Życie i dzieło Aleksandra Dumasa
Alexandre Davy de la Pailleterre Dumas urodził się 24 lipca 1803 roku w Viellers-Cotterets, w departamencie Aisne. W jego żyłach złączyła się
błękitna krew francuskiego szlachcica z burzliwą krwią Murzynki z San
Domingo. Ojciec, piastujący w armii francuskiej godność generała,
wcześnie osierocił chłopca, nie zostawiając rodzinie środków do życia,
ponieważ nieustanne konflikty z Napoleonem stały na przeszkodzie jego
karierze materialnej. Aleksander oddziedziczył po nim atletyczną budowę,
żelazne zdrowie, usposobienie szerokie, radosne, fantazję i wielki
spryt. Matka-wdowa nie mogła ponieść kosztów wykształcenia chłopca;
jeżeli młody Dumas rozporządzał pewnymi wiadomościami z dziedziny
historii i językoznawstwa, jest to wyłącznie zasługa pastora Abbe
Gregaine. Zresztą chłopiec nie okazywał zamiłowania do pracy umysłowej,
mało interesował się nauką, jeszcze mniej literaturą, pociągały go
natomiast wolne przestrzenie pól i rozległe obszary lasów; był zapalonym
fechtmistrzem i niezrównanym strzelcem, opanował wszystkie sporty,
wszystkie rodzaje cielesnych ćwiczeń. Poza tym żył wesołym życiem hulaki
i utracjusza. Punktem wyjścia dla jego kariery literackiej stała się
przyjaźń z młodym, zdolnym Szwedem, Adolfem z Leuven, który rzucił
propozycję napisania do spółki kilku sztuk teatralnych. Dumas się
zgodził: rzecz jasna, że pierwsze twory jego młodzieńczej muzy nie
znalazły uznania w oczach paryskich wydawców.
Tymczasem położenie majątkowe rodziny pogorszyło się znacznie. W roku
1822 Aleksander zbiera dokumenty, pozostawione w spuściźnie przez ojca,
zaopatruje się w listy polecające i wyjeżdża do Paryża, tam też znajduje
posadę w kancelarii księcia Orleanu. Zarabia 1500 franków rocznie,
zdobywa mocną pozycję materialną, sprowadza do siebie matkę.
Równocześnie zdaje sobie sprawę ze swego niedostatecznego wykształcenia,
bierze się energicznie do pracy, czyta, studiuje, robi plany, chodzi do
teatru - obserwuje efekty sceniczne, poczyna się orientować w budowie
sztuki teatralnej. Ogromne wrażenie wywierają na nim Szekspir i Schiller, ulega wpływom niemieckich romantyków. Wreszcie sam wstępuje w krąg działalności dramatycznej. Sztuką Henryk IV i jego dwór zdobywa
sobie publiczność, usuwając czasowo w cień młodego Wiktora Hugo. Od tej
chwili spod pióra Dumasa wychodzi jeden dramat za drugim.
Najpopularniejsze to: Christine, Antony, Napoleon Bonaparte, Richard
Darlington. Jako powieściopisarz wystąpi dopiero później.
W międzyczasie wydaje cykl szkiców podróżniczych, olśniewających
grotesek, wypełnionych po brzegi najefektowniejszymi
nieprawdopodobieństwami: z podziwu godną bezczelnością zdaje szczegółowe
relacje o krajach, w których nigdy nie był. Następnie rzuca na rynek
księgarski kilka tomów nowel, za którymi idą powieści. Rycerz z Hermentalu, romans wydany w roku 1843, pasuje go na mistrza powieści
historycznej. Hrabia Monte Christo i Trzej muszkieterowie zdobywają
mu wielką sławę.
Nieprawdopodobne rozmiary jego dzieła (napisał tysiąc dwieście tomów)
dają pole dla sporów o autentyczność wielu spośród najlepszych jego
powieści. Są podstawy, aby sądzić, że miał wielu współpracowników,
którym powierzał opracowywanie swych potężnych pomysłów, podobnie jak
wielki malarz powierza wykonanie draperii lub mało znaczących grup
uczniom. Umysł Dumasa był nazbyt rozległy, aby gubić się w drobiazgowej
pracy, temperament nazbyt żywy, aby jednemu zagadnieniu poświęcić więcej
niż jedną chwilę.
Rzecz jasna, że tak olbrzymi dorobek literacki dawał wielkie dochody,
ale te były niczym wobec wydatków. Wydatki były niczym wobec potrzeb, a potrzeby przewyższały wytrzymałość tego Herkulesowego organizmu. W roku
1870 autor Trzech muszkieterów, zmęczony życiem, wyczerpany pracą,
umiera w Puys, w posiadłości ziemskiej swego syna, przeżywszy lat
sześćdziesiąt osiem.
Obok dramatów, komedii, dzienników podróżnych i powieści obejmuje
spuścizna literacka Dumasa także: kilka pamiętników, w których z dochodzącą nieraz do cynizmu szczerością opowiedziane są karkołomne
przygody autora. Jaki był w życiu, taki pozostał w dziełach: człowiekiem
barwnym, beztroskim, zaczepnym, pełnym fantazji i humoru, siły i przedsiębiorczości, człowiekiem żywym. Jego postacie są pełnokrwiste,
taki też jest jego język. Konstrukcja powieści Dumasa wyrosła z jego
dramatu, jak kwiat wyrasta z łodygi, nic więc dziwnego, że dramat ten
swoją wartością nieskończenie przewyższa. W perspektywie historycznej
Dumas jest pierwszym romantykiem francuskim, jakkolwiek romantyzm ten
ogranicza się tylko do zewnętrznego ujęcia wydarzeń. Jądro jego dzieła
to ani romantyzm, ani klasycyzm, tylko życie.
Rozdział I
Czemu stary d'Artagnan wyposaża syna na drogę
Pewnego poniedziałku kwietniowego roku 1625 w miasteczku Meung panował
ruch tak niezwykły, jak gdyby na przykład wtargnęli doń hugenoci i zamierzali powtórzyć tego rodzaju krwawe sceny jak w La Rochelle.
Wielu mieszczan, widząc, jak kobiety uciekają w stronę ulicy Wielkiej,
słysząc, jak dzieci wrzeszczą w drzwiach domów, co prędzej przywdziało
pancerze i, wątpliwą odwagę swoją pokrzepiwszy muszkietem lub halabardą,
podążyło w kierunku oberży pod Wolnym Młynarzem, dokąd zbiegały się z głośnym zgiełkiem coraz większe, przejęte ciekawością tłumy.
W owych czasach popłoch tego rodzaju był chlebem powszednim. Żaden dzień
nie mijał bez wypadku. To panowie darli się między sobą, to król z kardynałem wojował, to Hiszpan wojował z królem. Wreszcie poza tymi
wojnami, głuchymi lub głośnymi, jawnymi lub tajnymi, byli jeszcze
rokoszanie, złodzieje, żebracy, hugenoci i wilki, rzucające się na
wszystkich. Mieszczanie uzbrajać się musieli ciągle przeciw złodziejom i wilkom, często przeciw panom i hugenotom, a czasami nawet przeciwko
królowi; ale przeciw kardynałowi i Hiszpanowi nie chwytali za broń
nigdy. Dlatego też, w ów pierwszy poniedziałek kwietniowy 1625 roku,
mieszczanie, usłyszawszy krzyki, a nie widząc ani czerwono-żółtych
żandarmów, ani barw księcia de Richelieu, które by ich przestraszały,
rzucili się spiesznie ku oberży pod Wolnym Młynarzem. Dopiero na miejscu
każdy mógł zobaczyć i zrozumieć przyczynę zamieszania.
Był to młodzieniec... nakreślmy wizerunek jego jednym pociągnięciem pióra.
Wyobraźcie sobie Don Kiszota w osiemnastym roku życia, Don Kiszota bez
pancerza i nagolenników, Don Kiszota w kaftanie wełnianym, którego kolor
niebieski przeszedł w odcienie to brudnozielonkawe, to brudnobłękitne.
Twarz pociągła i śniada, kości na policzkach wystające, wymowny znak
przebiegłości, szczęki nadmiernie rozwinięte, nieomylna wskazówka
pochodzenia gaskońskiego, oko rozwarte i rozumne, wreszcie nos zagięty,
lecz o liniach wykwintnych, za duży na młokosa, na człowieka zaś
dojrzałego za mały. Mniej wprawnemu oku wydałby się on może podróżującym
synem zagrodnika, gdyby nie długa szpada, która, zwieszona na skórzanym
pasie, biła go po nogach, i gdyby nie wierzchowiec z najeżoną sierścią,
którego dosiadał.
Bo młodzieniec nasz miał wierzchowca, i to tak niezwykłego, że zwracał
powszechną uwagę: był to podjezdek berneński, mający już dwanaście do
czternastu lat, maści żółtej, z ogonem pozbawionym włosa, którego brak
nagradzały suto zarośnięte pęciny. Rumak ten wspaniały, choć głowę nosił
niżej kolan, mógł jednak przebyć z osiem mil francuskich dziennie.
Nieszczęściem, zalety wszelkie tej szkapy tak były ukryte pod maścią
niezwykłej barwy, tak były zamaskowane dziwaczną jego postawą, ani
trochę nieczyniącą zadość wymaganiom regularności kształtów, iż w czasach owych, kiedy wszyscy znali się na koniach, zjawienie się takiego
podjezdka w Meung, od strony Beaugency, sprawiło wrażenie źle
usposabiające i względem samego jeźdźca.
A wrażenie to tym przykrzejsze było dla młodego d'Artagnana (tak się
bowiem nazywał ten nowy Don Kiszot na swoim Rosynancie), iż czuł dobrze,
że zabawny wierzchowiec ośmieszał nawet tak dzielnego jak on jeźdźca.
Wzdychał też okrutnie w głębi ducha, przyjmując ten dar od pana
d'Artagnana ojca. Wiedział, iż bydlę warte było najwyżej dwadzieścia
liwrów, lecz słowa ojcowskie, towarzyszące temu darowi, nieskończenie
wyższą posiadały cenę.
- Synu mój - prawił szlachcic gaskoński, tym narzeczem czysto
berneńskiem, którego nawet Henryk IV pozbyć się nigdy nie zdołał - synu
mój, koń ten zrodzony jest w domu ojca twojego, będzie temu trzynaście
lat, i dotąd w nim przebywał, więc kochać powinieneś to zwierzę. Nigdy
się z nim nie rozstawaj, dozwól mu spokojnie i uczciwie umrzeć ze
starości; a jeśli na wojnę z nim pójdziesz, oszczędzaj go, jakbyś
starego sługę oszczędzał. Przy dworze - ciągnął dalej stary pan
d'Artagnan - jeżeli tylko będziesz miał zaszczyt tam się dostać, do
czego daje ci prawo twoje stare szlachectwo, godnie utrzymaj imię
szlachcica, które przez przodków twoich zaszczytnie było noszone od
pięciuset przeszło lat. Nie ustępuj nikomu, nikomu nic nie puszczaj
płazem, prócz pana kardynała i króla. Odwagą tylko, rozumiesz mnie,
tylko odwagą szlachcic dziś sobie toruje drogę. Kto stchórzy na jedną
sekundę, na zawsze wymyka mu się los, jaki mu zsyła fortuna. Młody
jesteś i winieneś być waleczny dla dwóch powodów: najpierw, że jesteś
Gaskończykiem, po wtóre, że jesteś moim synem. Okazji nie unikaj, goń za
przygodami. Kazałem cię wyćwiczyć we władaniu szpadą; żelazną masz nogę,
a dłonie ze stali; bij się o byle co, bij się, tym bardziej że pojedynki
są zakazane, więc z tego wynika, że, aby się bić, trzeba mieć podwójną
odwagę. Na drogę, mój synu, mogę ci dać tylko piętnaście talarów, mojego
konia i te rady, których wysłuchałeś. Matka twoja daje ci jeszcze
przepis na balsam, który od Cyganki dostała, a ma on cudowną własność
gojenia wszelkich ran, które nie dosięgły serca. Korzystaj z tego
wszystkiego i żyj szczęśliwie przez długie lata. Już nic mi nie
pozostaje, jak tylko ci udzielić, chyba dorzucić jeszcze ten przykład,
wprawdzie nie z mego życia, bo ja nigdy na dworze nie byłem. Mówię tu o panu de Treville'u, który ongiś był moim sąsiadem, a dzieckiem już miał
zaszczyt dzielić zabawy z królem naszym Ludwikiem XIII - niech go Bóg
najdłużej nam zachowa! Niekiedy zabawy te w bitwę się przeistaczały, a król nie zawsze bywał silniejszy. Szturchańce, które odbierał,
przejmowały go wielkim szacunkiem i przyjaźnią dla pana de Treville'a.
Później, w podróży swej do Paryża, pan de Treville pojedynkował się aż
pięć razy; od czasu śmierci starego króla, aż do pełnoletności młodego,
nie licząc wojen i oblężeń, w których brał udział, bił się jeszcze
siedem razy; no! A od czasu pełnoletności swej, aż do dziś, bił się razy
ze sto! Dlatego, widzisz, dzisiaj, pomimo wszelkich zakazów królewskich,
pomimo rozporządzeń i wyroków na pojedynkujących się, jest on kapitanem
muszkieterów, co tyle znaczy, jak gdyby był wodzem legionu Cezarów, i król go wielce ceni, a strachem przejmuje on nawet kardynała, który, jak
wszystkim wiadomo, niełatwo czego się zlęknie. Co więcej, pan de
Treville doszedł do dziesięciu tysięcy talarów rocznego dochodu, zatem
jest panem nie lada. A zaczynał, tak jak ty dzisiaj. Otóż przedstaw mu
się z tym listem, i wzoruj się na panu de Treville'u, abyś, jak on,
pokierował się w życiu.
To rzekłszy, pan d'Artagnan ojciec własną ręką przypasał mu szpadę,
ucałował czule w policzki, dodając błogosławieństwo ojcowskie.
Młodzieniec, wychodząc z pokoju, zastał matkę, czekającą nań z ową
słynną receptą zbawiennego balsamu.
Tutaj pożegnania były czulsze i przeciągnęły się, nie dlatego aby pan
d'Artagnan nie kochał syna, który był jego jedynym potomkiem, ale że,
jako mąż stateczny, uważałby za niegodne siebie dać się opanować
wzruszeniu. Pani d'Artagnan zaś była tylko kobietą, a nadto była matką.
Wylewała więc łzy obfite i, przyznać musimy na pochwałę pana d'Artagnana
syna, że chociaż silił się być niewzruszonym, jak na przyszłego
muszkietera przystało, wzięło w nim górę uczucie wrodzone, i łzy
rzęsiste puściły się z jego oczu, a ledwie połowę ich ukryć mu się
udało.
Tego jeszcze dnia młodzieniec wyruszył w drogę, zaopatrzony w trzy
ojcowskie dary, składające się, jak powiedzieliśmy, z piętnastu talarów,
konia i listu do pana de Treville'a; rady zaś uważamy za dodatek do
nich.
Z podobnym vademecum d'Artagnan stał się dokładną kopią bohatera
Cervantesa, z którym przy naszkicowaniu portretu porównaliśmy go, jak
nakazywał nam obowiązek historyka. Don Kiszot brał wiatraki za
olbrzymów, a za armię stado owiec, d'Artagnan postanowił poczytywać
każdy uśmiech za zniewagę, a każde spojrzenie za wyzwanie. Z tego
wynikło, że przez całą drogę od Tarbes aż do Meung trzymał zaciśnięte
pięści i bez ustanku sięgał do rękojeści swej szpady, wszelako pięścią
nie natrafił na żadną szczękę, a szpada ani razu nie była z pochwy
dobyta. Nie znaczy to, aby na widok niefortunnego żółtego podjezdka nie
wykwitał uśmiech na obliczach przechodniów; ponieważ jednak ponad tą
szkapą pobrzękiwała szabla poważnego wyglądu, a ponad nią świeciły oczy
bardziej dzikie niż dumne, powściągano uśmiechy, a gdy wesołość brała
górę nad przezornością, usiłowano przynajmniej śmiać się półgębkiem
tylko, na podobieństwo masek starożytnych. Tak d'Artagnan, pomimo
drażliwości, w nienaruszonym majestacie swoim dobił do nieszczęsnego
miasta Meung.
Gdy zsiadał z konia przed bramą Wolnego Młynarza, a nie było tam nikogo,
ani stajennego, ani gospodarza, by strzemię mu przytrzymał. D'Artagnan
spostrzegł przy otwartym oknie na dole szlachcica postawy pięknej i wyniosłej, z twarzą nieco pomarszczoną, który rozmawiał z dwiema
osobami, słuchającymi go z widocznym szacunkiem. Rzecz prosta, iż według
przyjętego zwyczaju d'Artagnan zaraz pomyślał, że on jest przedmiotem
tej rozmowy. Słuchał więc. Tym razem do połowy się tylko pomylił,
albowiem nie o niego, lecz o jego konia tam chodziło. Szlachcic
słuchaczom swoim wyliczał wszystkie jego przymioty, a jak już mówiliśmy,
słuchacze wyglądali na przejętych szacunkiem niemałym dla opowiadającego
i co chwila wybuchali śmiechem. Jeden półuśmiech, jak wiemy, wystarczał
do rozbudzenia zapalczywości młodego d'Artagnana, łatwo pojmujemy więc,
jakie sprawiła na nim wrażenie ta hałaśliwa wesołość.
Najpierw jednak d'Artagnan zapragnął zobaczyć, jak wygląda impertynent,
który pozwala sobie żarty z niego stroić. Utkwił w nieznajomym dumne
spojrzenie i zauważył, iż był to mężczyzna lat od czterdziestu do
czterdziestu pięciu, o oczach czarnych i przenikliwych, cerze bladej, z nosem mocno wydatnym i czarnymi, pięknie ułożonymi wąsami; miał on na
sobie kaftan i spodnie fiołkowe z plecionkami tegoż koloru, bez żadnej
ozdoby, prócz zwykłych nacięć na rękawach, przez które wyglądała
koszula. Ubranie to, jakkolwiek nowe, zmięte było, tak jak gdyby długo
spoczywało w walizie podróżnej. D'Artagnan uczynił to spostrzeżenie
szybko, ale drobiazgowo, jak gdyby przeczuwając, że osobistość owa ma w przyszłości wielki wpływ wywrzeć na jego życie.
