Rozdział 1Kamień nieszczęścia i bieda z nędzą
Trzy słowiańskie demony sterczały nieruchomo niczym trzy słupy soli, na chodniku przy jednej z uliczek lubelskiej dzielnicy Sławinek, i ze smętnymi minami obserwowały, jak dwoje ludzi kończy ładowanie walizek do czarnego SUV-a, a następnie umieszcza roczną dziewczynkę w foteliku samochodowym.
Demoniczne towarzystwo było, na pierwszy rzut oka, nieco osobliwe. Zresztą na drugi rzut oka tym bardziej. Stał tam strzygoń o imieniu Bezmir, który potworną aparycją i wyglądem ogólnym był w stanie przerazić niejednego Stefka Burczymuchę, nie mówiąc już o nieustraszonych braciach Grimm, Van Helsingu czy nawet wiedźminie Geralcie z Rivii.
Był tam także całkiem przystojny, choć trupio blady wegewampir Radosław, uosabiający swym wampirycznym image'em klasyczne wyobrażenie krwiopijcy w pelerynie, z jeszcze bardziej klasycznych horrorów. Taki Béla Lugosi z filmu "Drakula" sprzed stu lat, tylko nieco młodszy. I na domiar złego, albo dobrego, jak kto woli, będący zadeklarowanym wegetarianinem.
Trzecią postacią był kudłaty domowik o imieniu Witek, który w nieodłącznym czerwonym berecie przypominał skrzyżowanie Buki i Bobka z "Muminków", z krecikiem z bajki produkcji czechosłowackiej, z leciutką domieszką przedstawiciela francuskiego ruchu oporu z drugiej wojny światowej. Domieszką wyrażającą się oczywiście w oryginalnym nakryciu głowy stwora.
- Oj, już nie patrzcie tak na nas spode łbów, jakbyśmy wam chcieli wyrządzić jakąś niewyobrażalną krzywdę - zażartowała kobieta, widząc smętne miny malujące się na obliczach całej trójki. - Przecież nie będzie nas tylko dwa tygodnie.
- Chyba po tym wszystkim należy się nam chwila urlopu? - zamarudził mężczyzna, spoglądając w stronę demonów.
- Należy, należy - mruknął ponuro wampir Radosław, udowadniając swą wypowiedzią, że w języku polskim jednak da się skonstruować zaprzeczenie poprzez zastosowanie dwóch potwierdzeń.
Owymi ludźmi, którzy tak bardzo palili się do wyjazdu, byli małżonkowie Joanna i Marek Lichoccy oraz ich roczna córeczka Milenka. Jedyni na świecie Widzący, czyli przedstawiciele gatunku homo sapiens, którzy zdolni byli rozmawiać ze słowiańskimi stworami, a nawet ze słowiańskimi Bogami. I nie tylko rozmawiać. Ale to już nieco inna historia.
Pilnujcie tu wszystkiego i uszy do góry, nasi trzej muszkieterowie - powiedział Marek Lichocki, ściskając serdecznie każdego z maszkaronów.
- Ale z nas trzej muszkieterowie - mruknął smętnie Witek, podobnie jak pozostałe stwory niezbyt ukontentowany, delikatnie pisząc, z powodu wyjazdu gospodarzy. - Ani szpad, ani płaszczy, ani nawet muszkietów nie mamy - zamarudził. - Kardynała Richelieu też jakby trochę brakuje.
- Rozumiem, że powieści Aleksandra Dumasa też już z naszej biblioteczki wygrzebałeś i przerobiłeś? - Aśka Lichocka uśmiechnęła się promiennie.
- Ależ oczywiście! - Stwór nagle pokraśniał z dumy, co jednak było niemożliwym do zauważenia, z uwagi na fakt, że był całkowicie porośnięty burym futrem. - Witek przeczytał "Trzech muszkieterów", "Trzech panów w łódce, nie licząc psa" Jerome'a K. Jerome'a, a nawet "Trzech Budrysów" Mickiewicza. Właściwie Witek przeczytał już wszystko, co można było w domu znaleźć do przeczytania, proszę drogiej gospodyni. Łącznie z tymi okropnie nudnymi prawniczymi kodeksami - zmarszczył nos ze wstrętem.
- To akurat musiało być straszne. - Kobieta parsknęła śmiechem.
- Było - odparł domowik ze zbolałą miną. - Na przykład "Kodeks postępowania cywilnego". Kto te głupoty pisze?
- Też sobie czasem zadaję to pytanie - mruknęła pod nosem Aśka, z zawodu adwokat, specjalizująca się w sprawach gospodarczych.
- Zapewne pisze to nasz racjonalny ustawodawca, ale ja tam się nie znam. - Marek machnął ręką. - Ja jestem prostym karnistą.
- "Kodeks postępowania karnego" niewiele lepszy - odparł Witek, krzywiąc się ze szczerą niechęcią.
- No dobrze, to skoro nie muszkieterowie, to może maszkaronowie? - rzucił ze śmiechem mężczyzna, przerywając, poniekąd słuszne, prawnicze rozważania oczytanego demona.
- Maszkaronowie? Gospodarzu! Toż to błąd leksykalny! - jęknął Witek, zasłaniając oczy dłońmi. - Może lepiej maszkarony?
- Trzej maszkarony? - Marek skrzywił się teatralnie i zachichotał. - Eee tam. Kompletnie bez sensu - machnął ręką. - To zupełnie nie przypomina "Trzech muszkieterów".
- "Słownik poprawnej polszczyzny" również mamy w domu, drogi mężu - roześmiała się Aśka. - Ten mądrala też już go pewnie gruntownie przestudiował.
- Może i błąd maksymalny, ale mnie się podoba nazwa Trzej Maszkaronowie - burknął dotąd milczący strzygoń Bezmir.
- Nie maksymalny, tylko leksykalny - westchnął ciężko domowik, przewracając oczami.
- Jak zwał, tak zwał - orzekł strzygoń. - Grunt, że nazwa fajna.
- Mnie w sumie też się podoba - przyłączył się Radzio, nie zwracając uwagi na słabe protesty domowego stwora, i od razu nieco poweselał. - Trzej Maszkaronowie - dodał z emfazą. - Wpada w ucho.
- Faktycznie, niezła nazwa dla waszej, szczególnego rodzaju, drużyny - zgodził się rozbawiony Marek. - Zatem Trzej Maszkaronowie zostają pilnować interesu, a troje Lichockich na dwa tygodnie oddala się do ciepłych krajów.
- I niechaj Bogowie darzą drogim Maszkaronom! - dodała Aśka, z ulgą sadowiąc się w aucie.
- Dopilnujemy, żeby wszystko chodziło jak w zegarku - obiecał z poważną miną Bezmir, który najwyraźniej powoli godził się z rzeczywistością.
Zamruczał silnik, po czym trójka stworów uniosła dłonie, machając odjeżdżającym na pożegnanie. Po chwili wóz zniknął za zakrętem, a demony popatrzyły po sobie zafrasowane i jak na zawołanie westchnęły głęboko.
- To co teraz zrobimy? - spytał Radosław, który nigdy nie potrafił usiedzieć w miejscu.
- Przydałoby się zająć czymś konstruktywnym - stwierdził Bezmir.
- Witek uważa, że powinniśmy przejść się po mieście i sprawdzić, czy wszystko jest na swoim miejscu.
- Słuszna myśl, przyjacielu - pochwalił strzygoń. - Dostaliśmy określone zadanie, żeby pilnować tu ładu, więc nie możemy zawieść szefostwa - dodał rzeczowo. - Ruszajmy więc.
Przedefilowali Alejami Racławickimi, szczególnie bacznie obserwując zarośla Ogrodu Saskiego, czy aby nie czai się tam jakieś niebezpieczeństwo, a następnie ulicą Krakowskie Przedmieście, rozglądając się czujnie, po czym skierowali się w stronę Starego Miasta. Wykonany przez nich sumienny patrol umocnił wszystkich w przekonaniu, że w Lublinie, na szczęście, panował spokój, ład i porządek.
Sprawę ułatwiał fakt, że mimo iż było dość ciepło, to robiło się nieco dżdżyście i ponuro, więc lublinianie czym prędzej znikali z ulic, zamykając się w suchych mieszkaniach. Wszyscy demoniczni mieszkańcy miasta również pochowali się w swoich kryjówkach. Ulice, skwery, place, a nawet szemrane zakamarki szybko pustoszały i coraz bardziej pogrążały się w ciszy.
Tymczasem świeżo upieczeni Trzej Maszkaronowie wkroczyli dumnie do Starego Miasta, przechodząc przez bramę w Wieży Trynitarskiej.
- Chyba wszystko w porządku - ucieszył się Radosław. - I oby tak dalej, aż szefostwo wróci.
- A jak wróci, to już może być nie w porządku? - zażartował strzygoń.
- Oj, tak mi się powiedziało, bo jakoś tak mi dziwnie bez nich - tłumaczył się wąpierz.
- Witek uważa, że wprawdzie powierzono nam odpowiedzialne zadanie i powinniśmy je wypełnić z całą sumiennością - stwierdził z całą powagą domowik. - Ale też Witkowi dziwnie - dodał markotnie.
- Ech, a komu nie dziwnie? - westchnął strzygoń.
- Oczywiście, że nam wszystkim dziwnie, bo dotąd nie zabrakło Widzących na tak długo - podsumował Radosław, przysiadając na kamieniu. - Poza tym to nie tylko nasze szefostwo, ale przede wszystkim nasi przyjaciele.
- I dlatego zrobimy co w naszej mocy, żeby był porządek - skwitował Bezmir. - Tak jak obiecaliśmy, wszystko będzie chodziło jak w zegarku, a szefostwo będzie z nas dumne - stwierdził z całym przekonaniem, po czym przysiadł obok wąpierza i sapnął z zadowoleniem.
W końcu przyłączył się do nich domowik, który posadził kudłaty kuper obok strzygonia.
- Ech, miło sobie wreszcie tak posiedzieć i nic nie robić, prawda? - mruknął ukontentowany strzygoń. - Na wszystko mamy oko, wszystko pod kontrolą, należy się nam odpoczynek.
- Cisza, spokój, nic się nie dzieje. Bardzo miło - zgodził się z nim wegewąpierz. - Wspaniale.
- Witek twierdzi, że to będzie nasza najspokojniejsza misja - dodał leniwie domowik.
- Sen-misja - zażartował Radosław.
Siedzieli przez dłuższą chwilę w ciszy, kontemplując zapadający zmierzch, który z jednej strony byłby ciepłym, niemalże przytulnym, gdyby nie siąpiąca mżawka, letnim zmrokiem, ale z drugiej przynosił zdecydowanie jesienną, unoszącą się w powietrzu chłodną wilgoć i zapowiedź nieuchronnej zmiany pory roku.
- Hmm - mruknął nagle Witek znacząco i poruszył się niespokojnie.
- Hmm, co? - zainteresował się Bezmir.
- Tak właściwie, to na czym my siedzimy? - spytał domowik dziwnie stłumionym głosem.
- Eee... - Strzygoń skrzywił się okrutnie, gdy nagle pojął potencjalną grozę sytuacji. - Chyba popełniliśmy wielką, historyczną pomyłkę - powiedział wolno i ostrożnie zaczął podnosić się z kamienia.
- Powoli, bez gwałtownych ruchów - mruknął półgębkiem Witek, również wstając z głazu.
- Co wam odbiło? - zaniepokoił się Radosław, spoglądając ze zdziwieniem na przyjaciół.
- Zobacz, na czym siedzisz - jęknął cicho domowik.
- O, Kamień Nieszczęścia - beztrosko zorientował się wąpierz. - No i co w związku z tym?
- Jak to, no i co? - Strzygoń złapał się za przerażającą głowę. - Przecież to Kamień Nieszczęścia!
- I? - spytał Radosław, niewiele rozumiejąc z zachowania przyjaciół.
- Przecież nie wolno go dotykać! - zajęczał skrzekliwie strzygoń. - Sprowadzimy na siebie biedę z nędzą!
- A te wstrętne babsztyle potrafią zaleźć za skórę - dokończył Witek lekko stropiony.
Bezmir miał rację. Jak się okazało, usiedli sobie, zupełnie bezmyślnie, na sporym kamieniu, który spoczywał na rogu ulic Gruella i Jezuickiej na lubelskim Starym Mieście. A był to nie byle jaki kamień.
Według legendy głaz służył kiedyś przez wiele lat jako podstawa pod katowski pieniek, gdzie sycił się krwią i nieszczęściem, nabierając złowrogiej mocy i zyskując swoją ponurą nazwę. W końcu po licznych perypetiach trafił pod ścianę jednej z lubelskich kamienic i tam złowieszczo zaległ.
To był właśnie Kamień Nieszczęścia i z całą pewnością należało go zostawić w spokoju, najlepiej obchodząc szerokim łukiem, czego mieszkańcy miasta i liczni turyści przez lata gorliwie przestrzegali. A już z całą pewnością nie wolno było na nim siadać.
Radosław jednak nigdy przesądny nie był. Wręcz przeciwnie. Nie wierzył także w instytucję tak zwanego pecha, a nieugięty racjonalizm miał onegdaj, jeszcze za życia, wypisany na sztandarze. Poglądy zweryfikował dopiero po tym, jak stał się wampirem. Chociaż nie do końca zweryfikował, gdyż proces weryfikacji następował u niego na bieżąco.
- Co wy pleciecie? Jaka znowu bieda z nędzą? Jakie znów babsztyle? - Radzio zarechotał i lekceważąco machnął ręką. - Toż to zwykły kamień. Przecież to wszystko tylko przesądy i legenda.
- Przesądy i legenda, powiadasz? - zabrzmiał nagle jakiś upiornie piskliwy i do szpiku kości nieprzyjemny skrzek za ich plecami. - Legenda? To ja wam zaraz dam legendę!
Teraz również i Radek zerwał się na równe nogi, po czym cała trójka błyskawicznie odwróciła się w stronę, z której dobiegał koszmarny głos.
Stała przed nimi wielka, wynędzniała i pokraczna postać. Przerośnięty, pokryty guzami łeb, na którym sterczały rzadkie kępki burej szczeciny, osadzony był na przeraźliwie długim i równie przerażająco chudym korpusie, okrytym burymi, zetlałymi, pełnymi dziur szmatami. Z pokrytego liszajami tułowia wyrastały chorobliwie wyschnięte, pałąkowate kończyny z nieproporcjonalnie dużymi dłońmi i stopami.
- Bieda! - jęknęli chórem zatrwożeni Bezmir z Witkiem.
- A Bieda - wycedziła poczwara przez krzywe i połamane, ale wciąż niepokojąco ostre zęby.
- Zzzzz Nędzą - dało się słyszeć mrożący krew w żyłach, ociekający jadem syk, po czym zza demonicy wychynęła jej upiorna siostra, Nędza, wyglądem prezentująca się jeszcze gorzej niż Bieda.
- Czego tu szukacie?! - zawołał wojowniczo Radosław, przy czym nie zauważył, że strzygoń i domowik aż skulili się w sobie. - Precz do Nawii! To miejsce jest pod naszą opieką!
- Nie prowokuj tych obleśnych staruch, bo nam napytają biedy - wymamrotał przez zęby Bezmir.
- A wtedy biada nam - szepnął Witek. - Czego panie sobie życzą? - zagaił grzecznie.
- Czego żżżyczą? Czego żżżyczą? - wysyczała Nędza z wściekłością, trzęsąc się z oburzenia.
- Nie dość, że sprofanowaliście Kamień Nieszczęścia, kładąc na nim swoje tłuste zady - zaczęła jadowicie Bieda, która samym swym jestestwem uosabiała ślepą wręcz nienawiść do wszystkiego, co tłuste - to jeszcze mieliście czelność nas niepokoić i wywołać z Nawii!
- Ależ to najczystszy przypadek. - Strzygoń wyszczerzył się upiornie, chociaż akurat jego zamiarem było uśmiechnąć się wytwornie. - Absolutnie nie chcieliśmy pań niepokoić. Przepraszamy najmocniej i już się stąd zabieramy. Prosimy przekazać nasze uszanowania pani Marzannie.
- Hhhola, hhhola, piękny paaanie - skrzeknęła piskliwie Nędza, dając dowód temu, że faktycznie każda potwora znajdzie swego amatora, skoro nawet strzygoń doczekał się nazwania go pięknym panem. - Jeszcze z wami nie ssskończyłyśśśmy. Tak łatwo sssssię nie wywiniecie.
- Mogłybyśmy z siostrą przymknąć oko na ten niesłychany akt wandalizmu i profanacji, świadczący o waszym braku poszanowania dla tradycji, już nie mówiąc o braku podstawowej wiedzy, ale takiej zniewagi, jakiej tu doznałyśmy, nie możemy puścić płazem - wysyczała jadowicie Bieda.
- Ależ jakiej zniewagi? - zdziwił się Witek, udając niewiniątko. - Przecież wspominaliśmy obie panie bardzo ciepło - zełgał.
- A potem nazzzwaliśśście nasss legendą i przesądem! - rzuciła oskarżycielsko Nędza.
- O wssstrętnych babszszsztylach nie wspominając! - dołożyła Bieda.
- Cóż za bezprzykładny brak szszszacunku!
- Cóż za brak kultury! - syczały jedna przez drugą.
- Ależ... - próbował protestować Bezmir.
- Żadnego ależ! - przerwała mu Bieda. Jej głos przywodził na myśl taflę ponurego, zamrożonego jeziora, położonego w tak bardzo nieprzyjaznym miejscu, że lepiej nawet o tym nie wspominać, a oczy płonęły wściekłym, zielonkawym blaskiem. - Babsztyle, mówicie. Legendą, powiadacie. Legendy? No to będziecie mieli tutaj te swoje legendy! - zaskrzeczała przejmująco i uniosła złowieszczo rachityczne łapska w górę, niczym Piotr Skarga na obrazie Jana Matejki.
- Wzywamy was z Nawii, zapomniani! - Pokraki zawyły nagle upiornym chórem. - Przybądźcie tu do nas z zaświatów, wyśmiewani! Zemścijcie się srogo, pogardzani! Bywajcie tuuuu! - zakończyły przeraźliwym, nieznośnym piskiem, po czym zmieniły się nagle w wirujące tumany kurzu i po chwili zniknęły bez śladu, zostawiając osłupiałe stwory samym sobie.
Przerażeni i oszołomieni Trzej Maszkaronowie stali w kompletnej ciszy, łypiąc jeden na drugiego.
- No to koniec - mruknął smętnie Bezmir, przerywając w końcu pełne zaskoczenia milczenie.
- No to klops - wydusił Witek.
- I co teraz? - Radek zdał sobie wreszcie sprawę z powagi sytuacji.
- A czarci wiedzą, co teraz - westchnął strzygoń, który w tej sytuacji wyglądał na najbardziej opanowanego. - Albo może nawet tylko Bogowie to widzą. W każdym razie ja muszę chwilowo ochłonąć.
- Nie wywołuj czartów z lasu - jęknął domowik.