ROZDZIAŁ I. CZYM STARY D'ARTAGNAN WYPOSAŻA SYNA NA DROGĘ?
W pewien kwietniowy poniedziałek roku 1625 w miasteczku Meung panował ruch tak niezwykły, jak gdyby wtargnęli doń hugonoci i zamierzali powtórzyć krwawe sceny z La Rochelle.
Wielu mieszczan, widząc kobiety uciekające w kierunku ulicy Wielkiej, słysząc dzieci wrzeszczące po domach, co prędzej przywdziało pancerze i wątpliwą odwagę swoją pokrzepiwszy muszkietem lub halabardą, podążyło w kierunku oberży "Pod Wolnym Młynarzem", dokąd zbiegały się z głośnym zgiełkiem coraz większe, przejęte ciekawością tłumy.
W owych czasach popłoch tego rodzaju był chlebem powszednim. Żaden dzień nie mijał bez wypadku. To panowie awanturowali się między sobą, to król z kardynałem wojował, to Hiszpan z królem. Wreszcie poza tymi wojnami, cichymi lub głośnymi, jawnymi lub tajnymi, byli jeszcze rokoszanie, złodzieje, żebracy, hugonoci i wilki, rzucające się na wszystkich. Mieszczanie uzbrajać się musieli ciągle przeciw złodziejom i wilkom, często przeciw panom i hugonotom, a czasami nawet przeciwko królowi; ale przeciw kardynałowi i Hiszpanowi nie chwytali za broń nigdy. Dlatego też, w ów pierwszy kwietniowy poniedziałek 1625 roku, mieszczanie, usłyszawszy krzyki, a nie widząc ani czerwono-żółtych żandarmów, ani barw księcia de Richelieu, które by ich przestraszyły, rzucili się spiesznie ku oberży "Pod Wolnym Młynarzem". Dopiero na miejscu każdy mógł zobaczyć i zrozumieć przyczynę zamieszania.
Był to młodzieniec... nakreślmy wizerunek jego jednym pociągnięciem pióra. Wyobraźcie sobie Don Kichota w osiemnastym roku życia, Don Kichota bez pancerza i nagolenników, Don Kichota w kaftanie wełnianym, którego kolor niebieski przeszedł w odcienie to brudnozielonkawe, to brudnobłękitne. Twarz pociągła i śniada, kości na policzkach wystające, wymowny znak przebiegłości, szczęki nadmiernie rozwinięte, nieomylna wskazówka pochodzenia gaskońskiego, oko szeroko rozwarte i rozumne, wreszcie nos zagięty, lecz o liniach wykwintnych, za duży na młokosa, na człowieka dojrzałego zaś za mały. Mniej wprawnemu oku wydałby się on może podróżującym chłopskim synem, gdyby nie długa szpada, która - zwieszona na skórzanym pasie - biła go po nogach, i gdyby nie wierzchowiec z najeżoną sierścią, którego dosiadał.
Bo młodzieniec nasz miał wierzchowca, i to tak niezwykłego, że zwracał powszechną uwagę, był to podjezdek bearneński, mający już dwanaście do czternastu lat, maści żółtej, z ogonem pozbawionym włosa, którego brak nagradzały suto zarośnięte pęciny. Rumak ten wspaniały, choć głowę nosił niżej kolan, mógł jednak przebyć z osiem mil francuskich dziennie. Nieszczęściem zalety wszelkie tej szkapy tak były ukryte pod sierścią niezwykłej barwy, tak były zamaskowane dziwaczną jej postawą, ani trochę nieczyniącą zadość wymaganiom regularności kształtów, iż w czasach owych, kiedy wszyscy znali się na koniach, zjawienie się takiego podjezdka w Meung, od strony Beaugency, źle usposabiało i względem samego jeźdźca.
A wrażenie to tym przykrzejsze było dla młodego d'Artagnana (tak się bowiem nazywał ten nowy Don Kichot na swoim Rosynancie), iż czuł dobrze, że zabawny wierzchowiec ośmieszał nawet tak dzielnego jak on jeźdźca. Wzdychał też okrutnie w głębi ducha, przyjmując ten dar od pana d'Artagnana ojca. Wiedział, iż bydlę warte było najwyżej dwadzieścia liwrów, lecz słowa ojcowskie, towarzyszące temu darowi, nieskończenie wyższą posiadały cenę.
- Synu mój - prawił szlachcic gaskoński, tym narzeczem czysto bearneńskim, którego nawet Henryk IV pozbyć się nigdy nie zdołał - synu mój, koń ten zrodzony jest w domu ojca twojego, będzie temu trzynaście lat, i dotąd w nim przebywał, więc kochać powinieneś to zwierzę. Nigdy się z nim nie rozstawaj, pozwól mu spokojnie i uczciwie umrzeć ze starości; a jeśli na wojnę z nim pójdziesz, oszczędzaj go, jakbyś starego sługę oszczędzał. Przy dworze - ciągnął dalej stary pan d'Artagnan - jeżeli tylko będziesz miał zaszczyt tam się dostać, do czego daje ci prawo twoje stare szlachectwo, godnie utrzymaj imię szlachcica, które przez przodków twoich zaszczytnie było noszone od pięciuset przeszło lat. Nie ustępuj nikomu, nikomu nic nie puszczaj płazem, prócz panu kardynałowi i królowi. Odwagą tylko, rozumiesz mnie, tylko odwagą szlachcic dziś sobie toruje drogę. Kto stchórzy na jedną sekundę, na zawsze wymyka mu się los, jaki zsyła fortuna. Młody jesteś i winieneś być waleczny z dwóch powodów: najpierw, że jesteś Gaskończykiem, po wtóre, że jesteś moim synem. Okazji nie unikaj, goń za przygodami. Kazałem cię wyćwiczyć we władaniu szpadą; żelazną masz nogę, a dłonie ze stali; bij się o byle co, bij się tym bardziej, że pojedynki są zakazane, więc z tego wynika, że, aby się bić, trzeba mieć podwójną odwagę. Na drogę, mój synu, mogę ci dać tylko piętnaście talarów, mojego konia i te rady, których wysłuchałeś. Matka twoja daje ci jeszcze przepis na balsam, który od cyganki dostała, a ma on cudowną własność gojenia wszelkich ran, które nie dosięgnęły serca. Korzystaj z tego wszystkiego i żyj szczęśliwie przez długie lata. Już nic mi nie pozostaje ci udzielić, chyba dorzucić jeszcze ten przykład, wprawdzie nie z mego życia, bo ja nigdy na dworze nie byłem. Mówię tu o panu de Tréville, który ongiś był moim sąsiadem, a dzieckiem już miał zaszczyt dzielić zabawy z królem naszym Ludwikiem XIII - niech go Bóg najdłużej nam zachowa! Niekiedy zabawy te w bitwę się przeistaczały, a król nie zawsze bywał silniejszy. Szturchańce, które odbierał, przejmowały go wielkim szacunkiem i przyjaźnią dla pana de Tréville. Później, w podróży swej do Paryża, pan de Tréville pojedynkował się aż pięć razy; od czasu śmierci starego króla, aż do pełnoletności młodego, nie licząc wojen i oblężeń, w których brał udział, bił się jeszcze siedem razy. No! A od czasu pełnoletności swej, aż do dziś, bił się razy ze sto! Dlatego, widzisz, dzisiaj, pomimo wszelkich zakazów królewskich, pomimo rozporządzeń i wyroków na pojedynkujących się, jest on kapitanem muszkieterów, co tyle znaczy, jak gdyby był wodzem legionu Cezarów, i król go wielce ceni, a strachem przejmuje on nawet kardynała, który, jak wszystkim wiadomo, niełatwo czego się zlęknie. Co więcej, pan de Tréville doszedł do dziesięciu tysięcy talarów rocznego dochodu, zatem jest panem nie lada. A zaczynał tak, jak ty dzisiaj. Otóż przedstaw mu się z tym listem i wzoruj się na panu de Tréville, abyś, jak on, pokierował się w życiu.
To rzekłszy, pan d'Artagnan ojciec własną ręką przypasał mu szpadę, ucałował czule w oba policzki, dodając błogosławieństwo ojcowskie.
Młodzieniec, wychodząc z pokoju, zastał matkę, czekającą nań z ową słynną receptą zbawiennego balsamu.
Tutaj pożegnania były czulsze i przeciągnęły się, nie dlatego, aby pan d'Artagnan nie kochał syna, który był jego jedynym potomkiem, ale że, jako mąż stateczny, uważałby za niegodne siebie dać się opanować wzruszeniu. Pani d'Artagnan zaś była tylko kobietą, a nadto była matką. Wylewała więc łzy obfite i, przyznać musimy na pochwałę pana d'Artagnana syna, że chociaż silił się być niewzruszonym, jak na przyszłego muszkietera przystało, wzięło w nim górę uczucie wrodzone i łzy rzęsiste puściły się z jego oczu, a ledwie połowę ich ukryć mu się udało.
Tego jeszcze dnia młodzieniec wyruszył w drogę, zaopatrzony w trzy ojcowskie dary, składające się, jak powiedzieliśmy, z piętnastu talarów, konia i listu do pana de Tréville; rady zaś uważamy za dodatek do nich.
Z podobnym vademecum d'Artagnan stał się dokładną kopią bohatera Cervantesa, z którym przy naszkicowaniu portretu porównaliśmy go, jak nakazywał nam obowiązek historyka. Don Kichot brał wiatraki za olbrzymów, a za armię stado owiec, d'Artagnan postanowił poczytywać każdy uśmiech za zniewagę, a każde spojrzenie za wyzwanie. Z tego wynikło, że przez całą drogę od Tarbes aż do Meung trzymał zaciśnięte pięści i bez ustanku sięgał do rękojeści swej szpady, wszelako pięścią nie natrafił na żadną szczękę, a szpada ani razu nie była z pochwy dobyta. Nie znaczy to, aby na widok niefortunnego żółtego podjezdka nie wykwitał uśmiech na obliczach przechodniów; ponieważ jednak ponad tą szkapą pobrzękiwała szabla poważnego wyglądu, a ponad nią świeciły oczy bardziej dzikie niż dumne, powściągano uśmiechy, a gdy wesołość brała górę nad przezornością, usiłowano przynajmniej śmiać się półgębkiem tylko, na podobieństwo masek starożytnych. Tak d'Artagnan, pomimo drażliwości, w nienaruszonym majestacie swoim dobił do nieszczęsnego miasta Meung.
Gdy zsiadał z konia przed bramą "Wolnego Młynarza", a nie było tam nikogo, ani stajennego, ani gospodarza, by strzemię mu przytrzymał, d'Artagnan spostrzegł przy otwartym oknie na dole szlachcica postawy pięknej i wyniosłej, z twarzą nieco pomarszczoną, który rozmawiał z dwiema osobami, słuchającymi go z widocznym szacunkiem. Rzecz prosta, iż według przyjętego zwyczaju d'Artagnan zaraz pomyślał, że on jest przedmiotem tej rozmowy. Słuchał więc. Tym razem do połowy się tylko pomylił, albowiem nie o niego, lecz o jego konia tam chodziło. Szlachcic słuchaczom swoim wyliczał wszystkie jego przymioty, a jak już mówiliśmy, słuchacze wyglądali na przejętych szacunkiem niemałym dla opowiadającego i co chwila wybuchali śmiechem. Jeden półuśmiech, jak wiemy, wystarczał do rozbudzenia zapalczywości młodego d'Artagnana, łatwo pojmujemy więc, jakie sprawiła na nim wrażenie ta hałaśliwa wesołość.
Najpierw jednak d'Artagnan zapragnął zobaczyć, jak wygląda impertynent, który pozwala sobie żarty z niego stroić. Utkwił w nieznajomym dumne spojrzenie i zauważył, iż był to mężczyzna od czterdziestu do czterdziestu pięciu lat, o oczach czarnych i przenikliwych, cerze bladej, z nosem mocno wydatnym i czarnymi, pięknie ułożonymi wąsami. Miał on na sobie kaftan i spodnie fiołkowe z plecionkami tegoż koloru, bez żadnej ozdoby, prócz zwykłych nacięć na rękawach, przez które wyglądała koszula. Ubranie to, jakkolwiek nowe, zmięte było tak, jak gdyby długo spoczywało w walizie podróżnej. D'Artagnan uczynił to spostrzeżenie szybko, ale drobiazgowo, jak gdyby przeczuwając, że osobistość owa ma w przyszłości wielki wpływ wywrzeć na jego życie.
Gdy wpatrywał się tedy w szlachcica w ubraniu fiołkowym, ten był zajęty najuczeńszym i najbieglejszym wskazywaniem przymiotów bearneńskiego podjezdka, dwaj słuchacze zaś śmiali się hałaśliwie, a dokoła ust opowiadającego, wbrew zwyczajowi, zarysował się widoczny, acz blady jeszcze uśmiech. Tym razem żadna już nie zachodziła wątpliwość, d'Artagnan był istotnie znieważany. Przeświadczony o tym najzupełniej, beret na oczy nacisnął i usiłując naśladować ruchy wielkopańskie, podpatrzone w Gaskonii u przejeżdżających dostojników, zbliżył się z ręką na rękojeści szpady, a drugą wspartą na biodrze. Na nieszczęście, w miarę jak podchodził bliżej, gniew go zaślepiał coraz gwałtowniej i zamiast pełnej godności przemowy, którą przygotował sobie dla rzucenia wyzwania, nie znalazł na końcu języka nic, prócz obelgi grubiańskiej i gestu pełnego wściekłości.
- Hej! Panie - zawołał - panie, który się tam za okiennicą chowasz! Powiedz mi, jeśli łaska, co cię tak bardzo śmieszy, a pośmiejemy się razem!
Zagadnięty przeniósł spokojnie wzrok z wierzchowca na jeźdźca, jak gdyby potrzebował pewnego czasu dla zrozumienia, że dzika ta przymówka jest skierowana do niego, następnie, gdy znikła wszelka wątpliwość, brwi jego naciągnęły się lekko i po dość długim milczeniu, tonem ironii i nieopisanego zuchwalstwa, odpowiedział:
- Nie do ciebie mówię, mój panie.
- Ale ja mówię do ciebie, ja! - krzyknął chłopak, zrozpaczony tym połączeniem bezczelności i pięknych manier, konwenansu i pogardy.
Nieznajomy chwilę jeszcze popatrzył na niego i oddalając się od okna, powoli wyszedł z zajazdu i stanął przed koniem o parę kroków od d'Artagnana. Spokój i drwiący wyraz jego twarzy podwoiły wesołość towarzyszy, pozostałych przy oknie.
D'Artagnan, widząc, że mężczyzna się zbliża, chwycił szpadę i do połowy ją z pochwy obnażył.
- Koń ten stanowczo jest, a raczej był barwy jaskra polnego - ciągnął nieznajomy, zwróciwszy się do słuchaczów swoich z okna i jakby nie widząc d'Artagnana albo wcale nie zważając na niego. - Kolor ten znany jest bardzo w botanice, lecz u koni, przynajmniej jak dotąd, był nader rzadki.
- Łatwo to z konia się śmiać, na to nie trzeba takiej odwagi, jak śmiać się z jego pana! - wykrzyknął z wściekłością przyszły konkurent Tréville'a.
- Ja nieczęsto się śmieję, mój panie - odrzekł nieznajomy - możesz to odgadnąć z mej twarzy, ale śmieję się wtedy, kiedy mi się podoba.
- A ja - krzyknął d'Artagnan - nie pozwalam, aby się śmiano wtedy, gdy ja nie chcę i gdy mi się nie podoba.
- Doprawdy? - ciągnął nieznajomy z większym niż dotąd spokojem. - A, to najzupełniej słuszne.
I wykręciwszy się na pięcie, zmierzał z powrotem ku bramie zajazdu, gdzie stał jego osiodłany koń.
Lecz czyż d'Artagnan mógł puścić płazem takie drwiny? Porwał za szpadę i popędził za nieznajomym, krzycząc:
- Obróć no się, obróć, panie wesoły, bo mogę cię przypadkiem uderzyć z tyłu.
