póź­niej jed­nak do­ce­niła, że Wanda zdo­była się na szcze­rość. Co tam szcze­rość. Na roz­dra­pa­nie ran, na wy­wa­le­nie be­be­chów. Córka nie pro­siła w swoim li­ście na­wet o wy­ba­cze­nie. "Na­leży ci się prawda o mnie" - na­pi­sała na wstę­pie. "Sama zde­cy­du­jesz, co z nią zro­bić".

No wła­śnie, de­cy­zja. Przez ko­lejne mie­siące Zo­sia mio­tała się mię­dzy zu­peł­nie skraj­nymi sta­nami emo­cjo­nal­nymi. Od nie­na­wi­ści po chęć wy­ba­cze­nia. Od bier­nego chłodu po wście­kłą chęć chwy­ce­nia jej za ra­miona, po­trzą­śnię­cia i zaj­rze­nia w oczy. Raz chciała dum­nie mil­czeć już do ry­chłego - w co świę­cie wie­rzyła - końca swego ży­cia, a in­nym ra­zem kor­ciło ją, żeby wdać się w dro­bia­zgową po­le­mikę. Bo prze­cież ta dzie­wu­cha ni­czego nie ro­zu­miała! Uzna­wała ją za zimną, bez­duszną i za­bor­czą matkę, nie za­uwa­ża­jąc ta­kich drob­nych oko­licz­no­ści, jak sza­le­jąca wo­kół wojna, ter­ror i głód. Miała pre­ten­sje o rze­czy, na które albo Zo­sia nie miała w ogóle wpływu (Po­wsta­nie), albo nie wy­nik­nęły z jej dzia­ła­nia (roz­sta­nie w Ur­su­sie). Głu­pia, głu­pia, głu­pia dzie­wu­cha! Ale jed­nak zdo­była się na to, by wy­rzu­cić z sie­bie prawdę...

I tak dzień po dniu od­su­wała od sie­bie mo­ment, kiedy za­sią­dzie wresz­cie do na­pi­sa­nia od­po­wie­dzi. "Jesz­cze nie czas. Jesz­cze mu­szę ochło­nąć" - szep­tała, zmy­wa­jąc szczotką z na­wi­niętą na nią szmatą szkolne ko­ry­ta­rze albo od­ku­rza­jąc śmier­dzące wy­kła­dziny biur. Ko­niec tej jej wy­nisz­cza­ją­cej we­wnętrz­nej walki na­stą­pił za­le­d­wie wczo­raj. Zo­sia w końcu uznała, że zbyt mało ży­cia jej po­zo­stało, żeby spę­dzić je w świę­tej ob­ra­zie. Że to nic nie da, ni­czego nie na­prawi ani nie zmieni. Tłu­ma­cze­nie sta­rych za­wi­ło­ści ich ży­cia do­ro­słej obec­nie ko­bie­cie także nie miało sensu. Co więc ma sens?

Przez cały wie­czór, do późna, pi­sała do Wandy list za li­stem. I każdy z nich fi­nal­nie lą­do­wał w wę­glo­wej kuchni. W końcu, pół go­dziny temu na­pi­sała wresz­cie to, co ją za­do­wo­liło: "Wy­ba­czam ci, Córko. Je­śli chcesz, przy­jeż­dżaj". Wło­żyła kar­te­luszkę do ko­perty, na­kle­iła zna­czek, sta­ran­nie za­kle­iła i z sa­mego rana po­sta­no­wiła za­nieść do skrzynki.

A tu wa­le­nie do drzwi. Aż się sku­liła. Przy­po­mniały się jej lata spę­dzone w wię­zie­niu. Le­piej nie otwie­rać. Wtedy jed­nak z ze­wnątrz do­biegł ją zna­jomy głos Apolci.

- Zo­siu, to ja! Złe wie­ści.

Złe wie­ści? Dla niej już ta­kich nie było. Wstała, po­de­szła, od­cią­gnęła za­suwkę. Wi­dok Apolci nią wstrzą­snął. Ta może nie­zbyt piękna, ale za­wsze za­dbana ko­bieta była tym ra­zem w roz­cheł­sta­nym szla­froku. Mu­siała przy­je­chać w nim swoją ładą aż z Mu­cho­boru. Była roz­czo­chrana, za­smar­kana, za­le­wała się łzami.

- Zo­siu, Wan­dzia... Twoja córka... nie żyje.

Długo stała jak ska­mie­niała. Pełna po­dej­rzeń co do ota­cza­ją­cej ją rze­czy­wi­sto­ści. Niby wszystko wo­kół wy­glą­dało nor­mal­nie. Te same schodki pro­wa­dzące do jej cuch­ną­cej wil­go­cią su­te­reny, te same odra­pane drzwi. Ale to nie mógł być praw­dziwy ob­raz. To ja­kiś sen, zmarszczka cza­so­prze­strzeni. Nie, to się nie dzieje na­prawdę. Nie­moż­liwe, do cho­lery! Wczo­raj po­sta­no­wiła się po­jed­nać z córką, dzi­siaj jej o tym na­pi­sała. Nie! Światu nie wolno grać z nią aż tak bez­czel­nie zna­ko­wa­nymi kar­tami!

Ocu­ciło ją silne po­trzą­sa­nie za ra­miona. To Apol­cia. Do­piero te­raz Zo­sia zro­zu­miała dla­czego. Krzy­czała. Wyła tak, że nocna ci­sza roz­pry­snęła się jak krysz­ta­łowe lu­stro, na ty­siące ostrych jak igły ka­wał­ków. Z są­sied­nich miesz­kań wy­glą­dały głowy są­sia­dów, gdzieś w od­dali sły­chać było sy­renę ra­dio­wozu. Gar­dło miała zdarte, kłyk­cie roz­bite o ścianę do ży­wej krwi, bu­dzik na stole wska­zy­wał trze­cią. Gdzie się po­działa mi­niona go­dzina?

- Jak to się stało? - wy­chry­piała do po­więk­szo­nych z szoku i prze­ra­że­nia oczu Apolci.

- Sta­szek.

- Sta­szek - po­wtó­rzyła ta­kim gło­sem, że ludz­kie głowy za­częły zni­kać w swo­ich miesz­ka­niach.

- Za­strze­lił ją.

- Za­strze­lił.

- Była w dzie­wią­tym mie­siącu ciąży.

***

Kiedy po ca­ło­do­bo­wej ob­ser­wa­cji na od­dziale za­mknię­tym zdjęto z niej ka­ftan bez­pie­czeń­stwa i od­pięto pasy przy­ci­ska­jące ją do łóżka, wy­szła na za­lane słoń­cem mia­sto. Był pierw­szy wrze­śnia, do szkoły szli ucznio­wie w ani­la­no­wych blu­zach z do­cze­pia­nymi agrafką tar­czami i przy­pi­na­nymi na gu­ziki koł­nie­rzy­kami. Wy­ma­chi­wali wor­kami na kap­cie, każdy z parą ju­nior­ków w środku. Wlo­kła się roz­czo­chrana, jak przed­wczo­raj Apol­cia, w sta­rym ubra­niu, w ja­kim za­brała ją z domu mi­li­cja, roz­dra­pu­jąc po­kłute igłami strzy­ka­wek przed­ra­miona. Lu­dzie scho­dzili jej z drogi.

- Sta­szek - dy­szała. - Ten es­bek.

Pro­mie­nie słońca igrały na srebr­nych nit­kach prze­ty­ka­ją­cych jej grube i czarne włosy, ale nie były w sta­nie roz­pro­szyć mroku, jaki nio­sła w oczach.

- Sta­szek. Moja córka.

Obok prze­je­chał mi­li­cyjny fiat, funk­cjo­na­riu­sze sta­ran­nie omi­nęli ją wzro­kiem. Kie­rowca cię­ża­ro­wego stara, któ­remu we­szła nie­mal pod koła, wy­chy­lił się przez okno, bio­rąc wdech do po­sła­nia so­czy­stej wią­chy, ale za­milkł w pół słowa.