Gdy wpatrywał się tedy w szlachcica w ubraniu fiołkowym, ten był zajęty
najuczeńszem i najbieglejszem wskazywaniem przymiotów berneńskiego
podjezdka, dwaj zaś słuchacze śmiali się hałaśliwie, a dokoła ust
opowiadającego, wbrew zwyczajowi, zarysował się widoczny, acz blady
jeszcze uśmiech. Tym razem żadna już nie zachodziła wątpliwość,
d'Artagnan był istotnie znieważany. Przeświadczony o tym najzupełniej,
beret na oczy nacisnął i, usiłując naśladować ruchy wielkopańskie,
podpatrzone w Gaskonii u przejeżdżających dostojników, zbliżył się z ręką na rękojeści szpady, a drugą wspartą na biodrze. Na nieszczęście, w miarę jak podchodził bliżej, gniew go zaślepiał coraz gwałtowniej, i zamiast pełnej godności przemowy, którą przygotował sobie dla rzucenia
wyzwania, nie znalazł na końcu języka nic, prócz obelgi grubiańskiej, z towarzyszeniem gestu wściekłości.
- Hej! Panie - zawołał - panie, co się tam za okiennicą chowasz! Powiedz
mi, jeśli łaska, co cię tak bardzo śmieszy, a pośmiejemy się razem!
Zagadnięty przeniósł spokojnie wzrok z wierzchowca na jeźdźca, jak gdyby
potrzebował pewnego czasu dla zrozumienia, że dzika ta przymówka jest
skierowana do niego, następnie, gdy znikła wszelka wątpliwość, brwi jego
naciągnęły się lekko, i po dość długim milczeniu, tonem ironii i nieopisanego zuchwalstwa, odpowiedział:
- Nie do ciebie mówię, mój panie.
- Ale ja mówię do ciebie, ja! - krzyknął chłopak, zrozpaczony tym
połączeniem bezczelności i pięknych manier, konwenansu i pogardy.
Nieznajomy chwilę jeszcze popatrzył na niego i, oddalając się od okna,
powoli wyszedł z zajazdu i stanął przed koniem o kilka kroków od
d'Artagnana. Spokój i drwiący wyraz jego twarzy podwoiły wesołość
towarzyszy, pozostałych przy oknie.
D'Artagnan, widząc, że się zbliża, chwycił szpadę i do połowy ją z pochwy obnażył.
- Koń ten stanowczo jest, a raczej, był barwy jaskra polnego - ciągnął
nieznajomy, zwróciwszy się do słuchaczy swoich z okna i jakby nie widząc
d'Artagnana albo wcale nie zważając na niego. - Kolor ten znany jest
bardzo w botanice, lecz u koni, przynajmniej jak dotąd, był nader
rzadki.
- Łatwo to z konia się śmiać, na to nie trzeba takiej odwagi, jak śmiać
się z jego pana! - wykrzyknął z wściekłością współzawodnik Treville'a.
- Ja nieczęsto się śmieję, mój panie - odrzekł nieznajomy - możesz to
odgadnąć z mej twarzy; ale śmieję się wtedy, kiedy mi się podoba.
- A ja - krzyknął d'Artagnan - nie pozwalam, aby się śmiano wtedy, gdy
ja nie chcę i gdy mi się nie podoba!
- Doprawdy? - ciągnął nieznajomy z większym niż dotąd spokojem. - A, to
najzupełniej słuszne.
I, wykręciwszy się na pięcie, zmierzał z powrotem ku bramie zajazdu,
gdzie stał jego osiodłany koń.
Lecz czyż d'Artagnan mógł puścić płazem takie drwiny? Porwał szpadę i popędził za nieznajomym, krzycząc:
- Obróć no się, obróć, panie wesoły, bo mogę cię przypadkiem uderzyć z tyłu.
- Ty chcesz mnie uderzyć! - odparł ten, naraz zwracając się do
młodzieńca szybko z miną zdziwioną, a zarazem wzgardliwą. - Zwariowałeś
widocznie, mój kochanku! - Potem dodał do siebie półgłosem: - Wielka
szkoda! Pyszny byłby nabytek dla Jego Królewskiej Mości, który ze
wszystkich stron szuka takich śmiałków do swoich muszkieterów.
Zaledwie dokończył te słowa, kiedy d'Artagnan tak gwałtownie na niego
natarł, że gdyby nagle w tył nie uskoczył, byłby prawdopodobnie żartował
po raz ostatni w swym życiu. Wtedy nieznajomy zrozumiał, że przechodzi
to już granicę żartów, dobył więc szpady i, przesadnie kłaniając się
przeciwnikowi, stanął w pogotowiu. Lecz w tejże chwili owi dwaj
słuchacze, wspomagani przez gospodarza, wpadli na d'Artagnana, z całych
sił łomocąc go kijami, pogrzebaczami i szczypcami kuchennymi. Napad ten
tak dalece postać rzeczy zmienił, że kiedy d'Artagnan odwrócił się, aby
stawić czoło temu gradowi pocisków, przeciwnik jego z tą samą przesadą
schował szpadę do pochwy, i z aktora walki, którym o mało co nie został,
stał się tylko widzem, i z roli tej wywiązując się ze zwykłą sobie
obojętnością, mruczał tylko przez zęby:
- Niech ich powietrze ogarnie, tych Gaskończyków! Wpakujcie go na tego
pomarańczowego konia i niechaj jedzie z Bogiem.
- Nie prędzej, aż cię zatłukę, nikczemniku! - wrzeszczał d'Artagnan, nie
ustępując ani kroku napastnikom, nacierającym na niego ze wszystkich
stron.
- Zawsze ta gaskonada! - mruknął szlachcic. O! Na honor, Gaskończycy
zawsze są niepoprawni. Kończcie już ten taniec, kiedy chce koniecznie.
On wam sam powie, jak będzie miał dosyć.
Ale nie wiedział, z jakim ma do czynienia zapaleńcem; d'Artagnan był z tych, co nie ustępują nikomu ani na krok. Walka trwała jeszcze kilka
chwil; na koniec, wyczerpany, upuścił szpadę, którą uderzenie kijów
przełamało na dwoje. Od innego znów uderzenia jednocześnie zraniony w czoło padł na wznak skrwawiony i prawie zemdlony.
Wtedy to właśnie nadbiegano ze wszystkich stron na miejsce, gdzie się ta
scena rozgrywała. Oberżysta, lękając się głośniejszej awantury,
przeniósł przy pomocy stajennych rannego do kuchni, gdzie go zaraz
opatrzono.
Szlachcic zaś wrócił na dawne miejsce u okna i z pewnym rozdrażnieniem
przypatrywał się tej tłuszczy, która jak by go gniewała niepomiernie.
- I cóż! Jak się miewa szaleniec? - zapytał, zwracając się do oberżysty,
który przyszedł go o zdrowie zapytać.
- Czy nic się Waszej Ekscelencji nie stało? - odezwał się oberżysta.
- Ja się zupełnie dobrze czuję, gospodarzu kochany, ale pytam właśnie,
co się dzieje z naszym młokosem.
- Lepiej mu już - odrzekł gospodarz - ale wprzód zupełnie omdlał.
- Doprawdy? - podchwycił szlachcic.
- Lecz przed zemdleniem, zebrawszy wszystkie siły, wymyślał i odgrażał
się panu.
- Toż to widocznie diabeł wcielony ten śmiałek! - zawołał nieznajomy.
- O nie, Ekscelencjo! On diabłem wcale nie jest - odparł oberżysta ze
skrzywieniem pogardliwym - bo, kiedy zrewidowaliśmy go, zanim odzyskał
przytomność, w zawiniątku jego znaleźli tylko jedną koszulę, a w torbie
marne dwanaście talarów; nie przeszkodziło mu to jednak przed zemdleniem
powiedzieć, że gdyby to było w Paryżu, pożałowałbyś pan tego zaraz, lecz
co się odwlecze, to nie uciecze.
- Więc to musi być jakiś przebrany książę - odrzekł nieznajomy chłodno.
- I ja tak myślę, dostojny panie - odrzekł oberżysta - i powinieneś się
mieć na baczności.
- A czy w gniewie jakiego nazwiska nie wymienił?
- I owszem, uderzał się po kieszeni i mówił: zobaczymy, co powie pan de
Treville na zniewagę, jaką wyrządzono jego protegowanemu.
- Pan de Treville? - podchwycił nieznajomy z przejęciem - uderzał się po
kieszeni, wymawiając nazwisko pana de Treville'a?... Słuchaj, gospodarzu,
pewny jestem, że nie omieszkałeś przetrząsnąć tej kieszeni, kiedy był
zemdlony. Co tam w niej było?
- List do pana de Treville'a, kapitana muszkieterów.
- Doprawdy?
- Tak, jak to powiedziałem Waszej Ekscelencji.
Oberżysta, zbytnią bystrością nieobdarzony, nie zauważył wyrazu, jaki
słowa jego wywołały na obliczu nieznajomego. Ten zaś, opuszczając okno,
o którego framugę był oparty, zmarszczył brwi z wyrazem niepokoju.
- Co u diabła? - syknął przez zęby - czyżby Treville nasłał mi tego
Gaskończyka? Młokos to co prawda! Pchnięcie szpady jednak nie przestaje
być pchnięciem bez względu na wiek tego, który je zadaje, a na dzieciaka
mniej się zwykle uważa niż na kogo innego!... Czyż nieraz drobna na pozór
przeszkoda nie pokrzyżowała wielkich zamiarów?
I nieznajomy pogrążył się w zamyśleniu.
- Słuchaj, gospodarzu - rzekł - czy nie mógłbyś uwolnić mnie od tego
zapaleńca? Co prawda, zabić go nie mogę, a jednak - dodał z groźnym
spokojem - a jednak zawadza mi. Gdzież on jest?
- W pokoju mojej żony, na pierwszym piętrze, opatrują go tam.
- Czy są przy nim łachmany jego i zawiniątko? Czy nie zdjął kaftana?
- Przeciwnie, w kuchni na dole wszystko to się znajduje. Lecz skoro panu
ten szaleniec zawadza.
- Bez wątpienia. Jest on w twoim zajeździe przyczyną awantury z ludźmi
przyzwoitymi. Wracaj do siebie, przygotuj rachunek i uprzedź mojego
służącego.
- Jak to! Pan już nas opuszcza?
- Widzisz to przecie, skoro dałem ci rozkaz osiodłać mego konia. Czy nie
zrobiono tego jeszcze?
- I owszem, i, jak to Wasza Ekscelencja mogła zauważyć, koń jego stoi w bramie, gotowy do podróży.
- Zrób zatem, co ci mówiłem.
U! - rzekł w duchu oberżysta - miałżeby on istotnie bać się tego
chłopaka?
Lecz groźne spojrzenie nieznajomego zbiło go z tropu. Skłonił się nisko
i wyszedł.
Nie trzeba, ażeby milady była przez tego dudka widziana - rzekł do
siebie nieznajomy - powinna była tu już niedługo nadjechać; spóźnia się
nawet trochę. Najlepiej będzie, gdy wsiądę na konia i pojadę na jej
spotkanie... Gdybym tylko mógł wiedzieć, co zawiera ten list do
Treville'a!
I mrucząc tak, skierował się do kuchni.
Oberżysta tymczasem, nie przypuszczając, by obecność młodego chłopca
wypędzała nieznajomego z zajazdu, zaszedł do swojej żony, gdzie zastał
d'Artagnana, już najzupełniej przytomnego. Dał mu tedy do zrozumienia,
iż mógłby mieć jaką nieprzyjemność z policją za szukanie przezeń
zaczepki z wielkim panem, gdyż, podług oberżysty, nieznajomy był
niezawodnie magnatem. Przekładając to wszystko, gospodarz oberży
wreszcie namówił go, tak że młodzieniec, pomimo osłabienia, powstał, by
w dalszą puścić się drogę. D'Artagnan, na pół ogłuszony, z obwiązaną
głową i bez kaftana, ruszył się z miejsca i, naglony przez gospodarza,
zwlókł się powoli ze schodów; lecz pierwszą osobą, którą spostrzegł,
wszedłszy do kuchni, był wróg jego, rozmawiający najspokojniej w świecie
przy drzwiczkach karety podróżnej, zaprzężonej w dwa wielkie konie
normandzkie.
Kobieta, z którą rozmawiał, a której główka wyglądała z okna pojazdu,
jak w ramki oprawna, mogła mieć dwadzieścia do dwudziestu dwóch lat
najwyżej.
Mówiliśmy już o tym, z jaką szybkością baczne oko d'Artagnana zdawało
sobie sprawę z każdego oblicza: więc od razu spostrzegł on też, że
kobieta jest młoda i piękna. Piękność ta tym więcej go uderzyła, iż nic
nie miała wspólnego z południową prowincją, gdzie dotąd zamieszkiwał.
Była to blondynka, blada, z długimi włosami w lokach, spadającymi na
cudne jej ramiona, o dużych a smętnych niebieskich oczach; ręce miała
śnieżnej białości, a usta jak świeżo rozkwitłą różę. Rozmawiała z nieznajomym, wielce ożywiona.
- Jego Eminencja zatem rozkazuje mi. - mówiła.
- Niezwłocznie powrócić do Anglii i donieść mi bezpośrednio, czy książę
wyjeżdżał z Londynu.
- A co do innych zleceń? - zapytała piękna podróżna.
- Są one zawarte w tym oto pudełku, które pani otworzy, ale dopiero po
tamtej stronie kanału.
- Dobrze... a co pan ze sobą zrobi?
- Ja wracam do Paryża.
- Nie ukarawszy tego zuchwałego chłopaka? - zapytała dama.
Nieznajomy zabierał się do odpowiedzi, lecz, zanim usta otworzył,
d'Artagnan, który słyszał to wszystko, skoczył i stanął na progu.
- Oto jest właśnie ten zuchwały chłopak, który sam innych karze! -
zawołał - a jak na teraz mam nadzieję, że ten, którego ukarać powinien,
nie wymknie mu się jak za pierwszym razem.
- Czy tak? - odparł nieznajomy, marszcząc brwi.
- Nie, nie śmiałbyś wobec kobiety uciekać, tak przypuszczam
przynajmniej.
- Zastanów się! - krzyknęła milady, widząc, że szlachcic już chwyta za
szpadę - pomyśl, że najmniejsza zwłoka wszystko może zgubić.
- Masz słuszność - zawołał - jedźmy więc, każde w swoją stronę!
I skinąwszy jej głową na pożegnanie, skoczył na konia, a jednocześnie
woźnica karety śmignął potężnie batem nad swoim zaprzęgiem. Ruszyli
galopem, każde z nich pędząc w przeciwnym kierunku.
- Hej! Hej! A rachunek niezapłacony! - wrzeszczał gospodarz, którego
względy dla podróżnego we wzgardę się zamieniły, na widok, że odjeżdża,
nie zapłaciwszy należności.
- Zapłać, gamajdo! - krzyknął w pełnym galopie podróżny na swego
pachołka, który, rzuciwszy kilka sztuk srebra pod nogi oberżysty,
podążył za swoim panem.
- A łotr! A łajdak szlachcicem podszyty! - krzyczał d'Artagnan, goniąc
za obydwoma.
Lecz ranny nie odzyskał jeszcze na tyle sił, ażeby wytrzymać podobne
wstrząśnienia. Zaledwie ubiegł kilka kroków, poczuł szum w uszach, świat
zawirował mu przed oczami, nareszcie krwawa chmura zasłoniła mu oczy, i padł na środku drogi, wołając jeszcze:
- Podły! Podły! Podły!...
- To prawda, że podły - mamrotał oberżysta, podszedłszy do d'Artagnana i próbując jemu się teraz przypodobać i pogodzić się z biedakiem, jak owa
czapla w bajce ze ślimakiem.
- Podły! Podły! - powtarzał d'Artagnan - ale ona bardzo piękna!
- Co za ona? - zapytał oberżysta.
- Milady - wybełkotał d'Artagnan i zemdlał po raz drugi.
- A! I tej milady nie mam - rzekł do siebie gospodarz - ha! Chociaż ten
mi pozostaje z pewnością, na kilka dni co najmniej. W każdym razie
jedenaście talarów zysku.
Wiadomo, że suma taka znajdowała się w sakiewce d'Artagnana.
Oberżysta liczył na jedenaście dni choroby, czyli po talarze na dobę.
Ale osoby chorego nie wziął wcale w rachubę.
Nazajutrz o piątej z rana d'Artagnan podniósł się, zszedł sam do kuchni,
zażądał, prócz innych rzeczy, których spis nie doszedł do nas, wina,
oliwy, rozmarynu, i, z receptą matczyną w ręce sporządził sobie balsam,
którym liczne rany swoje namaściwszy, sam je opatrywał, nie chcąc
dopuścić żadnego lekarza. Dzięki zbawiennym skutkom balsamu cygańskiego,
a być może i nieobecności lekarzy, stanął na nogi jeszcze tego wieczora,
a nazajutrz był już prawie wyleczony.
Kiedy przyszło płacić za rozmaryn, wino i oliwę, jedyny wydatek jego,
sam bowiem dietę najściślejszą zachował, gdy przeciwnie żółty konik, jak
dowodził oberżysta, zjadł trzy razy więcej, niż przypuścić było można,
d'Artagnan znalazł wprawdzie w kieszeni swój podarty woreczek aksamitny
z jedenastoma talarami, lecz list, adresowany do pana de Treville'a,
zniknął bez śladu. Począł więc z największą cierpliwością poszukiwać
listu, po dwadzieścia razy wywracał kieszenie, szperał po mniejszych
kieszonkach, grzebał w zawiniątku, otwierał i zamykał woreczek; ale,
skoro nabrał przekonania, że trzeba list uważać za stracony, wpadł w trzeci paroksyzm gniewu, co omal znów nie spowodowało powtórnego użycia
wina i oliwy rozmarynowej; bo na widok tego zapaleńca, grożącego, że
wszystko, co w domu napotka, w drobne kawałki potłucze, jeżeli listu nie
znajdzie, gospodarz znowu pochwycił za oszczep, połowica jego za miotłę,
a parobcy za kije, te same, które poprzedniego dnia były w robocie.
- List! Mój list polecający! - krzyczał d'Artagnan - albo klnę się, że
wszystkich nadzieję na szpadę jak jarząbki na rożen.
Nieszczęściem jednak, okoliczność pewna sprzeciwiała się spełnieniu tej
groźby, bo w pierwszej walce szpada jego, jak mówiliśmy, została złamana
na dwoje, o czym najzupełniej zapomniał. Z tego wynikło, że gdy
d'Artagnan chciał ją z pochwy wydobyć, znalazł się uzbrojony, lecz tylko
w odłamek na sześć czy osiem cali długi, który, gospodarz najstaranniej
wsunął mu do pochwy, resztę klingi obciętej dla siebie sprzątnął i potem
na szpikulec obrócił.
