Trzej muszkieterowie - Aleksander Dumas

Kup ebooka

110.00 zł
91.30 zł (77,00 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Życie i dzieło Aleksandra Dumasa

Ale­xan­dre Davy de la Pail­le­terre Dumas uro­dził się 24 lipca 1803 roku w Viel­lers-Cot­te­rets, w depar­ta­men­cie Aisne. W jego żyłach złą­czyła się błę­kitna krew fran­cu­skiego szlach­cica z burz­liwą krwią Murzynki z San Domingo. Ojciec, pia­stu­jący w armii fran­cu­skiej god­ność gene­rała, wcze­śnie osie­ro­cił chłopca, nie zosta­wia­jąc rodzi­nie środ­ków do życia, ponie­waż nie­ustanne kon­flikty z Napo­le­onem stały na prze­szko­dzie jego karie­rze mate­rial­nej. Alek­san­der oddzie­dzi­czył po nim atle­tyczną budowę, żela­zne zdro­wie, uspo­so­bie­nie sze­ro­kie, rado­sne, fan­ta­zję i wielki spryt. Matka-wdowa nie mogła ponieść kosz­tów wykształ­ce­nia chłopca; jeżeli młody Dumas roz­po­rzą­dzał pew­nymi wia­do­mo­ściami z dzie­dziny histo­rii i języ­ko­znaw­stwa, jest to wyłącz­nie zasługa pastora Abbe Gre­ga­ine. Zresztą chło­piec nie oka­zy­wał zami­ło­wa­nia do pracy umy­sło­wej, mało inte­re­so­wał się nauką, jesz­cze mniej lite­ra­turą, pocią­gały go nato­miast wolne prze­strze­nie pól i roz­le­głe obszary lasów; był zapa­lo­nym fecht­mi­strzem i nie­zrów­na­nym strzel­cem, opa­no­wał wszyst­kie sporty, wszyst­kie rodzaje cie­le­snych ćwi­czeń. Poza tym żył weso­łym życiem hulaki i utra­cju­sza. Punk­tem wyj­ścia dla jego kariery lite­rac­kiej stała się przy­jaźń z mło­dym, zdol­nym Szwe­dem, Adol­fem z Leu­ven, który rzu­cił pro­po­zy­cję napi­sa­nia do spółki kilku sztuk teatral­nych. Dumas się zgo­dził: rzecz jasna, że pierw­sze twory jego mło­dzień­czej muzy nie zna­la­zły uzna­nia w oczach pary­skich wydaw­ców.

Tym­cza­sem poło­że­nie mająt­kowe rodziny pogor­szyło się znacz­nie. W roku 1822 Alek­san­der zbiera doku­menty, pozo­sta­wione w spu­ściź­nie przez ojca, zaopa­truje się w listy pole­ca­jące i wyjeż­dża do Paryża, tam też znaj­duje posadę w kan­ce­la­rii księ­cia Orle­anu. Zara­bia 1500 fran­ków rocz­nie, zdo­bywa mocną pozy­cję mate­rialną, spro­wa­dza do sie­bie matkę. Rów­no­cze­śnie zdaje sobie sprawę ze swego nie­do­sta­tecz­nego wykształ­ce­nia, bie­rze się ener­gicz­nie do pracy, czyta, stu­diuje, robi plany, cho­dzi do teatru - obser­wuje efekty sce­niczne, poczyna się orien­to­wać w budo­wie sztuki teatral­nej. Ogromne wra­że­nie wywie­rają na nim Szek­spir i Schil­ler, ulega wpły­wom nie­miec­kich roman­ty­ków. Wresz­cie sam wstę­puje w krąg dzia­łal­no­ści dra­ma­tycz­nej. Sztuką Hen­ryk IV i jego dwór zdo­bywa sobie publicz­ność, usu­wa­jąc cza­sowo w cień mło­dego Wik­tora Hugo. Od tej chwili spod pióra Dumasa wycho­dzi jeden dra­mat za dru­gim. Naj­po­pu­lar­niej­sze to: Chri­stine, Antony, Napo­leon Bona­parte, Richard Dar­ling­ton. Jako powie­ścio­pi­sarz wystąpi dopiero póź­niej.

W mię­dzy­cza­sie wydaje cykl szki­ców podróż­ni­czych, olśnie­wa­ją­cych gro­te­sek, wypeł­nio­nych po brzegi naj­efek­tow­niej­szymi nie­praw­do­po­do­bień­stwami: z podziwu godną bez­czel­no­ścią zdaje szcze­gó­łowe rela­cje o kra­jach, w któ­rych ni­gdy nie był. Następ­nie rzuca na rynek księ­gar­ski kilka tomów nowel, za któ­rymi idą powie­ści. Rycerz z Her­men­talu, romans wydany w roku 1843, pasuje go na mistrza powie­ści histo­rycz­nej. Hra­bia Monte Chri­sto i Trzej musz­kie­te­ro­wie zdo­by­wają mu wielką sławę.

Nie­praw­do­po­dobne roz­miary jego dzieła (napi­sał tysiąc dwie­ście tomów) dają pole dla spo­rów o auten­tycz­ność wielu spo­śród naj­lep­szych jego powie­ści. Są pod­stawy, aby sądzić, że miał wielu współ­pra­cow­ni­ków, któ­rym powie­rzał opra­co­wy­wa­nie swych potęż­nych pomy­słów, podob­nie jak wielki malarz powie­rza wyko­na­nie dra­pe­rii lub mało zna­czą­cych grup uczniom. Umysł Dumasa był nazbyt roz­le­gły, aby gubić się w dro­bia­zgo­wej pracy, tem­pe­ra­ment nazbyt żywy, aby jed­nemu zagad­nie­niu poświę­cić wię­cej niż jedną chwilę.

Rzecz jasna, że tak olbrzymi doro­bek lite­racki dawał wiel­kie dochody, ale te były niczym wobec wydat­ków. Wydatki były niczym wobec potrzeb, a potrzeby prze­wyż­szały wytrzy­ma­łość tego Her­ku­le­so­wego orga­ni­zmu. W roku 1870 autor Trzech musz­kie­te­rów, zmę­czony życiem, wyczer­pany pracą, umiera w Puys, w posia­dło­ści ziem­skiej swego syna, prze­żyw­szy lat sześć­dzie­siąt osiem.

Obok dra­ma­tów, kome­dii, dzien­ni­ków podróż­nych i powie­ści obej­muje spu­ści­zna lite­racka Dumasa także: kilka pamięt­ni­ków, w któ­rych z docho­dzącą nie­raz do cyni­zmu szcze­ro­ścią opo­wie­dziane są kar­ko­łomne przy­gody autora. Jaki był w życiu, taki pozo­stał w dzie­łach: czło­wie­kiem barw­nym, bez­tro­skim, zaczep­nym, peł­nym fan­ta­zji i humoru, siły i przed­się­bior­czo­ści, czło­wie­kiem żywym. Jego posta­cie są peł­no­krwi­ste, taki też jest jego język. Kon­struk­cja powie­ści Dumasa wyro­sła z jego dra­matu, jak kwiat wyra­sta z łodygi, nic więc dziw­nego, że dra­mat ten swoją war­to­ścią nie­skoń­cze­nie prze­wyż­sza. W per­spek­ty­wie histo­rycz­nej Dumas jest pierw­szym roman­ty­kiem fran­cu­skim, jak­kol­wiek roman­tyzm ten ogra­ni­cza się tylko do zewnętrz­nego uję­cia wyda­rzeń. Jądro jego dzieła to ani roman­tyzm, ani kla­sy­cyzm, tylko życie.

Rozdział I

Czemu stary d'Arta­gnan wypo­saża syna na drogę

Pew­nego ponie­działku kwiet­nio­wego roku 1625 w mia­steczku Meung pano­wał ruch tak nie­zwy­kły, jak gdyby na przy­kład wtar­gnęli doń huge­noci i zamie­rzali powtó­rzyć tego rodzaju krwawe sceny jak w La Rochelle.

Wielu miesz­czan, widząc, jak kobiety ucie­kają w stronę ulicy Wiel­kiej, sły­sząc, jak dzieci wrzesz­czą w drzwiach domów, co prę­dzej przy­wdziało pan­ce­rze i, wąt­pliwą odwagę swoją pokrze­piw­szy musz­kie­tem lub hala­bardą, podą­żyło w kie­runku obe­rży pod Wol­nym Mły­na­rzem, dokąd zbie­gały się z gło­śnym zgieł­kiem coraz więk­sze, prze­jęte cie­ka­wo­ścią tłumy.

W owych cza­sach popłoch tego rodzaju był chle­bem powsze­dnim. Żaden dzień nie mijał bez wypadku. To pano­wie darli się mię­dzy sobą, to król z kar­dy­na­łem wojo­wał, to Hisz­pan wojo­wał z kró­lem. Wresz­cie poza tymi woj­nami, głu­chymi lub gło­śnymi, jaw­nymi lub taj­nymi, byli jesz­cze roko­sza­nie, zło­dzieje, żebracy, huge­noci i wilki, rzu­ca­jące się na wszyst­kich. Miesz­cza­nie uzbra­jać się musieli cią­gle prze­ciw zło­dzie­jom i wil­kom, czę­sto prze­ciw panom i huge­no­tom, a cza­sami nawet prze­ciwko kró­lowi; ale prze­ciw kar­dy­na­łowi i Hisz­panowi nie chwy­tali za broń ni­gdy. Dla­tego też, w ów pierw­szy ponie­dzia­łek kwiet­niowy 1625 roku, miesz­cza­nie, usły­szaw­szy krzyki, a nie widząc ani czer­wono-żół­tych żan­dar­mów, ani barw księ­cia de Riche­lieu, które by ich prze­stra­szały, rzu­cili się spiesz­nie ku obe­rży pod Wol­nym Mły­na­rzem. Dopiero na miej­scu każdy mógł zoba­czyć i zro­zu­mieć przy­czynę zamie­sza­nia.

Był to mło­dzie­niec... nakreślmy wize­ru­nek jego jed­nym pocią­gnię­ciem pióra. Wyobraź­cie sobie Don Kiszota w osiem­na­stym roku życia, Don Kiszota bez pan­ce­rza i nago­len­ni­ków, Don Kiszota w kafta­nie weł­nia­nym, któ­rego kolor nie­bie­ski prze­szedł w odcie­nie to brud­no­zie­lon­kawe, to brud­no­błę­kitne. Twarz pocią­gła i śniada, kości na policz­kach wysta­jące, wymowny znak prze­bie­gło­ści, szczęki nad­mier­nie roz­wi­nięte, nie­omylna wska­zówka pocho­dze­nia gaskoń­skiego, oko roz­warte i rozumne, wresz­cie nos zagięty, lecz o liniach wykwint­nych, za duży na mło­kosa, na czło­wieka zaś doj­rza­łego za mały. Mniej wpraw­nemu oku wydałby się on może podró­żu­ją­cym synem zagrod­nika, gdyby nie długa szpada, która, zwie­szona na skó­rza­nym pasie, biła go po nogach, i gdyby nie wierz­cho­wiec z naje­żoną sier­ścią, któ­rego dosia­dał.

Bo mło­dzie­niec nasz miał wierz­chowca, i to tak nie­zwy­kłego, że zwra­cał powszechną uwagę: był to pod­jez­dek ber­neń­ski, mający już dwa­na­ście do czter­na­stu lat, maści żół­tej, z ogo­nem pozba­wio­nym włosa, któ­rego brak nagra­dzały suto zaro­śnięte pęciny. Rumak ten wspa­niały, choć głowę nosił niżej kolan, mógł jed­nak prze­być z osiem mil fran­cu­skich dzien­nie. Nie­szczę­ściem, zalety wszel­kie tej szkapy tak były ukryte pod maścią nie­zwy­kłej barwy, tak były zama­sko­wane dzi­waczną jego postawą, ani tro­chę nie­czy­niącą zadość wyma­ga­niom regu­lar­no­ści kształ­tów, iż w cza­sach owych, kiedy wszy­scy znali się na koniach, zja­wie­nie się takiego pod­jezdka w Meung, od strony Beau­gency, spra­wiło wra­że­nie źle uspo­sa­bia­jące i wzglę­dem samego jeźdźca.

A wra­że­nie to tym przy­krzej­sze było dla mło­dego d'Arta­gnana (tak się bowiem nazy­wał ten nowy Don Kiszot na swoim Rosy­nan­cie), iż czuł dobrze, że zabawny wierz­cho­wiec ośmie­szał nawet tak dziel­nego jak on jeźdźca. Wzdy­chał też okrut­nie w głębi ducha, przyj­mu­jąc ten dar od pana d'Arta­gnana ojca. Wie­dział, iż bydlę warte było naj­wy­żej dwa­dzie­ścia liw­rów, lecz słowa ojcow­skie, towa­rzy­szące temu darowi, nie­skoń­cze­nie wyż­szą posia­dały cenę.

- Synu mój - pra­wił szlach­cic gaskoń­ski, tym narze­czem czy­sto ber­neń­skiem, któ­rego nawet Hen­ryk IV pozbyć się ni­gdy nie zdo­łał - synu mój, koń ten zro­dzony jest w domu ojca two­jego, będzie temu trzy­na­ście lat, i dotąd w nim prze­by­wał, więc kochać powi­nie­neś to zwie­rzę. Ni­gdy się z nim nie roz­sta­waj, dozwól mu spo­koj­nie i uczci­wie umrzeć ze sta­ro­ści; a jeśli na wojnę z nim pój­dziesz, oszczę­dzaj go, jak­byś sta­rego sługę oszczę­dzał. Przy dwo­rze - cią­gnął dalej stary pan d'Arta­gnan - jeżeli tylko będziesz miał zaszczyt tam się dostać, do czego daje ci prawo twoje stare szla­chec­two, god­nie utrzy­maj imię szlach­cica, które przez przod­ków two­ich zaszczyt­nie było noszone od pię­ciu­set prze­szło lat. Nie ustę­puj nikomu, nikomu nic nie pusz­czaj pła­zem, prócz pana kar­dy­nała i króla. Odwagą tylko, rozu­miesz mnie, tylko odwagą szlach­cic dziś sobie toruje drogę. Kto stchó­rzy na jedną sekundę, na zawsze wymyka mu się los, jaki mu zsyła for­tuna. Młody jesteś i winie­neś być waleczny dla dwóch powo­dów: naj­pierw, że jesteś Gaskoń­czy­kiem, po wtóre, że jesteś moim synem. Oka­zji nie uni­kaj, goń za przy­go­dami. Kaza­łem cię wyćwi­czyć we wła­da­niu szpadą; żela­zną masz nogę, a dło­nie ze stali; bij się o byle co, bij się, tym bar­dziej że poje­dynki są zaka­zane, więc z tego wynika, że, aby się bić, trzeba mieć podwójną odwagę. Na drogę, mój synu, mogę ci dać tylko pięt­na­ście tala­rów, mojego konia i te rady, któ­rych wysłu­cha­łeś. Matka twoja daje ci jesz­cze prze­pis na bal­sam, który od Cyganki dostała, a ma on cudowną wła­sność goje­nia wszel­kich ran, które nie dosię­gły serca. Korzy­staj z tego wszyst­kiego i żyj szczę­śli­wie przez dłu­gie lata. Już nic mi nie pozo­staje, jak tylko ci udzie­lić, chyba dorzu­cić jesz­cze ten przy­kład, wpraw­dzie nie z mego życia, bo ja ni­gdy na dwo­rze nie byłem. Mówię tu o panu de Tre­ville'u, który ongiś był moim sąsia­dem, a dziec­kiem już miał zaszczyt dzie­lić zabawy z kró­lem naszym Ludwi­kiem XIII - niech go Bóg naj­dłu­żej nam zachowa! Nie­kiedy zabawy te w bitwę się prze­ista­czały, a król nie zawsze bywał sil­niej­szy. Sztur­chańce, które odbie­rał, przej­mo­wały go wiel­kim sza­cun­kiem i przy­jaź­nią dla pana de Tre­ville'a. Póź­niej, w podróży swej do Paryża, pan de Tre­ville poje­dyn­ko­wał się aż pięć razy; od czasu śmierci sta­rego króla, aż do peł­no­let­no­ści mło­dego, nie licząc wojen i oblę­żeń, w któ­rych brał udział, bił się jesz­cze sie­dem razy; no! A od czasu peł­no­let­no­ści swej, aż do dziś, bił się razy ze sto! Dla­tego, widzisz, dzi­siaj, pomimo wszel­kich zaka­zów kró­lew­skich, pomimo roz­po­rzą­dzeń i wyro­ków na poje­dyn­ku­ją­cych się, jest on kapi­ta­nem musz­kie­te­rów, co tyle zna­czy, jak gdyby był wodzem legionu Ceza­rów, i król go wielce ceni, a stra­chem przej­muje on nawet kar­dy­nała, który, jak wszyst­kim wia­domo, nie­ła­two czego się zlęk­nie. Co wię­cej, pan de Tre­ville doszedł do dzie­się­ciu tysięcy tala­rów rocz­nego dochodu, zatem jest panem nie lada. A zaczy­nał, tak jak ty dzi­siaj. Otóż przed­staw mu się z tym listem, i wzo­ruj się na panu de Tre­ville'u, abyś, jak on, pokie­ro­wał się w życiu.

To rze­kł­szy, pan d'Arta­gnan ojciec wła­sną ręką przy­pa­sał mu szpadę, uca­ło­wał czule w policzki, doda­jąc bło­go­sła­wień­stwo ojcow­skie.

Mło­dzie­niec, wycho­dząc z pokoju, zastał matkę, cze­ka­jącą nań z ową słynną receptą zba­wien­nego bal­samu.

Tutaj poże­gna­nia były czul­sze i prze­cią­gnęły się, nie dla­tego aby pan d'Arta­gnan nie kochał syna, który był jego jedy­nym potom­kiem, ale że, jako mąż sta­teczny, uwa­żałby za nie­godne sie­bie dać się opa­no­wać wzru­sze­niu. Pani d'Arta­gnan zaś była tylko kobietą, a nadto była matką. Wyle­wała więc łzy obfite i, przy­znać musimy na pochwałę pana d'Arta­gnana syna, że cho­ciaż silił się być nie­wzru­szo­nym, jak na przy­szłego musz­kie­tera przy­stało, wzięło w nim górę uczu­cie wro­dzone, i łzy rzę­si­ste puściły się z jego oczu, a led­wie połowę ich ukryć mu się udało.

Tego jesz­cze dnia mło­dzie­niec wyru­szył w drogę, zaopa­trzony w trzy ojcow­skie dary, skła­da­jące się, jak powie­dzie­li­śmy, z pięt­na­stu tala­rów, konia i listu do pana de Tre­ville'a; rady zaś uwa­żamy za doda­tek do nich.

Z podob­nym vade­me­cum d'Arta­gnan stał się dokładną kopią boha­tera Cervan­tesa, z któ­rym przy naszki­co­wa­niu por­tretu porów­na­li­śmy go, jak naka­zy­wał nam obo­wią­zek histo­ryka. Don Kiszot brał wia­traki za olbrzy­mów, a za armię stado owiec, d'Arta­gnan posta­no­wił poczy­ty­wać każdy uśmiech za znie­wagę, a każde spoj­rze­nie za wyzwa­nie. Z tego wyni­kło, że przez całą drogę od Tar­bes aż do Meung trzy­mał zaci­śnięte pię­ści i bez ustanku się­gał do ręko­je­ści swej szpady, wsze­lako pię­ścią nie natra­fił na żadną szczękę, a szpada ani razu nie była z pochwy dobyta. Nie zna­czy to, aby na widok nie­for­tun­nego żół­tego pod­jezdka nie wykwi­tał uśmiech na obli­czach prze­chod­niów; ponie­waż jed­nak ponad tą szkapą pobrzę­ki­wała sza­bla poważ­nego wyglądu, a ponad nią świe­ciły oczy bar­dziej dzi­kie niż dumne, powścią­gano uśmie­chy, a gdy weso­łość brała górę nad prze­zor­no­ścią, usi­ło­wano przy­naj­mniej śmiać się pół­gęb­kiem tylko, na podo­bień­stwo masek sta­ro­żyt­nych. Tak d'Arta­gnan, pomimo draż­li­wo­ści, w nie­na­ru­szo­nym maje­sta­cie swoim dobił do nie­szczę­snego mia­sta Meung.

Gdy zsia­dał z konia przed bramą Wol­nego Mły­na­rza, a nie było tam nikogo, ani sta­jen­nego, ani gospo­da­rza, by strze­mię mu przy­trzy­mał. D'Arta­gnan spo­strzegł przy otwar­tym oknie na dole szlach­cica postawy pięk­nej i wynio­słej, z twa­rzą nieco pomarsz­czoną, który roz­ma­wiał z dwiema oso­bami, słu­cha­ją­cymi go z widocz­nym sza­cun­kiem. Rzecz pro­sta, iż według przy­ję­tego zwy­czaju d'Arta­gnan zaraz pomy­ślał, że on jest przed­mio­tem tej roz­mowy. Słu­chał więc. Tym razem do połowy się tylko pomy­lił, albo­wiem nie o niego, lecz o jego konia tam cho­dziło. Szlach­cic słu­cha­czom swoim wyli­czał wszyst­kie jego przy­mioty, a jak już mówi­li­śmy, słu­cha­cze wyglą­dali na prze­ję­tych sza­cun­kiem nie­ma­łym dla opo­wia­da­ją­cego i co chwila wybu­chali śmie­chem. Jeden pół­u­śmiech, jak wiemy, wystar­czał do roz­bu­dze­nia zapal­czy­wo­ści mło­dego d'Arta­gnana, łatwo poj­mu­jemy więc, jakie spra­wiła na nim wra­że­nie ta hała­śliwa weso­łość.

Naj­pierw jed­nak d'Arta­gnan zapra­gnął zoba­czyć, jak wygląda imper­ty­nent, który pozwala sobie żarty z niego stroić. Utkwił w nie­zna­jo­mym dumne spoj­rze­nie i zauwa­żył, iż był to męż­czy­zna lat od czter­dzie­stu do czter­dzie­stu pię­ciu, o oczach czar­nych i prze­ni­kli­wych, cerze bla­dej, z nosem mocno wydat­nym i czar­nymi, pięk­nie uło­żo­nymi wąsami; miał on na sobie kaftan i spodnie fioł­kowe z ple­cion­kami tegoż koloru, bez żad­nej ozdoby, prócz zwy­kłych nacięć na ręka­wach, przez które wyglą­dała koszula. Ubra­nie to, jak­kol­wiek nowe, zmięte było, tak jak gdyby długo spo­czy­wało w wali­zie podróż­nej. D'Arta­gnan uczy­nił to spo­strze­że­nie szybko, ale dro­bia­zgowo, jak gdyby prze­czu­wa­jąc, że oso­bi­stość owa ma w przy­szło­ści wielki wpływ wywrzeć na jego życie.

Gdy wpa­try­wał się tedy w szlach­cica w ubra­niu fioł­ko­wym, ten był zajęty naj­uczeń­szem i naj­bie­glej­szem wska­zy­wa­niem przy­mio­tów ber­neń­skiego pod­jezdka, dwaj zaś słu­cha­cze śmiali się hała­śli­wie, a dokoła ust opo­wia­da­ją­cego, wbrew zwy­cza­jowi, zary­so­wał się widoczny, acz blady jesz­cze uśmiech. Tym razem żadna już nie zacho­dziła wąt­pli­wość, d'Arta­gnan był istot­nie znie­wa­żany. Prze­świad­czony o tym naj­zu­peł­niej, beret na oczy naci­snął i, usi­łu­jąc naśla­do­wać ruchy wiel­ko­pań­skie, pod­pa­trzone w Gasko­nii u prze­jeż­dża­ją­cych dostoj­ni­ków, zbli­żył się z ręką na ręko­je­ści szpady, a drugą wspartą na bio­drze. Na nie­szczę­ście, w miarę jak pod­cho­dził bli­żej, gniew go zaśle­piał coraz gwał­tow­niej, i zamiast peł­nej god­no­ści prze­mowy, którą przy­go­to­wał sobie dla rzu­ce­nia wyzwa­nia, nie zna­lazł na końcu języka nic, prócz obe­lgi gru­biań­skiej, z towa­rzy­sze­niem gestu wście­kło­ści.

- Hej! Panie - zawo­łał - panie, co się tam za okien­nicą cho­wasz! Powiedz mi, jeśli łaska, co cię tak bar­dzo śmie­szy, a pośmie­jemy się razem!

Zagad­nięty prze­niósł spo­koj­nie wzrok z wierz­chowca na jeźdźca, jak gdyby potrze­bo­wał pew­nego czasu dla zro­zu­mie­nia, że dzika ta przy­mówka jest skie­ro­wana do niego, następ­nie, gdy zni­kła wszelka wąt­pli­wość, brwi jego nacią­gnęły się lekko, i po dość dłu­gim mil­cze­niu, tonem iro­nii i nie­opi­sa­nego zuchwal­stwa, odpo­wie­dział:

- Nie do cie­bie mówię, mój panie.

- Ale ja mówię do cie­bie, ja! - krzyk­nął chło­pak, zroz­pa­czony tym połą­cze­niem bez­czel­no­ści i pięk­nych manier, kon­we­nansu i pogardy.

Nie­zna­jomy chwilę jesz­cze popa­trzył na niego i, odda­la­jąc się od okna, powoli wyszedł z zajazdu i sta­nął przed koniem o kilka kro­ków od d'Arta­gnana. Spo­kój i drwiący wyraz jego twa­rzy podwo­iły weso­łość towa­rzy­szy, pozo­sta­łych przy oknie.

D'Arta­gnan, widząc, że się zbliża, chwy­cił szpadę i do połowy ją z pochwy obna­żył.

- Koń ten sta­now­czo jest, a raczej, był barwy jaskra polnego - cią­gnął nie­zna­jomy, zwró­ciw­szy się do słu­cha­czy swo­ich z okna i jakby nie widząc d'Arta­gnana albo wcale nie zwa­ża­jąc na niego. - Kolor ten znany jest bar­dzo w bota­nice, lecz u koni, przy­naj­mniej jak dotąd, był nader rzadki.

- Łatwo to z konia się śmiać, na to nie trzeba takiej odwagi, jak śmiać się z jego pana! - wykrzyk­nął z wście­kło­ścią współ­za­wod­nik Tre­ville'a.

- Ja nie­czę­sto się śmieję, mój panie - odrzekł nie­zna­jomy - możesz to odgad­nąć z mej twa­rzy; ale śmieję się wtedy, kiedy mi się podoba.

- A ja - krzyk­nął d'Arta­gnan - nie pozwa­lam, aby się śmiano wtedy, gdy ja nie chcę i gdy mi się nie podoba!

- Doprawdy? - cią­gnął nie­zna­jomy z więk­szym niż dotąd spo­ko­jem. - A, to naj­zu­peł­niej słuszne.

I, wykrę­ciw­szy się na pię­cie, zmie­rzał z powro­tem ku bra­mie zajazdu, gdzie stał jego osio­dłany koń.

Lecz czyż d'Arta­gnan mógł puścić pła­zem takie drwiny? Porwał szpadę i popę­dził za nie­zna­jo­mym, krzy­cząc:

- Obróć no się, obróć, panie wesoły, bo mogę cię przy­pad­kiem ude­rzyć z tyłu.

- Ty chcesz mnie ude­rzyć! - odparł ten, naraz zwra­ca­jąc się do mło­dzieńca szybko z miną zdzi­wioną, a zara­zem wzgar­dliwą. - Zwa­rio­wa­łeś widocz­nie, mój kochanku! - Potem dodał do sie­bie pół­gło­sem: - Wielka szkoda! Pyszny byłby naby­tek dla Jego Kró­lew­skiej Mości, który ze wszyst­kich stron szuka takich śmiał­ków do swo­ich musz­kie­te­rów.

Zale­d­wie dokoń­czył te słowa, kiedy d'Arta­gnan tak gwał­tow­nie na niego natarł, że gdyby nagle w tył nie usko­czył, byłby praw­do­po­dob­nie żar­to­wał po raz ostatni w swym życiu. Wtedy nie­zna­jomy zro­zu­miał, że prze­cho­dzi to już gra­nicę żar­tów, dobył więc szpady i, prze­sad­nie kła­nia­jąc się prze­ciw­ni­kowi, sta­nął w pogo­to­wiu. Lecz w tejże chwili owi dwaj słu­cha­cze, wspo­ma­gani przez gospo­da­rza, wpa­dli na d'Arta­gnana, z całych sił łomo­cąc go kijami, pogrze­ba­czami i szczyp­cami kuchen­nymi. Napad ten tak dalece postać rze­czy zmie­nił, że kiedy d'Arta­gnan odwró­cił się, aby sta­wić czoło temu gra­dowi poci­sków, prze­ciw­nik jego z tą samą prze­sadą scho­wał szpadę do pochwy, i z aktora walki, któ­rym o mało co nie został, stał się tylko widzem, i z roli tej wywią­zu­jąc się ze zwy­kłą sobie obo­jęt­no­ścią, mru­czał tylko przez zęby:

- Niech ich powie­trze ogar­nie, tych Gaskoń­czy­ków! Wpa­kuj­cie go na tego poma­rań­czo­wego konia i nie­chaj jedzie z Bogiem.

- Nie prę­dzej, aż cię zatłukę, nik­czem­niku! - wrzesz­czał d'Arta­gnan, nie ustę­pu­jąc ani kroku napast­ni­kom, nacie­ra­ją­cym na niego ze wszyst­kich stron.

- Zawsze ta gasko­nada! - mruk­nął szlach­cic. O! Na honor, Gaskoń­czycy zawsze są nie­po­prawni. Kończ­cie już ten taniec, kiedy chce koniecz­nie. On wam sam powie, jak będzie miał dosyć.

Ale nie wie­dział, z jakim ma do czy­nie­nia zapa­leń­cem; d'Arta­gnan był z tych, co nie ustę­pują nikomu ani na krok. Walka trwała jesz­cze kilka chwil; na koniec, wyczer­pany, upu­ścił szpadę, którą ude­rze­nie kijów prze­ła­mało na dwoje. Od innego znów ude­rze­nia jed­no­cze­śnie zra­niony w czoło padł na wznak skrwa­wiony i pra­wie zemdlony.

Wtedy to wła­śnie nad­bie­gano ze wszyst­kich stron na miej­sce, gdzie się ta scena roz­gry­wała. Obe­rży­sta, lęka­jąc się gło­śniej­szej awan­tury, prze­niósł przy pomocy sta­jen­nych ran­nego do kuchni, gdzie go zaraz opa­trzono.

Szlach­cic zaś wró­cił na dawne miej­sce u okna i z pew­nym roz­draż­nie­niem przy­pa­try­wał się tej tłusz­czy, która jak by go gnie­wała nie­po­mier­nie.

- I cóż! Jak się miewa sza­le­niec? - zapy­tał, zwra­ca­jąc się do obe­rży­sty, który przy­szedł go o zdro­wie zapy­tać.

- Czy nic się Waszej Eks­ce­len­cji nie stało? - ode­zwał się obe­rży­sta.

- Ja się zupeł­nie dobrze czuję, gospo­da­rzu kochany, ale pytam wła­śnie, co się dzieje z naszym mło­ko­sem.

- Lepiej mu już - odrzekł gospo­darz - ale wprzód zupeł­nie omdlał.

- Doprawdy? - pod­chwy­cił szlach­cic.

- Lecz przed zemdle­niem, zebraw­szy wszyst­kie siły, wymy­ślał i odgra­żał się panu.

- Toż to widocz­nie dia­beł wcie­lony ten śmia­łek! - zawo­łał nie­zna­jomy.

- O nie, Eks­ce­len­cjo! On dia­błem wcale nie jest - odparł obe­rży­sta ze skrzy­wie­niem pogar­dli­wym - bo, kiedy zre­wi­do­wa­li­śmy go, zanim odzy­skał przy­tom­ność, w zawi­niątku jego zna­leźli tylko jedną koszulę, a w tor­bie marne dwa­na­ście tala­rów; nie prze­szko­dziło mu to jed­nak przed zemdle­niem powie­dzieć, że gdyby to było w Paryżu, poża­ło­wał­byś pan tego zaraz, lecz co się odwle­cze, to nie ucie­cze.

- Więc to musi być jakiś prze­brany książę - odrzekł nie­zna­jomy chłodno.

- I ja tak myślę, dostojny panie - odrzekł obe­rży­sta - i powi­nie­neś się mieć na bacz­no­ści.

- A czy w gnie­wie jakiego nazwi­ska nie wymie­nił?

- I ow­szem, ude­rzał się po kie­szeni i mówił: zoba­czymy, co powie pan de Tre­ville na znie­wagę, jaką wyrzą­dzono jego pro­te­go­wa­nemu.

- Pan de Tre­ville? - pod­chwy­cił nie­zna­jomy z prze­ję­ciem - ude­rzał się po kie­szeni, wyma­wia­jąc nazwi­sko pana de Tre­ville'a?... Słu­chaj, gospo­da­rzu, pewny jestem, że nie omiesz­ka­łeś prze­trzą­snąć tej kie­szeni, kiedy był zemdlony. Co tam w niej było?

- List do pana de Tre­ville'a, kapi­tana musz­kie­te­rów.

- Doprawdy?

- Tak, jak to powie­dzia­łem Waszej Eks­ce­len­cji.

Obe­rży­sta, zbyt­nią bystro­ścią nie­ob­da­rzony, nie zauwa­żył wyrazu, jaki słowa jego wywo­łały na obli­czu nie­zna­jo­mego. Ten zaś, opusz­cza­jąc okno, o któ­rego fra­mugę był oparty, zmarsz­czył brwi z wyra­zem nie­po­koju.

- Co u dia­bła? - syk­nął przez zęby - czyżby Tre­ville nasłał mi tego Gaskoń­czyka? Mło­kos to co prawda! Pchnię­cie szpady jed­nak nie prze­staje być pchnię­ciem bez względu na wiek tego, który je zadaje, a na dzie­ciaka mniej się zwy­kle uważa niż na kogo innego!... Czyż nie­raz drobna na pozór prze­szkoda nie pokrzy­żo­wała wiel­kich zamia­rów?

I nie­zna­jomy pogrą­żył się w zamy­śle­niu.

- Słu­chaj, gospo­da­rzu - rzekł - czy nie mógł­byś uwol­nić mnie od tego zapa­leńca? Co prawda, zabić go nie mogę, a jed­nak - dodał z groź­nym spo­ko­jem - a jed­nak zawa­dza mi. Gdzież on jest?

- W pokoju mojej żony, na pierw­szym pię­trze, opa­trują go tam.

- Czy są przy nim łach­many jego i zawi­niątko? Czy nie zdjął kaftana?

- Prze­ciw­nie, w kuchni na dole wszystko to się znaj­duje. Lecz skoro panu ten sza­le­niec zawa­dza.

- Bez wąt­pie­nia. Jest on w twoim zajeź­dzie przy­czyną awan­tury z ludźmi przy­zwo­itymi. Wra­caj do sie­bie, przy­go­tuj rachu­nek i uprzedź mojego słu­żą­cego.

- Jak to! Pan już nas opusz­cza?

- Widzisz to prze­cie, skoro dałem ci roz­kaz osio­dłać mego konia. Czy nie zro­biono tego jesz­cze?

- I ow­szem, i, jak to Wasza Eks­ce­len­cja mogła zauwa­żyć, koń jego stoi w bra­mie, gotowy do podróży.

- Zrób zatem, co ci mówi­łem.

U! - rzekł w duchu obe­rży­sta - miał­żeby on istot­nie bać się tego chło­paka?

Lecz groźne spoj­rze­nie nie­zna­jo­mego zbiło go z tropu. Skło­nił się nisko i wyszedł.

Nie trzeba, ażeby milady była przez tego dudka widziana - rzekł do sie­bie nie­zna­jomy - powinna była tu już nie­długo nad­je­chać; spóź­nia się nawet tro­chę. Naj­le­piej będzie, gdy wsiądę na konia i pojadę na jej spo­tka­nie... Gdy­bym tylko mógł wie­dzieć, co zawiera ten list do Tre­ville'a!

I mru­cząc tak, skie­ro­wał się do kuchni.

Obe­rży­sta tym­cza­sem, nie przy­pusz­cza­jąc, by obec­ność mło­dego chłopca wypę­dzała nie­zna­jo­mego z zajazdu, zaszedł do swo­jej żony, gdzie zastał d'Arta­gnana, już naj­zu­peł­niej przy­tom­nego. Dał mu tedy do zro­zu­mie­nia, iż mógłby mieć jaką nie­przy­jem­ność z poli­cją za szu­ka­nie prze­zeń zaczepki z wiel­kim panem, gdyż, podług obe­rży­sty, nie­zna­jomy był nie­za­wod­nie magna­tem. Prze­kła­da­jąc to wszystko, gospo­darz obe­rży wresz­cie namó­wił go, tak że mło­dzie­niec, pomimo osła­bie­nia, powstał, by w dal­szą puścić się drogę. D'Arta­gnan, na pół ogłu­szony, z obwią­zaną głową i bez kaftana, ruszył się z miej­sca i, naglony przez gospo­darza, zwlókł się powoli ze scho­dów; lecz pierw­szą osobą, którą spo­strzegł, wszedł­szy do kuchni, był wróg jego, roz­ma­wia­jący naj­spo­koj­niej w świe­cie przy drzwicz­kach karety podróż­nej, zaprzę­żo­nej w dwa wiel­kie konie nor­mandz­kie.

Kobieta, z którą roz­ma­wiał, a któ­rej główka wyglą­dała z okna pojazdu, jak w ramki oprawna, mogła mieć dwa­dzie­ścia do dwu­dzie­stu dwóch lat naj­wy­żej.

Mówi­li­śmy już o tym, z jaką szyb­ko­ścią baczne oko d'Arta­gnana zda­wało sobie sprawę z każ­dego obli­cza: więc od razu spo­strzegł on też, że kobieta jest młoda i piękna. Pięk­ność ta tym wię­cej go ude­rzyła, iż nic nie miała wspól­nego z połu­dniową pro­win­cją, gdzie dotąd zamiesz­ki­wał.

Była to blon­dynka, blada, z dłu­gimi wło­sami w lokach, spa­da­ją­cymi na cudne jej ramiona, o dużych a smęt­nych nie­bie­skich oczach; ręce miała śnież­nej bia­ło­ści, a usta jak świeżo roz­kwi­tłą różę. Roz­ma­wiała z nie­zna­jo­mym, wielce oży­wiona.

- Jego Emi­nen­cja zatem roz­ka­zuje mi. - mówiła.

- Nie­zwłocz­nie powró­cić do Anglii i donieść mi bez­po­śred­nio, czy książę wyjeż­dżał z Lon­dynu.

- A co do innych zle­ceń? - zapy­tała piękna podróżna.

- Są one zawarte w tym oto pudełku, które pani otwo­rzy, ale dopiero po tam­tej stro­nie kanału.

- Dobrze... a co pan ze sobą zrobi?

- Ja wra­cam do Paryża.

- Nie uka­raw­szy tego zuchwa­łego chło­paka? - zapy­tała dama.

Nie­zna­jomy zabie­rał się do odpo­wie­dzi, lecz, zanim usta otwo­rzył, d'Arta­gnan, który sły­szał to wszystko, sko­czył i sta­nął na progu.

- Oto jest wła­śnie ten zuchwały chło­pak, który sam innych karze! - zawo­łał - a jak na teraz mam nadzieję, że ten, któ­rego uka­rać powi­nien, nie wymknie mu się jak za pierw­szym razem.

- Czy tak? - odparł nie­zna­jomy, marsz­cząc brwi.

- Nie, nie śmiał­byś wobec kobiety ucie­kać, tak przy­pusz­czam przy­naj­mniej.

- Zasta­nów się! - krzyk­nęła milady, widząc, że szlach­cic już chwyta za szpadę - pomyśl, że naj­mniej­sza zwłoka wszystko może zgu­bić.

- Masz słusz­ność - zawo­łał - jedźmy więc, każde w swoją stronę!

I ski­nąw­szy jej głową na poże­gna­nie, sko­czył na konia, a jed­no­cze­śnie woź­nica karety śmi­gnął potęż­nie batem nad swoim zaprzę­giem. Ruszyli galo­pem, każde z nich pędząc w prze­ciw­nym kie­runku.

- Hej! Hej! A rachu­nek nie­za­pła­cony! - wrzesz­czał gospo­darz, któ­rego względy dla podróż­nego we wzgardę się zamie­niły, na widok, że odjeż­dża, nie zapła­ciw­szy należ­no­ści.

- Zapłać, gamajdo! - krzyk­nął w peł­nym galo­pie podróżny na swego pachołka, który, rzu­ciw­szy kilka sztuk sre­bra pod nogi obe­rży­sty, podą­żył za swoim panem.

- A łotr! A łaj­dak szlach­ci­cem pod­szyty! - krzy­czał d'Arta­gnan, goniąc za oby­dwoma.

Lecz ranny nie odzy­skał jesz­cze na tyle sił, ażeby wytrzy­mać podobne wstrzą­śnie­nia. Zale­d­wie ubiegł kilka kro­ków, poczuł szum w uszach, świat zawi­ro­wał mu przed oczami, naresz­cie krwawa chmura zasło­niła mu oczy, i padł na środku drogi, woła­jąc jesz­cze:

- Podły! Podły! Podły!...

- To prawda, że podły - mam­ro­tał obe­rży­sta, pod­szedł­szy do d'Arta­gnana i pró­bu­jąc jemu się teraz przy­po­do­bać i pogo­dzić się z bie­da­kiem, jak owa cza­pla w bajce ze śli­ma­kiem.

- Podły! Podły! - powta­rzał d'Arta­gnan - ale ona bar­dzo piękna!

- Co za ona? - zapy­tał obe­rży­sta.

- Milady - wybeł­ko­tał d'Arta­gnan i zemdlał po raz drugi.

- A! I tej milady nie mam - rzekł do sie­bie gospo­darz - ha! Cho­ciaż ten mi pozo­staje z pew­no­ścią, na kilka dni co naj­mniej. W każ­dym razie jede­na­ście tala­rów zysku.

Wia­domo, że suma taka znaj­do­wała się w sakiewce d'Arta­gnana.

Obe­rży­sta liczył na jede­na­ście dni cho­roby, czyli po tala­rze na dobę.

Ale osoby cho­rego nie wziął wcale w rachubę.

Naza­jutrz o pią­tej z rana d'Arta­gnan pod­niósł się, zszedł sam do kuchni, zażą­dał, prócz innych rze­czy, któ­rych spis nie doszedł do nas, wina, oliwy, roz­ma­rynu, i, z receptą mat­czyną w ręce spo­rzą­dził sobie bal­sam, któ­rym liczne rany swoje nama­ściw­szy, sam je opa­try­wał, nie chcąc dopu­ścić żad­nego leka­rza. Dzięki zba­wien­nym skut­kom bal­samu cygań­skiego, a być może i nie­obec­no­ści leka­rzy, sta­nął na nogi jesz­cze tego wie­czora, a naza­jutrz był już pra­wie wyle­czony.

Kiedy przy­szło pła­cić za roz­ma­ryn, wino i oliwę, jedyny wyda­tek jego, sam bowiem dietę naj­ści­ślej­szą zacho­wał, gdy prze­ciw­nie żółty konik, jak dowo­dził obe­rży­sta, zjadł trzy razy wię­cej, niż przy­pu­ścić było można, d'Arta­gnan zna­lazł wpraw­dzie w kie­szeni swój podarty wore­czek aksa­mitny z jede­na­stoma tala­rami, lecz list, adre­so­wany do pana de Tre­ville'a, znik­nął bez śladu. Począł więc z naj­więk­szą cier­pli­wo­ścią poszu­ki­wać listu, po dwa­dzie­ścia razy wywra­cał kie­szenie, szpe­rał po mniej­szych kie­szon­kach, grze­bał w zawi­niątku, otwie­rał i zamy­kał wore­czek; ale, skoro nabrał prze­ko­na­nia, że trzeba list uwa­żać za stra­cony, wpadł w trzeci parok­syzm gniewu, co omal znów nie spo­wo­do­wało powtór­nego uży­cia wina i oliwy roz­ma­rynowej; bo na widok tego zapa­leńca, gro­żą­cego, że wszystko, co w domu napo­tka, w drobne kawałki potłu­cze, jeżeli listu nie znaj­dzie, gospo­darz znowu pochwy­cił za oszczep, poło­wica jego za mio­tłę, a parobcy za kije, te same, które poprzed­niego dnia były w robo­cie.

- List! Mój list pole­ca­jący! - krzy­czał d'Arta­gnan - albo klnę się, że wszyst­kich nadzieję na szpadę jak jarząbki na rożen.

Nie­szczę­ściem jed­nak, oko­licz­ność pewna sprze­ci­wiała się speł­nie­niu tej groźby, bo w pierw­szej walce szpada jego, jak mówi­li­śmy, została zła­mana na dwoje, o czym naj­zu­peł­niej zapo­mniał. Z tego wyni­kło, że gdy d'Arta­gnan chciał ją z pochwy wydo­być, zna­lazł się uzbro­jony, lecz tylko w odła­mek na sześć czy osiem cali długi, który, gospo­darz naj­sta­ran­niej wsu­nął mu do pochwy, resztę klingi obcię­tej dla sie­bie sprząt­nął i potem na szpi­ku­lec obró­cił.