- Sta­szek.

Świad­ko­wie, któ­rych prze­słu­chi­wał póź­niej pro­ku­ra­tor, ze­zna­wali, że Zo­fia Cze­pliń­ska wy­glą­dała jak upiór, który przez po­myłkę wy­szedł szu­kać ofiary za dnia. Twarz chuda, po­sta­rzała, cie­nie pod oczami. Sza­lony wzrok prze­ska­ku­jący z twa­rzy na twarz.

Pie­chotą do­tarła do Mu­cho­boru, za­stu­kała do drzwi Apolci. Otwo­rzył Mie­tek, ale szybko się wy­co­fał, roz­pacz­li­wie wo­ła­jąc w głąb domu, żeby przy­szła żona.

- Czy zo­stał aresz­to­wany? - spy­tała bez wstę­pów, kiedy tylko Apol­cia przy­szła ze swo­jego biura. Le­d­wie za­re­je­stro­wała, że jej dawna przy­ja­ciółka wy­gląda nie le­piej od niej, ma żółtą i su­chą jak per­ga­min skórę, sine usta i szkli­ste oczy.

- O ile wiem, to nie - za­chry­piała, a po­tem za­nio­sła się kasz­lem. - Prze­zię­bi­łam się - rzu­ciła uspra­wie­dli­wia­jąco, gdy atak prze­szedł.

Zo­sia nie od­po­wie­działa, nie usto­sun­ko­wała się. Stała, pa­trzyła, cze­kała.

- Mój zna­jomy z War­szawy jest mi­li­cjan­tem, ale na Żo­li­bo­rzu - z tru­dem mó­wiła da­lej Apol­cia. - Nie ma do­stępu do tego śledz­twa.

- Ale coś wie.

- Wie tyle, że ofi­cjal­nie to miał być wy­pa­dek. Pod nie­obec­ność męża Wan­dzia ja­koby po­sta­no­wiła wy­czy­ścić jego pi­sto­let. No i padł strzał. Aku­rat w chwili, kiedy wró­cił do domu.

- Ale to nie był wy­pa­dek, prawda?

Apol­cia stłu­miła ko­lejny spazm kaszlu. Zlu­stro­wała Zo­się peł­nym nie­po­koju spoj­rze­niem. Za­wa­hała się. Wi­działa prze­cież, co się działo przed­wczo­raj... Zo­sia była jed­nak jak głaz na­rzu­towy, który ja­kimś cu­dem zna­lazł się w progu jej domu. Nie prze­su­niesz, nie zi­gno­ru­jesz, nie prze­mó­wisz do roz­sądku. Może tak stać i ty­siąc lat.

- Wejdź do środka - wes­tchnęła. - Opo­wiem ci o te­le­fo­nie od Wan­dzi, jaki do­sta­łam ty­dzień temu.

***

Nie mo­gła usie­dzieć w miej­scu. Ani w szkole, ani w swo­jej su­te­re­nie na ulicy Obor­nic­kiej. Nie przy­jęła też pro­po­zy­cji Apolci i Mietka, żeby zo­stała u nich przez kilka dni. Co więc ro­biła przez pół­tora ty­go­dnia po śmierci Wandy? Dużo włó­czyła się wzdłuż Odry. Wi­dy­wano ją też w parku Ty­siąc­le­cia, na placu Grun­waldz­kim albo w naj­gor­szych, naj­nie­bez­piecz­niej­szych za­uł­kach na Psim Polu. Wpa­dała oczy­wi­ście do domu, żeby się prze­spać albo roz­grzać ręce. By­wała też u Apolci - po no­winy i na parę kę­sów cze­goś cie­płego. No­winy zresztą nie były do­bre.

- W war­szaw­skiej mi­li­cji aż hu­czy od plotki, że Wanda po­dobno zo­sta­wiła po so­bie list - chry­piała jej naj­śwież­sze wia­do­mo­ści od za­przy­jaź­nio­nego ofi­cera żo­li­bor­skiej ko­mendy Apol­cia. - Na­pi­sała po­dobno, że Sta­szek nie jest oj­cem jej dziecka. I że od­cho­dzi.

- Dla­tego ją za­bił - ci­chutko pod­su­mo­wała Zo­sia.

Apol­cia tylko po­ki­wała i znowu za­nio­sła się salwą su­chego kaszlu.

- List nie zo­stał jed­nak przez nią pod­pi­sany - wy­stę­kała, kiedy jej chude, co­raz chud­sze ciało prze­stały wstrzą­sać spa­zmy. - Więc śled­czy uznali, że nie może być do­wo­dem w spra­wie.

- Do­wo­dem jego winy...

- To samo z od­ci­skami pal­ców na pi­sto­le­cie - Apol­cia z tru­dem ło­wiła po­wie­trze. - Po­noć nie zna­le­ziono od­ci­sków Wan­dzi na kol­bie ani spu­ście. Ale mo­gła prze­cież trzy­mać broń przez pa­pier to­a­le­towy. Wszystko wy­da­rzyło się w ła­zience. Tej in­for­ma­cji też więc nie do­łą­czono do akt.

Wy­bie­gła z domu daw­nej przy­ja­ciółki, gry­ząc się po kłyk­ciach. Przed oczami wi­ro­wały nie­chciane ob­razy. Mała Wan­dziu­nia na ko­la­nach Witka w cha­cie szep­tu­chy. Có­reczka klę­cząca przy po­sła­niu cho­rego chłopca we Wło­dzi­mie­rzu Wo­łyń­skim i cała sala lu­dzi pa­trzą­cych na nią z uwiel­bie­niem. A po­tem cie­pło jej ciałka i jego cię­żar w nie­prze­nik­nio­nych ciem­no­ściach ka­na­łów. I cu­downe od­na­le­zie­nie na Wiej­skiej. I jesz­cze wspa­nial­szy mo­ment spo­tka­nia w Mu­cho­bo­rze. Ile to razy za­cho­dziła do niej, kiedy już spała? Wsłu­chi­wała się wtedy w jej równy od­dech, po­pra­wiała roz­ko­paną koł­drę, gła­skała po wło­sach. Na­wet wtedy, kiedy Wan­dzia się na nią dą­sała o tego Staszka, kiedy z każ­dym dniem od­da­lały się od sie­bie... Ży­cie. Bi­cie serca. Mi­liony od­de­chów. A ten skur­czy­byk zni­we­czył to wszystko jed­nym na­ci­śnię­ciem spu­stu.

"Dla­czego nie od­po­wie­dzia­łam wcze­śniej na jej list? - wy­rzu­cała so­bie. - Prze­cież mi na­pi­sała, co ten drań jej robi. Jak nie­szczę­śliwe jest te­raz jej ży­cie. Te drobno za­pi­sane kartki były jej wo­ła­niem o po­moc. Ostat­nim krzy­kiem. A ja nie za­re­ago­wa­łam. Co ze mnie za matka?".