Prawdopodobnie jednak rozczarowanie to nie byłoby powstrzymało młodego
zapaleńca, gdyby nie uwaga, uczyniona przez oberżystę, że gość jego
słusznie tak ubolewa nad utratą listu:
- Ale to prawda - odezwał się, opuszczając oszczep - gdzie może być ten
list?
- Tak, gdzie ten list? - krzyczał d'Artagnan. - Powiadam wam, że to list
do pana de Treville'a i musi się znaleźć, już on na to poradzi! No! On
na to poradzi!...
Groźba ta ostatecznie opamiętała oberżystę. Bo po królu i kardynale pan
de Treville był człowiekiem, którego imię najczęściej powtarzali zarówno
wojskowi, jak i mieszczanie. Wprawdzie ojciec Józef żył jeszcze, lecz
imię jego po cichu tylko wymawiano, taką grozą przejmowała szara
Eminencja, jak nazywano samego kardynała. Odrzuciwszy więc oszczep na
stronę i zalecając żonie, aby to samo uczyniła z miotłą, a parobkom z kijami, oberżysta pierwszy dał przykład szukania zatraconego listu.
- Czy ten list zawiera coś ważnego? - spytał po chwili nadaremnych
szperań.
- Spodziewam się! - krzyknął Gaskończyk, który miał nadzieję utorować
nim sobie drogę do dworu - list ten stanowi o moim losie.
- Może w nim były obligi hiszpańskie? - pytał zaniepokojony oberżysta.
- Obligi na osobisty skarbiec królewski - odparł d'Artagnan, który,
obiecując sobie za pomocą listu wejść do służby Jego Królewskiej Mości,
sądził, iż śmiało mógł tak odpowiedzieć.
- Tam, do diabła! - jęknął zrozpaczony oberżysta.
- Mniejsza o to - kończył d'Artagnan z zacięciem, cechującym jego
pochodzenie - pieniądze to jeszcze nic! Wolałbym tysiąc pistolów stracić
aniżeli to pismo.
Tak samo mógł powiedzieć o dwudziestu tysiącach, lecz wstrzymała go
nieśmiałość młodzieńcza.
Zmożonemu poszukiwaniami oberżyście nagła myśl strzeliła do głowy.
- Ten list wcale nie zginął! - zawołał.
- A! - odezwał się d'Artagnan.
- Nie, on tylko został zabrany.
- Zabrany! A to przez kogo?
- A przez tego wczorajszego szlachcica. On był w kuchni, i to sam jeden,
a kaftan pański tam leżał. Założyłbym się, że to on ukradł.
- Tak myślisz? - odparł d'Artagnan, słabo jednak przekonany, bo lepiej
niż kto inny znał rzeczywistą doniosłość listu i nie widział w nim nic
takiego, coby mogło obudzić cudzą pożądliwość. Bo cóż by kto, czy to z pachołków, czy spodróżnych, zyskać mógł na posiadaniu tego świstka.
- Mówisz zatem - ciągnął d'Artagnan - iż tego grubiańskiego szlachcica
posądzasz...
- Mówię panu, bo pewny tego jestem - kończył oberżysta. - Kiedy mu
oznajmiłem, że Wasza dostojność jest protegowanym pana de Treville'a i że nawet posiadasz list do tego znakomitego męża, wielce się
zaniepokoił, pytając, gdzie może list ten się znajdować, po czym
niezwłocznie udał się do kuchni, gdzie leżał pański kaftan.
- Więc to on jest tym złodziejem, który mnie okradł - odparł d'Artagnan
- poskarżę ja się panu de Treville'owi, a ten królowi się poskarży. -
Potem, z miną majestatyczną, wydobył z kieszeni dwa talary i dał je
oberżyście, który z kapeluszem w ręce do drzwi go odprowadził. Tam
d'Artagnan dosiadł żółtego rumaka, który bez żadnego już wypadku doniósł
go do bramy Świętego Antoniego w Paryżu, gdzie został sprzedany przez
swego właściciela za trzy talary, co znaczyło, że zapłacony był dobrze,
bo d'Artagnan pędził go niemiłosiernie, od ostatniego popasu. Nie
ukrywał też handlarz koni, który go nabył, że sumę taką daje tylko dla
niezwykłej jego maści.
Teraz bez konia wszedł d'Artagnan do Paryża piechotą, z węzełkiem pod
pachą, i póty chodził, aż znalazł pokoik do wynajęcia, odpowiedni do
szczupłych jego funduszów. Siedziba ta była rodzajem poddasza, przy
ulicy Grabarzy, w pobliżu Luksemburga. Skoro tylko dał zadatek, zajął
swoje mieszkanie i resztę dnia przepędził na zaszywaniu kaftana i naszywaniu spodni galonami, które matka odpruła od kaftana starego pana
d'Artagnana, i dała mu po kryjomu. Następnie udał się na bulwar de la
Ferraille po nową klingę do szpady; zawrócił potem do Luwru, aby się
wywiedzieć od pierwszego lepszego muszkietera, gdzie się znajduje dom
pana de Treville'a, a dom ten, jak usłyszał, stał przy ulicy Gołębiej,
to jest w bliskim sąsiedztwie siedziby d'Artagnana, co poczytał tenże za
dobrą wróżbę dla przyszłych swych losów.
I, zadowolony z zachowania swego w Meung, bez wyrzutów sumienia z przeszłości, ufny w teraźniejszość i pełen nadziei na przyszłość, legł
na posłaniu i zasnął snem sprawiedliwego. Czysto parafiański jeszcze sen
ów wytrzymał go do godziny dziewiątej z rana, zerwał się więc szybko
d'Artagnan, by podążyć do sławnego pana de Treville'a, trzeciej osoby w królestwie, według klasyfikacji pana d'Artagnana ojca.
Rozdział II
Przedpokój pana de Treville'a
Pan de Troisville, jak mieniła się rodzina jego w Gaskonii, albo de
Treville, jak wreszcie sam się przezwał w Paryżu, zaczynał tak samo jak
d'Artagnan, czyli bez grosza przy duszy, ale z zapasem śmiałości,
dowcipu i sprytu, które sprawiają, iż najuboższy szlachetka gaskoński,
otrzymując je w spuściźnie po przodkach, bogatszy się staje niż
najzamożniejszy szlachcic z Perigord, dziedziczący dostatki po swoim
rodzicu. Zuchwały, nieustraszony, szczęśliwy dzięki wypadkom, które jak
grad padały w owych czasach, wyniesiony na szczyt stromej drabiny, jaka
się zwie łaską u dworu, za pomocą również wypadków, po cztery szczeble
przeskakiwał na niej od razu.
Był przyjacielem króla, który, jak wiadomo, czcił niezmiernie pamięć
ojca swego Henryka IV. Ojciec pana de Treville'a służył mu wiernie w wojnach przeciwko Lidze, tak że przy braku gotówki, a brakło jej przez
całe życie Henrykowi Berneńczykowi, który zwykle płacił długi jedyną
monetą, jakiej pożyczać nie potrzebował nigdy, to jest własnym dowcipem,
przy braku zatem gotówki dla wynagrodzenia mu zasług król upoważnił go,
po poddaniu się Paryża, do wzięcia sobie na herb lwa złotego na
czerwonej tarczy, z godłem fidelis et fortis. Zaszczytu wiele, lecz
korzyści materialnych za mało trochę. Kiedy też znakomity towarzysz
wielkiego Henryka zmarł, zostawił w spadku synowi tylko godło i szpadę.
Dzięki tej podwójnej spuściźnie, z dodatkiem nieskazitelnego imienia,
pan de Treville przypuszczony został do dworu młodego księcia, gdzie,
wierny godłu swemu, tak dzielnie szpadą mu służył, że Ludwik XIII, jeden
z lepszych szermierzy swego królestwa, mawiał, iż gdyby miał
przyjaciela, któremu przyszłoby pojedynkować się, radziłby mu wziąć na
świadka najpierw Ludwika, a potem pana de Treville'a, a nawet może
wpierw jeszcze wybrałby tego ostatniego.
Miał też Ludwik XIII szczere przywiązanie do pana de Treville'a,
przywiązanie królewskie wprawdzie, samolubne, ale bądź co bądź, zawsze
przywiązanie. Bo w owych nieszczęsnych czasach starano się usilnie
otaczać takimi ludźmi jak pan de Treville.
Wielu bowiem mogło szczycić się godłem: silny, lecz mało szlachty
mogło zasłużenie nosić dewizę: wierny. Do ostatnich jednak należał de
Treville. Był to człowiek nietuzinkowy, z posłuszeństwem psa, odwagą
ślepą, okiem bystrym i potężną dłonią, któremu wzrok dany był jak by
tylko po to, aby dojrzeć niezadowolenie królewskie z jakiej osoby, a ręka, aby winowajcę uderzyć, chociażby nim byli: Besme, Maurevers,
Poltrot, de Mere czy Vitry. Potrzeba mu było tylko sposobności; czyhał
na nią i obiecywał sobie ją pochwycić choćby za jeden włosek, skoro
nawinęłaby się mu pod rękę.
Zrobił go też król wodzem muszkieterów, którzy w przywiązaniu,
posuniętemu do fanatyzmu, byli dla Ludwika XIII tym, czym przyboczna
straż dla Henryka III, a straż szkocka dla Ludwika XI.
Kardynał zaś i pod tym względem nie chciał ustępować królowi. Gdy ujrzał
tych groźnych wybrańców, którymi otoczony był Ludwik XIII, zapragnął
także straż swoją posiadać. Miał więc i on swoich muszkieterów, i można
było widzieć, jak dwie te, współzawodniczące ze sobą potęgi, w poczet
swój ze wszystkich prowincji francuskich, a nawet spod cudzoziemskich
rządów, rekrutowały ludzi, sławnych z dzielności rycerskiej. Król też i kardynał często wieczorami, przy szachach, wszczynali sprzeczki o zalety
swoich obrońców.
Jak jeden, tak drugi wychwalali postawę i męstwo tych, którzy należeli
do niego; i obaj, potępiając w zasadzie pojedynki i burdy, sami
podżegali ich z cicha do zaczepek, odczuwając prawdziwy żal lub radość
niepomierną z porażki lub zwycięstwa swoich ludzi. Tak przynajmniej
głoszą pamiętniki człowieka, który w zapasach tych pokonany bywał
czasami, lecz najczęściej stawał się zwycięzcą.
Treville, poznawszy słabą stronę swego pana, zawdzięczał tej
przebiegłości długotrwałą i niezmierną łaskę króla, który nie pozostawił
po sobie pamięci zbyt wiernego w przyjaźni. Wiedząc, czym się
przypodobać Ludwikowi, popisywał się filuternie swymi muszkieterami
przed kardynałem Armandem Duplessisem, na co jeżyły się złością siwe
wąsiki Jego Eminencji.
Treville pojmował należycie ducha swojej epoki, kiedy się żyło kosztem,
jeżeli nie swoim, to własnych ziomków: żołnierze jego był to legion
diabłów, jemu tylko ulegli, dla niego tylko znający karność.
Rozczochrani, podpici, pokiereszowani, muszkieterowie króla, a raczej
pana de Treville'a, rozpraszali się po szynkach, spacerach, miejscach
publicznych, hałasując, podkręcając wąsa, brzęcząc ostrogami, z rozkoszą
bezgraniczną potrącając straż kardynalską, przy pierwszym spotkaniu i pośrodku ulicy dobywając szpady z żarcikami nieskończonymi, bo pewni
byli, że w razie śmierci opłakiwani i pomszczeni zostaną niechybnie;
często nawet zabijali przeciwników z najzupełniejszym spokojem, wiedząc
dobrze, iż za to nie zgniją w więzieniu, był bowiem jeszcze pan de
Treville, który umiał się za nimi wstawić. Jakże też go na wszystkie
tony wychwalali ci ludzie, jak go uwielbiali, i choć przeważnie nicponie
i włóczęgi, drżeli przed nim jak żaki przed nauczycielem, posłuszni na
każde skinienie, gotowi dać się zabić, byleby oczyścić się przed nim z najmniejszego zarzutu.
Używał on też tej dźwigni potężnej, najpierw dla króla i jego
stronników, potem dla siebie i swoich przyjaciół. Zresztą w żadnym z ówczesnych pamiętników, a niemało ich pozostało, nie ma śladu
najmniejszego zarzutu przeciw temu zacnemu szlachcicowi, nawet ze strony
jego nieprzyjaciół, których liczył sporo pomiędzy ludźmi zarówno pióra,
jak i broni. Przy genialnych zdolnościach do intryg, stawiających go na
równi z najpotężniejszymi, pozostał człowiekiem uczciwym. Co więcej,
pomimo cięć, które szpecą ciało, i ciężkich ćwiczeń, które je nużą, stał
się jednym z najpożądańszych gości w towarzystwach kobiecych,
najwykwintniejszym zalotnikiem i najwyrafinowańszym dowcipnisiem swojego
czasu; mówiono o zwycięstwach buduarowych Treville'a tak jak przed
dwudziestu laty o Bassompierze, a to znaczyło nie mało. Dowódca
muszkieterów był zatem podziwiany; lękano się go i kochano zarazem, co
stanowi najwyższy szczyt powodzenia ludzkiego.
Ludwik XIV pochłaniał mniejsze gwiazdy dworu w promieniach swojej
jasności; ojciec jego zaś, jako słońce pluribus impar, pozostawiał
blask osobisty każdemu z ulubieńców swoich, każdemu z dworzan własną
jego wartość. Oprócz przyjęć porannych u króla i kardynała liczono owego
czasu w Paryżu dwieście przeszło innych, także poszukiwanych. Pomiędzy
nimi najbardziej ubiegano się o przyjęcie u Treville'a.
Dziedziniec jego pałacu przy ulicy du Vieux-Colombier podobny był do
obozu, latem już od godziny szóstej z rana, zimą od ósmej.
Pięćdziesięciu do sześćdziesięciu muszkieterów luzowało się tam ciągle,
aby każdy widział ich w tak potężnej liczbie, a przy tym zbrojnych
zawsze i gotowych na wszystko. Wzdłuż wielkich schodów, w których klatce
dzisiejsza cywilizacja dom cały zbudować by mogła, mijali się
bezustannie ci i owi interesanci paryscy, przychodzący z przeróżnymi
prośbami, szlachta z prowincji, pragnąca być przyjęta w poczet
muszkieterów, i służba wszelkiej barwy, wygalowana, przynosząca panu de
Treville'owi listy od swoich panów. W przedpokoju na ławkach pod
ścianami rozsiedli się wybrańcy raczej niż ci, co zostali wezwani. Od
rana do wieczora było tam gwarno, a tymczasem pan de Treville przyjmował
wizyty w gabinecie obok przedpokoju, słuchał zażaleń, wydawał rozkazy,
i, jak królowi na balkonie w Luwrze, tak jemu dość było stanąć w oknie,
ażeby odbyć przegląd ludzi swoich i broni.
W dniu, kiedy znalazł się tam d'Artagnan, zebranie było imponujące,
zwłaszcza dla parafianina, przybyłego z prowincji; co prawda, był on
Gaskończykiem, a w owych czasach szczególniej jego ziomkowie nie tracili
przy byle czym swej junackiej fantazji. Lecz wejście to onieśmieliłoby
niejednego. Po przedostaniu się przez ciężką, wielkimi gwoździami
nabijaną bramę, wpadało się od razu pomiędzy zbrojne zastępy, snujące
się po dziedzińcu, wyzywające się na słowa, sprzeczające się i swawolące
zarazem wesoło. By utorować sobie przejście pośród tych fal wirujących,
trzeba było być oficerem, wielkim panem lub ładną kobietą.
Owoż pośród takiej wrzaskliwej zgrai i zamieszania przebijał się
młodzieniec nasz z sercem bijącym, długi rapier swój przyciskając do
chudych nóg, rękę trzymając przy kapeluszu, z półuśmiechem, zwykłym u parafianina, chcącego dodać sobie pewności. Gdy się przez jedną gromadkę
przecisnął, oddychał wtedy swobodniej; lecz czuł, że oglądano się za
nim, i po raz pierwszy w życiu, on, który dobre miał dotąd wyobrażenie o sobie, śmiesznym się sobie wydawał.
Gorzej było jeszcze, gdy doszedł do schodów: na pierwszych stopniach
stało czterech muszkieterów, fechtujących się ze sobą dla rozrywki, a dziesięciu czy dwunastu ich towarzyszy, zajmując platformę schodową,
oczekiwało na swoją kolej w szermierce.
Z czterech pierwszych jeden, stojąc ze szpadą w ręce na wyższym stopniu
schodów, nie pozwalał trzem innym bliżej podejść.
Ci trzej zaś z prawdziwą zręcznością napadali na niego szpadami.
D'Artagnan wziął zrazu broń tę za florety z gałkami, lecz przekonał się
wkrótce po zadraśnięciu, że broń to była spiczasta i wyostrzona
należycie, a za każdym zadraśnięciem nie tylko widzowie, lecz i szermierze sami śmiali się jak szaleni.
Stojący na wyższym stopniu, z zadziwiającą zręcznością trzymał
przeciwników swoich w oddaleniu.
Otoczono ich kołem: warunek był taki, że ugodzony winien był odstąpić od
partii. W ciągu pięciu minut trzech było draśniętych, jeden w rękę,
drugi w brodę, trzeci zaś po uchu, przez obrońcę schodów, który w tych
ćwiczeniach pozostał bez najmniejszego szwanku. Zręczność ta dawała mu
prawo, według umowy, po trzykroć z kolei bronić swojego stanowiska.
Jakkolwiek d'Artagnan postanowił nie dziwić się byle czemu,
przeczuwając, iż zobaczy wiele rzeczy zupełnie nowych dla siebie,
rozrywka ta zastanowiła go jednak; widział on na prowincji swojej, gdzie
głowy są tak gorące, dużo ćwiczeń szermierczych, lecz gaskonada tych
czterech fechtmistrzów najdoskonalszą mu się wydała, o jakiej usłyszeć
kiedykolwiek mógł nawet w Gaskonii. Zdawało mu się więc, że przeniesiony
jest w owe bajeczne kraje olbrzymów, gdzie ongi dostał się Guliwer. A jednak nie na tym koniec: pozostawały mu jeszcze platforma i przedpokój.
Tam już się nie bito, lecz opowiadano sobie anegdoty o kobietach, w przedpokoju zaś dworskie historyjki. Na platformie rumieniec wystąpił na
lica d'Artagnana, w przedpokoju młodzieniec zadrżał.
Wyobraźnia jego, rozbudzona i nieokiełznana, która czyniła go postrachem
dla dziewcząt pokojowych, a niekiedy i dla młodych ich pań, w chwilach
szału nawet nie śniła tych cudów miłosnych i zwycięstw, spotęgowanych
najbardziej znanemi imionami i najjaskrawszymi szczegółami; lecz jeżeli
obyczajność jego zadraśnięta została na platformie schodów, w przedpokoju jego szacunek dla kardynała nadwerężony został niesłychanie.
Tam ze zdumieniem usłyszał głośną krytykę polityki, która trzęsła całą
Europą, życie zaś prywatne kardynała, za roztrząsanie którego tylu
możnych i wielkich ukaranych już było, życie tego wielkiego człowieka,
tak czczonego przez pana d'Artagnana ojca, tutaj służyło za pośmiewisko
muszkieterom pana de Treville'a, którzy szydzili z jego pałąkowatych nóg
i wypukłych pleców, a nawet śpiewali piosnki o pani d'Aiguillon, jego
kochance, o siostrzenicy, pani de Combalet, gdy inni znowu namawiali się
przeciw paziom i straży przybocznej księcia-kardynała.
Jednakże, gdy niechcący imię królewskie wyrwało się komuś niespodzianie
wśród tego kardynalskiego bigosu, wnet jakby knebel zamykał na chwilę
drwiące usta; spoglądano z wahaniem dokoła, jakby się lękając, aby nie
zdradziła ściana, dzieląca ich od gabinetu pana de Treville'a; wkrótce
też najmniej znaczące słówko zwracało rozmowę na Jego Eminencję i koncepty zaczynały się na nowo, nie szczędząc światła dla wszystkich
jego postępków.
O! Wszyscy ci niezawodnie pójdą do więzienia, a potem na szubienicę -
myślał ze zgrozą d'Artagnan - a może i ja z nimi razem, bo skoro ich
słuchałem i słyszę, uważany będę za ich wspólnika. Co by na to mój
ojciec powiedział, on, który mi cześć dla kardynała tak usilnie zalecał,
co by powiedział, gdyby mnie zobaczył w tej pogańskiej kompanii?
Nikt o tym powątpiewać nie będzie, iż d'Artagnan nie ośmielił się
wmieszać do rozmowy; otworzył tylko oczy i uszy, pięć zmysłów chciwie
wytężając, aby pochwycić wszystko i, pomimo zaleceń ojcowskich, czuł w sobie ochotę nie ganić, lecz raczej chwalić rzeczy niesłychane, które
się tam odbywały.
Ponieważ jednak obcy był zupełnie tej zgrai dworaków pana de Treville'a i po raz pierwszy go tam widziano, zapytano zaraz, czego chce. Na
zapytanie to d'Artagnan skromnie wymówił swoje nazwisko, przekonawszy o pochodzeniu swym, jako ich współziomka, i prosił pokojowca, który go
właśnie pytał, aby dlań zachował chwilę posłuchania u pana de
Treville'a, co tenże przyrzekł uczynić we właściwym czasie.
Przyszedłszy trochę do siebie z pierwszego oszołomienia, d'Artagnan
począł rozglądać się swobodniej, badając po trosze ubiory i twarze.
Punkt środkowy najbardziej ożywionej gromadki stanowił muszkieter
wzrostu wysokiego, z obliczem wyniosłym i w dziwacznym stroju, który
zwracał ogólną uwagę.
Nie miał na sobie kaftana, przepisanego regułami, co zresztą nie było
obowiązujące w owej epoce, w owych czasach nie tyle swobody, ile
niezależności. Miał na sobie obcisły żupan błękitny, wyblakły i wytarty
nieco, na którym połyskiwała wspaniała szarfa szeroka, haftowana złotem
i mieniąca się blaskiem jak powierzchnia wody na słońcu. Płaszcz
aksamitny karmazynowy z wdziękiem opuszczał mu się z ramion, z przodu
odsłaniając tylko świetną szarfę, przy której zwieszał się ogromny
rapier.
Muszkieter powracał właśnie z warty i skarżył się, iż jest mocno
zakatarzony, kaszląc od czasu do czasu z przesadą. Okrył się też dlatego
płaszczem, jak głosił dokoła, a mówiąc to z miną wyniosłą, dumnie
pokręcał wąsa, gdy tymczasem podziwiano z zapałem szarfę haftowaną, a d'Artagnan podziwiał jeszcze więcej niż wszyscy.
- Cóż chcecie - mówił muszkieter - moda taka nastaje; wiem, że to
głupstwo, ale modne. Zresztą trzeba przecież użyć na coś pieniędzy z rodzinnej sukcesji.
- O, Porthosie! - wykrzyknął jeden z obecnych - nie próbuj nawet
wmówić nam, iż szarfa ta z rodzicielskiej hojności ci się dostała;
prędzej ci ją ofiarowała ta zakwefiona dama, z którą spotkałem cię
zeszłej niedzieli przy bramie Świętego Honoriusza.
- Nie, na honor, słowo szlacheckie daję, iż sam ją kupiłem za własne
pieniądze - odparł ten, którego Porthosem nazwano.
- Tak - odezwał się inny muszkieter - tak samo jak ja kupiłem ten
woreczek nowy za to, co moja luba włożyła mi do starego.
- Mówię prawdę - podchwycił Porthos - a dowód najlepszy, że powiem wam,
ile za nią zapłaciłem: dwanaście pistolów.
Zachwyt spotęgował się, wątpliwość jednak pozostała jeszcze.
- Wszak prawda, Aramisie? - zapytał Porthos, zwracając się do innego
muszkietera.
Ten stanowił najzupełniejszy z nim kontrast. Był to chłopiec młody,
dwudziestu dwóch do trzech lat zaledwie, z obliczem łagodnym i niewinnym, ze słodkim spojrzeniem czarnych oczu, z twarzą różową i zdobną w lekki puszek jak brzoskwinia w jesieni. Zgrabny wąsik rysował
mu nad ustami linię najregularniejszą; ręce jakby się obawiały opuszczać
ku dołowi, by na nich
nie nabrzmiały żyły; od czasu do czasu szczypał się w uszy dla
utrzymania na nich lekkiego i przejrzystego szkarłatu. Mówił zazwyczaj
mało i powoli, kłaniał się często, śmiał się głośno, pokazując piękne
zęby, o które, jak i o całą swą osobę, widocznie dbał niepomiernie.
Na pytanie przyjaciela odpowiedział potwierdzającem skinieniem głowy.
Potwierdzenie to jednak jakby bardziej jeszcze umacniało wszelkie
powątpiewania co do szarfy; podziwiano ją ciągle, lecz nie mówiono już o niej, a rozmowa przeszła na inny przedmiot.
- Co myślicie o opowiadaniu koniuszego pana de Chalaisa? - zapytał inny
znowu muszkieter, nie zwracając się do nikogo wyłącznie, lecz do
wszystkich w ogólności.
- A cóż on opowiada? - zapytał Porthos tonem wyniosłym.
- Opowiada, iż spotkał w Brukseli Rocheforta, tę duszę kardynałowi
zaprzedaną, a spotkał go w przebraniu kapucyńskim, dzięki któremu
oszukał tego dudka, pana de Laiguesa.
- Prawdziwego dudka - wtrącił Porthos - ale czy to pewne?
- Dowiedziałem się o tym od Aramisa - odparł muszkieter.
- Doprawdy?
- E! Wiesz przecie sam o tym, Porthosie - odezwał się Aramis - wczoraj
ci to opowiadałem, nie mówmy już o tym.
- Nie mówmy już o tym? Tak sądzisz? - odparł Porthos. - Nie mówmy! O! Ty
diablo szybko załatwiasz się ze wszystkim! Jak to? Kardynał każe
szpiegować szlachcica, przejmować korespondencję jego przez zdrajcę,
rozbójnika, wisielca, przez tego szpiega; i dla owej korespondencji
ścinają głowę panu de Chalaisowi, pod głupim pozorem, że chciał zabić
króla, i brata królewskiego ożenić z królową?... Dotąd... nikt ani trochę
nie rozumiał tej zagadki, tyś ją odkrył nam wczoraj, z wielkim dla nas
wszystkich zadowoleniem, a kiedy jeszcze nie możemy opamiętać się ze
zdziwienia, dzisiaj powiadasz: nie mówmy już o tym!
- Ha! To mówmy, kiedy sobie tego życzysz - odparł z całą cierpliwością
Aramis.
- O! Gdybym był koniuszym tego biedaka de Chalaisa! - zawołał Porthos -
Rochefort miałby się z pyszna ode mnie.
- A ty od Czerwonego księcia - zauważył Aramis.
- A! Czerwony książę! Brawo! Brawo! - podchwycił Porthos, klaszcząc w dłonie i przytakując głową. - Pyszny jest ten Czerwony książę. Puszczę
ja twój koncept w obieg, możesz być tego pewny. Jakiż ten Aramis
dowcipny! Co za szkoda, żeś nie poszedł za swoim powołaniem, rozkoszny
byłby z ciebie księżulek.
- O! To tylko chwilowa zwłoka - odparł Aramis - wiesz przecie dobrze, że
nie przestaję uczyć się teologii.
- Prędzej czy później stanie się tak, jak mówi - dodał Porthos
potakująco.
- Prędzej - podchwycił Aramis.
- On tylko na jedną rzecz czeka, która by go skłoniła ostatecznie do
przywdziania sutanny - odezwał się jeden z muszkieterów.
- A na cóż czeka? - zapytał inny.
- Na to, aż królowa obdarzy spadkobiercą Koronę francuską.
- Nie żartujmy z tego, panowie - rzekł Porthos - królowa, dzięki Bogu,
jest w tym wieku, że może Francję obdarzyć potomkiem.
- Mówią, że pan de Buckingham jest we Francji - odparł Aramis z przebiegłym uśmieszkiem, który tym, na pozór zwyczajnym zupełnie słowom,
nadał podejrzane trochę znaczenie.
- Aramisie, mylisz się tym razem, mój przyjacielu - przerwał mu Porthos
- żyłka dowcipkowania za daleko cię ponosi. i gdyby cię usłyszał pan de
Treville, przekonałby cię, że bardzo nie w porę żartujesz.
- Cóż to? Chcesz mi dawać nauki? Porthosie! - krzyknął Aramis, a w jego
łagodnych oczach zapłonęły błyskawice.
- Mój drogi, bądźże muszkieterem albo opatem, ale nigdy jednym i drugim
jednocześnie - odpowiedział Porthos.
- Powiem, co ci Athos kiedyś powiedział: ty jadasz ze wszystkich żłobów.
O! Nie gniewaj się, proszę. byłoby to daremne, wiesz przecie, jaką umowę
mamy między sobą, ty, Athos i ja. Ty chodzisz do pani d'Aiguillon i umizgasz się do niej; bywasz także u pani Bois-Tracy, krewnej pani de
Chevreuse, i powiadają, iż bardzo posunięty jesteś w łaskach u tej pani.
O! Nie przyznawaj się do swego szczęścia, nikt tajemnicy twojej nie
żąda, bo znana jest twoja delikatność. Skoro jednak posiadasz tę cnotę,
czemuż, u diabła, nie robisz z niej użytku i względem Jej Królewskiej
Mości. Niech kto chce i jak chce zajmuje się królem i kardynałem; lecz
królowa jest świętością, i jeżeli mówić o niej, to mówić dobrze.
- Porthosie, jesteś przesadny i zarozumiały jak Narcyz, ostrzegam cię -
odrzekł Aramis - morałów nienawidzę, chyba tylko, gdy Athos je prawi. Co
do ciebie, mój drogi, zanadto wspaniałą masz szarfę, abyś w tej sztuce
moralizatorskiej był mocny. Będę opatem, jeśli mi się spodoba; tymczasem
jednak jestem muszkieterem; a z tej racji mówię, co mi się podoba, a obecnie podoba mi się powiedzieć, że niecierpliwisz mnie.
- Aramisie!
- Porthosie!
- E! Panowie! Panowie!... - zawołano ze wszystkich stron.
- Pan de Treville czeka na pana d'Artagnana - odezwał się pokojowiec,
otwierając drzwi do gabinetu.
Na słowa te, przy których drzwi zostały otwarte, wszyscy zamilkli, i,
wśród tej ciszy ogólnej, młody Gaskończyk przeszedł całą długość
przedpokoju i stanął przed wodzem muszkieterów, z całego serca winszując
sobie, że w samą porę uniknął końca tej osobliwej sprzeczki.
Rozdział III
Posłuchanie
Pan de Treville był właśnie w jak najgorszym usposobieniu; pomimo to
grzecznie powitał młodzieńca, który skłonił mu się do ziemi i uśmiechnął
się na przemówienie jego, w którym akcent berneński przypomniał mu
młodość i kraj jego; wspomnienie to zawsze miłe jest każdemu
człowiekowi. Jednocześnie jednak, podchodząc do przedpokoju, skinął w stronę d'Artagnana ręką, jakby prosił go o pozwolenie załatwienia się z innymi, zanim wda się z nim w rozmowę, i zawołał po trzykroć, a za
każdym razem głos potęgując, przechodził z tonu rozkazującego w mocno
zagniewany.
- Athos! Porthos! Aramis!...
Dwaj muszkieterowie, z którymi zawarliśmy już znajomość, wysunęli się z gromadki, a skoro próg gabinetu przestąpili, drzwi zaraz się za nimi
zamknęły. Postawa ich, jakkolwiek niezbyt pewna siebie, wyrazem pełnym
godności i uszanowania w zachwyt wprawiła d'Artagnana, który półbogów
widział w tych ludziach, a w wodzu ich Jowisza olimpijskiego, zbrojnego
we wszystkie pioruny.
Kiedy już dwaj muszkieterowie weszli, a drzwi się za nimi zamknęły i gwar w przedpokoju, podsycony zapewne tym wezwaniem, wszczął się też na
nowo, pan de Treville, milczący, z brwiami ściągniętymi, przemierzył
kilkakrotnie wielkimi krokami gabinet, mijając za każdym razem Porthosa
i Aramisa, jak struny wyciągniętych, i zatrzymał się raptem przed nimi,
patrząc wzrokiem zagniewanym.
- Czy wiecie, co król mi powiedział! - wrzasnął - i to wczoraj
wieczorem; czy wiecie panowie?
- Nie - odpowiedzieli po chwili milczenia obaj muszkieterowie - nie,
panie, nie wiemy.
- Ale spodziewamy się, że pan zrobi nam zaszczyt i powie - dodał Aramis
miękkim głosem, z towarzyszeniem najwdzięczniejszego ukłonu.
- Powiedział mi, że odtąd muszkieterów swoich zaciągać będzie z gwardii
kardynalskiej.
- Z gwardii pana kardynała! A to dlaczego? - żywo zapytał Porthos.
- Bo uważa, iż lura jego potrzebuje być wzmocniona dobrym winem.
Dwaj muszkieterowie zaczerwienili się aż po białka oczu. D'Artagnan, nie
wiedząc, co to znaczy, rad byłby o sto łokci znaleźć się pod ziemią.
- Tak, tak - mówił dalej pan de Treville, unosząc się. - Jego Królewska
Mość ma słuszność, bo, na honor, prawdą jest, że muszkieterowie bardzo
kiepsko przedstawiają się u dworu. Wczoraj, podczas gry z królem,
kardynał opowiadał z miną pełną współczucia, która nie przypadła mi do
smaku, że ci potępieńcy muszkieterowie, te diabły... mówił, kładąc nacisk
na każdym słowie, z miną ironiczną, która jeszcze więcej mi się nie
podobała; ci rębacze, dodał, spoglądając na nich kocio-tygrysim okiem,
zapóźnili się przy ulicy Feron w szynku, i patrol z gwardii
kardynalskiej - myślałem, że mi się w nos roześmieje - zmuszony był
aresztować tych wichrzycieli porządku. Do diabła, musicie wiedzieć coś o tym. Aresztować muszkieterów! Wyście tam byli i inni, nie brońcie się,
poznano was, kardynał wymienił was po nazwisku. Moja w tym wina, tak,
moja wina, bo to ja ludzi moich wybieram. Słuchaj, Aramisie, czemu
żądałeś ode mnie kaftana, kiedy ci w sutannie było tak dobrze? Słuchaj,
Porthosie, czyż tylko po to masz szarfę złotą, aby na niej słomianą
szpadę zawiesić? Athosie! Nie ma tu Athosa? Gdzież on jest?
- Panie - smutno odpowiedział Aramis - Athos jest chory, bardzo chory.
- Bardzo chory, powiadasz? A na jakąż to chorobę?
- Obawiam się, ażeby to nie była ospa - odpowiedział Porthos, chcąc
także należeć do rozmowy.
- Ospa! Bajki pleciesz Porthosie! W jego wieku na ospę chorować? Co nie,
to nie!... pewnie raniony, a może zabity. O, gdybym o tym wiedział! Na
rany boskie! Panowie muszkieterowie, słyszeć o tym nie chcę, by chodzono
do miejsc podejrzanych, robiono burdy uliczne i bito się w zaułkach. Nie
chcę, byście się stali pośmiewiskiem gwardii kardynalskiej, składającej
się z ludzi porządnych, spokojnych, śmiałych i nie takich, których
aresztują, bo zresztą aresztować się nie dadzą, jestem tego pewny. Oni
daliby się raczej zabić na miejscu, niż na krok jeden ustąpić. Bo tylko
muszkieterowie królewscy uważają za stosowne uciekać.
Porthos i Aramis trzęśli się z wściekłości. Byliby chętnie zadusili pana
de Treville'a, gdyby nie czuli, że właśnie wielka dla nich miłość
kładała mu w usta te słowa. Gnietli kobierzec nogami, usta przygryzali
do krwi, z całych sił rękojeście szpady przyciskając. W przedpokoju
usłyszano to wołanie Athosa, Porthosa i Aramisa po nazwisku, i odgadnięto po głosie pana de Treville'a, że się gniewa niechybnie.
Dziesięć głów ciekawych, opartych o cienką ścianę, bladło z wściekłości,
bo uszy ich, do drzwi przylepione, ani jednej sylaby nie straciły z tego, co było mówione, a usta powtarzały jedne za drugimi słowa dowódcy,
ubliżające wszystkim muszkieterom, zebranym w przedpokoju.
W jednej chwili, począwszy od drzwi gabinetu aż do bramy, cały pałac
zawrzał.
- A! Muszkieterowie królewscy dają się aresztować gwardii pana kardynała
- ciągnął pan de Treville, zarówno jak jego żołnierze wzburzony
wewnętrznie - lecz przeszywając ich słowami, które zatapiał jedne po
drugich jak sztylety w sercach swoich słuchaczy. - Tak! Sześciu
gwardzistów Jego Eminencji aresztuje sześciu muszkieterów Jego
Królewskiej Mości. Do wszystkich diabłów. Jużem się namyślił! Jadę
natychmiast do Luwru, podam się do dymisji z dowództwa nad muszkieterami
królewskimi i poproszę, ażeby mi dano miejsce w gwardii kardynała, a jeżeli mi odmówią, tam do licha! Zostanę księdzem.