- Ty chcesz mnie uderzyć! - odparł ten, naraz zwracając się do młodzieńca z miną zdziwioną, a zarazem wzgardliwą. - Zwariowałeś widocznie, mój drogi! - Potem dodał do siebie półgłosem: - Szkoda wielka! Pyszny byłby nabytek dla Jego Królewskiej Mości, który ze wszystkich stron szuka takich śmiałków do swoich muszkieterów.
Zaledwie domawiał tych słów, kiedy d'Artagnan tak gwałtownie na niego natarł, że gdyby nagle w tył nie uskoczył, byłby prawdopodobnie żartował po raz ostatni w swym życiu. Wtedy nieznajomy zrozumiał, że przechodzi to już granicę żartów, dobył więc szpady i przesadnie kłaniając się przeciwnikowi, stanął w pogotowiu. Lecz w tejże chwili owi dwaj słuchacze, wspomagani przez gospodarza, wpadli na d'Artagnana, z całych sił łomocąc go kijami, pogrzebaczami i szczypcami kuchennymi. Atak ten tak dalece postać rzeczy zmienił, że kiedy d'Artagnan odwrócił się, aby stawić czoło gradowi pocisków, przeciwnik jego z tą samą przesadą schował szpadę do pochwy i z aktora walki, którym o mało co nie został, stał się tylko widzem, i z roli tej wywiązując się ze zwykłą sobie obojętnością, mruczał tylko pod wąsem:
- Niech ich powietrze ogarnie, tych Gaskończyków! Wpakujcie go na tego pomarańczowego konia i niechaj jedzie z Bogiem.
- Nie prędzej aż cię zatłukę, nikczemniku! - wrzeszczał d'Artagnan, nie ustępując ani kroku napastnikom, nacierającym na niego ze wszystkich stron.
- Zawsze ta gaskonada! - mruknął szlachcic. - O! Na honor, Gaskończycy zawsze są niepoprawni. Kończcie już ten taniec, kiedy chce koniecznie. On wam sam powie, jak będzie miał dosyć.
Ale nie wiedział, z jakim ma do czynienia zapaleńcem. D'Artagnan był z tych, co nie ustępują nikomu ani na krok. Walka trwała jeszcze kilka chwil; na koniec, wyczerpany, upuścił szablę, którą uderzenie kijów przełamało na dwoje. Od innego znów uderzenia jednocześnie zraniony w czoło, padł na wznak skrwawiony i prawie zemdlony.
Wtedy to właśnie nadbiegano ze wszystkich stron na miejsce, gdzie się ta scena rozgrywała. Oberżysta, lękając się głośniejszej awantury, przeniósł przy pomocy stajennych rannego do kuchni, gdzie go zaraz opatrzono.
Szlachcic zaś wrócił na dawne miejsce u okna i z pewnym rozdrażnieniem przypatrywał się tej tłuszczy, która jakby go gniewała niepomiernie.
- I cóż! Jak się miewa szaleniec? - zapytał, zwracając się do oberżysty, który przyszedł go o zdrowie zapytać.
- Czy nic się Waszej Ekscelencji nie stało? - dowiadywał się oberżysta.
- Ja się całkiem dobrze czuję, gospodarzu kochany, ale pytam właśnie, co się dzieje z naszym młokosem.
- Lepiej mu już - odrzekł gospodarz - ale wprzód zupełnie omdlał.
- Doprawdy? - pochwycił szlachcic.
- Lecz przed zemdleniem, zebrawszy wszystkie siły, wymyślał i odgrażał się panu.
- Toż to widocznie diabeł wcielony, ten śmiałek! - zawołał nieznajomy.
- O, nie, Ekscelencjo, on diabłem wcale nie jest - odparł oberżysta ze skrzywieniem pogardliwym - bo, kiedy zrewidowaliśmy go, zanim odzyskał przytomność, w zawiniątku jego znaleźliśmy tylko jedną koszulę, a w torbie marne dwanaście talarów; nie przeszkodziło mu to jednak przed zemdleniem powiedzieć, że gdyby to było w Paryżu, pożałowałbyś pan tego zaraz, lecz co się odwlecze, to nie uciecze.
- Więc to musi być jakiś przebrany książę - odrzekł nieznajomy chłodno.
- I ja tak myślę, dostojny panie - odrzekł oberżysta - i powinieneś się mieć na baczności.
- A czy w gniewie jakiego nazwiska nie wymienił?
- I owszem, uderzał się po kieszeni i mówił: "Zobaczymy, co powie pan de Tréville, na zniewagę, jaką wyrządzono jego protegowanemu".
- Pan de Tréville? - podchwycił nieznajomy z zajęciem. - Uderzał się po kieszeni, wymawiając nazwisko pana de Tréville? Słuchaj, gospodarzu, pewny jestem, że nie omieszkałeś przetrząsnąć tej kieszeni, kiedy był zemdlony. Co tam w niej było?
- List do pana de Tréville, kapitana muszkieterów.
- Doprawdy?
- Tak, jak to powiedziałem Waszej Ekscelencji.
Oberżysta, zbytnią bystrością nieobdarzony, nie zauważył wyrazu, jaki słowa jego wywołały na obliczu nieznajomego. Ten zaś, opuszczając okno, o którego framugę był oparty, zmarszczył brwi z wyrazem niepokoju.
- Co u diabła? - syknął przez zęby. - Czyżby Tréville nasłał mi tego Gaskończyka? Młokos to co prawda! Pchnięcie szpady jednak nie przestaje być pchnięciem, bez względu na wiek tego, który je zadaje, a na dzieciaka mniej się zwykle uważa niż na kogo innego!... Czyż nieraz drobna na pozór przeszkoda nie pokrzyżowała wielkich zamiarów?
I nieznajomy pogrążył się w zamyśleniu.
- Słuchaj, gospodarzu - rzekł - czy nie mógłbyś uwolnić mnie od tego zapaleńca? Co prawda, zabić go nie mogę, a jednak - dodał z groźnym spokojem - a jednak mi zawadza. Gdzież on jest?
- W pokoju mojej żony, na pierwszym piętrze, opatrują go tam.
- Czy są przy nim łachmany jego i zawiniątko? Czy nie zdjął kaftana?
- Przeciwnie, w kuchni na dole wszystko to się znajduje. Lecz skoro panu ten szaleniec zawadza...
- Bez wątpienia. Jest on w twoim zajeździe przyczyną awantury z ludźmi przyzwoitymi. Wracaj do siebie, przygotuj rachunek i uprzedź mojego służącego.
- Jak to! Pan już nas opuszcza?
- Widzisz to przecież, skoro dałem ci rozkaz osiodłać mego konia. Czy nie zrobiono tego jeszcze?
- I owszem, i, jak to Wasza Ekscelencja mógł zauważyć, koń jego stoi w bramie, gotowy do podróży.
- Zrób zatem, co ci mówiłem.
- U! - rzekł w duchu oberżysta - miałby on istotnie bać się tego chłopaka?
Lecz groźne spojrzenie nieznajomego zbiło go z tropu. Skłonił się nisko i wyszedł.
- Nie trzeba, ażeby milady była przez tego dudka widziana - rzekł do siebie nieznajomy - powinna tu już niedługo nadjechać, spóźnia się nawet trochę. Najlepiej będzie, gdy wsiądę na konia i pojadę jej na spotkanie. Gdybym tylko mógł wiedzieć, co zawiera ten list do Tréville'a!
I mrucząc tak, skierował się do kuchni.
Oberżysta tymczasem, nie przypuszczając, by obecność młodego chłopca wypędzała nieznajomego z zajazdu, zaszedł do swojej żony, gdzie zastał d'Artagnana już najzupełniej przytomnego. Dał mu tedy do zrozumienia, iż mógłby mieć jaką nieprzyjemność z policją za szukanie przezeń zaczepki z wielkim panem, gdyż, podług oberżysty, nieznajomy był niezawodnie magnatem. Przekładając to wszystko, gospodarz oberży wreszcie namówił go tak, że młodzieniec, pomimo osłabienia, powstał, by w dalszą puścić się drogę. D'Artagnan, na pół ogłuszony, z obwiązaną głową i bez kaftana, ruszył się z miejsca i naglony przez gospodarza, zwlókł się powoli ze schodów; lecz pierwszą osobą, którą spostrzegł, wszedłszy do kuchni, był wróg jego, rozmawiający najspokojniej w świecie przy drzwiczkach karety podróżnej zaprzężonej w dwa wielkie konie normandzkie.
Kobieta, z którą rozmawiał, a której główka wyglądała z okna pojazdu, jak w ramki oprawna, mogła mieć dwadzieścia do dwudziestu dwóch lat najwyżej.
Mówiliśmy już o tym, z jaką szybkością baczne oko d'Artagnana zdawało sobie sprawę z każdego oblicza, więc od razu spostrzegł on też, że kobieta jest młoda i piękna. Piękność ta tym więcej go uderzyła, iż nic nie miała wspólnego z południową prowincją, gdzie dotąd zamieszkiwał.
Była to blondynka, blada, z długimi włosami w lokach, spadającymi na cudne jej ramiona, o dużych i smętnych niebieskich oczach; ręce miała śnieżnej białości, a usta jak świeżo rozkwitłą różę. Rozmawiała z nieznajomym wielce ożywiona.
- Jego Eminencja zatem rozkazuje mi... - mówiła.
- Niezwłocznie powrócić do Anglii i donieść mi bezpośrednio, czy książę wyjeżdżał z Londynu.
- A co do innych zleceń? - zapytała piękna podróżna.
- Są one zawarte w tym oto pudełku, które pani otworzy, ale dopiero po tamtej stronie kanału.
- Dobrze... a co pan ze sobą zrobi?
- Ja powracam do Paryża.
- Nie ukarawszy tego zuchwałego chłopaka? - zapytała dama.
Nieznajomy zabierał się do odpowiedzi, lecz, zanim usta otworzył, d'Artagnan, który słyszał to wszystko, skoczył i stanął na progu.
- Oto jest właśnie ten zuchwały chłopak, który sam innych karze - zawołał - a jak na teraz mam nadzieję, że ten, którego ukarać powinien, nie wymknie mu się, jak za pierwszym razem.
- Czy tak? - odparł nieznajomy, marszcząc brwi.
- Nie, nie śmiałbyś wobec kobiety uciekać, tak przypuszczam przynajmniej.
- Zastanów się - krzyknęła milady, widząc, że szlachcic już chwyta za szpadę - pomyśl, że najmniejsza zwłoka wszystko może zgubić.
- Masz słuszność - zawołał - jedźmy więc, każde w swoją stronę.
I skinąwszy jej głową na pożegnanie, skoczył na konia, a jednocześnie woźnica karety śmignął potężnie batem nad swoim zaprzęgiem. Ruszyli galopem, każde z nich pędząc w przeciwnym kierunku.
- Hej! hej! A rachunek niezapłacony - wrzeszczał gospodarz, którego względy dla podróżnego we wzgardę się zamieniły na widok, że odjeżdża, nie zapłaciwszy należności.
- Zapłać, ciamajdo! - krzyknął w pełnym galopie podróżny na swego pachołka, który rzuciwszy parę sztuk srebra pod nogi oberżysty, podążył za swoim panem.
- A! Łotr. A! Łajdak, szlachcicem podszyty! - krzyczał d'Artagnan, goniąc za obydwoma.
Lecz ranny nie odzyskał jeszcze na tyle sił, ażeby wytrzymać podobne wstrząśnienia. Zaledwie ubiegł kilka kroków, poczuł szum w uszach, świat zawirował, nareszcie krwawa chmura zasłoniła mu oczy i padł na środku drogi, wołając jeszcze:
- Podły! Podły! Podły!
- To prawda, że podły - mamrotał oberżysta, podszedłszy do d'Artagnana i próbując jemu się teraz przypodobać i pogodzić się z biedakiem, jak owa czapla w bajce ze ślimakiem.
- Podły! Podły! - powtarzał d'Artagnan - ale ona bardzo piękna!
- Co za ona? - zapytał oberżysta.
- Milady - wybełkotał d'Artagnan i zemdlał po raz drugi.
- A! I tej milady nie znam - rzekł do siebie gospodarz. - Ha! Chociaż ten mi pozostaje z pewnością, na kilka dni co najmniej. W każdym razie jedenaście talarów zysku.
Wiadomo, że taka suma znajdowała się w sakiewce d'Artagnana.
Oberżysta liczył na jedenaście dni choroby, czyli po talarze na dobę.
Ale osoby chorego nie wziął wcale w rachubę.
Nazajutrz o piątej z rana d'Artagnan podniósł się, zszedł sam do kuchni, zażądał, prócz innych rzeczy, których spis nie doszedł do nas, wina, oliwy, rozmarynu, i z receptą macierzyńską w ręce sporządził sobie balsam, którym liczne rany swoje namaściwszy, sam je opatrywał, nie chcąc dopuścić żadnego lekarza. Dzięki zbawiennym skutkom balsamu cygańskiego, a być może i nieobecności lekarzy, stanął na nogi jeszcze tego wieczoru, a nazajutrz był już prawie wyleczony.
Kiedy przyszło płacić za rozmaryn, wino i oliwę, jedyny wydatek jego, sam bowiem dietę najściślejszą zachował, gdy przeciwnie żółty konik, jak dowodził oberżysta, zjadł trzy razy więcej, niż przypuścić było można, d'Artagnan znalazł wprawdzie w kieszeni swój podarty woreczek aksamitny z jedenastoma talarami, lecz list, adresowany do pana de Tréville, zniknął bez śladu. Począł więc z największą cierpliwością poszukiwać listu, po dwadzieścia razy wywracał kieszenie, szperał po mniejszych kieszonkach, grzebał w zawiniątku, otwierał i zamykał woreczek; ale, skoro nabrał przekonania, że trzeba list uważać za stracony, wpadł w trzeci paroksyzm gniewu, co omal znów nie spowodowało powtórnego użycia wina i oliwy rozmarynowej; bo na widok tego zapaleńca, grożącego, że wszystko, co w domu napotka, w drobne kawałki potłucze, jeżeli listu nie znajdzie, gospodarz znowu pochwycił za oszczep, połowica jego za miotłę, a parobcy za kije, te same, które poprzedniego dnia były w robocie.
- List! Mój list polecający! - krzyczał d'Artagnan - albo klnę się, że wszystkich nadzieję na szpadę jak jarząbki na rożen.
Nieszczęściem jednak okoliczność pewna sprzeciwiała się spełnieniu tej groźby, bo w pierwszej walce szpada jego, jak mówiliśmy, została złamana na dwoje, o czym najzupełniej zapomniał. Z tego wynikło, że gdy d'Artagnan chciał ją z pochwy wydobyć, znalazł się uzbrojony, lecz tylko w odłamek na sześć czy osiem cali długi, który gospodarz najstaranniej wsunął mu do pochwy, resztę klingi obciętej dla siebie sprzątnął i potem na szpikulec obrócił.
Prawdopodobnie jednak rozczarowanie to nie byłoby powstrzymało młodego zapaleńca, gdyby nie uwaga uczyniona przez oberżystę, że gość jego słusznie tak ubolewa nad utratą listu.
- Ale, to prawda - odezwał się, opuszczając oszczep - gdzie może być ten list?
- Tak, gdzie ten list? - krzyczał d'Artagnan. - Powiadam wam, że to list do pana de Tréville i musi się znaleźć, już on na to poradzi! no! on na to poradzi!...
Groźba ta ostatecznie upamiętała oberżystę. Bo po królu i kardynale pan de Tréville był człowiekiem, którego imię najczęściej powtarzali zarówno wojskowi, jak i mieszczanie. Wprawdzie ojciec Józef żył jeszcze, lecz imię jego po cichu tylko wymawiano, taką grozą przejmowała szara eminencja, jak nazywano samego kardynała. Odrzuciwszy więc oszczep na stronę i zalecając żonie, aby to samo uczyniła z miotłą, a parobkom z kijami, oberżysta pierwszy dał przykład szukania zatraconego listu.
- Czy ten list zawiera coś ważnego? - spytał po chwili nadaremnych szperań.
- Spodziewam się! - krzyknął Gaskończyk, który miał nadzieję utorować nim sobie drogę do dworu. - List ten stanowi o moim losie.
- Może w nim były obligacje hiszpańskie? - pytał zaniepokojony oberżysta.
- Obligacje na osobisty skarbiec królewski - odparł d'Artagnan, który, obiecując sobie za pomocą listu wejść do służby Jego Królewskiej Mości, sądził, iż śmiało mógł tak odpowiedzieć.