Zo­sia szła w kie­runku roz­ga­łę­zio­nej w re­jo­nie cen­trum mia­sta Odry, czu­jąc, że każda myśl, każde wspo­mnie­nie spra­wia jej ostry, fi­zyczny ból. Pul­so­wało nim całe jej ciało, cała du­sza. Czuła, że je­dy­nym le­kar­stwem zdol­nym przy­tłu­mić to cier­pie­nie by­łaby ze­msta. A po­tem śmierć. Ale jak od­pła­cić tam­temu za to, co zro­bił? On jest męż­czy­zną. Mło­dym, na­wy­kłym do prze­mocy, uzbro­jo­nym. A jej stuk­nęło już pra­wie pięć­dzie­siąt pięć lat. Gdyby na­wet po­je­chała do War­szawy, gdyby sta­nęła przed nim... to co da­lej? I wtedy, po­woli, ma­je­sta­tycz­nie, przed jej oczy po­wró­ciło wspo­mnie­nie ma­leń­kiej Wan­dzi na ko­la­nach Witka. Wi­tek. Nie, nie. To sza­leń­stwo! Mi­nęło prze­cież tyle lat. Wi­tek. Mó­wił, że ko­cha to dziecko. Że mo­głoby być jego córką... Po­trzą­snęła głową, sta­ra­jąc się wy­rzu­cić kieł­ku­jącą w niej myśl. Wi­tek. Tak dawno go nie wspo­mi­nała. Prze­stała się na­wet za­sta­na­wiać, czy żyje. Mi­łość jej ży­cia. I wiel­kie tego ży­cia roz­cza­ro­wa­nie. Za­gadka. Fa­tum. Zba­wie­nie i prze­kleń­stwo. Czy wtedy, w 1952 roku udało mu się ujść po­goni? Wi­tek. Żoł­nierz, eg­ze­ku­tor, czło­wiek, który na jej oczach po­wa­lił sie­kierą kilku męż­czyzn... Wie­działa, że zna­le­zie­nie go, o ile na­prawdę prze­żył, gra­ni­czyło z cu­dem. Nie po­tra­fiła już jed­nak uciec po­ku­sie, żeby spró­bo­wać. Tylko jak? Od czego za­cząć? I wtedy spo­strze­gła, że stoi przed biu­rem ogło­szeń "Ga­zety Ro­bot­ni­czej". Jakby nogi same ją tu przy­nio­sły...

***

Apol­cia nie mo­gła wy­le­czyć prze­zię­bie­nia. Ka­słała co­raz go­rzej, pluła zie­lon­kawą wy­dzie­liną zmie­szaną z krwią. Do­szło do tego, że nie mo­gła już nor­mal­nie po­roz­ma­wiać. Zwłasz­cza przez te­le­fon. Stru­my­czek in­for­ma­cji od "jej ofi­cera z War­szawy" więc wy­sechł. Zresztą, wszystko było prze­cież wia­domo. Zo­sia chciała się już tylko do­wie­dzieć, co stało się z dziec­kiem Wandy. Pierw­sze prze­cieki były nieco cha­otyczne. Po­dobno prze­żyło, ale ba­lan­so­wało na gra­nicy ży­cia i śmierci. Le­ka­rze ze szpi­tala przy Nie­kłań­skiej, od­da­lo­nego od Mię­dzy­na­ro­do­wej le­d­wie o kil­ka­set me­trów, wal­czyli o nie, lecz efekt był bar­dzo nie­pewny. Pew­nie umarło...

Zo­sia stała więc nad łóż­kiem Apolci i pa­trzyła na jej szarą jak pa­pier twarz. Na pę­che­rzyki piany w ką­ci­kach ust, na pół­przy­mknięte oczy i su­chą pierś uno­szącą się z char­ko­tem pod ko­cem. Za­częło do niej do­cie­rać, że wi­dzą się po raz ostatni. Apol­cia. Wul­kan ener­gii i ocean sprytu - na łożu śmierci. Zgię­tym pal­cem wy­tarła jej spierzch­nięte usta, dło­nią przy­gła­dziła włosy, po­ca­ło­wała roz­pa­lone czoło. I wy­szła bez po­że­gna­nia.

Drogę na Obor­nicką, jak zwy­kle ostat­nio, po­ko­nała pie­chotą. Czas prze­stał się dla niej li­czyć, co­raz mniej ją łą­czyło ze świa­tem.

"Ja będę na­stępna" - po­my­ślała z ulgą i sa­tys­fak­cją. "Nic mnie tu­taj już nie trzyma. Mogę iść".

I wtedy, na progu domu, w któ­rym miesz­kała, usły­szała do­brze zna­jomy głos:

- Mar­nie wy­glą­dasz, Zo­siu.

Sta­nęła jak wryta. Wolno, wol­niutko unio­sła wzrok. Wy­soki, pro­sty, nieco tylko grub­szy niż ostat­nio. Ema­no­wał od niego spo­kój i obez­wład­nia­jąca pew­ność sie­bie. Uśmie­chał się do niej tym swoim ła­god­nym, chło­pię­cym uśmie­chem. Był szpa­ko­waty, z czo­łem prze­cię­tym trzema kre­chami zmarsz­czek. Ele­gancko ubrany. Gar­ni­tur, z pew­no­ścią szyty u krawca. Skó­rzane pół­buty. Na pewno nie­po­lskie. Na ser­decz­nym palcu pra­wej dłoni miał złoty sy­gnet. W le­wej... ga­zeta z za­kre­ślo­nym kół­kiem ogło­sze­niem: "Po­trze­buję cię, Witku. Zo­fia Cze­pliń­ska" i jej ad­res.

- No więc? - spy­tał ci­chym gło­sem Wi­tek. - Po­wiesz mi, o co cho­dzi?

JE­SIEŃ 1984

1

Obu­dziła się, choć była głu­cha noc, jak zwy­kle od razu trzeźwa, na­pięta, go­towa do walki lub ucieczki. Oczy sze­roko otwarte, wpa­trzone w ciem­ność. Na­słu­chi­wała. Przez dłuż­szą chwilę sły­szała tylko od­de­chy in­nych dzieci śpią­cych na sali. Skrzy­pie­nia łó­żek. Po­ka­sły­wa­nia. Prze­nio­sła wzrok na plamę roz­my­tego świa­tła wpa­da­jącą z ko­ry­ta­rza przez mleczne szkło drzwi. Jest! Serce sko­czyło jej do gar­dła. Prze­lotny cień, mi­gnię­cie ciem­nej głowy po dru­giej stro­nie. A po­tem skrzyp­nię­cie klamki. Ruch drzwi w ciem­no­ści. Ruch, któ­rego do­my­ślała się tylko w re­flek­sach świa­tła mi­ga­ją­cego na po­ru­sza­ją­cej się szy­bie. To on. To na pewno znowu on.

Bar­dziej wy­czuła, niż zo­ba­czyła, że jest już po dru­giej stro­nie. Wszedł do sali. Był dla jej oczu ukła­da­jącą się w ludz­kie kształty plamą gęst­szego mroku. Skra­dał się, my­ślał, że go nie za­uwa­żyła. Hen­ryk. He­nio. Wu­jek He­nio. Serce sko­czyło jej do gar­dła. To on miał dzi­siaj nocny dy­żur. Tak. Jej drżące palce prze­su­nęły się po po­ścieli, do­tarły do kra­wę­dzi koł­dry, wy­ma­cały brzeg po­duszki. Ostroż­nie pod nią za­nur­ko­wały, na­tra­fia­jąc na pie­kącą ostrość skra­dzio­nej sprzą­tacz­kom ży­letki. One uży­wały ich do ze­skro­by­wa­nia stward­nia­łych plam je­dze­nia z pły­tek PCV, któ­rymi wy­ło­żona była ja­dal­nia. Ona miała dla niej zu­peł­nie inne za­sto­so­wa­nie.

- Nie śpisz... - usły­szała nad sobą jego głos. Jej twarz omiótł prze­sy­cony pa­pie­ro­sami zmie­sza­nymi z mię­tówką od­dech. - Cze­kasz na mnie, co? - za­chi­cho­tał.

Cięła bez uprze­dze­nia, ce­lu­jąc w zgęst­niały mrok przy swoim łóżku. Za­ma­szy­ście, z ca­łych sił. Stłu­miony sko­wyt. Mrok za­fa­lo­wał jak dym w zmie­nia­ją­cym się po­dmu­chu wia­tru. Ci­che, ale pełne pa­sji prze­kleń­stwo.

- Po­ża­łu­jesz, gów­niaro!

A po­tem po­spieszne kroki z po­wro­tem do drzwi. Skrzyp­nię­cie za­my­ka­nej klamki. Ania uśmiech­nęła się w mrok. Wy­gląda na to, że sprzą­taczki będą miały ju­tro cał­kiem sporo za­sty­głych, czer­wo­nych pla­mek do ze­skro­ba­nia z pod­łogi...