Na te słowa gwar zewnątrz gabinetu w wybuch się zamienił: wszędzie
słychać tylko było wykrzykniki i przekleństwa. Morbleu! Sangdieu! Do
wszystkich diabłów! - krzyżowały się w powietrzu jak grad gnany wichrem.
D'Artagnan szukał kąta, gdzie by się mógł ukryć, i czuł chęć
nieprzepartą schowania się pod stół.
- A więc tak! Mój wodzu!... - odezwał się Porthos, nie posiadając się ze
wzburzenia - tak! Prawdą jest, iż sześciu przeciw sześciu nas było, lecz
napadnięci zostaliśmy znienacka i zanim zdążyliśmy wydobyć szpady, dwóch
z nas padło zabitych, Athos zaś ranny nie więcej wart był od tamtych.
Znasz przecie Athosa, kapitanie. Dwa razy powstać usiłował i po dwakroć
upadł bezsilny. Nie poddaliśmy się jednak, o nie! Wzięto nas przemocą. O Athosie myślano, że nieżywy, i zostawiono go na polu walki. Oto cała
historia. Ale, do diabła, panie kapitanie, nie wszystkie wygrywa się
bitwy. Wielki Pompejusz przegrał pod Farsalą, a król Franciszek I, który
jakem słyszał, nie ustępował mu w niczym, został jednak pobity pod
Pawią.
- A ja mam honor zapewnić pana kapitana, iż jednego z nich własną jego
szpadą zabiłem - odezwał się Aramis - bo moja przy pierwszym zetknięciu
na dwoje trzasnęła. Tak, panie, zabiłem czy zasztyletowałem, jak się
panu podoba.
- O tym nic nie wiedziałem - odparł pan de Treville łagodniej. - Jak
widzę, pan kardynał przesadzał.
- Zmiłuj się, kapitanie - ciągnął dalej Aramis, widząc, że Treville
uspokajać się zaczyna - zmiłuj się, nie daj poznać Athosowi, iż wiesz,
że jest raniony: w rozpaczy byłby, gdyby do uszu królewskich to doszło,
a ponieważ rana jest niebezpieczna, bo przez ramię do piersi dosięgła,
można się obawiać.
W tejże chwili podniosła się portiera, i piękna, szlachetna głowa, tylko
blada straszliwie, ukazała się spoza draperii.
- Athos! - wykrzyknęli dwaj muszkieterowie.
- Athos! - powtórzył Treville.
- Pan mnie wzywał - rzekł do Treville'a Athos głosem osłabionym, lecz
zupełnie spokojnym - wzywał mnie pan, jak mi mówili koledzy, więc
śpieszę stawić się na rozkazy pańskie; oto jestem, czego sobie życzysz,
kapitanie?
I z tymi słowy muszkieter w mundurze galowym, krokiem pewnym wszedł do
gabinetu. Pan de Treville, do głębi poruszony tym dowodem odwagi, rzucił
się ku niemu.
- Mówiłem właśnie tym panom - odezwał się - że zabraniam muszkieterom
moim narażać życie bez żadnej potrzeby, bo tacy dzielni ludzie drodzy są
królowi, a król wie o tym, iż muszkieterowie jego są najwaleczniejsi na
świecie. Podaj mi rękę, Athosie.
I nie czekając, uchwycił prawą jego dłoń, z całych sił ściskając ją; nie
spostrzegł jednak, że Athos, pomimo panowania nad sobą, drgnął z bólu,
blednąc jeszcze bardziej.
Drzwi pozostały uchylone po wejściu Athosa, a chociaż rana jego w najgłębszej miała być trzymana tajemnicy, wszystkim była wiadoma, i dlatego okrzyk zadowolenia powitał ostatnie słowa kapitana i kilka głów,
zapałem pociągniętych, ukazało się pomiędzy fałdami portiery. Pan de
Treville byłby niezawodnie ostrymi słowy zganił to wykroczenie przeciw
prawom etykiety, gdyby nie poczuł, że dłoń Athosa ściąga się kurczowo w jego ręce. Spojrzał wtedy bacznie na niego i dostrzegł, że bliski jest
zemdlenia. I w jednej chwili Athos, walczący z wysiłkiem niesłychanym
dla pokonania srogiego bólu, zwyciężony nim nareszcie, padł jak nieżywy
na ziemię.
- Chirurga! - krzyknął pan de Treville. - Mojego, królewskiego,
najlepszego, chirurga! Na rany boskie! Bo mój dzielny Athos skona!...
Na krzyki pana de Treville'a, wszyscy wpadli do jego gabinetu, nie
przyszło mu bowiem do głowy drzwi przed kimkolwiek zamykać. Rannego
otoczono z wielkim współczuciem. Na nic by jednak wszystko to się nie
przydało, gdyby lekarz nie znalazł się był w pałacu. Przebił się on
przez tłum, zbliżył się do zemdlonego wciąż Athosa, a ponieważ hałas i zamieszanie przeszkadzały mu bardzo, zażądał najpierwej, aby muszkieter
przeniesiony być mógł do przyległego pokoju. Pan de Treville sam
otworzył drzwi, wskazując Porthosowi i Aramisowi drogę, ci zaś kolegę
swojego, jak dziecko, na ręku zanieśli. Za nimi postępował chirurg, a za
chirurgiem drzwi się zamknęły.
Wtedy gabinet pana de T reville'a, to miejsce tak szanowane zwykle,
chwilowo stał się dalszym ciągiem przedpokoju.
Każdy rozprawiał, gadał głośno, klnąc, pomstując, posyłając do
wszystkich diabłów kardynała wraz z jego gwardią.
W chwilę potem Porthos i Aramis powrócili, chirurg zaś i pan de Treville
sami pozostali przy rannym. Powrócił i pan de Treville nareszcie. Ranny
odzyskał przytomność; chirurg oznajmił, że stan muszkietera nie
przedstawia nic niepokojącego dla przyjaciół, osłabienie było po prostu
następstwem znacznego upływu krwi.
Na skinienie pana de Treville'a, wszyscy wyszli z wyjątkiem d'Artagnana,
który nie zapomniał wcale, że miał mieć posłuchanie, i z zaciętością
prawdziwego Gaskończyka stał w miejscu jak wryty.
Gdy drzwi za wszystkimi zamknięto, pan de Treville, obróciwszy się,
znalazł się sam na sam z młodzieńcem. Wypadek, który się przed chwilą
wydarzył, po części przerwał mu myśli. Zapytał więc, czego sobie
młodzieniec życzy. Wtedy d'Artagnan wymienił swe nazwisko, a pan de
Treville od razu sobie przypomniał jego przyjście.
- Przepraszam cię - rzekł doń z uśmiechem - wybacz, drogi mój ziomku,
zapomniałem zupełnie o tobie. Lecz, cóż chcesz! Dowódca jest ojcem
rodziny, i to jeszcze większą odpowiedzialnością obarczony aniżeli
prawdziwy ojciec. Żołnierze to duże dzieci; a ponieważ chcę, by rozkazy
królewskie były spełniane, a pana kardynała nade wszystko...
D'Artagnan nie mógł powstrzymać się od uśmiechu. Spostrzegłszy to, pan
de Treville zrozumiał, że nie z naiwnym ma do czynienia, i nagłym
zwrotem rozmowy przystąpił do rzeczy.
- Ojca pańskiego bardzo kochałem - rzekł doń. - Więc cóż dla syna jego
uczynić mogę? Śpiesz się, bo czas mój nie do mnie należy.
- Panie - odezwał się d'Artagnan - wyjeżdżając z Tarbes i przybywszy
tutaj, miałem zamiar cię prosić, w imię tej przyjaźni, której w pamięci
swej nie zatraciłeś, o kaftan muszkieterski; lecz po wszystkim, na co tu
od dwóch godzin patrzę, pojmuję, że łaska taka byłaby nadmierną, i lękam
się, iż na nią nie zasługuję.
- W samej rzeczy, młodzieńcze, jest to łaska - odrzekł pan de Treville -
może ona jednak nie być ponad twoją wartość, jak sądzisz. Wszelako,
wobec postanowienia Jego Królewskiej Mości, z żalem ci oznajmiam, iż
nikt nie może zostać muszkieterem, bez uprzedniej próby w kilku wojnach,
bez dokonania czynów rozgłośnych, lub służby dwuletniej w innym pułku,
mniej od naszego uprzywilejowanym.
D'Artagnan skłonił się w milczeniu. Tym goręcej jednak zapragnął wdziać
mundur muszkieterski, odkąd dowiedział się, iż otrzymanie go połączone
jest z takimi trudnościami.
- Ale - ciągnął dalej Treville, przeszywając ziomka wzrokiem tak
przenikliwym, jakby chciał do głębi serca sięgnąć - ale przez pamięć na
ojca twojego, dawnego mego kolegi, jak ci mówiłem, pragnę uczynić coś
dla ciebie, młodzieńcze. Berneńczycy nasi zwykle nie są bogaci, i wątpię, by od czasu wyjazdu mojego z prowincji postać rzeczy zmieniła
się bardzo. Pieniądze zapewne ci się nie trzymają.
D'Artagnan wyprostował się z miną dumną, która wyrażała, że nikogo o jałmużnę nie prosi.
- To dobrze, młodzieńcze, to dobrze - mówił dalej Treville - znam ja tę
dumę; i ja przybyłem do Paryża z czterema dukatami w kieszeni, a byłbym
się bił z każdym, kto by mi powiedział, iż nie jestem w stanie kupić
Luwru.
D'Artagnan prostował się coraz więcej; dzięki sprzedaży konia
rozpoczynał on karierę z czterema dukatami więcej aniżeli pan de
Treville.
- Otóż winieneś zachować to, co masz, chociażby to była suma
niepoślednia; lecz potrzebujesz zapewne doskonalić się w ćwiczeniach,
które szlachcicowi przystoją. Dziś zaraz napiszę do dyrektora akademii
królewskiej list, a od jutra przyjęty tam zostaniesz bez najmniejszej
zapłaty. Nie odmawiaj małej tej ulgi. Szlachta nasza, najlepiej urodzona
i najbogatsza, prosi o nią nieraz, nie mogąc jej otrzymać. Nauczysz się
jazdy konnej, fechtunku i tańca; wejdziesz tam w dobre znajomości, a od
czasu do czasu będziesz mnie tu odwiedzał, abym wiedział, jak ci się
wiedzie, i czy będę mógł zrobić coś dla ciebie.
Jakkolwiek obcy dworskim obyczajom, d'Artagnan odczuł chłód tego
przyjęcia.
- Niestety - rzekł - widzę teraz dobrze, jak mi zbywa na liście
polecającym, który mi ojciec dla pana powierzył.
- W istocie - odpowiedział Treville - dziwi mnie, że przedsięwziąłeś
podróż tak daleką bez tego wiatyku niezbędnego, jedynej ucieczki naszej
jako Berneńczyków.
- Miałem go, panie, i to w pięknej formie, dziękować Bogu! - wykrzyknął
d'Artagnan - lecz wydarto mi go podstępem.
I opowiedział całe zajście w Meung, ze szczegółami najdrobniejszymi
odmalował szlachcica nieznajomego, a wszystko to z zapałem i prawdą,
które oczarowały Treville'a.
- A to osobliwe - powiedział w zamyśleniu - mówiłeś więc o mnie i to
głośno?
- Tak, panie, i popełniłem bez wątpienia niedorzeczność, lecz cóż pan
chcesz, imię takie jak pańskie miało mi służyć w podróży za puklerz,
osądź więc, panie, czy chroniłem się niezbyt często.
Pochlebstwo to było na swoim miejscu, a pan de Treville lubił kadzidła
jak król i kardynał. Nie mógł się więc powstrzymać od uśmiechu
zadowolenia, lecz uśmiech ten zatarł się wkrótce, i Treville powrócił
znów do awantury w Meung.
- Powiedz mi - ciągnął dalej - czy ten szlachcic nie miał czasem blizny
nieznacznej na policzku?
- Tak, jakby od zadraśnięcia kulą.
- Czy był to człowiek pięknej postawy?
- Tak.
- Wzrostu wysokiego?
- Tak.
- Bladej cery, o włosach czarnych?
- Tak, tak, zupełnie tak samo. Więc pan zna tego człowieka? O panie,
jeżeli spotkam go kiedy, a spotkać go muszę, przysięgam, że choćby w piekle to samym było...
- Czekał na przyjazd kobiety? - badał dalej Treville.
- Tak, i porozumiawszy się z tą, na którą czekał, odjechał.
- Czy nie wiesz, o czym rozmawiali?
- Dał jej pudełko, mówiąc, że zawiera ono zlecenie, i mówił, aby nie
otwierała go aż w Londynie.
- Czy ta kobieta była Angielką?
- Nazywał ją milady.
- To on! - wyszeptał Treville - to on! Sądziłem, że jest jeszcze w Brukseli.
- O! Panie, jeżeli wiesz, kim on jest! - wykrzyknął d'Artagnan - wskaż
mi go, a zrzekam się wszystkiego, nawet obietnicy twojej przyjęcia mnie
do muszkieterów; bo przede wszystkim pragnę się zemścić.
- Strzeż się, młodzieńcze - zawołał Treville - przeciwnie, jeżeli
zobaczysz go na tej samej stronie ulicy, przejdź na drugą! Nie potrącaj
o taką skałę, strzaskałaby cię jak szklankę.
- To nie przeszkadza, że jeżeli go kiedy odnajdę.
- Ale tymczasem nie szukaj go, jeżeli mogę ci radzić.
Naraz Treville zamilkł, tknięty nagłym podejrzeniem. Straszna nienawiść,
jaką młody podróżny tak głośno objawiał wobec tego człowieka, który
niezbyt prawdopodobnie miał mu list ojca wydrzeć, czyż nie kryła w sobie
jakiego podstępu? Czy sam ten młodzieniec nie był przez Jego Eminencję
nasłany i nie przychodził po to, aby sidła na niego zastawić? A może ten
rzekomy d'Artagnan jest szpiegiem kardynalskim, którego usiłują do domu
jego wprowadzić, aby, zyskawszy zaufanie, następnie zgubił Treville'a,
jak się to już tysiące razy zdarzało.
Więc zmierzył jeszcze bystrzejszym okiem d'Artagnana niż za pierwszym
razem. Widok tej twarzy dowcipem tryskającej, przebiegłej i pełnej
przesadnej pokory uspokoił go nie nazbyt.
Wiem dobrze, że to Gaskończyk - pomyślał - lecz może być nim tak dobrze
dla kardynała, jak i dla mnie. Zobaczymy, weźmy go na próbę.
- Mój przyjacielu - przemówił wolno do niego - ponieważ chcę wierzyć w historię zgubionego listu, jako synowi mojego dawnego przyjaciela,
pragnę ci wynagrodzić chłodne moje przyjęcie, które zauważyłeś od razu,
i odkryję ci tajemnice naszej polityki.
Król i kardynał najlepszymi są przyjaciółmi, a jeżeli się zdarzają
pozorne zajścia między nimi, to jedynie, aby oszukać głupców. Nie życzę
sobie, by ziomek mój, młodzieniec przyzwoity i dzielny, stawiał pierwsze
kroki swoje pośród tych wszystkich komedii i, jak dudek jaki, sam się
dał złapać, gdy w ten sposób tylu innych już się zgubiło. Wiedz zatem,
że oddany jestem tym dwóm panom wszechwładnym i że wszelkie postępki
moje innego nie mają celu, niż służyć królowi i panu kardynałowi, temu
najświetniejszemu geniuszowi, jakiego kiedykolwiek wydała Francja.
A teraz, młodzieńcze, stosuj się do tego, a jeśli, czy to z rodziny, czy
ze stosunków, czy choćby z instynktu samego, masz niechęć jakąś dla
kardynała, taką, jaką widzimy, objawiającą się u szlachty, pożegnaj mnie
i najlepiej rozstańmy się od razu. Spodziewam się, iż otwartością moją w każdym razie zyskam w tobie przyjaciela, gdyż dotąd jesteś jedynym
młodzieńcem, z którym mówię tak otwarcie.
Treville myślał sobie jednocześnie: jeżeli młody lisek jest wysłańcem
kardynała, tenże, wiedząc, jak dalece go nie cierpię, nie omieszkał z pewnością powiedzieć szpiegowi swojemu, iż najlepszym sposobem
przypodobania mi się jest wygadywanie na niego w mojej obecności rzeczy
niestworzonych; więc niezawodnie, pomimo zapewnień moich, przebiegłe to
ziółko będzie się popisywało przede mną wstrętem do Jego Eminencji.
Ale, wbrew oczekiwaniom Treville'a, d'Artagnan odpowiedział z największą
prostotą:
- Przybywam do Paryża z tymi samymi zamiarami. Ojciec mój zalecał mi,
aby nikomu nic nie przepuścić, nie znieść nic od nikogo, z wyjątkiem
króla, kardynała i ciebie, panie, których uważa za najpierwsze osoby we
Francji.
Zwracamy uwagę, iż d'Artagnan z własnego pomysłu dodał do pierwszych
dwóch i Treville'a jeszcze, bo sądził, że dodatek ten zaszkodzić nie
powinien.
- Mam zatem cześć najwyższą dla pana kardynała - ciągnął dalej - i uznanie najgłębsze dla wszystkich jego czynów. Tym lepiej dla mnie,
jeżeli pan, jak słyszę, przemawiasz do mnie otwarcie, bo widzę, że w takim razie miałbym zaszczyt być wspólnych z panem przekonań; jeśli żywi
pan dla mnie nieufność, bardzo zresztą naturalną, czuję, iż, mówiąc tę
prawdę, gubię się w oczach pańskich; cóż robić, pocieszam się tylko tym,
że nie będziesz pan mógł nie mieć dla mnie szacunku, a na tym świecie
chodzi mi o to najbardziej.
Pan de Treville był do najwyższego stopnia zdziwiony. Taka przenikliwość
i otwartość zarazem w zachwyt go wprawiały, doszczętnie jednak nie
usuwały jeszcze wątpliwości. Im bardziej chłopiec ten wydawał się wyższy
od innych swoich rówieśników, tym niebezpieczniejszym się stawał, w razie gdyby grał tylko komedię. Pomimo to Treville uścisnął dłoń
d'Artagnanai rzekł:
- Dzielny z ciebie chłopiec, na teraz jednak nic więcej zrobić nie mogę
dla ciebie, prócz tego, z czym ci się ofiarowałem przed chwilą. Dom mój
dla ciebie zawsze będzie otwarty. Później zaś, mając zawsze do mnie
przystęp, a więc możność korzystania z każdej sposobności, otrzymasz
prawdopodobnie to, czego tak pragniesz.
- To znaczy - odpowiedział d'Artagnan - że czekasz, panie, aż stanę się
tego godny. O! Bądź spokojny, panie - dodał z poufałością czysto
gaskońską - długo czekać nie będziesz.
I skłonił się, aby odejść, jakby reszta zgoła od niego tylko zależała.
- Ależ zaczekaj - rzekł, zatrzymując go Treville - wszak obiecałym ci
list do dyrektora akademii. Byłżebyś za dumny na to, aby go przyjąć,
młody mój szlachcicu?
- Nie, panie - odparł d'Artagnan - zaręczam panu, że z tym nie będzie
jak z tamtym. Strzec go będę dobrze i przysięgam, że dojdzie podług
swojego adresu, a biada temu, kto by usiłował mi go wydrzeć!
Na tę przechwałkę uśmiechnął się pan de Treville, i zostawiając młodego
ziomka we framudze okna, gdzie rozmawiali razem, usiadł przy stole i począł pisać przyobiecany list polecający. D'Artagnan tymczasem, nie
mając nic lepszego do roboty, począł bębnić na szybach marsza,
przypatrując się muszkieterom, wychodzącym kolejno i śledząc ich oczami,
dopóki nie zniknęli na zakręcie ulicy.
Pan de Treville, napisawszy list, zapieczętował i, podniósłszy się,
podszedł do młodzieńca, aby mu go oddać. W chwili jednak, gdy rękę
wyciągnął, pan de Treville ze zdziwieniem ujrzał, jak protegowany jego
podskoczył i, czerwony ze złości, wybiegł z gabinetu jak strzała,
krzycząc:
- O! Na rany boskie! Teraz mi się nie wymknie.
- Kto taki? - zapytał Treville.
- On, ten złodziej! - odparł d'Artagnan. - O podły!
I zniknął.
- To diabeł wcielony! - mruknął Treville. - A może - dodał - jest to
tylko zręczny manewr z jego strony... uciekł, widząc, że w łeb wzięły
wszystkie jego zamiary.
Rozdział IV
Ramię Athosa, szarfa Porthosa i chustka Aramisa
D'Artagnan, rozpędziwszy się, przebył przedpokój w trzech susach i wypadł na schody, które w mgnieniu oka przeskoczyć zamyślał, nie licząc
ich bynajmniej, gdy, sadząc z głową naprzód wyciągniętą, natknął się na
wychodzącego od pana de Treville'a drzwiami bocznymi muszkietera, i tak
go uderzył czołem w ramię, iż ten z bólu ryknął nieledwie.
- Przepraszam - rzekł, chcąc pędzić dalej - przepraszam, bardzo mi się
spieszy.
Zaledwie jednak postąpił krok, gdy dłoń żelazna schwyciła go za
przepaskę i powstrzymała w miejscu.
- Śpieszy ci się! - krzyknął muszkieter, blady jak całun śmiertelny - i dlatego potrącasz mnie, mówiąc: "Przepraszam" i myślisz, że to mi
wystarcza? O! Nie tak bardzo, mój młokosie. Czy sądzisz, że skoro
słyszałeś dzisiaj pana de Treville'a, ostro do nas przemawiającego, to
możesz już traktować nas, jak on się do nas odzywa? Mylisz się, mój
kochany, bo ty nie jesteś panem de Treville'em!... O, co to, to nie!
- Na honor - odparł d'Artagnan, poznając Athosa, który po opatrunku
dokonanym przez doktora wracał do mieszkania - na honor, nie zrobiłem
tego umyślnie; mówię więc: "Przepraszam" i to mi się wydaje
dostatecznym. A zwracam uwagę pana - powtórzył - że, słowo honoru,
śpieszy mi się i to bardzo śpieszy. Puszczaj mnie pan, proszę.
- Panie - rzekł Athos, puszczając go - jesteś nieokrzesany. Widać, z daleka przybywasz.
D'Artagnan już ze cztery stopnie był przeskoczył, ale, na słowa Athosa,
stanął jak wryty.
- Do kaduka! - zawołał - skądkolwiek przybywam, nie do ciebie jednak
należy, mój panie, uczyć mnie gładkiego obejścia.
- A jednak nie jest to zbyteczne - odezwał się Athos.
- O! Gdyby nie to, że się tak śpieszę - zawołał d'Artagnan - gdybym za
kimś nie gonił!...
- O! Mnie znajdziesz, nie goniąc, rozumiesz pan.
- A gdzież to, jeżeli łaska?
- Przy karmelitach bosych.
- O której godzinie?
- Około południa.
- Dobrze, stawię się.
- Postaraj się pan tylko, abym nie czekał, bo kwadrans na pierwszą uszy
ci obetnę po drodze.
- Dobrze! - krzyknął mu d'Artagnan - będę tam dziesięć minut przed
dwunastą.
I popędził, jak gdyby diabli go nieśli, w nadziei spotkania
nieznajomego, którego miarowy chód nie mógł zaprowadzić daleko.
Lecz w bramie od ulicy Porthos rozmawiał z żołnierzem z gwardii.
Rozmawiających dzieliła przestrzeń, akurat na objętość człowieka.
D'Artagnan, sądząc, iż się tam zmieści, śmignął między nich jak strzała.
Nie brał jednak wiatru w rachunek. W chwili gdy miał się prześlizgnąć,
wiatr rozdął szeroki płaszcz Porthosa i d'Artagnan najniespodziewaniej
znalazł się pod połą.
Nic dziwnego, że Porthos nie chciał pozbyć się tej najważniejszej dla
siebie części ubrania, bo zamiast puścić swobodnie połę, pociągnął ją ku
sobie, tak że d'Artagnan zaplątał się w aksamity płaszcza.
Chcąc wywikłać się z płaszcza, zasłaniającego mu oczy, usiłował wydobyć
się spomiędzy fałd, bojąc się zarazem uszkodzić ową wspaniałą szarfę.
Gdy jednak oczy otworzył nieśmiało, przekonał się, iż nosem utknął na
samych plecach Porthosa, a więc i na przepysznej szarfie.
Jak jednak wszystkie rzeczy na tym świecie najczęściej mają tylko złudne
pozory, tak i szarfa z przodu jedynie lśniła złotem, a z tyłu z najprostszej była skóry. Pełen próżności Porthos, nie mogąc mieć szarfy
całej ze złota, miał ją przynajmniej w połowie: tym się tłumaczą
obecność kataru i niezbędność płaszcza.
- A! Do kroćset diabłów! - krzyknął Porthos, usiłując odczepić się od
chroboczącego mu po plecach d'Artagnana - czyś się wściekł, że się tak
rzucasz na ludzi?
- Przepraszam - odezwał się d'Artagnan, głowę spod pachy mu wysadzając -
ale śpieszy mi się bardzo, biegnę za pewną osobą i...
- Dobrze, że biegniesz, ale czy nie zapomniałeś wziąć z sobą oczu? -
zapytał Porthos.
- Nie - odparł urażony d'Artagnan - i dlatego widzę nawet to, czego inni
nie widzą.
Czy zrozumiał Porthos przymówkę, czy też nie, dość że wpadł w gniew
wściekły.
- Mój panie - rzekł doń - skórę podrzesz na sobie, jeżeli o muszkieterów
tak się będziesz ocierał.
- Tego, mój panie, zanadto - odparł d'Artagnan.
- W sam raz dosyć jak na człowieka, przywykłego patrzeć nieprzyjaciołom
w oczy.
- O! Do licha, aż nazbyt pewien jestem, że i do swoich nie stajesz pan
plecami.
I zachwycony tym dowcipem szedł w dalszą drogę, śmiejąc się na całe
gardło.
Porthos, pieniąc się ze złości, poskoczył za nim.
- Później, później - krzyknął d'Artagnan - wtedy, jak pan będziesz bez
płaszcza!
- O pierwszej więc za pałacem Luksemburskim.
- I owszem - odkrzyknął mu tenże, niknąc na rogu ulicy.
Lecz i tam nikogo już nie było. Jakkolwiek nieznajomy szedł powoli, miał
jednak czas go wyprzedzić znacznie, a może wstąpił do którego z domów.
D'Artagnan wymijał przechodniów, zszedł aż do promu na rzece, wrócił
przez ulicę Sekwany i Czerwonego Krzyża, lecz i to było daremne. Gonitwa
ta jednak nie była bez korzyści, gdyż w miarę jak czoło jego potem się
zlewało, serce uspokajało się stopniowo.
Zaczął tedy rozważać wszystko; wypadki były liczne i opłakane. Zaledwie
jedenasta wybiła, a poranek ten przyniósł mu niełaskę pana de
Treville'a, który nie omieszkał się pewnie obrazić tym sposobem
wariackim, w jaki się z nim rozstał.
Nadto ściągnął na siebie dwa pojedynki z dwoma ludźmi, zdolnymi zabić
trzech takich d'Artagnanów, z muszkieterami, o których miał wyobrażenie
tak wysokie, że stawiał ich w myśli i sercu ponad wszystkich ludzi.
Prawdopodobny rezultat mógł być nader smutny. Przekonany był, że Athos
zabije go, bo Porthosa nie bardzo się obawiał.
Ponieważ jednak nadzieja jest uczuciem, które najdłużej w sercu ludzkim
tli się, krzepił się otuchą, iż zostanie przy życiu, poraniony, rozumie
się, okrutnie. Na wszelki też wypadek sam się w duchu strofował: Jakiż
ze mnie półgłówek i bałwan! Dzielny ten i nieszczęśliwszy Athos ranny
jest w ramię, w które ja właśnie walę jak baran. To tylko dziwne, że nie
zabił mnie na miejscu; miałby prawo zupełne, gdyż ból, który mu
sprawiłem, musiał być okrutny.
Co się tyczy Porthosa, to co innego. Z nim sprawa zabawna, na honor.
I mimo woli śmiać się począł, patrząc wszelako, czy śmiech ten, którego
przyczyna nie była znana nikomu, nie obrazi kogo z przechodniów.
- Z Porthosem zabawna historia; ale w każdym razie jestem ostatnim
roztrzepańcem. Jak można tak wpadać na ludzi, nie ostrzegłszy ich
pierwej i szukać im pod płaszczem tego, czego tam wcale nie ma! Byłby mi
przebaczył z pewnością, gdybym mu nie wspomniał o tej szarfie
przeklętej.
- Słuchaj, d'Artagnanie, mój przyjacielu - dodał z całą dla siebie
życzliwością - jeżeli wykręcisz się teraz, co mi się nie zdaje
prawdopodobnem, trzeba być na przyszłość niezmiernie grzecznym, aby cię
za przykład stawiano, by cię uwielbiano wszędzie. Uprzedzającym być i gładkim, to nie znaczy poniżać się. Spójrz na Aramisa, wszak to
uosobienie słodyczy i wdzięku. A czyżby znalazł się taki, coby go
tchórzem nazwał? Z pewnością, że nie, i odtąd postanawiam na nim się
wzorować. A otóż i on, Aramis.
D'Artagnan, idąc i rozprawiając tak z sobą samym, doszedł do pałacu
d'Aiguillon i tam spostrzegł Aramisa, rozmawiającego wesoło z kilkoma
panami z gwardii królewskiej. Ten zobaczył go również, ponieważ jednak
pamiętał, iż przy nim właśnie pan de Treville tego ranka srogim gniewem
się uniósł, więc świadek wyrzutów, które usłyszeli muszkieterowie, nie
mógł być żadną miarą dlań przyjemny, i Aramis udał, że go nie widzi.
D'Artagnan przeciwnie, przejęty na wskroś postanowieniem zostania
uprzejmym i miłym, podszedł do czterech młodzieńców, z uśmiechem
najwdzięczniejszym składając im ukłon głęboki. Aramis z miną poważną
odpowiedział mu lekkim skinieniem głowy, lecz wszyscy czterej przerwali
w tej chwili rozmowę.
D'Artagnan, nie w ciemię bity, zrozumiał, że obecność jego nie jest tu
na rękę, lecz za mało miał obycia światowego, aby wybrnąć zręcznie z drażliwego położenia, w jakim znajduje się każdy w towarzystwie mało
sobie znanym, gdy toczy się rozmowa, która pod żadnym względem obchodzić
go nie może. Głowił się więc, jak się wycofać zręcznie, gdy spostrzegł,
że Aramis upuścił chusteczkę i, przez nieuwagę zapewne, nogą na nią
nastąpił. Sądząc, iż nadeszła teraz chwila, aby okazać się grzecznym,
schylił się i z wdziękiem, na jaki tylko mógł się zdobyć, wyciągnął
chustkę spod stopy muszkietera - pomimo wszelkich wysiłków tegoż, aby ją
przytrzymać - i oddając mu ją, rzekł:
- Zdaje się, iż ta chusteczka do pana należy, a zapewne nie chciałby pan
jej zgubić.
Chusteczka była wyhaftowana bogato z koroną i herbem na rogu.
Aramis spąsowiał cały i wyrwał ją nieledwie z rąk Gaskończyka.
- O! - zawołał jeden z gwardzistów - może powiesz jeszcze, skryty
Aramisie, że nie jesteś w dobrych stosunkach z panią de Bois-Tracy,
skoro ta uprzejma dama zaszczyca cię pożyczaniem chusteczek.
Aramis przeszył d'Artagnana spojrzeniem, które mówiło, iż tenże kupił w nim sobie śmiertelnego wroga, a następnie z miną słodziutką rzekł:
- Mylicie się, panowie, chusteczka ta nie do mnie należy i nie wiem
doprawdy, co temu panu do głowy przyszło, żeby mnie, a nie komu z was ją
oddać. Najlepszy daję wam dowód, iż swoją mam w kieszeni.
I, mówiąc to, wyjął rzeczywiście chusteczkę, również elegancką, z batystu cieniutkiego, który w owych czasach drogi był bardzo, lecz bez
haftów i herbów, tylko z cyfrą właściciela.
Tym razem d'Artagnan ani pisnął, zrozumiał bowiem, że nie w porę się
wyrwał; lecz przyjaciele Aramisa nie dali za wygraną i jeden z nich,
zwracając się do muszkietera, rzekł z udaną powagą:
- Jeżeli tak jest, jak utrzymujesz, zmuszony będę prosić cię o jej
zwrot, drogi mój Aramisie, bo wiesz przecie, że jestem w ścisłych
stosunkach z Bois-Tracy i nie życzę sobie, aby rzeczy żony jego za godła
komuś służyły.
- Żądanie twoje nie jest dość właściwe - odparł Aramis - bo, jakkolwiek
w zasadzie uznaję całą jego słuszność, odmówiłbym mu ze względu na
formę.
- Tak, przyznaję - wtrącił się nieśmiało d'Artagnan - że nie widziałem,
jak wypadała chustka z kieszeni pana Aramisa. Nogę tylko na niej
trzymał, sądziłem więc, że do niego należy.
- I byłeś w błędzie, mój drogi panie - chłodno odrzekł Aramis, wcale tą
pokorą niezmiękczony. Następnie zaś, zwracając się do tego, który się
podawał za przyjaciela pana de Bois-Tracy, rzekł: - Zresztą dochodzę do
wniosku, mój ty przyjacielu pana de Bois-Tracy, że niemniej niż ty -
jestem jego przyjacielem; chusteczka zatem tak samo z twojej, jak i z mojej mogła wypaść kieszeni.
- Nie, na honor! - zawołał gwardzista Jego Królewskiej Mości.
- Ty klniesz się na honor, a ja na słowo moje, widoczne więc jest, iż
jeden z nas kłamie. Słuchaj, Montaian, najlepiej będzie, gdy się nią
podzielimy.
- Wybornie! - zawołali dwaj inni - prawdziwy sąd Salomona. O Aramisie,
pełen jesteś mądrości.
Młodzieńcy zaśmiali się głośno i zdawać by się mogło, iż sprawa cała
została skończona. Po chwili rozmowa się urwała i gwardziści wraz z muszkieterem, uścisnąwszy się serdecznie za ręce, rozeszli się każdy w swoją stronę.
Wypada mi teraz z tym miłym chłopcem się pogodzić - pomyślał d'Artagnan,
stojący na uboczu podczas ostatniej rozmowy.
I w najlepszych zamiarach podszedł do Aramisa, który oddalał się już,
bynajmniej na niego nie zwracając uwagi.
- Mam nadzieję, iż mi pan wybaczysz...
- O! Mój panie - przerwał mu Aramis - pozwól sobie powiedzieć, iż w tym
razie nie postąpiłeś, tak jak na człowieka przyzwoitego przystało.
- Jak to, pan przypuszczasz.
- Przypuszczam, mój panie, że głupcem nie jesteś, i wiesz o tym dobrze,
jakkolwiek z Gaskonii przybywasz, iż bez przyczyny nie depcze się po
chustkach do nosa. Do diabła! Paryż niezabrukowany jest batystem.
- Panie, źle robisz, chcąc mnie urazić - odezwał się d'Artagnan, którego
usposobienie kłótliwe zaczynało brać górę nad postanowieniami
pokojowymi. - Żem Gaskończyk, to prawda, a skoro wiesz o tym, nie
potrzebuję ci mówić, że Gaskończycy niełatwo to znieść potrafią, zatem,
skoro kogoś proszą o przebaczenie, choćby za głupstwo nawet, przekonani
są, iż czynią więcej, niż powinni.
- Nie mówię tego panu bynajmniej dla wywołania sprzeczki - odrzekł
Aramis. - Dzięki Bogu, zabijaką nie jestem, i będąc tymczasowym tylko
muszkieterem, biję się jedynie, skoro do tego jestem zmuszony, a zawsze
z niemałą odrazą; tym razem jednak sprawa zbyt jest ważna, bo przez pana
skompromitowaną została kobieta.
- Chcesz pan powiedzieć, przez nas! - zawołał d'Artagnan.
- Czemu tak niezręcznie oddałeś mi pan chustkę?
- A po co pan tak niezręcznie upuściłeś ją na ziemię?
- Powiedziałem panu, i raz jeszcze powtarzam, że chusteczka ta nie
pochodziła z mojej kieszeni.
- Podwójnie więc skłamałeś, mój panie, bo ja to dobrze widziałem!
- O! Tak zaczynasz śpiewać, panie Gaskończyku! Poczekaj, nauczę ja cię
życia.
- A ja do mszy cię zapędzę, panie opacie! Dobywaj szpady, jeśli łaska,
natychmiast!
- O nie, mój piękny, nie tutaj przynajmniej. Czyż nie widzisz, że stoimy
przed pałacem d'Aiguillon, pełnym zauszników kardynalskich. Kto mi
zaręczy, że to nie Jego Eminencja polecił ci, abyś mu dostarczył mojej
głowy? Wiedz, że dbam o nią aż do śmieszności, bo, jak mi się zdaje,
bardzo dobrze pasuje mi ona do ramiona. Z przyjemnością zabiję cię, bądź
spokojny, lecz zabiję cię pomalutku, w miejscu ustronnym i zamkniętym,
tam, gdzie przed nikim nie będziesz mógł się śmiercią swoją pochwalić.
- I owszem, ale nie licz na to zbytecznie, a zabierz z sobą chusteczkę,
czy to twoja lub nie, może ci się przydać do opatrunku.
- Pan jesteś Gaskończykiem? - zapytał Aramis.
- Tak... panie, spodziewam się, nie odkłada spotkania przez przezorność.
- Przezorność, mój panie, zawsze jest cnotą, przydatną muszkieterom, a nieodzowną dla sług Kościoła; ponieważ zaś jestem muszkieterem czasowym,
pragnę pozostać przezornym! O drugiej będę miał zaszczyt oczekiwać w pałacu pana de Treville'a. Tam wskażę panu właściwe miejsce.
Dwaj młodzieńcy pożegnali się ukłonem, Aramis puścił się ulicą,
prowadzącą do Luksemburga, d'Artagnan zaś, widząc, że dość już późno,
skierował swe kroki w stronę karmelitów bosych, mówiąc do siebie.
- O! Ani chybi, cało z tego nie wyjdę; ale przynajmniej, jeżeli zginę,
umrę z ręki muszkietera.
Rozdział V
Muszkieterowie króla i gwardziści pana kardynała
D'Artagnan nie miał w Paryżu żywej duszy znajomej. Stawił się więc na
spotkanie z Athosem bez sekundanta. Miał zresztą zamiar niewzruszony
wytłumaczyć się dzielnemu muszkieterowi przyzwoicie, lecz bez żadnej
uległości. Lękał się rezultatu pojedynku, który niemiłym zwykle bywa,
gdy silny i młody, ma za przeciwnika rannego, a zatem pozbawionego sił:
wtedy bowiem zwyciężony zmniejsza triumf nieprzyjaciela, zwycięzca zaś
posądzany bywa o zbrodnię i fałszywą odwagę. Zresztą, czytelnicy
zauważyli zapewne, że d'Artagnan nie był człowiekiem pospolitym.
Powtarzając więc sobie, iż śmierci nie uniknie, nie był wszelako
zrezygnowany zejść z tego świata jak baranek, czemu inny na jego
miejscu, z mniejszym zasobem odwagi, poddałby się niezawodnie.
Rozważał charaktery tych, z którymi stanąć miał do walki, i położenie
przedstawiło mu się jaśniej. Dzięki szlachetnemu tłumaczeniu miał
nadzieję zyskać w Athosie przyjaciela; postawa jego pańska i wyniosła
mocno mu przypadła do serca.
Cieszył się na myśl nastraszenia Porthosa wypadkiem z szarfą, bo jeżeli
nie będzie od razu zabity, rozgłosi to powszechnie, a opowiadanie
zręczne i składne może tamtego okryć śmiesznością. Wreszcie skryty
Aramis nie przejmował go strachem, i w przypuszczeniu nawet, że z nim
odbędzie pojedynek, obiecywał sobie płatnąć go przez twarz, jak Cezar
zalecał żołnierzom zrobić z Pompejuszem, aby zniweczyć na zawsze tę
piękność, o którą był tak zazdrosny.
W duszy d'Artagnana tkwiło niezłomne postanowienie, wszczepione radami
ojca. Nikomu nie przepuścić, od nikogo nic nie znieść, prócz od króla,
kardynała i pana de Treville'a.
Leciał więc jak na skrzydłach w stronę karmelitów bosych, których
klasztor był budynkiem bez okien, a otaczało go tylko zeschłe błonie.
Był tu punkt spotkania i pojedynków dla ludzi, nie mających czasu do
stracenia.
Kiedy mógł już objąć okiem błonie, roztaczające się u stóp klasztoru,
ujrzał Athosa, oczekującego tam od pięciu minut, a właśnie zegar
wydzwaniał południe. Słowny był zatem, jak Samarytanka, i najsurowiej
przestrzegający warunków pojedynkowych nie miałby mu nic do zarzucenia.
Athos, któremu rana dokuczała straszliwie, choć świeżo opatrzona przez
chirurga pana de Treville'a, siedział na kamieniu przydrożnym z tą
dystynkcją i ze spokojem, pełnym godności, jakie go nie odstępowały
nigdy. Na widok d'Artagnana powstał i z grzecznością postąpił kilka
kroków ku niemu. Ten zaś szedł ku przeciwnikowi z kapeluszem w ręce,
pióro od niego wlokąc po ziemi.
- Panie - rzekł Athos - zawiadomiłem dwóch moich przyjaciół, którzy za
świadków służyć będą, lecz jeszcze ich nie widać. Dziwi mnie to, bo nie
mają zwyczaju się spóźniać.
- Ja sekundantów nie mam - odparł d'Artagnan - wczoraj dopiero przybyłem
do Paryża i nikogo tu nie znam, prócz pana de Treville'a, a polecony mu
zostałem przez ojca mojego, który ma zaszczyt liczyć się do jego
przyjaciół.
Athos się zamyślił.
- I nikogo pan nie znasz prócz pana de Treville'a? - zapytał.
- Tak, panie, nikogo.
- No, to jeżeli cię zabiję - kończył Athos, raczej do siebie mówiąc
niźli do d'Artagnana - jeżeli cię zabiję, wyglądać mogę na pożerającego
dzieci!
- O! Niezupełnie mój panie - odparł z dumnym ukłonem d'Artagnan -
niezupełnie, skoro mnie zaszczycasz dobywaniem szpady pomimo rany, która
nie mało ci musi zawadzać.
- O! I bardzo zawadza, na honor, i przyznać muszę, żeś mi piekielnego
narobił bólu, ale o to mniejsza; lewej użyję ręki, jak zwykle to czynię
w takich razach. Nie myśl wcale, abym ci ustępstwo robił, ja zarówno
obydwiema władam rękami; to może być dla pana nawet niekorzystne, bo
mańkut dla nieprzyzwyczajonych osób bywa niebezpieczny. Żałuję nawet, iż
wcześniej nie uprzedziłem pana o tym.
- Doprawdy - odrzekł z ukłonem d'Artagnan - jesteś pan tak rycersko
grzeczny, iż nie wiem, jak mam ci być za to wdzięczny.
- Zawstydzasz mnie pan - odparł Athos z miną pańską - mówmy o czym
innym, proszę, jeżeli ci się podoba. A! Do licha, toś mi bólu narobił,
aż pali mnie to ramię.
- Jeżeli pan pozwolisz... - nieśmiało zaczął d'Artagnan.
- Co takiego?
- Mam cudowny balsam na rany, balsam, od matki mojej pochodzący, którego
na sobie już wypróbowałem.
- Więc cóż?
- Więc pewny jestem, iż za trzy dni najdalej byłbyś pan wyleczony
zupełnie, a wtedy, panie, za honor sobie poczytam służyć ci w każdej
chwili.
D'Artagnan wypowiedział to z prostotą, czyniącą mu zaszczyt, bez ujmy
dla jego odwagi.
- Dalibóg - odrzekł Athos - podoba mi się ta propozycja, nie dlatego,
abym ją miał przyjąć, lecz że o milę czuć ją szlachcicem. Tak
przemawiali i postępowali owi dzielni rycerze z czasów Karola Wielkiego,
których dzisiejsi za wzór brać sobie winni. Niestety, nie czasy to
wielkiego monarchy, tylko kardynała, za trzy dni rozgłoszono by już
tajemnicę naszą, choćby najściślej była zachowana, wiedziano by, mówię,
że bić się zamierzamy i przeszkodzono by temu. Lecz cóż to, czy już nie
przyjdą, te włóczęgi?
- Jeżeli panu pilno - odezwał się d'Artagnan z tą samą prostotą, z jaką
proponował przed chwilą odłożenie na trzy dni pojedynku - jeżeli panu
pilno i życzysz sobie załatwić się ze mną zaraz, nie krępuj się, proszę.
- I to mi się bardzo podoba - rzekł Athos z wyrazem twarzy, okazującym
zadowolenie - tak nie odzywa się półgłówek. tylko człowiek mężnego serca
mówić tak potrafi. Przepadam za ludźmi takiego usposobienia jak pańskie,
i jeżeli nie pozabijamy się teraz, prawdziwą będę miał przyjemność
rozmawiać z panem później. Zaczekajmy na panów tych, proszę, nie brak mi
czasu, a przynajmniej wszystko odbędzie się prawidłowo. A! Otóż i jeden
z nich.
W głębi ulicy Vaugirard ukazał się olbrzymi Porthos.
- Jak to?! - zawołał d'Artagnan - Porthos jest świadkiem pana?
- Tak. Czyś pan temu nierad?
- O! Bynajmniej.
- Ot, jest i drugi.
D'Artagnan obejrzał się i poznał Aramisa.
- Jak to?! - z większym jeszcze wykrzyknął zdziwieniem - to drugim
świadkiem jest Aramis?
- A naturalnie, alboż kto kiedy widział, iżbyśmy razem nie byli? Athos,
Porthos i Aramis to trzej nierozłączni, jak nas nazywają wszędzie. Pan
jednak, co przybywasz z Honolulu czy z Kochinchiny.
- .z Tarbes - poprawił go d'Artagnan.
- Wolno panu nie znać tych szczegółów - dokończył Athos.
- Na honor - odrzekł d'Artagnan - nazwano was znakomicie, moi panowie, i jeżeli przygoda moja nabędzie rozgłosu, przekona, że w związku waszym
nie brak wam łączności.
Porthos nadszedł tymczasem i ręką powitał Athosa; obejrzawszy się
następnie na d'Artagnana, stanął zdziwiony.
Dodajmy nawiasem, iż szarfę zmienił i był bez płaszcza.
- A! Co to takiego? - zapytał.
- Z tym panem właśnie mam się potykać - rzekł Athos, wskazując z ukłonem
d'Artagnana.
- Ależ i ja biję się z nim - odparł Porthos.
- I ja również z tym panem mam się pojedynkować - odezwał się Aramis,
dochodząc do miejsca.
- Lecz dopiero o drugiej - z zimną krwią zauważył d'Artagnan.
- Ale o co się bijesz, Athosie? - zagadnął Aramis.
- Na honor, nie wiem tak bardzo... w ramię mnie uraził; a ty Porthosie?
- Biję się, bo się biję - czerwieniąc się, odparł Porthos.
Baczny na wszystko Athos podchwycił uśmiech złośliwy na ustach
Gaskończyka.
- Mieliśmy sprzeczkę o ubranie - wtrącił młodzieniec.
- A ty, Aramisie? - pytał dalej Athos.
- Ja, biję się o teologię - odrzekł Aramis, spoglądając prosząco na
d'Artagnana, by zachował w tajemnicy powód pojedynku.
Athos dostrzegł drugi uśmiech d'Artagnana.
- Doprawdy? - podchwycił Athos.
- Tak, nie mogliśmy się zgodzić na pewien ustęp ze świętego Augustyna -
odezwał się Gaskończyk.
- Widocznie, sztuka z niego niegłupia - mruknął Athos.
- A teraz panowie, skoroście się zebrali - rzekł d'Artagnan - niech mi
będzie wolno wytłumaczyć się wam.
Na słowo wytłumaczyć chmura przesunęła po czole Athosa, uśmiech
wzgardliwy po ustach Porthosa, a skinienie przeczące było odpowiedzią
Aramisa.
- Nie rozumiecie mnie, panowie - rzekł d'Artagnan, podnosząc głowę, a na
oblicze jego padły promienie słoneczne, złocąc szlachetne i śmiałe jego
rysy - pragnę się wytłumaczyć, na wypadek jeżeli nie będę w możności
wszystkim trzem długu mego spłacić, pierwszymu bowiem panu Athosowi
służy prawo zabicia mnie, a to odbiera dużo wartości zadaniu pana
Porthosa, a twoje, panie Aramisie, nieledwie niweczy zupełnie. A teraz
powtarzam, wybaczcie mi, panowie, ale to tylko jedynie, i baczność!
Z tymi słowy ruchem, najpyszniej rycerskim, d'Artagnan wydobył szpadę.
Krew wrzątkiem uderzyła mu do głowy i w chwili tej rzuciłby się był na
cały zastęp muszkieterów, z taką samą odwagą jak na tych trzech obecnie.
Było już trochę z południa. Słońce do zenitu dobiegało, a miejsce na
pojedynek wybrane, wystawione zostało na palące jego promienie.
- Piekielnie gorąco - rzekł Athos, dobywając szpady - nie chciałbym
jednak zdejmować kaftana, gdyż czuję w tej chwili, iż rana mi się
krwawi, a pragnę nie sprawić panu przykrości widokiem krwi nie twoim
żelazem dobytej.
- To prawda - odrzekł d'Artagnan - a czy dobyta byłaby przeze mnie, czy
przez kogo innego, zawsze z żalem prawdziwym patrzeć będę na krew tak
dzielnego szlachcica; i ja więc bić się będę w kaftanie.
- Dalej, dalej - odezwał się Porthos - dosyć już tych grzeczności,
pomyślcie, że czekamy na naszą kolej.
- Sam za siebie mów, Porthosie, kiedy masz się tak grubiańsko odzywać -
przerwał Aramis. - Co do mnie, słowa tych panów uważam za właściwe i godne takich szlachetnych, jak oni, ludzi.
- Służę panu - odrzekł Athos, zasłaniając się szpadą.
- Jestem na rozkazy - odparł d'Artagnan, krzyżując swoją.
Zaledwie dwa rapiery zetknęły się ze szczękiem, gdy oddział gwardii Jego
Eminencji, pod dowództwem pana de Jussaca, ukazał się spoza węgła
klasztoru.
- Gwardziści kardynalscy! - krzyknęli jednocześnie Porthos i Aramis. -
Panowie! Szpady do pochwy! Panowie!
Lecz było już za późno. Dwaj walczący widziani byli w postawie
niepozostawiającej żadnej wątpliwości o ich zamiarach wojowniczych.
- Hola! - krzyknął Jussac, zbliżając się do nich i dając żołnierzom
swoim znak, aby uczynili to samo - hola! Panowie muszkieterzy, bijecie
się tutaj? A zakaz?... Cóż mi na to powiecie?
- O! Bardzo szlachetni jesteście, panowie gwardziści - odrzekł Athos,
pełen skrytej nienawiści, bo Jussac był najpierwszym z tych, którzy go
atakowali w przeddzień. - My, gdybyśmy was widzieli bijących się,
zaręczam, iż nie przeszkadzalibyśmy wam bynajmniej. Zostawcie więc
swobodę, a będziecie mieli przyjemność, żadnego nie doznając trudu.
- Panowie - odparł Jussac - z żalem oświadczyć wam muszę, iż rzecz to
niepodobna do spełnienia. Obowiązek przede wszystkim. Szpady do pochwy,
jeżeli łaska, i proszę za nami.
- Panie - odezwał się Aramis, przedrzeźniając Jussaca - z wielką
przyjemnością poszlibyśmy za uprzejmą radą waszą, gdyby to od nas
zależało; ale niestety to niemożliwe: pan de Treville zabronił nam tego.
Idźcie więc swoją drogą, to będzie dla was najlepiej.
Drwiny te doprowadziły Jussaca do rozpaczy.
- Siłą was zaprowadzimy ze sobą, kiedy nas słuchać nie chcecie.
- Pięciu ich jest - rzekł półgłosem Athos - a nas tylko trzech; znowu
będziemy pobici i trzeba nam będzie życie tu położyć, bo oświadczam, że
jeśli zostaniemy pokonani, na oczy się kapitanowi nie pokażę.
Athos, Porthos i Aramis zbliżyli się do siebie w chwili, gdy Jussac
ustawiał swych żołnierzy w szeregu.
Chwila ta wystarczyła d'Artagnanowi do namysłu, że nastręczała mu się
jedna ze sposobności, stanowiących o życiu człowieka; należało więc
uczynić wybór między królem i kardynałem i należało w nim wytrwać. Bić
się, znaczyło to nie słuchać prawa, narażać głowę, znaczyło to na samym
wstępie zrobić sobie nieprzyjaciela z ministra, potężniejszego nawet niż
sam król. Wszystko to przewidywał młodzieniec, dodajmy jednak na
pochwałę jego, iż nie zawahał się ani na chwilę. I rzekł, zwracając się
do Athosa i jego przyjaciół:
- Panowie! Pozwólcie mi w słowach waszych małą uczynić poprawkę.
Powiedzieliście, że trzej tylko jesteście, a mnie się wydaje, iż nas
jest tutaj czterech.
- Przecież pan nie należysz do naszych - zauważył Porthos.
- To prawda - odrzekł d'Artagnan - ale jeżeli nie ubiorem, to duszą do
was należę. Czuję to, iż serce mam muszkieterskie, i ono pociąga mnie do
was.
- Na bok, młodzieńcze! - wrzasnął Jussac, który po ruchach i wyrazie
twarzy odgadywał zamiary d'Artagnana. - Pozwalam ci się oddalić.
Uciekaj, pókiś cały.
D'Artagnan ani drgnął.
- Dzielny z ciebie chłopiec - powiedział Athos, ściskając mu rękę.
- No, dalej! - wołał Jussac.
Athos, Porthos i Aramis spojrzeli na młodzieńca.
Wszystkim trzem tkwiła w myśli młodość d'Artagnana i lękali się jego
braku doświadczenia.
- I tak trzech by nas tylko było, z których jeden ranny, bo to dziecko
jeszcze - mówił Athos - pomimo to powiedzą, iż było nas czterech.
- Tak, lecz cofać się!... - odpowiedział Porthos.
- Trudno - dodał Athos.
D'Artagnan zrozumiał ich wahanie.
- W każdym razie wypróbujcie mnie panowie, a przysięgam wam, na cześć
moją, że jeżeli zwyciężeni będziemy, z miejsca się tego nie ruszę.
- Jak się nazywasz, mój zuchu? - zapytał Athos.
- D'Artagnan.
- Dalejże! Athos, Porthos, Aramis i D'Artagnan naprzód! - krzyknął
Athos.