Praw­do­po­dob­nie jed­nak roz­cza­ro­wa­nie to nie byłoby powstrzy­mało mło­dego zapa­leńca, gdyby nie uwaga, uczy­niona przez obe­rży­stę, że gość jego słusz­nie tak ubo­lewa nad utratą listu:

- Ale to prawda - ode­zwał się, opusz­cza­jąc oszczep - gdzie może być ten list?

- Tak, gdzie ten list? - krzy­czał d'Arta­gnan. - Powia­dam wam, że to list do pana de Tre­ville'a i musi się zna­leźć, już on na to pora­dzi! No! On na to pora­dzi!...

Groźba ta osta­tecz­nie opa­mię­tała obe­rży­stę. Bo po królu i kar­dy­nale pan de Tre­ville był czło­wie­kiem, któ­rego imię naj­czę­ściej powta­rzali zarówno woj­skowi, jak i miesz­cza­nie. Wpraw­dzie ojciec Józef żył jesz­cze, lecz imię jego po cichu tylko wyma­wiano, taką grozą przej­mo­wała szara Emi­nen­cja, jak nazy­wano samego kar­dy­nała. Odrzu­ciw­szy więc oszczep na stronę i zale­ca­jąc żonie, aby to samo uczy­niła z mio­tłą, a parob­kom z kijami, obe­rży­sta pierw­szy dał przy­kład szu­ka­nia zatra­co­nego listu.

- Czy ten list zawiera coś waż­nego? - spy­tał po chwili nada­rem­nych szpe­rań.

- Spo­dzie­wam się! - krzyk­nął Gaskoń­czyk, który miał nadzieję uto­ro­wać nim sobie drogę do dworu - list ten sta­nowi o moim losie.

- Może w nim były obligi hisz­pań­skie? - pytał zanie­po­ko­jony obe­rży­sta.

- Obligi na oso­bi­sty skar­biec kró­lew­ski - odparł d'Arta­gnan, który, obie­cu­jąc sobie za pomocą listu wejść do służby Jego Kró­lew­skiej Mości, sądził, iż śmiało mógł tak odpo­wie­dzieć.

- Tam, do dia­bła! - jęk­nął zroz­pa­czony obe­rży­sta.

- Mniej­sza o to - koń­czył d'Arta­gnan z zacię­ciem, cechu­ją­cym jego pocho­dze­nie - pie­nią­dze to jesz­cze nic! Wolał­bym tysiąc pisto­lów stra­cić ani­żeli to pismo.

Tak samo mógł powie­dzieć o dwu­dzie­stu tysią­cach, lecz wstrzy­mała go nie­śmia­łość mło­dzień­cza.

Zmo­żo­nemu poszu­ki­wa­niami obe­rży­ście nagła myśl strze­liła do głowy.

- Ten list wcale nie zgi­nął! - zawo­łał.

- A! - ode­zwał się d'Arta­gnan.

- Nie, on tylko został zabrany.

- Zabrany! A to przez kogo?

- A przez tego wczo­raj­szego szlach­cica. On był w kuchni, i to sam jeden, a kaftan pań­ski tam leżał. Zało­żył­bym się, że to on ukradł.

- Tak myślisz? - odparł d'Arta­gnan, słabo jed­nak prze­ko­nany, bo lepiej niż kto inny znał rze­czy­wi­stą donio­słość listu i nie widział w nim nic takiego, coby mogło obu­dzić cudzą pożą­dli­wość. Bo cóż by kto, czy to z pachoł­ków, czy spodróż­nych, zyskać mógł na posia­da­niu tego świstka.

- Mówisz zatem - cią­gnął d'Arta­gnan - iż tego gru­biań­skiego szlach­cica posą­dzasz...

- Mówię panu, bo pewny tego jestem - koń­czył obe­rży­sta. - Kiedy mu oznaj­mi­łem, że Wasza dostoj­ność jest pro­te­go­wa­nym pana de Tre­ville'a i że nawet posia­dasz list do tego zna­ko­mi­tego męża, wielce się zanie­po­koił, pyta­jąc, gdzie może list ten się znaj­do­wać, po czym nie­zwłocz­nie udał się do kuchni, gdzie leżał pań­ski kaftan.

- Więc to on jest tym zło­dzie­jem, który mnie okradł - odparł d'Arta­gnan - poskarżę ja się panu de Tre­ville'owi, a ten kró­lowi się poskarży. - Potem, z miną maje­sta­tyczną, wydo­był z kie­szeni dwa talary i dał je obe­rży­ście, który z kape­lu­szem w ręce do drzwi go odpro­wa­dził. Tam d'Arta­gnan dosiadł żół­tego rumaka, który bez żad­nego już wypadku doniósł go do bramy Świę­tego Anto­niego w Paryżu, gdzie został sprze­dany przez swego wła­ści­ciela za trzy talary, co zna­czyło, że zapła­cony był dobrze, bo d'Arta­gnan pędził go nie­mi­ło­sier­nie, od ostat­niego popasu. Nie ukry­wał też han­dlarz koni, który go nabył, że sumę taką daje tylko dla nie­zwy­kłej jego maści.

Teraz bez konia wszedł d'Arta­gnan do Paryża pie­chotą, z węzeł­kiem pod pachą, i póty cho­dził, aż zna­lazł pokoik do wyna­ję­cia, odpo­wiedni do szczu­płych jego fun­du­szów. Sie­dziba ta była rodza­jem pod­da­sza, przy ulicy Gra­ba­rzy, w pobliżu Luk­sem­burga. Skoro tylko dał zada­tek, zajął swoje miesz­ka­nie i resztę dnia prze­pę­dził na zaszy­wa­niu kaftana i naszy­wa­niu spodni galo­nami, które matka odpruła od kaftana sta­rego pana d'Arta­gnana, i dała mu po kry­jomu. Następ­nie udał się na bul­war de la Fer­ra­ille po nową klingę do szpady; zawró­cił potem do Luwru, aby się wywie­dzieć od pierw­szego lep­szego musz­kie­tera, gdzie się znaj­duje dom pana de Tre­ville'a, a dom ten, jak usły­szał, stał przy ulicy Gołę­biej, to jest w bli­skim sąsiedz­twie sie­dziby d'Arta­gnana, co poczy­tał tenże za dobrą wróżbę dla przy­szłych swych losów.

I, zado­wo­lony z zacho­wa­nia swego w Meung, bez wyrzu­tów sumie­nia z prze­szło­ści, ufny w teraź­niej­szość i pełen nadziei na przy­szłość, legł na posła­niu i zasnął snem spra­wie­dli­wego. Czy­sto para­fiań­ski jesz­cze sen ów wytrzy­mał go do godziny dzie­wią­tej z rana, zerwał się więc szybko d'Arta­gnan, by podą­żyć do sław­nego pana de Tre­ville'a, trze­ciej osoby w kró­le­stwie, według kla­sy­fi­ka­cji pana d'Arta­gnana ojca.

Rozdział II

Przed­po­kój pana de Tre­ville'a

Pan de Tro­isville, jak mie­niła się rodzina jego w Gasko­nii, albo de Tre­ville, jak wresz­cie sam się prze­zwał w Paryżu, zaczy­nał tak samo jak d'Arta­gnan, czyli bez gro­sza przy duszy, ale z zapa­sem śmia­ło­ści, dow­cipu i sprytu, które spra­wiają, iż naj­uboż­szy szla­chetka gaskoń­ski, otrzy­mu­jąc je w spu­ściź­nie po przod­kach, bogat­szy się staje niż naj­za­moż­niej­szy szlach­cic z Peri­gord, dzie­dzi­czący dostatki po swoim rodzicu. Zuchwały, nie­ustra­szony, szczę­śliwy dzięki wypad­kom, które jak grad padały w owych cza­sach, wynie­siony na szczyt stro­mej dra­biny, jaka się zwie łaską u dworu, za pomocą rów­nież wypad­ków, po cztery szcze­ble prze­ska­ki­wał na niej od razu.

Był przy­ja­cie­lem króla, który, jak wia­domo, czcił nie­zmier­nie pamięć ojca swego Hen­ryka IV. Ojciec pana de Tre­ville'a słu­żył mu wier­nie w woj­nach prze­ciwko Lidze, tak że przy braku gotówki, a bra­kło jej przez całe życie Hen­ry­kowi Ber­neń­czy­kowi, który zwy­kle pła­cił długi jedyną monetą, jakiej poży­czać nie potrze­bo­wał ni­gdy, to jest wła­snym dow­ci­pem, przy braku zatem gotówki dla wyna­gro­dze­nia mu zasług król upo­waż­nił go, po pod­da­niu się Paryża, do wzię­cia sobie na herb lwa zło­tego na czer­wo­nej tar­czy, z godłem fide­lis et for­tis. Zaszczytu wiele, lecz korzy­ści mate­rial­nych za mało tro­chę. Kiedy też zna­ko­mity towa­rzysz wiel­kiego Hen­ryka zmarł, zosta­wił w spadku synowi tylko godło i szpadę. Dzięki tej podwój­nej spu­ściź­nie, z dodat­kiem nie­ska­zi­tel­nego imie­nia, pan de Tre­ville przy­pusz­czony został do dworu mło­dego księ­cia, gdzie, wierny godłu swemu, tak dziel­nie szpadą mu słu­żył, że Ludwik XIII, jeden z lep­szych szer­mie­rzy swego kró­le­stwa, mawiał, iż gdyby miał przy­ja­ciela, któ­remu przy­szłoby poje­dyn­ko­wać się, radziłby mu wziąć na świadka naj­pierw Ludwika, a potem pana de Tre­ville'a, a nawet może wpierw jesz­cze wybrałby tego ostat­niego.

Miał też Ludwik XIII szczere przy­wią­za­nie do pana de Tre­ville'a, przy­wią­za­nie kró­lew­skie wpraw­dzie, samo­lubne, ale bądź co bądź, zawsze przy­wią­za­nie. Bo w owych nie­szczę­snych cza­sach sta­rano się usil­nie ota­czać takimi ludźmi jak pan de Tre­ville.

Wielu bowiem mogło szczy­cić się godłem: silny, lecz mało szlachty mogło zasłu­że­nie nosić dewizę: wierny. Do ostat­nich jed­nak nale­żał de Tre­ville. Był to czło­wiek nie­tu­zin­kowy, z posłu­szeń­stwem psa, odwagą ślepą, okiem bystrym i potężną dło­nią, któ­remu wzrok dany był jak by tylko po to, aby doj­rzeć nie­za­do­wo­le­nie kró­lew­skie z jakiej osoby, a ręka, aby wino­wajcę ude­rzyć, cho­ciażby nim byli: Besme, Mau­re­vers, Poltrot, de Mere czy Vitry. Potrzeba mu było tylko spo­sob­no­ści; czy­hał na nią i obie­cy­wał sobie ją pochwy­cić choćby za jeden wło­sek, skoro nawi­nę­łaby się mu pod rękę.

Zro­bił go też król wodzem musz­kie­te­rów, któ­rzy w przy­wią­za­niu, posu­nię­temu do fana­ty­zmu, byli dla Ludwika XIII tym, czym przy­boczna straż dla Hen­ryka III, a straż szkocka dla Ludwika XI.

Kar­dy­nał zaś i pod tym wzglę­dem nie chciał ustę­po­wać kró­lowi. Gdy ujrzał tych groź­nych wybrań­ców, któ­rymi oto­czony był Ludwik XIII, zapra­gnął także straż swoją posia­dać. Miał więc i on swo­ich musz­kie­te­rów, i można było widzieć, jak dwie te, współ­za­wod­ni­czące ze sobą potęgi, w poczet swój ze wszyst­kich pro­win­cji fran­cu­skich, a nawet spod cudzo­ziem­skich rzą­dów, rekru­to­wały ludzi, sław­nych z dziel­no­ści rycer­skiej. Król też i kar­dy­nał czę­sto wie­czo­rami, przy sza­chach, wsz­czy­nali sprzeczki o zalety swo­ich obroń­ców.

Jak jeden, tak drugi wychwa­lali postawę i męstwo tych, któ­rzy nale­żeli do niego; i obaj, potę­pia­jąc w zasa­dzie poje­dynki i burdy, sami pod­że­gali ich z cicha do zacze­pek, odczu­wa­jąc praw­dziwy żal lub radość nie­po­mierną z porażki lub zwy­cię­stwa swo­ich ludzi. Tak przy­naj­mniej gło­szą pamięt­niki czło­wieka, który w zapa­sach tych poko­nany bywał cza­sami, lecz naj­czę­ściej sta­wał się zwy­cięzcą.

Tre­ville, poznaw­szy słabą stronę swego pana, zawdzię­czał tej prze­bie­gło­ści dłu­go­trwałą i nie­zmierną łaskę króla, który nie pozo­sta­wił po sobie pamięci zbyt wier­nego w przy­jaźni. Wie­dząc, czym się przy­po­do­bać Ludwi­kowi, popi­sy­wał się filu­ter­nie swymi musz­kie­te­rami przed kar­dy­na­łem Arman­dem Duples­si­sem, na co jeżyły się zło­ścią siwe wąsiki Jego Emi­nen­cji.

Tre­ville poj­mo­wał nale­ży­cie ducha swo­jej epoki, kiedy się żyło kosz­tem, jeżeli nie swoim, to wła­snych ziom­ków: żoł­nie­rze jego był to legion dia­błów, jemu tylko ule­gli, dla niego tylko zna­jący kar­ność.

Roz­czo­chrani, pod­pici, pokie­re­szo­wani, musz­kie­te­ro­wie króla, a raczej pana de Tre­ville'a, roz­pra­szali się po szyn­kach, spa­ce­rach, miej­scach publicz­nych, hała­su­jąc, pod­krę­ca­jąc wąsa, brzę­cząc ostro­gami, z roz­ko­szą bez­gra­niczną potrą­ca­jąc straż kar­dy­nal­ską, przy pierw­szym spo­tka­niu i pośrodku ulicy doby­wa­jąc szpady z żar­ci­kami nie­skoń­czo­nymi, bo pewni byli, że w razie śmierci opła­ki­wani i pomsz­czeni zostaną nie­chyb­nie; czę­sto nawet zabi­jali prze­ciw­ni­ków z naj­zu­peł­niej­szym spo­ko­jem, wie­dząc dobrze, iż za to nie zgniją w wię­zie­niu, był bowiem jesz­cze pan de Tre­ville, który umiał się za nimi wsta­wić. Jakże też go na wszyst­kie tony wychwa­lali ci ludzie, jak go uwiel­biali, i choć prze­waż­nie nic­po­nie i włó­częgi, drżeli przed nim jak żaki przed nauczy­cie­lem, posłuszni na każde ski­nie­nie, gotowi dać się zabić, byleby oczy­ścić się przed nim z naj­mniej­szego zarzutu.

Uży­wał on też tej dźwi­gni potęż­nej, naj­pierw dla króla i jego stron­ni­ków, potem dla sie­bie i swo­ich przy­ja­ciół. Zresztą w żad­nym z ówcze­snych pamięt­ni­ków, a nie­mało ich pozo­stało, nie ma śladu naj­mniej­szego zarzutu prze­ciw temu zacnemu szlach­ci­cowi, nawet ze strony jego nieprzy­ja­ciół, któ­rych liczył sporo pomię­dzy ludźmi zarówno pióra, jak i broni. Przy genial­nych zdol­no­ściach do intryg, sta­wia­ją­cych go na równi z naj­po­tęż­niej­szymi, pozo­stał czło­wie­kiem uczci­wym. Co wię­cej, pomimo cięć, które szpecą ciało, i cięż­kich ćwi­czeń, które je nużą, stał się jed­nym z naj­po­żą­dań­szych gości w towa­rzy­stwach kobie­cych, naj­wy­kwint­niej­szym zalot­ni­kiem i naj­wy­ra­fi­no­wań­szym dow­cip­ni­siem swo­jego czasu; mówiono o zwy­cię­stwach budu­aro­wych Tre­ville'a tak jak przed dwu­dzie­stu laty o Bas­som­pie­rze, a to zna­czyło nie mało. Dowódca musz­kie­te­rów był zatem podzi­wiany; lękano się go i kochano zara­zem, co sta­nowi naj­wyż­szy szczyt powo­dze­nia ludz­kiego.

Ludwik XIV pochła­niał mniej­sze gwiazdy dworu w pro­mie­niach swo­jej jasno­ści; ojciec jego zaś, jako słońce plu­ri­bus impar, pozo­sta­wiał blask oso­bi­sty każ­demu z ulu­bień­ców swo­ich, każ­demu z dwo­rzan wła­sną jego war­tość. Oprócz przy­jęć poran­nych u króla i kar­dy­nała liczono owego czasu w Paryżu dwie­ście prze­szło innych, także poszu­ki­wa­nych. Pomię­dzy nimi naj­bar­dziej ubie­gano się o przy­ję­cie u Tre­ville'a.

Dzie­dzi­niec jego pałacu przy ulicy du Vieux-Colom­bier podobny był do obozu, latem już od godziny szó­stej z rana, zimą od ósmej. Pięć­dzie­się­ciu do sześć­dzie­się­ciu musz­kie­te­rów luzo­wało się tam cią­gle, aby każdy widział ich w tak potęż­nej licz­bie, a przy tym zbroj­nych zawsze i goto­wych na wszystko. Wzdłuż wiel­kich scho­dów, w któ­rych klatce dzi­siej­sza cywi­li­za­cja dom cały zbu­do­wać by mogła, mijali się bez­u­stan­nie ci i owi inte­re­sanci pary­scy, przy­cho­dzący z prze­róż­nymi proś­bami, szlachta z pro­win­cji, pra­gnąca być przy­jęta w poczet musz­kie­te­rów, i służba wszel­kiej barwy, wyga­lo­wana, przy­no­sząca panu de Tre­ville'owi listy od swo­ich panów. W przed­po­koju na ław­kach pod ścia­nami roz­sie­dli się wybrańcy raczej niż ci, co zostali wezwani. Od rana do wie­czora było tam gwarno, a tym­cza­sem pan de Tre­ville przyj­mo­wał wizyty w gabi­ne­cie obok przed­po­koju, słu­chał zaża­leń, wyda­wał roz­kazy, i, jak kró­lowi na bal­ko­nie w Luw­rze, tak jemu dość było sta­nąć w oknie, ażeby odbyć prze­gląd ludzi swo­ich i broni.

W dniu, kiedy zna­lazł się tam d'Arta­gnan, zebra­nie było impo­nu­jące, zwłasz­cza dla para­fia­nina, przy­by­łego z pro­win­cji; co prawda, był on Gaskoń­czy­kiem, a w owych cza­sach szcze­gól­niej jego ziom­ko­wie nie tra­cili przy byle czym swej junac­kiej fan­ta­zji. Lecz wej­ście to onie­śmie­li­łoby nie­jed­nego. Po prze­do­sta­niu się przez ciężką, wiel­kimi gwoź­dziami nabi­janą bramę, wpa­dało się od razu pomię­dzy zbrojne zastępy, snu­jące się po dzie­dzińcu, wyzy­wa­jące się na słowa, sprze­cza­jące się i swa­wo­lące zara­zem wesoło. By uto­ro­wać sobie przej­ście pośród tych fal wiru­ją­cych, trzeba było być ofi­ce­rem, wiel­kim panem lub ładną kobietą.

Owoż pośród takiej wrza­skli­wej zgrai i zamie­sza­nia prze­bi­jał się mło­dzie­niec nasz z ser­cem biją­cym, długi rapier swój przy­ci­ska­jąc do chu­dych nóg, rękę trzy­ma­jąc przy kape­lu­szu, z pół­u­śmie­chem, zwy­kłym u para­fia­nina, chcą­cego dodać sobie pew­no­ści. Gdy się przez jedną gro­madkę prze­ci­snął, oddy­chał wtedy swo­bod­niej; lecz czuł, że oglą­dano się za nim, i po raz pierw­szy w życiu, on, który dobre miał dotąd wyobra­że­nie o sobie, śmiesz­nym się sobie wyda­wał.

Gorzej było jesz­cze, gdy doszedł do scho­dów: na pierw­szych stop­niach stało czte­rech musz­kie­te­rów, fech­tu­ją­cych się ze sobą dla roz­rywki, a dzie­się­ciu czy dwu­na­stu ich towa­rzy­szy, zaj­mu­jąc plat­formę scho­dową, ocze­ki­wało na swoją kolej w szer­mierce.

Z czte­rech pierw­szych jeden, sto­jąc ze szpadą w ręce na wyż­szym stop­niu scho­dów, nie pozwa­lał trzem innym bli­żej podejść.

Ci trzej zaś z praw­dziwą zręcz­no­ścią napa­dali na niego szpa­dami.

D'Arta­gnan wziął zrazu broń tę za flo­rety z gał­kami, lecz prze­ko­nał się wkrótce po zadra­śnię­ciu, że broń to była spi­cza­sta i wyostrzona nale­ży­cie, a za każ­dym zadra­śnię­ciem nie tylko widzo­wie, lecz i szer­mie­rze sami śmiali się jak sza­leni.

Sto­jący na wyż­szym stop­niu, z zadzi­wia­jącą zręcz­no­ścią trzy­mał prze­ciw­ni­ków swo­ich w odda­le­niu.

Oto­czono ich kołem: waru­nek był taki, że ugo­dzony winien był odstą­pić od par­tii. W ciągu pię­ciu minut trzech było dra­śnię­tych, jeden w rękę, drugi w brodę, trzeci zaś po uchu, przez obrońcę scho­dów, który w tych ćwi­cze­niach pozo­stał bez naj­mniej­szego szwanku. Zręcz­ność ta dawała mu prawo, według umowy, po trzy­kroć z kolei bro­nić swo­jego sta­no­wi­ska.

Jak­kol­wiek d'Arta­gnan posta­no­wił nie dzi­wić się byle czemu, prze­czu­wa­jąc, iż zoba­czy wiele rze­czy zupeł­nie nowych dla sie­bie, roz­rywka ta zasta­no­wiła go jed­nak; widział on na pro­win­cji swo­jej, gdzie głowy są tak gorące, dużo ćwi­czeń szer­mier­czych, lecz gasko­nada tych czte­rech fecht­mi­strzów naj­do­sko­nal­szą mu się wydała, o jakiej usły­szeć kie­dy­kol­wiek mógł nawet w Gasko­nii. Zda­wało mu się więc, że prze­nie­siony jest w owe bajeczne kraje olbrzy­mów, gdzie ongi dostał się Guli­wer. A jed­nak nie na tym koniec: pozo­sta­wały mu jesz­cze plat­forma i przed­po­kój.

Tam już się nie bito, lecz opo­wia­dano sobie aneg­doty o kobie­tach, w przed­po­koju zaś dwor­skie histo­ryjki. Na plat­for­mie rumie­niec wystą­pił na lica d'Arta­gnana, w przed­po­koju mło­dzie­niec zadrżał.

Wyobraź­nia jego, roz­bu­dzona i nie­okieł­znana, która czy­niła go postra­chem dla dziew­cząt poko­jo­wych, a nie­kiedy i dla mło­dych ich pań, w chwi­lach szału nawet nie śniła tych cudów miło­snych i zwy­cięstw, spo­tę­go­wa­nych naj­bar­dziej zna­nemi imio­nami i naj­ja­skraw­szymi szcze­gó­łami; lecz jeżeli oby­czaj­ność jego zadra­śnięta została na plat­for­mie scho­dów, w przed­po­koju jego sza­cu­nek dla kar­dy­nała nad­we­rę­żony został nie­sły­cha­nie.

Tam ze zdu­mie­niem usły­szał gło­śną kry­tykę poli­tyki, która trzę­sła całą Europą, życie zaś pry­watne kar­dy­nała, za roz­trzą­sa­nie któ­rego tylu moż­nych i wiel­kich uka­ra­nych już było, życie tego wiel­kiego czło­wieka, tak czczo­nego przez pana d'Arta­gnana ojca, tutaj słu­żyło za pośmie­wi­sko musz­kie­te­rom pana de Tre­ville'a, któ­rzy szy­dzili z jego pałą­ko­wa­tych nóg i wypu­kłych ple­ców, a nawet śpie­wali piosnki o pani d'Aigu­il­lon, jego kochance, o sio­strze­nicy, pani de Com­ba­let, gdy inni znowu nama­wiali się prze­ciw paziom i straży przy­bocz­nej księ­cia-kar­dy­nała.

Jed­nakże, gdy nie­chcący imię kró­lew­skie wyrwało się komuś nie­spo­dzia­nie wśród tego kar­dy­nal­skiego bigosu, wnet jakby kne­bel zamy­kał na chwilę drwiące usta; spo­glą­dano z waha­niem dokoła, jakby się lęka­jąc, aby nie zdra­dziła ściana, dzie­ląca ich od gabi­netu pana de Tre­ville'a; wkrótce też naj­mniej zna­czące słówko zwra­cało roz­mowę na Jego Emi­nen­cję i kon­cepty zaczy­nały się na nowo, nie szczę­dząc świa­tła dla wszyst­kich jego postęp­ków.

O! Wszy­scy ci nie­za­wod­nie pójdą do wię­zie­nia, a potem na szu­bie­nicę - myślał ze zgrozą d'Arta­gnan - a może i ja z nimi razem, bo skoro ich słu­cha­łem i sły­szę, uwa­żany będę za ich wspól­nika. Co by na to mój ojciec powie­dział, on, który mi cześć dla kar­dy­nała tak usil­nie zale­cał, co by powie­dział, gdyby mnie zoba­czył w tej pogań­skiej kom­pa­nii?

Nikt o tym powąt­pie­wać nie będzie, iż d'Arta­gnan nie ośmie­lił się wmie­szać do roz­mowy; otwo­rzył tylko oczy i uszy, pięć zmy­słów chci­wie wytę­ża­jąc, aby pochwy­cić wszystko i, pomimo zale­ceń ojcow­skich, czuł w sobie ochotę nie ganić, lecz raczej chwa­lić rze­czy nie­sły­chane, które się tam odby­wały.

Ponie­waż jed­nak obcy był zupeł­nie tej zgrai dwo­ra­ków pana de Tre­ville'a i po raz pierw­szy go tam widziano, zapy­tano zaraz, czego chce. Na zapy­ta­nie to d'Arta­gnan skrom­nie wymó­wił swoje nazwi­sko, prze­ko­naw­szy o pocho­dze­niu swym, jako ich współ­ziomka, i pro­sił poko­jowca, który go wła­śnie pytał, aby dlań zacho­wał chwilę posłu­cha­nia u pana de Tre­ville'a, co tenże przy­rzekł uczy­nić we wła­ści­wym cza­sie.

Przy­szedł­szy tro­chę do sie­bie z pierw­szego oszo­ło­mie­nia, d'Arta­gnan począł roz­glą­dać się swo­bod­niej, bada­jąc po tro­sze ubiory i twa­rze.

Punkt środ­kowy naj­bar­dziej oży­wio­nej gro­madki sta­no­wił musz­kie­ter wzro­stu wyso­kiego, z obli­czem wynio­słym i w dzi­wacz­nym stroju, który zwra­cał ogólną uwagę.

Nie miał na sobie kaftana, prze­pi­sa­nego regu­łami, co zresztą nie było obo­wią­zu­jące w owej epoce, w owych cza­sach nie tyle swo­body, ile nie­za­leż­no­ści. Miał na sobie obci­sły żupan błę­kitny, wybla­kły i wytarty nieco, na któ­rym poły­ski­wała wspa­niała szarfa sze­roka, hafto­wana zło­tem i mie­niąca się bla­skiem jak powierzch­nia wody na słońcu. Płaszcz aksa­mitny kar­ma­zy­nowy z wdzię­kiem opusz­czał mu się z ramion, z przodu odsła­nia­jąc tylko świetną szarfę, przy któ­rej zwie­szał się ogromny rapier.

Musz­kie­ter powra­cał wła­śnie z warty i skar­żył się, iż jest mocno zaka­ta­rzony, kasz­ląc od czasu do czasu z prze­sadą. Okrył się też dla­tego płasz­czem, jak gło­sił dokoła, a mówiąc to z miną wynio­słą, dum­nie pokrę­cał wąsa, gdy tym­cza­sem podzi­wiano z zapa­łem szarfę hafto­waną, a d'Arta­gnan podzi­wiał jesz­cze wię­cej niż wszy­scy.

- Cóż chce­cie - mówił musz­kie­ter - moda taka nastaje; wiem, że to głup­stwo, ale modne. Zresztą trzeba prze­cież użyć na coś pie­nię­dzy z rodzin­nej suk­ce­sji.

- O, Por­tho­sie! - wykrzyk­nął jeden z obec­nych - nie pró­buj nawet wmó­wić nam, iż szarfa ta z rodzi­ciel­skiej hoj­no­ści ci się dostała; prę­dzej ci ją ofia­ro­wała ta zakwe­fiona dama, z którą spo­tka­łem cię zeszłej nie­dzieli przy bra­mie Świę­tego Hono­riu­sza.

- Nie, na honor, słowo szla­chec­kie daję, iż sam ją kupi­łem za wła­sne pie­nią­dze - odparł ten, któ­rego Por­tho­sem nazwano.

- Tak - ode­zwał się inny musz­kie­ter - tak samo jak ja kupi­łem ten wore­czek nowy za to, co moja luba wło­żyła mi do sta­rego.

- Mówię prawdę - pod­chwy­cił Por­thos - a dowód naj­lep­szy, że powiem wam, ile za nią zapła­ci­łem: dwa­na­ście pisto­lów.

Zachwyt spo­tę­go­wał się, wąt­pli­wość jed­nak pozo­stała jesz­cze.

- Wszak prawda, Ara­mi­sie? - zapy­tał Por­thos, zwra­ca­jąc się do innego musz­kie­tera.

Ten sta­no­wił naj­zu­peł­niej­szy z nim kon­trast. Był to chło­piec młody, dwu­dzie­stu dwóch do trzech lat zale­d­wie, z obli­czem łagod­nym i nie­win­nym, ze słod­kim spoj­rze­niem czar­nych oczu, z twa­rzą różową i zdobną w lekki puszek jak brzo­skwi­nia w jesieni. Zgrabny wąsik ryso­wał mu nad ustami linię naj­re­gu­lar­niej­szą; ręce jakby się oba­wiały opusz­czać ku dołowi, by na nich

nie nabrzmiały żyły; od czasu do czasu szczy­pał się w uszy dla utrzy­ma­nia na nich lek­kiego i przej­rzy­stego szkar­łatu. Mówił zazwy­czaj mało i powoli, kła­niał się czę­sto, śmiał się gło­śno, poka­zu­jąc piękne zęby, o które, jak i o całą swą osobę, widocz­nie dbał nie­po­mier­nie.

Na pyta­nie przy­ja­ciela odpo­wie­dział potwier­dza­ją­cem ski­nie­niem głowy.

Potwier­dze­nie to jed­nak jakby bar­dziej jesz­cze umac­niało wszel­kie powąt­pie­wa­nia co do szarfy; podzi­wiano ją cią­gle, lecz nie mówiono już o niej, a roz­mowa prze­szła na inny przed­miot.

- Co myśli­cie o opo­wia­da­niu koniu­szego pana de Cha­la­isa? - zapy­tał inny znowu musz­kie­ter, nie zwra­ca­jąc się do nikogo wyłącz­nie, lecz do wszyst­kich w ogól­no­ści.

- A cóż on opo­wiada? - zapy­tał Por­thos tonem wynio­słym.

- Opo­wiada, iż spo­tkał w Bruk­seli Roche­forta, tę duszę kar­dy­na­łowi zaprze­daną, a spo­tkał go w prze­bra­niu kapu­cyń­skim, dzięki któ­remu oszu­kał tego dudka, pana de Laigu­esa.

- Praw­dzi­wego dudka - wtrą­cił Por­thos - ale czy to pewne?

- Dowie­dzia­łem się o tym od Ara­misa - odparł musz­kie­ter.

- Doprawdy?

- E! Wiesz prze­cie sam o tym, Por­tho­sie - ode­zwał się Ara­mis - wczo­raj ci to opo­wia­da­łem, nie mówmy już o tym.

- Nie mówmy już o tym? Tak sądzisz? - odparł Por­thos. - Nie mówmy! O! Ty dia­blo szybko zała­twiasz się ze wszyst­kim! Jak to? Kar­dy­nał każe szpie­go­wać szlach­cica, przej­mo­wać kore­spon­den­cję jego przez zdrajcę, roz­bój­nika, wisielca, przez tego szpiega; i dla owej kore­spon­den­cji ści­nają głowę panu de Cha­la­isowi, pod głu­pim pozo­rem, że chciał zabić króla, i brata kró­lew­skiego oże­nić z kró­lową?... Dotąd... nikt ani tro­chę nie rozu­miał tej zagadki, tyś ją odkrył nam wczo­raj, z wiel­kim dla nas wszyst­kich zado­wo­le­niem, a kiedy jesz­cze nie możemy opa­mię­tać się ze zdzi­wie­nia, dzi­siaj powia­dasz: nie mówmy już o tym!

- Ha! To mówmy, kiedy sobie tego życzysz - odparł z całą cier­pli­wo­ścią Ara­mis.

- O! Gdy­bym był koniu­szym tego bie­daka de Cha­la­isa! - zawo­łał Por­thos - Roche­fort miałby się z pyszna ode mnie.

- A ty od Czer­wo­nego księ­cia - zauwa­żył Ara­mis.

- A! Czer­wony książę! Brawo! Brawo! - pod­chwy­cił Por­thos, klasz­cząc w dło­nie i przy­ta­ku­jąc głową. - Pyszny jest ten Czer­wony książę. Pusz­czę ja twój kon­cept w obieg, możesz być tego pewny. Jakiż ten Ara­mis dow­cipny! Co za szkoda, żeś nie poszedł za swoim powo­ła­niem, roz­koszny byłby z cie­bie księ­żu­lek.

- O! To tylko chwi­lowa zwłoka - odparł Ara­mis - wiesz prze­cie dobrze, że nie prze­staję uczyć się teo­lo­gii.

- Prę­dzej czy póź­niej sta­nie się tak, jak mówi - dodał Por­thos pota­ku­jąco.

- Prę­dzej - pod­chwy­cił Ara­mis.

- On tylko na jedną rzecz czeka, która by go skło­niła osta­tecz­nie do przy­wdzia­nia sutanny - ode­zwał się jeden z musz­kie­te­rów.

- A na cóż czeka? - zapy­tał inny.

- Na to, aż kró­lowa obda­rzy spad­ko­biercą Koronę fran­cu­ską.

- Nie żar­tujmy z tego, pano­wie - rzekł Por­thos - kró­lowa, dzięki Bogu, jest w tym wieku, że może Fran­cję obda­rzyć potom­kiem.

- Mówią, że pan de Buc­kin­gham jest we Fran­cji - odparł Ara­mis z prze­bie­głym uśmiesz­kiem, który tym, na pozór zwy­czaj­nym zupeł­nie sło­wom, nadał podej­rzane tro­chę zna­cze­nie.

- Ara­mi­sie, mylisz się tym razem, mój przy­ja­cielu - prze­rwał mu Por­thos - żyłka dow­cip­ko­wa­nia za daleko cię ponosi. i gdyby cię usły­szał pan de Tre­ville, prze­ko­nałby cię, że bar­dzo nie w porę żar­tu­jesz.

- Cóż to? Chcesz mi dawać nauki? Por­tho­sie! - krzyk­nął Ara­mis, a w jego łagod­nych oczach zapło­nęły bły­ska­wice.

- Mój drogi, bądźże musz­kie­te­rem albo opa­tem, ale ni­gdy jed­nym i dru­gim jed­no­cze­śnie - odpo­wie­dział Por­thos.

- Powiem, co ci Athos kie­dyś powie­dział: ty jadasz ze wszyst­kich żło­bów. O! Nie gnie­waj się, pro­szę. byłoby to daremne, wiesz prze­cie, jaką umowę mamy mię­dzy sobą, ty, Athos i ja. Ty cho­dzisz do pani d'Aigu­il­lon i umi­zgasz się do niej; bywasz także u pani Bois-Tracy, krew­nej pani de Che­vreuse, i powia­dają, iż bar­dzo posu­nięty jesteś w łaskach u tej pani. O! Nie przy­zna­waj się do swego szczę­ścia, nikt tajem­nicy two­jej nie żąda, bo znana jest twoja deli­kat­ność. Skoro jed­nak posia­dasz tę cnotę, cze­muż, u dia­bła, nie robisz z niej użytku i wzglę­dem Jej Kró­lew­skiej Mości. Niech kto chce i jak chce zaj­muje się kró­lem i kar­dy­na­łem; lecz kró­lowa jest świę­to­ścią, i jeżeli mówić o niej, to mówić dobrze.

- Por­tho­sie, jesteś prze­sadny i zaro­zu­miały jak Nar­cyz, ostrze­gam cię - odrzekł Ara­mis - mora­łów nie­na­wi­dzę, chyba tylko, gdy Athos je prawi. Co do cie­bie, mój drogi, zanadto wspa­niałą masz szarfę, abyś w tej sztuce mora­li­za­tor­skiej był mocny. Będę opa­tem, jeśli mi się spodoba; tym­cza­sem jed­nak jestem musz­kie­te­rem; a z tej racji mówię, co mi się podoba, a obec­nie podoba mi się powie­dzieć, że nie­cier­pli­wisz mnie.

- Ara­mi­sie!

- Por­tho­sie!

- E! Pano­wie! Pano­wie!... - zawo­łano ze wszyst­kich stron.

- Pan de Tre­ville czeka na pana d'Arta­gnana - ode­zwał się poko­jo­wiec, otwie­ra­jąc drzwi do gabi­netu.

Na słowa te, przy któ­rych drzwi zostały otwarte, wszy­scy zamil­kli, i, wśród tej ciszy ogól­nej, młody Gaskoń­czyk prze­szedł całą dłu­gość przed­po­koju i sta­nął przed wodzem musz­kie­te­rów, z całego serca win­szu­jąc sobie, że w samą porę unik­nął końca tej oso­bli­wej sprzeczki.

Rozdział III

Posłu­cha­nie

Pan de Tre­ville był wła­śnie w jak naj­gor­szym uspo­so­bie­niu; pomimo to grzecz­nie powi­tał mło­dzieńca, który skło­nił mu się do ziemi i uśmiech­nął się na prze­mó­wie­nie jego, w któ­rym akcent ber­neń­ski przy­po­mniał mu mło­dość i kraj jego; wspo­mnie­nie to zawsze miłe jest każ­demu czło­wie­kowi. Jed­no­cze­śnie jed­nak, pod­cho­dząc do przed­po­koju, ski­nął w stronę d'Arta­gnana ręką, jakby pro­sił go o pozwo­le­nie zała­twie­nia się z innymi, zanim wda się z nim w roz­mowę, i zawo­łał po trzy­kroć, a za każ­dym razem głos potę­gu­jąc, prze­cho­dził z tonu roz­ka­zu­ją­cego w mocno zagnie­wany.

- Athos! Por­thos! Ara­mis!...

Dwaj musz­kie­te­ro­wie, z któ­rymi zawar­li­śmy już zna­jo­mość, wysu­nęli się z gro­madki, a skoro próg gabi­netu prze­stą­pili, drzwi zaraz się za nimi zamknęły. Postawa ich, jak­kol­wiek nie­zbyt pewna sie­bie, wyra­zem peł­nym god­no­ści i usza­no­wa­nia w zachwyt wpra­wiła d'Arta­gnana, który pół­bo­gów widział w tych ludziach, a w wodzu ich Jowi­sza olim­pij­skiego, zbroj­nego we wszyst­kie pio­runy.

Kiedy już dwaj musz­kie­te­ro­wie weszli, a drzwi się za nimi zamknęły i gwar w przed­po­koju, pod­sy­cony zapewne tym wezwa­niem, wsz­czął się też na nowo, pan de Tre­ville, mil­czący, z brwiami ścią­gnię­tymi, prze­mie­rzył kil­ka­krot­nie wiel­kimi kro­kami gabi­net, mija­jąc za każ­dym razem Por­thosa i Ara­misa, jak struny wycią­gnię­tych, i zatrzy­mał się rap­tem przed nimi, patrząc wzro­kiem zagnie­wa­nym.

- Czy wie­cie, co król mi powie­dział! - wrza­snął - i to wczo­raj wie­czo­rem; czy wie­cie pano­wie?

- Nie - odpo­wie­dzieli po chwili mil­cze­nia obaj musz­kie­te­ro­wie - nie, panie, nie wiemy.

- Ale spo­dzie­wamy się, że pan zrobi nam zaszczyt i powie - dodał Ara­mis mięk­kim gło­sem, z towa­rzy­sze­niem naj­wdzięcz­niej­szego ukłonu.

- Powie­dział mi, że odtąd musz­kie­te­rów swo­ich zacią­gać będzie z gwar­dii kar­dy­nal­skiej.

- Z gwar­dii pana kar­dy­nała! A to dla­czego? - żywo zapy­tał Por­thos.

- Bo uważa, iż lura jego potrze­buje być wzmoc­niona dobrym winem.

Dwaj musz­kie­te­ro­wie zaczer­wie­nili się aż po białka oczu. D'Arta­gnan, nie wie­dząc, co to zna­czy, rad byłby o sto łokci zna­leźć się pod zie­mią.

- Tak, tak - mówił dalej pan de Tre­ville, uno­sząc się. - Jego Kró­lew­ska Mość ma słusz­ność, bo, na honor, prawdą jest, że musz­kie­te­ro­wie bar­dzo kiep­sko przed­sta­wiają się u dworu. Wczo­raj, pod­czas gry z kró­lem, kar­dy­nał opo­wia­dał z miną pełną współ­czu­cia, która nie przy­pa­dła mi do smaku, że ci potę­pieńcy musz­kie­te­ro­wie, te dia­bły... mówił, kła­dąc nacisk na każ­dym sło­wie, z miną iro­niczną, która jesz­cze wię­cej mi się nie podo­bała; ci ręba­cze, dodał, spo­glą­da­jąc na nich kocio-tygry­sim okiem, zapóź­nili się przy ulicy Feron w szynku, i patrol z gwar­dii kar­dy­nal­skiej - myśla­łem, że mi się w nos roze­śmieje - zmu­szony był aresz­to­wać tych wichrzy­cieli porządku. Do dia­bła, musi­cie wie­dzieć coś o tym. Aresz­to­wać musz­kie­te­rów! Wyście tam byli i inni, nie broń­cie się, poznano was, kar­dy­nał wymie­nił was po nazwi­sku. Moja w tym wina, tak, moja wina, bo to ja ludzi moich wybie­ram. Słu­chaj, Ara­mi­sie, czemu żąda­łeś ode mnie kaftana, kiedy ci w sutan­nie było tak dobrze? Słu­chaj, Por­tho­sie, czyż tylko po to masz szarfę złotą, aby na niej sło­mianą szpadę zawie­sić? Atho­sie! Nie ma tu Athosa? Gdzież on jest?

- Panie - smutno odpo­wie­dział Ara­mis - Athos jest chory, bar­dzo chory.

- Bar­dzo chory, powia­dasz? A na jakąż to cho­robę?

- Oba­wiam się, ażeby to nie była ospa - odpo­wie­dział Por­thos, chcąc także nale­żeć do roz­mowy.

- Ospa! Bajki ple­ciesz Por­tho­sie! W jego wieku na ospę cho­ro­wać? Co nie, to nie!... pew­nie raniony, a może zabity. O, gdy­bym o tym wie­dział! Na rany boskie! Pano­wie musz­kie­te­ro­wie, sły­szeć o tym nie chcę, by cho­dzono do miejsc podej­rza­nych, robiono burdy uliczne i bito się w zauł­kach. Nie chcę, byście się stali pośmie­wi­skiem gwar­dii kar­dy­nal­skiej, skła­da­ją­cej się z ludzi porząd­nych, spo­koj­nych, śmia­łych i nie takich, któ­rych aresz­tują, bo zresztą aresz­to­wać się nie dadzą, jestem tego pewny. Oni daliby się raczej zabić na miej­scu, niż na krok jeden ustą­pić. Bo tylko musz­kie­te­ro­wie kró­lew­scy uwa­żają za sto­sowne ucie­kać.

Por­thos i Ara­mis trzę­śli się z wście­kło­ści. Byliby chęt­nie zadu­sili pana de Tre­ville'a, gdyby nie czuli, że wła­śnie wielka dla nich miłość kła­dała mu w usta te słowa. Gnie­tli kobie­rzec nogami, usta przy­gry­zali do krwi, z całych sił ręko­je­ście szpady przy­ci­ska­jąc. W przed­po­koju usły­szano to woła­nie Athosa, Por­thosa i Ara­misa po nazwi­sku, i odgad­nięto po gło­sie pana de Tre­ville'a, że się gniewa nie­chyb­nie. Dzie­sięć głów cie­ka­wych, opar­tych o cienką ścianę, bla­dło z wście­kło­ści, bo uszy ich, do drzwi przy­le­pione, ani jed­nej sylaby nie stra­ciły z tego, co było mówione, a usta powta­rzały jedne za dru­gimi słowa dowódcy, ubli­ża­jące wszyst­kim musz­kie­te­rom, zebra­nym w przed­po­koju.