2

Nie­na­wi­dziła tego miej­sca. I to miej­sce zda­wało się nie­na­wi­dzić jej. Tych prze­klę­tych po­ran­ków, kiedy spa­dał na nią cały cię­żar roz­po­czy­na­ją­cego się dnia. Po­budka, sła­nie łó­żek, ko­lejno do umy­walni. Po­tem dy­żurna cio­cia ro­biła im kon­trolę uszu, wło­sów i zę­bów. Ubie­ra­nie: ta­kie same raj­stopki, su­kienki, do tego ju­niorki na gu­mo­wa­nej po­de­szwie. Żeby nikt się nie po­śli­zgnął na płyt­kach PCV ani zro­bio­nych z la­stryko scho­dach. Ja­dal­nia cuch­nąca przy­pa­lo­nym mle­kiem. Mleko z ry­żem na pierw­sze, pa­rówki z wody na dru­gie. Sza­mo­ta­nina o słoik z musz­tardą. Do tego po trzy ze­schłe kromki chleba i dżem tru­skaw­kowy. Dżem aku­rat lu­biła, ale słoik pra­wie za­wsze za­gar­niali starsi. I albo wy­ja­dali, albo wy­no­sili pod bluzką dla sie­bie na po­tem.

Dom dziecka. Je­dyne miej­sce do ży­cia, ja­kie znała. Po­winna się przy­zwy­czaić, a nie po­tra­fiła. Była tu­taj je­dy­nym dziec­kiem, które w ogóle nie miało ro­dziny. Ro­dzi­ców, dziad­ków, wuj­ków, praw­dzi­wych cioć. Ni­kogo. Inne dzie­ciaki po­sia­dały tego aż w nad­mia­rze. Ow­szem - pi­ja­ków, ob­szczy­mu­rów, zło­dziei, lu­dzi pręd­kich do bi­cia. Dla­tego za­brano je z do­mów i umiesz­czono tu­taj. Ale jed­nak miały. Mamy, ta­tu­siów... do­ro­słych o kon­kret­nych twa­rzach. Od­wie­dzali je rzadko, jesz­cze rza­dziej przy­no­sili pre­zenty. Ale póź­niej taki Pio­trek, Mar­cin czy Irenka mo­gli opo­wia­dać z wyż­szo­ścią: "A moja mama to ciężko pra­cuje. A tata leży przed te­le­wi­zo­rem. Bo my mamy te­le­wi­zor. Jak sąd mi po­zwoli wró­cić do domu, będę oglą­dała w nim do­bra­nocki. Sama". Ania nie miała żad­nych twa­rzy tylko dla sie­bie. I za to nie­na­wi­dziła inne dzie­ciaki.

Do­ro­słych też nie­na­wi­dziła. Tych przy­szy­wa­nych cioć, które wie­czo­rami sie­działy nad kawą i tylko cza­sami py­tały bez­na­mięt­nym gło­sem: "No co tam, ko­cha­nie?". Ko­cha­nie... Tak na­prawdę, nikt tu­taj ni­kogo nie ko­chał. Cio­cie miały swoje domy i swoje dzieci do ko­cha­nia. Ania od­kryła to kilka lat temu, jesz­cze w pierw­szej kla­sie, i prze­żyła praw­dziwy wstrząs. One tu tylko przy­cho­dziły do pracy! Nikt za nią nie stał, na ni­kogo nie mo­gła się po­wo­łać. Ma­riusz, kiedy go ktoś po­pchnął, stra­szył star­szym bra­tem, który na­le­żał do gi­tów. Ma­riola miała mamę w wię­zie­niu, która "jak wyj­dzie, to was tu wszyst­kich ustawi". Pa­tryk był Cy­ga­nem i stra­szył, że jakby co, to przyj­dzie cały ta­bor i zrobi po­rzą­dek. Ona nie miała ni­kogo. I za to nie­na­wi­dziła do­ro­słych.

Naj­pierw była za mała, żeby kto­kol­wiek zwra­cał na nią uwagę. Po­tem uro­sła i różni tacy za­częli się jej cze­piać. To od­daj, tam­tego nie ru­szaj, a w ogóle to przy­nieś nam ze świe­tlicy to i to. Więk­szość dzieci pod­da­wała się star­szym, a już na pewno tym naj­sil­niej­szym. Ona nie. Szybko pod­pa­trzyła, jak ro­bią to chło­paki. Wy­gry­wał za­zwy­czaj ten, który pierw­szy ude­rzył i nie prze­sta­wał bić, póki prze­ciw­nik się ru­szał. Spró­bo­wała. I ja­koś po­szło. Za pierw­szym ra­zem do­stała bęcki. Za dru­gim też, ale ten, który ją sprał, nie wy­glą­dał le­piej. Za trze­cim, na­lu­to­wała pewną dwa lata star­szą dzie­wu­chę tak, że po­słali ją do izo­latki. Już nikt się nie cze­piał.

Oprócz He­nia. Wy­cho­wawca, po­dobno na­uczy­ciel śpiewu. Ły­sawy, wą­tły, w oku­la­rach. Z krót­kim wą­si­kiem i cof­nię­tym pod­bród­kiem. Zaj­mo­wał się chło­pa­kami, ale miał też nocne albo nie­dzielne dy­żury. Jego kon­trole czy­sto­ści w sali dziew­czy­nek były za­wsze naj­bar­dziej dro­bia­zgowe. Spraw­dzał, do­ty­kał, za­glą­dał. A ostat­nio ucze­pił się Ani. No nic, po tym, co stało się w nocy, pew­nie mu przej­dzie.

Naj­bar­dziej jed­nak. Naj-, naj-, naj­bar­dziej nie­na­wi­dziła ob­cych. Tych pań i pa­nów, któ­rzy przy­jeż­dżali do bi­dula i cho­dzili po sa­lach opro­wa­dzani przez dy­rek­torkę. Jak oni wszy­scy się wtedy sta­rali! Przy­gła­dzali po­ściel na łóż­kach, prę­żyli na bacz­ność, od­po­wia­dali na py­ta­nia, nie uży­wa­jąc brzyd­kich słów. Jesz­cze kilka lat temu, obcy zwy­kle in­te­re­so­wali się Anią.

- Jaka piękna blon­dy­neczka o mo­drych oczkach! - wzdy­chały na jej wi­dok pa­nie.

- Jaka po­ważna, jak hardo pa­trzy! - za­chwy­cali się pa­no­wie.

Ale ja­koś ni­gdy jej nie wy­bie­rali. "Ta dziew­czynka stwa­rza bar­dzo po­ważne pro­blemy wy­cho­waw­cze. Prawdę mó­wiąc, ma psy­cho­pa­tyczny cha­rak­ter" - Ania pod­słu­chała, jak w swoim ga­bi­ne­cie opo­wia­dała o niej dy­rek­tor. Pan i pani wzięli więc Ma­riolkę. A te­raz to już ra­czej nikt na nią nie pa­trzył. Nic dziw­nego, miała już dzie­sięć lat. Była sta­rym dziec­kiem.

I wła­śnie za to, naj­bar­dziej ze wszyst­kich, na­wet bar­dziej od He­nia, nie­na­wi­dziła ob­cych.

3

Była już koń­cówka wrze­śnia, a mimo to wciąż dni po­zo­sta­wały upalne. Na wiel­kim traw­niku przed wej­ściem do bi­dula trawa na­brała ko­loru siana, a listki na brzo­zach ro­sną­cych przy pło­cie skrę­cały się i sza­rzały z braku wody. Słabe po­wiewy wia­tru nio­sły kurz z pro­wa­dzą­cej od sta­cji drogi oraz woń dymu z pa­lo­nych w obej­ściach ognisk. Wspo­mnie­nie święta 22 lipca, kiedy cały dom dziecka po­szedł na po­chód, a po­tem roz­dano watę cu­krową, słodką jak niebo pań­ską skórkę i po jed­nym ba­lo­niku, już dawno się za­tarło. Na szczę­ście, pra­wie mie­siąc temu za­częła się szkoła. Ania lu­biła szkołę, tylko tam sta­rała się ni­kogo za bar­dzo nie bić, nie oplu­wać, nie wy­bi­jać szyb. Nie za­wsze się uda­wało - pod ko­niec ze­szłego roku szkol­nego tra­fiła na­wet na mi­li­cyjną izbę dziecka za pod­pa­le­nie kar­to­no­wej imi­ta­cji ogni­ska w sali ZHP i kra­dzież sta­rego ka­ra­binu z Izby Pa­mięci Walki i Mę­czeń­stwa Na­rodu - ale się sta­rała.

No więc, mimo ka­len­da­rzo­wej je­sieni, wciąż było lato. Duszny i sło­neczny dzień, choć da­leko, za li­nią lasu zbie­rała się bu­rza. Sie­działa w oknie na ko­ry­ta­rzu pierw­szego pię­tra i cięła ży­letką - tą samą, którą w nocy po­trak­to­wała wujka He­nia - wy­ło­żone ska­jem sie­dzi­ska krze­seł. He­nio był u dy­rek­torki i skła­dał ra­port. Rękę miał za­ban­da­żo­waną aż do łok­cia. "Na pewno bę­dzie kara. Ja­kieś sprzą­ta­nie ki­bli czy wy­no­sze­nie gra­tów z piw­nicy. I oczy­wi­ście po­ga­danka pani dy­rek­tor. Ble, ble, ble".

Wła­śnie wtedy ją zo­ba­czyła. Wy­da­wała się do­syć wy­soka, chuda, ale twarda jak skała. Wy­pro­sto­wana, dumna, szła alejką od bramy. Obca. Ale inna obca niż ci, któ­rzy przy­cho­dzili tu­taj po dzieci. Inna, bo star­sza. Zu­peł­nie siwa. No to może nie­obca? Może ro­dzina któ­re­goś z dzie­cia­ków?

Ania śle­dziła jej każdy krok. Nie mo­gła ode­rwać oczu. Umiała już oce­niać lu­dzi po cho­dzie. W spo­so­bie po­ru­sza­nia każ­dego, ab­so­lut­nie każ­dego, był za­pi­sany cha­rak­ter. He­nio, na przy­kład, szu­rał no­gami i po­ru­szał głową przód-tył, w takt śla­ma­zar­nych kro­ków. Ty­powa oferma. Był nie­bez­pieczny tylko dla­tego, że jako do­ro­sły, a do tego wy­cho­wawca, miał wła­dzę. Ale mniej­sza o He­nia. Ta sta­ruszka na dole, która wła­śnie zni­kała w drzwiach par­teru, miała krok dra­pież­nika.

Po chwili za­uwa­żyła ją wcho­dzącą po scho­dach. Ich spoj­rze­nia się spo­tkały. Pani star­sza miała ostre, pta­sie rysy twa­rzy, oczy lekko za­pad­nięte, czarne jak wy­loty luf du­bel­tówki. W na­głym prze­bły­sku dzie­się­cio­latka na­gle so­bie przy­po­mniała, że już ją wi­działa. I to tu­taj. Nie­dawno. Parę ty­go­dni temu, ja­koś pod ko­niec lipca, kiedy chło­paki - a wśród nich Ania - grały w piłkę na ty­łach bu­dynku. Do bo­iska, to zna­czy do wy­dep­ta­nego, piasz­czy­stego kręgu mię­dzy dwiema ra­chi­tycz­nymi bram­kami bez sia­tek, w pew­nym mo­men­cie po­de­szła dy­rek­torka. Z tą wła­śnie ko­bietą. Wtedy po raz pierw­szy wzrok dziew­czyny zde­rzył się z tymi dwiema czar­nymi dziu­rami oczu. Już wtedy obca się jej przy­glą­dała.

"Pew­nie ja­kaś kon­trola z Sa­ne­pidu albo Urzędu Wo­je­wódz­kiego" - wzru­szyła wów­czas ra­mio­nami Ania. "Ko­lejna głu­pia urzęd­niczka, która się dziwi, że gram z chło­pa­kami". I już wię­cej się na tamtą nie obej­rzała. A te­raz ta obca była tu znów. Pa­trzyła na Ankę przez dłuż­szą chwilę. Bez uśmie­chu, jakby w za­my­śle­niu. Chciała na­wet ją spy­tać: "Co się pani tak gapi?", ale się po­wstrzy­mała. Coś w spoj­rze­niu tam­tej spra­wiało, że wo­lała spo­koj­nie za­cze­kać na jej ruch. I na­gle ką­ciki wą­sko za­ci­śnię­tych ust tam­tej le­ciutko drgnęły ku gó­rze. Uśmiech?

- Ty je­steś Ania, prawda? - ode­zwała się.

Anka spoj­rzała na nią naj­bar­dziej wrogo, jak po­tra­fiła, co jed­nak na ko­bie­cie nie zro­biło żad­nego wra­że­nia.

- Może Ania, a może nie - od­parła. - A kto pyta?

- Wkrótce się do­wiesz, mała. A tym­cza­sem...

- Tylko nie "mała", do­brze?

- A tym­cza­sem mu­szę zajść do pani dy­rek­tor.

- Jest pod trójką - burk­nęła. - Ale dyrka jest te­raz za­jęta.

Ko­bieta ski­nęła jej z po­wagą, a po­tem szybko od­szu­kała trójkę, za­pu­kała - ener­gicz­nie, wład­czo, na­ci­snęła klamkę i we­szła.

- Je­stem te­raz za­jęta! - Ania usły­szała po­iry­to­wany głos dy­rek­torki. - Pro­szę za­cze­kać na...

- Ta sprawa nie może już dłu­żej cze­kać - prze­rwał jej spo­kojny głos tam­tej. - Mam już wszyst­kie do­ku­menty.

A po­tem drzwi się za­mknęły.

Po do­brych dzie­się­ciu mi­nu­tach i se­rii peł­nych gniewu, nie­zro­zu­mia­łych dla Ani po­mru­ków, ze środka, na ko­ry­tarz wy­szedł czer­wony na twa­rzy He­nio. Anka uśmiech­nęła się do niego i po­ma­chała ręką, w któ­rej dość osten­ta­cyj­nie dzier­żyła ży­letkę. Po­czer­wie­niał jesz­cze bar­dziej, zro­bił ku niej krok, a po­tem zmełł prze­kleń­stwo i ru­szył w stronę po­koju dla ka­dry. Na ko­ry­ta­rzu za­pa­dła ci­sza. Chciała się pod­kraść pod drzwi dy­rek­torki, żeby pod­słu­chać roz­mowę, ale do przej­ścio­wego po­koju wró­ciła jej se­kre­tarka. No to cze­kała. Do li­cha! Czyżby obca była ja­kąś pro­ku­ra­torką? Albo inną małpą, na przy­kład z sądu? Może chcą jed­nak zro­bić hecę z tej hi­sto­rii z He­niem? Wy­to­czyć sprawę? Po­słać ją do po­praw­czaka? Mi­nuty za­częły się nie­zno­śnie dłu­żyć, krze­sło stało się nie­wy­godne. Po do­brym kwa­dran­sie wy­szły obie. Pro­sta jak struna sta­ruszka i niż­sza od niej o głowę, okrą­glutka na buzi, w ta­lii, no!, okrą­glutka wszę­dzie, pani dy­rek­tor.

- A fak­tycz­nie! Sie­dzi tu­taj - po­wie­działa, pa­trząc na Ankę. Jej głos ocie­kał nie­chę­cią i urzę­do­wym chło­dem. - Anna Cze­pliń­ska. Na­sza czarna owieczka. No do­brze. Za­pra­szam do ga­bi­netu, młoda panno.

- A więc, tak jak już pani wspo­mnia­łam... - kiedy tylko za­mknęły się za nimi drzwi ga­bi­netu, zde­cy­do­wa­nym gło­sem ode­zwała się obca - za­bie­ram wnuczkę do sie­bie.

Anka omal nie osu­nęła się na pod­łogę. Wnuczkę? Do sie­bie? Czy się aby nie prze­sły­szała?

- No nie wiem... - fuk­nęła dy­rek­torka. - Wciąż jesz­cze je­stem jej opie­ku­nem praw­nym, a pani... pro­szę wy­ba­czyć... nie wzbu­dza mo­jego za­ufa­nia.

Obca za­ci­snęła szczęki, jak ktoś na skraju wy­bu­chu. Szybko się jed­nak opa­no­wała i spo­koj­nym to­nem od­parła:

- Prze­cież po­ka­za­łam pani pa­piery. Wnio­sek do Wy­działu Ro­dzin­nego Sądu Re­jo­no­wego wła­ści­wego dla miej­sca sta­łego po­bytu dziew­czynki zło­ży­łam. To ten kwi­tek - stuk­nęła sztyw­nym pal­cem w je­den z za­ście­ła­ją­cych biurko do­ku­men­tów. - Sąd wy­zna­czył ter­min roz­prawy na dwu­dzie­stego pią­tego li­sto­pada.

- Więc za­cze­kajmy do tego ter­minu - żmi­jo­wato uśmiech­nęła się dy­rek­torka. - Na wy­rok Sądu Ro­dzin­nego. Je­śli zde­cy­duje on o usta­no­wie­niu pani jej ro­dziną za­stęp­czą, to ja...

- Na szczę­ście nie ma ta­kiej po­trzeby - twarz sta­ruszki wy­krzy­wił rów­nie sztuczny uśmie­szek, tyle że jej oczy po­zo­stały mroczne, jak dwie stud­nie. I za­raz stuk­nęła swoim szpo­nia­stym pal­cem w ko­lejny pa­pier. - O! Tu jest wczo­raj­sze po­sta­no­wie­nie Sądu o urlo­po­wa­niu Ani z domu dziecka i tym­cza­so­wym po­wie­rze­niu jej pod moją opiekę do czasu roz­prawy.

Tym ra­zem dy­rek­torka nic nie od­po­wie­działa. Spą­so­wiała tylko. Ru­mie­niec po­woli prze­lał się przez jej pulchne po­liki na szyję, a po­tem jesz­cze ni­żej - aż na de­kolt.

- Wy­soki Sąd naj­wy­raź­niej uznał, że dziecko od razu po­winno przy­zwy­cza­jać się do no­wego opie­kuna. Czyli do mnie. A ja, za­wsze, z miłą chę­cią za­pra­szam pa­nią, a także ku­ra­tor są­dową, do nas w od­wie­dziny. Nie mamy ni­czego do ukry­cia. Co, mała? - po raz pierw­szy bez­po­śred­nio zwró­ciła się do Anki.

Dziew­czynka uświa­do­miła so­bie, że stoi na środku ga­bi­netu ze wstrzy­ma­nym od­de­chem i ni­czym ki­bic na me­czu te­nisa prze­suwa głowę od dy­rek­torki do star­szej pani. Zu­peł­nie jakby od­bi­jały mię­dzy sobą pi­łeczkę...

- Przy­kro mi - z lekką de­fen­sywą w gło­sie, ale na­dal sta­now­czo, oznaj­miła pani dy­rek­tor. - Może, gdyby nie sie­działa pani w wię­zie­niu, za­sta­no­wi­ła­bym się nad pani prośbą. A tak...

- To nie jest żadna "moja prośba", to pra­wo­mocne po­sta­no­wie­nie Sądu! - ostro, z le­dwo skry­waną fu­rią, od­parła star­sza pani. Dy­rek­torka cof­nęła się o krok. Za­raz jed­nak sta­ruszka wzięła głę­boki wdech i znów za­częła mó­wić mo­no­ton­nym to­nem:

- Tak, sie­dzia­łam w wię­zie­niu. Na­wet nie raz. Je­stem re­cy­dy­wistką.

- Sama pani wi­dzi!

- Mam także orze­czoną cho­robę psy­chiczną. Od czasu do czasu przy­tra­fiają mi się tak zwane epi­zody schi­zo­idalne.

- O Boże!

- Pierw­szy wy­rok do­sta­łam za zbrojne usi­ło­wa­nie oba­le­nia ustroju pań­stwa i za­mach na wła­dzę lu­dową.

- Jezu...

- Po kilku la­tach zo­sta­łam jed­nak unie­win­niona i zre­ha­bi­li­to­wana.

- Ach tak...

- Drugi wy­rok do­sta­łam z pa­ra­grafu 148 ko­deksu kar­nego.

- Nie je­stem, ee, na bie­żąco z...

- Za­bój­stwo - ucięła obca, a pulchna dy­rek­torka jesz­cze bar­dziej cof­nęła się w stronę se­kre­ta­riatu.

- Ale... - tu pani star­sza wznio­sła wska­zu­jący pa­lec - przy­wró­cono mi peł­nię praw oby­wa­tel­skich. Zo­sta­łam zwol­niona na mocy amne­stii z dnia 21 lipca 1984 roku ogło­szo­nej w czter­dzie­stą rocz­nicę po­wo­ła­nia wła­dzy lu­do­wej. Amne­stii, pro­szę słu­chać uważ­nie, za­rzą­dzo­nej uchwałą Sejmu i wpi­saną do Dzien­nika Ustaw.

Pani dy­rek­tor pa­trzyła na nią z od­razą i lę­kiem. Gruba zmarszczka prze­ci­na­jąca jej czoło świad­czyła o tym, że wła­śnie szuka ri­po­sty o od­po­wied­nim cię­ża­rze ga­tun­ko­wym.

- Czy kwe­stio­nuje pani wła­dzę usta­wo­daw­czą, jaką spra­wuje Sejm Pol­skiej Rze­czy­po­spo­li­tej Lu­do­wej? - grom­kim gło­sem spy­tała sta­ruszka.

Dy­rek­torka szybko po­krę­ciła głową.

- To może pod­waża pani kom­pe­ten­cje dok­tora Biel­skiego? Dy­plo­mo­wa­nego le­ka­rza psy­chia­try i bie­głego są­do­wego?

- Ależ, skąd pani to przy­szło do głowy? - bro­niła się pani dy­rek­tor. - Ja na­wet nie wiem, kto to jest!

- To świa­to­wej klasy eks­pert, który przed pod­ję­ciem de­cy­zji o moim uwol­nie­niu wy­dał opi­nię w mo­jej spra­wie. Jego zda­niem, cho­roba, na którą cier­pię, do­brze pod­daje się le­cze­niu, ro­ko­wa­nia są nie­zwy­kle po­myślne, a ja nie sta­no­wię już za­gro­że­nia dla po­rządku pu­blicz­nego.

- Cóż, ale wra­ca­jąc do sprawy Ani... - dy­rek­torka pod­jęła he­ro­iczną próbę wy­rwa­nia się z na­roż­nika. Obca jej jed­nak na to nie po­zwo­liła.

- Wo­bec po­wyż­szego, zga­duję też, że nie pod­waża pani opi­nii ma­gi­stra re­so­cja­li­za­cji, pana Wą­doły, wy­cho­wawcy z Za­kładu Kar­nego o za­ostrzo­nym ry­go­rze w Strzel­cach Opol­skich, w któ­rym od­by­wa­łam karę po­zba­wie­nia wol­no­ści.

- Wą­doły? Ma­gi­stra? - nie­pew­nie po­wtó­rzyła dy­rek­torka.

- Uznał on, że pro­ces mo­jej na­prawy i po­wrotu na łono zdro­wego spo­łe­czeń­stwa za­koń­czył się po­myśl­nie.

- Gra­tu­luję...

- Dzię­kuję. Więc, jak sama pani wi­dzi, w spra­wie mo­jej skrom­nej osoby wy­po­wie­działo się wiele au­to­ry­te­tów. Po­cząw­szy od par­la­mentu, po­przez wy­bit­nych le­ka­rzy aż po eks­per­tów wię­zien­nic­twa. I ża­den z nich nie za­strzegł, że nie mogę zaj­mo­wać się wnuczką. A co naj­istot­niej­sze, nie­za­wi­sły sąd przy­chy­lił się do sfor­mu­ło­wa­nych przez nich wnio­sków.

Za­wie­siła głos, wpa­tru­jąc się hip­no­tycz­nym wzro­kiem w spo­nie­wie­rane ob­li­cze pani i wład­czyni bi­dula, która już zde­cy­do­wa­nie ugo­do­wym to­nem szep­nęła:

- Mam lekki mę­tlik w gło­wie. Mu­szę so­bie to wszystko po­ukła­dać. Czy nie mo­gły­by­śmy po­cze­kać z osta­teczną de­cy­zją na przy­kład do ju­tra?

- Nie! - za­krzyk­nęła obca. I, naj­wy­raź­niej po raz ko­lejny przy­po­mi­na­jąc so­bie, że przede wszyst­kim musi za­cho­wać spo­kój, nie­mal ła­god­nym gło­sem do­dała: - Nie ma ta­kiej ko­niecz­no­ści. Do­bro dziecka zo­stało za­bez­pie­czone do­dat­kową de­cy­zją Sądu. O, w tym miej­scu - za­krzy­wiony pa­lec stuk­nął pa­znok­ciem w ko­lejne z roz­ło­żo­nych pa­pie­rzysk. - Usta­no­wiono nade mną opiekę ku­ra­tora, a także pra­cow­ni­ków so­cjal­nych. To oni za­dbają, by Ani nie działa się krzywda w jej no­wym miej­scu za­miesz­ka­nia. Pani - tu pa­te­tycz­nie za­wie­siła głos - nie po­nosi w ra­zie czego żad­nej od­po­wie­dzial­no­ści.

- Ach tak. Czyli, że chyba na­prawdę wy­cho­dzi na to, że...

- Zga­dza się, pani dy­rek­tor! - twarz ob­cej roz­ja­śniła się po­chwałą. - To wszystko zna­czy, że bez obaw może mi pani już te­raz wy­dać dziecko. Oczy­wi­ście, na ra­zie tylko tym­cza­sowo.

***

- Na­prawdę pani sie­działa za mor­der­stwo? - spy­tała Anka, kiedy dwie go­dziny póź­niej je­chały w wa­go­nie War­szaw­skiej Ko­lei Do­jaz­do­wej te­le­pią­cym się przez gę­ste od lep­kiego go­rąca po­wie­trze ku sta­cji War­szawa Śród­mie­ście.

Obca z na­masz­cze­niem ski­nęła głową.

- Kogo pani za­biła?

- Przyj­dzie czas, że ci opo­wiem.

Ania przez chwilę wsłu­chi­wała się w mia­rowy stu­kot kół. Sie­działa na ławce, obok niej le­żał ple­cak z jej rze­czami. Nie przy­znała się do tego, ale pierw­szy raz w ży­ciu je­chała po­cią­giem. Pierw­szy raz, nie li­cząc wyjść do szkoły, była sama poza bi­du­lem, to zna­czy bez wy­cho­waw­czyni i in­nych dzieci. Pierw­szy raz spo­tkała ko­goś z wła­snej ro­dziny. Czy to się działo na­prawdę?

- I rze­czy­wi­ście jest pani schi­zolką?

Znów pełne god­no­ści po­twier­dze­nie.

- Ale tylko epi­zo­dycz­nie - do­dała szybko. - Zna­czy... od czasu do czasu.

- I jest pani moją bab­cią? Taką praw­dziwą?

- Naj­praw­dziw­szą. Na­zy­wam się Zo­fia Cze­pliń­ska.

- Anna Cze­pliń­ska - z po­wagą uści­snęły so­bie ręce.

- Ale mów mi bab­cia Zo­sia.

- Anka.

Stu­kot kół nieco zwol­nił, zgrzyt­nęły ha­mulce. Za oknem, na tle ciem­nie­ją­cego przed nad­cho­dzącą bu­rzą nieba, do­strzec można już było gó­ru­jącą nad mia­stem pi­ra­midę Pa­łacu Kul­tury. W od­dali bły­snął pierw­szy pio­run.

- Słu­chaj, mała - bab­cia Zo­sia na­chy­liła się nad Anią. - Wy­gląda na to, że nam oby­dwu ży­cie nie ście­liło się ostat­nio do stóp. Mam ra­cję?

Tym ra­zem to Ania po­twier­dziła.

- A ja do tego po­peł­ni­łam ostat­nimi czasy sporo błę­dów.

- Ja też... - wtrą­ciła dziew­czynka.

- Zro­bi­łam też parę strasz­nych rze­czy. A paru in­nych, które z ko­lei zro­bić na­le­żało, nie zro­bi­łam.

- Skom­pli­ko­wana sprawa.

- A że­byś wie­działa, mała! Skom-pli-ko-wana. Ale wiesz co?

Ania tym ra­zem po­krę­ciła głową. Nie, nie wie­działa.

- Uwa­żam, że wła­śnie dla­tego, że z nas ta­kie ży­ciowe roz­bitki, te­raz już może być tylko le­piej. My­ślę, że nam się uda. Zła­piemy ży­cie za ku­dły i zdzie­limy ko­la­nem w mordę. A po­tem wy­ci­śniemy z niego dla sie­bie wszystko, co naj­lep­sze.

Anka słu­chała tego z pa­ła­ją­cym wzro­kiem i za­par­tym tchem. "Tak. Tak! Za ku­dły i w mordę! Star­sza pani, o prze­pra­szam!, bab­cia Zo­sia, co­raz bar­dziej mi się po­doba". A wła­ści­wie, to Ania była już zu­peł­nie po jej stro­nie. Ca­łym swoim spo­nie­wie­ra­nym, dzie­się­cio­let­nim ser­cem.

4

Po przy­jeź­dzie do War­szawy prze­szły pod­ziem­nym przej­ściem na przy­sta­nek tram­wa­jowy w stronę Żo­li­bo­rza. W sza­le­ją­cej bu­rzy i za­ci­na­ją­cym w szyby desz­czu do­je­chały do Bro­niew­skiego, róg Du­ra­cza. Oto­czyła je be­to­nowa pu­sty­nia cztero-, dzie­się­cio­pię­tro­wych i wyż­szych blo­ków. Ostat­nie kro­ple wła­śnie prze­sta­wały pa­dać, na nie­bie - od strony Bie­lan - po­ja­wiła się tę­cza.

- Tu­taj miesz­kasz..., bab­ciu?

- Od nie­dawna - pu­ściła do niej oko. - Ja też, tak jak i ty, przy­zwy­cza­iłam się przez ostat­nie dzie­sięć lat do zbio­ro­wych sy­pialni i sta­łych go­dzin wy­da­wa­nia po­sił­ków.

- Ciężko było w wię­zie­niu?

- Można się przy­zwy­czaić.

- Na­prawdę je­ste­śmy do sie­bie po­dobne, bab­ciu.

Prze­szły przez bar­dzo sze­roki, to­nący te­raz w bło­cie i ka­łu­żach traw­nik od­dzie­la­jący ulicę i tory od pierw­szych bu­dyn­ków. Prze­mknęły do wiel­kiej bla­sza­nej hali z na­pi­sem "Me­ga­sam", we­szły do środka. Po­tężne, lecz pu­ste, me­ta­lowe haki, zbry­zgany po­soką pie­niek z wbi­tym w niego to­po­rem i sa­motna waga na dłu­giej la­dzie, zwia­sto­wały sto­isko mię­sne. Za nim do­go­ry­wały w drew­nia­nych po­jem­ni­kach po­marsz­czone ziem­niaki, bu­raki i zwię­dła sa­łata - dział wa­rzywny. W czę­ści ogól­no­spo­żyw­czej półki wy­peł­niały kar­nie usta­wione rzę­dami bu­telki octu.

- Szlag! Może być dzi­siaj pro­blem z obia­dem - za­klęła Zo­sia.

- Nie szko­dzi, nie je­stem głodna.

- Nie ma mowy, dzieci mu­szą jeść. Chodź, tu nie­da­leko jest bar mleczny.

Chwilę póź­niej we­szły do spo­rej sali z kasą sto­jącą przy wej­ściu. Obok stały sto­liki kryte przy­szpi­loną do bla­tów pi­nez­kami ce­ratą, da­lej - za ma­sywną ladą, wśród mon­stru­al­nie wiel­kich ga­rów sto­ją­cych na sy­czą­cych ga­zo­wych pło­mie­niach, w tu­ma­nach bu­cha­ją­cej pary, uwi­jały się grube, spo­cone ku­charki. Za­mó­wiły dwie por­cje le­ni­wych. Pła­cąc, Zo­sia sta­ran­nie od­li­czała pie­nią­dze. Burk­nęła ze zło­ścią, że nie może przy­zwy­czaić się do tych no­wych bank­no­tów.

- Tam, w stronę Li­te­rac­kiej, jest Szkoła Pod­sta­wowa nu­mer 293. To do niej bę­dziesz cho­dziła - wy­ja­śniała sy­tu­ację, kiedy usia­dły nad je­dze­niem. - A tam - wska­zała w prze­ciw­nym kie­runku - stoi nasz blok. Do­sta­łam kwa­te­ru­nek na siód­mym pię­trze.

- Dali ci miesz­ka­nie? Su­per!

- Tylko dla­tego, że sie­dzia­łam pod jedną celą z pewną ma­gi­stracką urzęd­niczką...

Za­mil­kły, dłu­biąc po­krzy­wio­nymi wi­del­cami w swo­ich ta­ler­zach. Le­niwe były cał­kiem nie­złe.

- Bab­ciu...

- Py­taj, skar­bie.

- Jak te­raz bę­dzie?

- Na po­czątku tro­chę dziw­nie. Ina­czej. Ale szybko prze­ko­nasz się, że jest le­piej.

- Bo mam bab­cię?

- Bo masz swoje ży­cie. Ro­zu­miesz? Mo­żesz z nim zro­bić, co tylko ze­chcesz. Pójść w lewo lub w prawo. Albo zo­stać w miej­scu, ale tego bym aku­rat nie chciała. Mo­żesz po wszystko się­gnąć. I nikt nie da ci po ła­pach.

- Mó­wisz o kro­je­niu skle­pów, bab­ciu?

- Nie, głup­ta­sie! Nie cho­dzi mi o kra­dzież.

- To po co mam się­gać?

Bab­cia Zo­sia gniew­nie na­działa na wi­de­lec klu­skę, za­ma­szy­ście wrzu­ciła do ust, zmiaż­dżyła zę­bami, jakby była cie­lęcą ko­ścią, a nie ka­wał­kiem cia­sta.

- Ja­kie masz ma­rze­nia, mała? - spy­tała nie­ocze­ki­wa­nie.

- Ma­rze­nia? Chyba żad­nych.

- Wła­sny dom? Ro­dzina? Szczę­ście? - nie­zmor­do­wa­nie na­pro­wa­dzała ją Zo­sia.

- A tak. Ro­dzina, dom to i ow­szem. Może być. A co to jest szczę­ście?

- Szczę­ście jest wtedy, gdy lu­bisz swoje od­bi­cie w lu­strze. A rano cie­szysz się, że za­czyna się ko­lejny dzień.

- Aha, w ta­kim ra­zie niech bę­dzie.

- No wi­dzisz, ja wła­śnie o tym. Je­śli nikt ci co­dzien­nie nie kła­dzie do głowy, że je­steś tylko try­bi­kiem w ma­szy­nie, a twoje ma­rze­nia się nie li­czą... Je­śli nikt ci nie mówi, co masz ro­bić i co my­śleć, sta­jesz się silna i nie­za­leżna. I mo­żesz się­gnąć po szczę­ście.

Ania my­ślała chwilę ze zmarsz­czo­nym czo­łem. Jej ładne, bli­sko osa­dzone oczy, zro­biły się jesz­cze bar­dziej nie­bie­skie.

- Bab­ciu, to zna­czy, że nie mu­szę prać po so­bie skar­pe­tek?

Zo­sia spoj­rzała na nią za­sko­czona.

- No bo mó­wi­łaś, że nikt mi nie bę­dzie roz­ka­zy­wał, co mam ro­bić...

- Skar­pe­tek i maj­tek to nie do­ty­czy.

- Wie­dzia­łam, że musi być ja­kiś ha­czyk...

***

Bab­cia nie kła­mała. Na­prawdę było le­piej. W szkole nikt nie wie­dział, że Anka była w domu dziecka. Szybko więc zo­stała za­ak­cep­to­wana. Po­cząt­kowo fi­kał do niej tylko taki je­den Ro­bert, kla­sowy za­ka­pior, który kłuł dziew­czyny cyr­klem, ale zdzie­liła go z dyńki w nos i po­pra­wiła z laczka. Ob­ni­żono jej ocenę ze spra­wo­wa­nia, ale już ni­gdy wię­cej nikt nie rzu­cił w nią na­wet kulką pa­pieru.

Po lek­cjach wra­cała do domu z klu­czem na szyi. Bab­cia przy­cho­dziła z pracy do­brze po czwar­tej albo i póź­niej - gdy brała nad­go­dziny. Za­trud­niono ją w bi­blio­tece pu­blicz­nej i czy­telni aż na Alei Zjed­no­cze­nia. Anka szybko nu­dziła się ska­ka­niem przez gumę, gra­niem piłką w pola, no­żem w pi­kuty, kap­slami w Wy­ścig Po­koju albo wi­sze­niem głową w dół na trze­paku - kto wy­trzyma dłu­żej. Zwy­kle więc już koło trze­ciej do­cie­rała do bab­ci­nej bi­blio­teki. Po­cząt­kowo prze­glą­dała tam ksią­żeczki dla dzieci, po­tem al­bumy i atlasy świata, w końcu za­częła czy­tać. No i wsią­kła. W se­rię o przy­go­dach Tomka (bab­cia się krzy­wiła, bo jak mó­wiła, w cza­sie oku­pa­cji au­tor tych ksią­żek pra­co­wał w "ga­dzi­nówce" - Ania się tym jed­nak nie przej­mo­wała), Pana Sa­mo­cho­dzika, ostat­niego Mo­hi­ka­nina, dok­tora Do­lit­tle, Hucka Finna i czte­rech pan­cer­nych. Co­raz czę­ściej zo­sta­wały więc we dwie aż do za­mknię­cia czy­telni o dzie­więt­na­stej. Mi­nął paź­dzier­nik, za­czął się li­sto­pad, za oknem co­raz wcze­śniej ro­biło się ciemno. Anka od­ry­wała cza­sem wzrok od kar­tek i za­mie­rała wpa­trzona w swoje od­bi­cie. Blond grzywka, duże, za­dziorne oczy, na no­sie kilka pie­gów. "Kim je­stem? Jaka je­stem? Dla­czego aku­rat moi ro­dzice umarli?" - w gło­wie wy­kwi­tały jej kło­po­tliwe py­ta­nia. Czym prę­dzej wra­cała więc do lek­tury...

A po­tem, sze­ro­kim chod­ni­kiem, wra­cały do domu. I roz­ma­wiały o książ­kach.

- Wojna wy­glą­dała zu­peł­nie ina­czej niż w Czte­rech pan­cer­nych - pra­wiła bab­cia. - Le­piej już wzię­ła­byś się za Ogniem i mie­czem Sien­kie­wi­cza.

- Nie było Janka Kosa? - z prze­ra­że­niem w gło­sie py­tała Ania. I do­da­wała stru­chla­łym szep­tem: - A co z Sza­ri­kiem?

Bab­cia tylko wzno­siła oczy ku niebu.

- Ależ z cie­bie jesz­cze dziecko.

I tak so­bie żyły. Nor­mal­nym ży­ciem nie­peł­nej, nie­pew­nej ide­olo­gicz­nie, re­gu­lar­nie kon­tro­lo­wa­nej przez ku­ra­tor są­dową pod ką­tem aspo­łecz­nych po­staw, pa­to­lo­gii i dys­funk­cji emo­cjo­nal­nych... ro­dziny.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki