Rozdział 2 Liliana
Po zamknięciu sklepu wsiadłam w yariskę i ruszyłam w stronę ulicy Żelechowskiego, gdzie mieszkała moja mama. Do jej mieszkania miałam rzut beretem i prawie codziennie u niej bywałam, bo dzięki tym wizytom nie musiałam gotować. Jej obiadki były wspaniałe. Mama przynajmniej w taki sposób chciała utrzymać rodzinną bliskość. Kiedyś na tych mocno spóźnionych obiadach bywał również Miłosz, ale od czasu, gdy pogodził się z ojcem, towarzystwo brata przestało być mi miłe. Dałam mamie ultimatum - albo ja, albo on. Żeby ratować sytuację i zjadać obiad z dwojgiem dzieci, mama podjęła iście salomonową decyzję: o godzinie szesnastej jadła zupę z synem, a o osiemnastej piętnaście konsumowała z córką drugie danie.
Po rozwodzie rodziców ojciec wspaniałomyślnie zostawił mamie dom, a sam kupił dla siebie i Aldony mieszkanie w blokach przy ulicy Jerzmanowskiego w Prokocimiu. Mama nie chciała mieszkać w naszym dotychczasowym domu, bo wszystko kojarzyłoby się jej z ojcem. Wiedzieliśmy o tym, dlatego wspólnie z bratem poradziliśmy jej sprzedać dom i zakupić dla naszej trójki trzy odrębne mieszkania. Mama zamieszkała przy Żelechowskiego, Miłosz przy ulicy Kurczaba, a mnie spodobało się ładne mieszanko w Nowym Bieżanowie. Wszystkie mieszkania były podobnej wielkości, około sześćdziesięciu metrów kwadratowych wraz z loggią, i miały tę zaletę, że chociaż stare, były nowocześnie wyremontowane. Miłosz nawet nie musiał kupować mebli, bo poprzedni właściciele wyjeżdżali na stałe do Anglii i wszystko mu zostawili, łącznie z talerzami i garnkami. Jego mieszkanie miało tylko jedną wadę - leżało w sąsiedztwie ulicy Jerzmanowskiego, gdzie mieszkali ojciec z Aldoną. Moje lokum znajdowało się trochę dalej, ale wciąż zbyt blisko od wrogów. Kupując mieszkanie, nie wiedziałam o tym, bo prawdopodobnie bym zrezygnowała pomimo pięknie podświetlonej łazienki i eleganckiej otwartej strefy dziennej. Na szczęście kilka miesięcy później ojciec i jego kochanka wyjechali do Londynu, by naprawiać zęby Anglikom. Ojciec był z zawodu stomatologiem, a jego ukochana protetykiem stomatologicznym. Kurwa mać, dobrali się idealnie!
- Nareszcie jesteś - zauważyła mama, gdy weszłam do jej mieszkania, otwierając drzwi własnym kluczem.
Skończyła pisać SMS-a. Spojrzała na mnie, odkładając telefon.
- Co tak późno zamknęłaś dziś sklep? - zauważyła.
- Musiałam zrobić paczki dla kuriera.
- Jak poszły rozmowy z potencjalnymi ekspedientkami? Znalazłaś odpowiednią osobę?
- Przełożyłam rozmowy na jutro, bo dziś spędziłam dwie godziny w komisariacie.
Mama zmarszczyła brwi.
- Dlaczego? Co się stało?
- Łapałam złodzieja. - Wzruszyłam ramionami.
- Co takiego?
- Zaraz ci opowiem, ale wcześniej muszę wrzucić coś do żołądka, bo soki żołądkowe zjadają mi go z głodu.
- Nie pleć andronów, tylko mów, o co chodzi. Co robiłaś w komisariacie? - spytała, kierując się do części kuchennej.
Tutaj też, tak jak u mnie i brata, pokój dzienny był połączony z aneksem kuchennym. Wszystkie znajdujące się tu meble mama kupiła sama, chociaż były gatunkowo gorsze od tych, które mieliśmy w domu i które sprzedała za bezcen. Nie chciała wziąć niczego z dawnego naszego domu - jak i ja. Postanowiła zacząć nowe życie dosłownie od nowa. Ja okazałam więcej pragmatyzmu i to, co było ładne i mi potrzebne, przetransportowałam na Bieżanów. Owszem, nienawidziłam ojca, ale nie byłam frajerką. Potrafiłam racjonalnie wytłumaczyć sobie, że wyposażenie kuchni, zastawa stołowa i pościel były kupione przez mamę, a nie jej męża.
Spojrzałam na moją piękną mamę. Chociaż była ubrana w wygodne domowe ciuchy, jak zwykle prezentowała się elegancko. Promieniowała matczynym ciepłem i zmysłową kobiecością. Wiem, że takie określenie z ust córki wydaje się trochę dziwne, ale potrafię przeobrazić się z kobiety-córki w obiektywnego obserwatora. Mama miała w sobie mnóstwo wdzięku i gracji.
W tym momencie w pokoju pojawiła się kotka, siostrzyczka mojego Menelka. Zamruczała na powitanie i otarła się o moje nogi. Też była czarna jak jej braciszek, ale miała białą krawatkę, białe buciki i niesamowite srebrne wąsy.
Krotka, tak nazwał ją Miłosz, wyprężyła się, przeciągnęła i z gracją usiadła na podłodze obok swojej miseczki, wydając z siebie dopraszające się o jedzonko miauczenie. Mama uśmiechnęła się do niej i wyłożyła na jej miskę koci pasztet. Potem umyła ręce i zaczęła nakładać na talerze potrawkę z indyka, warzyw i brązowego ryżu.
Boże, jak ja kochałam moją mamę! Jakim głupcem okazał się mój ojciec.
Moje spojrzenie padło na ogromny bukiet róż stojących na komodzie. Na pewno kupił je Miłosz. Przypomniałam sobie o prezencie. Nie lubiłam kupować ani dostawać ciętych kwiatów, uważając, że w ten sposób skraca się im życie. Uznawałam tylko te w doniczkach. Dlatego nie wręczyłam mamie kwiatów, lecz wyjęłam z torebki mały pakuneczek - mały, ale nietani, bo kosztował dużo więcej niż ten bukiet. No i mój prezent miał jeszcze jeden plus, mógł zostać przy mamie o wiele dłużej. Kupiłam jej ulubione perfumy od Dolce Gabbana o cudownej nucie, których zapach zawsze mi się z nią kojarzył.
- O, dziękuję, córeczko! Nie trzeba było, są bardzo drogie, a przecież tobie się nie przelewa - powiedziała.
- Owszem, nie przelewa mi się, ale stać mnie na prezent dla własnej matki - burknęłam.
Mama westchnęła. Wiedziałam, o czym myśli. O moim sklepie i niewykorzystanym potencjale intelektualnym. Według niej jej córka, jedna z najzdolniejszych na roku absolwentek prawa, powinna zrobić aplikację sędziowską lub prokuratorską, a nie handlować butami. To samo myśleli wszyscy w rodzinie. Ale wiedziałam, że moja decyzja najbardziej dotknęła ojca, bo zawsze bardzo mu zależało, żebym została sędzią lub prokuratorem. I właśnie dlatego zrezygnowałam z aplikacji. Zawsze w rodzinie uchodziłam za to zdolniejsze i ambitniejsze dziecko. Nigdy nie dostawałam dwójek ani trójek, a o jedynce nie było nawet mowy.
To mój brat sprawiał kłopoty. Nie chciało mu się uczyć, słabo zdał maturę i co chwila zaczynał inne studia. W końcu pod presją rodziców zrobił licencjat z geodezji na AGH, ale z magisterki zrezygnował. Nigdy nawet nie próbował znaleźć pracy w zawodzie, tylko wciąż otwierał nowe biznesy, które zawsze kończyły się klapą. Najpierw poszedł w ślady mamy i otworzył sklep ze zdrową żywnością, ale nic z tego nie wyszło, bo umiejscowienie punktu nie było najlepsze. Potem spróbował kontynuować działalność w handlu obwoźnym. Po plajcie podejmował się jeszcze kilku innych działalności, aż w końcu poszedł po rozum do głowy i zapisał się do Cod-Coola na kurs programowania. Ukończył go i... wreszcie miał z czego opłacać rachunki. Wiem, że mama w duchu wciąż liczyła, że ja również kiedyś się opamiętam, zrobię aplikację i wrócę do zawodu - dokładniej mówiąc, zacznę pracować w swoim zawodzie, bo nigdy w nim nie pracowałam.
Moje i brata zainteresowania biznesowe zaczęły się od momentu, gdy mama otworzyła sklep ze zdrową żywnością Eko-Domek. Nasza rodzicielka nie skończyła studiów na kierunku farmacji, bo na drugim roku zaszła w ciążę. Rodzice nie mieli warunków, by móc oboje dalej studiować, dlatego mama wzięła urlop dziekański, żeby wychowywać synka. A potem już nigdy nie wróciła na studia.
Młodzi małżonkowie mieszkali w jednym pokoju w starym domu dziadków mojego ojca przy ulicy Modrzewiowej. Ojciec został sierotą w wieku dziesięciu lat. Jego rodzice zginęli w wypadku samochodowym, a opiekę nad wnukiem objęli dziadkowie - emeryci, dlatego w ich rodzinie się nie przelewało. Ojciec często nam opowiadał, jak musiał chodzić w starych ubraniach po swoich kuzynach i cieszyć się otrzymanymi od proboszcza paczkami z darów. W dzieciństwie doświadczył prawdziwego ubóstwa i tylko dzięki swej determinacji i zdolnościom intelektualnym skończył tak ciężkie studia jak stomatologia. Mimo że dostał się na wydział lekarski, wybrał stomatologię ze względów stricte pragmatycznych. Wiedział, że po zdobyciu dyplomu czas spijania śmietanki finansowej nastąpi szybciej, ponieważ ścieżka zawodowa lekarza jest dużo dłuższa i bardziej wyboista niż dentysty. Nie mylił się, bo już wkrótce po zdaniu końcowego egzaminu zaczął zarabiać godziwe pieniądze.
Ale zanim ojciec rozpoczął pracę stomatologa, rodzice musieli przejść prawdziwą gehennę. Od początku dziadkowie byli wrogo nastawieni do żony wnuka, obwiniając ją o niepożądaną ciążę. Ten związek nie spodobał się również ich córce, ciotce ojca, która przeniosła się do domku na Modrzewiowej, oddając wcześniej swoje mieszkanie dopiero co ożenionemu synowi.
Start małżeński moich rodziców nie był łatwy. Mama nie mogła liczyć na pomoc swojej matki, która wtedy mieszkała w Ożarowie Mazowieckim, a ojca nigdy nie poznała, bo była nieślubnym dzieckiem. Żeby utrzymać małą rodzinę, mama zaczęła pracować, będąc jeszcze w ciąży. Zdobywała pieniądze, szyjąc chałupniczo plecaki i plecaczki dla pewnej firmy odzieżowej. Siedziała przy maszynie również po urodzeniu Miłosza. Całymi godzinami szyła. W dzień - kiedy mały spał, i w nocy - kiedy inni spali. Niestety moi rodzice wkrótce musieli zmierzyć się z następną kłodą na drodze swojego życia - mną. Podobno nawet przez chwilę nie pomyśleli o usunięciu ciąży, chociaż drugie dziecko jeszcze bardziej skomplikowało ich sytuację finansowo-zawodową. Ojciec był przeszczęśliwy, kiedy mnie ujrzał, wrzeszczącą w ramionach położnej, mama również. Tylko dziadkowie ojca chyba nie wytrzymali moich krzyków, bo szybko zebrali się z tego świata. Najpierw umarła moja prababcia, a miesiąc później jej mąż. Ciotka cały czas obwiniała mnie o ich śmierć. Mama nie przejmowała się utyskiwaniem ciotki, dalej zmieniała pieluchy i szyła plecaczki. Ale wkrótce przestała je szyć, bo firmę, w której pracowała, wykończyła chińska konkurencja. Na szczęście ojciec miał już w kieszeni dyplom lekarza stomatologa i ukończony staż. Nastały przemiany gospodarcze i zaczęły pojawiać się jak grzyby po deszczu różne przychodnie stomatologiczne, bo nowi rzutcy polscy przedsiębiorcy zaczęli dbać o swoje uzębienie. Piękny uśmiech był wizytówką polskiego biznesmena. Świadczył o jego pozycji i statusie społecznym.
Pierwszą dobrze płatną pracę ojciec zdobył w przychodni Szulców. Flora Szulc szybko odkryła umiejętności nowego pracownika, dlatego starała się być hojnym pracodawcą, żeby nie uciekł do innej przychodni. Wraz z dyplomem ojca i moimi narodzinami sytuacja materialna rodziców nieoczekiwanie odmieniła się o sto osiemdziesiąt stopni. Pieniądze zarabiane u Szulców pozwoliły nam zacząć normalnie funkcjonować, a śmierć dziadków... zrobiła z nas prawdziwych bogaczy. Tak, bogaczy, bo dziadkowie oprócz starego domu mieli wokół niego jeszcze 50 arów ziemi. Taka parcela na Woli Justowskiej, w najdroższej dzielnicy Krakowa, stanowiła prawdziwy majątek. Dziadkowie nigdy nie chcieli sprzedać nawet kawałka ziemi, chociaż wciąż byli nagabywani przez biura nieruchomości. Woleli biedować, niż odsprzedać nawet kilka arów. Nie rozumieli tego ani moi rodzice, ani ciotka, ani jej dwaj synowie. Dopiero testament wszystko wyjaśnił. Dziadkowie wstrzymywali się ze sprzedażą działki, obawiając się reakcji niektórych członków rodziny, ponieważ wszystko zapisali mojemu ojcu i jego żonie. Mieszkająca z nimi ciotka, a ich córka, dostała jedynie dożywotnią służebność domu.
Ostatnia wola moich pradziadków oburzyła część familii Romańskich - konkretnie ciotki i jej dwóch synów. Sprawa o spadek ciągnęła się trzy lata. Kuzynowie powoływali się na niepoczytalność spadkodawców, mimo że testament został sporządzony przy notariuszu i psychiatrze, który potwierdził zdrowie psychiczne obu małżonków. Z obawy przed trudnościami ze strony niezadowolonych spadkobierców dziadkowie dołączyli do dokumentu list wyjaśniający powody swej decyzji. Uważali, że mój ojciec był wyjątkowo źle doświadczony przez los. Straciwszy w dzieciństwie rodziców, nie załamał się i nigdy nie sprawiał kłopotów wychowawczych. Wykazywał zapał do nauki i pracy, przez co spełnił marzenia dziadków, zdobywając dyplom lekarza stomatologa. Natomiast synowie córki mocno ich rozczarowali, wyrastając na darmozjadów i obiboków - dlatego musieli się zadowolić jedynie zachowkiem. Najbardziej ze wszystkich była zaskoczona mama, bo została współwłaścicielką posesji na równi z mężem. Przekonana, że dziadkowie nie darzyli jej sympatią, przeżyła prawdziwy szok, czytając ich ostatnią wolę i ciepłe słowa pod swoim adresem.
Sprawa spadkowa ciągnęła się trzy lata. Chociaż ciotka i jej synowie krzyczeli i złorzeczyli, podważali testament i odwoływali się do wyższych instancji, i tak niczego nie wskórali. Sąd uznał prawomocność dokumentu i moi rodzice zostali właścicielami domu oraz parceli.
Rodzice podzielili działkę i za pieniądze ze sprzedaży piętnastu arów oraz z nisko oprocentowanego kredytu wybudowali piękny dom. Po kilku latach pracy w przychodni Szulców ojciec dostał od jednego z nowobogackich biznesmenów propozycję założenia spółki. Jego wspólnik - z zawodu szewc, który zrobił majątek na produkcji obuwia - postanowił zainwestować w usługi medyczne i otworzyć klinikę stomatologiczną.
***
Moje rozmyślania o historii rodziny przerwała mama, zmuszając do powrotu do rzeczywistości.
- Córeczko, co tak zamilkłaś? - zapytała.
- Przypomnieli mi się dziadkowie ojca. - Od rozwodu nigdy nie nazwałam go "tatą". Spojrzałam na mamę. - A co dostałaś od Miłosza?
- Kwiaty. - Oczy rodzicielki uciekły w bok. - Miłosz się żalił, że nie chcesz z nim rozmawiać i nie odbierasz telefonów - mruknęła mama.
- Naprawdę? Biedactwo - sarknęłam. - Dokonał wyboru, gdy zaczął podlizywać się ojcu. Sprzedał swoją duszę za trzydzieści srebrników, bo ojciec zrobił go właścicielem mieszkania, w którym mieszka z Aldoną.
- Oj, córuś, jakaś ty dziecinna - westchnęła Mama. - Przecież to wasz ojciec.
- Przestał być ojcem, gdy nas porzucił.
- Po pierwsze, nie porzucił was, tylko mnie. - Odchrząknęła. - Nie zapominaj, że zostawił nam dom, dzięki temu każde z nas ma swój kąt.
- Ale zdradzając ciebie, nas też zdradził! Nie rozumiem, jak możesz go teraz tłumaczyć.
W tym momencie zadzwonił dzwonek. A po chwili w drzwiach ukazał się mężczyzna trzymający w rękach bukiet kwiatów - również róż.
- Lilu, poznaj mojego znajomego. To moja córka, Edku.
Skrzywiłam się w duchu. Nie spodobało mi się, że moja mama przedstawiła mnie jakiemuś fagasowi, a jeszcze bardziej mi się nie podobało, że ten fagas wyglądał na młodszego od niej. Mama prezentowała się młodo, nikt jej nie dawał pięćdziesięciu czterech lat. Wiedziałam, że czasami spotykała się z mężczyznami, ale nigdy nam nikogo z nich nie przedstawiła. Ten facio musiał być dla niej kimś ważnym.
- Edward Wcisło - powiedział mężczyzna, wyciągając rękę na powitanie.
Podałam mu swoją z pewnym ociąganiem. Wcisło - co to za nazwisko! Chce się wcisnąć do naszej rodziny?
- Czyżbyś, mamo, oprócz mnie i Miłosza miała jeszcze inne dzieci?
Facet spojrzał na mamę zmieszany.
- Lila w swoim żarcie nawiązuje do dzisiejszego dnia. Dziś Dzień Matki. - Usprawiedliwiała mnie mama, a potem zwróciła się w moją stronę: - Edward bardzo często kupuje mi kwiaty - dodała i ponownie zwróciła się do mężczyzny. - Edku, dlaczego nie zadzwoniłeś, że przyjdziesz wcześniej? - Wyczułam w jej głosie pewien zarzut.
- Przepraszam, Marzenko, ale dziś mam jeszcze ważne spotkanie, a chciałem pobyć trochę z tobą. - W sposobie wypowiadania tych słów było słychać skruchę. - Dzwoniłem, ale nie odbierałaś.
Mama spojrzała na wyświetlacz telefonu.
- Rzeczywiście, mam wyłączoną głośność - mruknęła.
A więc nie było to zaaranżowane oficjalne spotkanie fagasa z córką. Trochę mi ulżyło. Facet jak facet, w każdej chwili może zniknąć z horyzontu zainteresowań mamy.
- Edward jest moim dostawcą - powiedziała mama tonem wyjaśnienia.
- Czym pan handluje? Zdrowymi ziemniakami czy burakami?
- Edward prowadzi hurtownię z ekologiczną żywnością. Ekologiczne nasiona, orzechy i inne importowane zdrowe produkty, wyhodowane bez nawozów sztucznych.
- Hmm, to znaczy takie, które mają certyfikat, ale niekoniecznie nie zawierają w sobie pestycydów? - burknęłam zaczepnie. - Mamo, nie oszukujmy się, ta zdrowa żywność to ściema. Na jednym zagonie hoduje się rośliny bez nawozów, ale na pięciu innych już się je nawozi.
- To nieprawda. Rolnicy podlegają permanentnej kontroli. W razie przyłapania ich na oszustwie są nakładane wysokie kary i często odbiera się certyfikat.
- Domyślam się, jak wyglądają te kontrole - mruknęłam, wciąż najeżona.
Szukałam słownego konfliktu, bo facet mi się nie podobał. Sama nie wiem dlaczego. Był średniego wzrostu, szczupłej budowy, miał przyjemną twarz i krótko obcięte jasnobrązowe włosy bez zakoli. No i sprawiał wrażenie sympatycznego, co chwilę się uśmiechał i wodził za mamą zakochanymi oczami.
- Edku, czego się napijesz?
- Poproszę herbatę.
- Może skosztujesz pieczeni?
- Z wielką przyjemnością. Ty zawsze tak dobrze gotujesz. - Przesłał mamie lizusowskie spojrzenie.
A więc przychodzi tu, żeby się obeżreć. Dupowłaz cholerny! Nie miałam zamiaru patrzeć, jak ten palant objada mamę, głośno przy tym mlaskając, dlatego poderwałam się z krzesła.
- Mamuniu, muszę już lecieć.
- Co tak szybko?
- Mam do załatwienia parę spraw. Oprócz tego nie chcę ci przeszkadzać.
- Jak możesz tak mówić, Lilu. - Mama zmarszczyła brwi.
Wzruszyłam ramionami i chwyciłam torebkę.
- Przyjdę jutro - powiedziałam, całując mamę w policzek. - Pa, pa. - To było skierowane do mamy, bo z Edkiem się nie pożegnałam.
W domu, jak zwykle, czekał przy drzwiach Menelek. Wydając pomruki zadowolenia, otarł się kilkakrotnie o moje nogi i skierował w stronę strefy kuchennej. Stanął przy swojej miseczce i podniósł łepek. Utkwiwszy we mnie zielone oczy z mocno rozszerzonymi źrenicami, zamruczał wymownie.
- Już ci daję jeść, Menelku.
Wyjęłam z górnej szafki torebkę z kocią karmą, rozerwałam opakowanie i wycisnęłam zawartość do miski. Kot rzucił się na jedzenie, jakby nie jadł od tygodnia, z niecierpliwości przeszkadzając mi w wykładaniu karmy.
- Ależ z ciebie głodomorek. Przecież zostawiłam ci w miseczce jedzonko. Normalne koty jedzą dwa razy dziennie, a ty byś ciągle jadł i jadł. Jak pies. Jak spędziłeś dzień? Ile złapałeś much i pająków, mój ty kochany gatunku inwazyjny? - gadając do kota, otworzyłam drzwi balkonowe, żeby przewietrzyć mieszkanie.
W drzwiach wmontowana była klapka, żeby Menelek mógł sam wychodzić na balkon, który był ze względu na niego osiatkowany. Usiadłam na krześle ratanowym stojącym przy małym okrągłym stoliku i westchnęłam. Loggia była ładnie zagospodarowana, nie była jednak w stanie zastąpić ogrodu. Ale patrząc na to z innej strony - mam teraz własny balkon, a nie wspólny taras - pomyślałam na pocieszenie.
Myślami znowu wróciłam do naszego dawnego domu i ogrodu. I suczki Kory. Biedulka rozchorowała się z tęsknoty za swoim wiarołomnym panem i sprzedanym domem. Całymi dniami leżała w nowym przedpokoju mamy i nasłuchiwała kroków pana. Ani ja, ani mama, ani Miłosz nie mogliśmy zrekompensować psu braku Karola Romańskiego. Biedactwo, umarła z tęsknoty.
Westchnęłam na wspomnienie dawnego życia. Znowu pojawiły się znane uczucia: złość, rozczarowanie i rozgoryczenie. Nienawidziłam ojca za to, co zrobił naszej rodzinie. Straciliśmy dom, psa i poczucie bezpieczeństwa. Wprawdzie nie byłam już dzieckiem, tylko dorosłą kobietą, ale rozwód rodziców zawsze jest traumą. Ojciec zdradził nie tylko mamę, lecz także całą naszą rodzinę. Łajdak! Nie chcę go widzieć do końca życia. Niech się zapieprzy na śmierć z tą swoją Aldonką! Cholerna zdzira. Od pierwszego naszego spotkania na grillu u Szulców poczułam do niej niechęć. Zignorowałam swoje "trzecie oko", które mnie przed nią ostrzegało, i pozwoliłam ojcu ją zatrudnić.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
.
Powieści obyczajowe, kryminały, thrillery
Wciągające i niebanalne
Zaczytaj się!
www.prozami.pl
Księgarnia wysyłkowa
www.literaturainspiruje.pl