- Tam do diabła! - jęknął zrozpaczony oberżysta.
- Mniejsza o to - kończył d'Artagnan z zacięciem cechującym jego pochodzenie - pieniądze to jeszcze nic! Wolałbym tysiąc pistolów stracić aniżeli to pismo.
Tak samo mógł powiedzieć o dwudziestu tysiącach, lecz wstrzymała go nieśmiałość młodzieńcza.
Znużonemu poszukiwaniami oberżyście nagła myśl strzeliła do głowy.
- Ten list wcale nie zginął! - zawołał.
- A! - odezwał się d'Artagnan.
- Nie, on tylko został zabrany.
- Zabrany! A to przez kogo?
- A przez tego wczorajszego szlachcica. On był w kuchni i to sam jeden, a kaftan pański tam leżał. Założyłbym się, że on go ukradł.
- Tak myślisz? - odparł d'Artagnan, słabo jednak przekonany, bo lepiej niż kto inny znał rzeczywistą doniosłość listu i nie widział w nim nic takiego, co by mogło obudzić cudzą pożądliwość. Bo cóż by kto, czy to z pachołków, czy z podróżnych, zyskać mógł na posiadaniu tego świstka.
- Mówisz zatem - ciągnął d'Artagnan - iż tego grubiańskiego szlachcica posądzasz...
- Mówię panu, bo pewny tego jestem - kończył oberżysta. - Kiedy mu oznajmiłem, że wasza dostojność jest protegowanym pana de Tréville i że nawet posiadasz list do tego znakomitego męża, wielce się zaniepokoił, pytając, gdzie może list ten się znajdować, po czym niezwłocznie udał się do kuchni, gdzie leżał pański kaftan.
- Więc to on jest tym złodziejem, który mnie okradł - rzekł d'Artagnan - poskarżę ja się panu de Tréville, a ten królowi się poskarży. - Potem, z miną majestatyczną, wydobył z kieszeni dwa talary i dał je oberżyście, który z kapeluszem w ręce do drzwi go odprowadził. Tam d'Artagnan dosiadł żółtego rumaka, który bez żadnego już wypadku doniósł go do bramy Świętego Antoniego w Paryżu, gdzie został sprzedany przez swego właściciela za trzy talary, co znaczyło, że zapłacony był dobrze, bo d'Artagnan pędził go niemiłosiernie, od ostatniego popasu. Nie ukrywał też handlarz koni, który go nabył, że sumę taką daje tylko dla niezwykłej jego maści.
Teraz bez konia wszedł d'Artagnan do Paryża piechotą, z węzełkiem pod pachą, i póty chodził, aż znalazł pokoik do wynajęcia, odpowiedni do szczupłych jego funduszów. Siedziba ta była rodzajem mansardy, przy ulicy Grabarzy, w pobliżu Luksemburga. Skoro tylko dał zadatek, zajął swoje mieszkanie i resztę dnia spędził na zaszywaniu kaftana i naszywaniu spodni galonami, które matka odpruła od kaftana starego pana d'Artagnana, i dała mu po kryjomu. Następnie udał się na bulwar de la Ferraille po nową klingę do szpady; zawrócił potem do Luwru, aby się wywiedzieć od pierwszego lepszego muszkietera, gdzie się znajduje dom pana de Tréville, a dom ten, jak usłyszał, stał przy ulicy Gołębiej, to jest w bliskim sąsiedztwie siedziby d'Artagnana, co tenże poczytał za dobrą wróżbę dla przyszłych swych losów.
I zadowolony z zachowania swego w Meung, bez wyrzutów sumienia z przeszłości, ufny w teraźniejszość i pełen nadziei na przyszłość, legł na posłaniu i zasnął snem sprawiedliwego. Czysto parafiański jeszcze sen ów wytrzymał go do godziny dziewiątej z rana, zerwał się więc szybko d'Artagnan, by podążyć do sławnego pana de Tréville, trzeciej osoby w królestwie, według klasyfikacji pana d'Artagnana ojca.
ROZDZIAŁ II. PRZEDPOKÓJ PANA DE TRÉVILLE
Pan de Troisville, jak mieniła się rodzina jego w Gaskonii, albo de Tréville, jak wreszcie sam się przezwał w Paryżu, zaczynał tak samo jak d'Artagnan, czyli bez grosza przy duszy, ale z zapasem śmiałości, dowcipu i sprytu, które sprawiają, iż najuboższy szlachetka gaskoński, otrzymując je w spuściźnie po przodkach, bogatszy się staje niż najzamożniejszy perigordzki szlachcic, dziedziczący dostatki po swoim rodzicu. Zuchwały, nieustraszony, szczęśliwy dzięki przypadkom, które jak grad padały w owych czasach, wyniesiony na szczyt stromej drabiny, jaka się zwie łaską u dworu, z pomocą również przypadków, po cztery szczeble przeskakiwał na niej od razu.
Był przyjacielem króla, który, jak wiadomo, czcił niezmiernie pamięć ojca swego Henryka IV. Ojciec pana de Tréville służył mu wiernie w wojnach przeciwko Lidze, tak że przy braku gotówki, a brakło jej przez całe życie Henrykowi Bearneńczykowi, który zwykle płacił długi jedyną monetą, jakiej pożyczać nie potrzebował nigdy, to jest własnym dowcipem, przy braku zatem gotówki dla wynagrodzenia mu zasług król upoważnił go, po poddaniu się Paryża, do wzięcia sobie na herb lwa złotego na czerwonej tarczy, z godłem fidelis et fortis. Zaszczytu wiele, lecz korzyści materialnych za mało trochę. Kiedy też znakomity towarzysz wielkiego Henryka umarł, zostawił w spadku synowi tylko godło i szpadę. Dzięki tej podwójnej spuściźnie, z dodatkiem nieskazitelnego imienia, pan de Tréville przypuszczony został do dworu młodego księcia, gdzie, wierny godłu swemu, tak dzielnie szpadą mu służył, że Ludwik XIII, jeden z lepszych szermierzy swego królestwa, mawiał, iż gdyby miał przyjaciela, któremu przyszłoby pojedynkować się, radziłby mu wziąć na świadka najpierw Ludwika, a potem pana de Tréville, a nawet może wpierw jeszcze wybrałby tego ostatniego.
Miał też Ludwik XIII szczere przywiązanie do pana de Tréville, przywiązanie królewskie wprawdzie, samolubne, ale bądź co bądź zawsze przywiązanie. Bo w owych nieszczęsnych czasach starano się usilnie otaczać takimi ludźmi, jak pan de Tréville.
Wielu bowiem mogło szczycić się godłem: silny, lecz mało szlachty mogło zasłużenie nosić dewizę: wierny. Do ostatnich jednak należał de Tréville. Był to człowiek rzadki, z posłuszeństwem psa, odwagą ślepą, okiem bystrym i potężną dłonią, któremu wzrok dany był jakby tylko po to, aby dojrzeć niezadowolenie królewskie z jakiej osoby, a ręka, aby winowajcę uderzyć, chociażby nim był Besme, Maurevers, Poltrot, de Méré czy Vitry. Potrzeba mu było tylko sposobności; czyhał na nią i obiecywał sobie ją pochwycić choćby za jeden włosek, skoro nawinęłaby się mu pod rękę.
Zrobił go też król wodzem muszkieterów, którzy w przywiązaniu, posuniętym do fanatyzmu, byli dla Ludwika XIII tym, czym przyboczna straż dla Henryka III, a straż szkocka dla Ludwika XI.
Kardynał zaś i pod tym względem nie chciał ustępować królowi. Gdy ujrzał tych groźnych wybrańców, którymi otoczony był Ludwik XIII, zapragnął także straż swoją posiadać. Miał więc i on swoich muszkieterów, i można było widzieć, jak dwie te, współzawodniczące z sobą potęgi, w poczet swój ze wszystkich prowincji francuskich, a nawet spod cudzoziemskich rządów, rekrutowały ludzi sławnych z dzielności rycerskiej. Król też i kardynał często wieczorami, przy szachach, wszczynali sprzeczki o zalety swoich obrońców.
Jak jeden, tak drugi wychwalał postawę i męstwo tych, którzy należeli do niego; i obaj, potępiając w zasadzie pojedynki i burdy, sami podżegali ich z cicha do zaczepek, odczuwając prawdziwy żal lub radość niepomierną z porażki lub zwycięstwa swoich ludzi. Tak przynajmniej głoszą pamiętniki człowieka, który w zapasach tych pokonany bywał czasami, lecz najczęściej stawał się zwycięzcą.
Tréville, poznawszy słabą stronę swego pana, zawdzięczał tej przebiegłości długotrwałą i niezmierną łaskę króla, który nie pozostawił po sobie pamięci zbyt wiernego w przyjaźni. Wiedząc, czym się przypodobać Ludwikowi, popisywał się filuternie swymi muszkieterami przed kardynałem Armandem du Plessis, na co jeżyły się złością siwe wąsiki Jego Eminencji.
Tréville pojmował należycie ducha swojej epoki, kiedy się żyło kosztem jeżeli nie swoim, to własnych ziomków, żołnierze jego był to legion diabłów, jemu tylko ulegli, dla niego tylko znający karność.
Rozczochrani, podpici, pokiereszowani, muszkieterowie króla, a raczej pana de Tréville, rozpraszali się po szynkach, spacerach, miejscach publicznych, hałasując, podkręcając wąsa, brzęcząc ostrogami, z rozkoszą bezgraniczną potrącając straż kardynalską, przy pierwszym spotkaniu i pośrodku ulicy dobywając szpady z żarcikami nieskończonymi, bo pewni byli, że w razie śmierci opłakiwani i pomszczeni zostaną niechybnie. Często nawet zabijali przeciwników z najzupełniejszym spokojem, wiedząc dobrze, iż za to nie zgniją w więzieniu, był bowiem jeszcze pan de Tréville, który umiał się za nimi wstawić. Jakże też go na wszystkie tony wychwalali ci ludzie, jak go uwielbiali, i choć przeważnie nicponie i włóczęgi, drżeli przed nim, niczym żaki przed nauczycielem, posłuszni na każde skinienie, gotowi dać się zabić, byleby oczyścić się przed nim z najmniejszego zarzutu.
Używał on też tej dźwigni potężnej, najpierw dla króla i jego stronników, potem dla siebie i swoich przyjaciół. Zresztą w żadnym z ówczesnych pamiętników, a niemało ich pozostało, nie ma śladu najmniejszego zarzutu przeciw temu zacnemu szlachcicowi, nawet ze strony jego nieprzyjaciół, których liczył sporo pomiędzy ludźmi zarówno pióra, jak i broni. Przy genialnych zdolnościach do intryg, stawiających go na równi z najpotężniejszymi, pozostał człowiekiem uczciwym. Co więcej, pomimo cięć, które szpecą ciało, i ciężkich ćwiczeń, które je nużą, stał się jednym z najpożądańszych gości w towarzystwach kobiecych, najwykwintniejszym zalotnikiem i najwyrafinowańszym dowcipnisiem swojego czasu; mówiono o zwycięstwach buduarowych Tréville'a tak, jak przed dwudziestu laty o Bassompierze, a to znaczyło niemało. Dowódca muszkieterów był zatem podziwiany; lękano się go i kochano zarazem, co stanowi najwyższy szczyt powodzenia ludzkiego.
Ludwik XIV pochłaniał mniejsze gwiazdy dworu w promieniach swojej jasności; ojciec jego zaś, jako słońce pluribus impar, pozostawiał blask osobisty każdemu z ulubieńców swoich, każdemu z dworzan własną jego wartość. Oprócz przyjęć porannych u króla i kardynała, liczono owego czasu w Paryżu dwieście przeszło innych, także poszukiwanych. Pomiędzy nimi najbardziej ubiegano się o przyjęcie u Tréville'a.
Dziedziniec jego pałacu przy ulicy du Vieux-Colombier podobny był do obozu, latem już od godziny szóstej z rana, zimą od ósmej. Pięćdziesięciu do sześćdziesięciu muszkieterów luzowało się tam ciągle, aby każdy widział ich w tak potężnej liczbie, a przy tym zawsze zbrojnych i gotowych na wszystko. Wzdłuż wielkich schodów, w których klatce dzisiejsza cywilizacja dom cały zbudować by mogła, mijali się bezustannie ci i owi interesanci paryscy, przychodzący z przeróżnymi prośbami, szlachta z prowincji, pragnąca być przyjęta w poczet muszkieterów, i służba wszelkiej barwy, wygalowana, przynosząca panu de Tréville listy od swoich panów. W przedpokoju na ławkach pod ścianami rozsiedli się wybrańcy raczej niż ci, co zostali wezwani. Od rana do wieczora było tam gwarno, a tymczasem pan de Tréville przyjmował wizyty w gabinecie obok przedpokoju, słuchał zażaleń, wydawał rozkazy i jak królowi na balkonie w Luwrze, tak jemu dość było stanąć w oknie, ażeby odbyć przegląd ludzi swoich i broni.
W dniu, kiedy znalazł się tam d'Artagnan, zebranie było imponujące, zwłaszcza dla prowincjusza, przybyłego z prowincji. Co prawda, był on Gaskończykiem, a w owych czasach szczególnie jego ziomkowie nie tracili przy byle czym swej junackiej fantazji. Lecz wejście to onieśmieliłoby niejednego. Po przedostaniu się przez ciężką, wielkimi gwoźdźmi nabijaną bramę wpadało się od razu pomiędzy zbrojne zastępy, snujące się po dziedzińcu, wyzywające się na słowa, sprzeczające się i swawolące zarazem wesoło. By utorować sobie przejście pośród tych fal wirujących, trzeba było być oficerem, wielkim panem lub ładną kobietą.
Owóż pośród takiej wrzaskliwej zgrai i zamieszania przebijał się młodzieniec nasz z sercem bijącym, długi rapier swój przyciskając do chudych nóg, rękę trzymając przy kapeluszu, z półuśmiechem, zwykłym u prowincjusza, chcącego dodać sobie pewności. Gdy się przez jedną gromadkę przecisnął, oddychał wtedy swobodniej, lecz czuł, że oglądano się za nim, i po raz pierwszy w życiu on, który dobre miał dotąd wyobrażenie o sobie, śmieszny się sobie wydawał.
Gorzej było jeszcze, gdy doszedł do schodów, na pierwszych stopniach stało czterech muszkieterów, fechtujących się z sobą dla rozrywki, a dziesięciu czy dwunastu ich towarzyszy, zajmując platformę schodową, oczekiwało na swoją kolej w szermierce.
Z czterech pierwszych jeden, stojąc ze szpadą w ręce na wyższym stopniu schodów, nie pozwalał trzem innym bliżej podejść.
Ci trzej zaś z prawdziwą zręcznością napadali na niego szpadami.
D'Artagnan wziął zrazu broń tę za florety z gałkami, lecz przekonał się wkrótce po zadraśnięciu, że broń była spiczasta i wyostrzona należycie, a za każdym zadraśnięciem nie tylko widzowie, lecz i szermierze sami śmiali się jak szaleni.
Stojący na wyższym stopniu z zadziwiającą zręcznością trzymał przeciwników swoich w oddaleniu.
Otoczono ich kołem, warunek był taki, że ugodzony winien odstąpić od partii. W ciągu pięciu minut trzech było draśniętych, jeden w rękę, drugi w brodę, trzeci zaś po uchu, przez obrońcę schodów, który w tych ćwiczeniach pozostał bez najmniejszego szwanku. Zręczność ta dawała mu prawo, według umowy, po trzykroć z kolei bronić swojego stanowiska.
Jakkolwiek d'Artagnan postanowił nie dziwić się byle czemu, przeczuwając, iż zobaczy wiele rzeczy zupełnie dla siebie nowych, rozrywka ta zastanowiła go jednak. Widział on na prowincji swojej, gdzie głowy są tak łatwo zapalne, dużo ćwiczeń szermierskich, lecz gaskonada tych czterech fechmistrzów najdoskonalszą mu się wydała, o jakiej usłyszeć kiedykolwiek mógł nawet w Gaskonii. Zdawało mu się więc, że przeniesiony jest w owe bajeczne kraje olbrzymów, gdzie ongiś dostał się Guliwer. A jednak na tym nie koniec, pozostawała mu jeszcze platforma i przedpokój.
Tam już się nie bito, lecz opowiadano sobie anegdoty o kobietach, w przedpokoju zaś dworskie historyjki. Na platformie rumieniec wystąpił na lica d'Artagnana, w przedpokoju młodzieniec zadrżał.
Wyobraźnia jego, rozbudzona i nieokiełznana, która czyniła go postrachem dla dziewcząt pokojowych, a niekiedy i dla młodych ich pań, w chwilach szału nawet nie śniła tych cudów miłosnych i zwycięstw, spotęgowanych najbardziej znanymi imionami i najjaskrawszymi szczegółami. Lecz jeżeli obyczajność jego zadraśnięta została na platformie schodów, w przedpokoju szacunek dla kardynała nadwerężony został niesłychanie.
Tam ze zdumieniem usłyszał głośną krytykę polityki, która trzęsła całą Europą, życie zaś prywatne kardynała, za którego roztrząsanie tylu możnych i wielkich ukaranych już było, życie tego wielkiego człowieka, tak czczonego przez pana d'Artagnana ojca, tutaj służyło za pośmiewisko muszkieterom pana de Tréville, którzy szydzili z jego pałąkowatych nóg i wypukłych pleców, a nawet śpiewali piosnki o pani d'Aiguillon, jego kochance, o siostrzenicy, pani de Combalet, gdy inni znowu namawiali się przeciw paziom i straży przybocznej księcia-kardynała.
Jednakże, gdy niechcący imię królewskie wyrwało się komuś niespodzianie wśród tego kardynalskiego bigosu, wnet jakby knebel zamykał na chwilę drwiące usta. Spoglądano z wahaniem dokoła, jakby się lękając, aby nie zdradziła ściana, dzieląca ich od gabinetu pana de Tréville. Wkrótce też najmniej znaczące słówko zwracało rozmowę na eminencję i koncepty zaczynały się na nowo, nie szczędząc światła dla wszystkich jego postępków.
"O! Wszyscy oni niezawodnie pójdą do więzienia, a potem na szubienicę - myślał ze zgrozą d'Artagnan - a może i ja z nimi razem, bo skoro ich słuchałem i słyszę, uważany będę za ich wspólnika. Co by na to mój ojciec powiedział, on, który mi cześć dla kardynała tak usilnie zalecał, co by powiedział, gdyby mnie zobaczył w tej pogańskiej kompanii?"
Nikt o tym powątpiewać nie będzie, iż d'Artagnan nie ośmielił się wmieszać do rozmowy; otworzył tylko oczy i uszy, pięć zmysłów chciwie wytężając, aby pochwycić wszystko i, pomimo zaleceń ojcowskich, czuł w sobie ochotę nie ganić, lecz raczej chwalić rzeczy niesłychane, które się tam odbywały.
Ponieważ jednak obcy był zupełnie tej zgrai dworaków pana de Tréville i po raz pierwszy go tam widziano, zapytano zaraz, czego chce. Na zapytanie to d'Artagnan skromnie wymówił nazwisko, przekonawszy o pochodzeniu swoim jako ich współziomka i prosił pokojowca, który go właśnie pytał, aby dlań zachował chwilę posłuchania u pana de Tréville, co tenże przyrzekł uczynić we właściwym czasie.
Przyszedłszy trochę do siebie z pierwszego oszołomienia, d'Artagnan zaczął rozglądać się swobodniej, badając po trosze ubiory i twarze.
Punkt środkowy najbardziej ożywionej gromadki stanowił muszkieter wzrostu wysokiego, z obliczem wyniosłym i w dziwacznym stroju, który zwracał ogólną uwagę.
Nie miał na sobie kaftana, przepisanego regułami, co zresztą nie było obowiązujące w owej epoce, w owych czasach nie tyle swobody, ile niezależności. Nosił na sobie obcisły żupan błękitny, zblakły i wytarty nieco, na którym połyskiwała wspaniała szarfa szeroka, haftowana złotem i mieniąca się blaskiem, jak powierzchnia wody na słońcu. Płaszcz aksamitny karmazynowy z wdziękiem opuszczał mu się z ramion, z przodu odsłaniając tylko świetną szarfę, przy której zwieszał się ogromny rapier.
Muszkieter powracał właśnie z warty i skarżył się, iż jest mocno zakatarzony, kaszląc od czasu do czasu z przesadą. Okrył się też dlatego płaszczem, jak głosił dokoła, a mówiąc to z miną wyniosłą, dumnie pokręcał wąsa, gdy tymczasem podziwiano z zapałem szarfę haftowaną, a d'Artagnan podziwiał jeszcze więcej niż wszyscy.
- Cóż chcecie - mówił muszkieter - moda taka nastaje. Wiem, że to głupstwo, ale modne. Zresztą trzeba przecież użyć na coś pieniędzy z rodzinnej sukcesji.
- O, Portosie - wykrzyknął jeden z obecnych - nie próbuj nawet wmówić w nas, iż szarfa ta z rodzicielskiej hojności ci się dostała. Prędzej ci ją ofiarowała ta zakwefiona dama, z którą spotkałem cię zeszłej niedzieli przy bramie Świętego Honoriusza.
- Nie, na honor, słowo szlacheckie daję, iż sam ją kupiłem za własne pieniądze - odparł ten, którego Portosem nazwano.
- Tak - odezwał się inny muszkieter - tak samo, jak ja kupiłem ten woreczek nowy za to, co moja luba włożyła mi do starego.
- Mówię prawdę - podchwycił Portos - a dowód najlepszy, że powiem wam, ile za nią zapłaciłem, dwanaście pistolów.
Zachwyt spotęgował się, wątpliwość jednak pozostała.
- Wszak prawda to, Aramisie? - zapytał Portos, zwracając się do innego muszkietera.
Ten stanowił najzupełniejszy z nim kontrast. Był to chłopiec młody, od dwudziestu dwóch do trzech lat zaledwie, z obliczem łagodnym i niewinnym, ze słodkim spojrzeniem czarnych oczu, z twarzą różową i zdobną w lekki puszek, jak brzoskwinia w jesieni. Zgrabny wąsik rysował mu nad ustami linię najregularniejszą; ręce jakby się obawiały opuszczać ku dołowi, by na nich nie nabrzmiały żyły; od czasu do czasu szczypał się w uszy, dla utrzymania na nich lekkiego i przejrzystego szkarłatu. Mówił zazwyczaj mało i powoli, kłaniał się często, śmiał się głośno, pokazując piękne zęby, o które, jak i o całą swą osobę, najwyraźniej dbał niepomiernie.
Na pytanie przyjaciela odpowiedział potwierdzającym skinieniem głowy.
Potwierdzenie to jednak jakby bardziej jeszcze umacniało wszelkie powątpiewania co do szarfy; podziwiano ją ciągle, lecz nie mówiono już o niej, a rozmowa przeszła na inny przedmiot.
- Co myślicie o opowiadaniu koniuszego pana de Chalais? - zapytał inny znowu muszkieter, nie zwracając się do nikogo wyłącznie, lecz do wszystkich w ogólności.
- A cóż on opowiada? - zapytał Portos tonem wyniosłym.
- Opowiada, iż spotkał w Brukseli Rocheforta, tę duszę kardynałowi zaprzedaną, a spotkał go w przebraniu kapucyńskim, dzięki któremu oszukał tego dudka, pana de Laigues.
- Prawdziwego dudka - wtrącił Portos - ale czy to pewne?
- Dowiedziałem się o tym od Aramisa - odparł muszkieter.
- Doprawdy?
- E! Wiesz przecież sam o tym, Portosie - odezwał się Aramis - wczoraj ci to opowiadałem, nie mówmy już na ten temat.
- Nie mówmy już na ten temat? Tak sądzisz? - odparł Portos. - Nie mówmy! O! Ty diablo szybko załatwiasz się ze wszystkim! Jak to? Kardynał każe szpiegować szlachcica, przejmować korespondencję jego przez zdrajcę, rozbójnika, wisielca, przez tego szpiega; i dla owej korespondencji ścinają głowę panu de Chalais, pod głupim pozorem, że chciał zabić króla, a brata królewskiego ożenić z królową?... Dotąd... nikt ani trochę nie rozumiał tej zagadki, tyś ją odkrył nam wczoraj, z wielkim dla nas wszystkich zadowoleniem, a kiedy jeszcze nie możemy opamiętać się ze zdziwienia, dzisiaj powiadasz: nie mówmy już na ten temat!
- Ha! To mówmy, kiedy sobie tego życzysz - odparł z całą cierpliwością Aramis.
- O! Gdybym był koniuszym tego biedaka de Chalais - zawołał Portos - Rochefort miałby się z pyszna ode mnie.
- A ty od Czerwonego księcia - zauważył Aramis.
- A! Czerwony książę! Brawo! Brawo! - podchwycił Portos, klaszcząc w dłonie i przytakując głową. - Pyszny jest ten Czerwony książę. Puszczę ja twój koncept w obieg, możesz być tego pewny. Jakiż ten Aramis dowcipny! Co za szkoda, żeś nie poszedł za swoim powołaniem, rozkoszny byłby z ciebie księżulek.
- O! To tylko chwilowa zwłoka - odparł Aramis - wiesz przecie dobrze, że nie przestaję uczyć się teologii.
- Wcześniej czy później, stanie się tak, jak mówi - dodał Portos potakująco.
- Wcześniej - podchwycił Aramis.
- On tylko na jedną rzecz czeka, która by go skłoniła ostatecznie do przywdziania sutanny - odezwał się jeden z muszkieterów.
- A na cóż czeka? - zapytał inny.
- Na to, aż królowa obdarzy spadkobiercą koronę francuską.
- Nie żartujmy z tego, panowie - rzekł Portos - królowa, dzięki Bogu, jest w tym wieku, że może Francję obdarzyć potomkiem.
- Mówią, że pan de Buckingham jest we Francji - odparł Aramis z przebiegłym uśmieszkiem, który tym na pozór zwyczajnym zupełnie słowom nadał podejrzane trochę znaczenie.
- Aramisie, mylisz się tym razem, mój przyjacielu - przerwał mu Portos - żyłka dowcipkowania za daleko cię ponosi i gdyby cię usłyszał pan de Tréville, przekonałby cię, że bardzo nie w porę żartujesz.
- Cóż to? Chcesz mi dawać nauki, Portosie? - krzyknął Aramis, a w jego łagodnych oczach zapłonęły błyskawice.
- Mój drogi, bądź muszkieterem albo opatem, ale nigdy jednym i drugim jednocześnie - odpowiedział Portos.
- Powiem, co ci Atos kiedyś powiedział: ty jadasz ze wszystkich żłobów. O! Nie gniewaj się, proszę, byłoby to daremne, wiesz przecież, jaką umowę mamy między sobą, ty, Atos i ja. Ty chodzisz do pani d'Aiguillon i umizgujesz się do niej, bywasz także u pani Bois-Tracy, krewnej pani de Chevreuse, i powiadają, iż bardzo posunięty jesteś w łaskach u tej pani. O! Nie przyznawaj się do swego szczęścia, nikt tajemnicy twojej nie żąda, bo znana jest twoja delikatność. Skoro jednak posiadasz tę cnotę, czemuż, u diabła, nie robisz z niej użytku i względem Jej Królewskiej Mości. Niech kto chce i jak chce zajmuje się królem i kardynałem, lecz królowa jest świętością, i jeżeli mówić o niej, to mówić dobrze.
- Portosie, jesteś przesadny i zarozumiały jak Narcyz, ostrzegam cię - odrzekł Aramis - morałów nienawidzę, chyba tylko, gdy Atos je prawi. Co do ciebie, mój drogi, zanadto wspaniałą masz szarfę, abyś w sztuce moralizatorskiej był mocny. Będę opatem, jeśli mi się spodoba, tymczasem jednak jestem muszkieterem; a z tej racji mówię, co mi się podoba, a obecnie podoba mi się powiedzieć, że niecierpliwisz mnie.
- Aramisie!
- Portosie!
- E! Panowie! Panowie!... - zawołano ze wszystkich stron.
- Pan de Tréville czeka na pana d'Artagnan - odezwał się pokojowiec, otwierając drzwi od gabinetu.
Na słowa te, przy których drzwi zostały otwarte, wszyscy zamilkli, i - wśród tej ciszy ogólnej - młody Gaskończyk przeszedł całą długość przedpokoju i stanął przed wodzem muszkieterów, z całego serca winszując sobie, że w samą porę uniknął końca tej osobliwej sprzeczki.
ROZDZIAŁ III. POSŁUCHANIE
Pan de Tréville był właśnie w jak najgorszym usposobieniu, pomimo to grzecznie powitał młodzieńca, który skłonił mu się do ziemi i uśmiechnął się na przemówienie jego, w którym akcent bearneński przypomniał mu młodość i kraj jego. Wspomnienie to zawsze miłe jest każdemu człowiekowi. Jednocześnie jednak, podchodząc do przedpokoju, skinął w stronę d'Artagnana ręką, jakby prosił go o pozwolenie załatwienia się z innymi, zanim wda się z nim w rozmowę, i zawołał po trzykroć, a za każdym razem głos, potęgując się, przechodził z tonu rozkazującego w mocno zagniewany.
- Atos! Portos! Aramis!
Dwaj muszkieterowie, z którymi zawarliśmy już znajomość, wysunęli się z gromadki, a skoro próg gabinetu przestąpili, drzwi zaraz się za nimi zamknęły. Postawa ich, jakkolwiek niezbyt pewna siebie, wyrazem, pełnym godności i uszanowania, w zachwyt wprawiła d'Artagnana, który półbogów widział w tych ludziach, a w wodzu ich Jowisza olimpijskiego, zbrojnego we wszystkie pioruny.
Kiedy już dwaj muszkieterowie weszli, a drzwi się za nimi zamknęły i gwar w przedpokoju, podsycony zapewne tym wezwaniem, wszczął się też na nowo, pan de Tréville, milczący, z brwiami ściągniętymi, przemierzył kilkakrotnie wielkimi krokami gabinet, mijając za każdym razem Portosa i Aramisa, jak struny wyciągniętych, i zatrzymał się raptem przed nimi, patrząc wzrokiem zagniewanym.
- Czy wiecie, co król mi powiedział? - wrzasnął. - I to wczoraj wieczorem. Czy wiecie, panowie?
- Nie - odpowiedzieli po chwili milczenia obaj muszkieterowie - nie, panie, nie wiemy.
- Ale spodziewamy się, że pan zrobi nam zaszczyt i powie - dodał Aramis miękkim głosem, z towarzyszeniem najwdzięczniejszego ukłonu.
- Powiedział mi, że odtąd muszkieterów swoich zaciągać będzie z gwardii kardynalskiej.
- Z gwardii pana kardynała! A to dlaczego? - żywo zapytał Portos.
- Bo uważa, iż lura jego potrzebuje być wzmocniona dobrym winem.
Dwaj muszkieterowie zaczerwienili się aż po białka oczu. D'Artagnan, nie wiedząc, co to znaczy, rad byłby o sto łokci znaleźć się pod ziemią.
- Tak, tak - mówił dalej pan de Tréville, unosząc się. - Jego Królewska Mość ma słuszność, bo, na honor, prawdą jest, że muszkieterowie bardzo kiepsko przedstawiają się u dworu. Wczoraj, podczas gry z królem, kardynał opowiadał z miną pełną współczucia, która nie przypadła mi do smaku, że ci potępieńcy muszkieterowie, ci diabli... mówił, kładąc nacisk na każdym słowie, z miną ironiczną, która jeszcze więcej mi się nie podobała; ci rębacze, dodał, spoglądając na mnie kocio-tygrysim okiem, zapóźnili się przy ulicy Feron w szynku, i patrol z gwardii kardynalskiej - myślałem, że mi się w nos roześmieje - zmuszony był aresztować tych wichrzycieli porządku. Do diabła, musicie wiedzieć coś o tym. Aresztować muszkieterów! Wyście tam byli i inni, nie brońcie się, poznano was, kardynał wymienił was po nazwisku. Moja w tym wina, tak, moja wina, bo to ja ludzi moich wybieram. Słuchaj, Aramisie, czemu żądałeś ode mnie kaftana, kiedy ci w sutannie było tak dobrze? Słuchaj, Portosie, czyż tylko po to masz szarfę złotą, aby na niej słomianą szpadę zawiesić? Atos! Nie ma tu Atosa? Gdzież on jest?
- Panie - smutno odpowiedział Aramis - Atos jest chory, bardzo chory.
- Bardzo chory, powiadasz? A na jakąż to chorobę?
- Obawiam się, ażeby to nie była ospa - odpowiedział Portos, chcąc także należeć do rozmowy.
- Ospa! Bajki mi pleciesz, Portosie! W jego wieku na ospę chorować? Co nie, to nie!... Pewnie raniony, a może zabity. O, gdybym o tym wiedział!... Na rany boskie! Panowie muszkieterowie, słyszeć o tym nie chcę, by chodzono do miejsc podejrzanych, robiono burdy uliczne i bito się w zaułkach. Nie chcę, byście się stali pośmiewiskiem gwardii kardynalskiej, składającej się z ludzi porządnych, spokojnych, śmiałych i nie takich, których aresztują, bo zresztą aresztować się nie dadzą, jestem tego pewny. Oni daliby się raczej zabić na miejscu, niż na krok jeden ustąpić. Bo tylko muszkieterowie królewscy uważają za stosowne uciekać.
Portos i Aramis aż trzęśli się ze wściekłości. Byliby chętnie zdusili pana de Tréville, gdyby nie czuli, że właśnie wielka dla nich miłość kładła mu w usta te słowa. Gnietli kobierzec nogami, usta przygryzali do krwi, z całych sił rękojeści szpady przyciskając. W przedpokoju usłyszano to wołanie Atosa, Portosa i Aramisa po nazwisku i odgadnięto po głosie pana de Tréville, że się gniewa niechybnie. Dziesięć głów ciekawych, opartych o cienką ścianę, bladło z wściekłości, bo uszy ich, do drzwi przylepione, ani jednej sylaby nie straciły z tego, co było mówione, a usta powtarzały jedne za drugimi słowa dowódcy, ubliżające wszystkim muszkieterom, zebranym w przedpokoju.
W jednej chwili, począwszy od drzwi gabinetu aż do bramy, cały pałac zawrzał.
- A! Muszkieterowie królewscy dają się aresztować gwardii pana kardynała - ciągnął pan de Tréville, podobnie jak jego żołnierze wzburzony wewnętrznie, lecz przeszywając ich słowami, które zatapiał jedne po drugich jak sztylety w sercach swoich słuchaczy. - Tak! Sześciu gwardzistów Jego Eminencji aresztuje sześciu muszkieterów Jego Królewskiej Mości. Do wszystkich diabłów. Już się namyśliłem! Jadę natychmiast do Luwru, podam się do dymisji z dowództwa nad muszkieterami królewskimi i poproszę, ażeby mi dano miejsce w gwardii kardynała, a jeżeli mi odmówią, tam do licha! Zostanę księdzem.
Na te słowa gwar zewnątrz gabinetu w wybuch się zamienił, wszędzie słychać tylko było wykrzykniki i przekleństwa. Morbleu! Sangdieu! Do wszystkich diabłów! - krzyżowały się w powietrzu, jak grad gnany wichrem. D'Artagnan szukał kąta, gdzie by się mógł ukryć i czuł chęć nieprzepartą schowania się pod stół.
- A więc tak! Mój wodzu!... - odezwał się Portos, nie posiadając się ze wzburzenia. - Tak! Prawdą jest, iż sześciu przeciw sześciu nas było, lecz napadnięci zostaliśmy znienacka i zanim zdążyliśmy wydobyć szpady, dwóch z nas padło zabitych, Atos zaś ranny, nie więcej wart był od tamtych. Znasz przecie Atosa, kapitanie. Dwa razy powstać usiłował i po dwakroć upadł bezsilny. Nie poddaliśmy się jednak, o nie! Wzięto nas przemocą. O Atosie myślano, że nieżywy i zostawiono go na polu walki. Oto cała historia. Ale, do diabła, panie kapitanie, nie wszystkie wygrywa się bitwy. Wielki Pompejusz przegrał pod Farsalą, a król Franciszek I, który jak słyszałem, nie ustępował mu w niczym, został jednak pobity pod Pawią.
- A ja mam honor zapewnić pana kapitana, iż jednego z nich własną jego szpadą zabiłem - odezwał się Aramis - bo moja przy pierwszym zetknięciu na dwoje trzasła. Tak, panie, zabiłem czy zasztyletowałem, jak się panu podoba.
- O tym nic nie wiedziałem - odparł pan de Tréville łagodniej. - Jak widzę, pan kardynał przesadzał.
- Zmiłuj się, kapitanie - ciągnął dalej Aramis, widząc, że Tréville uspokajać się zaczyna - zmiłuj się, nie daj poznać Atosowi, iż wiesz, że jest raniony. W rozpaczy byłby, gdyby do uszu królewskich to doszło, a ponieważ rana jest niebezpieczna, bo przez ramię do piersi dosięgła, można się obawiać.
W tejże chwili podniosła się portiera i piękna, szlachetna głowa, tylko blada straszliwie, ukazała się spoza draperii.
- Atos! - wykrzyknęli dwaj muszkieterowie.
- Atos! - powtórzył Tréville.
- Pan wzywał mnie - rzekł do Tréville'a Atos głosem osłabionym, lecz zupełnie spokojnym - wzywał mnie pan, jak mi mówili koledzy, więc śpieszę stawić się na rozkazy pańskie. Oto jestem, czego sobie życzysz, kapitanie?
I z tymi słowy muszkieter w mundurze galowym, krokiem pewnym wszedł do gabinetu. Pan de Tréville, do głębi poruszony tym dowodem odwagi, rzucił się ku niemu.
- Mówiłem właśnie tym panom - odezwał się - że zabraniam muszkieterom moim narażać życie bez żadnej potrzeby, bo tacy dzielni ludzie drodzy są królowi, a król wie o tym, iż muszkieterowie jego są najwaleczniejsi na świecie. Podaj mi rękę, Atosie.
I nie czekając, uchwycił prawą jego dłoń, z całych sił ściskając ją. Nie spostrzegł jednak, że Atos, pomimo panowania nad sobą, drgnął z bólu, blednąc jeszcze bardziej.
Drzwi pozostały uchylone po wejściu Atosa, a chociaż rana jego w najgłębszej miała być trzymana tajemnicy, wszystkim była wiadoma i dlatego okrzyk zadowolenia powitał ostatnie słowa kapitana i kilka głów, zapałem pociągniętych, ukazało się pomiędzy fałdami portiery. Pan de Tréville byłby niezawodnie ostrymi słowy zganił to wykroczenie przeciw prawom etykiety, gdyby nie poczuł, że dłoń Atosa ściąga się kurczowo w jego ręce. Spojrzał wtedy bacznie na niego i dostrzegł, że bliski jest zemdlenia. I w jednej chwili Atos, walczący z wysiłkiem niesłychanym dla pokonania srogiego bólu, zwyciężony nim nareszcie, padł jak nieżywy na ziemię.
- Chirurga! - krzyknął pan de Tréville. - Mojego, królewskiego, najlepszego, chirurga! Na rany Boskie! Bo mój dzielny Atos skona!...
Na krzyki pana de Tréville wszyscy wpadli do gabinetu jego, nie przyszło mu bowiem do głowy drzwi przed kimkolwiek zamykać. Rannego otoczono z wielkim współczuciem. Na nic by jednak wszystko to się nie przydało, gdyby lekarz nie znalazł się w pałacu. Przebił się on przez tłum, zbliżył się do zemdlonego wciąż Atosa, a ponieważ hałas i zamieszanie przeszkadzały mu bardzo, zażądał najpierw, aby muszkieter przeniesiony być mógł do przyległego pokoju. Pan de Tréville sam otworzył drzwi, wskazując Portosowi i Aramisowi drogę, ci zaś kolegę swojego, jak dziecko, na ręku zanieśli. Za nimi postępował chirurg, a za chirurgiem drzwi się zamknęły.
Wtedy gabinet pana de Tréville, to miejsce tak szanowane zwykle, chwilowo stał się dalszym ciągiem przedpokoju.
Każdy rozprawiał, gadał głośno, klnąc, pomstując, posyłając do wszystkich diabłów kardynała wraz z jego gwardią.
Chwilę potem Portos i Aramis powrócili, chirurg zaś i pan de Tréville sami pozostali przy rannym. Powrócił nareszcie i pan de Tréville. Ranny odzyskał przytomność; chirurg oznajmił, że stan muszkietera nie przedstawia nic niepokojącego dla przyjaciół, osłabienie było po prostu następstwem znacznego upływu krwi.
Na skinienie pana de Tréville wszyscy wyszli z wyjątkiem d'Artagnana, który nie zapomniał wcale, że miał mieć posłuchanie, i z zaciętością prawdziwego Gaskończyka stał w miejscu jak wryty.
Gdy drzwi za wszystkimi zamknięto, pan de Tréville, obróciwszy się, znalazł się sam na sam z młodzieńcem. Wypadek, który się przed chwilą wydarzył, po części przerwał mu myśli. Zapytał więc, czego sobie młodzieniec życzy. Wtedy d'Artagnan wymienił swe nazwisko, a pan de Tréville od razu przypomniał sobie jego przyjście.
- Przepraszam cię - rzekł doń z uśmiechem - wybacz, drogi mój ziomku, zapomniałem zupełnie o tobie. Lecz cóż chcesz! Dowódca jest ojcem rodziny, i to jeszcze większą odpowiedzialnością obarczony aniżeli prawdziwy ojciec. Żołnierze to duże dzieci, a ponieważ chcę, by rozkazy królewskie były spełniane, a pana kardynała nade wszystko...
D'Artagnan nie mógł powstrzymać się od uśmiechu. Spostrzegłszy to, pan de Tréville zrozumiał, że nie z naiwnym ma do czynienia, i nagłym zwrotem rozmowy przystąpił do rzeczy.
- Ojca pańskiego bardzo kochałem - rzekł doń. - Więc cóż dla syna jego uczynić mogę? Śpiesz się, bo czas mój nie do mnie należy.
- Panie - odezwał się d'Artagnan - wyjeżdżając z Tarbes i przybywszy tutaj, miałem zamiar cię prosić, w imię tej przyjaźni, której w pamięci swej nie zatraciłeś, o kaftan muszkieterski. Lecz po wszystkim, na co tu od dwóch godzin patrzę, pojmuję, że łaska taka byłaby nadmierna, i lękam się, iż na nią nie zasługuję.
- W rzeczy samej, młodzieńcze, jest to łaska - odrzekł pan de Tréville - może ona jednak nie być ponad twoją wartość, jak sądzisz. Wszelako, wobec postanowienia Jego Królewskiej Mości, z żalem ci oznajmiam, iż nikt nie może zostać muszkieterem bez uprzedniej próby w kilku wojnach, bez dokonania czynów rozgłośnych lub służby dwuletniej w innym pułku, mniej od naszego uprzywilejowanym.
D'Artagnan skłonił się w milczeniu. Tym goręcej jednak zapragnął wdziać mundur muszkieterski, odkąd dowiedział się, iż otrzymanie go połączone jest z takimi trudnościami.
- Ale - ciągnął dalej Tréville, przeszywając ziomka wzrokiem tak przenikliwym, jakby chciał do głębi serca sięgnąć - ale przez pamięć na ojca twojego, dawnego mego kolegi, jak ci mówiłem, pragnę uczynić coś dla ciebie, młodzieńcze. Bearneńczycy nasi zwykle nie są bogaci i wątpię, by od czasu wyjazdu mojego z prowincji postać rzeczy zmieniła się bardzo. Pieniądze zapewne ci się nie przelewają.
D'Artagnan wyprostował się z miną dumną, która wyrażała, że nikogo o jałmużnę nie prosi.
- To dobrze, młodzieńcze, to dobrze - mówił dalej Tréville - znam ja tę dumę. I ja przybyłem do Paryża z czterema dukatami w kieszeni, a byłbym się bił z każdym, kto by mi powiedział, iż nie jestem w stanie kupić Luwru.
D'Artagnan prostował się coraz więcej. Dzięki sprzedaży konia rozpoczynał on karierę z czterema dukatami więcej aniżeli pan de Tréville.
- Otóż winieneś zachować to, co masz, chociażby to była suma niepoślednia, lecz potrzebujesz zapewne doskonalić się w ćwiczeniach, które szlachcicowi przystoją. Dziś zaraz napiszę do dyrektora akademii królewskiej list, a od jutra przyjęty tam zostaniesz bez najmniejszej zapłaty. Nie odmawiaj małej tej ulgi. Szlachta nasza, najlepiej urodzona i najbogatsza, prosi o nią nieraz, nie mogąc jej otrzymać. Nauczysz się jazdy konnej, fechtunku i tańca; wejdziesz tam w dobre znajomości, a od czasu do czasu będziesz mnie tu odwiedzał, abym wiedział, jak ci się wiedzie, i czy będę mógł zrobić coś dla ciebie.
Jakkolwiek obcy dworskim obyczajom, d'Artagnan odczuł chłód tego przyjęcia.
- Niestety - rzekł - widzę teraz dobrze, jak mi zbywa na liście polecającym, który mi ojciec dla pana powierzył.
- W istocie - odpowiedział Tréville - dziwi mnie, że przedsięwziąłeś podróż tak daleką bez tego wiatyku niezbędnego, jedynej ucieczki naszej jako Bearneńczyków.
- Miałem go, panie, i to w pięknej formie, dziękować Bogu - wykrzyknął d'Artagnan - lecz wydarto mi go podstępem.
I opowiedział całe zajście w Meung, ze szczegółami najdrobniejszymi odmalował szlachcica nieznajomego, a wszystko to z zapałem i prawdą, które oczarowały Tréville'a.
- A to osobliwe - powiedział w zamyśleniu - mówiłeś więc o mnie, i to głośno?
- Tak, panie, i popełniłem bez wątpienia niedorzeczność, lecz cóż pan chcesz, imię takie, jak pańskie, miało mi służyć w podróży za puklerz, osądź więc panie, czy chroniłem się za nie zbyt często.
Pochlebstwo to było na swoim miejscu, a pan de Tréville lubił kadzidła, jak król i kardynał. Nie mógł się więc powstrzymać od uśmiechu zadowolenia, lecz uśmiech ten zatarł się wkrótce i Tréville powrócił znów do awantury w Meung.
- Powiedz mi - ciągnął dalej - czy ten szlachcic nie miał czasem blizny nieznacznej na policzku?
- Tak, jakby od zadraśnięcia kulą.
- Czy był to człowiek pięknej postawy?
- Tak.
- Wzrostu wysokiego?
- Tak.
- Bladej cery, o włosach czarnych?
- Tak, tak, dokładnie tak samo. Więc pan zna tego człowieka? O panie, jeżeli spotkam go kiedy, a spotkać go muszę, przysięgam, że choćby w piekle to samym było...
- Czekał na przyjazd kobiety? - badał dalej Tréville.
- Tak, i porozumiawszy się z tą, na którą czekał, odjechał.
- Czy nie wiesz, o czym rozmawiali?
- Dał jej pudełko, mówiąc, że zawiera ono zlecenie, i mówił, aby nie otwierała go aż w Londynie.
- Czy ta kobieta była Angielką?
- Nazywał ją milady.
- To on! - wyszeptał Tréville. - To on! Sądziłem, że jest jeszcze w Brukseli.
- O! Panie, jeżeli wiesz, kim on jest - wykrzyknął d'Artagnan - wskaż mi go, a zrzekam się wszystkiego, nawet obietnicy twojej przyjęcia mnie do muszkieterów, bo przede wszystkim pragnę się zemścić.
- Strzeż się, młodzieńcze - zawołał Tréville. - Przeciwnie, jeżeli zobaczysz go na tej samej stronie ulicy, przejdź na drugą! Nie potrącaj o taką skałę, strzaskałaby cię jak szklankę.
- To nie przeszkadza, że jeżeli go kiedy odnajdę...
- Ale tymczasem nie szukaj go, jeżeli mogę ci radzić.
Naraz Tréville zamilkł, tknięty nagłym podejrzeniem. Straszna nienawiść, jaką młody podróżny tak głośno objawiał dla tego człowieka, który niezbyt prawdopodobnie miał mu list ojca wydrzeć, czyż nie kryła w sobie jakiegoś podstępu? Czy sam ten młodzieniec nie był przez eminencję nasłany i nie przychodził po to, aby sidła na niego zastawić? A może ten rzekomy d'Artagnan jest szpiegiem kardynalskim, którego usiłują do domu jego wprowadzić, aby, zyskawszy zaufanie, następnie zgubił Tréville'a, jak się to już tysiące razy zdarzało.
Więc zmierzył jeszcze uważniejszym okiem d'Artagnana niż za pierwszym razem. Widok tej twarzy dowcipem tryskającej, przebiegłej i pełnej przesadnej pokory niezbyt go uspokoił.
"Wiem dobrze, że to Gaskończyk - pomyślał - lecz może być nim tak dobrze dla kardynała, jak dla mnie. Zobaczymy, weźmy go na próbę".
- Mój przyjacielu - przemówił wolno do niego - ponieważ chcę wierzyć w historię zgubionego listu, jako synowi mojego dawnego przyjaciela, pragnę ci wynagrodzić chłodne moje przyjęcie, które zauważyłeś od razu, i odkryję ci tajemnice naszej polityki.
Król i kardynał najlepszymi są przyjaciółmi, a jeżeli się zdarzają pozorne zajścia między nimi, to jedynie, aby oszukać głupców. Nie życzę sobie, by ziomek mój, młodzieniec przyzwoity i dzielny, stawiał pierwsze kroki swoje pośród tych wszystkich komedii i, jak dudek jaki, sam się dał złapać, gdy w ten sposób tylu innych już się zgubiło. Wiedz zatem, że oddany jestem tym dwom panom wszechwładnym i że wszelkie postępki moje innego nie mają celu, niż służyć królowi i panu kardynałowi, temu najświetniejszemu geniuszowi, jakiego kiedykolwiek wydała Francja.
A teraz, młodzieńcze, stosuj się do tego, a jeśli, czy to z rodziny, czy ze stosunków, czy choćby z instynktu samego, masz niechęć jakąś dla kardynała, taką, jaką widzimy, objawiającą się u szlachty, pożegnaj mnie i najlepiej rozstańmy się od razu. Spodziewam się, iż otwartością moją w każdym razie zyskam w tobie przyjaciela, gdyż dotąd jesteś jedynym młodzieńcem, z którym mówię tak otwarcie.
Tréville myślał sobie jednocześnie: jeżeli młody lisek jest wysłańcem kardynała, tenże, wiedząc, jak dalece go nie cierpię, nie omieszkał z pewnością powiedzieć szpiegowi swojemu, iż najlepszym sposobem przypodobania mi się jest wygadywanie na niego w mojej obecności rzeczy niestworzonych. Więc niezawodnie, pomimo zapewnień moich, przebiegłe to ziółko będzie się popisywało przede mną wstrętem do eminencji.
Ale, wbrew oczekiwaniom Tréville'a, d'Artagnan odpowiedział z największą prostotą:
- Przybywam do Paryża z tymi samymi zamiarami. Ojciec mój zalecał mi, aby nikomu nic nie przepuścić, nie znieść nic od nikogo, z wyjątkiem króla, kardynała i ciebie, panie, których uważa za najpierwsze osoby we Francji.
Zwracamy uwagę, iż d'Artagnan z własnego pomysłu dodał do pierwszych dwóch i Tréville'a jeszcze, bo sądził, że dodatek ten zaszkodzić nie powinien.
- Mam zatem cześć najwyższą dla pana kardynała - ciągnął dalej - i uznanie najgłębsze dla wszystkich jego czynów. Tym lepiej dla mnie, jeżeli pan, jak słyszę, przemawiasz do mnie otwarcie, bo widzę, że w takim razie miałbym zaszczyt być wspólnych z panem przekonań. Jeśli żywi pan dla mnie nieufność, bardzo zresztą naturalną, czuję, iż, mówiąc tę prawdę, gubię się w oczach pańskich; cóż robić, pocieszam się tylko tym, że nie będziesz pan mógł nie mieć dla mnie szacunku, a na tym świecie chodzi mi o to najbardziej.
Pan de Tréville był do najwyższego stopnia zdziwiony. Taka przenikliwość i otwartość zarazem w zachwyt go wprawiały, doszczętnie jednak nie usuwały jeszcze wątpliwości. Bardziej chłopiec ten wydawał się wyższy od innych swoich rówieśników, tym niebezpieczniejszym się stawał, w razie gdyby grał tylko komedię. Pomimo to Tréville uścisnął dłoń d'Artagnana i rzekł:
- Dzielny z ciebie chłopiec, teraz jednak nic więcej zrobić nie mogę dla ciebie, prócz tego, z czym ci się ofiarowałem przed chwilą. Dom mój dla ciebie zawsze będzie otwarty. Później zaś, mając zawsze do mnie przystęp, a więc możność korzystania z każdej sposobności, otrzymasz prawdopodobnie to, czego tak pragniesz.
- To znaczy - odpowiedział d'Artagnan - że czekasz pan, aż stanę się tego godny. O! Bądź spokojny, panie - dodał z poufałością czysto gaskońską - długo czekać nie będziesz.
I skłonił się, aby odejść, jakby reszta zgoła od niego tylko zależała.
- Ależ zaczekaj - rzekł, zatrzymując go, Tréville - wszak obiecałem ci list do dyrektora akademii. Byłbyś za dumny na to, aby go przyjąć, młody mój szlachcicu?
- Nie, panie - odparł d'Artagnan - zaręczam panu, że z tym nie będzie jak z tamtym. Strzec go będę dobrze i przysięgam, że dojdzie podług swojego adresu, a biada temu, kto by usiłował mi go wydrzeć!
Na tę przechwałkę uśmiechnął się pan de Tréville i zostawiając młodego ziomka we framudze okna, gdzie rozmawiali razem, usiadł przy stole i począł pisać przyobiecany list polecający. D'Artagnan tymczasem, nie mając nic lepszego do roboty, począł bębnić na szybach marsza, przypatrując się muszkieterom wychodzącym kolejno i śledząc ich oczami, dopóki nie zniknęli na zakręcie ulicy.
Pan de Tréville, napisawszy list, zapieczętował i podniósłszy się, podszedł do młodzieńca, aby mu go oddać. W chwili jednak, gdy rękę wyciągnął, ze zdziwieniem ujrzał, jak protegowany jego podskoczył i, czerwony ze złości, wybiegł z gabinetu jak strzała, krzycząc:
- O! Na rany boskie! Teraz mi się nie wymknie.
- Kto taki? - zapytał Tréville.
- On, ten złodziej! - odparł d'Artagnan. - O! podły!
I zniknął.
- To diabeł wcielony! - mruknął Tréville. - A może - dodał - jest to tylko zręczny manewr z jego strony... uciekł, widząc, że w łeb wzięły wszystkie jego zamiary.
ROZDZIAŁ IV. RAMIĘ ATOSA, SZARFA PORTOSA I CHUSTKA ARAMISA
D'Artagnan, rozpędziwszy się, przebył przedpokój w trzech susach i wypadł na schody, które w mgnieniu oka przeskoczyć zamyślał, nie licząc ich bynajmniej, gdy, sadząc z głową naprzód wyciągniętą, natknął się na wychodzącego od pana de Tréville drzwiami bocznymi muszkietera, i tak go uderzył czołem w ramię, iż ten z bólu ryknął nieledwie.
- Przepraszam - rzekł, chcąc pędzić dalej - przepraszam, bardzo mi się spieszy.
Zaledwie jednak postąpił krok, gdy dłoń żelazna schwyciła go za przepaskę i powstrzymała w miejscu.
- Śpieszy ci się! - krzyknął muszkieter, blady jak całun śmiertelny - i dlatego potrącasz mnie, mówiąc: "Przepraszam" i myślisz, że to mi wystarcza? O! Nie tak bardzo, mój młokosie. Czy sądzisz, że skoro słyszałeś dzisiaj pana de Tréville, ostro do nas przemawiającego, to możesz już traktować nas, jak on się do nas odzywa? Mylisz się, mój kochany, bo ty nie jesteś panem de Tréville!... O, co nie, to nie!
- Na honor - odparł d'Artagnan, poznając Atosa, który po opatrunku dokonanym przez doktora wracał do mieszkania - na honor, nie zrobiłem tego umyślnie. Mówię więc: "Przepraszam" i to mi się wydaje dostateczne. A zwracam uwagę pana - powtórzył - że, słowo honoru, śpieszy mi się, i to bardzo śpieszy. Puszczaj mnie pan, proszę.
- Panie - rzekł Atos, puszczając go - jesteś nieokrzesany. Widać z daleka przybywasz.
D'Artagnan już ze cztery stopnie był przeskoczył, ale na słowa Atosa stanął jak wryty.
- Do kaduka! - zawołał - skądkolwiek przybywam, nie do ciebie jednak należy, mój panie, uczyć mnie gładkiego obejścia.
- A jednak nie jest to zbyteczne - odezwał się Atos.
- O, gdyby nie to, że się tak śpieszę - zawołał d'Artagnan - gdybym za kimś nie gonił!...
- O! Mnie znajdziesz, nie goniąc, rozumiesz pan.
- A gdzież to, jeżeli łaska?
- Przy karmelitach bosych.
- O której godzinie?
- Około południa.
- Dobrze, stawię się.
- Postaraj się pan tylko, abym nie czekał, bo o kwadrans na pierwszą uszy ci obetnę po drodze.
- Dobrze! - krzyknął mu d'Artagnan - będę tam dziesięć minut przed dwunastą.
I popędził, jak gdyby diabli go nieśli, w nadziei spotkania nieznajomego, którego miarowy chód nie mógł zaprowadzić daleko.
Lecz w bramie od ulicy Portos rozmawiał z żołnierzem z gwardii. Rozmawiających dzieliła przestrzeń akurat na objętość człowieka.
D'Artagnan, sądząc, iż się tam zmieści, śmignął między nich jak strzała. Nie brał jednak wiatru w rachunek. W chwili gdy miał się prześlizgnąć, wiatr rozdął szeroki płaszcz Portosa i d'Artagnan najniespodziewaniej znalazł się pod połą.
Nic dziwnego, że Portos nie chciał pozbyć się tej najważniejszej dla siebie części ubrania, bo, zamiast puścić swobodnie połę, pociągnął ją ku sobie tak, że d'Artagnan zaplątał się w aksamity płaszcza.
Chcąc wywikłać się z płaszcza zasłaniającego mu oczy, usiłował wydobyć się spomiędzy fałd, bojąc się zarazem uszkodzić owej wspaniałej szarfy. Gdy jednak oczy otworzył nieśmiało, przekonał się, iż nosem utknął na samych plecach Portosa, a więc i na przepysznej szarfie.
Jak jednak wszystkie rzeczy na tym świecie najczęściej mają tylko złudne pozory, tak i szarfa z przodu jedynie lśniła złotem, a z tyłu z najprostszej była skóry. Pełen próżności Portos, nie mogąc mieć szarfy całej ze złota, miał ją przynajmniej w połowie, tym się tłumaczy obecność kataru i niezbędność płaszcza.
- A! Do kroćset diabłów! - krzyknął Portos, usiłując odczepić się od chroboczącego mu po plecach d'Artagnana - czyś się wściekł, że się tak rzucasz na ludzi?
- Przepraszam - odezwał się d'Artagnan, głowę spod pachy mu wysadzając - ale śpieszy mi się bardzo, biegnę za pewną osobą i...
- Dobrze, że biegniesz, ale czy nie zapomniałeś wziąć z sobą oczu? - zapytał Portos.
- Nie - odparł urażony d'Artagnan - i dlatego widzę nawet to, czego inni nie widzą.
Czy zrozumiał Portos przymówkę, czy też nie, dość, że wpadł w gniew wściekły.
- Mój panie - rzekł doń - skórę podrzesz na sobie, jeżeli o muszkieterów tak się będziesz ocierał.
- Tego, mój panie, zanadto - odparł d'Artagnan.
- W sam raz dosyć, jak na człowieka przywykłego patrzeć nieprzyjaciołom w oczy.
- O! Do licha, aż nazbyt pewien jestem, że i do swoich nie stajesz pan plecami.
I zachwycony tym dowcipem szedł w dalszą drogę, śmiejąc się na całe gardło.
Portos, pieniąc się ze złości, poskoczył za nim.
- Później, później - krzyknął d'Artagnan - wtedy, jak pan będziesz bez płaszcza.
- O pierwszej więc za pałacem Luksemburskim.
- I owszem - odkrzyknął mu tenże, niknąc na rogu ulicy.
Lecz i tam nikogo już nie było. Jakkolwiek nieznajomy szedł powoli, miał jednak czas go wyprzedzić znacznie, a może wstąpił do któregoś z domów.
D'Artagnan wymijał przechodniów, zeszedł aż do promu na rzece, wrócił przez ulicę Sekwany i Czerwonego Krzyża, lecz i to było daremne. Gonitwa ta jednak nie była bez korzyści, gdyż w miarę jak czoło jego potem się zlewało, serce chłodło stopniowo.
Zaczął tedy rozważać wszystko, wypadki były liczne i opłakane. Zaledwie jedenasta wybiła, a poranek ten przyniósł mu niełaskę pana de Tréville, który nie omieszkał się pewnie obrazić tym sposobem wariackim, w jaki się z nim rozstał.
Nadto ściągnął na siebie dwa pojedynki z dwoma ludźmi, zdolnymi zabić trzech takich d'Artagnanów, z muszkieterami, o których miał wyobrażenie tak wysokie, że stawiał ich w myśli i sercu ponad wszystkich ludzi.
Prawdopodobny rezultat mógł być nader smutny. Przekonany był, że Atos zabije go, bo Portosa nie bardzo się obawiał.
Ponieważ jednak nadzieja jest uczuciem, które najdłużej w sercu ludzkim się tli, krzepił się otuchą, iż zostanie przy życiu, poraniony, rozumie się, okrutnie. Na wszelki też wypadek sam się w duchu strofował:
- Jakiż ze mnie półgłówek i bałwan! Dzielny ten i nieszczęśliwszy Atos ranny jest w ramię, w które ja właśnie walę jak baran. To tylko dziwne, że nie zabił mnie na miejscu, miałby prawo zupełne, gdyż ból, który mu sprawiłem, musiał być okrutny. Co się tyczy Portosa, to co innego. Z nim sprawa zabawna, na honor.
I mimo woli śmiać się począł, patrząc wszelako, czy śmiech ten, którego przyczyna nie była znana nikomu, nie obrazi kogo z przechodniów.
- Z Portosem zabawna historia, ale w każdym razie jestem ostatnim roztrzepańcem. Jak można tak wpadać na ludzi, nie ostrzegłszy ich pierwej i szukać im pod płaszczem tego, czego tam wcale nie ma! Byłby mi przebaczył z pewnością, gdybym mu nie wspomniał o tej szarfie przeklętej.
Słuchaj, d'Artagnanie, mój przyjacielu - dodał z całą dla siebie życzliwością - jeżeli wykręcisz się teraz, co mi się nie zdaje prawdopodobne, trzeba być na przyszłość niezmiernie grzecznym, aby cię za przykład stawiano, by cię uwielbiano wszędzie. Uprzedzającym być i gładkim to nie znaczy się poniżać. Spójrz na Aramisa, wszak to uosobienie słodyczy i wdzięku. A czyżby znalazł się taki, co by go tchórzem nazwał? Z pewnością, że nie i odtąd postanawiam na nim się wzorować. A otóż i on, Aramis.
D'Artagnan, idąc i rozprawiając tak z sobą samym, doszedł do pałacu d'Aiguillon i tam spostrzegł Aramisa, rozmawiającego wesoło z kilku panami z gwardii królewskiej. Ten zobaczył go również, ponieważ jednak pamiętał, iż przy nim właśnie pan de Tréville tego ranka srogim gniewem się uniósł, więc świadek wyrzutów, które usłyszeli muszkieterowie, nie mógł być żadną miarą dlań przyjemny, i Aramis udał, że go nie widzi.
D'Artagnan przeciwnie, przejęty na wskroś postanowieniem zostania uprzejmym i miłym, podszedł do czterech młodzieńców, z uśmiechem najwdzięczniejszym składając im ukłon głęboki. Aramis z miną poważną odpowiedział mu lekkim skinieniem głowy, lecz wszyscy czterej przerwali w tej chwili rozmowę.
D'Artagnan, nie w ciemię bity, zrozumiał, że obecność jego nie jest tu na rękę, lecz za mało miał obycia światowego, aby wybrnąć zręcznie z drażliwego położenia, w jakim znajduje się każdy w towarzystwie mało sobie znanym, gdy toczy się rozmowa, która pod żadnym względem obchodzić go nie może. Głowił się więc, jak się wycofać zręcznie, gdy spostrzegł, że Aramis upuścił chusteczkę i przez nieuwagę zapewne nogą na nią nastąpił. Sądząc, iż nadeszła teraz chwila, aby okazać się grzecznym, schylił się i z wdziękiem, na jaki tylko mógł się zdobyć, wyciągnął chustkę spod stopy muszkietera, pomimo wszelkich wysiłków tegoż, aby ją przytrzymać, i oddając mu ją, rzekł:
- Zdaje się, iż ta chusteczka do pana należy, a zapewne nie chciałby pan jej zgubić.
Chusteczka była wyhaftowana bogato z koroną i herbem na rogu.
Aramis spąsowiał cały i wyrwał ją nieledwie z rąk Gaskończyka.
- O! O! - zawołał jeden z gwardzistów. - Może powiesz jeszcze, skryty Aramisie, że nie jesteś w dobrych stosunkach z panią de Bois-Tracy, skoro ta uprzejma dama zaszczyca cię pożyczaniem chusteczek.
Aramis przeszył d'Artagnana spojrzeniem, które mówiło, iż tenże kupił w nim sobie śmiertelnego wroga, a następnie z miną słodziutką rzekł:
- Mylicie się, panowie, chusteczka ta nie do mnie należy i nie wiem doprawdy, co temu panu do głowy przyszło, żeby mnie, a nie komu z was ją oddać. Najlepszy daję wam dowód, iż swoją mam w kieszeni.
I, mówiąc to, wyjął rzeczywiście chusteczkę, również elegancką, z batystu cieniutkiego, który w owych czasach drogi był bardzo, lecz bez haftów i herbów, tylko z inicjałem właściciela.
Tym razem d'Artagnan ani pisnął, zrozumiał bowiem, że nie w porę się wyrwał, lecz przyjaciele Aramisa nie dali za wygraną i jeden z nich, zwracając się do muszkietera, rzekł z udaną powagą:
- Jeżeli tak jest, jak utrzymujesz, zmuszony będę prosić cię o zwrot jej, drogi mój Aramisie, bo wiesz przecie, że jestem w ścisłych stosunkach z Bois-Tracy i nie życzę sobie, aby rzeczy żony jego za godła komuś służyły.
- Żądanie twoje nie jest dość właściwe - odparł Aramis - bo, jakkolwiek w zasadzie uznaję całą jego słuszność, odmówiłbym mu ze względu na formę.
- Tak, przyznaję - wtrącił się nieśmiało d'Artagnan - że nie widziałem, jak wypadała chustka z kieszeni pana Aramisa. Nogę tylko na niej trzymał, sądziłem więc, że do niego należy.
- I byłeś w błędzie, mój drogi panie - chłodno odrzekł Aramis, wcale tą pokorą niezmiękczony. Następnie zaś, zwracając się do tego, który się podawał za przyjaciela pana de Bois-Tracy, rzekł: - Zresztą dochodzę do wniosku, mój ty przyjacielu pana de Bois-Tracy, że niemniej niż ty jestem jego przyjacielem, chusteczka zatem tak samo z twojej, jak i z mojej, mogła wypaść kieszeni.
- Nie, na honor! - zawołał gwardzista jego królewskiej mości.
- Ty klniesz się na honor, a ja na słowo moje, widoczne więc jest, iż jeden z nas kłamie. Słuchaj, Montaran, najlepiej będzie, gdy się nią podzielimy.
- Wybornie - zawołali dwaj inni - prawdziwy sąd Salomona. O Aramisie, pełen jesteś mądrości.
Młodzieńcy zaśmiali się głośno i zdawać by się mogło, iż sprawa cała została skończona. Po chwili rozmowa się urwała i gwardziści wraz z muszkieterem, uścisnąwszy się serdecznie za ręce, rozeszli się każdy w swoją stronę.
"Wypada mi teraz z tym miłym chłopcem się pogodzić" - pomyślał d'Artagnan, stojący na uboczu podczas ostatniej rozmowy.
I w najlepszych zamiarach podszedł do Aramisa, który oddalał się już, bynajmniej na niego nie zwracając uwagi.
- Mam nadzieję, iż mi pan wybaczysz...
- O, mój panie - przerwał mu Aramis - pozwól sobie powiedzieć, iż w tym razie nie postąpiłeś tak, jak na człowieka przyzwoitego przystało.
- Jak to, pan przypuszczasz...
- Przypuszczam, mój panie, że głupcem nie jesteś, i wiesz o tym dobrze, jakkolwiek z Gaskonii przybywasz, iż bez przyczyny nie depcze się po chustkach od nosa. Do diabła! Paryż nie zabrukowany jest batystem.
- Panie, źle robisz, chcąc mnie urazić - odezwał się d'Artagnan, którego usposobienie kłótliwe zaczynało brać górę nad postanowieniami pokojowymi. - Żem Gaskończyk, to prawda, a skoro wiesz o tym, nie potrzebuję ci mówić, że Gaskończycy niełatwo to znieść potrafią, zatem, skoro kogoś proszą o przebaczenie, choćby za głupstwo nawet, przekonani są, iż czynią więcej, niż powinni.
- Nie mówię tego panu bynajmniej dla wywołania sprzeczki - odrzekł Aramis. - Dzięki Bogu, zabijaką nie jestem i będąc tymczasowym tylko muszkieterem, biję się jedynie, skoro do tego jestem zmuszony, a zawsze z niemałą odrazą, tym razem jednak sprawa zbyt jest ważna, bo przez pana skompromitowana została kobieta.
- Chcesz pan powiedzieć, przez nas - zawołał d'Artagnan.
- Czemu tak niezręcznie oddałeś mi pan chustkę?
- A po co pan tak niezręcznie upuściłeś ją na ziemię?
- Powiedziałem panu, i raz jeszcze powtarzam, że chusteczka ta nie pochodziła z mojej kieszeni.
- Podwójnie więc skłamałeś, mój panie, bo ja to dobrze widziałem!
- O! Tak zaczynasz śpiewać, panie Gaskończyku! Poczekaj, nauczę ja cię życia.
- A ja do mszy cię zapędzę, panie opacie! Dobywaj szpady, jeśli łaska, natychmiast!
- O nie, mój piękny, nie tutaj przynajmniej. Czyż nie widzisz, że stoimy przed pałacem d'Aiguillon, pełnym zauszników kardynalskich. Kto mi zaręczy, że to nie eminencja polecił ci, abyś mu dostarczył moją głowę? Wiedz, że dbam o nią aż do śmieszności, bo, jak mi się zdaje, bardzo dobrze pasuje mi ona do ramion. Z przyjemnością zabiję cię, bądź spokojny, lecz zabiję cię pomalutku, w miejscu ustronnym i zamkniętym, tam gdzie przed nikim nie będziesz mógł się ze śmiercią swoją pochwalić.
- I owszem, ale nie licz na to zbytecznie, a zabierz z sobą chusteczkę, czy to twoja lub nie, może ci się przydać do opatrunku.
- Pan jesteś Gaskończykiem? - zapytał Aramis.
- Tak... pan, spodziewam się, nie odkłada spotkania przez przezorność.
- Przezorność, mój panie, zawsze jest cnotą przydatną muszkieterom, a nieodzowną dla sług kościoła. Ponieważ zaś jestem muszkieterem czasowym, pragnę pozostać przezornym! O drugiej będę miał zaszczyt oczekiwać w pałacu pana de Tréville. Tam wskażę panu właściwe miejsce.
Dwaj młodzieńcy pożegnali się ukłonem, Aramis puścił się ulicą prowadzącą do Luksemburgu, d'Artagnan zaś, widząc, że dość już późno, skierował swe kroki w stronę karmelitów bosych, mówiąc do siebie:
- O! Ani chybi, cało z tego nie wyjdę, ale przynajmniej, jeżeli zginę, umrę z ręki muszkietera.
ROZDZIAŁ V. MUSZKIETEROWIE KRÓLA I GWARDZIŚCI PANA KARDYNAŁA
D'Artagnan nie znał w Paryżu żywej duszy. Stawił się więc na spotkanie z Atosem bez sekundanta. Miał zresztą zamiar niewzruszony wytłumaczyć się dzielnemu muszkieterowi przyzwoicie, lecz bez żadnej uległości. Lękał się rezultatu pojedynku, który niemiły zwykle bywa, gdy silny i młody ma za przeciwnika rannego, a zatem pozbawionego sił, wtedy bowiem zwyciężony zmniejsza triumf nieprzyjaciela, zwycięzca zaś posądzany bywa o zbrodnię i fałszywą odwagę. Zresztą czytelnicy zauważyli zapewne, że d'Artagnan nie był człowiekiem pospolitym. Powtarzając więc sobie, iż śmierci nie uniknie, nie był wszelako zrezygnowany zejść z tego świata jak baranek, czemu inny na jego miejscu, z mniejszym zasobem odwagi, poddałby się niezawodnie.
Rozważał charaktery tych, z którymi stanąć miał do walki, i położenie przedstawiło mu się jaśniej. Dzięki szlachetnemu tłumaczeniu miał nadzieję zyskać w Atosie przyjaciela; postawa jego pańska i wyniosła mocno mu przypadła do serca.
Cieszył się na myśl nastraszenia Portosa wypadkiem z szarfą, bo jeżeli nie będzie od razu zabity, rozgłosi to powszechnie, a opowiadanie zręczne i składne może tamtego okryć śmiesznością. Wreszcie skryty Aramis nie przejmował go strachem, i w przypuszczeniu nawet, że z nim odbędzie pojedynek, obiecywał sobie płatnąć go przez twarz, jak Cezar zalecał żołnierzom zrobić z Pompejuszem, aby zniweczyć na zawsze tę piękność, o którą był tak zazdrosny.
W duszy d'Artagnana tkwiło niezłomne postanowienie, wszczepione radami ojca. Nikomu nie przepuścić, od nikogo nic nie znieść, prócz od króla, kardynała i pana de Tréville.
Leciał więc jak na skrzydłach w stronę karmelitów bosych, których klasztor był budynkiem bez okien, a otaczało go tylko zeschłe błonie. Był tu punkt spotkania i pojedynków dla ludzi niemających czasu do stracenia.
Kiedy mógł już objąć okiem błonie roztaczające się u stóp klasztoru, ujrzał Atosa, oczekującego tam od pięciu minut, a właśnie zegar wydzwaniał południe. Słowny był zatem jak Samarytanka i najsurowiej przestrzegający warunków pojedynkowych nie miałby mu nic do zarzucenia.
Atos, któremu rana dopiekała straszliwie, choć świeżo opatrzona przez chirurga pana de Tréville, siedział na kamieniu przydrożnym z tą dystynkcją i spokojem, pełnym godności, jakie go nie odstępowały nigdy. Na widok d'Artagnana powstał i z grzecznością postąpił kilka kroków ku niemu. Ten zaś szedł ku przeciwnikowi z kapeluszem w ręce, pióro od niego wlokąc po ziemi.
- Panie - rzekł Atos - zawiadomiłem dwóch moich przyjaciół, którzy za świadków służyć będą, lecz jeszcze ich nie widać. Dziwi mnie to, bo nie mają zwyczaju się spóźniać.
- Ja sekundantów nie mam - odparł d'Artagnan - wczoraj dopiero przybyłem do Paryża i nikogo tu nie znam, prócz pana de Tréville, a polecony mu zostałem przez ojca mojego, który ma zaszczyt liczyć się do jego przyjaciół.
Atos się zamyślił.
- I nikogo pan nie znasz prócz pana de Tréville? - zapytał.
- Tak, panie, nikogo.
- No, to jeżeli cię zabiję - kończył Atos, raczej do siebie mówiąc niźli do d'Artagnana - jeżeli cię zabiję, wyglądać mogę na pożerającego dzieci!
- O! Niezupełnie mój panie - odparł z dumnym ukłonem d'Artagnan - niezupełnie, skoro mnie zaszczycasz dobywaniem szpady, pomimo rany, która niemało ci musi zawadzać.
- O! I bardzo zawadza, na honor, i przyznać muszę, żeś mi piekielnego narobił bólu, ale to mniejsza; lewej użyję ręki, jak zwykle to czynię w takich razach. Nie myśl wcale, abym ci ustępstwo robił, ja równo obydwiema władam rękami; to może być dla pana nawet niekorzystne, bo mańkut dla nieprzyzwyczajonych osób bywa niebezpieczny. Żałuję nawet, iż wcześniej nie uprzedziłem pana o tym.
- Doprawdy - odrzekł z ukłonem d'Artagnan - jesteś pan tak rycersko grzeczny, iż nie wiem, jak mam ci być za to wdzięcznym.
- Zawstydzasz mnie pan - odparł Atos z miną pańską - mówmy o czym innym, proszę, jeżeli ci się podoba. A! Do licha, toś mi bólu narobił, aż pali mię to ramię.
- Jeżeli pan pozwolisz... - nieśmiało zaczął d'Artagnan.
- Co takiego?
- Mam cudowny balsam na rany, balsam od matki mojej pochodzący, który na sobie już wypróbowałem.
- Więc cóż?
- Więc pewny jestem, iż za trzy dni najdalej byłbyś pan wyleczony zupełnie, a wtedy, panie, za honor sobie poczytam służyć ci w każdej chwili.
D'Artagnan wypowiedział to z prostotą, czyniącą mu zaszczyt, bez ujmy dla jego odwagi.
- Dalibóg - odrzekł Atos - podoba mi się ta propozycja, nie dlatego, abym ją miał przyjąć, lecz że o milę czuć ją szlachcicem. Tak przemawiali i postępowali owi dzielni rycerze z czasów Karola Wielkiego, których dzisiejsi za wzór brać sobie winni. Niestety, nie czasy to wielkiego monarchy, tylko kardynała, za trzy dni rozgłoszono by już tajemnicę naszą, choćby najściślej była zachowana, wiedziano by, mówię, że bić się zamierzamy i przeszkodzono by temu. Lecz cóż to, czy już nie przyjdą, te włóczęgi?
- Jeżeli panu pilno - odezwał się d'Artagnan z tą samą prostotą, z jaką proponował przed chwilą odłożenie na trzy dni pojedynku - jeżeli panu pilno i życzysz sobie załatwić się ze mną zaraz, nie krępuj się, proszę.
- I to mi się bardzo podoba - rzekł Atos z wyrazem twarzy okazującym zadowolenie - tak nie odzywa się półgłówek, tylko człowiek mężnego serca mówić tak potrafi. Przepadam za ludźmi takiego usposobienia jak pańskie i jeżeli nie pozabijamy się teraz, prawdziwą będę miał przyjemność rozmawiać z panem później. Zaczekajmy na panów tych, proszę, nie brak mi czasu, a przynajmniej wszystko odbędzie się prawidłowo. A! Atóż i jeden z nich.
W głębi ulicy Vaugirard ukazał się olbrzymi Portos.
- Jak to?... - zawołał d'Artagnan. - Portos jest świadkiem pana?
- Tak. Czyś pan temu nierad?
- O! Bynajmniej.
- Ot jest i drugi.
D'Artagnan obejrzał się i poznał Aramisa.
- Jak to? - z większym jeszcze wykrzyknął zdziwieniem. - To drugim świadkiem jest Aramis?
- A naturalnie, alboż kto kiedy widział, iżbyśmy razem nie byli? Atos, Portos i Aramis to trzej nierozłączni, jak nas nazywają wszędzie. Pan jednak, co przybywasz z Honolulu, czy z Kochinchiny...
- Z Tarbes - poprawił go d'Artagnan.
- Wolno panu nie znać tych szczegółów - dokończył Atos.
- Na honor - odrzekł d'Artagnan - nazwano was znakomicie, moi panowie, i jeżeli przygoda moja nabędzie rozgłosu, przekona, że w związku waszym nie brak wam łączności.
Portos nadszedł tymczasem i ręką powitał Atosa; obejrzawszy się następnie na d'Artagnana, stanął zdziwiony.
Dodajmy nawiasem, iż szarfę zmienił i był bez płaszcza.
- A! Co to takiego? - zapytał.
- Z tym panem właśnie mam się potykać - rzekł Atos, wskazując z ukłonem d'Artagnana.
- Ależ i ja biję się z nim - odparł Portos.
- I ja również z tym panem mam się pojedynkować - odezwał się Aramis, dochodząc do miejsca.
- Lecz dopiero o drugiej - z zimną krwią zauważył d'Artagnan.
- Ale o co się bijesz, Atosie? - zagadnął Aramis.
- Na honor, nie wiem tak bardzo... w ramię mnie uraził, a ty, Portosie?
- Biję się, bo się biję - czerwieniąc się, odparł Portos.
Baczny na wszystko Atos podchwycił uśmiech złośliwy na ustach Gaskończyka.
- Mieliśmy sprzeczkę o ubranie - wtrącił młodzieniec.
- A ty, Aramisie? - pytał dalej Atos.
- Ja biję się o teologię - odrzekł Aramis, spoglądając prosząco na d'Artagnana, by zachował w tajemnicy powód pojedynku.
Atos dostrzegł drugi uśmiech d'Artagnana.
- Doprawdy? - podchwycił Atos.
- Tak, nie mogliśmy się zgodzić na pewien ustęp ze świętego Augustyna - odezwał się Gaskończyk.
- Widocznie sztuka z niego niegłupia - mruknął Atos.
- A teraz panowie, skoroście się zebrali - rzekł d'Artagnan - niech mi będzie wolno wytłumaczyć się wam.
Na słowo "wytłumaczyć" chmura przesunęła po czole Atosa, uśmiech wzgardliwy po ustach Portosa, a skinienie przeczące było odpowiedzią Aramisa.
- Nie rozumiecie mnie, panowie - rzekł d'Artagnan, podnosząc głowę, a na oblicze jego padły promienie słoneczne, złocąc szlachetne i śmiałe jego rysy - pragnę się wytłumaczyć na wypadek, jeżeli nie będę w możności wszystkim trzem długu mego spłacić, pierwszemu bowiem panu Atosowi służy prawo zabicia mnie, a to odbiera dużo wartości zadaniu pana Portosa, a twoje, panie Aramisie, nieledwie niweczy zupełnie. A teraz powtarzam, wybaczcie mi, panowie, ale to tylko jedynie, i baczność!
Z tymi słowy ruchem, najpyszniej rycerskim, d'Artagnan wydobył szpadę.
Krew wrzątkiem uderzyła mu do głowy i w chwili tej rzuciłby się na cały zastęp muszkieterów z taką samą odwagą jak na tych trzech obecnie.
Było już trochę z południa. Słońce do zenitu dobiegało, a miejsce na pojedynek wybrane wystawione zostało na palące jego promienie.
- Piekielnie gorąco - rzekł Atos, dobywając szpady - nie chciałbym jednak zdejmować kaftana, gdyż czuję w tej chwili, iż rana mi się krwawi, a pragnę nie sprawić panu przykrości widokiem krwi nie twoim żelazem dobytej.
- To prawda - odrzekł d'Artagnan - a czy dobyta byłaby przeze mnie, czy przez kogo innego, zawsze z żalem prawdziwym patrzeć będę na krew tak dzielnego szlachcica. I ja więc bić się będę w kaftanie.
- Dalej, dalej - odezwał się Portos - dosyć już tych grzeczności, pomyślcie, że czekamy na naszą kolej.
- Sam za siebie mów, Portosie, kiedy masz się tak grubiańsko odzywać - przerwał Aramis. - Co do mnie, słowa tych panów uważam za właściwe i godne takich szlachetnych, jak oni, ludzi.
- Służę panu - odrzekł Atos, zasłaniając się szpadą.
- Jestem na rozkazy - odparł d'Artagnan, krzyżując swoją.
Zaledwie dwa rapiery zetknęły się ze szczękiem, gdy oddział gwardii Jego Eminencji, pod dowództwem pana de Jussac, ukazał się spoza węgła klasztoru.
- Gwardziści kardynalscy! - krzyknęli jednocześnie Portos i Aramis. - Panowie! Szpady do pochwy! Panowie!
Lecz było już za późno. Dwaj walczący widziani byli w postawie niepozostawiającej żadnej wątpliwości o ich zamiarach wojowniczych.
- Hola! - krzyknął Jussac, zbliżając się do nich i dając żołnierzom swoim znak, aby uczynili to samo. - Hola! Panowie muszkieterzy, bijecie się tutaj? A zakaz?... cóż mi na to powiecie?
- O! Bardzo szlachetni jesteście, panowie gwardziści - odrzekł Atos, pełen skrytej nienawiści, bo Jussac był najpierwszym z tych, którzy go atakowali w przeddzień. - My, gdybyśmy was widzieli bijących się, zaręczam, iż nie przeszkadzalibyśmy wam bynajmniej. Zostawcie więc swobodę, a będziecie mieli przyjemność, żadnego nie doznając trudu.
- Panowie - odparł Jussac - z żalem oświadczyć wam muszę, iż rzecz to niepodobna do spełnienia. Obowiązek przede wszystkim. Szpady do pochwy, jeżeli łaska, i proszę za nami.
- Panie - odezwał się Aramis, przedrzeźniając Jussaca - z wielką przyjemnością poszlibyśmy za uprzejmą radą waszą, gdyby to od nas zależało, ale niestety to niemożliwe, pan de Tréville zabronił nam tego. Idźcie więc w swoją drogę, to będzie dla was najlepiej.
Drwiny te doprowadziły Jussaca do rozpaczy.
- Siłą was zaprowadzimy z sobą, kiedy nas słuchać nie chcecie.
- Pięciu ich jest - rzekł półgłosem Atos - a nas tylko trzech, znowu będziemy pobici i trzeba nam będzie życie tu położyć, bo oświadczam, że jeśli zostaniemy pokonani, na oczy się kapitanowi nie pokażę.
Atos, Portos i Aramis zbliżyli się do siebie w chwili, gdy Jussac ustawiał swych żołnierzy w szeregu.
Chwila ta wystarczyła d'Artagnanowi do namysłu, że nastręczała mu się jedna ze sposobności stanowiących o życiu człowieka. Należało więc uczynić wybór między królem i kardynałem i należało w nim wytrwać. Bić się, znaczyło to nie słuchać prawa, narażać głowę, znaczyło to na samym wstępie zrobić sobie nieprzyjaciela z ministra, potężniejszego nawet niż sam król. Wszystko to przewidywał młodzieniec, dodajmy jednak na pochwałę jego, iż nie zawahał się ani na chwilę. I rzekł, zwracając się do Atosa i jego przyjaciół:
- Panowie! Pozwólcie mi w słowach waszych małą uczynić poprawkę. Powiedzieliście, że trzej tylko jesteście, a mnie się wydaje, iż nas jest tutaj czterech.
- Przecież pan nie należysz do naszych - zauważył Portos.
- To prawda - odrzekł d'Artagnan - ale jeżeli nie ubiorem, to duszą do was należę. Czuję to, iż serce mam muszkieterskie i ono pociąga mnie do was.
- Na bok! Młodzieńcze - wrzasnął Jussac, który po ruchach i wyrazie twarzy odgadywał zamiary d'Artagnana. - Pozwalam ci się oddalić. Uciekaj, pókiś cały.
D'Artagnan ani drgnął.
- Dzielny chłopiec z ciebie - powiedział Atos, ściskając mu rękę.
- No, dalej! - wołał Jussac.
Atos, Portos i Aramis spojrzeli na młodzieńca.
Wszystkim trzem tkwiła w myśli młodość d'Artagnana i lękali się jego braku doświadczenia.
- I tak trzech by nas tylko było, z których jeden ranny, bo to dziecko jeszcze - mówił Atos - pomimo to powiedzą, iż było nas czterech.
- Tak, lecz cofać się! - odpowiedział Portos.
- Trudno - dodał Atos.
D'Artagnan zrozumiał ich wahanie.
- W każdym razie wypróbujcie mnie, panowie, a przysięgam wam, na cześć moją, że jeżeli zwyciężeni będziemy, z miejsca tego się nie ruszę.
- Jak się nazywasz, mój zuchu? - zapytał Atos.
- D'Artagnan.
- Dalejże! Atos, Portos, Aramis i D'Artagnan naprzód! - krzyknął Atos.
- I cóż panowie, czy usłuchacie mnie? - po raz trzeci zawołał Jussac.
- Stało się, panowie - rzekł Atos.
- Cóż więc zamierzacie uczynić? - pytał Jussac.
- Będziemy mieli zaszczyt przystąpić z wami do walki - odpowiedział Aramis, jedną ręką unosząc kapelusza, drugą wyciągając szpadę.
- A! Opieracie się więc! - krzyknął Jussac.
- Do licha! To pana dziwi?
Po czym dziewięciu walczących rzuciło się na siebie, z wściekłością nieprzekraczającą jednak zasad szermierki.
Atos wybrał niejakiego Cahusaca, ulubieńca kardynalskiego, Portos miał Bicarata, Aramis znalazł się wobec dwóch przeciwników. D'Artagnan zaś padł na Jussaca samego.
Serce młodego Gaskończyka biło jak młotem, zdawało się, że rozsadzi mu piersi. Nie ze strachu, broń Boże, nie było go tam ani cienia, lecz dlatego, że w męstwie nie chciał się pokazać od innych gorszy, bił się jak tygrys rozjuszony, ze wszystkich stron napastując przeciwnika i zmieniając kilkakrotnie pozycję. Jussac był mistrzem w tej sztuce, bo dużo już praktykował, ciężkim było jednak zadanie jego bronić się od przeciwnika, który, zręczny i rzutki, zmieniał co chwila metodę, napadając ze wszystkich prawie stron jednocześnie, a sam zasłaniając się jak człowiek, który ma cześć najwyższą dla swojej skóry.
Walka ta doprowadziła Jussaca do utraty cierpliwości. Wściekłość go ogarnęła, iż ten, którego za dzieciaka uważał, trzyma go w szachu. Zaperzony więc, zaczął błędy popełniać. D'Artagnan zaś przy braku doświadczenia posiadał głęboką teorię i przeto jeszcze zwinniej się sprawiał. Jussac, chcąc raz już skończyć, wymierzył od dołu straszny cios przeciwnikowi; ten natychmiast się zasłonił i w chwili, gdy Jussac prostował się, przemknął pod szpadą jego jak wąż i na wylot go przebił. Jussac runął jak kłoda. Wtedy d'Artagnan wzrokiem szybkim i niespokojnym objął pole walki.
Aramis zabił już jednego ze swoich przeciwników, lecz drugi ostro nań nacierał. Położenie jego nie było niebezpieczne, mógł się bowiem obronić.
Bicarat i Portos szpikowali się wzajemnie. Portos dostał pchnięcie w ramię, a Bicarat w udo. Ponieważ jednak ani jedna, ani druga rana nie była głęboka, coraz zajadlej napadali na siebie.
Ale Atos, na nowo przez Cahusaca raniony, coraz większą okrywał się bladością, chociaż się ani na krok nie cofnął z miejsca, przełożył tylko broń do innej ręki, z równą zręcznością władając lewą.
Według praw pojedynkowych z tamtej epoki d'Artagnan mógł jednemu z nich przyjść z pomocą i gdy szukał oczami, którego z towarzyszy wypadłoby wesprzeć, pochwycił spojrzenie Atosa, a było ono zadziwiająco wymowne.
Atos wolałby umrzeć, niż zawołać o pomoc, mógł jednak patrzeć, a spojrzeniem tym poparcia żądał. Odgadł to d'Artagnan i dopadł z boku Cahusaca, krzycząc strasznym głosem:
- Ze mną teraz sprawa, zabiję cię, panie gwardzisto!
W sam czas odwrócił się Cahusac. Atos, którego odwaga niezrównana podtrzymywała jedynie, upadł na jedno kolano.
- Na rany boskie, nie zabijaj go, młodzieńcze, błagam - wołał na d'Artagnana - mam ja dawną sprawę z nim do załatwienia, jak się tylko wygoję. Rozbrój go tylko, wytrąć mu szpadę. O! Tak! Dobrze! Wyśmienicie!
Okrzyk ten Atosa spowodował wytrącenie szpady z ręki Cahusaca, wyrzucona w powietrze padła o jakie dwadzieścia kroków.
D'Artagnan i Cahusac razem się rzucili, aby ją pochwycić, lecz d'Artagnan, zwinniejszy, pierwszy na niej postawił nogę.
Cahusac poskoczył do gwardzisty zabitego przez Aramisa, wyrwał mu rapier i powracał, aby na nowo z d'Artagnanem rozpocząć walkę, na drodze jednak spotkał Atosa, który w tej przerwie miał już czas trochę odetchnąć i w obawie, aby d'Artagnan wroga nie zabił, sam stanął przed nim do walki.
D'Artagnan pojął, iż ściągnąłby na siebie niezadowolenie Atosa, gdyby mu zechciał przeszkodzić. Stało się też, iż w kilka sekund zaledwie Cahusac padł z gardłem przeszytym szpadą.
Jednocześnie Aramis przyłożył koniec szpady do piersi leżącego na ziemi przeciwnika, zmuszając go do poddania.
Pozostawał jeszcze Portos i Bicarat. Portos podrwiwał zawzięcie, zapytując Bicarata, która mogła być godzina, i winszował mu oddziału, który brat jego dostał w pułku Navarry, drwinkami tymi jednak niewiele wskórać mu się udało, Bicarat bowiem należał do tych ludzi żelaznych, którym ręka opada, lecz tylko po śmierci.
Należało wszakże temu kres położyć! Lada chwila patrol mógł nadciągnąć i zabrać walczących, rannych i całych, zarówno królewskich, jak i kardynalskich.
Atos, Aramis i d'Artagnan otoczyli Bicarata, wzywając go, aby się poddał. Jakkolwiek jeden na czterech i z udem szpadą przebitym, Bicarat nie myślał ustąpić. Był on, jak d'Artagnan, Gaskończykiem, udawał głuchego, a śmiejąc się i zasłaniając żwawo, znalazł nawet czas, aby końcem szpady wskazać miejsce na ziemi.
- Tu - rzekł, parodiując ustęp biblijny - tu umrze Bicarat, sam jeden przeciw wszystkim.
- Ależ czterech ich jest przeciw tobie jednemu - zawołał Cahusac - skończ raz, rozkazuję ci.
- O! Rozkazujesz, to rzecz inna - odrzekł Bicarat - jako brygadierowi swemu winienem ci posłuszeństwo.
I uskoczywszy w tył, złamał na kolanie szpadę, kawałki przez mur klasztorny przerzucił i skrzyżowawszy na piersiach ręce, zagwizdał piosnkę gwardzistów kardynalskich.
Waleczność wzbudza szacunek nawet w nieprzyjacielu. Muszkieterowie pokłonili się Bicaratowi szpadami i włożyli je do pochwy. To samo uczynił d'Artagnan, następnie z pomocą Bicarata, który jeden tylko ze wszystkich kardynalskich gwardzistów trzymał się na nogach, zaniósł pod bramę klasztorną Jussaca, Cahusaca i tego z przeciwników Aramisa, który tylko był ranny; czwarty, jak wiadomo, już nie żył. Złożywszy ich tam, uderzyli w dzwon klasztorny, zabrawszy cztery szpady na pięć, i upojeni radością, podążyli do pałacu pana de Tréville.
Szli, splótłszy się ramionami, zajmując całą szerokość ulicy i każdego muszkietera spotkanego pociągając za sobą, tak, że w końcu orszak ten zmienił się w pochód triumfalny. Serce d'Artagnana rozpływało się z rozkoszy; szedł pomiędzy Atosem i Portosem, ściskając ich czule.
- Choć nie jestem jeszcze muszkieterem - powiedział do nowych przyjaciół, przestąpiwszy próg pałacu pana de Tréville - ale zostałem przyjęty na praktykanta, nieprawdaż?
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej