Rozdział 2
Hope
- Hope! Hope!
Słyszę lekko zniecierpliwiony głos Anthony'ego, a po chwili czuję, że zbyt mocno szarpie mnie za ramię. Nienawidzę, gdy budzi się mnie w tak mało delikatny sposób. Gdy się mnie ogóle budzi.
- Która godzina? - mruczę zaspana, próbując otworzyć oczy.
- Jedenasta - odpowiada wzburzony. - Za godzinę meldują się kolejni goście, a ty śpisz w najlepsze!
Jego pretensjonalny ton działa na mnie jak płachta na byka. On nie pracuje, bo umowa była taka, że większość w domu i gospodarstwie ogarnia on. Ja miałam zająć się ratowaniem mieszkańców i w wolnej chwili zwierzętami. Coś z tego naszego planu nie wyszło, bo większość rzeczy teraz i tak robię ja. Dałam się wkręcić niczym pięciolatka, a Anthony to wykorzystuje, żerując na mnie i moim majątku.
- Odsypiam nockę - mówię wściekła, nakrywając głowę kołdrą. - Byłam w pracy, jakbyś nie zauważył! - warczę.
- Gdybyś położyła się jak normalny człowiek, a nie wymykała potajemnie, cholera wie gdzie, to nie marudziłabyś teraz, że jesteś niewyspana!
Tego już zdecydowanie za wiele.
- Wiesz, czemu się wymykam? - Odrzucam kołdrę i siadam wściekła na łóżku. - Bo mam cię dość! - Prawda niekontrolowana wylewa się na mój język, a ja nie chcę i nie próbuję nad nią zapanować.
Mężczyzna cofa się o krok, wyraźnie urażony tym, co usłyszał. Trudno. Ja codziennie muszę zagryzać jego nieuzasadnione docinki i pretensje. Mam wrażenie, że uznał nasz związek za wieczny i że nic nie jest w stanie już nas rozdzielić. Przestał się starać, zamieniając wcześniejsze żarliwe uczucie na niechęć i złośliwość. Jakbym mu czymkolwiek zawiniła. To ja go przygarnęłam, gdy nie miał gdzie zamieszkać. Ja dałam mu pracę, bo co chwilę go zwalniano. Ostatecznie to ja oddałam mu serce, które bezdusznie każdego dnia ranił.
Emmett przynajmniej zrobił to raz a porządnie. Jakby zrywał plaster. Boleśnie, ale po jakimś czasie przestaje tak mocno piec.
- Tak, Anthony, mam dość... - szepczę, po czym wstaję, zaglądając mu w oczy, w których odnajduję pustkę. Nawet najmniejszego cienia emocji.
Naprawdę już mu na mnie nie zależy? Po co w takim razie były te wszystkie lata i jego starania?
To on chciał ze mną być, nie odwrotnie. On za mną biegał jak szalony. Czyżby miłość tak szybko wygasała? Najpierw Em... Teraz on?
- Co to znaczy? - pyta zmieszany, choć powiedziałabym, że jest bardziej wściekły. Jego źrenice są szerokie, przez co spojrzenie robi się niebezpieczne.
- Nie wiem. - Spuszczam głowę. - Chyba to, że powinniśmy się rozstać...
Bałam się tego słowa, ale już setki razy przerobiłam je w swojej głowie. Ostatni czas pokazał mi, że jeśli zostanę z nim dłużej, zatracę całą swoją radość z życia i chęć znalezienia w końcu prawdziwej miłości. Może naprawdę do trzech razy sztuka?
Duszę się w tym związku, który zamiast dawać szczęście i swobodę, zaczyna mnie ograniczać i tłamsić.
Jeśli nakryje się płonącą świecę szklanką, szybko odcina jej się dopływ tlenu, a ona zwyczajnie zgaśnie. Tak właśnie się czuję, mój płomień staje się z każdym dniem coraz mniejszy.
- Po tylu latach, które ci ofiarowałem? Po tym, jak przyjąłem cię, gdy Emmett w bezduszny sposób złamał ci serce? Byłem zawsze przy tobie, a ty mi się tak odwdzięczasz?!
Nie jest smutny, załamany czy zawiedziony. Jest wściekły. Jakby ktoś mu odebrał zabawkę. A z jego słów wynika, że to ja jestem niewdzięczną, wredną babą, która go zwyczajnie wykorzystała.
Nigdy nie leczyłam nim swojego serca. Nie dałam mu odczuć, że jest gorszy albo drugi. Ja go naprawdę kochałam, będąc jednocześnie wdzięczną za wszystko, co dla mnie robił. Podnosił mnie z depresji, bo bywały dni, że naprawdę nie chciało mi się żyć i wstawać z łóżka.
Wysokie klify korciły, by przez sekundę poczuć się wolnym, by ostatecznie stać się wiecznością.
Odrzucić ból i gniew.
Wiem, to było głupie myślenie, ale jedyne, jakie miałam. Nie sądziłam, że jest jakieś życie poza Emmettem. Wówczas on był całym moim światem.
Nie jest łatwo wytłumaczyć nastolatce, że utrata ukochanej osoby to nie jest koniec świata i da się bez niej żyć.
- Dlaczego mieszasz w to osobę, która od lat nie jest obecna w naszym życiu? - Unoszę głos, bo to cios poniżej pasa. - Zawsze gdy jest źle, używasz najgorszych argumentów. Mam być ci wdzięczna, że mnie niby przygarnąłeś jak jakiegoś psa ze schroniska? - Jestem wściekła i teraz tym bardziej wiem, że muszę to zakończyć. - To nie ja, drogi Anthony, mieszkam u ciebie. Nie ja nie mam pracy, bo obiecałam ukochanej osobie pomoc, której nie zrealizowałam!
- Jesteś niewdzięczna!
- Dlatego, że mówię w końcu stop wiecznemu narzekaniu, poniżaniu, wyśmiewaniu i udawaniu, że coś robisz?
Karma w takich sytuacjach zawsze siada blisko mnie, jakby bała się, że coś może mi się stać. Zazu z kolei przysiadł na parapecie i stuka dziobem w szybę, chcąc, żeby go wpuścić.
Moje zwierzęta są dla mnie większym wsparciem niż facet. Paranoja.
- Przykro mi, ale to koniec. Spakuj swoje rzeczy. Chcę zostać sama.
Stoję wyprostowana. Nie płaczę, bo ja właściwie nigdy tego nie robię. Od czasu gdy Emmett złamał mi serce, nie uroniłam ani jednej łzy. Nie czyni to ze mnie bezdusznej bestii, wręcz przeciwnie, wszystko muszę dusić w sobie, ale po prostu nie umiem płakać.
- Nie jest ci żal tych lat?
Anthony się uspokaja, a jego głos łagodnieje. Jego dłonie zbliżają się do mojej twarzy, którą odsuwam w popłochu. Ta zmiana taktyki z jego strony jest dziwna i niepokojąca. Gra na moich emocjach, starając się znów załagodzić pożar, który sam rozniecił.
Nie wiem, czy w jego mniemaniu jestem naprawdę taką tępą kretynką, którą można łatwo manipulować.
- Żal. Bardzo żal, ale coś się mocno popsuło między nami. Nie widzisz tego? Nie potrafimy już normalnie ze sobą rozmawiać. Wiecznie się kłócimy. W którymś momencie nasze drogi zwyczajnie się rozeszły, ale nie dostrzegliśmy tego. Tak widocznie musiało być.
- Mówisz tak, bo jest ci wygodniej! - krzyczy, ale wciąż tkwi w tym samym miejscu.
- Błagam cię, nie urządzaj mi teraz rzewnych scen. Mieliśmy czas, by wszystko naprawić, a żadne z nas nie kiwnęło nawet palcem. Oboje jesteśmy winni. Oboje się poddaliśmy, a ja dzisiaj nie widzę dla nas ratunku.
Odwracam się od niego i chcę odejść. Powstrzymuje mnie silne szarpnięcie za rękę, a później cios w policzek z otwartej dłoni. Rozlega się głośne plaśnięcie i zapada okropna cisza, która przez chwilę dźwięczy mi w uszach. Skóra pali żywym ogniem.
- Wynoś się stąd, Anthony - szepczę, po czym wychodzę.
Muszę mieć chwilę dla siebie, dlatego zabieram butelkę wody z lodówki i znikam w pokojach gościnnych, by przygotować je na przyjazd turystów.
Padam na twarz i po godzinie głowa boli mnie nie do wytrzymania. Dziwne kolorowe plamki latają jak szalone przed oczami, a pot rosi czoło. Coś jest nie tak.
Ostatkiem sił docieram do domu, gdzie tuż po przekroczeniu progu, osuwam się na ziemię i tracę przytomność. Owija mnie gruba wstęga mroku, odcinając świadomość.
Ciężkie niczym z ołowiu powieki za nic w świecie nie chcą się podnieść. Staram się ze wszystkich sił, aż w końcu obraz się wyostrza, a ja odkrywam, że leżę w łóżku ubrana w piżamę. Jakbym wcale z niego nie wstawała.
Drzwi do pokoju delikatnie się uchylają i pokazuje się w nich głowa Anthony'ego. Uśmiecha się, po czym staje przy mnie, obserwując mnie z miłością.
- Wyspałaś się? - pyta jak gdyby nigdy nic.
Nie rozumiem... Pamiętam wszystko doskonale. To, jak wróciłam z przejażdżki, jak w końcu udało mi się zasnąć, i naszą kłótnię, w której zerwaliśmy ze sobą.
To się wydarzyło naprawdę...
- Co ty tu jeszcze robisz? - pytam oburzona, próbując wstać.
Znów świat wiruje mi przed oczami, a ja sama opadam ciężko na poduszkę. Zaraz zwymiotuję.
- Nie rozumiem... - mówi cicho, przysiadając na brzegu materaca. Próbuje mnie złapać za dłoń, ale ją cofam. - Gdzie miałbym być? Pokoje wysprzątane, goście ulokowani. Zostały tylko zwierzęta do oporządzenia, ale liczyłem na to, że ty to zrobisz. Wiesz, jak ja nie lubię zwierząt.
- Zerwaliśmy - stwierdzam, poszukując w jego oczach nutki kłamstwa, niepewności.
Nic takiego tam nie ma. Jest zaskoczony, a ja coraz bardziej wpadam w panikę, że ocieram się o szaleństwo. Zwariowałam?
Czyżby to był tylko sen?
- Dlaczego mielibyśmy zerwać? Miałaś jakiś zły sen? Może za długo spałaś, ale nie chciałem cię budzić. Miałaś chyba ciężką nockę w pracy.
- Anthony, co ty kombinujesz? Co to za gra? - Kręcę się niespokojnie, aż w końcu udaje mi się usiąść. Głowa mi zaraz odpadnie, a mój błędnik zwariuje.
- Wiesz co, lepiej leż i odpoczywaj. Ja się wszystkim zajmę, bo dziwnie się zachowujesz. Może masz gorączkę? Zmokłaś, może się przeziębiłaś? Tyle razy ci mówiłem, żebyś tak bardzo nie przejmowała się tymi zwierzakami.
Znika bez oczekiwania na moją odpowiedź. Dotykam swojego czoła, które faktycznie jest rozpalone do granic możliwości.
Ostrożnie zwlekam się z łóżka i ruszam w poszukiwaniu termometru. Czuję się fatalnie, jakby co najmniej nad ranem porwali mnie kosmici, przeprowadzili eksperymenty i zrzucili z powrotem na ziemię.
Trzydzieści dziewięć stopni gorączki sugeruje, że jest ze mną naprawdę źle. Nie pamiętam, kiedy byłam taka chora ani żebym zachorowała tak szybko. Wczoraj czułam się wyśmienicie, noc spędzona w pracy też nie przyniosła pogorszenia. Nie podoba mi się to wszystko i nie zamierzam udawać, że nic się nie dzieje.
Anthony coś knuje. Wiem to. Czuję.
Ostatkiem sił wlokę swoje ciało do łazienki, żeby móc spojrzeć w lustro. Na twarzy powinien znajdować się namacalny dowód naszej sprzeczki. Ani śladu. Żadnego, nawet najmniejszego siniaka czy zadrapania. Pod palcami również nie czuję bólu.
Zrezygnowana i oszołomiona, zanurzam się pod kołdrę, ale pomimo licznych prób sen nie przychodzi. Jest mi strasznie zimno. Moje ciało nieznośnie drży, wywołując ból mięśni i dyskomfort.
Anthony nie zjawia się przez bardzo długi czas. Zaczynam odczuwać głód, chce mi się pić i przydałyby mi się jakieś lekarstwa na zbicie temperatury. W domu absolutnie nic nie mam.
Gdy na dworze zaczyna zmierzchać, sięgam po telefon, by zadzwonić do mojej przyjaciółki. Potrzebuję jej teraz bardziej chyba niż kiedykolwiek. To jedyna dziewczyna z naszej dawnej paczki, która utrzymuje z nami kontakt. Naszej znajomości nie osłabiły ani mijające lata, ani problemy. Zawsze mogłam na nią liczyć, tak samo, jak ona na mnie.
- Cześć, Melody - mówię cichym, słabym głosem.
- Hope? Coś się stało? Brzmisz jakoś inaczej. - Zmartwiony ton przyjaciółki dowodzi jedynie temu, że naprawdę jest ze mną źle.
- Przeziębiłam się chyba i nie mam siły wstać z łóżka. Mogłabyś do mnie przyjechać i przywieźć jakieś lekarstwa?
- Oczywiście, że tak! A gdzie twój rycerz?
Melody nienawidzi Anthony'ego.
Twierdzi, że do siebie nie pasujemy i powinnam go dawno kopnąć w tyłek za to, jak mnie traktuje.
I wiem, że ona ma rację, ale nie potrafię, a raczej chyba nie potrafiłam do tej pory z nim skończyć.
- Nie wiem. Wydzwaniam do niego od kilku godzin, ale nie odbiera. Miał iść zająć się zwierzętami i przepadł.
- Wiedząc, że jesteś chora, zostawił cię na cały dzień?! Zaraz tam będę i przysięgam, że jak dorwę go w swoje ręce, to zatłukę gnoja.
Po tej rozmowie zasypiam i budzę się dopiero nad ranem, co zaskakuje mnie tak bardzo, że dostaję ataku paniki.
- Anthony! Anthony! - krzyczę, gdy ani głowa, ani ciało nie pozwalają mi wstać z łóżka.
Mój facet wpada przerażony do pokoju, a gdy widzi mnie taką rozemocjonowaną, podbiega, by mnie przytulić.
- Co się stało? - pyta troskliwie, gładząc mnie po głowie. - Jesteś cała rozpalona, ale przez to, że spałaś prawie cały dzień, nie miałem za bardzo jak podać ci leków.
- Byłeś tu przez cały czas? - pytam, nie rozumiejąc już absolutnie niczego.
- Oczywiście, że tak. Zmieniałem ci zimne kompresy na głowie. Sprawdzałem temperaturę, zastanawiając się, czy wzywać już pogotowie. Masz - podaje mi zestaw leków i wodę do popicia - po tym powinno ci być już lepiej.
Nie zastanawiając się, łykam pastylki i opadam ciężko na poduszkę, która jest mokra od mojego potu i łez.
- Melody długo tu wczoraj była? - Przypominam sobie o przyjaciółce.
- A dlaczego miałaby być? - Spogląda na mnie zaskoczony.
- Dzwoniłam do niej wczoraj. Przywiozła te leki przecież. W domu nic nie mieliśmy.
- Przespałaś caluteńki dzień i noc. Nie byłabyś w stanie nigdzie zadzwonić, a po medykamenty pojechałem osobiście tuż po tym, jak ogarnąłem twoje małe, włochate potwory. Karma nie opuszcza cię na krok. Leży pod drzwiami, ale nie chciałem jej wpuszczać, żeby cię nie budziła.
- Chcesz mi powiedzieć, że nie było tu Melody, a rozmowa z nią mi się przyśniła?
Sięgam po telefon, na którym faktycznie nie ma żadnych połączeń wychodzących od dwóch dni.
- Jeśli chcesz, wybiorę do niej numer i sama się o tym przekonasz, skoro mi nie ufasz.
- To nie o zaufanie chodzi, ale o to, że wszystko wydawało mi się takie realne.
Zaskakuje mnie jego opiekuńczość i troska. To, jak spokojnie ze mną rozmawia, i fakt, że nie marudzi, że musi wszystko za mnie robić.
Być może jednak w obliczu choroby i tego, że naprawdę zmiotło mnie z planszy, i w nim obudziły się jakieś ludzkie odruchy. Może nie jest taki zły, na jakiego do tej pory się kreował? Sama już nie wiem, co mam o tym myśleć.
Gdy Anthony na chwilę wychodzi, wybieram numer przyjaciółki, by z nią chwilę porozmawiać. Niestety, nie ufam mu. Mógł przecież usunąć historię połączeń. Wszystko jest możliwe, a ja wolę go sprawdzić.
- Hejka! - Słyszę rozentuzjazmowany głos Mel.
- Cześć - mówię cicho, ledwo słyszalnie, bo każde słowo generuje u mnie tak silny ból głowy, że dosłownie mam ochotę ją sobie oderwać.
- Matko, coś się stało? - pyta zaskoczona, jakby nie wiedziała.
- Rozmawiałyśmy wczoraj, nie zgrywaj się - mówię lekko poirytowana.
- Nie dzwoniłaś do mnie od tygodnia.
- Słucham? Prosiłam cię wczoraj, żebyś przywiozła mi leki, bo Anthony ma mnie gdzieś. Miałaś być za chwilę, ale chyba zasnęłam.
- Hope, przerażasz mnie. Mów, co się stało i dlaczego bredzisz?
- Mam gorączkę, zmokłam przedwczoraj na pastwiskach. Naprawdę do ciebie nie dzwoniłam? - Gdybym umiała, chybabym się teraz rozpłakała z bezsilności.
- Zaraz tam u ciebie będę. Czegoś potrzebujesz?
- Nie. Mam wszystko.
- Czekaj, mówiłaś, że Anthony ma cię w dupie.
- Mówiłam też, że dzwoniłam wczoraj i rozmawiałyśmy... - Wzdycham zrezygnowana. - Czekam na ciebie.
Potrzebuję się jej wygadać i pożalić. Otrzymać namacalny dowód, że nie zwariowałam. Choć wszystko wskazuje na to, że temperatura mocno pomieszała mi w głowie.
Tym razem nie zasnę. Muszę być czujna i nasłuchiwać przyjazdu Mel.
Tony wraca do mnie z obiadem, który dosłownie tylko lekko dzióbię niczym ptaszek.
Nienawidzę być chora i zależna od drugiej osoby. Czuję się, jakby ktoś odebrał mi moją ukochaną wolność.
Mam tylko nadzieję, że lekarstwa podziałają i szybko stanę na nogi.
Karma, prześlizgnąwszy się między nogami mojego faceta, układa mi się w nogach, a gdy Anthony chce ją zrzucić, warczy i kłapie na niego zębami.
- Zostaw ją - mruczę niepocieszona, że chce mi zabrać moją towarzyszkę.
- Jak wolisz. - Prycha z pogardą, zostawiając mnie samą.
Psisko układa głowę na moim udzie i bacznie mi się przygląda. To stworzenie wie i czuje więcej, niż ktokolwiek mógłby się spodziewać. Chwilami mam wrażenie, że to moja jedyna bratnia dusza na tym smutnym łez padole.
- Dobry pies. - Głaszczę ją po głowie, na co cichutko popiskuje, jakby zdawała sobie sprawę, że coś tu nie gra.
Już ja się dowiem co. Niech no mi tylko przestanie tak wirować świat i wrócą siły.