Niebo było żółte jak mosiądz, nie
zaciągnięte jeszcze dymami z kominów. Poza dachami fabryki lśniło
już ostrym blaskiem. Niedługo wzejdzie słońce. Spojrzałem na
zegarek. Dochodziła ósma. Przyszedłem o kwadrans za wcześnie.
Otworzyłem bramę i przygotowałem pompę.
O tej porze przejeżdżało zwykle parę samochodów, które zaopatrywały
się w benzynę. Nagle za plecami usłyszałem ochrypły skrzek, który
brzmiał tak, jakby pod ziemią ktoś uparcie wiercił zardzewiałym
świdrem. Przystanąłem i zacząłem nasłuchiwać. Potem przemierzyłem
z powrotem podwórze i uchyliłem ostrożnie drzwi warsztatu. W mrocznym
pomieszczeniu szamotało się jakieś widmo. Głowę miało owiniętą
ongiś białą, a dzisiaj już tylko brudną chustką, całości stroju
dopełniał niebieski fartuch i grube filcowe pantofle. Zjawisko machało
ostrą miotłą, ważyło dziewięćdziesiąt kilo jak obszył, a było
nie kim innym, jak naszą posługaczką, Matyldą Stoss.
Stałem przez chwilę w drzwiach
i przyglądałem się jej. Poruszała się z gracją hipopotama,
przeciskając się chwiejnym krokiem między chłodnicami. Dudniącym jak
z beczki głosem śpiewała piosenkę o wiernym ułanie. Na stole przy
oknie stały dwie flaszki koniaku, jedna z nich prawie pusta. Jeszcze
ubiegłego wieczoru była pełna. Na śmierć zapomniałem zamknąć
butelki w szafie.
- Ładne rzeczy,
pani Stoss! - zawołałem na przywitanie.
Śpiew urwał się. Miotła legła na
podłodze. Błogi uśmiech zamarł. Teraz przyszła na mnie kolej
odegrania roli widma.
- Jezu najsłodszy! - wyjąkała Matylda,
gapiąc się na mnie zaczerwienionymi ślepiami. - Jak Boga przy
skonaniu pragnę, nie spodziewałam się pana jeszcze.
- To widzę. No, jak smakowało?
- Smakować smakowało, ale z ręką na
sercu... przykro mi. - Obtarła dłonią usta. - Powiadam panu,
ścięło mnie z nóg dokumentnie.
- Przesadza pani, Matyldo. Jest pani tylko
zalana. Zalana jak nadbrzeżne działo.
Pani Stoss z trudem utrzymywała
równowagę. Wąsik na górnej wardze drgnął, a powieki mrugały
jak u starej sowy. Stopniowo jednak oprzytomniała, podeszła ku mnie
zdecydowanym krokiem i rzekła:
- Pan pozwoli, panie Lohkamp... Człowiek, jak
to mówią, nie z żelaza... z początku tylko powąchałam flaszeczkę
i odstawiłam w porządku... potem pociągnęłam łyczek... pan wie,
że rano zawsze mi tak czczo na wnętrzu... no, a potem... chyba diabeł
we mnie wstąpił i tyle. Ale też pan nie ma sumienia, żeby starą
kobietę na pokuszenie wodzić! Po co pan zostawia na ludzkich oczach
takie cacane flaszunie?
Bogiem a prawdą, nie po raz pierwszy
przydybałem panią Matyldę w takim stanie. Przychodziła co dzień rano
na dwie godziny, ażeby posprzątać w garażu. Można było spokojnie
zostawić na widoku każdą sumę pieniędzy, pani Matylda nie tknęła
ich nigdy. Ale na alkohol była łasa jak kot na szperkę.
Podniosłem flaszkę pod światło.
- Oczywiście, koniaku dla gości pani nie
ruszyła, ale ten dobry, pana Köstera, wygoliła pani do ostatniej
kropelki.
Uśmiech przemknął po zniszczonej twarzy
Matyldy.
- Co prawda, to nie
wstyd. Na wódeczności znam się. Ale chyba mnie, biednej wdowy, pan
nie zdradzi, złociutki panie?
Potrząsnąłem głową.
- Wyjątkowo dzisiaj nie pisnę ani
słówka.
Opuściła zawiniętą spódnicę.
- W takim razie zmykam. Gdyby tak przyłapał
mnie pan Köster, zrobiłby awanturę jak jasna cholera!
Podszedłem do szafy i otworzyłem ją.
- Matyldo!
Przydreptała spiesznym truchtem. Podniosłem
w górę brunatną czworokątną butelkę.
- To już stanowczo nie ja! - Uniosła
ręce na znak protestu. - Najświętsze słowo! Nie ruszyłam tej
flaszki!
- Wiem, wiem - rzekłem i nalałem pełny
kieliszek. - Ale pani zna ten specjał, hę?
- Też pytanie! - Oblizała łakomie
wargi. - Rum! Stary rum Jamajka!
- Znakomicie. No, a teraz do dna,
a żywo!
- Niby ja? - Odskoczyła jak oparzona. -
Panie Lohkamp, to naprawdę za wiele dobrego! Chyba mnie pan chce
zawstydzić! Widziane to rzeczy... matka Stoss wypija panu ukradkiem
koniak, a pan jeszcze na dokładkę częstuje ją rumem! Niech pan mówi,
co chce, ale święty z pana człowiek! Prędzej mnie szlag trafi,
aniżeli tknę tego kilonka!
- No, więc? - spytałem i zrobiłem taki
ruch, jak gdybym chciał cofnąć kieliszek.
- Niech już będzie! - Szybkim ruchem
sięgnęła po trunek. - Trzeba brać, co dają. Nawet jeśli
człowiek tego nie rozumie. Na zdrowie! Czy to aby przypadkiem nie
pańskie urodziny?
- Tak, Matyldo. Zgadła pani.
- Co, naprawdę? - Schwytała oburącz moją
dłoń i potrząsnęła nią wylewnie. - Serdeczne życzenia! Pełnej
kiesy, to grunt! Wie pan - obtarła ręką usta - takem się
wzruszyła na stare lata... że przydałby się jeszcze jeden kilonek... Pan wie przecież, że pana kocham jak rodzonego syna.
- Dobra!
Nalałem drugi kieliszek. Wychyliła, nie
mrugnąwszy okiem, i opuściła warsztat, piejąc hymny pochwalne na
cześć mojej wspaniałomyślności.
Odstawiłem butelkę i usiadłem
przy stole. Blade promienie słońca padały przez szyby na moje
ręce. Urodziny! Zabawne uczucie ogarnia człowieka, nawet jeżeli nic
sobie nie robi z takich uroczystości. Trzydziestka, przyjacielu... A był
przecież czas, kiedy myślałem, że nigdy nie dożyję do dwudziestu
lat... takie to wtedy wydawało się odległe. A potem...
Wyciągnąłem z szuflady arkusz papieru
listowego i zacząłem liczyć. Dzieciństwo, szkoła - to był osobny
kompleks, daleki, zapodziany gdzieś, dzisiaj już nierealny. Prawdziwe
życie zaczęło się dopiero w roku 1916. Wtedy właśnie zostałem
rekrutem; chudy jak zapałka, wystrzeliłem w górę, jakby mnie kto
o to prosił, skończyłem osiemnaście lat. Ćwiczyłem "powstań!"
i "padnij!" pod komendą podoficera, skończonego chama, na placu za
koszarami. Jednego z pierwszych wieczorów przyszła do mnie w odwiedziny
matka. Musiała na mnie czekać, biedula, z górą godzinę. Zapakowałem
tornister nieprzepisowo i za karę kazano mi szorować ustępy. To było
moje "wolne popołudnie". Matka chciała mi pomóc, ale takie rzeczy
były zakazane. Matczysko się spłakało, a ja byłem tak skonany,
że zasnąłem jeszcze w czasie jej wizyty.
1917. Flandria. Kupiliśmy do spółki
z Middendorfem w kantynie butelczynę czerwonego wina. Chcieliśmy ją
wypić z okazji urodzin. Ale nie doszło do tego. Już o świcie Anglicy
obłożyli nas ciężkim ogniem. Köster został ranny w południe,
Meyer i Deters padli po południu. A wieczorem, kiedyśmy już byli
przekonani, że dadzą nam spokój, i otworzyliśmy flaszkę, gaz zaczął
wpełzać do ziemianki. Zdążyliśmy jeszcze na czas założyć maski,
ale maska Middendorfa okazała się zepsuta. Zanim to spostrzegł, było
za późno. Zdarliśmy z niego dziurawe draństwo i wydostaliśmy nową
maskę, ale wszystko to trwało za długo. Łyknął zbyt wiele gazu
i rzygał już krwią. Umarł następnego dnia rano, z twarzą zieloną
i czarną. Całą szyję miał poranioną... próbował paznokciami
rozorać grdykę, aby złapać tchu.
1918. W szpitalu polowym. Parę dni przedtem
przybył nowy transport rannych. Bandaże z papieru. Ciężko ranni. Cały
dzień wjeżdżały i wyjeżdżały płaskie wózki operacyjne. Niektóre
wracały puste na salę. Koło mnie leżał Józef Stoll. Amputowano mu
obie nogi, ale on o tym jeszcze nie wiedział. Nie było tego widać,
gdyż kołdrę ułożono na drucianym pałąku. Stoll nie uwierzyłby, że
mu obcięli nogi, bo ciągle odczuwał w nich ból. W nocy umarli w naszej
izbie dwaj żołnierze. Jednemu z nich konanie szło ciężko.
1919. Z powrotem w domu. Rewolucja. Głód. Na
ulicach ustawiczny klekot karabinów maszynowych. Żołnierze przeciwko
żołnierzom. Towarzysze broni przeciwko dawnym kolegom.
1920. Zamach stanu. Zastrzelono Karola
Brögera. Köster i Lenz aresztowani. Moja matka w szpitalu. Rak
w ostatnim stadium.
1921...
Wytężyłem myśli. Nie mogłem
sobie przypomnieć. Cały rok osunął się gdzieś, zapadł.
W roku 1922 pracowałem jako robotnik kolejowy w Turyngii, w 1923
byłem szefem reklamy fabryki wyrobów gumowych. Inflacja trwała
w najlepsze. Zarabiałem miesięcznie dwieście bilionów marek. Dwa razy
dziennie wypłacano gażę, a zaraz potem zwalniano nas na pół godziny,
abyśmy mogli skoczyć do sklepów i kupić, co się dało. Trzeba
było zdążyć przed ogłoszeniem nowego kursu dolara. Potem otrzymane
pieniądze były warte tylko połowę.
A później? Następne lata? Odłożyłem
ołówek. Nie miało sensu ich liczyć. Nie pamiętałem tego zresztą
tak dokładnie. Zanadto się wszystko poplątało. Ostatnie urodziny
obchodziłem uroczyście w "Café International". Cały rok
pracowałem tam jako pianista od nastrojowych kawałków. Potem
spotkałem znów Köstera i Lenza. Tak oto wylądowałem w AUREWE,
inaczej "Auto-Reperacje, Warsztaty O. Köster i S-ka". Owa S-ka to
Lenz i ja, ale w rzeczywistości cały garaż i warsztat należał do
Köstera. Był ongi naszym kolegą z ławy szkolnej, a potem dowódcą
kompanii. Z kolei latał jako pilot, później pewien czas studiował,
jeszcze później został kierowcą wyścigowym. W końcu kupił tę
oto budę. Jako pierwszy wspólnik zgłosił się Lenz, który przez
parę lat obijał się po Ameryce Południowej. Potem przystałem i ja
do tego interesu.
Wyjąłem papierosa z kieszeni. Właściwie
powinienem był być zupełnie zadowolony ze swojego losu. Powodziło
mi się nie najgorzej, miałem robotę, byłem mocny jak tur,
trzeba było nie lada wysiłku, ażebym poczuł się zmęczony, ot,
zdrów jak ryba. A jednak lepiej było nie rozmyślać zanadto nad tym
wszystkim. Szczególnie kiedy człowiek był sam. A także wieczorem. Raz
po raz nachodziły człowieka zwidy z wczoraj i uparcie patrzyły martwymi
oczyma. No, ale na tę biedę miało się wódkę.
Brama wejściowa zapiszczała
w zawiasach. Podarłem kartkę papieru zapisaną datami z mego życia
i cisnąłem ją do kosza. Drzwi rozwarły się szeroko. Stanął w nich
Gotfryd Lenz - długi, chudy, z jasną grzywą koloru słomy i nosem,
który nadawałby się do całkiem innej twarzy.
- Robby! - ryknął wielkiem
głosem. - Wstawaj, baryłko sadła, zbierz swoje grzeszne
kości! Baczność! Przełożeni chcą z tobą mówić!
- Tam do licha! - zawołałem, zrywając
się na równe nogi. - Miałem nadzieję, że zapomnieliście o tym. Nie
znęcajcie się nade mną, dziatki!
- Oczywiście, ty myślisz tylko o sobie! -
Gotfryd położył na stole paczkę, w której coś zabrzęczało. Za
Lenzem wszedł do garażu Köster. Lenz ustawił się przede mną w całej
okazałości. - A teraz, Robby, gadaj, kogo pierwszego spotkałeś
dzisiaj z rana?
- Pierwszą osobą
spotkaną dzisiaj była stara pląsająca baba.
- Święty Ekspedycie! To zły
znak. Ale doskonale pokrywa się z twoim horoskopem. Postawiłem
go wczoraj. Urodziłeś się pod znakiem Strzelca - człowiek
nieobliczalny, niepewny, trzcina na wietrze, pod podejrzanym wpływem
Saturna z Jowiszem widocznym w tym roku pod małym kątem. Ponieważ
Otto i ja jesteśmy dla ciebie ojcem i matką, wręczam ci,
solenizancie, przede wszystkim coś, co będzie cię chronić od
zła. Przyjm ten amulet! Pewna potomkini Inków przekazała mi tę
pamiątkę. Miała błękitną krew, platfusy, wszy i boski dar widzenia
przyszłości. "Białoskóry cudzoziemcze - powiedziała mi -
królowie nosili ten amulet, jest w nim zaklęta siła Słońca,
Księżyca i Ziemi, nie mówiąc o pomniejszych planetach. Daj mi
srebrnego dolara na wódkę, a amulet będzie twoim!" Wręczam ci go,
aby podtrzymać ciągłość łańcucha szczęścia. Amulet ten będzie
cię osłaniał i zniweluje wpływ niechętnego ci Jowisza.
Zawiesił mi na szyi małą czarną figurkę
na cienkim łańcuszku.
- W porządku! Amulet jest przeciwko
nieszczęściom większego kalibru. Na codzienne zaś frasunki: sześć
flaszek rumu od Ottona! Proszę z szacunkiem, bo są dwa razy starsze
od ciebie!
Otworzył pakunek i ustawił butelki jedna za
drugą w porannym słońcu. Migotały złoto jak bursztyn.
- Wyglądają cudownie - przyznałem. -
Skądeś je wytrzasnął, Otto?
- O, to bardzo zawiła historia - zaśmiał
się Köster. - Zbyt długa do opowiadania. Ale powiedz, stary, jak
się dziś czujesz? Jak człowiek trzydziestoletni?
Potrząsnąłem głową.
- Równocześnie jak szesnastolatek i jak
pięćdziesięcioletni pryk. Słowem, nic szczególnego.
- Co, śmiesz to nazywać niczym
szczególnym? - zareplikował Lenz. - To przecież najpiękniejsze
uczucie pod słońcem. Zwyciężyłeś czas i żyjesz przecież
podwójnie.
Köster spojrzał na mnie uważnie.
- Daj mu spokój, Gotfrydzie - rzekł po
chwili. - Urodziny źle działają na samopoczucie. Szczególnie
o świcie. Już on przyjdzie powoli do siebie.
- Im mniej tego samopoczucia kołacze się
w człowieku - Lenz mrugnął szelmowsko - tym więcej jest on wart,
Robby. Czy cię to choć trochę pociesza?
- Nie - odpaliłem - ani odrobiny. Zanim
człowiek stanie się coś wart, robi się własnym pomnikiem. Uważam
to za zbyt nudne i męczące.
- Patrz, Otto, on już filozofuje,
a więc jest uratowany - zawołał Lenz. - Przemógł w sobie ten
martwy punkt. Tak, martwy punkt urodzinowy, kiedy to człowiek gapi
się we własne źrenice i nagle dokonuje odkrycia, że jest nędznym
pętakiem. Teraz możemy pokrzepieni na duchu zabrać się do naszej
pracy powszedniej i naoliwić bebechy staremu cadillacowi.
Pracowaliśmy, dopóki się nie
ściemniło. Potem umyliśmy się i przebrali. Lenz zerknął pożądliwie
na butelki.
- Co, może by tak ukręcić jednej
szyjkę?
- Robby ma głos w tej sprawie - rzekł
Köster. - Niezbyt to wytwornie, Gotfrydzie, jedną ręką dawać,
a drugą dobierać się do prezentu.
- Jeszcze mniej wytwornie jest pozwalać,
aby ofiarodawcy umierali z pragnienia - odparował Lenz i otworzył
jedną z butelek.
Smakowita woń rozniosła
się w mig po całym warsztacie.
- Święty Ekspedycie! - mruknął
Gotfryd.
Pociągnęliśmy wszyscy nosami.
- Fantastycznie pachnie, Otto. Trzeba
by sięgnąć w najwyższe rejony poezji, ażeby znaleźć godne
porównanie.
- Szkoda tego trunku na naszą ponurą
budę! - zadecydował Lenz. - Wiecie co? Pojedziemy gdzieś za miasto
na kolację i zabierzemy butelczynę ze sobą. Na łonie przyrody wydoimy
to cudo!
- Świetnie!
Odsunęliśmy na bok
cadillaca, nad którym mozoliliśmy się po południu. Za nim stał
dziwny stwór na kołach. Był to wóz wyścigowy Ottona Köstera,
duma naszego przedsiębiorstwa.
Köster kupił ten wóz - stare pudło
o wysokiej karoserii - na licytacji za psie pieniądze. Znawcy,
którzy go oglądali wtedy, określali go bez chwili wahania jako
interesujący eksponat do muzeum komunikacji. Znajomy Ottona, Bollwies,
branża konfekcyjna, właściciel fabryki płaszczy damskich i namiętny
amator wyścigów samochodowych, doradzał Kösterowi, ażeby przerobił
zabytek na maszynę do szycia. Ale Köster nic sobie nie robił z tych
kpin. Rozłożył wóz na części jak zegarek i pracował nad nim
miesiącami, nieraz do późnej nocy. Potem któregoś wieczoru zjawił
się swoim gruchotem przed barem, gdzieśmy zwykle wysiadywali. Bollwiesa
skręcało ze śmiechu, gdy ujrzał klekota. Trzeba przyznać, że
wyglądał on w dalszym ciągu diabelnie śmiesznie. Dla kawału Bollwies
zaproponował Kösterowi zakład. Oświadczył, że stawia dwieście
marek przeciwko dwudziestu, jeżeli Köster przyjmie wyścig z jego
nowym sportowym wozem. Trasa dziesięć kilometrów, kilometr forów dla
samochodu Ottona. Köster przyjął zakład. Wszyscy zanosili się od
śmiechu i obiecywali sobie królewską zabawę. Ale Otto zrobił coś
więcej: odrzucił fory i z niewzruszoną miną podwyższył zakład na
tysiąc przeciw tysiącowi. Zdumiony Bollwies spytał, czy ma go zaraz
odwieźć do najbliższego szpitala dla wariatów. W odpowiedzi na to Otto
zapuścił motor. Obaj zawodnicy ruszyli, aby natychmiast zmierzyć swe
siły. Bollwies wrócił po półgodzinie do baru tak spłoszony, jakby
zobaczył węża morskiego. W milczeniu wypisał jeden czek, a potem zaraz
drugi. Chciał kupić z miejsca wóz Ottona. Ale Köster wyśmiał jego
ofertę. Nie sprzedałby wozu za żadne skarby świata. Chociaż auto
było wewnątrz bez zarzutu, to jednak z zewnątrz prezentowało się
okropnie. Na codzienny użytek nakładaliśmy na podwozie osobliwie
staromodną karoserię, która pasowała jak ulał. Lakier na niej
zmatowiał, błotniki miały szramy i zagięcia, a buda liczyła
sobie dziesięć wiosen z okładem. Mogliśmy to wszystko odnowić,
ale mieliśmy ważny powód, ażeby tego nie robić.
Wóz zwał się Karl. Karl, widmo szos.
I teraz Karl węszył na drodze.
- Otto! - zawołałem. - Jedzie
ofiara!
Za nami trąbił niecierpliwie
zwalisty buick. Doganiał nas szybko. Niebawem chłodnice się
zrównały. Mężczyzna za kierownicą spojrzał na nas obojętnie. Wzrok
jego zlustrował z góry na dół naszego obdartusa. Po czym właściciel
buicka odwrócił się i zapomniał o naszym istnieniu.
W kilka sekund później musiał jednak
stwierdzić, że Karl nie ustąpił mu ani kroku. Poprawił się
w fotelu, spojrzał na nas rozbawionym wzrokiem i dał gazu. Nie, Karl
nie odpadł. Jak uparty terier ścigający wspaniałego doga trzymał
się nasz Karl, mały i zwinny, boku błyszczącej lokomotywy z niklu
i lakieru.
Mężczyzna ujął mocniej kierownicę. Nic
nie podejrzewał i ściągnął drwiąco wargi. Widać było od razu,
że teraz chce nam pokazać, co potrafi jego karoca. Nacisnął tak
mocno pedał, że rura wydechowa rozświergotała się jak łąka
latem od skowronków. Nic nie pomogło. Nie mógł nas minąć. Karl,
brzydki i niepozorny, jak zaklęty trzymał się buicka. Kierowca
spoglądał ku nam zdumiony. Nie mógł pojąć, dlaczego przy szybkości
ponad sto kilometrów nie potrafił zgubić tego przedhistorycznego
pudła. Skonsternowany patrzył na tachometr, jak gdyby ten musiał się
mylić. Wreszcie dał pełny gaz.
Oba wozy gnały teraz tuż obok siebie po
prostej szosie... Po kilkuset metrach zadudniło z przeciwka auto
ciężarowe. Buick musiał schować się za nas, ażeby przepuścić
ciężarówkę. Zaledwie zrównał się z Karlem, a już zaszumiał
zmotoryzowany karawan, powiewając szarfami od wieńców. Buick znów
musiał dać nura za Karla. Potem tor był już wolny.
Mężczyzna przy kierownicy stracił tymczasem
swoją pychę. Siedział gniewny, z zaciśniętymi wargami, pochylony do
przodu. Owładnął nim demon wyścigu. Cały honor jego życia zależał
od tego, ażeby za żadną cenę nie ustąpić kundlowi.
My natomiast rozpieraliśmy się pozornie
obojętnie na naszych siedzeniach. Buick nie istniał dla nas. Köster
patrzył spokojnie na drogę, ja spozierałem znudzony w powietrze,
a Lenz - chociaż kipiał od napięcia - wyciągnął z kieszeni
gazetę i udawał, że nie ma w tej chwili nic ważniejszego do roboty,
jak czytać.
W parę minut później Köster mrugnął
do nas. Karl stracił niepostrzeżenie na tempie i buick zaczął nas
powoli mijać. Jego szerokie, lśniące błotniki przesunęły się koło
nas. Rura wydechowa zionęła nam w twarze niebieskim dymem. Stopniowo
zyskał około dwudziestu metrów przewagi. Zaraz też, czego się
spodziewaliśmy, wychyliła się z okna gęba właściciela. Uśmiechnął
się z wyraźnym triumfem. Był przekonany, że wygrał.
Ale właściciel buicka pozwolił sobie jeszcze
na coś więcej. Nie mógł zdusić w sobie żądzy rewanżu. Dawał
nam ręką znak, ażebyśmy go doścignęli. Machał łapą szczególnie
natarczywie i zwycięsko.
- Otto! - upominał Lenz.
Ale było to zbyteczne. W tej samej
bowiem sekundzie Karl skoczył naprzód. Kompresor gwizdnął
przeciągle. I nagle zapraszająca ręka w oknie znikła - Karl
przyjął wyzwanie. Nadciągał jak burza. Nic nie potrafiło
go powstrzymać. Odrobił różnicę dzielącą oba wozy i wtedy
dopiero po raz pierwszy łaskawie zauważyliśmy obce auto. Pytającym,
niewinnym wzrokiem obrzuciliśmy kierowcę. Chcieliśmy się dowiedzieć,
dlaczego machał ręką. Tamten jednak patrzy uporczywie w bok. Karl teraz
dopiero zachłysnął się pełnym gazem, mknął brudny, z klekocącymi
błotnikami - nasz zwycięski grat.
- Pięknieś go zrobił! - pochwalił Lenz
Köstera. - Temu gościowi nie będzie smakowała kolacja.
Takie polowania stanowiły ukryty powód,
dla którego nie zmienialiśmy karoserii Karla. Wystarczyło, ażeby
pojawił się na szosie, a zaraz ktoś próbował go pognębić. Karl
działał na inne samochody jak wrona ze złamanym skrzydłem na bandę
głodnych kocurów. Prowokował do wymijania najspokojniejsze familijne
karety. Najdostojniejszych brodaczy i ojców rodzin opętanych niezawodnie
demonem szybkości, gdy zobaczyli grzechoczący zad Karla podskakujący
w górę i w dół przed ich nosem. Któż mógł podejrzewać, że
w tej śmiesznej obudowie bije wspaniałe serce wyścigowego silnika!
Lenz utrzymywał stale, że Karl działa
wychowawczo. Uczy ludzi szacunku dla ducha twórczego, który zawsze
kryje się w niepozornej skorupie. Tak mówił Lenz, który głosił
o sobie samym, że jest ostatnim romantykiem.
Zatrzymaliśmy się przed małym zajazdem
i wyleźliśmy z wozu. Wieczór był piękny i cichy. Bruzdy zoranych
pól miały fioletowy połysk. Krawędzie ich płonęły złoto
i brunatno. Niby wielkie flamingi płynęły chmury po niebie zielonkawym
jak skórka jabłek, ukrywających wąski sierp przybierającego
księżyca. W gałęziach leszczyny zaplątał się zmierzch i jakieś
drżące przeczucie. Krzak był wzruszająco nagi, a jednak pełen
nadziei zawiązujących się pączków. Z gospody snuł się zapach
smażonej wątróbki. Z cebulką, ani chybi. Serca nasze wezbrały
radością.
Wiedziony zapachem rzucił się Lenz ku
zajazdowi. Wrócił z rozjaśnionym obliczem.
- Żebyście widzieli, jak się smażą
ziemniaczki! Szybko, bo inaczej zmiotą nam, co najlepsze!
W tej samej chwili zaszumiał na szosie jakiś
wóz. Staliśmy jak przykuci do miejsca. Jako żywo - nasz przyjaciel
buick! Z ostrym zgrzytem zahamował tuż przy Karlu.
- Masz babo placek - mruknął Lenz.
Nieraz już z powodu
naszych polowań wynikały bijatyki.
Kierowca wysiadł z auta: ciężki, zwalisty
chłop, w szerokim, brązowym raglanie z wielbłądziej wełny. Spojrzał
wściekłym zezem na Karla, zdjął grube żółte rękawiczki i zbliżył
się do naszej grupy.
- Cóż to za model, ten pański wóz? -
spytał najbliżej stojącego Köstera z miną kwaśną jak ocet siedmiu
złodziei.
Chwilę patrzyliśmy na niego
w milczeniu. Oczywiście brał nas za monterów, którzy wystrychnęli
się w świąteczne ubrania i wypożyczyli sobie chyłkiem auto.
- Czy mi się zdaje, czy też pan coś
powiedział? - zagadnął w końcu ociągającym się głosem
Otto. Chciał dać gościowi nauczkę, że powinien odezwać się nieco
uprzejmiej.
Mężczyzna poczerwieniał jak burak.
- Pytałem o ten tam wóz - burknął
w tym samym tonie co przedtem.
Lenz wyprostował się w całej swej
długości. Jego wielki nos zmarszczył się. Był niezmiernie czuły
na uprzejmość ze strony innych. Ale zanim zdążył otworzyć usta,
otworzyły się - jakby za dotknięciem niewidzialnej ręki - drugie
drzwiczki buicka. Wyśliznęła się z nich wąska stopa, potem szczupłe
kolano, wreszcie z wozu wysiadła dziewczyna i zaczęła iść z wolna
w naszym kierunku.
Spojrzeliśmy po sobie zdumieni. Nie
dostrzegliśmy przedtem, że ktoś jeszcze siedział w aucie. Lenz
zmienił momentalnie postawę. Uśmiech od ucha do ucha pojawił się
na jego usianej piegami twarzy. I oto cała nasza trójka zaczęła się
uśmiechać, diabli wiedzą dlaczego.
Grubas gapił się na nas
skonsternowany. Stracił pewność siebie i najwidoczniej nie wiedział,
co ma zrobić z tym fantem.
- Binding - przedstawił się wreszcie
z półukłonem, jak gdyby nazwisko było podporą, której mógł się
przytrzymać.
Dziewczyna znalazła się już przy
nas. Staliśmy się jeszcze uprzejmiejsi.
- Pokaż panu wóz, Otto - bąknął Lenz,
rzucając Kösterowi szybkie spojrzenie.
- Proszę bardzo - rzekł Otto,
odpowiadając Lenzowi rozbawionym wzrokiem.
- Bardzo chętnie obejrzę sobie wóz
panów. - Binding nastrojony był już bardziej ugodowo. - Musi być
diabelnie szybki. Minął mnie, jak gdyby nigdy nic.
Obaj panowie skierowali się ku parkingowi
i Köster uniósł maskę Karla.
Dziewczyna nie podążyła za swoim
towarzyszem. Przystanęła między mną a Lenzem, szczupła i milcząca
w narastającym zmierzchu. Oczekiwałem, że Gotfryd wykorzysta okazję
i ruszy z kopyta. Był przecież specjalistą od takich sytuacji. Ale
nie do wiary - Lenz zaniemówił. Zwykle tokował w takich wypadkach
niby głuszec - teraz stał skromnie jak kapucyn na urlopie i nie
otwierał gęby.
- Proszę nam wybaczyć - odezwałem się
wreszcie. - Nie widzieliśmy, że pani siedzi w aucie. Inaczej nie
robilibyśmy na pewno takich kawałów.
Dziewczyna zwróciła ku mnie oczy.
- Dlaczego? - odpowiedziała
spokojnie. Głos jej miał zdumiewająco ciemną barwę. - Przecież
nie było w tym nic złego.
- Oczywiście, to żaden grzech, ale też
i niezbyt przyzwoicie. Nasz wóz wyciąga mniej więcej dwieście
kilometrów na godzinę.
Pochyliła się nieco ku przodowi i wsadziła
ręce w kieszenie płaszcza.
- Co, dwieście kilometrów?
- Dokładnie sto dziewięćdziesiąt osiem
i dwie dziesiąte. Urzędowo stwierdzone na stoperze - wypalił
z dumą Lenz.
Dziewczyna zaśmiała się.
- A myśmy przypuszczali, że mniej więcej
sześćdziesiąt do siedemdziesięciu.
- Oczywiście -
wtrąciłem - nie mogła pani tego wiedzieć.
- Nie, tego żadną miarą nie można było
przypuszczać. Byliśmy przekonani, że buick jest dwa razy szybszy od
wozu panów.
- Tak. - Kopnąłem złamaną gałąź
plączącą się po ziemi. - Mieliśmy zbyt dużą przewagę. Zdaje
mi się, że pan Binding zły był na nas co się zowie.
- Tak, przez chwilę na pewno był zły -
zaśmiała się. - Ale trzeba umieć także przegrywać. Inaczej nie
można by żyć.
- Naturalnie.
Zapadło milczenie. Spojrzałem na Lenza. Ale
ostatni romantyk uśmiechnął się tylko, ruszył nosem i zostawił
mnie na pastwę losu. Brzozy szumiały. Za domem gdakała kura.
- Wspaniała pogoda - wydusiłem z siebie
w końcu, ażeby przerwać milczenie.
- Tak, cudowna - potwierdziła
dziewczyna.
- I taka łagodna - dorzucił Lenz.
- Doprawdy niezwykle
łagodna - uzupełniłem od siebie.
I znowu przerwa. Dziewczyna uważała nas
z pewnością za nieobytych durniów. Ale mimo wszelkich wysiłków nic
mądrego nie przychodziło mi do głowy. Lenz zaczął węszyć.
- Duszone jabłka -
szepnął z uczuciem - zdaje się, że do wątróbki będą także
duszone jabłuszka. Specjał, palce lizać.
- Niewątpliwie - przyznałem, przeklinając
w duchu nas obu.
Köster z Bindingiem wrócili do naszej
gromadki. Binding stał się w ciągu tych paru minut zgoła innym
człowiekiem. Zdawał się należeć do rasy wariatów samochodowych,
którzy są w siódmym niebie, jeżeli natkną się gdzieś na fachowca
i mogą z nim porozmawiać.
- Zjemy razem kolację? -
zaproponował.
- Naturalnie - skłonił się Lenz.
Weszliśmy do gospody. W drzwiach Gotfryd
mrugnął ku mnie i wskazał głową dziewczynę.
- Słuchaj, ona wyrównuje zły urok
starej tańczącej baby, która zwidziała ci się dzisiaj rano,
dziesięciokrotnie i z nawiązką, co?
Wzruszyłem ramionami.
- Być może, ale
czemu kazałeś mi samemu bełkotać te bzdury?
Lenz parsknął śmiechem.
- Musisz się kiedyś nauczyć
samodzielności, dziecinko!
- Nie mam już ochoty uczyć się czegokolwiek
- odpaliłem.
Weszliśmy za innymi do wnętrza. Siedzieli
już przy stole. Gospodyni wkroczyła właśnie z wątróbką i smażonymi
ziemniaczkami. Poza tym jako wstęp do uczty przyniosła dużą flaszkę
żytniówki.
Binding okazał się niezmordowanym
gadułą. Trudno było uwierzyć, ile ten człowiek potrafi powiedzieć
na temat samochodów. Gdy usłyszał, że Otto brał także udział
w wyścigach, jego sympatia nie miała już żadnych granic.
Przyglądałem mu się uważnie. Ciężki
mężczyzna o rumianej twarzy i szerokich brwiach. Trochę bufon, za
głośny i hałaśliwy, ale przypuszczalnie dobroduszny, jakimi często
bywają ludzie, którym się w życiu powodzi. Mogłem sobie doskonale
wyobrazić, że przed pójściem spać ogląda co wieczór w lustrze
swoje odbicie z powagą, godnością i szacunkiem.
Dziewczyna siedziała między mną
i Lenzem. Zdjęła płaszcz; miała na sobie szary angielski kostium. Na
szyi zawiązała biały szalik, który wyglądał jak krawat noszony
przez amazonki. Jedwabiste ciemnoblond włosy nabierały w świetle lampy
bursztynowego blasku. Ramiona miała bardzo proste, lecz trzymała się
nieco pochylona. Wąskie, nadmiernie długie ręce, raczej kościste
aniżeli miękkie. Twarz jej była szczupła i blada, ale duże oczy
nadawały jej wyraz niemal namiętnej siły. Uważałem, że jest bardzo
przystojna, ale nie myślałem przy tym nic więcej.
Natomiast Lenz palił się jak pochodnia. Uległ
całkowitej odmianie. Żółta strzecha na jego głowie jaśniała jak
czub u dudka. Sypał dowcipami niby z rękawa, do spółki z Bindingiem
zawojował cały stół. Siedziałem jako skromny świadek tej przewagi
i nie miałem pola do popisu. Pozostawiono mi najwyżej przywilej podania
półmiska albo poczęstowania papierosem. Aha, no i trącania się
kieliszkiem z Bindingiem. Czyniłem to - prawdę mówiąc - wcale
gęsto.
Nagle Lenz uderzył się dłonią
w czoło.
- Rum! Robby, skocz i przynieś urodzinowy
rum!
- Urodzinowy? Któryż z panów ma dziś
urodziny? - spytała dziewczyna.
- Ja - bąknąłem. - Z tej racji jestem
prześladowany przez cały dzień.
- Prześladowany? A więc nie chce pan,
żeby mu składano życzenia?
- Owszem. Życzenia to co innego.
Przez chwilę trzymałem w ręce jej dłoń
i czułem ciepły, suchy uścisk. Potem wyszedłem po rum.
Wielka milcząca noc okalała dom. Skórzane
siedzenia w samochodzie były wilgotne. Przystanąłem i patrzyłem na
linię horyzontu, nad którą unosił się czerwony blask miasta. Chętnie
bym został na dworze, ale z gospody dochodziło już wołanie
Lenza.
Binding źle znosił rum. Widać to było już
po drugim kieliszku. Chwiejnym krokiem wyszedł do ogródka. Podniosłem
się od stołu i stanąłem z Lenzem przy bufecie. Zażądał flaszki
ginu.
- Wspaniała dziewczyna, co? -
zagadnął.
- Doprawdy, nie mam co do tego zdania,
Gotfrydzie. Nie interesowałem się nią bliżej.
Przyglądał mi się przez chwilę swymi
niebieskimi, mieniącymi się oczyma i potrząsnął rozpaloną
głową.
- Powiedz mi, dziecinko, po co ty właściwie
żyjesz na świecie?
- Od dawna próbuję się tego dowiedzieć
i ani rusz nie mogę.
Zaśmiał się.
- Chciałbyś! Tak łatwo to nie
przychodzi. Ale teraz postaram się wywąchać, co właściwie łączy
dziewczynę z tym grubym katalogiem automobilowym.
To rzekłszy, udał się za Bindingiem do
ogródka. Po chwili przyholował go do szynkwasu. Wywiad musiał wypaść
pomyślnie, gdyż Gotfryd, który doszedł najwidoczniej do wniosku, że
tor jest wolny, przypiął się do Bindinga z wielkim zapałem. Zamówił
nową flaszkę ginu i po godzinie byli z Bindingiem na ty. Kiedy Lenz
był w dobrym humorze, miał w sobie coś tak ujmującego, że trudno
mu się było oprzeć. On także nie potrafił się oprzeć sobie
samemu. Teraz całkiem podbił Bindinga i niebawem zaczęli ryczeć
w altanie żołnierskie piosenki. Przy tym wszystkim ostatni romantyk
zapomniał o dziewczynie.
Zostaliśmy we trójkę w izbie. Zrobiło
się nagle strasznie cicho. Szwarcwaldzki zegar z kukułką tykał
miarowo. Gospodyni sprzątnęła ze stołu, obdarzając nas macierzyńskim
spojrzeniem. Przy piecu wyciągnął się brunatny legawiec. Czasami
zaszczekał przez sen cichym, żałosnym dyszkantem. Wiatr ocierał
się o okna. Szmer jego zacierały raz po raz strzępy pieśni
żołnierskich. Miałem wrażenie, jakby cała izba unosiła się z nami
w górę i płynęła poprzez noc i lata mimo wielu wspomnień.
Osobliwy nastrój. Czas zapadł się,
przestał istnieć. Nie był już rzeką, która z mroku przychodzi i w mrok odpływa, ale jeziorem, w którym odbija się bezgłośnie życie
ludzkie. Ściskałem w ręku kieliszek. Rum połyskiwał. Myślałem
o kartce zapisanej dzisiaj rano w warsztacie. Byłem wtedy trochę
smutny. Teraz już nie. Ostatecznie, wszystko jedno - dopóki
człowiek żyje. Spojrzałem na Köstera. Słyszałem, że rozmawia
z dziewczyną, ale nie zważałem na słowa. Czułem miękki opar pierwszego
oszołomienia alkoholem, który rozgrzewał powoli krew. Lubiłem tę
mgiełkę, albowiem rzucała ona na niewiadome jakąś iluzję przygody.
W altanie Lenz z Bindingiem zawodzili pieśń o Lesie Argońskim. Obok
mnie rozmawiała nieznana dziewczyna. Mówiła cicho i powoli, głosem
ciemnym, podniecającym, nieco ochrypłym. Wychyliłem kieliszek.
Tamci wrócili do izby. Wytrzeźwieli
nieco na świeżym powietrzu. Zabieraliśmy się do domu. Podałem
dziewczynie płaszcz. Stała blisko mnie, przeciągając się miękko
w ramionach. Głowę przechyliła skośnie w tył, na lekko rozwartych
ustach zaigrał uśmiech skierowany do sufitu, do nikogo. Opuściłem
na chwilę okrycie. Gdzież ja, u licha, cały ten czas miałem
oczy? Spałem, czy co? Zrozumiałem nagle zachwyt Lenza.
Obróciła się do
mnie pytająco. Podniosłem szybko płaszcz na wysokość jej ramion
i wskazałem oczyma Bindinga, który stał przy stole czerwony jak wiśnia,
ze szklistym jeszcze wzrokiem.
- Czy pani uważa, że on może
prowadzić?
- Sądzę, że tak.
Nie spuszczając z niej wzroku,
powiedziałem:
- Jeżeli nie jest go pani zupełnie pewna,
jeden z nas może siąść przy kierownicy.
Wydobyła puderniczkę i otworzyła
wieczko.
- Jakoś to będzie. Nawet lepiej prowadzi,
jak sobie podchmieli.
- Lepiej i prawdopodobnie mniej ostrożnie
- wtrąciłem.
Spojrzała na mnie ponad brzegiem
lusterka.
- Miejmy nadzieję,
że wszystko będzie dobrze - uciąłem.
Moja troska brzmiała nieco przesadnie, albowiem
Binding trzymał się mocno na nogach. Chciałem po prostu wymyślić
jakiś pretekst, ażeby jej całkiem nie stracić z oczu.
- Czy pozwoli pani zadzwonić do siebie jutro
i dowiedzieć się, jak się udał powrót? - Nie odpowiedziała od
razu. - Ciąży na nas przecież odpowiedzialność za to pijaństwo -
nastawałem. - Szczególnie na mnie z powodu urodzinowego rumu.
- A więc dobrze - zaśmiała się. -
Jak pan chce. Zachód 2796.
Zapisałem sobie numer, gdy tylko wyszliśmy
z gospody. Dopilnowaliśmy odjazdu Bindinga i wypiliśmy jeszcze
strzemiennego. Potem spuściliśmy Karla ze smyczy. Zawył i zaczął
śmigać przez lekką mgłę marcową. Oddychaliśmy szybko, ogniste
i rozkołysane w oparach miasto leciało ku nam, a z mgły wyrósł
jak oświetlony, kolorowy okręt bar Freddy'ego. Zakotwiczyliśmy
Karla. Złotem ciekł koniak, gin jaśniał jak akwamaryna, a rum był
samym życiem. Siedzieliśmy kamieniem na wysokich taboretach przy barze,
muzyka szemrała jak wodotrysk, życie było jasne i mocne. Potężnie
tętniło w naszych piersiach, spłukiwało beznadziejność nędznych,
umeblowanych pokoi, które czekały na nas, smutek naszego bytowania
poszedł w kąt, bar zmienił się w mostek kapitański życia, i oto
odpływaliśmy z szumem w przyszłość.
Ciąg dalszy w wersji pełnej