- I cóż panowie, czy usłuchacie mnie?! - po raz trzeci zawołał Jussac.
- Stało się, panowie - rzekł Athos.
- Cóż więc zamierzacie uczynić? - pytał Jussac.
- Będziemy mieli zaszczyt przystąpić z wami do walki - odpowiedział
Aramis, jedną ręką unosząc kapelusz, drugą wyciągając szpadę.
- A! Opieracie się więc! - krzyknął Jussac.
- Do licha! To pana dziwi?
Po czym dziewięciu walczących rzuciło się na siebie, z wściekłością
nieprzekraczającą jednak zasad szermierki.
Athos wybrał niejakiego Cahusaca, ulubieńca kardynalskiego; Porthos miał
Bicarata, Aramis znalazł się wobec dwóch przeciwników. D'Artagnan zaś
padł na Jussaca samego.
Serce młodego Gaskończyka biło jak młotem, zdawało się, że rozsadzi mu
piersi. Nie ze strachu, broń Boże, nie było go tam ani cienia, lecz
dlatego że w męstwie nie chciał się pokazać od innych gorszym, bił się
jak tygrys rozjuszony, ze wszystkich stron napastując przeciwnika i zmieniając kilkakrotnie pozycję. Jussac był mistrzem w tej sztuce, bo
dużo już praktykował; ciężkie było jednak zadanie jego bronić się od
przeciwnika, który, zręczny i rzutki, zmieniał co chwila metodę,
napadając ze wszystkich prawie stron jednocześnie, a sam zasłaniając
się, jak człowiek, który ma cześć najwyższą dla swojej skóry.
Walka ta doprowadziła Jussaca do utraty cierpliwości. Wściekłość go
ogarnęła, iż ten, którego za dzieciaka uważał, trzyma go w szachu.
Zaperzony więc, zaczął błędy popełniać. D'Artagnan zaś w braku
doświadczenia posiadał głęboką teorię, i przeto jeszcze zwinniej się
sprawiał. Jussac, chcąc raz już skończyć, wymierzył od dołu straszny
cios przeciwnikowi; ten natychmiast się zasłonił, i w chwili gdy Jussac
prostował się, przemknął pod szpadą jego jak wąż i na wylot go przebił.
Jussac runął jak kłoda. Wtedy d'Artagnan wzrokiem szybkim i niespokojnym
objął pole walki.
Aramis zabił już jednego ze swoich przeciwników, lecz drugi ostro nań
nacierał. Położenie jego nie było niebezpieczne, mógł się bowiem
obronić.
Bicarat i Porthos szpikowali się wzajemnie. Porthos dostał pchnięcie w ramię, a Bicarat w udo. Ponieważ jednak ani jedna, ani druga rana nie
była głęboka, coraz zajadlej napadali na siebie.
Ale Athos, na nowo przez Cahusaca raniony, coraz większą okrywał się
bladością, chociaż się ani na krok nie cofnął z miejsca; przełożył tylko
broń do innej ręki, z równą zręcznością władając lewą.
Według praw pojedynkowych z tamtej epoki d'Artagnan mógł jednemu z nich
przyjść na pomoc, i gdy szukał oczami, którego z towarzyszy wypadłoby
wesprzeć, pochwycił spojrzenie Athosa, a było ono zadziwiająco wymowne.
Athos wolałby umrzeć, niż zawołać o pomoc, mógł jednak patrzeć, a spojrzeniem tym poparcia żądał. Odgadł to d'Artagnan i dopadł z boku
Cahusaca, krzycząc strasznym głosem:
- Ze mną teraz sprawa, zabiję cię, panie gwardzisto!
W sam czas odwrócił się Cahusac. Athos, którego odwaga niezrównana
podtrzymywała jedynie, upadł na jedno kolano.
- Na rany boskie, nie zabijaj go młodzieńcze, błagam! - wołał na
d'Artagnana - mam ja dawną sprawę z nim do załatwienia, jak się tylko
wygoję. Rozbrój go tylko, wytrąć mu szpadę. O! Tak! Dobrze! Wyśmienicie!
Okrzyk ten Athosa spowodował wytrącenie szpady z ręki Cahusaca;
wyrzucona w powietrze padła o jakie dwadzieścia kroków.
D'Artagnan i Cahusac razem się rzucili, aby ją pochwycić; lecz
d'Artagnan zwinniejszy, pierwszy na niej postawił nogę.
Cahusac poskoczył do gwardzisty, zabitego przez Aramisa, wyrwał mu
rapier, i powracał, aby na nowo z d'Artagnanem rozpocząć walkę, na
drodze jednak spotkał Athosa, który w tej przerwie miał już czas trochę
odetchnąć i w obawie, aby d'Artagnan wroga nie zabił, sam stanął przed
nim do walki.
D'Artagnan pojął, iż ściągnąłby na siebie niezadowolenie Athosa, gdyby
mu zechciał przeszkodzić. Stało się też, iż w kilka sekund zaledwie
Cahusac padł z gardłem przeszytym szpadą.
Jednocześnie Aramis przyłożył koniec szpady do piersi leżącego na ziemi
przeciwnika, zmuszając go do poddania.
Pozostawali jeszcze Porthos i Bicarat. Porthos podrwiwał zawzięcie,
zapytując Bicarata, która to godzina, i winszował mu oddziału, który
brat jego dostał w pułku Navarry; drwinkami tymi jednak niewiele wskórać
mu się udało, Bicarat bowiem należał do tych ludzi żelaznych, którym
ręka opada, lecz tylko po śmierci.
Należało wszakże temu kres położyć! Lada chwila patrol mógł nadciągnąć i zabrać walczących, rannych i całych, zarówno królewskich, jak i kardynalskich.
Athos, Aramis i d'Artagnan otoczyli Bicarata, wzywając go, aby się
poddał. Jakkolwiek jeden na czterech i z udem szpadą przebitym, Bicarat
nie myślał ustąpić. Był on, jak d'Artagnan, Gaskończykiem; udawał
głuchego, a śmiejąc się i zasłaniając żwawo, znalazł nawet czas, aby
końcem szpady wskazać miejsce na ziemi.
- Tu - rzekł, parodiując ustęp biblijny - tu umrze Bicarat, sam jeden
przeciw wszystkim.
- Ależ czterech ich jest przeciw tobie jednemu! - zawołał Cahusac. -
Skończ raz, rozkazuję ci.
- O! Rozkazujesz, to rzecz inna - odrzekł Bicarat - jako brygadierowi
swemu winienem ci posłuszeństwo.
I, uskoczywszy w tył, złamał na kolanie szpadę, kawałki przez mur
klasztorny przerzucił i, skrzyżowawszy na piersiach ręce, zagwizdał
piosnkę gwardzistów kardynalskich.
Waleczność wzbudza szacunek nawet w nieprzyjacielu. Muszkieterowie
pokłonili się Bicaratowi szpadami i włożyli je do pochwy. To samo
uczynił d'Artagnan, następnie z pomocą Bicarata, który jeden tylko ze
wszystkich kardynalskich gwardzistów trzymał się na nogach, zaniósł pod
bramę klasztorną Jussaca, Cahusaca i tego z przeciwników Aramisa, który
tylko był ranny; czwarty, jak wiadomo, już nie żył. Złożywszy ich tam,
uderzyli w dzwon klasztorny, zabrawszy cztery szpady na pięć, i upojeni
radością podążyli do pałacu pana de Treville'a.
Szli tak, splótłszy się ramionami, zajmując całą szerokość ulicy i każdego muszkietera spotkanego pociągając za sobą, tak że w końcu orszak
ten zmienił się w pochód triumfalny. Serce d'Artagnana rozpływało się z rozkoszy; szedł pomiędzy Athosem i Porthosem, ściskając ich czule.
- Choć nie jestem jeszcze muszkieterem - powiedział do nowych
przyjaciół, przestąpiwszy próg pałacu pana de Treville'a - ale zostałem
przyjęty na praktykanta, nieprawdaż?
Rozdział VI
Jego Królewska Mość Ludwik XIII
Cała ta sprawa narobiła wrzawy, pan de Treville nagniewał się głośno na
muszkieterów, a pochwalił ich po cichu. Ponieważ jednak nie było czasu
do stracenia, popędził sam do Luwru, aby uprzedzić o tym króla. Spóźnił
się wszakże, bo powiedziano mu, iż król zamknął się z kardynałem,
pracuje i nikogo przyjąć nie może w tej chwili.
Stawił się więc wieczorem w zwykłych godzinach gry; król wygrywał, a jako strasznie skąpy w przepysznym był humorze. Skoro więc zobaczył
nadchodzącego Treville'a, odezwał się do niego:
- Proszę tutaj, panie kapitanie, proszę, muszę cię wyłajać; czy wiesz,
że Jego Eminencja skarżył mi się na twoich muszkieterów, i z takim
rozdrażnieniem, że aż chory jest dzisiaj. O! Ależ to diabły wcielone, ci
twoi muszkieterowie!...
- Nie, Najjaśniejszy Panie - odpowiedział Treville, widząc od razu, na
co się zanosi - nie, przeciwnie, to stworzenia dobre, łagodne jak
baranki, i szyję moją daję, iż jedno tylko pragnienie mają, aby dobywać
szpady jedynie w usługach Waszej Królewskiej Mości. Cóż jednak począć,
jeśli gwardziści pana kardynała wiecznie szukają zwady. Biedni
młodzieńcy bronić się muszą dla samego honoru swego zgromadzenia.
- Posłuchajcie no tego Treville'a! Posłuchajcie! Można by sądzić, że on
tu mówi o zgromadzeniu religijnym. Doprawdy, kapitanie drogi, wielka
ochota mnie bierze odebrać ci patent i dać go pannie de Chemerault,
której przyobiecałym opactwo. Nie myśl jednak, abym ci na słowo
uwierzył. Nie darmo nazywają mnie Ludwikiem Sprawiedliwym, zaraz cię o tym przekonam.
- Ponieważ najzupełniej sprawiedliwości tej ufam, Najjaśniejszy Panie, z uległością i spokojem zdaję się na łaskę Waszej Królewskiej Mości.
Szczęście się odwróciło, i król zaczął przegrywać to, co wygrał, było mu
więc na rękę, że użyjemy tego wyrażenia, chorągiewkę zwinąć. Wstał też
po chwili i rzekł, chowając do kieszeni pieniądze, przed nim leżące,
których część znaczną stanowiła wygraną.
- Vieuville, siadaj na moim miejscu, a ja muszę z panem de Treville'em
pomówić w sprawie bardzo ważnej. A!... Było tam osiemdziesiąt luidorów
przede mną; połóż odpowiednią sumę, aby krzywdy nie mieli przegrani.
Sprawiedliwość przede wszystkim.
Potem obrócił się do Treville'a, pociągając go do framugi okna.
- A zatem, mój panie - ciągnął dalej - mówisz, że to gwardziści Jego
Eminencji szukają zaczepki z twymi muszkieterami?
- Tak, Najjaśniejszy Panie, jak zwykle.
- Jakżeż się to stało, zobaczymy? bo wiesz przecie, kapitanie, że sędzia
winien obie strony wysłuchać.
- A! Mój Boże, w najprostszy i najzwyczajniejszy sposób. Trzech
najlepszych żołnierzy moich, których Wasza Królewska Mość zna z imienia
i miał sposobność ocenić wierność ich dla siebie, trzech tych żołnierzy,
mówię, panowie: Athos, Porthos i Aramis, udali się na wycieczkę z pewnym
młodym Gaskończykiem, poleconym im z rana przeze mnie. Celem wycieczki
miało być podobno Saint-Germain, a miejscem spotkania karmelici bosi.
Otóż tę przyjemność spaceru zakłócili im panowie: de Jussac, Cahusac,
Bicarat i dwóch innych gwardzistów, którzy nie przyszliby tam pewnie w takiej liczbie, gdyby nie mieli złych zamiarów.
- Oh! Dajesz mi do myślenia - odrzekł król - bez wątpienia, oni tam
przyszli się bić.
- Ja ich nie oskarżam, lecz sąd pozostawiam Waszej Królewskiej Mości, bo
po cóż aż pięciu ludzi zbrojnych przybyło w miejsce tak ustronne jak
okolice klasztoru Karmelitów Bosych?...
- Tak, masz słuszność, Treville, masz słuszność.
- Zobaczywszy moich muszkieterów, zmienili zamiar i, zapominając urazy
osobiste dla nienawiści do naszego zgromadzenia. bo wiadomo Waszej
Królewskiej Mości, że muszkieterowie, którzy do króla należą, do króla
wyłącznie, są nieprzyjaciółmi naturalnymi gwardzistów, do kardynała
należących.
- Tak, mój Treville, tak - powiedział melancholijnie król - i wierz mi,
iż to bardzo smutne widzieć dwie takie partie we Francji, taką dwugłową
monarchię. Skończy się to jednak, skończy. Mówisz więc, że to gwardziści
zaczepili muszkieterów?
- Mówię, że prawdopodobnie tak się rzeczy miały, lecz nie przysięgam,
Najjaśniejszy Panie. Wasza Królewska Mość wie, jak trudno poznać prawdę,
a kto nie jest obdarzony tym uczuciem zadziwiającym, dzięki któremu,
nazwano Ludwika XIII Sprawiedliwym.
- Masz słuszność, Treville, ale ci twoi muszkieterowie nie sami tam
byli, mieli z sobą jakiegoś dzieciaka.
- Tak, Najjaśniejszy Panie, dzieciaka i jednego rannego; tak. trzech
muszkieterów królewskich, z których jeden ranny, a z nimi jeden
dzieciak, nie tylko stawili czoło pięciu najstraszniejszym gwardzistom
pana kardynała, lecz nadto czterech powalili na ziemię.
- Ależ to zwycięstwo, zwycięstwo zupełne! - zawołał król, promieniejąc
radością.
- Tak, Najjaśniejszy Panie, zwycięstwo zupełne.
- Mówisz więc, że czterech ludzi, z nich jeden ranny, a jeden dziecko
nieledwie.
- Wyrostek, ale sprawiał się tak dzielnie w tej potrzebie, że pozwolę
sobie polecić go Waszej Królewskiej Mości.
- Jak on się nazywa?
- D'Artagnan, Najjaśniejszy Panie, syn jednego z najdawniejszych
przyjaciół moich, syn człowieka, który walczył przeciwko Lidze ze
świetnej pamięci ojcem twoim, Najjaśniejszy Panie.
- Mówisz, że chłopak ten sprawiał się dzielnie? Opowiedz mi to,
Treville, wiesz, jak lubię opowiadania o bitwach i potyczkach.
Ludwik XIII, mówiąc to, dumnie pokręcił wąsa, przybierając postawę
rycerską.
- Najjaśniejszy Panie - zaczął Treville - pan d'Artagnan, jak rzekłem,
jest jeszcze prawie dzieckiem, a nie mając zaszczytu być muszkieterem,
ubrany był po mieszczańsku; gwardziści pana kardynała, widząc młodość
jego, a co więcej, iż nie należy do zgromadzenia, zażądali, aby się
usunął, zanim uderzą na naszych.
- Widzisz więc, Treville, że to oni pierwsi zaczęli.
- Tak właśnie, Najjaśniejszy Panie, najmniejszej nie ma wątpliwości;
wezwali go więc, aby się usunął, na co odpowiedział, że sercem jest
muszkieterem, oddanym duszą całą Jego Królewskiej Mości, i pozostanie z panami muszkieterami.
- Dzielny chłopiec! - mruknął król.
- I został, a Wasza Królewska Mość ma w nim tak walecznego stronnika. on
to właśnie wpakował Jussacowi pchnięcie, które pana kardynała o tak
straszny gniew przyprawiło.
- To on ranił Jussaca? - wykrzyknął król - on? Ten dzieciak? Ależ to nie
do uwierzenia, Treville!
- A jednak tak, jak miałem zaszczyt Waszej Królewskiej Mości powiedzieć.
- Jussaca, najdzielniejszego rębacza w królestwie?
- Trafiła kosa na kamień, Najjaśniejszy Panie.
- O! Chcę go poznać, Treville, chcę go widzieć, i jeżeli da się coś
zrobić dla niego, zajmiemy się nim zaraz.
- Kiedy Wasza Królewska Mość przyjąć go raczy?
- Jutro w południe.
- Czy mam go samego przyprowadzić?
- Nie, wszystkich czterech mi przyprowadź. Chcę im podziękować; serca
wierne są rzadkością, Treville, wierność należy nagradzać.
- Najjaśniejszy Panie, w południe stawimy się w Luwrze.
- O! Tylko, Treville, pamiętaj, bocznymi schodami, tak, bocznymi; nie
trzeba, aby kardynał o tym wiedział.
- Słucham, Najjaśniejszy Panie.
- Pojmiesz, Treville, zakaz zakazem, bo koniec końców, bić się jest
zabronione.
- Ale, Najjaśniejszy Panie, spotkanie to przekracza wszelkie formy
pojedynkowe, to bójka po prostu, napaść, boć pięciu gwardzistów
kardynalskich było przeciw trzem muszkieterom i panu d'Artagnanowi.
- Słusznie - odparł król - ale w każdym razie przyjdźcie bocznymi
schodami.
Treville uśmiechnął się. Ponieważ jednak wielką było rzeczą to, co
otrzymał od tego dziecka, buntującego się przeciw swojemu panu, ukłonił
się królowi z uszanowaniem i za zezwoleniem jego oddalił się.
Tego wieczora jeszcze trzej muszkieterowie zawiadomieni zostali o zaszczycie, jakiego mieli dostąpić. Że jednak znali króla od dawna,
niezbyt tym podnieceni się czuli, ale d'Artagnan ze swoją wyobraźnią
gaskońską widział w tym szczęście swoje w przyszłości i noc całą roił
sny złote. Nazajutrz też o ósmej z rana był już u Athosa. Zastał go w mundurze galowym, gotowego do wyjścia. Ponieważ ułożyli się wspólnie z Porthosem i Aramisem, że pójdą na piłkę do pewnego domu gry, tuż przy
stajniach pałacu Luksemburskiego, Athos zaprosił go do towarzystwa, a d'Artagnan, jakkolwiek nie znał zabawy tego rodzaju, przyjął
zaproszenie, nie wiedząc, co robić z czasem od dziewiątej rano aż do
południa. Dwaj muszkieterowie byli już na miejscu i rzucali piłką do
siebie. Athos, biegły we wszystkich ćwiczeniach ciała, stanął z d'Artagnanem po stronie przeciwnej, wyzywając ich do gry. Lecz za
pierwszym rzutem, jakkolwiek lewą ręką dokonanym, poczuł, że na
ćwiczenia podobne rana jego jeszcze była za świeża.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki