Trzy minuty przed północą - Paulina Maria Kowalska

Kup ebooka

32.99 zł
26.39 zł (32,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Trzy minuty przed północą

Zapach starej kamienicy unosił się w powietrzu, a my poczułyśmy go od razu, jak tylko udało nam się otworzyć wielkie, drewniane drzwi, które zapewne kiedyś wykonał dobry rzemieślnik, bo mimo upływu lat nie straciły swojego uroku. W klatce schodowej pachniało starym drewnem z lakierem, farbą i wapnem. Wnętrze było ładne, jasne i świeżo odnowione. Podłogę wyłożono biało-szarymi płytkami, a na górę prowadziły szerokie schody z kutą, metalową balustradą i drewnianą, dębową poręczą. Na ścianach można było podziwiać pięknie odnowione gzymsy, a na każdym półpiętrze znajdowało się wielkie okno z drewnianym, szerokim parapetem. Całość wyglądała, jakby została wybudowana zaledwie wczoraj i mimo upływu czasu zachowała swój dawny klimat.

Szybkim krokiem weszłyśmy na drugie piętro, gdzie znajdowało się mieszkanie, które przyjechałyśmy obejrzeć. Wcisnęłyśmy dzwonek i już po chwili drzwi otworzyła nam sympatyczna pani około czterdziestki. Wyglądała jak wyjęta z jakiegoś magazynu. Długie blond włosy, idealny makijaż, czarna ołówkowa sukienka przed kolano i obłędnie wysokie buty. "Jak ona w nich chodzi cały dzień?", przemknęło mi przez głowę.

- Dzień dobry, my byłyśmy umówione na oglądanie mieszkania. Dobrze trafiłyśmy? - wydukałam, jakbym recytowała wiersz na szkolnej akademii.

- Tak, oczywiście, zapraszam serdecznie. Z góry przepraszam za nieobecność właściciela, ale miał jakieś pilne spotkanie. Zazwyczaj wspólnie pokazujemy nieruchomość i dopełniamy formalności. Jeśli będą miały panie jakieś pytania, to oczywiście możemy się z nim skontaktować.

Z niepewnym uśmiechem na twarzy przekroczyłyśmy próg, lecz już po chwili na naszych twarzach zaczęło rysować się zadowolenie. Mieszkanie było bardzo duże, jasne i choć trochę w babcinym stylu, czułyśmy się tam przyjemnie.

- Lokal składa się z trzech przestronnych pokoi, kuchni, łazienki i toalety oraz dużego holu. W każdym z pokoi znajdują się dwa łóżka, dwie szafy i dwa biurka. Jak panie widzą, w korytarzu, w rogu, ustawiona jest kanapa, a na środku można podłączyć telewizor. Taka trochę przestrzeń do wspólnego spędzania czasu. Kuchnia w pełni umeblowana, sprzęty podstawowe, czyli lodówka, kuchenka. Metraż mieszkania wynosi osiemdziesiąt dziewięć metrów kwadratowych, tak że jest naprawdę duży jak na tę cenę. Ile osób będzie tutaj mieszkać?

- Sześć, jest nas sześć dziewczyn - odparła Kama.

I tak właśnie było: sześć młodych, ambitnych, lekko szalonych z idealnie ułożonym planem na życie. Studia, związki i marzenia, wszystko jak w szwajcarskim zegarku.

Kama, a właściwie Kamila, była najstarsza z nas. Studentka trzeciego roku politologii. Właściwie to chyba nigdy nie miała konkretnego pomysłu na przyszłość, na to, co będzie robiła po tak ambitnym kierunku, ale na studiach radziła sobie świetnie, a co najważniejsze, była przecudownie sympatyczną osobą. Na Kamę zawsze można było liczyć, kiedy któraś z nas miała kłopoty, ona zawsze wyciągała pomocną dłoń. W życiu szło jej dość lekko, rodzice, dobrze usytuowani, rozpieszczali swoją jedynaczkę, lecz nie udało im się doszczętnie popsuć jej charakteru. Wyrosła z niej piękna blondynka o włosach prawie do pasa i nogach do nieba. Do szaleństwa kochała Davida Bowiego. Zawsze miła dla obcych, lecz potrafiła pokazać pazurki, kiedy ktoś zaszedł jej za skórę. W życiu prywatnym też miała wszystko poukładane. Bartek, ukochany od liceum, był jej drugą miłością, zaraz po Davidzie. Rozumieli się bez słów, trochę jak takie stare małżeństwo. Bartek studiował na Politechnice Wrocławskiej i mimo dzielących ich kilometrów spotykali się regularnie. Taka miłosna sielanka.

Kama miała pokój z koleżanką z roku, Kasią. Na początku niezbyt wiele o niej wiedziałam, w sumie przed zamieszkaniem razem widziałam ją tylko dwa razy. Byłam raczej ufną osobą i nigdy do nikogo nie podchodziłam z uprzedzeniem.

My cztery, czyli ja, Iza, Alicja, którą nazywałyśmy Stefą, i Kinga, znałyśmy się jeszcze z liceum. W sumie ja i Iza to już od czasów szkoły podstawowej byłyśmy nierozłączne.

Kinga i Ala były dalszymi kuzynkami, które świetnie się dogadywały. Ich partnerzy się przyjaźnili, co znacznie zbliżało je do siebie. Poza tym obie kochały O.S.T.R. i Kaliber 44, obie też studiowały na wydziale chemicznym Politechniki Łódzkiej.

Stefa była na drugim roku Inżynierii Materiałowej, a Kinga zaczynała wówczas Chemię Budowlaną. Nasze dwie chemiczki. Stefa była drobnej budowy, dość niska brunetka z lekko chrypliwym głosem. Ale twarz miała porcelanowej księżniczki, połączenie jasnej karnacji z ciemnymi błyszczącymi oczami sprawiało, że mężczyźni nie mogli oderwać od niej wzroku.

Kinga zaś była wysoką, farbowaną blondynką o nieco zaokrąglonych kształtach. Miała dosyć duże piersi i pupę, której nie powstydziłaby się Kim Kardashian. Owalną twarz zdobiły ogromne, zielone oczy, otoczone czarnymi rzęsami, i pełne, jasnoróżowe usta. Kinia była z tych kobiet, które na zdjęciach wyglądały jak prawdziwe modelki, zawsze śmiała się, że jak zgubi kilka kilogramów, to pójdzie do Top Model.

Izabela od zawsze była moim alter ego. Piękna, zmysłowa i kobieca. Uwielbiała imprezy, przystojnych mężczyzn i ładne samochody. Twarz miała prześliczną, niebieskie oczy i ciemną karnację. Z tłumu zawsze wyróżniały ją długie do pasa, naturalne blond włosy, których pozazdrościć jej mogła niejedna kobieta. Iza zawsze podążała za trendami, czego nie można było powiedzieć o mnie. Kochała drogie markowe ubrania, nawet te wygrzebane z lumpeksu, zawsze ubierała się z klasą i odpowiednio do danej sytuacji. Tak, zdecydowanie, Iza była lepszą połową naszej przyjaźni, a przynajmniej tą zawsze wystrojoną.

I nareszcie ja, Livia Anna Janek. Szczupła, nie za wysoka, niebieskooka kobietka o kasztanowych włosach. W sumie nie było we mnie nigdy nic szczególnego, prócz imienia, które jeszcze jakiś czas temu wzbudzało nie lada zdziwienie. Wymyśliła je moja babcia. Podczas okupacji wojennej została zesłana na niemiecką wieś do rolniczej rodziny, której musiała pomagać w gospodarstwie. Mieli oni córkę Livię, z którą bardzo się zaprzyjaźniła. Byli to dobrzy ludzie, dbali o nią, traktowali jak rodzinę.

Ale wracając do mnie, zawsze byłam czwórkową uczennicą z dobrym zachowaniem. W niczym nigdy nie byłam wzorowa czy idealna, ale taka po prostu przeciętna. Kiedy zaczynałam studia, od półtora roku byłam szczęśliwie zakochana w Emilu, którego poznałam znacznie wcześniej. Moja przyjaciółka niestety nigdy za nim nie przepadała, ale tolerowała mój wybór, tak samo jak ja tolerowałam jej podboje miłosne. Emil był wysokim blondynem o niebieskich oczach i budowie boga. Umięśnione ciało przyciągało wzrok wszystkich kobiet, które akurat znajdowały się w okolicy. Początkowo trochę mi to przeszkadzało, ale z czasem do wszystkiego można przywyknąć, tym bardziej że on nieraz udowodnił, że to właśnie mnie kocha i to ja jestem dla niego najważniejsza. Znaliśmy się już kilka lat, lecz chwilę trwało, nim w miejskim macho dostrzegłam chłopaka, którego szczerze pokochałam.

Tak wówczas wyglądałyśmy - cała szóstka w jednym mieście, jednym mieszkaniu. Chyba nie do końca zdawałyśmy sobie sprawę z tego, że już za chwilę, kiedy tylko złożę podpis na umowie najmu, nasze życia diametralnie zaczną się zmieniać.

- Świetnie, taki trochę babiniec, ale przynajmniej czysto będziecie miały - zażartowała nasza pani Iwona. - Umowa musi być podpisana przez jedną z was, taki wymóg ma właściciel, jeśli nie zapłacicie, nie będzie ganiać całej szóstki, tylko jedną, tak zwyczajnie jest praktyczniej. Umowa jest na rok, z zastrzeżeniem, że jeżeli będziecie chciały ją przedłużyć, to opłata za najem nie ulegnie zmianie. Wliczone są w nią koszty ogrzewania, gdyż kamienica ma własny piec. Rozliczenia za wodę i prąd będą co dwa miesiące, tak jak w każdym gospodarstwie domowym. Internet możecie założyć same lub poprosić właściciela o udostępnienie przez niego, jest korzystniej cenowo, a łącze raczej wystarczające do podstawowego korzystania. To tak pokrótce. I jak się wam podoba?

- Musimy się chwilkę zastanowić - odparłam z uśmiechem, ale tak naprawdę wiedziałam już, że jestem w stu procentach na tak.

- To ja was zostawię, proszę się rozejrzeć, spokojnie pomyśleć. Jesteście dzisiaj pierwsze, więc mamy troszkę czasu, następnych oglądających mam za dwie godziny. Będę na klatce schodowej.

Wyszła i zamknęła za sobą drzwi, a my nawet nie zdążyłyśmy nic odpowiedzieć.

- Ale czadersko! - wrzasnęła Iza.

- Ciiii! Nie drzyj się tak głośno. Pomyśli, że jakimiś wariatkami jesteśmy - warknęłam z uśmiechem, choć tak naprawdę sama miałam ochotę krzyknąć z radości, przecież to nasze pierwsze samodzielne mieszkanie, taki duży krok w dorosłe, niezależne życie.

Czułyśmy się strasznie podekscytowane. Mieszkanie pasowało do nas idealnie. Znajdowało się w niedalekiej odległości od Piotrkowskiej. Pięć minut spacerkiem i już można było znaleźć się na jednej z najdłuższych ulic handlowych w Europie, która była deptakiem otoczonym pięknie odnowionymi, starymi kamienicami, a co najważniejsze, była pełna barów, pubów i dyskotek. Jednym słowem, lokalizacja idealna dla każdego studenta.

Pomieszczenia naszego babińca były przestronne i miały wysokie sufity, a na podłodze pięknie utrzymany, drewniany parkiet. Kuchnia nie za duża, ale miała wszystko, czego potrzebowałyśmy, i mieścił się tam nawet stół z trzema krzesłami. "Idealnie na szybkie śniadania", pomyślałam. I ten ogromny hol, z którego wchodziło się do pokoi oraz łazienki i toalety. Kapitalny na wspólne wieczory przy dobrej komedii czy czas spędzony w większym gronie. Dwa z pokoi miały balkony, w jednym balkon wychodził na ulicę, a w drugim na podwórko.

Nie wszystkie mogłyśmy przyjechać oglądać mieszkanie, więc naszej trójce przypadła możliwość pierwszeństwa wyboru. Oczywiście ja i Iza postawiłyśmy na pokój z balkonem od strony ulicy. Iza będzie miała gdzie chodzić na papieroska, a ja będę mogła popatrzeć na tętniące życiem miasto.

Kama od razu wybrała drugi pokój z balkonem, więc Stefie i Kindze przypadł pokój trzeci, i choć nie miał balkonu, miał bardzo duże okno i był największy ze wszystkich. Kiedy już przedyskutowałyśmy temat pokoi, oczywistym stało się, że tutaj zamieszkamy. W naszym wspólnym babińcu.

Poprosiłyśmy panią Iwonę, która już czekała z umową w ręku. "No tak, nasze krzyki euforii nie wskazywały na to, że będziemy chciały szukać czegoś innego", pomyślałam.

Formalności zajęły mi kilka minut, pokazanie dowodu osobistego, omówienie konkretów związanych z płatnościami oraz prowizją i wreszcie moment złożenia podpisu. Jeden z pierwszych podpisów w samodzielnym życiu. Prawie samodzielnym, ponieważ w dalszym ciągu byłam uzależniona finansowo od rodziców.

- Klucze od mieszkania ma pan Piotr, przekaże je wam najwcześniej pierwszego września, gdyż taka data widnieje w dokumentach. Numer telefonu macie w umowie, z mojej strony to wszystko. Jeśli coś byłoby niejasne, możecie się ze mną kontaktować. Pan Piotr mieszka na parterze, pod numerem trzecim. Miłego dnia i do widzenia.

- Do widzenia - odparłyśmy chórem.

- Mamy mieszkanie! - krzyknęłam, jak tylko pani Iwona zdążyła się nieco oddalić.

- Chyba ty! - mruknęła Iza. - Fatalnie, że dopiero za trzy tygodnie, ale przynajmniej zdążę spakować wszystkie moje piękne ubrania. - Uśmiechnęła się.

Stałyśmy jeszcze przed kamienicą, w której już za moment miałyśmy zamieszkać. Nie można było nie zauważyć tego, jak bardzo zadowolone jesteśmy z faktu, że już za chwilę będziemy choć trochę niezależne. W sumie tyczyło się to mnie i Izy, bo Kamę cieszył chyba jedynie fakt, że wreszcie nie będzie się męczyła w akademiku, gdzie - jak to mówiła - "nawet porządnie pogruchać nie można, bo dla wszystkich za głośno".

Trzy tygodnie ciągnęły się w nieskończoność. Iza co drugi dzień dzwoniła do mnie i opowiadała, co właśnie zapakowała i co nowego kupiła. Jednym słowem, szał. Ja też trochę nie mogłam się doczekać, kiedy wreszcie zaczniemy wić to nasze przytulne gniazdko, lecz daleka byłam od przesady, czego nie można było powiedzieć o mojej mamie. O dziwo, była bardzo zaangażowana w moją przeprowadzkę. Kołdra, poduszka, ciepły koc, bo nie wiadomo, jak tam te piece grzeją, kapcie, ręczniki, garnki... Nie było temu końca. Każdego dnia jeden temat: "co przyda się Livii w nowym mieszkanku?". Swoim zaangażowaniem zaraziła też wszystkie ciotki, które co chwila dzwoniły i mówiły, że im akurat jest już coś niepotrzebne, ale może Livia sobie na studia zabierze.

A ja. No cóż. Byłam trochę roztargniona, gdyż smutek mieszał się z ekscytacją. Z jednej strony cieszyłam się, że gdzieś tam zacznę samodzielne życie, ale z drugiej strony wiedziałam, że nie będę miała Emila na wyciągnięcie ręki. Stąd droga do niego zajmowała mi dziesięć minut rowerem, a dwadzieścia pięć minut pieszo. Wiedziałam, że będzie mnie odwiedzał, ale nie będziemy mogli widywać się tak często jak do tej pory, a spotykaliśmy się praktycznie codziennie. I choć Łódź znajdowała się jakieś sześćdziesiąt kilometrów od mojego rodzinnego domu, to częste odwiedziny nie wchodziły w grę, gdyż Emil miał swoje obowiązki tutaj, na miejscu. Jego ojciec prowadził sklep z częściami samochodowymi, gdzie ten bardzo mu pomagał, w końcu kiedyś miał to być jego biznes.

Wreszcie nadszedł ten dzień, pierwszy września miał się zapisać również w historii mojego życia osobistego. Zapakowałam wszystko, co należy, do mojego ukochanego peugeota 106. Wiele się nie zmieściło, bo w sumie nie było to największe auto, ale najważniejsze, że własne. Iza oczywiście załatwiła sobie transport od jednego z "kolegów", z którym akurat chwilowo się spotykała. I całe szczęście, bo kiedy dotarłyśmy na miejsce, miał nam kto pomóc wszystko wtargać na drugie piętro.

Gdy już dojechaliśmy, szybko pobiegłam do pana Piotra, właściciela nieruchomości, odebrać klucze.

Ding-dong! Zabrzmiał dzwonek. "Identyczny z tym u babci Izy", pomyślałam.

Kiedy jednak drzwi się otworzyły, wiedziałam już, że pan Piotr, choć nie najmłodszy, daleki był od bycia dziadkiem. Był to mężczyzna koło czterdziestki, może lekko po czterdziestce, dość wysoki, nienapakowany, ale wysportowany. Widać było, że miał czas dbać o siebie, a ćwiczenia nie były mu obce. Twarz miał całkiem miłą, brązowe przenikliwe spojrzenie i wspaniałe szpakowate włosy. W dojrzałych mężczyznach uwielbiałam szpakowate włosy, były strasznie seksowne. Ubrany był dość luźno, jak na osobę, która była właścicielem tak dużej nieruchomości. Miał na sobie krótkie, lniane szorty i zwykły biały T-shirt, do tego był na boso, bo przecież był w domu, a temperatura na zewnątrz wynosiła jakieś dwadzieścia pięć stopni. Cały ten strój dodawał mu niezwykle młodzieńczego uroku.

- Dzień... dzień dobry. Ja... Ja...

Pan Piotr nagle chwycił mnie w ramiona i namiętnie pocałował. Odepchnęłam go instynktownie.

- Co pan robi?! - wrzasnęłam. - Mam na imię Livia i przyszłam odebrać klucze od naszego mieszkania, byliśmy umówieni na dzisiaj. - Dyszałam i kipiałam z wściekłości.

- Przepraszam. Ja... ja... - zająknął się i zarumienił. - Dzień dobry. Tak, tak, pamiętam. To mieszkanie numer dziewięć, prawda? - Spojrzał na mnie pytająco.

- Tak. - Uśmiechnęłam się lekko i czułam, jak cała złość powoli mija.

Piotr uniósł delikatnie brew, skinął głową i zniknął na moment w swoim mieszkaniu. Dreptałam nerwowo. "Chyba mnie z kimś pomylił", pomyślałam.

- Proszę bardzo. - Usłyszałam po chwili. - Kluczy jest sześć, bo tylu też jest najemców, prawda?

- Tak, lecz przez najbliższy miesiąc będziemy rzadko, a w sumie to tylko ja i jedna koleżanka. Chcemy trochę poznać miasto, żeby znaleźć drogę na uczelnię - odparłam już całkiem spokojnie.

- Świetnie, to miłego zwiedzania i niech wam się dobrze mieszka. W razie potrzeby wie pani, gdzie mnie szukać. I jeszcze raz sorry. - Spuścił głowę i wbił wzrok w podłogę.

- Dobrze, proszę pana. Do widzenia.

- Do widzenia - odparł z uśmiechem Piotr.

Szybko wyszłam na podwórko przed kamienicą. Oparłam się o ścianę i czułam się jakoś dziwnie, w głowie cały czas słyszałam, jak Piotr mówi "dzień dobry", a przed oczami miałam błyszczące, brązowe spojrzenie. Nigdy wcześniej nie czułam czegoś podobnego. "Ach... ten uśmiech...", pomyślałam. Potrząsnęłam głową, tak żeby moje myśli powróciły na odpowiednie miejsce.

- No masz te klucze? - Usłyszałam pytający głos Izy, która już czekała z jedną ze swoich ogromnych walizek w ręku.

- Tak, mam, nawet sześć - odparłam z uśmiechem.

- Jupiii! - wrzasnęła Iza. - Zaczynamy zabawę, nowe życie Izy i Livii - dodała z zadowoleniem rysującym się na twarzy.

Rozpakowanie dwóch samochodów zajęło nam dobre półtorej godziny. Kiedy już wszystkie rzeczy znajdowały się na górze, Iza szybko odprawiła swojego "kolegę", mówiąc, że musimy tutaj wszystko zorganizować. Wyszła i czule pożegnała go na dole, a ten wsiadł do swojego jakże wspaniałego bmw e36 w kolorze bliżej nieokreślonego błękitu i odjechał. "To chyba ich ostatnie spotkanie", przemknęło mi przez głowę.

Stałam tak jeszcze krótką chwilę, kiedy na podwórko wyszedł Piotr. Rzucił szybkie spojrzenie na mój nie do końca idealnie zaparkowany samochód, pokręcił głową, po czym wsiadł do swojego sportowego audi i odjechał.

- Na co tak patrzysz? - zagadnęła Iza.

- W sumie to na nic - odparłam. - Zawsze tak czule żegnasz swoich kolegów? - zapytałam uszczypliwie.

- Zawsze, kiedy tego potrzebuję, poza tym raczej już się z nim nie spotkam, straszny burak i taki wiesz, co to nie on, masakra. Ale za to po drodze natknęłam się, nie zgadniesz na kogo. Na właściciela naszego mieszkania. Chyba. Pod numerem trzy mieszka, tak? Taki lekko szpakowaty, dość nieźle zbudowany? - Spojrzała na mnie pytająco.

- Tak, to pewnie był pan Piotr - odparłam.

- No powiem ci, niczego sobie jak na takie latka, jeszcze by pobzykał. I taki wiesz, widać, że wyluzowany. Ciekawe, czy ma żonę. - Uniosła brew.

- Boże, ty jak zawsze tylko o jednym, to już jest nudne - ucięłam szybko temat i wróciłam do rozpakowywania rzeczy.

I tak do samego wieczora rozkładałyśmy ubrania, oblekałyśmy pościele i organizowałyśmy szafki w kuchni, oczywiście tak, żeby dla pozostałych też znalazło się miejsce. Kiedy kończyłyśmy, okazało się, że jest już dosyć późno. Niestety, zdane jedynie na siebie, pozbawione Internetu, kablówki, postanowiłyśmy otworzyć butelkę czerwonego wina i upajać się swoją obecnością.

Iza oczywiście streściła mi kilka swoich ostatnich bzykanek z "kolegą" z bmw i nie omieszkała pominąć najbardziej obrzydliwych szczegółów. Lubiłam ją za to, że zawsze mówiła to, co czuła i co myślała. Ja nigdy nie chciałam rozmawiać o moim życiu łóżkowym. Może dlatego, że nie do końca zdawałam sobie sprawę z tego, że było ono w tym momencie dość średnie.

- Teraz opowiem ci najlepsze - kontynuowała moja przyjaciółka, otwierając drugą butelkę wina. - Wywiózł mnie do tego cholernego lasu, to jego bmw niewygodne jak diabli, ale nie miałam z tym żadnego problemu. Akurat zbliżały mi się płodne dni, więc czułam taką straszną ochotę na seks, że nie przeszkadzałoby mi, gdyby chciał to robić nawet w lesie iglastym na ziemi. Rozpięłam mu rozporek, z którego wyskoczył jego kutas. Livia, jaki on był twardy! Szok normalnie.

Złapałam kolejny łyk i prawie się zadławiłam.

- W sumie zawsze myślałam, że takie cwaniaczki to tylko gadają, co to nie oni, ale tutaj, powiem ci, szacun. Za wielkość, oczywiście. Dorwałam się do niego jak mała dziewczynka do kubeczka z lodami. Ssałam go jak szalona, po chwili złapałam prawą ręką i zaczęłam mocno trzepać. Nagle on chwycił moją głowę, wcisnął go do buzi i... doszedł w mgnieniu oka. Ja po prostu nie mogłam w to uwierzyć. Liczyłam na bzykanko, a tu szybki lodzik i pan zadowolony. Mało tego, mówię do niego: "A ja? Co ze mną? Musisz jeszcze raz!". A on zaczął się tak strasznie śmiać i mówi: "To tak nie działa, maleńka". Czaisz, jaki burak?

Siknęłam jedynie głową.

- I w dodatku, jak wyjeżdżaliśmy z tego lasu, to wjechał tym swoim bmw w nieokreślonym błękicie do rowu. Zadzwonił po kolegów, którzy nas wyciągali, a ci jak mnie zobaczyli, to myśleli, że nie wiadomo jaki ruchacz z niego. On oczywiście poker face, co to nie on. Więc się wkurzyłam i mówię do nich, żeby się tak nie gapili na mnie i nie kiwali gratulująco głowami koledze, bo jest takim krótkodystansowcem, że po trzech ruchach ręką się spuścił. Żebyś ty widziała, jakiego on spalił buraka. Na szczęście był na tyle miły, że pomógł mi te rzeczy przywieźć, ale więcej się z nim nie umówię. Nie ma takiej możliwości. - Upiła łyk wina z kieliszka. - No to może teraz ty? Bzykałaś się już ze swoim Emilem w aucie? Bo że do buzi nie weźmiesz, to akurat wiem - rzuciła kąśliwie Iza, a ja jedynie zmierzyłam ją zimnym spojrzeniem.

- Proszę cię, Iza, nie ciśnij mnie tak, nie każdy jest taki otwarty. My po prostu się dopiero siebie uczymy... - rzuciłam na odczepne. - I nie, w aucie się nie bzykaliśmy, raczej robimy to w domu, w łóżku - dodałam.

- No tak, w domu, w łóżku, na misjonarza, Livia, ty bidulko - skomentowała złośliwie Iza. - Idę siku, bo mnie ciśnie - dodała i wyszła.

Duszkiem wypiłam kolejną lampkę wina, a w głowie słyszałam ciągle głos Izy mówiącej: "Ty bidulko". Nagle koło mnie przemknęła moja przyjaciółka i padła na łóżko jak kłoda.

- Upiłam się i idę spać - mruknęła i zasnęła niczym mała księżniczka.

"W sumie dwie butelki puste, a ja wypiłam niecałe dwie lampki, to co się dziwić", pomyślałam. Przykryłam Izę kocem i siedziałam jeszcze chwilę, rozmyślając o tym, co mi powiedziała.

Może faktycznie moje życie erotyczne w niczym nie przypominało romansów, które akurat były na topie. A mój pamiętnik byłby bardzo daleki od Pamiętnika Nimfomanki. Emil był moim pierwszym prawdziwym mężczyzną. Iza do tej pory naśmiewała się ze mnie i nie mogła zrozumieć, jak to się stało, że byłam osiemnastoletnią dziewicą, ale zwyczajnie nigdy nie trafiłam na nikogo, kto wzbudziłby we mnie wystarczające zainteresowanie. Miałam chłopaków, ale zazwyczaj kończyło się na pocałunku, bo stawiałam konkretne granice, w sumie nawet sama nie wiedziałam czemu.

O dziesiątej rano obudziło mnie jęczenie mojej ukochanej przyjaciółki.

- Głowa mi pęka! - mamrotała pod nosem.

Wstałam z łóżka i przyniosłam szklankę wody mojej drugiej połówce.

- Oj, ty moja bidulko. - Pogłaskałam ją po głowie.

- To twoja wina! - warknęła. Gdybyś piła równo ze mną, tobym tak nie umierała, ale ty jak zawsze musiałaś oszukiwać - dodała z nadąsaną miną.

- Nie przesadzaj - odparłam. - Wstawaj, zbieramy się, jemy śniadanko i ruszamy. Musimy dokupić jeszcze parę rzeczy, bo jest tutaj tak jakoś nieprzytulnie.

Leżałam w łóżku, pisząc z Emilem. Po chwili zerwałam się na równe nogi i szybkim krokiem udałam się do łazienki, a kiedy wyszłam, w korytarzu czekała na mnie Iza.

- "Uważaj na siebie, mój drobny kwiatuszku" - cytowała, trzymając mój telefon w ręku. - Chyba się porzygam! - podsumowała.

- Nie musisz czytać, nikt ci nie kazał - odparłam, robiąc kwaśną minę.

- Wiem i już tego żałuję. Ale wiesz co? Wy tak cały dzień sobie słodzicie, w sumie się nie kłócicie i on ci tak ustępuje, a do tego jeszcze ten grzeczny seks. Trochę dużo tej słodyczy. Może zemdlić. - Nadymała policzki jak mała dziewczynka.

- Spadaj! - Pokazałam jej środkowy palec, a ta w ramach protestu go polizała.

- Jesteś obrzydliwa! I zboczona!

- Wiem, i za to mnie tak bardzo kochasz. I nie martw się. Ja cię wszystkiego nauczę - dodała Iza z zadowoloną miną.

Zebrałyśmy się i szybko wyskoczyłyśmy na podwórko. Był drugi września, a pogoda jak w raju, bezchmurne niebo i temperatura na pewno powyżej dwudziestu pięciu stopni. Wskoczyłyśmy do mojego "luksusowego" autka.

- Jaki skwar! Boże, czemu nie jesteśmy bogate i nie mamy samochodu z klimatyzacją... - powiedziała ze smutkiem w oczach Iza.

- Nie narzekaj, zawsze możesz jechać tramwajem, z klimą, albo ze mną moją fioletową strzałą. Bogate to my dopiero będziemy, a na razie jesteśmy studentkami na dorobku.

- Chyba zasiłku rodzicielskim. - Moja współtowarzyszka się zaśmiała.

- Nazywaj to, jak chcesz - odparłam i ruszyłyśmy w drogę.

Moja fioletowa strzała może nie należała do najbardziej reprezentacyjnych, ale lubiłam ten samochód. Odkupiłam go od cioci, kiedy tylko zdałam egzamin na prawo jazdy. Peugeot 106, nie najnowszy, ale ciocia kupowała go w salonie dobrych kilka lat wcześniej, więc był całkiem zadbany. Do tego na liczniku nie miał kolosalnej liczby przejechanych kilometrów i niewiele palił. Dla mnie to był "luksus", i co najważniejsze, zapłaciłam za niego własnymi pieniędzmi, co oznaczało, że był mój, taki całkiem mój.

Dotarcie na miejsce zajęło nam trochę czasu, nie znałyśmy dobrze miasta, więc kilka razy a to źle skręciłam, a to znów się pomyliłam. Niemniej jednak wreszcie zaparkowałam moją strzałę i zaczęłyśmy wygrzebywać się z auta. Upał na dworze dawał się we znaki, zwłaszcza Izie, której wczorajsze wino znów uderzało do głowy.

- Boże, jak gorąco, nawet nie weszłam do sklepu, a już mnie bolą nogi - mamrotała pod nosem moja towarzyszka.

- Trzeba było włożyć jeszcze wyższe buty! - warknęłam. - Kto na zakupy wkłada koturny? I to takie wysokie!

- Ja... - odpowiedziała mi szybko i nadymała buzię.

Iza uwielbiała się stroić, ale czasami wydawało mi się, że nieco przesadza. Dzisiaj co prawda było ciepło, ale ona wyglądała jak na sycylijskich wakacjach. Ubrana w wysokie koturny i długą zwiewną sukienkę écru ze złotą nicią. Do tego okulary przeciwsłoneczne i rozpuszczone blond włosy, których końcówki akurat wpadały w lekki róż.

Za to ja, królowa nietaktu modowego, standardowo wskoczyłam w pierwsze lepsze szorty z wysokim stanem, białą koszulkę na ramiączkach i jasne sandałki. Taki niezbyt rzucający się w oczy strój, ale bardzo wygodny. Długie kasztanowe włosy związałam w wysoki kucyk, w takie upały naprawdę żałowałam, że nie jestem łysa.

W sklepie panował przyjemny chłód. Był wtorek, i do tego przed południem, więc spokojnie mogłyśmy pooglądać sobie aranżacje wnętrz i dobrze zastanowić się, co przyda nam się w naszym pokoiku. Postawiłyśmy na eleganckie, nieprzepuszczające światła zasłony. Do tego dobrałyśmy długą białą firanę, która sprawi, że wnętrze nie będzie zbyt ciemne. Ponadto kupiłyśmy mały czarny stolik, puszysty kremowy dywan, dzięki któremu będzie znacznie przytulniej, i kilka złotych dodatków, typu wazoniki czy świeczniki na romantyczne wieczory. Na koniec Iza rzuciła się na piękną czarną lampę podłogową, w bardzo nowoczesnym kształcie. Klosz na zewnątrz był czarny, a w środku złoty, więc biło od niej przyjemne światło.

- Zapomnij! - Zrobiłam krzywą minę.

- Ale ona jest piękna i zobacz, jak będzie pasowała. Postawimy ją w rogu, koło biurka, i gdy będziemy piły winko, to będziemy miały klimat.

- I cena też jest piękna - dodałam, przewracając oczami.

- Ale jak podzieli się na pół, to już nie brzmi tak strasznie, prawda? - Moja przyjaciółka zrobiła słodkie oczka, a ja uśmiechnęłam się, wzdychając, i pokiwałam tylko głową. - Wiedziałam, że się zgodzisz! - wrzasnęła radosnym głosem i zapakowała lampę do wózka.

Dorzuciłyśmy jeszcze kilka drobiazgów typu świeczki zapachowe, nie za duży kwiatek, parę organizerów do szafy i na biurka. Zadowolone udałyśmy się do kasy, a później do mojej strzały. Po dłuższym czasie udało nam się wszystko upchnąć w aucie i byłyśmy gotowe do podróży. Spojrzałam szybko na mój telefon, który zostawiłam w samochodzie, i zobaczyłam piętnaście nieodebranych połączeń.

- Emil dzwonił. Piętnaście razy - wydukałam.

- Boże, ktoś umarł? - Moja przyjaciółka zrobiła wielkie oczy.

- Nie, pewnie ja zostałam uśmiercona - rzuciłam z lekko smutną miną. - Zadzwonię i zaraz wracam.

Wybrałam numer do mojego chłopaka, który odebrał już po pierwszym sygnale.

- No nareszcie, już miałem jechać do tej cholernej Łodzi. Czy ty kompletnie oszalałaś? Miałaś napisać wiadomość, jak tylko będziecie na miejscu. A ty co? I ta twoja koleżaneczka nie lepsza...

- To jest moja przyjaciółka... - przerwałam mu. - I nie przesadzaj, nic takiego się nie stało. Raptem dwie godziny nie mieliśmy kontaktu, a ty się tak na mnie wydzierasz. Nie zrobiłam nic złego. A telefon zostawiłam w samochodzie. A teraz wybacz, ale musimy już jechać do domu. Jesteśmy zmęczone, odezwę się później, pa.

- Pa! - wykrzyczał do słuchawki.

Emil nie przepadał za Izą i wiedziałam, że za chwilę zacząłby mi prawić kazania, że jak jestem z nią, to jestem całkiem inna, nieodpowiedzialna, zapominam o nim, a ona jest przecież taka i owaka. Nie miałam ochoty akurat dzisiaj tego słuchać, dlatego jak najszybciej postanowiłam zakończyć tę bezsensowną dyskusję.

- Dzwonił też do mnie, ale ja również zostawiłam telefon w aucie. - Usłyszałam głos Izy, jak tylko otworzyłam drzwi.

- Wiem - odparłam poirytowanym głosem.

- Pokłóciliście się? Przecież nic się nie stało. Każdemu zdarza się zapomnieć.

- Wiem - westchnęłam, kładąc głowę na kierownicy. - Dobra, nieważne, później z nim pogadam. Jedziemy. - Spojrzałam jeszcze raz na telefon, na ekranie wyświetliła się wiadomość od Piotra. - O! Pan Piotr napisał, że będzie w domu o osiemnastej i żebym wzięła komputer i przyszła, to podłączy Internet. Supcio. Obejrzymy jakieś romansidło wieczorem albo nie, najlepiej Hobbita. Tak, przeniesiemy się w świat idealnie pięknej natury.

- Już wolę Dirty Dancing... - dodała z przekąsem Iza.

Uśmiechnęłyśmy się do siebie i ruszyłyśmy w drogę.

Do domu dotarłyśmy dość sprawnie, szybko rozpakowałyśmy nasze zakupy i padłyśmy na łóżka, żeby chwilę odsapnąć. Było koło czternastej, więc zaczęłyśmy odczuwać głód. Powędrowałam zatem do kuchni i odgrzałam rosół, który dzień wcześniej zapakowała dla nas moja mama.

- Idealny na kaca - powiedziała Iza.

Prędko zjadłyśmy i wzięłyśmy się do urządzania naszego pokoiku, a kiedy skończyłyśmy, zrobiło się w nim naprawdę przytulnie - miło, a zarazem nieco elegancko. Można było powiedzieć, że całkiem w ikeowskim stylu.

- Ej, mała, jest po osiemnastej! - wrzasnęła nagle Iza.

- O kurde. Lecę!

Wzięłam szybko torbę z laptopem, która leżała na wierzchu, i po chwili znajdowałam się już pod drzwiami Piotra. Otworzył mi z uśmiechem na twarzy i słuchawką w ręku. Skinął głową i szeptem powiedział, żebym weszła, a on musi jeszcze dokończyć rozmowę.

Kiedy przekroczyłam próg, moim oczom ukazała się jedna wielka przestrzeń. Na każdym piętrze były dwa mieszkania, ale na tym znajdowało się tylko jedno. Kuchnia połączona z jadalnią, w której stał wielki stół z ośmioma krzesłami. Dalej salon na lekkim podwyższeniu, z ogromną kanapą usytuowaną na środku, przed nią mieścił się dosyć duży szklany stolik, a na ścianie wisiał ogromny telewizor, obok którego znajdował się nowoczesny kominek. Kuchnię również urządzono w ciemnym stylu, były w niej czarne meble połączone z marmurowym blatem. We wszystkich oknach powieszono nieprzepuszczające światła zasłony, które sprawiały, że w mieszkaniu panował przyjemny półmrok, choć na zewnątrz było całkiem jasno.

- Włącz laptop, ja za chwilę wrócę - powiedział Piotr i zniknął gdzieś w korytarzu.

Usiadłam przy wielkim drewnianym stole i otworzyłam torbę, jednocześnie rozglądając się i podziwiając to piękne, ogromne pomieszczenie.

- Już jestem. - Usłyszałam znajomy głos, a koło mnie wyrósł wynajmujący, który trzymał w ręku jakieś kartki. - To do dzieła - dodał. - Ja będę ci mówił, co masz robić, a ty będziesz klikała na tym swoim komputerku. - Nachylił się nade mną.

Po moich plecach przeszedł przyjemny dreszcz, a na ciele pojawiła się gęsia skórka.

- Zimno ci? - zapytał, spoglądając mi w oczy.

- Troszeczkę, ma pan tutaj dość chłodno - odparłam z niewinnym uśmiechem.

- Nie chłodno, tylko odpowiednio, klimatyzacja jest nastawiona na dwadzieścia jeden stopni, tak że całkiem zdrowo. Po prostu nie lubię upałów. Proszę, okryj się. - Narzucił swoją bluzę na moje ramiona.

- Dziękuję, i temperatura wcale mi nie przeszkadza, ale znacznie różni się od tej w naszym mieszkaniu i na zewnątrz - dodałam, jakbym nie chciała, aby domyślił się, że dreszcz nie był wcale oznaką uczucia zimna, lecz tego, że się do mnie zbliżył, a ja na swoim ramieniu poczułam jego oddech.

- Dobrze, już teraz będzie ci lepiej. A, i mam jeszcze jedną prośbę. Mogłabyś mówić do mnie po imieniu? Dość często będziemy się kontaktowali w sprawach mieszkania, więc mówienie mi na pan uważam zbędne. Co ty na to, Livio? - zapytał, nie spuszczając ze mnie wzroku.

Moje imię w jego ustach brzmiało cudownie, odbijało się echem w mojej głowie, którą lekko potrząsnęłam.

- Oczywiście, nie ma problemu... - wydukałam, a mój wzrok powędrował w stronę komputera.

- No to zaczynamy, tak? - spytałam po chwili.

- Oczywiście - odparł Piotr i zabraliśmy się do pracy.

Po kilku minutach wszystko było już gotowe i Internet działał bez zarzutu.

- Wypróbuj sobie przez najbliższy miesiąc, jeśli uznasz, że działa za wolno, to zawsze możesz zrezygnować i podpisać osobną umowę. A jak reszta dziewczyn się wprowadzi, to Jacek powinien już być na miejscu, zazwyczaj on zajmuje się Internetem w całej kamienicy. Tak że jeśli będziecie chciały podłączyć resztę komputerów, to daj znać. Okej? - zapytał, opierając się o krzesło stojące obok i wbijając we mnie swój uroczy wzrok.

- Okej - odparłam, zamykając komputer i pakując go do torby.

Chciałam jak najszybciej wyjść, zaczęłam się motać w uczuciach, a jego wzrok sprawiał, że całe moje ciało stawało się jakby sztywne, jakby nie moje. Dosłownie, jakby to spojrzenie Piotra nim rządziło. Pospiesznym krokiem udałam się do drzwi, których niestety nie udało mi się otworzyć, więc stałam i przez chwilę szarpałam się z klamką i zamkiem.

- Poczekaj - powiedział Piotr, stając za mną, a ja zaciągnęłam się zapachem jego perfum. - Już ci otwieram.

Przekręcił zamek, a ja praktycznie od razu nacisnęłam klamkę i wybiegłam z mieszkania.

- Do widzenia - rzuciłam.

W oddali słyszałam jeszcze, jak mówi "do zobaczenia".

Weszłam z impetem do naszego mieszkania tak, że Iza prawie dostała zawału.

- Matko! Goni cię ktoś? - zapytała.

- Nie, po prostu się za tobą stęskniłam - odparłam, dysząc.

- A ta bluza to skąd? Ukradłaś komuś?

"Kurczę, na śmierć zapomniałam oddać bluzy, no nie...", pomyślałam.

- Nie, Piotr mi pożyczył, bo ma strasznie zimno w mieszkaniu przez klimatyzację - dodałam.

- Piotr? - Iza spojrzała pytająco. - To już mówisz do niego na ty? Jak miło.

Uśmiechnęłam się tylko i zdjęłam szybko bluzę, a Iza podeszła, nie spuszczając ze mnie wzroku.

- Ale jak pachnie... Hm, ciekawe, co to za perfumy. Zajebiste. Takie męskie, a zarazem delikatne. I tak jakby czuć też woń pożądania...

- Ty naprawdę jesteś nienormalna! - wrzasnęłam na nią. - Idę ją oddać. Internet już jest, a hasło do komputera znasz, znajdź jakiś film - dodałam, zamykając za sobą drzwi.

Zeszłam piętro niżej i przystanęłam na chwilę. Powąchałam bluzę i nie mogłam się od niej oderwać. Iza miała rację, te perfumy połączone z zapachem jakby pożądania stworzyły nieziemską kompozycję.

- Matko, jak on pachnie - wyszeptałam sama do siebie, a na mojej ręce pojawiła się gęsia skórka.

Po raz kolejny potrząsnęłam głową tak, żeby moje myśli powróciły z oddali. Zadzwoniłam dzwonkiem do mieszkania numer trzy. Piotr otworzył drzwi w samych szortach, wkładając koszulkę, a ja przez chwilę miałam okazję ujrzeć kawałek jego nagiego ciała.

- Zapomniałam oddać bluzę... - zaczęłam mówić, kiedy Piotr chwycił moją rękę i wciągnął do swojego mieszkania.

Zatrzasnął drzwi, złapał moją twarz dłońmi i szaleńczo całował moje usta. Nie protestowałam, czułam się, jakby cały świat dookoła nie istniał, jakby to, co robimy, było czymś oczywistym, normalnym, instynktownym. Kiedy jednak znów zaczęłam myśleć i zorientowałam się, co się dzieje, szybkim ruchem odepchnęłam go od siebie.

- Co ty, kurwa, robisz?! - krzyknęłam, dysząc.

- Myślałem, że tego chcesz, a bluza to wymówka.

- Chyba kpisz. - Wyszłam i zatrzasnęłam za sobą drzwi.

Przystanęłam na chwilę na pierwszym piętrze, jeszcze raz analizując sytuację, i sama z siebie się zaśmiałam. "No to pięknie się zaczyna", pomyślałam i wróciłam do mieszkania.

- Jestem - zameldowałam się mojej przyjaciółce, która zdążyła przyszykować cały wieczór dla nas dwóch.

- Co tak dyszysz? - zapytała.

- Wiesz, muszę nad kondycją popracować, jak mam tak biegać po tych piętrach - dodałam z uśmiechem.

Poszłam do łazienki i spojrzałam w lustro. Moje policzki były zarumienione, a wargi krwistoczerwone, w ustach wciąż czułam jego smak, a moje ciało pachniało tak samo jak jego bluza.

- Ogarnij się, Janek - wymamrotałam pod nosem.

Postanowiłam o niczym nie mówić Izie, która pewnie nie dałaby mi żyć. Stwierdziłaby, że Piotr to jakiś zboczeniec i musimy jak najszybciej uciekać. Weszłam pod prysznic i w tym momencie przypomniałam sobie o Emilu. "Matko, ja całkiem o nim zapomniałam, i to drugiego dnia w obcym mieście", pomyślałam, a z moich oczu popłynęły łzy.

- Przecież ty go tak kochasz, Janek - zganiłam się.

Wzięłam prysznic i po kilku minutach leżałam już obok mojej lepszej połówki.

Pretty woman.

- Co? - zapytałam, robiąc krzywą minę.

- Oglądamy Pretty woman - odparła Iza poirytowanym głosem.

- Okej - odpowiedziałam lekko zamyślona.

Wieczór minął nam całkiem przyjemnie, wypiłyśmy butelkę wina, obejrzałyśmy film, ale ja ciągle byłam myślami gdzie indziej, tylko nie do końca wiedziałam gdzie.

Następne kilka dni spędziłyśmy głównie na poznawaniu miasta, dużo spacerowałyśmy, chodziłyśmy do pobliskich kawiarni, a Iza rozglądała się za dyskotekami i barami, które miała zamiar odwiedzić. W piątkowe popołudnie postanowiłyśmy, że jeszcze na jakiś czas pojedziemy w rodzinne strony nacieszyć się wszystkimi, z którymi już niebawem miałyśmy widywać się znacznie rzadziej.

- Przyjedziemy tydzień przed rozpoczęciem roku, tak, żeby w weekend zrobić sobie imprezkę wszystkie razem. Co myślisz? - zapytała Iza w drodze powrotnej.

- No jasne, świetny pomysł - odrzekłam.

Odwiozłam ją i pojechałam do swojego rodzinnego domu.

Przed budynkiem stał komitet powitalny - moja mama i mój tata, marudzący, że nie było mnie całą wieczność. Gdy tylko wysiadłam, tato utulił mnie tak, jakbym miała dwanaście lat. I wreszcie on, mój ukochany Emil. Stał, przyglądał się tej scenie i nie mógł doczekać się, kiedy wreszcie weźmie mnie w swoje ramiona.

- Też tęskniłam, kochanie - szepnęłam mu do ucha, po czym złożyłam pocałunek na jego ustach.

Nie tak namiętny, jak bym chciała, ale przecież cała rodzina patrzyła.

- Mam dla ciebie niespodziankę - odrzekł Emil i uśmiechnął się tajemniczo.

Rzuciłam mu groźne spojrzenie, a ten złapał mnie za rękę i weszliśmy do domu.

Na stole już czekała kolacja, wszyscy usiedliśmy i rozmawialiśmy o tym, jak nam minął czas. Poopowiadałam o tym, jak urządziłyśmy nasz wspólny pokoik z Izą, a moja mama jak zawsze o superwtopach kartkówkowych swoich uczniów.

Po około dwóch godzinach Emil wstał i oświadczył, że porywa mnie na trochę.

Wyszliśmy z domu, wsiedliśmy do jego audi a3 i odjechaliśmy.

- To dokąd jedziemy? - zapytałam zniecierpliwiona.

- Do raju, maleńka - odparł z zadowoleniem.

Po krótkiej chwili podjechaliśmy pod jego rodzinny dom.

- I to ten raj? - zapytałam nieco zdziwiona.

- Tak, a co, nie jest wspaniale? - dociekał, a ja spojrzałam na niego z lekką irytacją. - Moich rodziców nie ma w domu, wyjechali na weekend, więc cały ten raj jest tylko dla nas - dodał Emil z zadowoleniem.

"No tak, seks, seks, seks. Cóż innego mógłby wymyślić", pomyślałam.

- Chodź. - Złapał mnie za rękę i pociągnął do domu.

Rodzice mojego chłopaka byli osobami dość zamożnymi, ich dom był po prostu cudowny. Duża posesja ogrodzona wysokim płotem, pięknie zaprojektowany i wypielęgnowany ogród. Budynek miał chyba około dwustu metrów kwadratowych, mieścił ogromny salon połączony z jadalnią oraz dużą i przestronną kuchnią, ponadto dwie łazienki, garderobę i jakieś trzy sypialnie. Wszystkie meble i parkiety były z litego drewna, jego mama je uwielbiała, zresztą tak samo jak ja. W salonie stał komplet ciemnobrązowych skórzanych sof, a na ścianie wisiał nowoczesny telewizor, który w sumie gryzł się trochę z otoczeniem.

Jak tylko przekroczyliśmy próg, Emil zaczął mnie czule całować.

- Nie mogłem się już ciebie doczekać - wyszeptał mi do ucha.

Szybko zaciągnął mnie do swojego pokoju, gdzie czekało już pięknie pościelone łóżko, a na stoliku stało czerwone wino. Otworzył butelkę, nalał dwie lampki i podał mi jedną z nich.

- To tak dla rozluźnienia, kochanie - dodał.

Uśmiechnęłam się i duszkiem wypiłam cały kieliszek.

- Widzę, że spędziłaś tydzień z Izą i już pijesz jak miejska alkoholiczka.

Chwycił mnie w talii i patrząc w oczy, złożył na moich ustach namiętny pocałunek. Całował mnie tak łapczywie, że nie mogłam zaczerpnąć powietrza, zabrał mój pusty kieliszek i odstawił na stolik. Delikatnie położył mnie na łóżku.

- Albo nie! - Zerwał się nagle na równe nogi. - Co powiesz na wspólną kąpiel? - zapytał, unosząc brew.

- Bardzo chętnie, ale nalej mi jeszcze - dodałam, podając mu pustą lampkę.

- Jak sobie życzysz, kochanie.

Patrzył lekko zdziwiony, jak wlewam do gardła kolejny kieliszek. Złapaliśmy się za ręce i poszliśmy do łazienki. Emil szybko się rozebrał.

- Prysznic czy wanna? - zapytał.

- Prysznic - odparłam.

W sumie nie wiedziałam, czemu wybrałam prysznic, ale wydawał mi się jakiś przyjemniejszy. Kiedy weszłam pod strumień ciepłej wody, wino zaczęło uderzać mi do głowy. Poczułam błogie rozluźnienie. "Może Iza miała rację z tym, że po alkoholu człowiek jest mniej skrępowany, a seks lepszy", pomyślałam.

Mój chłopak nasmarował moje ciało żelem, nie pomijając ani jednego kawałka. Pieścił i masował każdy zakamarek mojego ciała.

- Teraz ty umyj mnie - dodał po chwili.

Wzięłam żel i powolnymi ruchami masowałam jego piękne ciało. Odwrócił się do mnie tyłem, a ja objęłam go w pasie i złapałam za jego twardą męskość. Odchylił głowę, a z jego ust wydobył się ciężki oddech rozkoszy. Powoli zaczęłam go pieścić, poruszając ręką od czubka aż po sam koniec.

- Już jest czyściutki - powiedziałam po chwili, a Emil spojrzał w moje oczy swoim zwierzęcym i bardzo napalonym wzrokiem.

- Skoro już go tak pięknie umyłaś, to może wreszcie zdecydujesz się go posmakować? - wyszeptał mój ukochany.

Uśmiechnęłam się tylko tajemniczo i wyszłam spod strumienia wody. Złapałam pierwszy lepszy ręcznik, wytarłam ciało, po czym szybkim krokiem udałam się do jego pokoju. Zanim Emil zdążył do mnie dołączyć, nalałam sobie trochę wina i prędko wypiłam.

- Na odwagę! - powiedziałam sama do siebie.

Położyłam się na łóżku i czekałam na mojego partnera. Kiedy wszedł do pokoju, pomyślałam, że jest jeszcze bardziej seksowny niż kiedykolwiek. Może to z powodu tęsknoty, a może to wino zaczęło już działać, ale każdy jego ruch, każdy kawałek ciała wydawał mi się po prostu boski.

- Już się tobą zajmuję! - zawołał.

Rozłożył moje nogi i wbił język w kobiecość. Pieścił i ssał łechtaczkę, a ja oddawałam się rozkoszy. Po chwili poczułam, jak zatacza palcami kółka i jeden z nich znajduje się już we mnie. Poruszał nim, liżąc i ssąc moją łechtaczkę, a ja byłam coraz bliższa rozkoszy. Gdy dołączył drugi palec, poczułam przyjemne ciepło w dolnej części brzucha.

- O tak! - krzyknęłam, chyba po raz pierwszy w życiu, pokazując jakiekolwiek emocje w łóżku.

- Tak, kochanie! - powtórzył Emil, zawisając nade mną, i pocałował mnie czule.

- Chcę cię... - szepnęłam wprost do jego ust.

Czułam ogromne pożądanie rozrywające mnie od środka. Nie mogłam się doczekać, kiedy jego twardy kutas wejdzie we mnie.

- Ja posmakowałem ciebie, teraz może ty posmakujesz mnie? To nic strasznego, kochanie, zaufaj mi. - Spojrzał na mnie i posadził mnie na łóżku. Przystawił mi swoją męskość do ust. - No spróbuj, skarbie, proszę - wyszeptał.

Wzięłam jego penisa do ręki i nie czując żadnego skrępowania, zaczęłam go delikatnie lizać.

- Tak! - jęknął mój ukochany. - A teraz włóż go do ust.

Posłusznie zrobiłam to, co powiedział. Powoli wsunęłam go do ust, nie całego, ale tyle, ile byłam w stanie. Emil instynktownie złapał moją głowę i zaczął nią poruszać, a ja pieściłam jego coraz twardszą męskość. Krzyżowałam nogi, pocierając udami o siebie i próbując robić to samo z moją kobiecością. Nie sądziłam, że sprawianie przyjemności jemu sprawi rozkosz również mnie.

Ruszaliśmy się szybciej i szybciej, aż w pewnej chwili Emil cały zdrętwiał, a z jego ust wydobył się głośny krzyk rozkoszy. Poczułam, jak jego sperma spływa do mojego gardła, a gdy próbowałam ją połknąć, wypite wino i kolacja zaczęły mi się cofać. Zerwałam się na równe nogi i wybiegłam do łazienki. Wszystko natychmiast wyplułam, a usta przepłukałam zimną wodą. Kiedy doszłam już do siebie, wróciłam do pokoju, gdzie na łóżku leżał mój uśmiechnięty i usatysfakcjonowany mężczyzna.

- Dojdziesz jeszcze do wprawy - powiedział, tuląc mnie do siebie. - Jesteś cudowna i twoje usta też są cudowne. - Pocałował mnie w czoło.

- A twoja sperma strasznie gorzka - odparłam, krzywiąc się.

- Kocham cię - wyszeptał.

- Ja ciebie też - dodałam i oboje oddaliśmy się chwili relaksu.

Leżeliśmy, a ja opowiadałam mu, jak minęło mi kilka ostatnich dni, jak bardzo się cieszyłam, że będę mieszkała z moją przyjaciółką, i jak pięknie urządziłyśmy nasz pokój. Nawet nie wiedziałam, kiedy zasnęliśmy przytuleni. Po jakimś czasie obudziło mnie przyjemne głaskanie po plecach.

- Która godzina? - wymamrotałam przez sen.

- Spokojnie, jest dopiero po dwudziestej pierwszej - odparł Emil.

- Przyjemnie się z tobą śpi i...

Nie zdążyłam dokończyć, bo mój ukochany złapał moją rękę i powędrował nią do swojej imponującej erekcji.

- Jak to? Już taki gotowy? - wyszeptałam.

- On dla ciebie jest zawsze gotowy. Nawet kilka razy z rzędu.

Zaśmiał się i pocałował mnie. Rozszerzył moje uda, po czym zgrabnym ruchem wsunął we mnie palec.

- Ciągle jesteś mokra, kochanie, musimy to wykorzystać... - Spojrzał płomiennym wzrokiem prosto w moje oczy.

Z szafki obok łóżka wyciągnął złote opakowanie z prezerwatywą i już je miał otwierać, kiedy nagle popatrzył na mnie i zamarł na chwilę.

- Albo nie... - powiedział i zawisł nade mną.

Zaczął całować mnie jeszcze namiętniej, a swoją męskością przywierać coraz mocniej do mojego łona. Wsunął we mnie dwa palce i poruszał nimi w rytmie naszych ciał. Czułam, jak wypełnia mnie rozkosz. Pragnęłam go bardziej i bardziej, chciałam, żeby jego twardy penis nareszcie znalazł się we mnie. Emil spojrzał na mnie i wyszeptał mi do ucha.

- Mielibyśmy wspaniałą córkę, nie uważasz?

Oddana chwili zapomnienia, która sprawiła, że cała krew z głowy odpłynęła mi w najskrytsze zakamarki mojego ciała, nie do końca zrozumiałam, o co tak naprawdę mu chodzi, więc jedynie jęknęłam z rozkoszy. Nagle poczułam, jak jego kutas wchodzi we mnie z impetem, a on napiera na mnie rytmicznie. Poruszał się szybciej i szybciej, a ja jęczałam z rozkoszy.

- To co, robimy sobie dzidziusia?

Wtedy oprzytomniałam. Z całych sił zepchnęłam go z siebie i dysząc, wymamrotałam:

- Emil, co ty wyprawiasz?

- Myślałem, że chcesz - wysyczał przez zaciśnięte zęby.

- Oszalałeś! - krzyknęłam, zrywając się z łóżka i szukając moich ubrań. - Ja dopiero zaczynam studia, jak ty sobie to wyobrażasz? Małe dziecko. Wiesz, jaka to odpowiedzialność?

- Wiem, ale mielibyśmy tak cudowną córkę. I zobacz, Livia, to jest jakieś rozwiązanie, poszłabyś na studia zaoczne, nie musiałabyś wyjeżdżać i zostawiać mnie tutaj. Już zawsze bylibyśmy razem - kontynuował.

- Stop! - Podniosłam rękę. - Chcesz mi powiedzieć, że przywiozłeś mnie tutaj tylko po to, żeby mnie upić i zrobić mi dziecko, bo nie chcesz, żebym wyjeżdżała? Ty pierdolony egoisto! - wykrzyknęłam i wyszłam z pokoju.

Szybko się ubrałam i po kilku chwilach stałam już przy drzwiach wyjściowych.

- Masz mnie odwieźć do domu, i to natychmiast! Nie mam ochoty z tobą rozmawiać już dzisiaj. Ochłoń i zastanów się nad tym, co chciałeś zrobić i jaki to miałoby wpływ na nasze życie - dodałam, wkładając buty.

Emil nie odezwał się do mnie całą drogę, a ja wpatrywałam się na latarnie za oknem.

- Cześć! - pożegnałam go oschle i poszłam do domu.

Następne kilka dni pochłonięta byłam bieżącymi sprawami. Pomagałam mamie w domu, gotowałam obiady i co jakiś czas pakowałam dodatkowe rzeczy, które akurat wydawały mi się niezbędne do funkcjonowania. Z Emilem widywaliśmy się codziennie, ale staraliśmy się nie wracać do tematu dziecka, a raczej tego, jak on chciał mnie na nie złapać. Wydawało mi się, że tak jest lepiej, bo nie miałam ochoty na kłótnię. Z Izą spotykałyśmy się rzadko, ponieważ akurat była zajęta pocieszaniem mamy, której kolejny związek okazał się niewypałem.

Nawet nie wiedziałam, kiedy nadszedł ostatni weekend przed rozpoczęciem roku akademickiego. Piątkowym popołudniem mój chłopak zaprosił całą moją rodzinę na niedzielny obiad pożegnalny. Choć nie wyjeżdżałam daleko, dla niego była to naprawdę duża zmiana i wydawał się dość przejęty. Ja uważałam, że to słodkie z jego strony, a ze strony jego rodziców bardzo miłe, że chcą mnie pożegnać w tak uroczysty sposób. Iza, rzecz jasna, twierdziła, że to jakieś zbędne dyrdymały, a Emil zwyczajnie dramatyzuje.

W niedzielę moja mama zbudziła mnie już o ósmej rano, co chwila przynosiła inną sukienkę i pytała, co o niej myślę. Wydawało mi się to nieco dziwne, ale być może po prostu chciała wyglądać pięknie przy zawsze eleganckiej mamie mojego chłopaka.

- A ty jaką wkładasz? - zwróciła się do mnie.

Wydęłam usta i spojrzałam na nią trochę krzywo.

- Chyba włożę spodnie i jakąś bluzkę. Przecież to tylko obiad - odparłam.

- No chyba oszalałaś! - wrzasnęła. - Masz wyglądać ładnie i elegancko. Ja uważam, że powinnaś włożyć tę. - Wyciągnęła z szafy kremową hiszpankę, którą jakiś czas temu miałam na weselu.

Popatrzyłam na mamę ogromnymi oczami.

- Oszalałaś? - Zmarszczyłam nos.

- Nie! Wkładasz tę i koniec. Idę prasować - dodała i wyszła z pokoju.

"Co to za różnica, co włożę", pomyślałam i wtuliłam się w poduszkę.

Cały poranek rodzice krzątali się po domu jak mrówki w mrowisku. Ciągle coś szeptali, jakby chcieli ukryć przede mną jakąś tajemnicę. Nadeszła dwunasta trzydzieści, a ja zbiegłam po schodach, krzycząc, że powinniśmy się już zbierać i że w tej sukience wyglądam co najmniej dziwnie. Wtedy moim oczom ukazali się moi rodzice ubrani jak na najhuczniejsze wesele albo jakiś bal karnawałowy.

- O Boże! Co wy się tak wystroiliście?

- Trzeba jakoś się prezentować, kiedy ktoś na obiad zaprasza - odparł szybko mój tata, wzruszając ramionami.

Patrzyłam na nich tak przez krótką chwilę wytrzeszczonymi oczami, po czym powiedziałam:

- Nieważne. Chodźmy już.

Dziesięć minut drogi minęło nam w ciszy. Na miejscu drzwi otworzył nam tata Emila, też jakoś wyjątkowo ładnie ubrany. Przywitał nas czule i zaprosił do salonu, który był dzisiaj pięknie przystrojony, w kilku wazonach stały świeże kwiaty. Mama Emila krzątała się w kuchni w eleganckiej sukience i fartuszku. Wszystko to wyglądało trochę niecodziennie, lecz pomyślałam, że zwyczajnie chcą na sobie zrobić jak najlepsze wrażenie, chociaż wcześniej już się znali.

Poszłam do pokoju mojego chłopaka, który również miał na sobie eleganckie spodnie i białą koszulę.

- A krawatu to pan nie ma? - zapytałam ironicznie.

Podeszłam do niego i zapięłam ostatnie dwa guziki jego koszuli, tak że zaczęła go dusić.

- Nie mam. - Uśmiechnął się i pocałował mnie w czoło.

- Czy wy wszyscy oszaleliście? Rozumiem niedzielny obiad, ale bez przesady. - Skrzywiłam się, kiedy usłyszeliśmy wołanie do stołu.