W jed­nej chwili, począw­szy od drzwi gabi­netu aż do bramy, cały pałac zawrzał.

- A! Musz­kie­te­ro­wie kró­lew­scy dają się aresz­to­wać gwar­dii pana kar­dy­nała - cią­gnął pan de Tre­ville, zarówno jak jego żoł­nie­rze wzbu­rzony wewnętrz­nie - lecz prze­szy­wa­jąc ich sło­wami, które zata­piał jedne po dru­gich jak szty­lety w ser­cach swo­ich słu­cha­czy. - Tak! Sze­ściu gwar­dzi­stów Jego Emi­nen­cji aresz­tuje sze­ściu musz­kie­te­rów Jego Kró­lew­skiej Mości. Do wszyst­kich dia­błów. Jużem się namy­ślił! Jadę natych­miast do Luwru, podam się do dymi­sji z dowódz­twa nad musz­kie­te­rami kró­lew­skimi i popro­szę, ażeby mi dano miej­sce w gwar­dii kar­dy­nała, a jeżeli mi odmó­wią, tam do licha! Zostanę księ­dzem.

Na te słowa gwar zewnątrz gabi­netu w wybuch się zamie­nił: wszę­dzie sły­chać tylko było wykrzyk­niki i prze­kleń­stwa. Mor­bleu! Sang­dieu! Do wszyst­kich dia­błów! - krzy­żo­wały się w powie­trzu jak grad gnany wichrem. D'Arta­gnan szu­kał kąta, gdzie by się mógł ukryć, i czuł chęć nie­prze­partą scho­wa­nia się pod stół.

- A więc tak! Mój wodzu!... - ode­zwał się Por­thos, nie posia­da­jąc się ze wzbu­rze­nia - tak! Prawdą jest, iż sze­ściu prze­ciw sze­ściu nas było, lecz napad­nięci zosta­li­śmy znie­nacka i zanim zdą­ży­li­śmy wydo­być szpady, dwóch z nas padło zabi­tych, Athos zaś ranny nie wię­cej wart był od tam­tych. Znasz prze­cie Athosa, kapi­ta­nie. Dwa razy powstać usi­ło­wał i po dwa­kroć upadł bez­silny. Nie pod­da­li­śmy się jed­nak, o nie! Wzięto nas prze­mocą. O Atho­sie myślano, że nie­żywy, i zosta­wiono go na polu walki. Oto cała histo­ria. Ale, do dia­bła, panie kapi­ta­nie, nie wszyst­kie wygrywa się bitwy. Wielki Pom­pe­jusz prze­grał pod Far­salą, a król Fran­ci­szek I, który jakem sły­szał, nie ustę­po­wał mu w niczym, został jed­nak pobity pod Pawią.

- A ja mam honor zapew­nić pana kapi­tana, iż jed­nego z nich wła­sną jego szpadą zabi­łem - ode­zwał się Ara­mis - bo moja przy pierw­szym zetknię­ciu na dwoje trza­snęła. Tak, panie, zabi­łem czy zaszty­le­to­wa­łem, jak się panu podoba.

- O tym nic nie wie­dzia­łem - odparł pan de Tre­ville łagod­niej. - Jak widzę, pan kar­dy­nał prze­sa­dzał.

- Zmi­łuj się, kapi­ta­nie - cią­gnął dalej Ara­mis, widząc, że Tre­ville uspo­ka­jać się zaczyna - zmi­łuj się, nie daj poznać Atho­sowi, iż wiesz, że jest raniony: w roz­pa­czy byłby, gdyby do uszu kró­lew­skich to doszło, a ponie­waż rana jest nie­bez­pieczna, bo przez ramię do piersi dosię­gła, można się oba­wiać.

W tejże chwili pod­nio­sła się por­tiera, i piękna, szla­chetna głowa, tylko blada strasz­li­wie, uka­zała się spoza dra­pe­rii.

- Athos! - wykrzyk­nęli dwaj musz­kie­te­ro­wie.

- Athos! - powtó­rzył Tre­ville.

- Pan mnie wzy­wał - rzekł do Tre­ville'a Athos gło­sem osła­bio­nym, lecz zupeł­nie spo­koj­nym - wzy­wał mnie pan, jak mi mówili kole­dzy, więc śpie­szę sta­wić się na roz­kazy pań­skie; oto jestem, czego sobie życzysz, kapi­ta­nie?

I z tymi słowy musz­kie­ter w mun­du­rze galo­wym, kro­kiem pew­nym wszedł do gabi­netu. Pan de Tre­ville, do głębi poru­szony tym dowo­dem odwagi, rzu­cił się ku niemu.

- Mówi­łem wła­śnie tym panom - ode­zwał się - że zabra­niam musz­kie­te­rom moim nara­żać życie bez żad­nej potrzeby, bo tacy dzielni ludzie dro­dzy są kró­lowi, a król wie o tym, iż musz­kie­te­ro­wie jego są naj­wa­lecz­niejsi na świe­cie. Podaj mi rękę, Atho­sie.

I nie cze­ka­jąc, uchwy­cił prawą jego dłoń, z całych sił ści­ska­jąc ją; nie spo­strzegł jed­nak, że Athos, pomimo pano­wa­nia nad sobą, drgnął z bólu, bled­nąc jesz­cze bar­dziej.

Drzwi pozo­stały uchy­lone po wej­ściu Athosa, a cho­ciaż rana jego w naj­głęb­szej miała być trzy­mana tajem­nicy, wszyst­kim była wia­doma, i dla­tego okrzyk zado­wo­le­nia powi­tał ostat­nie słowa kapi­tana i kilka głów, zapa­łem pocią­gnię­tych, uka­zało się pomię­dzy fał­dami por­tiery. Pan de Tre­ville byłby nie­za­wod­nie ostrymi słowy zga­nił to wykro­cze­nie prze­ciw pra­wom ety­kiety, gdyby nie poczuł, że dłoń Athosa ściąga się kur­czowo w jego ręce. Spoj­rzał wtedy bacz­nie na niego i dostrzegł, że bli­ski jest zemdle­nia. I w jed­nej chwili Athos, wal­czący z wysił­kiem nie­sły­cha­nym dla poko­na­nia sro­giego bólu, zwy­cię­żony nim naresz­cie, padł jak nie­żywy na zie­mię.

- Chi­rurga! - krzyk­nął pan de Tre­ville. - Mojego, kró­lew­skiego, naj­lep­szego, chi­rurga! Na rany boskie! Bo mój dzielny Athos skona!...

Na krzyki pana de Tre­ville'a, wszy­scy wpa­dli do jego gabi­netu, nie przy­szło mu bowiem do głowy drzwi przed kim­kol­wiek zamy­kać. Ran­nego oto­czono z wiel­kim współ­czu­ciem. Na nic by jed­nak wszystko to się nie przy­dało, gdyby lekarz nie zna­lazł się był w pałacu. Prze­bił się on przez tłum, zbli­żył się do zemdlo­nego wciąż Athosa, a ponie­waż hałas i zamie­sza­nie prze­szka­dzały mu bar­dzo, zażą­dał naj­pier­wej, aby musz­kie­ter prze­nie­siony być mógł do przy­le­głego pokoju. Pan de Tre­ville sam otwo­rzył drzwi, wska­zu­jąc Por­tho­sowi i Ara­mi­sowi drogę, ci zaś kolegę swo­jego, jak dziecko, na ręku zanie­śli. Za nimi postę­po­wał chi­rurg, a za chi­rurgiem drzwi się zamknęły.

Wtedy gabi­net pana de T reville'a, to miej­sce tak sza­no­wane zwy­kle, chwi­lowo stał się dal­szym cią­giem przed­po­koju.

Każdy roz­pra­wiał, gadał gło­śno, klnąc, pomstu­jąc, posy­ła­jąc do wszyst­kich dia­błów kar­dy­nała wraz z jego gwar­dią.

W chwilę potem Por­thos i Ara­mis powró­cili, chi­rurg zaś i pan de Tre­ville sami pozo­stali przy ran­nym. Powró­cił i pan de Tre­ville naresz­cie. Ranny odzy­skał przy­tom­ność; chi­rurg oznaj­mił, że stan musz­kie­tera nie przed­sta­wia nic nie­po­ko­ją­cego dla przy­ja­ciół, osła­bie­nie było po pro­stu następ­stwem znacz­nego upływu krwi.

Na ski­nie­nie pana de Tre­ville'a, wszy­scy wyszli z wyjąt­kiem d'Arta­gnana, który nie zapo­mniał wcale, że miał mieć posłu­cha­nie, i z zacię­to­ścią praw­dzi­wego Gaskoń­czyka stał w miej­scu jak wryty.

Gdy drzwi za wszyst­kimi zamknięto, pan de Tre­ville, obró­ciw­szy się, zna­lazł się sam na sam z mło­dzień­cem. Wypa­dek, który się przed chwilą wyda­rzył, po czę­ści prze­rwał mu myśli. Zapy­tał więc, czego sobie mło­dzie­niec życzy. Wtedy d'Arta­gnan wymie­nił swe nazwi­sko, a pan de Tre­ville od razu sobie przy­po­mniał jego przyj­ście.

- Prze­pra­szam cię - rzekł doń z uśmie­chem - wybacz, drogi mój ziomku, zapo­mnia­łem zupeł­nie o tobie. Lecz, cóż chcesz! Dowódca jest ojcem rodziny, i to jesz­cze więk­szą odpo­wie­dzial­no­ścią obar­czony ani­żeli praw­dziwy ojciec. Żoł­nie­rze to duże dzieci; a ponie­waż chcę, by roz­kazy kró­lew­skie były speł­niane, a pana kar­dy­nała nade wszystko...

D'Arta­gnan nie mógł powstrzy­mać się od uśmie­chu. Spo­strze­gł­szy to, pan de Tre­ville zro­zu­miał, że nie z naiw­nym ma do czy­nie­nia, i nagłym zwro­tem roz­mowy przy­stą­pił do rze­czy.

- Ojca pań­skiego bar­dzo kocha­łem - rzekł doń. - Więc cóż dla syna jego uczy­nić mogę? Śpiesz się, bo czas mój nie do mnie należy.

- Panie - ode­zwał się d'Arta­gnan - wyjeż­dża­jąc z Tar­bes i przy­byw­szy tutaj, mia­łem zamiar cię pro­sić, w imię tej przy­jaźni, któ­rej w pamięci swej nie zatra­ci­łeś, o kaftan musz­kie­ter­ski; lecz po wszyst­kim, na co tu od dwóch godzin patrzę, poj­muję, że łaska taka byłaby nad­mierną, i lękam się, iż na nią nie zasłu­guję.

- W samej rze­czy, mło­dzień­cze, jest to łaska - odrzekł pan de Tre­ville - może ona jed­nak nie być ponad twoją war­tość, jak sądzisz. Wsze­lako, wobec posta­no­wie­nia Jego Kró­lew­skiej Mości, z żalem ci oznaj­miam, iż nikt nie może zostać musz­kie­te­rem, bez uprzed­niej próby w kilku woj­nach, bez doko­na­nia czy­nów roz­gło­śnych, lub służby dwu­let­niej w innym pułku, mniej od naszego uprzy­wi­le­jo­wa­nym.

D'Arta­gnan skło­nił się w mil­cze­niu. Tym gorę­cej jed­nak zapra­gnął wdziać mun­dur musz­kie­ter­ski, odkąd dowie­dział się, iż otrzy­ma­nie go połą­czone jest z takimi trud­no­ściami.

- Ale - cią­gnął dalej Tre­ville, prze­szy­wa­jąc ziomka wzro­kiem tak prze­ni­kli­wym, jakby chciał do głębi serca się­gnąć - ale przez pamięć na ojca two­jego, daw­nego mego kolegi, jak ci mówi­łem, pra­gnę uczy­nić coś dla cie­bie, mło­dzień­cze. Ber­neń­czycy nasi zwy­kle nie są bogaci, i wąt­pię, by od czasu wyjazdu mojego z pro­win­cji postać rze­czy zmie­niła się bar­dzo. Pie­nią­dze zapewne ci się nie trzy­mają.

D'Arta­gnan wypro­sto­wał się z miną dumną, która wyra­żała, że nikogo o jał­mużnę nie prosi.

- To dobrze, mło­dzień­cze, to dobrze - mówił dalej Tre­ville - znam ja tę dumę; i ja przy­by­łem do Paryża z czte­rema duka­tami w kie­szeni, a był­bym się bił z każ­dym, kto by mi powie­dział, iż nie jestem w sta­nie kupić Luwru.

D'Arta­gnan pro­sto­wał się coraz wię­cej; dzięki sprze­daży konia roz­po­czy­nał on karierę z czte­rema duka­tami wię­cej ani­żeli pan de Tre­ville.

- Otóż winie­neś zacho­wać to, co masz, cho­ciażby to była suma nie­po­śled­nia; lecz potrze­bu­jesz zapewne dosko­na­lić się w ćwi­cze­niach, które szlach­ci­cowi przy­stoją. Dziś zaraz napi­szę do dyrek­tora aka­de­mii kró­lew­skiej list, a od jutra przy­jęty tam zosta­niesz bez naj­mniej­szej zapłaty. Nie odma­wiaj małej tej ulgi. Szlachta nasza, naj­le­piej uro­dzona i naj­bo­gat­sza, prosi o nią nie­raz, nie mogąc jej otrzy­mać. Nauczysz się jazdy kon­nej, fech­tunku i tańca; wej­dziesz tam w dobre zna­jo­mo­ści, a od czasu do czasu będziesz mnie tu odwie­dzał, abym wie­dział, jak ci się wie­dzie, i czy będę mógł zro­bić coś dla cie­bie.

Jak­kol­wiek obcy dwor­skim oby­cza­jom, d'Arta­gnan odczuł chłód tego przy­ję­cia.

- Nie­stety - rzekł - widzę teraz dobrze, jak mi zbywa na liście pole­ca­ją­cym, który mi ojciec dla pana powie­rzył.

- W isto­cie - odpo­wie­dział Tre­ville - dziwi mnie, że przed­się­wzią­łeś podróż tak daleką bez tego wia­tyku nie­zbęd­nego, jedy­nej ucieczki naszej jako Ber­neń­czy­ków.

- Mia­łem go, panie, i to w pięk­nej for­mie, dzię­ko­wać Bogu! - wykrzyk­nął d'Arta­gnan - lecz wydarto mi go pod­stę­pem.

I opo­wie­dział całe zaj­ście w Meung, ze szcze­gó­łami naj­drob­niej­szymi odma­lo­wał szlach­cica nie­zna­jo­mego, a wszystko to z zapa­łem i prawdą, które ocza­ro­wały Tre­ville'a.

- A to oso­bliwe - powie­dział w zamy­śle­niu - mówi­łeś więc o mnie i to gło­śno?

- Tak, panie, i popeł­ni­łem bez wąt­pie­nia nie­do­rzecz­ność, lecz cóż pan chcesz, imię takie jak pań­skie miało mi słu­żyć w podróży za puklerz, osądź więc, panie, czy chro­ni­łem się nie­zbyt czę­sto.

Pochleb­stwo to było na swoim miej­scu, a pan de Tre­ville lubił kadzi­dła jak król i kar­dy­nał. Nie mógł się więc powstrzy­mać od uśmie­chu zado­wo­le­nia, lecz uśmiech ten zatarł się wkrótce, i Tre­ville powró­cił znów do awan­tury w Meung.

- Powiedz mi - cią­gnął dalej - czy ten szlach­cic nie miał cza­sem bli­zny nie­znacz­nej na policzku?

- Tak, jakby od zadra­śnię­cia kulą.

- Czy był to czło­wiek pięk­nej postawy?

- Tak.

- Wzro­stu wyso­kiego?

- Tak.

- Bla­dej cery, o wło­sach czar­nych?

- Tak, tak, zupeł­nie tak samo. Więc pan zna tego czło­wieka? O panie, jeżeli spo­tkam go kiedy, a spo­tkać go muszę, przy­się­gam, że choćby w pie­kle to samym było...

- Cze­kał na przy­jazd kobiety? - badał dalej Tre­ville.

- Tak, i poro­zu­miaw­szy się z tą, na którą cze­kał, odje­chał.

- Czy nie wiesz, o czym roz­ma­wiali?

- Dał jej pudełko, mówiąc, że zawiera ono zle­ce­nie, i mówił, aby nie otwie­rała go aż w Lon­dy­nie.

- Czy ta kobieta była Angielką?

- Nazy­wał ją milady.

- To on! - wyszep­tał Tre­ville - to on! Sądzi­łem, że jest jesz­cze w Bruk­seli.

- O! Panie, jeżeli wiesz, kim on jest! - wykrzyk­nął d'Arta­gnan - wskaż mi go, a zrze­kam się wszyst­kiego, nawet obiet­nicy two­jej przy­ję­cia mnie do musz­kie­te­rów; bo przede wszyst­kim pra­gnę się zemścić.

- Strzeż się, mło­dzień­cze - zawo­łał Tre­ville - prze­ciw­nie, jeżeli zoba­czysz go na tej samej stro­nie ulicy, przejdź na drugą! Nie potrą­caj o taką skałę, strza­ska­łaby cię jak szklankę.

- To nie prze­szka­dza, że jeżeli go kiedy odnajdę.

- Ale tym­cza­sem nie szu­kaj go, jeżeli mogę ci radzić.

Naraz Tre­ville zamilkł, tknięty nagłym podej­rze­niem. Straszna nie­na­wiść, jaką młody podróżny tak gło­śno obja­wiał wobec tego czło­wieka, który nie­zbyt praw­do­po­dob­nie miał mu list ojca wydrzeć, czyż nie kryła w sobie jakiego pod­stępu? Czy sam ten mło­dzie­niec nie był przez Jego Emi­nen­cję nasłany i nie przy­cho­dził po to, aby sidła na niego zasta­wić? A może ten rze­komy d'Arta­gnan jest szpie­giem kar­dy­nal­skim, któ­rego usi­łują do domu jego wpro­wa­dzić, aby, zyskaw­szy zaufa­nie, następ­nie zgu­bił Tre­ville'a, jak się to już tysiące razy zda­rzało.

Więc zmie­rzył jesz­cze bystrzej­szym okiem d'Arta­gnana niż za pierw­szym razem. Widok tej twa­rzy dow­ci­pem try­ska­ją­cej, prze­bie­głej i peł­nej prze­sad­nej pokory uspo­koił go nie nazbyt.

Wiem dobrze, że to Gaskoń­czyk - pomy­ślał - lecz może być nim tak dobrze dla kar­dy­nała, jak i dla mnie. Zoba­czymy, weźmy go na próbę.

- Mój przy­ja­cielu - prze­mó­wił wolno do niego - ponie­waż chcę wie­rzyć w histo­rię zgu­bio­nego listu, jako synowi mojego daw­nego przy­ja­ciela, pra­gnę ci wyna­gro­dzić chłodne moje przy­ję­cie, które zauwa­ży­łeś od razu, i odkryję ci tajem­nice naszej poli­tyki.

Król i kar­dy­nał naj­lep­szymi są przy­ja­ciółmi, a jeżeli się zda­rzają pozorne zaj­ścia mię­dzy nimi, to jedy­nie, aby oszu­kać głup­ców. Nie życzę sobie, by zio­mek mój, mło­dzie­niec przy­zwo­ity i dzielny, sta­wiał pierw­sze kroki swoje pośród tych wszyst­kich kome­dii i, jak dudek jaki, sam się dał zła­pać, gdy w ten spo­sób tylu innych już się zgu­biło. Wiedz zatem, że oddany jestem tym dwóm panom wszech­wład­nym i że wszel­kie postępki moje innego nie mają celu, niż słu­żyć kró­lowi i panu kar­dy­nałowi, temu naj­świet­niej­szemu geniu­szowi, jakiego kie­dy­kol­wiek wydała Fran­cja.

A teraz, mło­dzień­cze, sto­suj się do tego, a jeśli, czy to z rodziny, czy ze sto­sun­ków, czy choćby z instynktu samego, masz nie­chęć jakąś dla kar­dy­nała, taką, jaką widzimy, obja­wia­jącą się u szlachty, poże­gnaj mnie i naj­le­piej roz­stańmy się od razu. Spo­dzie­wam się, iż otwar­to­ścią moją w każ­dym razie zyskam w tobie przy­ja­ciela, gdyż dotąd jesteś jedy­nym mło­dzień­cem, z któ­rym mówię tak otwar­cie.

Tre­ville myślał sobie jed­no­cze­śnie: jeżeli młody lisek jest wysłań­cem kar­dy­nała, tenże, wie­dząc, jak dalece go nie cier­pię, nie omiesz­kał z pew­no­ścią powie­dzieć szpie­gowi swo­jemu, iż naj­lep­szym spo­so­bem przy­po­do­ba­nia mi się jest wyga­dy­wa­nie na niego w mojej obec­no­ści rze­czy nie­stwo­rzo­nych; więc nie­za­wod­nie, pomimo zapew­nień moich, prze­bie­głe to ziółko będzie się popi­sy­wało przede mną wstrę­tem do Jego Emi­nen­cji.

Ale, wbrew ocze­ki­wa­niom Tre­ville'a, d'Arta­gnan odpo­wie­dział z naj­więk­szą pro­stotą:

- Przy­by­wam do Paryża z tymi samymi zamia­rami. Ojciec mój zale­cał mi, aby nikomu nic nie prze­pu­ścić, nie znieść nic od nikogo, z wyjąt­kiem króla, kar­dy­nała i cie­bie, panie, któ­rych uważa za naj­pierw­sze osoby we Fran­cji.

Zwra­camy uwagę, iż d'Arta­gnan z wła­snego pomy­słu dodał do pierw­szych dwóch i Tre­ville'a jesz­cze, bo sądził, że doda­tek ten zaszko­dzić nie powi­nien.

- Mam zatem cześć naj­wyż­szą dla pana kar­dy­nała - cią­gnął dalej - i uzna­nie naj­głęb­sze dla wszyst­kich jego czy­nów. Tym lepiej dla mnie, jeżeli pan, jak sły­szę, prze­ma­wiasz do mnie otwar­cie, bo widzę, że w takim razie miał­bym zaszczyt być wspól­nych z panem prze­ko­nań; jeśli żywi pan dla mnie nie­uf­ność, bar­dzo zresztą natu­ralną, czuję, iż, mówiąc tę prawdę, gubię się w oczach pań­skich; cóż robić, pocie­szam się tylko tym, że nie będziesz pan mógł nie mieć dla mnie sza­cunku, a na tym świe­cie cho­dzi mi o to naj­bar­dziej.

Pan de Tre­ville był do naj­wyż­szego stop­nia zdzi­wiony. Taka prze­ni­kli­wość i otwar­tość zara­zem w zachwyt go wpra­wiały, doszczęt­nie jed­nak nie usu­wały jesz­cze wąt­pli­wo­ści. Im bar­dziej chło­piec ten wyda­wał się wyż­szy od innych swo­ich rówie­śni­ków, tym nie­bez­piecz­niej­szym się sta­wał, w razie gdyby grał tylko kome­dię. Pomimo to Tre­ville uści­snął dłoń d'Arta­gna­nai rzekł:

- Dzielny z cie­bie chło­piec, na teraz jed­nak nic wię­cej zro­bić nie mogę dla cie­bie, prócz tego, z czym ci się ofia­ro­wa­łem przed chwilą. Dom mój dla cie­bie zawsze będzie otwarty. Póź­niej zaś, mając zawsze do mnie przy­stęp, a więc moż­ność korzy­sta­nia z każ­dej spo­sob­no­ści, otrzy­masz praw­do­po­dob­nie to, czego tak pra­gniesz.

- To zna­czy - odpo­wie­dział d'Arta­gnan - że cze­kasz, panie, aż stanę się tego godny. O! Bądź spo­kojny, panie - dodał z poufa­ło­ścią czy­sto gaskoń­ską - długo cze­kać nie będziesz.

I skło­nił się, aby odejść, jakby reszta zgoła od niego tylko zale­żała.

- Ależ zacze­kaj - rzekł, zatrzy­mu­jąc go Tre­ville - wszak obie­ca­łym ci list do dyrek­tora aka­de­mii. Był­że­byś za dumny na to, aby go przy­jąć, młody mój szlach­cicu?

- Nie, panie - odparł d'Arta­gnan - zarę­czam panu, że z tym nie będzie jak z tam­tym. Strzec go będę dobrze i przy­się­gam, że doj­dzie podług swo­jego adresu, a biada temu, kto by usi­ło­wał mi go wydrzeć!

Na tę prze­chwałkę uśmiech­nął się pan de Tre­ville, i zosta­wia­jąc mło­dego ziomka we fra­mu­dze okna, gdzie roz­ma­wiali razem, usiadł przy stole i począł pisać przy­obie­cany list pole­ca­jący. D'Arta­gnan tym­cza­sem, nie mając nic lep­szego do roboty, począł bęb­nić na szy­bach mar­sza, przy­pa­tru­jąc się musz­kie­te­rom, wycho­dzą­cym kolejno i śle­dząc ich oczami, dopóki nie znik­nęli na zakrę­cie ulicy.

Pan de Tre­ville, napi­saw­szy list, zapie­czę­to­wał i, pod­nió­sł­szy się, pod­szedł do mło­dzieńca, aby mu go oddać. W chwili jed­nak, gdy rękę wycią­gnął, pan de Tre­ville ze zdzi­wie­niem ujrzał, jak pro­te­go­wany jego pod­sko­czył i, czer­wony ze zło­ści, wybiegł z gabi­netu jak strzała, krzy­cząc:

- O! Na rany boskie! Teraz mi się nie wymknie.

- Kto taki? - zapy­tał Tre­ville.

- On, ten zło­dziej! - odparł d'Arta­gnan. - O podły!

I znik­nął.

- To dia­beł wcie­lony! - mruk­nął Tre­ville. - A może - dodał - jest to tylko zręczny manewr z jego strony... uciekł, widząc, że w łeb wzięły wszyst­kie jego zamiary.

Rozdział IV

Ramię Athosa, szarfa Por­thosa i chustka Ara­misa

D'Arta­gnan, roz­pę­dziw­szy się, prze­był przed­po­kój w trzech susach i wypadł na schody, które w mgnie­niu oka prze­sko­czyć zamy­ślał, nie licząc ich by­naj­mniej, gdy, sadząc z głową naprzód wycią­gniętą, natknął się na wycho­dzą­cego od pana de Tre­ville'a drzwiami bocz­nymi musz­kie­tera, i tak go ude­rzył czo­łem w ramię, iż ten z bólu ryk­nął nie­le­d­wie.

- Prze­pra­szam - rzekł, chcąc pędzić dalej - prze­pra­szam, bar­dzo mi się spie­szy.

Zale­d­wie jed­nak postą­pił krok, gdy dłoń żela­zna schwy­ciła go za prze­pa­skę i powstrzy­mała w miej­scu.

- Śpie­szy ci się! - krzyk­nął musz­kie­ter, blady jak całun śmier­telny - i dla­tego potrą­casz mnie, mówiąc: "Prze­pra­szam" i myślisz, że to mi wystar­cza? O! Nie tak bar­dzo, mój mło­ko­sie. Czy sądzisz, że skoro sły­sza­łeś dzi­siaj pana de Tre­ville'a, ostro do nas prze­ma­wia­ją­cego, to możesz już trak­to­wać nas, jak on się do nas odzywa? Mylisz się, mój kochany, bo ty nie jesteś panem de Tre­ville'em!... O, co to, to nie!

- Na honor - odparł d'Arta­gnan, pozna­jąc Athosa, który po opa­trunku doko­na­nym przez dok­tora wra­cał do miesz­ka­nia - na honor, nie zro­bi­łem tego umyśl­nie; mówię więc: "Prze­pra­szam" i to mi się wydaje dosta­tecz­nym. A zwra­cam uwagę pana - powtó­rzył - że, słowo honoru, śpie­szy mi się i to bar­dzo śpie­szy. Pusz­czaj mnie pan, pro­szę.

- Panie - rzekł Athos, pusz­cza­jąc go - jesteś nie­okrze­sany. Widać, z daleka przy­by­wasz.

D'Arta­gnan już ze cztery stop­nie był prze­sko­czył, ale, na słowa Athosa, sta­nął jak wryty.

- Do kaduka! - zawo­łał - skąd­kol­wiek przy­by­wam, nie do cie­bie jed­nak należy, mój panie, uczyć mnie gład­kiego obej­ścia.

- A jed­nak nie jest to zby­teczne - ode­zwał się Athos.

- O! Gdyby nie to, że się tak śpie­szę - zawo­łał d'Arta­gnan - gdy­bym za kimś nie gonił!...

- O! Mnie znaj­dziesz, nie goniąc, rozu­miesz pan.

- A gdzież to, jeżeli łaska?

- Przy kar­me­li­tach bosych.

- O któ­rej godzi­nie?

- Około połu­dnia.

- Dobrze, sta­wię się.

- Posta­raj się pan tylko, abym nie cze­kał, bo kwa­drans na pierw­szą uszy ci obe­tnę po dro­dze.

- Dobrze! - krzyk­nął mu d'Arta­gnan - będę tam dzie­sięć minut przed dwu­na­stą.

I popę­dził, jak gdyby dia­bli go nie­śli, w nadziei spo­tka­nia nie­zna­jo­mego, któ­rego mia­rowy chód nie mógł zapro­wa­dzić daleko.

Lecz w bra­mie od ulicy Por­thos roz­ma­wiał z żoł­nie­rzem z gwar­dii. Roz­ma­wia­ją­cych dzie­liła prze­strzeń, aku­rat na obję­tość czło­wieka.

D'Arta­gnan, sądząc, iż się tam zmie­ści, śmi­gnął mię­dzy nich jak strzała. Nie brał jed­nak wia­tru w rachu­nek. W chwili gdy miał się prze­śli­zgnąć, wiatr roz­dął sze­roki płaszcz Por­thosa i d'Arta­gnan naj­nie­spo­dzie­wa­niej zna­lazł się pod połą.

Nic dziw­nego, że Por­thos nie chciał pozbyć się tej naj­waż­niej­szej dla sie­bie czę­ści ubra­nia, bo zamiast puścić swo­bod­nie połę, pocią­gnął ją ku sobie, tak że d'Arta­gnan zaplą­tał się w aksa­mity płasz­cza.

Chcąc wywi­kłać się z płasz­cza, zasła­nia­ją­cego mu oczy, usi­ło­wał wydo­być się spo­mię­dzy fałd, bojąc się zara­zem uszko­dzić ową wspa­niałą szarfę. Gdy jed­nak oczy otwo­rzył nie­śmiało, prze­ko­nał się, iż nosem utknął na samych ple­cach Por­thosa, a więc i na prze­pysz­nej szar­fie.

Jak jed­nak wszyst­kie rze­czy na tym świe­cie naj­czę­ściej mają tylko złudne pozory, tak i szarfa z przodu jedy­nie lśniła zło­tem, a z tyłu z naj­prost­szej była skóry. Pełen próż­no­ści Por­thos, nie mogąc mieć szarfy całej ze złota, miał ją przy­naj­mniej w poło­wie: tym się tłu­ma­czą obec­ność kataru i nie­zbęd­ność płasz­cza.

- A! Do kroć­set dia­błów! - krzyk­nął Por­thos, usi­łu­jąc odcze­pić się od chro­bo­czą­cego mu po ple­cach d'Arta­gnana - czyś się wściekł, że się tak rzu­casz na ludzi?

- Prze­pra­szam - ode­zwał się d'Arta­gnan, głowę spod pachy mu wysa­dza­jąc - ale śpie­szy mi się bar­dzo, bie­gnę za pewną osobą i...

- Dobrze, że bie­gniesz, ale czy nie zapo­mnia­łeś wziąć z sobą oczu? - zapy­tał Por­thos.

- Nie - odparł ura­żony d'Arta­gnan - i dla­tego widzę nawet to, czego inni nie widzą.

Czy zro­zu­miał Por­thos przy­mówkę, czy też nie, dość że wpadł w gniew wście­kły.

- Mój panie - rzekł doń - skórę podrzesz na sobie, jeżeli o musz­kie­te­rów tak się będziesz ocie­rał.

- Tego, mój panie, zanadto - odparł d'Arta­gnan.

- W sam raz dosyć jak na czło­wieka, przy­wy­kłego patrzeć nie­przy­ja­cio­łom w oczy.

- O! Do licha, aż nazbyt pewien jestem, że i do swo­ich nie sta­jesz pan ple­cami.

I zachwy­cony tym dow­ci­pem szedł w dal­szą drogę, śmie­jąc się na całe gar­dło.

Por­thos, pie­niąc się ze zło­ści, posko­czył za nim.

- Póź­niej, póź­niej - krzyk­nął d'Arta­gnan - wtedy, jak pan będziesz bez płasz­cza!

- O pierw­szej więc za pała­cem Luk­sem­bur­skim.

- I ow­szem - odkrzyk­nął mu tenże, nik­nąc na rogu ulicy.

Lecz i tam nikogo już nie było. Jak­kol­wiek nie­zna­jomy szedł powoli, miał jed­nak czas go wyprze­dzić znacz­nie, a może wstą­pił do któ­rego z domów.

D'Arta­gnan wymi­jał prze­chod­niów, zszedł aż do promu na rzece, wró­cił przez ulicę Sekwany i Czer­wo­nego Krzyża, lecz i to było daremne. Goni­twa ta jed­nak nie była bez korzy­ści, gdyż w miarę jak czoło jego potem się zle­wało, serce uspo­ka­jało się stop­niowo.

Zaczął tedy roz­wa­żać wszystko; wypadki były liczne i opła­kane. Zale­d­wie jede­na­sta wybiła, a pora­nek ten przy­niósł mu nie­ła­skę pana de Tre­ville'a, który nie omiesz­kał się pew­nie obra­zić tym spo­so­bem wariac­kim, w jaki się z nim roz­stał.

Nadto ścią­gnął na sie­bie dwa poje­dynki z dwoma ludźmi, zdol­nymi zabić trzech takich d'Arta­gna­nów, z musz­kie­te­rami, o któ­rych miał wyobra­że­nie tak wyso­kie, że sta­wiał ich w myśli i sercu ponad wszyst­kich ludzi.

Praw­do­po­dobny rezul­tat mógł być nader smutny. Prze­ko­nany był, że Athos zabije go, bo Por­thosa nie bar­dzo się oba­wiał.

Ponie­waż jed­nak nadzieja jest uczu­ciem, które naj­dłu­żej w sercu ludz­kim tli się, krze­pił się otu­chą, iż zosta­nie przy życiu, pora­niony, rozu­mie się, okrut­nie. Na wszelki też wypa­dek sam się w duchu stro­fo­wał: Jakiż ze mnie pół­głó­wek i bał­wan! Dzielny ten i nie­szczę­śliw­szy Athos ranny jest w ramię, w które ja wła­śnie walę jak baran. To tylko dziwne, że nie zabił mnie na miej­scu; miałby prawo zupełne, gdyż ból, który mu spra­wi­łem, musiał być okrutny.

Co się tyczy Por­thosa, to co innego. Z nim sprawa zabawna, na honor.

I mimo woli śmiać się począł, patrząc wsze­lako, czy śmiech ten, któ­rego przy­czyna nie była znana nikomu, nie obrazi kogo z prze­chod­niów.

- Z Por­tho­sem zabawna histo­ria; ale w każ­dym razie jestem ostat­nim roz­trze­pań­cem. Jak można tak wpa­dać na ludzi, nie ostrze­gł­szy ich pier­wej i szu­kać im pod płasz­czem tego, czego tam wcale nie ma! Byłby mi prze­ba­czył z pew­no­ścią, gdy­bym mu nie wspo­mniał o tej szar­fie prze­klę­tej.

- Słu­chaj, d'Arta­gna­nie, mój przy­ja­cielu - dodał z całą dla sie­bie życz­li­wo­ścią - jeżeli wykrę­cisz się teraz, co mi się nie zdaje praw­do­po­dob­nem, trzeba być na przy­szłość nie­zmier­nie grzecz­nym, aby cię za przy­kład sta­wiano, by cię uwiel­biano wszę­dzie. Uprze­dza­ją­cym być i gład­kim, to nie zna­czy poni­żać się. Spójrz na Ara­misa, wszak to uoso­bie­nie sło­dy­czy i wdzięku. A czyżby zna­lazł się taki, coby go tchó­rzem nazwał? Z pew­no­ścią, że nie, i odtąd posta­na­wiam na nim się wzo­ro­wać. A otóż i on, Ara­mis.

D'Arta­gnan, idąc i roz­pra­wia­jąc tak z sobą samym, doszedł do pałacu d'Aigu­il­lon i tam spo­strzegł Ara­misa, roz­ma­wia­ją­cego wesoło z kil­koma panami z gwar­dii kró­lew­skiej. Ten zoba­czył go rów­nież, ponie­waż jed­nak pamię­tał, iż przy nim wła­śnie pan de Tre­ville tego ranka sro­gim gnie­wem się uniósł, więc świa­dek wyrzu­tów, które usły­szeli musz­kie­te­ro­wie, nie mógł być żadną miarą dlań przy­jemny, i Ara­mis udał, że go nie widzi.

D'Arta­gnan prze­ciw­nie, prze­jęty na wskroś posta­no­wie­niem zosta­nia uprzej­mym i miłym, pod­szedł do czte­rech mło­dzień­ców, z uśmie­chem naj­wdzięcz­niej­szym skła­da­jąc im ukłon głę­boki. Ara­mis z miną poważną odpo­wie­dział mu lek­kim ski­nie­niem głowy, lecz wszy­scy czte­rej prze­rwali w tej chwili roz­mowę.

D'Arta­gnan, nie w cie­mię bity, zro­zu­miał, że obec­ność jego nie jest tu na rękę, lecz za mało miał oby­cia świa­to­wego, aby wybrnąć zręcz­nie z draż­li­wego poło­że­nia, w jakim znaj­duje się każdy w towa­rzy­stwie mało sobie zna­nym, gdy toczy się roz­mowa, która pod żad­nym wzglę­dem obcho­dzić go nie może. Gło­wił się więc, jak się wyco­fać zręcz­nie, gdy spo­strzegł, że Ara­mis upu­ścił chu­s­teczkę i, przez nie­uwagę zapewne, nogą na nią nastą­pił. Sądząc, iż nade­szła teraz chwila, aby oka­zać się grzecz­nym, schy­lił się i z wdzię­kiem, na jaki tylko mógł się zdo­być, wycią­gnął chustkę spod stopy musz­kie­tera - pomimo wszel­kich wysił­ków tegoż, aby ją przy­trzy­mać - i odda­jąc mu ją, rzekł:

- Zdaje się, iż ta chu­s­teczka do pana należy, a zapewne nie chciałby pan jej zgu­bić.

Chu­s­teczka była wyha­fto­wana bogato z koroną i her­bem na rogu.

Ara­mis spą­so­wiał cały i wyrwał ją nie­le­d­wie z rąk Gaskoń­czyka.

- O! - zawo­łał jeden z gwar­dzi­stów - może powiesz jesz­cze, skryty Ara­mi­sie, że nie jesteś w dobrych sto­sun­kach z panią de Bois-Tracy, skoro ta uprzejma dama zaszczyca cię poży­cza­niem chu­s­te­czek.

Ara­mis prze­szył d'Arta­gnana spoj­rze­niem, które mówiło, iż tenże kupił w nim sobie śmier­tel­nego wroga, a następ­nie z miną sło­dziutką rzekł:

- Myli­cie się, pano­wie, chu­s­teczka ta nie do mnie należy i nie wiem doprawdy, co temu panu do głowy przy­szło, żeby mnie, a nie komu z was ją oddać. Naj­lep­szy daję wam dowód, iż swoją mam w kie­szeni.

I, mówiąc to, wyjął rze­czy­wi­ście chu­s­teczkę, rów­nież ele­gancką, z baty­stu cie­niut­kiego, który w owych cza­sach drogi był bar­dzo, lecz bez haftów i her­bów, tylko z cyfrą wła­ści­ciela.

Tym razem d'Arta­gnan ani pisnął, zro­zu­miał bowiem, że nie w porę się wyrwał; lecz przy­ja­ciele Ara­misa nie dali za wygraną i jeden z nich, zwra­ca­jąc się do musz­kie­tera, rzekł z udaną powagą:

- Jeżeli tak jest, jak utrzy­mu­jesz, zmu­szony będę pro­sić cię o jej zwrot, drogi mój Ara­mi­sie, bo wiesz prze­cie, że jestem w ści­słych sto­sun­kach z Bois-Tracy i nie życzę sobie, aby rze­czy żony jego za godła komuś słu­żyły.

- Żąda­nie twoje nie jest dość wła­ściwe - odparł Ara­mis - bo, jak­kol­wiek w zasa­dzie uznaję całą jego słusz­ność, odmó­wił­bym mu ze względu na formę.

- Tak, przy­znaję - wtrą­cił się nie­śmiało d'Arta­gnan - że nie widzia­łem, jak wypa­dała chustka z kie­szeni pana Ara­misa. Nogę tylko na niej trzy­mał, sądzi­łem więc, że do niego należy.

- I byłeś w błę­dzie, mój drogi panie - chłodno odrzekł Ara­mis, wcale tą pokorą nie­zmięk­czony. Następ­nie zaś, zwra­ca­jąc się do tego, który się poda­wał za przy­ja­ciela pana de Bois-Tracy, rzekł: - Zresztą docho­dzę do wnio­sku, mój ty przy­ja­cielu pana de Bois-Tracy, że nie­mniej niż ty - jestem jego przy­ja­cie­lem; chu­s­teczka zatem tak samo z two­jej, jak i z mojej mogła wypaść kie­szeni.

- Nie, na honor! - zawo­łał gwar­dzi­sta Jego Kró­lew­skiej Mości.

- Ty klniesz się na honor, a ja na słowo moje, widoczne więc jest, iż jeden z nas kła­mie. Słu­chaj, Mon­ta­ian, naj­le­piej będzie, gdy się nią podzie­limy.

- Wybor­nie! - zawo­łali dwaj inni - praw­dziwy sąd Salo­mona. O Ara­mi­sie, pełen jesteś mądro­ści.

Mło­dzieńcy zaśmiali się gło­śno i zda­wać by się mogło, iż sprawa cała została skoń­czona. Po chwili roz­mowa się urwała i gwar­dzi­ści wraz z musz­kie­te­rem, uści­snąw­szy się ser­decz­nie za ręce, roze­szli się każdy w swoją stronę.

Wypada mi teraz z tym miłym chłop­cem się pogo­dzić - pomy­ślał d'Arta­gnan, sto­jący na ubo­czu pod­czas ostat­niej roz­mowy.

I w naj­lep­szych zamia­rach pod­szedł do Ara­misa, który odda­lał się już, by­naj­mniej na niego nie zwra­ca­jąc uwagi.

- Mam nadzieję, iż mi pan wyba­czysz...

- O! Mój panie - prze­rwał mu Ara­mis - pozwól sobie powie­dzieć, iż w tym razie nie postą­pi­łeś, tak jak na czło­wieka przy­zwo­itego przy­stało.

- Jak to, pan przy­pusz­czasz.

- Przy­pusz­czam, mój panie, że głup­cem nie jesteś, i wiesz o tym dobrze, jak­kol­wiek z Gasko­nii przy­by­wasz, iż bez przy­czyny nie dep­cze się po chust­kach do nosa. Do dia­bła! Paryż nie­za­bru­ko­wany jest baty­stem.

- Panie, źle robisz, chcąc mnie ura­zić - ode­zwał się d'Arta­gnan, któ­rego uspo­so­bie­nie kłó­tliwe zaczy­nało brać górę nad posta­no­wie­niami poko­jo­wymi. - Żem Gaskoń­czyk, to prawda, a skoro wiesz o tym, nie potrze­buję ci mówić, że Gaskoń­czycy nie­ła­two to znieść potra­fią, zatem, skoro kogoś pro­szą o prze­ba­cze­nie, choćby za głup­stwo nawet, prze­ko­nani są, iż czy­nią wię­cej, niż powinni.

- Nie mówię tego panu by­naj­mniej dla wywo­ła­nia sprzeczki - odrzekł Ara­mis. - Dzięki Bogu, zabi­jaką nie jestem, i będąc tym­cza­so­wym tylko musz­kie­te­rem, biję się jedy­nie, skoro do tego jestem zmu­szony, a zawsze z nie­małą odrazą; tym razem jed­nak sprawa zbyt jest ważna, bo przez pana skom­pro­mi­to­waną została kobieta.

- Chcesz pan powie­dzieć, przez nas! - zawo­łał d'Arta­gnan.

- Czemu tak nie­zręcz­nie odda­łeś mi pan chustkę?

- A po co pan tak nie­zręcz­nie upu­ści­łeś ją na zie­mię?

- Powie­dzia­łem panu, i raz jesz­cze powta­rzam, że chu­s­teczka ta nie pocho­dziła z mojej kie­szeni.

- Podwój­nie więc skła­ma­łeś, mój panie, bo ja to dobrze widzia­łem!

- O! Tak zaczy­nasz śpie­wać, panie Gaskoń­czyku! Pocze­kaj, nauczę ja cię życia.

- A ja do mszy cię zapę­dzę, panie opa­cie! Doby­waj szpady, jeśli łaska, natych­miast!

- O nie, mój piękny, nie tutaj przy­naj­mniej. Czyż nie widzisz, że sto­imy przed pała­cem d'Aigu­il­lon, peł­nym zausz­ni­ków kar­dy­nal­skich. Kto mi zarę­czy, że to nie Jego Emi­nen­cja pole­cił ci, abyś mu dostar­czył mojej głowy? Wiedz, że dbam o nią aż do śmiesz­no­ści, bo, jak mi się zdaje, bar­dzo dobrze pasuje mi ona do ramiona. Z przy­jem­no­ścią zabiję cię, bądź spo­kojny, lecz zabiję cię poma­lutku, w miej­scu ustron­nym i zamknię­tym, tam, gdzie przed nikim nie będziesz mógł się śmier­cią swoją pochwa­lić.

- I ow­szem, ale nie licz na to zby­tecz­nie, a zabierz z sobą chu­s­teczkę, czy to twoja lub nie, może ci się przy­dać do opa­trunku.

- Pan jesteś Gaskoń­czy­kiem? - zapy­tał Ara­mis.

- Tak... panie, spo­dzie­wam się, nie odkłada spo­tka­nia przez prze­zor­ność.

- Prze­zor­ność, mój panie, zawsze jest cnotą, przy­datną musz­kie­te­rom, a nie­odzowną dla sług Kościoła; ponie­waż zaś jestem musz­kie­te­rem cza­so­wym, pra­gnę pozo­stać prze­zor­nym! O dru­giej będę miał zaszczyt ocze­ki­wać w pałacu pana de Tre­ville'a. Tam wskażę panu wła­ściwe miej­sce.

Dwaj mło­dzieńcy poże­gnali się ukło­nem, Ara­mis puścił się ulicą, pro­wa­dzącą do Luk­sem­burga, d'Arta­gnan zaś, widząc, że dość już późno, skie­ro­wał swe kroki w stronę kar­me­li­tów bosych, mówiąc do sie­bie.

- O! Ani chybi, cało z tego nie wyjdę; ale przy­naj­mniej, jeżeli zginę, umrę z ręki musz­kie­tera.

Rozdział V

Musz­kie­te­ro­wie króla i gwar­dzi­ści pana kar­dy­nała

D'Arta­gnan nie miał w Paryżu żywej duszy zna­jo­mej. Sta­wił się więc na spo­tka­nie z Atho­sem bez sekun­danta. Miał zresztą zamiar nie­wzru­szony wytłu­ma­czyć się dziel­nemu musz­kie­te­rowi przy­zwo­icie, lecz bez żad­nej ule­gło­ści. Lękał się rezul­tatu poje­dynku, który nie­mi­łym zwy­kle bywa, gdy silny i młody, ma za prze­ciw­nika ran­nego, a zatem pozba­wio­nego sił: wtedy bowiem zwy­cię­żony zmniej­sza triumf nie­przy­ja­ciela, zwy­cięzca zaś posą­dzany bywa o zbrod­nię i fał­szywą odwagę. Zresztą, czy­tel­nicy zauwa­żyli zapewne, że d'Arta­gnan nie był czło­wie­kiem pospo­li­tym. Powta­rza­jąc więc sobie, iż śmierci nie unik­nie, nie był wsze­lako zre­zy­gno­wany zejść z tego świata jak bara­nek, czemu inny na jego miej­scu, z mniej­szym zaso­bem odwagi, pod­dałby się nie­za­wod­nie.

Roz­wa­żał cha­rak­tery tych, z któ­rymi sta­nąć miał do walki, i poło­że­nie przed­sta­wiło mu się jaśniej. Dzięki szla­chet­nemu tłu­ma­cze­niu miał nadzieję zyskać w Atho­sie przy­ja­ciela; postawa jego pań­ska i wynio­sła mocno mu przy­pa­dła do serca.

Cie­szył się na myśl nastra­sze­nia Por­thosa wypad­kiem z szarfą, bo jeżeli nie będzie od razu zabity, roz­głosi to powszech­nie, a opo­wia­da­nie zręczne i składne może tam­tego okryć śmiesz­no­ścią. Wresz­cie skryty Ara­mis nie przej­mo­wał go stra­chem, i w przy­pusz­cze­niu nawet, że z nim odbę­dzie poje­dy­nek, obie­cy­wał sobie płat­nąć go przez twarz, jak Cezar zale­cał żoł­nie­rzom zro­bić z Pom­pe­ju­szem, aby zni­we­czyć na zawsze tę pięk­ność, o którą był tak zazdro­sny.

W duszy d'Arta­gnana tkwiło nie­złomne posta­no­wie­nie, wsz­cze­pione radami ojca. Nikomu nie prze­pu­ścić, od nikogo nic nie znieść, prócz od króla, kar­dy­nała i pana de Tre­ville'a.

Leciał więc jak na skrzy­dłach w stronę kar­me­li­tów bosych, któ­rych klasz­tor był budyn­kiem bez okien, a ota­czało go tylko zeschłe bło­nie. Był tu punkt spo­tka­nia i poje­dyn­ków dla ludzi, nie mają­cych czasu do stra­ce­nia.

Kiedy mógł już objąć okiem bło­nie, roz­ta­cza­jące się u stóp klasz­toru, ujrzał Athosa, ocze­ku­ją­cego tam od pię­ciu minut, a wła­śnie zegar wydzwa­niał połu­dnie. Słowny był zatem, jak Sama­ry­tanka, i naj­su­ro­wiej prze­strze­ga­jący warun­ków poje­dyn­ko­wych nie miałby mu nic do zarzu­ce­nia.

Athos, któ­remu rana doku­czała strasz­li­wie, choć świeżo opa­trzona przez chi­rurga pana de Tre­ville'a, sie­dział na kamie­niu przy­droż­nym z tą dys­tynk­cją i ze spo­ko­jem, peł­nym god­no­ści, jakie go nie odstę­po­wały ni­gdy. Na widok d'Arta­gnana powstał i z grzecz­no­ścią postą­pił kilka kro­ków ku niemu. Ten zaś szedł ku prze­ciw­ni­kowi z kape­lu­szem w ręce, pióro od niego wlo­kąc po ziemi.

- Panie - rzekł Athos - zawia­do­mi­łem dwóch moich przy­ja­ciół, któ­rzy za świad­ków słu­żyć będą, lecz jesz­cze ich nie widać. Dziwi mnie to, bo nie mają zwy­czaju się spóź­niać.

- Ja sekun­dan­tów nie mam - odparł d'Arta­gnan - wczo­raj dopiero przy­by­łem do Paryża i nikogo tu nie znam, prócz pana de Tre­ville'a, a pole­cony mu zosta­łem przez ojca mojego, który ma zaszczyt liczyć się do jego przy­ja­ciół.

Athos się zamy­ślił.

- I nikogo pan nie znasz prócz pana de Tre­ville'a? - zapy­tał.

- Tak, panie, nikogo.

- No, to jeżeli cię zabiję - koń­czył Athos, raczej do sie­bie mówiąc niźli do d'Arta­gnana - jeżeli cię zabiję, wyglą­dać mogę na poże­ra­ją­cego dzieci!

- O! Nie­zu­peł­nie mój panie - odparł z dum­nym ukło­nem d'Arta­gnan - nie­zu­peł­nie, skoro mnie zaszczy­casz doby­wa­niem szpady pomimo rany, która nie mało ci musi zawa­dzać.

- O! I bar­dzo zawa­dza, na honor, i przy­znać muszę, żeś mi pie­kiel­nego naro­bił bólu, ale o to mniej­sza; lewej użyję ręki, jak zwy­kle to czy­nię w takich razach. Nie myśl wcale, abym ci ustęp­stwo robił, ja zarówno oby­dwiema wła­dam rękami; to może być dla pana nawet nie­ko­rzystne, bo mań­kut dla nie­przy­zwy­cza­jo­nych osób bywa nie­bez­pieczny. Żałuję nawet, iż wcze­śniej nie uprze­dzi­łem pana o tym.

- Doprawdy - odrzekł z ukło­nem d'Arta­gnan - jesteś pan tak rycer­sko grzeczny, iż nie wiem, jak mam ci być za to wdzięczny.

- Zawsty­dzasz mnie pan - odparł Athos z miną pań­ską - mówmy o czym innym, pro­szę, jeżeli ci się podoba. A! Do licha, toś mi bólu naro­bił, aż pali mnie to ramię.

- Jeżeli pan pozwo­lisz... - nie­śmiało zaczął d'Arta­gnan.

- Co takiego?

- Mam cudowny bal­sam na rany, bal­sam, od matki mojej pocho­dzący, któ­rego na sobie już wypró­bo­wa­łem.

- Więc cóż?

- Więc pewny jestem, iż za trzy dni naj­da­lej był­byś pan wyle­czony zupeł­nie, a wtedy, panie, za honor sobie poczy­tam słu­żyć ci w każ­dej chwili.

D'Arta­gnan wypo­wie­dział to z pro­stotą, czy­niącą mu zaszczyt, bez ujmy dla jego odwagi.

- Dali­bóg - odrzekł Athos - podoba mi się ta pro­po­zy­cja, nie dla­tego, abym ją miał przy­jąć, lecz że o milę czuć ją szlach­ci­cem. Tak prze­ma­wiali i postę­po­wali owi dzielni ryce­rze z cza­sów Karola Wiel­kiego, któ­rych dzi­siejsi za wzór brać sobie winni. Nie­stety, nie czasy to wiel­kiego monar­chy, tylko kar­dy­nała, za trzy dni roz­gło­szono by już tajem­nicę naszą, choćby naj­ści­ślej była zacho­wana, wie­dziano by, mówię, że bić się zamie­rzamy i prze­szko­dzono by temu. Lecz cóż to, czy już nie przyjdą, te włó­częgi?

- Jeżeli panu pilno - ode­zwał się d'Arta­gnan z tą samą pro­stotą, z jaką pro­po­no­wał przed chwilą odło­że­nie na trzy dni poje­dynku - jeżeli panu pilno i życzysz sobie zała­twić się ze mną zaraz, nie krę­puj się, pro­szę.

- I to mi się bar­dzo podoba - rzekł Athos z wyra­zem twa­rzy, oka­zu­ją­cym zado­wo­le­nie - tak nie odzywa się pół­głó­wek. tylko czło­wiek męż­nego serca mówić tak potrafi. Prze­pa­dam za ludźmi takiego uspo­so­bie­nia jak pań­skie, i jeżeli nie poza­bi­jamy się teraz, praw­dziwą będę miał przy­jem­ność roz­ma­wiać z panem póź­niej. Zacze­kajmy na panów tych, pro­szę, nie brak mi czasu, a przy­naj­mniej wszystko odbę­dzie się pra­wi­dłowo. A! Otóż i jeden z nich.

W głębi ulicy Vau­gi­rard uka­zał się olbrzymi Por­thos.

- Jak to?! - zawo­łał d'Arta­gnan - Por­thos jest świad­kiem pana?

- Tak. Czyś pan temu nie­rad?

- O! By­naj­mniej.

- Ot, jest i drugi.

D'Arta­gnan obej­rzał się i poznał Ara­misa.

- Jak to?! - z więk­szym jesz­cze wykrzyk­nął zdzi­wie­niem - to dru­gim świad­kiem jest Ara­mis?

- A natu­ral­nie, alboż kto kiedy widział, iżby­śmy razem nie byli? Athos, Por­thos i Ara­mis to trzej nie­roz­łączni, jak nas nazy­wają wszę­dzie. Pan jed­nak, co przy­by­wasz z Hono­lulu czy z Kochin­chiny.

- .z Tar­bes - popra­wił go d'Arta­gnan.

- Wolno panu nie znać tych szcze­gó­łów - dokoń­czył Athos.

- Na honor - odrzekł d'Arta­gnan - nazwano was zna­ko­mi­cie, moi pano­wie, i jeżeli przy­goda moja nabę­dzie roz­głosu, prze­kona, że w związku waszym nie brak wam łącz­no­ści.

Por­thos nad­szedł tym­cza­sem i ręką powi­tał Athosa; obej­rzaw­szy się następ­nie na d'Arta­gnana, sta­nął zdzi­wiony.

Dodajmy nawia­sem, iż szarfę zmie­nił i był bez płasz­cza.

- A! Co to takiego? - zapy­tał.

- Z tym panem wła­śnie mam się poty­kać - rzekł Athos, wska­zu­jąc z ukło­nem d'Arta­gnana.

- Ależ i ja biję się z nim - odparł Por­thos.

- I ja rów­nież z tym panem mam się poje­dyn­ko­wać - ode­zwał się Ara­mis, docho­dząc do miej­sca.

- Lecz dopiero o dru­giej - z zimną krwią zauwa­żył d'Arta­gnan.

- Ale o co się bijesz, Atho­sie? - zagad­nął Ara­mis.

- Na honor, nie wiem tak bar­dzo... w ramię mnie ura­ził; a ty Por­tho­sie?

- Biję się, bo się biję - czer­wie­niąc się, odparł Por­thos.

Baczny na wszystko Athos pod­chwy­cił uśmiech zło­śliwy na ustach Gaskoń­czyka.

- Mie­li­śmy sprzeczkę o ubra­nie - wtrą­cił mło­dzie­niec.

- A ty, Ara­mi­sie? - pytał dalej Athos.

- Ja, biję się o teo­lo­gię - odrzekł Ara­mis, spo­glą­da­jąc pro­sząco na d'Arta­gnana, by zacho­wał w tajem­nicy powód poje­dynku.

Athos dostrzegł drugi uśmiech d'Arta­gnana.

- Doprawdy? - pod­chwy­cił Athos.

- Tak, nie mogli­śmy się zgo­dzić na pewien ustęp ze świę­tego Augu­styna - ode­zwał się Gaskoń­czyk.

- Widocz­nie, sztuka z niego nie­głu­pia - mruk­nął Athos.

- A teraz pano­wie, sko­ro­ście się zebrali - rzekł d'Arta­gnan - niech mi będzie wolno wytłu­ma­czyć się wam.

Na słowo wytłu­ma­czyć chmura prze­su­nęła po czole Athosa, uśmiech wzgar­dliwy po ustach Por­thosa, a ski­nie­nie prze­czące było odpo­wie­dzią Ara­misa.

- Nie rozu­mie­cie mnie, pano­wie - rzekł d'Arta­gnan, pod­no­sząc głowę, a na obli­cze jego padły pro­mie­nie sło­neczne, zło­cąc szla­chetne i śmiałe jego rysy - pra­gnę się wytłu­ma­czyć, na wypa­dek jeżeli nie będę w moż­no­ści wszyst­kim trzem długu mego spła­cić, pierw­szymu bowiem panu Atho­sowi służy prawo zabi­cia mnie, a to odbiera dużo war­to­ści zada­niu pana Por­thosa, a twoje, panie Ara­mi­sie, nie­le­d­wie niwe­czy zupeł­nie. A teraz powta­rzam, wybacz­cie mi, pano­wie, ale to tylko jedy­nie, i bacz­ność!

Z tymi słowy ruchem, naj­pysz­niej rycer­skim, d'Arta­gnan wydo­był szpadę.

Krew wrząt­kiem ude­rzyła mu do głowy i w chwili tej rzu­ciłby się był na cały zastęp musz­kie­te­rów, z taką samą odwagą jak na tych trzech obec­nie.

Było już tro­chę z połu­dnia. Słońce do zenitu dobie­gało, a miej­sce na poje­dy­nek wybrane, wysta­wione zostało na palące jego pro­mie­nie.

- Pie­kiel­nie gorąco - rzekł Athos, doby­wa­jąc szpady - nie chciał­bym jed­nak zdej­mo­wać kaftana, gdyż czuję w tej chwili, iż rana mi się krwawi, a pra­gnę nie spra­wić panu przy­kro­ści wido­kiem krwi nie twoim żela­zem doby­tej.

- To prawda - odrzekł d'Arta­gnan - a czy dobyta byłaby przeze mnie, czy przez kogo innego, zawsze z żalem praw­dzi­wym patrzeć będę na krew tak dziel­nego szlach­cica; i ja więc bić się będę w kafta­nie.

- Dalej, dalej - ode­zwał się Por­thos - dosyć już tych grzecz­no­ści, pomy­śl­cie, że cze­kamy na naszą kolej.

- Sam za sie­bie mów, Por­tho­sie, kiedy masz się tak gru­biań­sko odzy­wać - prze­rwał Ara­mis. - Co do mnie, słowa tych panów uwa­żam za wła­ściwe i godne takich szla­chet­nych, jak oni, ludzi.

- Służę panu - odrzekł Athos, zasła­nia­jąc się szpadą.

- Jestem na roz­kazy - odparł d'Arta­gnan, krzy­żu­jąc swoją.

Zale­d­wie dwa rapiery zetknęły się ze szczę­kiem, gdy oddział gwar­dii Jego Emi­nen­cji, pod dowódz­twem pana de Jus­saca, uka­zał się spoza węgła klasz­toru.

- Gwar­dzi­ści kar­dy­nal­scy! - krzyk­nęli jed­no­cze­śnie Por­thos i Ara­mis. - Pano­wie! Szpady do pochwy! Pano­wie!

Lecz było już za późno. Dwaj wal­czący widziani byli w posta­wie nie­po­zo­sta­wia­ją­cej żad­nej wąt­pli­wo­ści o ich zamia­rach wojow­ni­czych.

- Hola! - krzyk­nął Jus­sac, zbli­ża­jąc się do nich i dając żoł­nie­rzom swoim znak, aby uczy­nili to samo - hola! Pano­wie musz­kie­te­rzy, bije­cie się tutaj? A zakaz?... Cóż mi na to powie­cie?

- O! Bar­dzo szla­chetni jeste­ście, pano­wie gwar­dzi­ści - odrzekł Athos, pełen skry­tej nie­na­wi­ści, bo Jus­sac był naj­pierw­szym z tych, któ­rzy go ata­ko­wali w przed­dzień. - My, gdy­by­śmy was widzieli biją­cych się, zarę­czam, iż nie prze­szka­dza­li­by­śmy wam by­naj­mniej. Zostaw­cie więc swo­bodę, a będzie­cie mieli przy­jem­ność, żad­nego nie dozna­jąc trudu.

- Pano­wie - odparł Jus­sac - z żalem oświad­czyć wam muszę, iż rzecz to nie­po­dobna do speł­nie­nia. Obo­wią­zek przede wszyst­kim. Szpady do pochwy, jeżeli łaska, i pro­szę za nami.

- Panie - ode­zwał się Ara­mis, prze­drzeź­nia­jąc Jus­saca - z wielką przy­jem­no­ścią poszli­by­śmy za uprzejmą radą waszą, gdyby to od nas zale­żało; ale nie­stety to nie­moż­liwe: pan de Tre­ville zabro­nił nam tego. Idź­cie więc swoją drogą, to będzie dla was naj­le­piej.

Drwiny te dopro­wa­dziły Jus­saca do roz­pa­czy.

- Siłą was zapro­wa­dzimy ze sobą, kiedy nas słu­chać nie chce­cie.

- Pię­ciu ich jest - rzekł pół­gło­sem Athos - a nas tylko trzech; znowu będziemy pobici i trzeba nam będzie życie tu poło­żyć, bo oświad­czam, że jeśli zosta­niemy poko­nani, na oczy się kapi­ta­nowi nie pokażę.

Athos, Por­thos i Ara­mis zbli­żyli się do sie­bie w chwili, gdy Jus­sac usta­wiał swych żoł­nie­rzy w sze­regu.

Chwila ta wystar­czyła d'Arta­gna­nowi do namy­słu, że nastrę­czała mu się jedna ze spo­sob­no­ści, sta­no­wią­cych o życiu czło­wieka; nale­żało więc uczy­nić wybór mię­dzy kró­lem i kar­dy­na­łem i nale­żało w nim wytrwać. Bić się, zna­czyło to nie słu­chać prawa, nara­żać głowę, zna­czyło to na samym wstę­pie zro­bić sobie nie­przy­ja­ciela z mini­stra, potęż­niej­szego nawet niż sam król. Wszystko to prze­wi­dy­wał mło­dzie­niec, dodajmy jed­nak na pochwałę jego, iż nie zawa­hał się ani na chwilę. I rzekł, zwra­ca­jąc się do Athosa i jego przy­ja­ciół:

- Pano­wie! Pozwól­cie mi w sło­wach waszych małą uczy­nić poprawkę. Powie­dzie­li­ście, że trzej tylko jeste­ście, a mnie się wydaje, iż nas jest tutaj czte­rech.

- Prze­cież pan nie nale­żysz do naszych - zauwa­żył Por­thos.

- To prawda - odrzekł d'Arta­gnan - ale jeżeli nie ubio­rem, to duszą do was należę. Czuję to, iż serce mam musz­kie­ter­skie, i ono pociąga mnie do was.

- Na bok, mło­dzień­cze! - wrza­snął Jus­sac, który po ruchach i wyra­zie twa­rzy odga­dy­wał zamiary d'Arta­gnana. - Pozwa­lam ci się odda­lić. Ucie­kaj, pókiś cały.

D'Arta­gnan ani drgnął.

- Dzielny z cie­bie chło­piec - powie­dział Athos, ści­ska­jąc mu rękę.

- No, dalej! - wołał Jus­sac.

Athos, Por­thos i Ara­mis spoj­rzeli na mło­dzieńca.

Wszyst­kim trzem tkwiła w myśli mło­dość d'Arta­gnana i lękali się jego braku doświad­cze­nia.

- I tak trzech by nas tylko było, z któ­rych jeden ranny, bo to dziecko jesz­cze - mówił Athos - pomimo to powie­dzą, iż było nas czte­rech.

- Tak, lecz cofać się!... - odpo­wie­dział Por­thos.

- Trudno - dodał Athos.

D'Arta­gnan zro­zu­miał ich waha­nie.

- W każ­dym razie wypró­buj­cie mnie pano­wie, a przy­się­gam wam, na cześć moją, że jeżeli zwy­cię­żeni będziemy, z miej­sca się tego nie ruszę.

- Jak się nazy­wasz, mój zuchu? - zapy­tał Athos.

- D'Arta­gnan.

- Dalejże! Athos, Por­thos, Ara­mis i D'Arta­gnan naprzód! - krzyk­nął Athos.

- I cóż pano­wie, czy usłu­cha­cie mnie?! - po raz trzeci zawo­łał Jus­sac.

- Stało się, pano­wie - rzekł Athos.

- Cóż więc zamier­za­cie uczy­nić? - pytał Jus­sac.

- Będziemy mieli zaszczyt przy­stą­pić z wami do walki - odpo­wie­dział Ara­mis, jedną ręką uno­sząc kape­lusz, drugą wycią­ga­jąc szpadę.

- A! Opie­ra­cie się więc! - krzyk­nął Jus­sac.

- Do licha! To pana dziwi?

Po czym dzie­wię­ciu wal­czą­cych rzu­ciło się na sie­bie, z wście­kło­ścią nie­prze­kra­cza­jącą jed­nak zasad szer­mierki.

Athos wybrał nie­ja­kiego Cahu­saca, ulu­bieńca kar­dy­nal­skiego; Por­thos miał Bica­rata, Ara­mis zna­lazł się wobec dwóch prze­ciw­ni­ków. D'Arta­gnan zaś padł na Jus­saca samego.

Serce mło­dego Gaskoń­czyka biło jak mło­tem, zda­wało się, że roz­sa­dzi mu piersi. Nie ze stra­chu, broń Boże, nie było go tam ani cie­nia, lecz dla­tego że w męstwie nie chciał się poka­zać od innych gor­szym, bił się jak tygrys roz­ju­szony, ze wszyst­kich stron napa­stu­jąc prze­ciw­nika i zmie­nia­jąc kil­ka­krot­nie pozy­cję. Jus­sac był mistrzem w tej sztuce, bo dużo już prak­ty­ko­wał; cięż­kie było jed­nak zada­nie jego bro­nić się od prze­ciw­nika, który, zręczny i rzutki, zmie­niał co chwila metodę, napa­da­jąc ze wszyst­kich pra­wie stron jed­no­cze­śnie, a sam zasła­nia­jąc się, jak czło­wiek, który ma cześć naj­wyż­szą dla swo­jej skóry.

Walka ta dopro­wa­dziła Jus­saca do utraty cier­pli­wo­ści. Wście­kłość go ogar­nęła, iż ten, któ­rego za dzie­ciaka uwa­żał, trzyma go w sza­chu. Zape­rzony więc, zaczął błędy popeł­niać. D'Arta­gnan zaś w braku doświad­cze­nia posia­dał głę­boką teo­rię, i przeto jesz­cze zwin­niej się spra­wiał. Jus­sac, chcąc raz już skoń­czyć, wymie­rzył od dołu straszny cios prze­ciw­ni­kowi; ten natych­miast się zasło­nił, i w chwili gdy Jus­sac pro­sto­wał się, prze­mknął pod szpadą jego jak wąż i na wylot go prze­bił. Jus­sac runął jak kłoda. Wtedy d'Arta­gnan wzro­kiem szyb­kim i nie­spo­koj­nym objął pole walki.

Ara­mis zabił już jed­nego ze swo­ich prze­ciw­ni­ków, lecz drugi ostro nań nacie­rał. Poło­że­nie jego nie było nie­bez­pieczne, mógł się bowiem obro­nić.

Bica­rat i Por­thos szpi­ko­wali się wza­jem­nie. Por­thos dostał pchnię­cie w ramię, a Bica­rat w udo. Ponie­waż jed­nak ani jedna, ani druga rana nie była głę­boka, coraz zaja­dlej napa­dali na sie­bie.

Ale Athos, na nowo przez Cahu­saca raniony, coraz więk­szą okry­wał się bla­do­ścią, cho­ciaż się ani na krok nie cof­nął z miej­sca; prze­ło­żył tylko broń do innej ręki, z równą zręcz­no­ścią wła­da­jąc lewą.

Według praw poje­dyn­ko­wych z tam­tej epoki d'Arta­gnan mógł jed­nemu z nich przyjść na pomoc, i gdy szu­kał oczami, któ­rego z towa­rzy­szy wypa­dłoby wes­przeć, pochwy­cił spoj­rze­nie Athosa, a było ono zadzi­wia­jąco wymowne.

Athos wolałby umrzeć, niż zawo­łać o pomoc, mógł jed­nak patrzeć, a spoj­rze­niem tym popar­cia żądał. Odgadł to d'Arta­gnan i dopadł z boku Cahu­saca, krzy­cząc strasz­nym gło­sem:

- Ze mną teraz sprawa, zabiję cię, panie gwar­dzi­sto!

W sam czas odwró­cił się Cahu­sac. Athos, któ­rego odwaga nie­zrów­nana pod­trzy­my­wała jedy­nie, upadł na jedno kolano.

- Na rany boskie, nie zabi­jaj go mło­dzień­cze, bła­gam! - wołał na d'Arta­gnana - mam ja dawną sprawę z nim do zała­twie­nia, jak się tylko wygoję. Roz­brój go tylko, wytrąć mu szpadę. O! Tak! Dobrze! Wyśmie­ni­cie!

Okrzyk ten Athosa spo­wo­do­wał wytrą­ce­nie szpady z ręki Cahu­saca; wyrzu­cona w powie­trze padła o jakie dwa­dzie­ścia kro­ków.

D'Arta­gnan i Cahu­sac razem się rzu­cili, aby ją pochwy­cić; lecz d'Arta­gnan zwin­niej­szy, pierw­szy na niej posta­wił nogę.

Cahu­sac posko­czył do gwar­dzi­sty, zabi­tego przez Ara­misa, wyrwał mu rapier, i powra­cał, aby na nowo z d'Arta­gna­nem roz­po­cząć walkę, na dro­dze jed­nak spo­tkał Athosa, który w tej prze­rwie miał już czas tro­chę ode­tchnąć i w oba­wie, aby d'Arta­gnan wroga nie zabił, sam sta­nął przed nim do walki.

D'Arta­gnan pojął, iż ścią­gnąłby na sie­bie nie­za­do­wo­le­nie Athosa, gdyby mu zechciał prze­szko­dzić. Stało się też, iż w kilka sekund zale­d­wie Cahu­sac padł z gar­dłem prze­szy­tym szpadą.

Jed­no­cze­śnie Ara­mis przy­ło­żył koniec szpady do piersi leżą­cego na ziemi prze­ciw­nika, zmu­sza­jąc go do pod­da­nia.

Pozo­sta­wali jesz­cze Por­thos i Bica­rat. Por­thos podrwi­wał zawzię­cie, zapy­tu­jąc Bica­rata, która to godzina, i win­szo­wał mu oddziału, który brat jego dostał w pułku Navarry; drwin­kami tymi jed­nak nie­wiele wskó­rać mu się udało, Bica­rat bowiem nale­żał do tych ludzi żela­znych, któ­rym ręka opada, lecz tylko po śmierci.

Nale­żało wszakże temu kres poło­żyć! Lada chwila patrol mógł nad­cią­gnąć i zabrać wal­czą­cych, ran­nych i całych, zarówno kró­lew­skich, jak i kar­dy­nal­skich.

Athos, Ara­mis i d'Arta­gnan oto­czyli Bica­rata, wzy­wa­jąc go, aby się pod­dał. Jak­kol­wiek jeden na czte­rech i z udem szpadą prze­bi­tym, Bica­rat nie myślał ustą­pić. Był on, jak d'Arta­gnan, Gaskoń­czy­kiem; uda­wał głu­chego, a śmie­jąc się i zasła­nia­jąc żwawo, zna­lazł nawet czas, aby koń­cem szpady wska­zać miej­sce na ziemi.

- Tu - rzekł, paro­diu­jąc ustęp biblijny - tu umrze Bica­rat, sam jeden prze­ciw wszyst­kim.

- Ależ czte­rech ich jest prze­ciw tobie jed­nemu! - zawo­łał Cahu­sac. - Skończ raz, roz­ka­zuję ci.

- O! Roz­ka­zu­jesz, to rzecz inna - odrzekł Bica­rat - jako bry­ga­die­rowi swemu winie­nem ci posłu­szeń­stwo.

I, usko­czyw­szy w tył, zła­mał na kola­nie szpadę, kawałki przez mur klasz­torny prze­rzu­cił i, skrzy­żo­waw­szy na pier­siach ręce, zagwiz­dał piosnkę gwar­dzi­stów kar­dy­nal­skich.

Walecz­ność wzbu­dza sza­cu­nek nawet w nie­przy­ja­cielu. Musz­kie­te­ro­wie pokło­nili się Bica­ra­towi szpa­dami i wło­żyli je do pochwy. To samo uczy­nił d'Arta­gnan, następ­nie z pomocą Bica­rata, który jeden tylko ze wszyst­kich kar­dy­nal­skich gwar­dzi­stów trzy­mał się na nogach, zaniósł pod bramę klasz­torną Jus­saca, Cahu­saca i tego z prze­ciw­ni­ków Ara­misa, który tylko był ranny; czwarty, jak wia­domo, już nie żył. Zło­żyw­szy ich tam, ude­rzyli w dzwon klasz­torny, zabraw­szy cztery szpady na pięć, i upo­jeni rado­ścią podą­żyli do pałacu pana de Tre­ville'a.

Szli tak, spló­tł­szy się ramio­nami, zaj­mu­jąc całą sze­ro­kość ulicy i każ­dego musz­kie­tera spo­tka­nego pocią­ga­jąc za sobą, tak że w końcu orszak ten zmie­nił się w pochód trium­falny. Serce d'Arta­gnana roz­pły­wało się z roz­ko­szy; szedł pomię­dzy Atho­sem i Por­tho­sem, ści­ska­jąc ich czule.

- Choć nie jestem jesz­cze musz­kie­te­rem - powie­dział do nowych przy­ja­ciół, prze­stą­piw­szy próg pałacu pana de Tre­ville'a - ale zosta­łem przy­jęty na prak­ty­kanta, nie­praw­daż?

Rozdział VI

Jego Kró­lew­ska Mość Ludwik XIII

Cała ta sprawa naro­biła wrzawy, pan de Tre­ville nagnie­wał się gło­śno na musz­kie­te­rów, a pochwa­lił ich po cichu. Ponie­waż jed­nak nie było czasu do stra­ce­nia, popę­dził sam do Luwru, aby uprze­dzić o tym króla. Spóź­nił się wszakże, bo powie­dziano mu, iż król zamknął się z kar­dy­na­łem, pra­cuje i nikogo przy­jąć nie może w tej chwili.

Sta­wił się więc wie­czo­rem w zwy­kłych godzi­nach gry; król wygry­wał, a jako strasz­nie skąpy w prze­pysz­nym był humo­rze. Skoro więc zoba­czył nad­cho­dzą­cego Tre­ville'a, ode­zwał się do niego:

- Pro­szę tutaj, panie kapi­ta­nie, pro­szę, muszę cię wyła­jać; czy wiesz, że Jego Emi­nen­cja skar­żył mi się na two­ich musz­kie­te­rów, i z takim roz­draż­nie­niem, że aż chory jest dzi­siaj. O! Ależ to dia­bły wcie­lone, ci twoi musz­kie­te­ro­wie!...

- Nie, Naj­ja­śniej­szy Panie - odpo­wie­dział Tre­ville, widząc od razu, na co się zanosi - nie, prze­ciw­nie, to stwo­rze­nia dobre, łagodne jak baranki, i szyję moją daję, iż jedno tylko pra­gnie­nie mają, aby doby­wać szpady jedy­nie w usłu­gach Waszej Kró­lew­skiej Mości. Cóż jed­nak począć, jeśli gwar­dzi­ści pana kar­dy­nała wiecz­nie szu­kają zwady. Biedni mło­dzieńcy bro­nić się muszą dla samego honoru swego zgro­ma­dze­nia.

- Posłu­chaj­cie no tego Tre­ville'a! Posłu­chaj­cie! Można by sądzić, że on tu mówi o zgro­ma­dze­niu reli­gij­nym. Doprawdy, kapi­ta­nie drogi, wielka ochota mnie bie­rze ode­brać ci patent i dać go pan­nie de Che­me­rault, któ­rej przy­obie­ca­łym opac­two. Nie myśl jed­nak, abym ci na słowo uwie­rzył. Nie darmo nazy­wają mnie Ludwi­kiem Spra­wie­dli­wym, zaraz cię o tym prze­ko­nam.

- Ponie­waż naj­zu­peł­niej spra­wie­dli­wo­ści tej ufam, Naj­ja­śniej­szy Panie, z ule­gło­ścią i spo­ko­jem zdaję się na łaskę Waszej Kró­lew­skiej Mości.

Szczę­ście się odwró­ciło, i król zaczął prze­gry­wać to, co wygrał, było mu więc na rękę, że uży­jemy tego wyra­że­nia, cho­rą­giewkę zwi­nąć. Wstał też po chwili i rzekł, cho­wa­jąc do kie­szeni pie­nią­dze, przed nim leżące, któ­rych część znaczną sta­no­wiła wygraną.

- Vieu­ville, sia­daj na moim miej­scu, a ja muszę z panem de Tre­ville'em pomó­wić w spra­wie bar­dzo waż­nej. A!... Było tam osiem­dzie­siąt luido­rów przede mną; połóż odpo­wied­nią sumę, aby krzywdy nie mieli prze­grani. Spra­wie­dli­wość przede wszyst­kim.

Potem obró­cił się do Tre­ville'a, pocią­ga­jąc go do fra­mugi okna.

- A zatem, mój panie - cią­gnął dalej - mówisz, że to gwar­dzi­ści Jego Emi­nen­cji szu­kają zaczepki z twymi musz­kie­te­rami?

- Tak, Naj­ja­śniej­szy Panie, jak zwy­kle.

- Jak­żeż się to stało, zoba­czymy? bo wiesz prze­cie, kapi­ta­nie, że sędzia winien obie strony wysłu­chać.

- A! Mój Boże, w naj­prost­szy i naj­zwy­czaj­niej­szy spo­sób. Trzech naj­lep­szych żoł­nie­rzy moich, któ­rych Wasza Kró­lew­ska Mość zna z imie­nia i miał spo­sob­ność oce­nić wier­ność ich dla sie­bie, trzech tych żoł­nie­rzy, mówię, pano­wie: Athos, Por­thos i Ara­mis, udali się na wycieczkę z pew­nym mło­dym Gaskoń­czy­kiem, pole­co­nym im z rana przeze mnie. Celem wycieczki miało być podobno Saint-Ger­main, a miej­scem spo­tka­nia kar­me­lici bosi. Otóż tę przy­jem­ność spa­ceru zakłó­cili im pano­wie: de Jus­sac, Cahu­sac, Bica­rat i dwóch innych gwar­dzi­stów, któ­rzy nie przy­szliby tam pew­nie w takiej licz­bie, gdyby nie mieli złych zamia­rów.

- Oh! Dajesz mi do myśle­nia - odrzekł król - bez wąt­pie­nia, oni tam przy­szli się bić.

- Ja ich nie oskar­żam, lecz sąd pozo­sta­wiam Waszej Kró­lew­skiej Mości, bo po cóż aż pię­ciu ludzi zbroj­nych przy­było w miej­sce tak ustronne jak oko­lice klasz­toru Kar­me­li­tów Bosych?...

- Tak, masz słusz­ność, Tre­ville, masz słusz­ność.

- Zoba­czyw­szy moich musz­kie­te­rów, zmie­nili zamiar i, zapo­mi­na­jąc urazy oso­bi­ste dla nie­na­wi­ści do naszego zgro­ma­dze­nia. bo wia­domo Waszej Kró­lew­skiej Mości, że musz­kie­te­ro­wie, któ­rzy do króla należą, do króla wyłącz­nie, są nie­przy­ja­ciółmi natu­ral­nymi gwar­dzi­stów, do kar­dy­nała nale­żą­cych.

- Tak, mój Tre­ville, tak - powie­dział melan­cho­lij­nie król - i wierz mi, iż to bar­dzo smutne widzieć dwie takie par­tie we Fran­cji, taką dwu­głową monar­chię. Skoń­czy się to jed­nak, skoń­czy. Mówisz więc, że to gwar­dzi­ści zacze­pili musz­kie­te­rów?

- Mówię, że praw­do­po­dob­nie tak się rze­czy miały, lecz nie przy­się­gam, Naj­ja­śniej­szy Panie. Wasza Kró­lew­ska Mość wie, jak trudno poznać prawdę, a kto nie jest obda­rzony tym uczu­ciem zadzi­wia­ją­cym, dzięki któ­remu, nazwano Ludwika XIII Spra­wie­dli­wym.

- Masz słusz­ność, Tre­ville, ale ci twoi musz­kie­te­ro­wie nie sami tam byli, mieli z sobą jakie­goś dzie­ciaka.

- Tak, Naj­ja­śniej­szy Panie, dzie­ciaka i jed­nego ran­nego; tak. trzech musz­kie­te­rów kró­lew­skich, z któ­rych jeden ranny, a z nimi jeden dzie­ciak, nie tylko sta­wili czoło pię­ciu naj­strasz­niej­szym gwar­dzi­stom pana kar­dy­nała, lecz nadto czte­rech powa­lili na zie­mię.

- Ależ to zwy­cię­stwo, zwy­cię­stwo zupełne! - zawo­łał król, pro­mie­nie­jąc rado­ścią.

- Tak, Naj­ja­śniej­szy Panie, zwy­cię­stwo zupełne.

- Mówisz więc, że czte­rech ludzi, z nich jeden ranny, a jeden dziecko nie­le­d­wie.

- Wyro­stek, ale spra­wiał się tak dziel­nie w tej potrze­bie, że pozwolę sobie pole­cić go Waszej Kró­lew­skiej Mości.

- Jak on się nazywa?

- D'Arta­gnan, Naj­ja­śniej­szy Panie, syn jed­nego z naj­daw­niej­szych przy­ja­ciół moich, syn czło­wieka, który wal­czył prze­ciwko Lidze ze świet­nej pamięci ojcem twoim, Naj­ja­śniej­szy Panie.

- Mówisz, że chło­pak ten spra­wiał się dziel­nie? Opo­wiedz mi to, Tre­ville, wiesz, jak lubię opo­wia­da­nia o bitwach i potycz­kach.

Ludwik XIII, mówiąc to, dum­nie pokrę­cił wąsa, przy­bie­ra­jąc postawę rycer­ską.

- Naj­ja­śniej­szy Panie - zaczął Tre­ville - pan d'Arta­gnan, jak rze­kłem, jest jesz­cze pra­wie dziec­kiem, a nie mając zaszczytu być musz­kie­te­rem, ubrany był po miesz­czań­sku; gwar­dzi­ści pana kar­dy­nała, widząc mło­dość jego, a co wię­cej, iż nie należy do zgro­ma­dze­nia, zażą­dali, aby się usu­nął, zanim ude­rzą na naszych.

- Widzisz więc, Tre­ville, że to oni pierwsi zaczęli.

- Tak wła­śnie, Naj­ja­śniej­szy Panie, naj­mniej­szej nie ma wąt­pli­wo­ści; wezwali go więc, aby się usu­nął, na co odpo­wie­dział, że ser­cem jest musz­kie­te­rem, odda­nym duszą całą Jego Kró­lew­skiej Mości, i pozo­sta­nie z panami musz­kie­te­rami.

- Dzielny chło­piec! - mruk­nął król.

- I został, a Wasza Kró­lew­ska Mość ma w nim tak walecz­nego stron­nika. on to wła­śnie wpa­ko­wał Jus­sa­cowi pchnię­cie, które pana kar­dy­nała o tak straszny gniew przy­pra­wiło.

- To on ranił Jus­saca? - wykrzyk­nął król - on? Ten dzie­ciak? Ależ to nie do uwie­rze­nia, Tre­ville!

- A jed­nak tak, jak mia­łem zaszczyt Waszej Kró­lew­skiej Mości powie­dzieć.

- Jus­saca, naj­dziel­niej­szego ręba­cza w kró­le­stwie?

- Tra­fiła kosa na kamień, Naj­ja­śniej­szy Panie.

- O! Chcę go poznać, Tre­ville, chcę go widzieć, i jeżeli da się coś zro­bić dla niego, zaj­miemy się nim zaraz.

- Kiedy Wasza Kró­lew­ska Mość przy­jąć go raczy?

- Jutro w połu­dnie.

- Czy mam go samego przy­pro­wa­dzić?

- Nie, wszyst­kich czte­rech mi przy­pro­wadź. Chcę im podzię­ko­wać; serca wierne są rzad­ko­ścią, Tre­ville, wier­ność należy nagra­dzać.

- Naj­ja­śniej­szy Panie, w połu­dnie sta­wimy się w Luw­rze.

- O! Tylko, Tre­ville, pamię­taj, bocz­nymi scho­dami, tak, bocz­nymi; nie trzeba, aby kar­dy­nał o tym wie­dział.

- Słu­cham, Naj­ja­śniej­szy Panie.

- Poj­miesz, Tre­ville, zakaz zaka­zem, bo koniec koń­ców, bić się jest zabro­nione.

- Ale, Naj­ja­śniej­szy Panie, spo­tka­nie to prze­kra­cza wszel­kie formy poje­dyn­kowe, to bójka po pro­stu, napaść, boć pię­ciu gwar­dzi­stów kar­dy­nal­skich było prze­ciw trzem musz­kie­te­rom i panu d'Arta­gna­nowi.

- Słusz­nie - odparł król - ale w każ­dym razie przyjdź­cie bocz­nymi scho­dami.

Tre­ville uśmiech­nął się. Ponie­waż jed­nak wielką było rze­czą to, co otrzy­mał od tego dziecka, bun­tu­ją­cego się prze­ciw swo­jemu panu, ukło­nił się kró­lowi z usza­no­wa­niem i za zezwo­le­niem jego odda­lił się.

Tego wie­czora jesz­cze trzej musz­kie­te­ro­wie zawia­do­mieni zostali o zaszczy­cie, jakiego mieli dostą­pić. Że jed­nak znali króla od dawna, nie­zbyt tym pod­nie­ceni się czuli, ale d'Arta­gnan ze swoją wyobraź­nią gaskoń­ską widział w tym szczę­ście swoje w przy­szło­ści i noc całą roił sny złote. Naza­jutrz też o ósmej z rana był już u Athosa. Zastał go w mun­du­rze galo­wym, goto­wego do wyj­ścia. Ponie­waż uło­żyli się wspól­nie z Por­tho­sem i Ara­mi­sem, że pójdą na piłkę do pew­nego domu gry, tuż przy staj­niach pałacu Luk­sem­bur­skiego, Athos zapro­sił go do towa­rzy­stwa, a d'Arta­gnan, jak­kol­wiek nie znał zabawy tego rodzaju, przy­jął zapro­sze­nie, nie wie­dząc, co robić z cza­sem od dzie­wią­tej rano aż do połu­dnia. Dwaj musz­kie­te­ro­wie byli już na miej­scu i rzu­cali piłką do sie­bie. Athos, bie­gły we wszyst­kich ćwi­cze­niach ciała, sta­nął z d'Arta­gnanem po stro­nie prze­ciw­nej, wyzy­wa­jąc ich do gry. Lecz za pierw­szym rzu­tem, jak­kol­wiek lewą ręką doko­na­nym, poczuł, że na ćwi­cze­nia podobne rana jego jesz­cze była za świeża.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki