Trzecie oko Wiedźmy - Danka Braun

Kup ebooka

32.90 zł
25.04 zł (24,74 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

PRO­LOG

- Co się sta­ło? Do kogo przy­je­cha­ła ta ka­ret­ka?

- Do tej blon­dy­ny z dru­gie­go pi­ętra.

- Czy to co­vid?

- Eee, chy­ba nie. Te­raz ko­ro­na­wi­rus tro­chę się uspo­ko­ił. Je­śli w ogó­le ist­niał. Ja tam nie wie­rzę w całą tę pan­de­mię.

- Niech pani nie gada głu­pot, sąsiad­ko. Prze­cież z na­szej klat­ki uma­rł czło­wiek, a jego żona le­ża­ła mie­si­ąc w szpi­ta­lu. Ostat­nio, gdy przy­je­cha­li tu me­dy­cy, to wła­śnie z po­wo­du co­vi­da. No i ten ra­dio­wóz po­li­cyj­ny. Oni też tak przy­je­żdża­li spraw­dzić, czy się prze­strze­ga kwa­ran­tan­ny.

- Przy­je­żdża­li sami, a nie ra­zem z po­go­to­wiem. - Do roz­mo­wy dwóch ko­biet wtrącił się star­szy mężczy­zna. - Tam mu­sia­ło się coś stać. I to coś po­wa­żne­go. Wy­pa­dek albo na­pad, albo... - Za­wie­sił głos. - Jesz­cze wczo­raj ją wi­dzia­łem. Taka ład­na.

- A ja wczo­raj wi­dzia­łam tego jej fa­ce­ta. Na­wet się nie ukło­nił, uda­wał, że mnie nie wi­dzi. Pędził, jak­by mu się bar­dzo spie­szy­ło. Tacy są te­raz ci mło­dzi.

- On wca­le nie był taki mło­dy.

- Dla nas, sta­rych, to mło­dy.

- Mówi pani, że go wi­dzia­ła? Ja go już tu nie spo­ty­ka­łam od daw­na. Może się po­go­dzi­li.

- A co, po­kłó­ci­li się?

- Chy­ba tak, bo go nie wi­dzia­łam.

- A pani Ma­ry­sia to tak jak Pan Bóg, wi­dzi wszyst­ko i wie o wszyst­kim - wtrącił zno­wu mężczy­zna.

- Jak się miesz­ka w tej sa­mej klat­ce, to trud­no nie wie­dzieć, co się dzie­je u sąsia­dów.

- Ja też tu miesz­kam i nie wiem.

- Bo pan jest mało roz­gar­ni­ęty, pa­nie Stasz­ku.

- Ci­cho, ktoś wy­cho­dzi z klat­ki. Nio­są no­sze.

- O Boże! Na no­szach leży ktoś w czar­nym wor­ku! Je­śli jest w wor­ku, to musi już nie żyć.

- Jezu, taka mło­da ko­bie­ta.

- I taka ład­na - wes­tchnął gło­śno mężczy­zna. - Jaka szko­da.

- Po­dob­no zo­sta­ła za­mor­do­wa­na. - Do grup­ki ga­piów do­łączył jesz­cze je­den sąsiad.

- Skąd pan wie? Prze­cież ni­ko­go nie wpusz­cza­ją do jej miesz­ka­nia.

- Bar­dzo dużo tam po­li­cjan­tów. Przy­szli w kom­bi­ne­zo­nach.

- Może uma­rła na ko­ro­na­wi­ru­sa?

- Ależ skąd! To tech­ni­cy kry­mi­nal­ni, będą po­bie­rać od­ci­ski i śla­dy bio­lo­gicz­ne.

- Pan się na tym zna?

- Pew­nie. Oglądam w te­le­wi­zji dużo kry­mi­na­łów.

Roz­dział 2 Li­lia­na

Po za­mkni­ęciu skle­pu wsia­dłam w yari­skę i ru­szy­łam w stro­nę uli­cy Że­le­chow­skie­go, gdzie miesz­ka­ła moja mama. Do jej miesz­ka­nia mia­łam rzut be­re­tem i pra­wie co­dzien­nie u niej by­wa­łam, bo dzi­ęki tym wi­zy­tom nie mu­sia­łam go­to­wać. Jej obiad­ki były wspa­nia­łe. Mama przy­naj­mniej w taki spo­sób chcia­ła utrzy­mać ro­dzin­ną bli­sko­ść. Kie­dyś na tych moc­no spó­źnio­nych obia­dach by­wał rów­nież Mi­łosz, ale od cza­su, gdy po­go­dził się z oj­cem, to­wa­rzy­stwo bra­ta prze­sta­ło być mi miłe. Da­łam ma­mie ul­ti­ma­tum - albo ja, albo on. Żeby ra­to­wać sy­tu­ację i zja­dać obiad z dwoj­giem dzie­ci, mama pod­jęła iście sa­lo­mo­no­wą de­cy­zję: o go­dzi­nie szes­na­stej ja­dła zupę z sy­nem, a o osiem­na­stej pi­ęt­na­ście kon­su­mo­wa­ła z cór­ką dru­gie da­nie.

Po roz­wo­dzie ro­dzi­ców oj­ciec wspa­nia­ło­my­śl­nie zo­sta­wił ma­mie dom, a sam ku­pił dla sie­bie i Al­do­ny miesz­ka­nie w blo­kach przy uli­cy Jerz­ma­now­skie­go w Pro­ko­ci­miu. Mama nie chcia­ła miesz­kać w na­szym do­tych­cza­so­wym domu, bo wszyst­ko ko­ja­rzy­ło­by się jej z oj­cem. Wie­dzie­li­śmy o tym, dla­te­go wspól­nie z bra­tem po­ra­dzi­li­śmy jej sprze­dać dom i za­ku­pić dla na­szej trój­ki trzy od­ręb­ne miesz­ka­nia. Mama za­miesz­ka­ła przy Że­le­chow­skie­go, Mi­łosz przy uli­cy Kur­cza­ba, a mnie spodo­ba­ło się ład­ne mie­szan­ko w No­wym Bie­ża­no­wie. Wszyst­kie miesz­ka­nia były po­dob­nej wiel­ko­ści, oko­ło sze­śćdzie­si­ęciu me­trów kwa­dra­to­wych wraz z log­gią, i mia­ły tę za­le­tę, że cho­ciaż sta­re, były no­wo­cze­śnie wy­re­mon­to­wa­ne. Mi­łosz na­wet nie mu­siał ku­po­wać me­bli, bo po­przed­ni wła­ści­cie­le wy­je­żdża­li na sta­łe do An­glii i wszyst­ko mu zo­sta­wi­li, łącz­nie z ta­le­rza­mi i garn­ka­mi. Jego miesz­ka­nie mia­ło tyl­ko jed­ną wadę - le­ża­ło w sąsiedz­twie uli­cy Jerz­ma­now­skie­go, gdzie miesz­ka­li oj­ciec z Al­do­ną. Moje lo­kum znaj­do­wa­ło się tro­chę da­lej, ale wci­ąż zbyt bli­sko od wro­gów. Ku­pu­jąc miesz­ka­nie, nie wie­dzia­łam o tym, bo praw­do­po­dob­nie bym zre­zy­gno­wa­ła po­mi­mo pi­ęk­nie podświe­tlo­nej ła­zien­ki i ele­ganc­kiej otwar­tej stre­fy dzien­nej. Na szczęście kil­ka mie­si­ęcy pó­źniej oj­ciec i jego ko­chan­ka wy­je­cha­li do Lon­dy­nu, by na­pra­wiać zęby An­gli­kom. Oj­ciec był z za­wo­du sto­ma­to­lo­giem, a jego uko­cha­na pro­te­ty­kiem sto­ma­to­lo­gicz­nym. Kur­wa mać, do­bra­li się ide­al­nie!

- Na­resz­cie je­steś - za­uwa­ży­ła mama, gdy we­szłam do jej miesz­ka­nia, otwie­ra­jąc drzwi wła­snym klu­czem.

Sko­ńczy­ła pi­sać SMS-a. Spoj­rza­ła na mnie, od­kła­da­jąc te­le­fon.

- Co tak pó­źno za­mknęłaś dziś sklep? - za­uwa­ży­ła.

- Mu­sia­łam zro­bić pacz­ki dla ku­rie­ra.

- Jak po­szły roz­mo­wy z po­ten­cjal­ny­mi eks­pe­dient­ka­mi? Zna­la­złaś od­po­wied­nią oso­bę?

- Prze­ło­ży­łam roz­mo­wy na ju­tro, bo dziś spędzi­łam dwie go­dzi­ny w ko­mi­sa­ria­cie.

Mama zmarsz­czy­ła brwi.

- Dla­cze­go? Co się sta­ło?

- Ła­pa­łam zło­dzie­ja. - Wzru­szy­łam ra­mio­na­mi.

- Co ta­kie­go?

- Za­raz ci opo­wiem, ale wcze­śniej mu­szę wrzu­cić coś do żo­łąd­ka, bo soki żo­łąd­ko­we zja­da­ją mi go z gło­du.

- Nie pleć an­dro­nów, tyl­ko mów, o co cho­dzi. Co ro­bi­łaś w ko­mi­sa­ria­cie? - spy­ta­ła, kie­ru­jąc się do części ku­chen­nej.

Tu­taj też, tak jak u mnie i bra­ta, po­kój dzien­ny był po­łączo­ny z anek­sem ku­chen­nym. Wszyst­kie znaj­du­jące się tu me­ble mama ku­pi­ła sama, cho­ciaż były ga­tun­ko­wo gor­sze od tych, któ­re mie­li­śmy w domu i któ­re sprze­da­ła za bez­cen. Nie chcia­ła wzi­ąć ni­cze­go z daw­ne­go na­sze­go domu - jak i ja. Po­sta­no­wi­ła za­cząć nowe ży­cie do­słow­nie od nowa. Ja oka­za­łam wi­ęcej prag­ma­ty­zmu i to, co było ład­ne i mi po­trzeb­ne, prze­trans­por­to­wa­łam na Bie­ża­nów. Ow­szem, nie­na­wi­dzi­łam ojca, ale nie by­łam fra­jer­ką. Po­tra­fi­łam ra­cjo­nal­nie wy­tłu­ma­czyć so­bie, że wy­po­sa­że­nie kuch­ni, za­sta­wa sto­ło­wa i po­ściel były ku­pio­ne przez mamę, a nie jej męża.

Spoj­rza­łam na moją pi­ęk­ną mamę. Cho­ciaż była ubra­na w wy­god­ne do­mo­we ciu­chy, jak zwy­kle pre­zen­to­wa­ła się ele­ganc­ko. Pro­mie­nio­wa­ła mat­czy­nym cie­płem i zmy­sło­wą ko­bie­co­ścią. Wiem, że ta­kie okre­śle­nie z ust cór­ki wy­da­je się tro­chę dziw­ne, ale po­tra­fię prze­obra­zić się z ko­bie­ty-cór­ki w obiek­tyw­ne­go ob­ser­wa­to­ra. Mama mia­ła w so­bie mnó­stwo wdzi­ęku i gra­cji.

W tym mo­men­cie w po­ko­ju po­ja­wi­ła się kot­ka, sio­strzycz­ka mo­je­go Me­nel­ka. Za­mru­cza­ła na po­wi­ta­nie i ota­rła się o moje nogi. Też była czar­na jak jej bra­ci­szek, ale mia­ła bia­łą kra­wat­kę, bia­łe bu­ci­ki i nie­sa­mo­wi­te srebr­ne wąsy.

Krot­ka, tak na­zwał ją Mi­łosz, wy­pręży­ła się, prze­ci­ągnęła i z gra­cją usia­dła na podło­dze obok swo­jej mi­secz­ki, wy­da­jąc z sie­bie do­pra­sza­jące się o je­dzon­ko miau­cze­nie. Mama uśmiech­nęła się do niej i wy­ło­ży­ła na jej mi­skę koci pasz­tet. Po­tem umy­ła ręce i za­częła na­kła­dać na ta­le­rze po­traw­kę z in­dy­ka, wa­rzyw i brązo­we­go ryżu.

Boże, jak ja ko­cha­łam moją mamę! Ja­kim głup­cem oka­zał się mój oj­ciec.

Moje spoj­rze­nie pa­dło na ogrom­ny bu­kiet róż sto­jących na ko­mo­dzie. Na pew­no ku­pił je Mi­łosz. Przy­po­mnia­łam so­bie o pre­zen­cie. Nie lu­bi­łam ku­po­wać ani do­sta­wać ci­ętych kwia­tów, uwa­ża­jąc, że w ten spo­sób skra­ca się im ży­cie. Uzna­wa­łam tyl­ko te w do­nicz­kach. Dla­te­go nie wręczy­łam ma­mie kwia­tów, lecz wy­jęłam z to­reb­ki mały pa­ku­ne­czek - mały, ale nie­ta­ni, bo kosz­to­wał dużo wi­ęcej niż ten bu­kiet. No i mój pre­zent miał jesz­cze je­den plus, mógł zo­stać przy ma­mie o wie­le dłu­żej. Ku­pi­łam jej ulu­bio­ne per­fu­my od Do­lce Gab­ba­na o cu­dow­nej nu­cie, któ­rych za­pach za­wsze mi się z nią ko­ja­rzył.

- O, dzi­ęku­ję, có­recz­ko! Nie trze­ba było, są bar­dzo dro­gie, a prze­cież to­bie się nie prze­le­wa - po­wie­dzia­ła.

- Ow­szem, nie prze­le­wa mi się, ale stać mnie na pre­zent dla wła­snej mat­ki - burk­nęłam.

Mama wes­tchnęła. Wie­dzia­łam, o czym my­śli. O moim skle­pie i nie­wy­ko­rzy­sta­nym po­ten­cja­le in­te­lek­tu­al­nym. We­dług niej jej cór­ka, jed­na z naj­zdol­niej­szych na roku ab­sol­wen­tek pra­wa, po­win­na zro­bić apli­ka­cję sędziow­ską lub pro­ku­ra­tor­ską, a nie han­dlo­wać bu­ta­mi. To samo my­śle­li wszy­scy w ro­dzi­nie. Ale wie­dzia­łam, że moja de­cy­zja naj­bar­dziej do­tknęła ojca, bo za­wsze bar­dzo mu za­le­ża­ło, że­bym zo­sta­ła sędzią lub pro­ku­ra­to­rem. I wła­śnie dla­te­go zre­zy­gno­wa­łam z apli­ka­cji. Za­wsze w ro­dzi­nie ucho­dzi­łam za to zdol­niej­sze i am­bit­niej­sze dziec­ko. Ni­g­dy nie do­sta­wa­łam dwó­jek ani tró­jek, a o je­dyn­ce nie było na­wet mowy.

To mój brat spra­wiał kło­po­ty. Nie chcia­ło mu się uczyć, sła­bo zdał ma­tu­rę i co chwi­la za­czy­nał inne stu­dia. W ko­ńcu pod pre­sją ro­dzi­ców zro­bił li­cen­cjat z geo­de­zji na AGH, ale z ma­gi­ster­ki zre­zy­gno­wał. Ni­g­dy na­wet nie pró­bo­wał zna­le­źć pra­cy w za­wo­dzie, tyl­ko wci­ąż otwie­rał nowe biz­ne­sy, któ­re za­wsze ko­ńczy­ły się kla­pą. Naj­pierw po­sze­dł w śla­dy mamy i otwo­rzył sklep ze zdro­wą żyw­no­ścią, ale nic z tego nie wy­szło, bo umiej­sco­wie­nie punk­tu nie było naj­lep­sze. Po­tem spró­bo­wał kon­ty­nu­ować dzia­łal­no­ść w han­dlu ob­wo­źnym. Po plaj­cie po­dej­mo­wał się jesz­cze kil­ku in­nych dzia­łal­no­ści, aż w ko­ńcu po­sze­dł po ro­zum do gło­wy i za­pi­sał się do Cod-Co­ola na kurs pro­gra­mo­wa­nia. Uko­ńczył go i... wresz­cie miał z cze­go opła­cać ra­chun­ki. Wiem, że mama w du­chu wci­ąż li­czy­ła, że ja rów­nież kie­dyś się opa­mi­ętam, zro­bię apli­ka­cję i wró­cę do za­wo­du - do­kład­niej mó­wi­ąc, za­cznę pra­co­wać w swo­im za­wo­dzie, bo ni­g­dy w nim nie pra­co­wa­łam.

Moje i bra­ta za­in­te­re­so­wa­nia biz­ne­so­we za­częły się od mo­men­tu, gdy mama otwo­rzy­ła sklep ze zdro­wą żyw­no­ścią Eko-Do­mek. Na­sza ro­dzi­ciel­ka nie sko­ńczy­ła stu­diów na kie­run­ku far­ma­cji, bo na dru­gim roku za­szła w ci­ążę. Ro­dzi­ce nie mie­li wa­run­ków, by móc obo­je da­lej stu­dio­wać, dla­te­go mama wzi­ęła urlop dzie­ka­ński, żeby wy­cho­wy­wać syn­ka. A po­tem już ni­g­dy nie wró­ci­ła na stu­dia.

Mło­dzi ma­łżon­ko­wie miesz­ka­li w jed­nym po­ko­ju w sta­rym domu dziad­ków mo­je­go ojca przy uli­cy Mo­drze­wio­wej. Oj­ciec zo­stał sie­ro­tą w wie­ku dzie­si­ęciu lat. Jego ro­dzi­ce zgi­nęli w wy­pad­ku sa­mo­cho­do­wym, a opie­kę nad wnu­kiem ob­jęli dziad­ko­wie - eme­ry­ci, dla­te­go w ich ro­dzi­nie się nie prze­le­wa­ło. Oj­ciec często nam opo­wia­dał, jak mu­siał cho­dzić w sta­rych ubra­niach po swo­ich ku­zy­nach i cie­szyć się otrzy­ma­ny­mi od pro­bosz­cza pacz­ka­mi z da­rów. W dzie­ci­ństwie do­świad­czył praw­dzi­we­go ubó­stwa i tyl­ko dzi­ęki swej de­ter­mi­na­cji i zdol­no­ściom in­te­lek­tu­al­nym sko­ńczył tak ci­ężkie stu­dia jak sto­ma­to­lo­gia. Mimo że do­stał się na wy­dział le­kar­ski, wy­brał sto­ma­to­lo­gię ze względów stric­te prag­ma­tycz­nych. Wie­dział, że po zdo­by­ciu dy­plo­mu czas spi­ja­nia śmie­tan­ki fi­nan­so­wej na­stąpi szyb­ciej, po­nie­waż ście­żka za­wo­do­wa le­ka­rza jest dużo dłu­ższa i bar­dziej wy­bo­ista niż den­ty­sty. Nie my­lił się, bo już wkrót­ce po zda­niu ko­ńco­we­go eg­za­mi­nu za­czął za­ra­biać go­dzi­we pie­ni­ądze.

Ale za­nim oj­ciec roz­po­czął pra­cę sto­ma­to­lo­ga, ro­dzi­ce mu­sie­li prze­jść praw­dzi­wą ge­hen­nę. Od po­cząt­ku dziad­ko­wie byli wro­go na­sta­wie­ni do żony wnu­ka, ob­wi­nia­jąc ją o nie­po­żąda­ną ci­ążę. Ten zwi­ązek nie spodo­bał się rów­nież ich cór­ce, ciot­ce ojca, któ­ra prze­nio­sła się do dom­ku na Mo­drze­wio­wej, od­da­jąc wcze­śniej swo­je miesz­ka­nie do­pie­ro co oże­nio­ne­mu sy­no­wi.

Start ma­łże­ński mo­ich ro­dzi­ców nie był ła­twy. Mama nie mo­gła li­czyć na po­moc swo­jej mat­ki, któ­ra wte­dy miesz­ka­ła w Oża­ro­wie Ma­zo­wiec­kim, a ojca ni­g­dy nie po­zna­ła, bo była nie­ślub­nym dziec­kiem. Żeby utrzy­mać małą ro­dzi­nę, mama za­częła pra­co­wać, będąc jesz­cze w ci­ąży. Zdo­by­wa­ła pie­ni­ądze, szy­jąc cha­łup­ni­czo ple­ca­ki i ple­cacz­ki dla pew­nej fir­my odzie­żo­wej. Sie­dzia­ła przy ma­szy­nie rów­nież po uro­dze­niu Mi­ło­sza. Ca­ły­mi go­dzi­na­mi szy­ła. W dzień - kie­dy mały spał, i w nocy - kie­dy inni spa­li. Nie­ste­ty moi ro­dzi­ce wkrót­ce mu­sie­li zmie­rzyć się z na­stęp­ną kło­dą na dro­dze swo­je­go ży­cia - mną. Po­dob­no na­wet przez chwi­lę nie po­my­śle­li o usu­ni­ęciu ci­ąży, cho­ciaż dru­gie dziec­ko jesz­cze bar­dziej skom­pli­ko­wa­ło ich sy­tu­ację fi­nan­so­wo-za­wo­do­wą. Oj­ciec był prze­szczęśli­wy, kie­dy mnie uj­rzał, wrzesz­czącą w ra­mio­nach po­ło­żnej, mama rów­nież. Tyl­ko dziad­ko­wie ojca chy­ba nie wy­trzy­ma­li mo­ich krzy­ków, bo szyb­ko ze­bra­li się z tego świa­ta. Naj­pierw uma­rła moja pra­bab­cia, a mie­si­ąc pó­źniej jej mąż. Ciot­ka cały czas ob­wi­nia­ła mnie o ich śmie­rć. Mama nie przej­mo­wa­ła się uty­ski­wa­niem ciot­ki, da­lej zmie­nia­ła pie­lu­chy i szy­ła ple­cacz­ki. Ale wkrót­ce prze­sta­ła je szyć, bo fir­mę, w któ­rej pra­co­wa­ła, wy­ko­ńczy­ła chi­ńska kon­ku­ren­cja. Na szczęście oj­ciec miał już w kie­sze­ni dy­plom le­ka­rza sto­ma­to­lo­ga i uko­ńczo­ny staż. Na­sta­ły prze­mia­ny go­spo­dar­cze i za­częły po­ja­wiać się jak grzy­by po desz­czu ró­żne przy­chod­nie sto­ma­to­lo­gicz­ne, bo nowi rzut­cy pol­scy przed­si­ębior­cy za­częli dbać o swo­je uzębie­nie. Pi­ęk­ny uśmiech był wi­zy­tów­ką pol­skie­go biz­nes­me­na. Świad­czył o jego po­zy­cji i sta­tu­sie spo­łecz­nym.

Pierw­szą do­brze płat­ną pra­cę oj­ciec zdo­był w przy­chod­ni Szul­ców. Flo­ra Szulc szyb­ko od­kry­ła umie­jęt­no­ści no­we­go pra­cow­ni­ka, dla­te­go sta­ra­ła się być hoj­nym pra­co­daw­cą, żeby nie ucie­kł do in­nej przy­chod­ni. Wraz z dy­plo­mem ojca i mo­imi na­ro­dzi­na­mi sy­tu­acja ma­te­rial­na ro­dzi­ców nie­ocze­ki­wa­nie od­mie­ni­ła się o sto osiem­dzie­si­ąt stop­ni. Pie­ni­ądze za­ra­bia­ne u Szul­ców po­zwo­li­ły nam za­cząć nor­mal­nie funk­cjo­no­wać, a śmie­rć dziad­ków... zro­bi­ła z nas praw­dzi­wych bo­ga­czy. Tak, bo­ga­czy, bo dziad­ko­wie oprócz sta­re­go domu mie­li wo­kół nie­go jesz­cze 50 arów zie­mi. Taka par­ce­la na Woli Ju­stow­skiej, w naj­dro­ższej dziel­ni­cy Kra­ko­wa, sta­no­wi­ła praw­dzi­wy ma­jątek. Dziad­ko­wie ni­g­dy nie chcie­li sprze­dać na­wet ka­wa­łka zie­mi, cho­ciaż wci­ąż byli na­ga­by­wa­ni przez biu­ra nie­ru­cho­mo­ści. Wo­le­li bie­do­wać, niż od­sprze­dać na­wet kil­ka arów. Nie ro­zu­mie­li tego ani moi ro­dzi­ce, ani ciot­ka, ani jej dwaj sy­no­wie. Do­pie­ro te­sta­ment wszyst­ko wy­ja­śnił. Dziad­ko­wie wstrzy­my­wa­li się ze sprze­da­żą dzia­łki, oba­wia­jąc się re­ak­cji nie­któ­rych człon­ków ro­dzi­ny, po­nie­waż wszyst­ko za­pi­sa­li mo­je­mu ojcu i jego żo­nie. Miesz­ka­jąca z nimi ciot­ka, a ich cór­ka, do­sta­ła je­dy­nie do­ży­wot­nią słu­żeb­no­ść domu.

Ostat­nia wola mo­ich pra­dziad­ków obu­rzy­ła część fa­mi­lii Ro­ma­ńskich - kon­kret­nie ciot­ki i jej dwóch sy­nów. Spra­wa o spa­dek ci­ągnęła się trzy lata. Ku­zy­no­wie po­wo­ły­wa­li się na nie­po­czy­tal­no­ść spad­ko­daw­ców, mimo że te­sta­ment zo­stał spo­rządzo­ny przy no­ta­riu­szu i psy­chia­trze, któ­ry po­twier­dził zdro­wie psy­chicz­ne obu ma­łżon­ków. Z oba­wy przed trud­no­ścia­mi ze stro­ny nie­za­do­wo­lo­nych spad­ko­bier­ców dziad­ko­wie do­łączy­li do do­ku­men­tu list wy­ja­śnia­jący po­wo­dy swej de­cy­zji. Uwa­ża­li, że mój oj­ciec był wy­jąt­ko­wo źle do­świad­czo­ny przez los. Stra­ciw­szy w dzie­ci­ństwie ro­dzi­ców, nie za­ła­mał się i ni­g­dy nie spra­wiał kło­po­tów wy­cho­waw­czych. Wy­ka­zy­wał za­pał do na­uki i pra­cy, przez co spe­łnił ma­rze­nia dziad­ków, zdo­by­wa­jąc dy­plom le­ka­rza sto­ma­to­lo­ga. Na­to­miast sy­no­wie cór­ki moc­no ich roz­cza­ro­wa­li, wy­ra­sta­jąc na dar­mo­zja­dów i obi­bo­ków - dla­te­go mu­sie­li się za­do­wo­lić je­dy­nie za­chow­kiem. Naj­bar­dziej ze wszyst­kich była za­sko­czo­na mama, bo zo­sta­ła wspó­łwła­ści­ciel­ką po­se­sji na rów­ni z mężem. Prze­ko­na­na, że dziad­ko­wie nie da­rzy­li jej sym­pa­tią, prze­ży­ła praw­dzi­wy szok, czy­ta­jąc ich ostat­nią wolę i cie­płe sło­wa pod swo­im ad­re­sem.

Spra­wa spad­ko­wa ci­ągnęła się trzy lata. Cho­ciaż ciot­ka i jej sy­no­wie krzy­cze­li i zło­rze­czy­li, pod­wa­ża­li te­sta­ment i od­wo­ły­wa­li się do wy­ższych in­stan­cji, i tak ni­cze­go nie wskó­ra­li. Sąd uznał pra­wo­moc­no­ść do­ku­men­tu i moi ro­dzi­ce zo­sta­li wła­ści­cie­la­mi domu oraz par­ce­li.

Ro­dzi­ce po­dzie­li­li dzia­łkę i za pie­ni­ądze ze sprze­da­ży pi­ęt­na­stu arów oraz z ni­sko opro­cen­to­wa­ne­go kre­dy­tu wy­bu­do­wa­li pi­ęk­ny dom. Po kil­ku la­tach pra­cy w przy­chod­ni Szul­ców oj­ciec do­stał od jed­ne­go z no­wo­bo­gac­kich biz­nes­me­nów pro­po­zy­cję za­ło­że­nia spó­łki. Jego wspól­nik - z za­wo­du szewc, któ­ry zro­bił ma­jątek na pro­duk­cji obu­wia - po­sta­no­wił za­in­we­sto­wać w usłu­gi me­dycz­ne i otwo­rzyć kli­ni­kę sto­ma­to­lo­gicz­ną.

***

Moje roz­my­śla­nia o hi­sto­rii ro­dzi­ny prze­rwa­ła mama, zmu­sza­jąc do po­wro­tu do rze­czy­wi­sto­ści.

- Có­recz­ko, co tak za­mil­kłaś? - za­py­ta­ła.

- Przy­po­mnie­li mi się dziad­ko­wie ojca. - Od roz­wo­du ni­g­dy nie na­zwa­łam go "tatą". Spoj­rza­łam na mamę. - A co do­sta­łaś od Mi­ło­sza?

- Kwia­ty. - Oczy ro­dzi­ciel­ki ucie­kły w bok. - Mi­łosz się ża­lił, że nie chcesz z nim roz­ma­wiać i nie od­bie­rasz te­le­fo­nów - mruk­nęła mama.

- Na­praw­dę? Bie­dac­two - sark­nęłam. - Do­ko­nał wy­bo­ru, gdy za­czął pod­li­zy­wać się ojcu. Sprze­dał swo­ją du­szę za trzy­dzie­ści srebr­ni­ków, bo oj­ciec zro­bił go wła­ści­cie­lem miesz­ka­nia, w któ­rym miesz­ka z Al­do­ną.

- Oj, có­ruś, ja­kaś ty dzie­cin­na - wes­tchnęła Mama. - Prze­cież to wasz oj­ciec.

- Prze­stał być oj­cem, gdy nas po­rzu­cił.

- Po pierw­sze, nie po­rzu­cił was, tyl­ko mnie. - Od­chrząk­nęła. - Nie za­po­mi­naj, że zo­sta­wił nam dom, dzi­ęki temu ka­żde z nas ma swój kąt.

- Ale zdra­dza­jąc cie­bie, nas też zdra­dził! Nie ro­zu­miem, jak mo­żesz go te­raz tłu­ma­czyć.

W tym mo­men­cie za­dzwo­nił dzwo­nek. A po chwi­li w drzwiach uka­zał się mężczy­zna trzy­ma­jący w rękach bu­kiet kwia­tów - rów­nież róż.

- Lilu, po­znaj mo­je­go zna­jo­me­go. To moja cór­ka, Edku.

Skrzy­wi­łam się w du­chu. Nie spodo­ba­ło mi się, że moja mama przed­sta­wi­ła mnie ja­kie­muś fa­ga­so­wi, a jesz­cze bar­dziej mi się nie po­do­ba­ło, że ten fa­gas wy­glądał na młod­sze­go od niej. Mama pre­zen­to­wa­ła się mło­do, nikt jej nie da­wał pi­ęćdzie­si­ęciu czte­rech lat. Wie­dzia­łam, że cza­sa­mi spo­ty­ka­ła się z mężczy­zna­mi, ale ni­g­dy nam ni­ko­go z nich nie przed­sta­wi­ła. Ten fa­cio mu­siał być dla niej kimś wa­żnym.

- Edward Wci­sło - po­wie­dział mężczy­zna, wy­ci­ąga­jąc rękę na po­wi­ta­nie.

Po­da­łam mu swo­ją z pew­nym oci­ąga­niem. Wci­sło - co to za na­zwi­sko! Chce się wci­snąć do na­szej ro­dzi­ny?

- Czy­żbyś, mamo, oprócz mnie i Mi­ło­sza mia­ła jesz­cze inne dzie­ci?

Fa­cet spoj­rzał na mamę zmie­sza­ny.

- Lila w swo­im żar­cie na­wi­ązu­je do dzi­siej­sze­go dnia. Dziś Dzień Mat­ki. - Uspra­wie­dli­wia­ła mnie mama, a po­tem zwró­ci­ła się w moją stro­nę: - Edward bar­dzo często ku­pu­je mi kwia­ty - do­da­ła i po­now­nie zwró­ci­ła się do mężczy­zny. - Edku, dla­cze­go nie za­dzwo­ni­łeś, że przyj­dziesz wcze­śniej? - Wy­czu­łam w jej gło­sie pe­wien za­rzut.

- Prze­pra­szam, Ma­rzen­ko, ale dziś mam jesz­cze wa­żne spo­tka­nie, a chcia­łem po­być tro­chę z tobą. - W spo­so­bie wy­po­wia­da­nia tych słów było sły­chać skru­chę. - Dzwo­ni­łem, ale nie od­bie­ra­łaś.

Mama spoj­rza­ła na wy­świe­tlacz te­le­fo­nu.

- Rze­czy­wi­ście, mam wy­łączo­ną gło­śno­ść - mruk­nęła.

A więc nie było to za­ara­nżo­wa­ne ofi­cjal­ne spo­tka­nie fa­ga­sa z cór­ką. Tro­chę mi ulży­ło. Fa­cet jak fa­cet, w ka­żdej chwi­li może znik­nąć z ho­ry­zon­tu za­in­te­re­so­wań mamy.

- Edward jest moim do­staw­cą - po­wie­dzia­ła mama to­nem wy­ja­śnie­nia.

- Czym pan han­dlu­je? Zdro­wy­mi ziem­nia­ka­mi czy bu­ra­ka­mi?

- Edward pro­wa­dzi hur­tow­nię z eko­lo­gicz­ną żyw­no­ścią. Eko­lo­gicz­ne na­sio­na, orze­chy i inne im­por­to­wa­ne zdro­we pro­duk­ty, wy­ho­do­wa­ne bez na­wo­zów sztucz­nych.

- Hmm, to zna­czy ta­kie, któ­re mają cer­ty­fi­kat, ale nie­ko­niecz­nie nie za­wie­ra­ją w so­bie pe­sty­cy­dów? - burk­nęłam za­czep­nie. - Mamo, nie oszu­kuj­my się, ta zdro­wa żyw­no­ść to ście­ma. Na jed­nym za­go­nie ho­du­je się ro­śli­ny bez na­wo­zów, ale na pi­ęciu in­nych już się je na­wo­zi.

- To nie­praw­da. Rol­ni­cy pod­le­ga­ją per­ma­nent­nej kon­tro­li. W ra­zie przy­ła­pa­nia ich na oszu­stwie są na­kła­da­ne wy­so­kie kary i często od­bie­ra się cer­ty­fi­kat.

- Do­my­ślam się, jak wy­gląda­ją te kon­tro­le - mruk­nęłam, wci­ąż na­je­żo­na.

Szu­ka­łam słow­ne­go kon­flik­tu, bo fa­cet mi się nie po­do­bał. Sama nie wiem dla­cze­go. Był śred­nie­go wzro­stu, szczu­płej bu­do­wy, miał przy­jem­ną twarz i krót­ko ob­ci­ęte ja­sno­brązo­we wło­sy bez za­ko­li. No i spra­wiał wra­że­nie sym­pa­tycz­ne­go, co chwi­lę się uśmie­chał i wo­dził za mamą za­ko­cha­ny­mi ocza­mi.

- Edku, cze­go się na­pi­jesz?

- Po­pro­szę her­ba­tę.

- Może skosz­tu­jesz pie­cze­ni?

- Z wiel­ką przy­jem­no­ścią. Ty za­wsze tak do­brze go­tu­jesz. - Prze­słał ma­mie li­zu­sow­skie spoj­rze­nie.

A więc przy­cho­dzi tu, żeby się obe­żreć. Du­po­właz cho­ler­ny! Nie mia­łam za­mia­ru pa­trzeć, jak ten pa­lant ob­ja­da mamę, gło­śno przy tym mla­ska­jąc, dla­te­go po­de­rwa­łam się z krze­sła.

- Ma­mu­niu, mu­szę już le­cieć.

- Co tak szyb­ko?

- Mam do za­ła­twie­nia parę spraw. Oprócz tego nie chcę ci prze­szka­dzać.

- Jak mo­żesz tak mó­wić, Lilu. - Mama zmarsz­czy­ła brwi.

Wzru­szy­łam ra­mio­na­mi i chwy­ci­łam to­reb­kę.

- Przyj­dę ju­tro - po­wie­dzia­łam, ca­łu­jąc mamę w po­li­czek. - Pa, pa. - To było skie­ro­wa­ne do mamy, bo z Ed­kiem się nie po­że­gna­łam.

W domu, jak zwy­kle, cze­kał przy drzwiach Me­ne­lek. Wy­da­jąc po­mru­ki za­do­wo­le­nia, ota­rł się kil­ka­krot­nie o moje nogi i skie­ro­wał w stro­nę stre­fy ku­chen­nej. Sta­nął przy swo­jej mi­secz­ce i pod­nió­sł łe­pek. Utkwiw­szy we mnie zie­lo­ne oczy z moc­no roz­sze­rzo­ny­mi źre­ni­ca­mi, za­mru­czał wy­mow­nie.

- Już ci daję jeść, Me­nel­ku.

Wy­jęłam z gór­nej szaf­ki to­reb­kę z ko­cią kar­mą, ro­ze­rwa­łam opa­ko­wa­nie i wy­ci­snęłam za­war­to­ść do mi­ski. Kot rzu­cił się na je­dze­nie, jak­by nie jadł od ty­go­dnia, z nie­cier­pli­wo­ści prze­szka­dza­jąc mi w wy­kła­da­niu kar­my.

- Ależ z cie­bie gło­do­mo­rek. Prze­cież zo­sta­wi­łam ci w mi­secz­ce je­dzon­ko. Nor­mal­ne koty je­dzą dwa razy dzien­nie, a ty byś ci­ągle jadł i jadł. Jak pies. Jak spędzi­łeś dzień? Ile zła­pa­łeś much i pa­jąków, mój ty ko­cha­ny ga­tun­ku in­wa­zyj­ny? - ga­da­jąc do kota, otwo­rzy­łam drzwi bal­ko­no­we, żeby prze­wie­trzyć miesz­ka­nie.

W drzwiach wmon­to­wa­na była klap­ka, żeby Me­ne­lek mógł sam wy­cho­dzić na bal­kon, któ­ry był ze względu na nie­go osiat­ko­wa­ny. Usia­dłam na krze­śle ra­ta­no­wym sto­jącym przy ma­łym okrągłym sto­li­ku i wes­tchnęłam. Log­gia była ład­nie za­go­spo­da­ro­wa­na, nie była jed­nak w sta­nie za­stąpić ogro­du. Ale pa­trząc na to z in­nej stro­ny - mam te­raz wła­sny bal­kon, a nie wspól­ny ta­ras - po­my­śla­łam na po­cie­sze­nie.

My­śla­mi zno­wu wró­ci­łam do na­sze­go daw­ne­go domu i ogro­du. I sucz­ki Kory. Bie­dul­ka roz­cho­ro­wa­ła się z tęsk­no­ty za swo­im wia­ro­łom­nym pa­nem i sprze­da­nym do­mem. Ca­ły­mi dnia­mi le­ża­ła w no­wym przed­po­ko­ju mamy i na­słu­chi­wa­ła kro­ków pana. Ani ja, ani mama, ani Mi­łosz nie mo­gli­śmy zre­kom­pen­so­wać psu bra­ku Ka­ro­la Ro­ma­ńskie­go. Bie­dac­two, uma­rła z tęsk­no­ty.

Wes­tchnęłam na wspo­mnie­nie daw­ne­go ży­cia. Zno­wu po­ja­wi­ły się zna­ne uczu­cia: zło­ść, roz­cza­ro­wa­nie i roz­go­ry­cze­nie. Nie­na­wi­dzi­łam ojca za to, co zro­bił na­szej ro­dzi­nie. Stra­ci­li­śmy dom, psa i po­czu­cie bez­pie­cze­ństwa. Wpraw­dzie nie by­łam już dziec­kiem, tyl­ko do­ro­słą ko­bie­tą, ale roz­wód ro­dzi­ców za­wsze jest trau­mą. Oj­ciec zdra­dził nie tyl­ko mamę, lecz ta­kże całą na­szą ro­dzi­nę. Łaj­dak! Nie chcę go wi­dzieć do ko­ńca ży­cia. Niech się za­pie­przy na śmie­rć z tą swo­ją Al­don­ką! Cho­ler­na zdzi­ra. Od pierw­sze­go na­sze­go spo­tka­nia na gril­lu u Szul­ców po­czu­łam do niej nie­chęć. Zi­gno­ro­wa­łam swo­je "trze­cie oko", któ­re mnie przed nią ostrze­ga­ło, i po­zwo­li­łam ojcu ją za­trud­nić.

Za­pra­sza­my do za­ku­pu pe­łnej wer­sji ksi­ążki
.

Po­wie­ści oby­cza­jo­we, kry­mi­na­ły, thril­le­ry Wci­ąga­jące i nie­ba­nal­ne Za­czy­taj się!

www.pro­za­mi.pl

Ksi­ęgar­nia wy­sy­łko­wa www.li­te­ra­tu­ra­in­spi­ru­je.pl

Kil­ka mie­si­ęcy wcze­śniej Roz­dział 1 Li­lia­na

Boję się. Wiem, że gro­zi mi nie­bez­pie­cze­ństwo. Czu­ję, że za chwi­lę wy­da­rzy się coś złe­go. Bar­dzo złe­go. Ogar­nia mnie ciem­no­ść. Nic nie wi­dzę. Trwam w tej ciem­no­ści ja­kiś czas, ale nie wiem, jak dłu­go. Na­gle robi się ja­sno.

Pa­trzę na mężczy­znę le­żące­go u mo­ich stóp. Ubra­ny jest w gra­na­to­we dżin­sy i nie­bie­ski T-shirt. Bi­cep­sy roz­py­cha­ją rękaw­ki pod­ko­szul­ka, jak­by chcia­ły uwol­nić się spod tka­ni­ny i za­pre­zen­to­wać swo­ją siłę. Mi­ęśnie klat­ki pier­sio­wej ry­wa­li­zu­ją z ra­mio­na­mi swą oka­za­ło­ścią, pi­ęk­nie za­ry­so­wa­ne sąsia­du­ją z umi­ęśnio­nym brzu­chem. Za­sta­na­wiam się, czy to re­zul­tat wie­lu go­dzin spędzo­nych na si­łow­ni, czy pra­ca fi­zycz­na. Mężczy­zna ma re­gu­lar­ne rysy i ład­nie wy­kro­jo­ne zie­lo­ne oczy. Sze­ro­ko otwar­te, pa­trzą wprost na mnie. Są nie­ru­cho­me. Jego przy­stoj­na twarz lśni bie­lą jak twarz ak­to­ra ka­bu­ki. Brązo­we wło­sy, prze­pla­ta­ne rdza­wy­mi pa­sma­mi, two­rzą swo­isty ba­le­jaż. Ale to nie dzie­ło fry­zjer­ki, ru­da­wy od­cień spo­wo­do­wa­ła krew sącząca się z tyłu czasz­ki. Szka­rłat­na po­so­ka ma­lu­je wo­kół gło­wy mężczy­zny krwa­wą au­re­olę, któ­ra z ka­żdą chwi­lą się po­wi­ęk­sza. Wiem, że on nie żyje. Czu­ję trwo­gę wdzie­ra­jącą mi się pod skó­rę. Je­stem co­raz bar­dziej prze­ra­żo­na. I smut­na. Za­le­ży mi na tym mężczy­źnie...

Ale nie, on żyje! Pa­trzę, jak klęczy przede mną i wsu­wa mi na ser­decz­ny pa­lec pi­ęk­ny pie­rścio­nek. To pie­rścio­nek za­ręczy­no­wy. Jest zło­ty i ma oczko z bry­lan­tu mie­ni­ące się nie­bie­skim świa­tłem. Je­ste­śmy na ta­ra­sie wy­ło­żo­nym ko­lo­ro­wą kost­ką two­rzącą cie­ka­wy wzór. Ota­cza­ją nas drze­wa i krze­wy. Czu­ję woń lasu, świe­żej tra­wy i świec. Przed nami pi­ęk­nie za­sta­wio­ny stół, a nad nim lśni punk­ci­ka­mi świa­teł gir­lan­da z lam­pek cho­in­ko­wych. Jest ma­gicz­nie, jest cu­dow­nie. Po chwi­li ob­raz zni­ka. Te­raz sto­ję przed ołta­rzem ubra­na w bia­łą suk­nię ślub­ną z tre­nem. We­lon upi­ęty we wło­sach opa­da mi na ple­cy. Przede mną sto­ją od­wró­ce­ni ty­łem dwaj mężczy­źni. Je­den wy­so­ki, dru­gi ni­ższy. Obaj są ciem­no­wło­si, ubra­ni w ciem­ne gar­ni­tu­ry. Na­gle je­den z nich się od­wra­ca. Ale to nie jest ten, któ­ry wręczał mi pie­rścio­nek. To ktoś inny. Usta wy­gi­na­ją mu się w zło­śli­wym uśmiesz­ku i mówi coś do sto­jące­go obok mężczy­zny, coś rów­nież zło­śli­we­go, bo czu­ję iry­ta­cję i wście­kło­ść. Czy to świa­dek na moim ślu­bie?

***

Po­de­rwa­łam się z po­ście­li. Zno­wu ten cho­ler­ny sen! Od pew­ne­go cza­su śni­ło mi się to samo - że je­stem w nie­bez­pie­cze­ństwie i pa­trzę na le­żące­go w ka­łu­ży krwi fa­ce­ta, któ­re­go kie­dyś po­ślu­bię. Nie lu­bi­łam tego snu, za­wsze się bu­dzi­łam w tym sa­mym mo­men­cie i za­wsze czu­łam dziw­ny nie­po­kój.

Spoj­rza­łam na bu­dzik sto­jący na noc­nej szaf­ce. Siód­ma, mo­głam jesz­cze go­dzin­kę się zdrzem­nąć. Po­now­nie przy­ło­ży­łam gło­wę do po­dusz­ki i już pra­wie za­sy­pia­łam, gdy na­gle wsko­czy­ło na mnie czte­ry kilo ży­wej wagi.

- Me­ne­lek, daj mi tro­chę po­spać - mruk­nęłam z no­sem wci­śni­ętym w ja­śka.

Kot nie za­re­ago­wał na moje sło­wa, tyl­ko za­czął spa­ce­ro­wać po ca­łym moim cie­le. Zde­ner­wo­wa­łam się, kie­dy wsze­dł mi na gło­wę.

- Głu­pol­ku, sły­szysz, co po­wie­dzia­łam? Wy­noś się z mo­je­go łó­żka - krzyk­nęłam, zrzu­ca­jąc z sie­bie in­tru­za.

Kot prych­nął obu­rzo­ny i wy­sze­dł z po­ko­ju, żeby po chwi­li wró­cić z ża­ło­snym miau­cze­niem. Nie­ste­ty nie po­ma­ga­ło za­my­ka­nie drzwi na noc, bo mój ko­cia­czek na­uczył się je otwie­rać. Wska­ki­wał na pó­łkę nad ka­lo­ry­fe­rem w przed­po­ko­ju, a z niej ska­kał na klam­kę. Zre­zy­gno­wa­na, wsta­łam z łó­żka.

- Kie­dy cię ad­op­to­wa­łam, wstręt­ny ko­cie, my­śla­łam, że nie będę zmu­szo­na wsta­wać rano, tak jak to bywa z pie­ska­mi, bo koty si­ka­ją do ku­we­ty. Tym­cza­sem też mnie bu­dzisz. Zo­ba­czysz, we­zmę psa, a cie­bie od­dam do chi­ńskiej re­stau­ra­cji. Uwa­żaj, bo oni z wszyst­kie­go ro­bią obiad - mruk­nęłam, ale za­raz za­wsty­dzi­łam się swo­ich szo­wi­ni­stycz­nych słów. Wzi­ęłam ko­cia­ka na ręce. - Me­ne­lek, żar­to­wa­łam. Oczy­wi­ście, że cię ni­ko­mu nie od­dam. - Kot wy­rwał mi się i otrze­pał. - Co się tak wzdry­gasz z obrzy­dze­niem? Zo­ba­czysz, we­zmę do domu mi­łe­go pie­ska. One są grzecz­ne, słu­cha­ją swo­ich pań i lu­bią, gdy się je przy­tu­la.

Pro­wa­dząc mo­no­log z ko­tem, po­szłam do ła­zien­ki, a on po­drep­tał za mną. Usia­dł na bla­cie z wpusz­czo­ną umy­wal­ką i jak za­wsze za­czął ob­ser­wo­wać moje po­ran­ne czyn­no­ści. Wo­la­łam wścib­ski wzrok in­tru­za sie­rściu­cha niż jego miau­cze­nie pod drzwia­mi.

- Wiesz, Me­ne­lek, ni­g­dy nie przy­pusz­cza­łam, że kie­dyś będę si­kać w czy­imś to­wa­rzy­stwie.

Kot, wi­dząc, że ury­wam pa­pier to­a­le­to­wy, jak zwy­kle za­czął go roz­wi­jać.

- Dość tego, wy­noś się z ła­zien­ki, bo zro­bię ci zim­ny prysz­nic - po­stra­szy­łam go, ale mój ko­ciak nie bał się na­wet wody.

Sto­jąc pod prysz­ni­cem, my­śla­mi wró­ci­łam do na­sze­go sprze­da­ne­go domu i na­szej roz­bi­tej ro­dzi­ny. Sze­ść lat temu fa­mi­lia Ro­ma­ńskich roz­pa­dła się jak do­mek z kart, a ka­żdy po­sze­dł swo­ją dro­gą. Wszyst­ko to za­wdzi­ęcza­my na­sze­mu ojcu, bo pan Ka­rol Ro­ma­ński nie po­tra­fił utrzy­mać fiu­ta w spodniach (tak mó­wił mój przy­szy­wa­ny dzia­dek) i wdał się w ro­mans z ko­bie­tą młod­szą od sie­bie o dwa­dzie­ścia trzy lata. Wiem, że oj­ciec w tej kwe­stii nie jest uni­ka­tem, mimo to ni­g­dy mu tego nie wy­ba­czę. Przez nie­go zo­sta­łam pó­łsie­ro­tą! Na­wet dwu­dzie­sto­dzie­wi­ęcio­lat­ki, ta­kie jak ja, chcą mieć pe­łną ro­dzi­nę i po­trze­bu­ją oboj­ga ro­dzi­ców. Mi­łosz uwa­ża, że prze­sa­dzam, że za­cho­wu­ję się in­fan­tyl­nie i ego­istycz­nie, bo się ob­ra­zi­łam na ojca. Że po­win­nam wy­krze­sać z sie­bie tro­chę em­pa­tii i spró­bo­wać go zro­zu­mieć. Cym­bał z tego mo­je­go bra­ta. Jego sam­cza so­li­dar­no­ść wy­bie­la ojca i uspra­wie­dli­wia jego podłe za­cho­wa­nie. Tuż po roz­wo­dzie ro­dzi­ców Mi­łosz opo­wie­dział się, tak jak ja, po stro­nie mamy i ze­rwał kon­tak­ty ze sta­rym, ale ostat­nio ich re­la­cje się po­pra­wi­ły. A na­sze, moje i bra­ta - po­gor­szy­ły. Je­śli Mi­łosz wy­brał ojca, a nie mamę i mnie, to niech z nim się spo­ty­ka. Lu­bię ra­dy­kal­ne roz­wi­ąza­nia, dla­te­go na­wet nie od­bie­ram od nie­go te­le­fo­nu.

Wy­szłam spod prysz­ni­ca mo­kra i wście­kła. Prze­ta­rłam ręcz­ni­kiem za­pa­ro­wa­ne lu­stro i przyj­rza­łam się so­bie kry­tycz­nie. Nie mam nar­cy­stycz­nych skłon­no­ści i da­le­ko mi do za­do­wo­le­nia ze swej apa­ry­cji, ale mu­szę przy­znać, że hen­na na brwiach i rzęsach po­pra­wi­ła to, w czym za­wi­ni­ła na­tu­ra. Je­stem na­tu­ral­ną blon­dyn­ką, nie­ste­ty wło­sy mam ja­sne nie tyl­ko na gło­wie, lecz ta­kże wo­kół oczu. Brwi i rzęsy zle­wa­ły się z kre­mo­wą kar­na­cją. Te­raz wresz­cie nie mu­szę ich ma­lo­wać, a moje nie­bie­skie oczy sta­ły się dużo wi­ęk­sze i bar­dziej nie­bie­skie. Mam re­gu­lar­ne rysy twa­rzy, wy­ra­źnie za­ry­so­wa­ne ko­ści po­licz­ko­we, zgrab­ny nos i ład­nie wy­kro­jo­ne usta. Naj­wi­ęk­szą moją ozdo­bą i dumą są wło­sy. Dłu­gie i zło­ci­ste, la­tem dzi­ęki sło­ńcu wpa­da­ją w pla­ty­no­wy blond, a co naj­wa­żniej­sze - jest ich tak dużo, że mo­gła­bym ob­dzie­lić nimi jesz­cze dwie oso­by - tak mó­wią moje ko­le­żan­ki. Żeby było ich tro­chę mniej, lek­ko je de­ga­żu­ję, a po­tem pro­stu­ję na pro­stow­ni­cy. Fi­gu­rę też mam nie­złą, tyl­ko pier­si mo­gły­by być nie­co wi­ęk­sze, ale tę lek­ką nie­do­sko­na­ło­ść rów­no­wa­żą nogi, wy­jąt­ko­wo dłu­gie, smu­kłe i zgrab­ne. Aku­rat w tej kwe­stii nie mam żad­nych pre­ten­sji do na­tu­ry.

Moja bab­cia uwa­ża, że je­stem za ład­na, dla­te­go nie wy­szłam jesz­cze za mąż, bo gdy­bym była brzyd­sza, nie by­ła­bym tak wy­bred­na. Na­to­miast Mi­łosz twier­dzi, że je­stem sta­rą pan­ną ze względu na mój jędzo­wa­ty cha­rak­ter. No cóż, chy­ba obo­je mają ra­cję.

Ja­kaś przy­czy­na musi być, że w wie­ku dwu­dzie­stu dzie­wi­ęciu lat wci­ąż nie mam ni­ko­go. Mnie oso­bi­ście to nie prze­szka­dza, lu­bię być sin­giel­ką. Mam wła­sne miesz­ka­nie, auto i środ­ki fi­nan­so­we, żeby utrzy­mać jed­no i dru­gie, i sie­bie. Je­stem sa­mo­wy­star­czal­ną ko­bie­tą XXI wie­ku, nie­po­trzeb­ny mi fa­cet. Nie mu­szę zbie­rać wa­la­jących się po podło­dze męskich skar­pe­tek, nie mu­szę ni­ko­mu go­to­wać obiad­ków ani w nocy słu­chać czy­je­goś chra­pa­nia. Nie je­stem też nim­fo­man­ką, któ­ra nie wy­trzy­ma jed­nej nocy bez pie­prze­nia. Ow­szem, mia­łam kil­ku fa­ce­tów, z któ­ry­mi na pew­no w łó­żku nie gra­łam w sza­chy, ale seks ja­koś ni­g­dy nie był dla mnie prio­ry­te­tem. Na­wet seks z Ma­te­uszem, bar­dzo spraw­nym ko­chan­kiem, nie wpły­nął na moją de­cy­zję i po­mi­mo sek­su­al­nych umie­jęt­no­ści tego fa­ce­ta za­ko­ńczy­łam na­szą zna­jo­mo­ść. Ze­rwa­łam, bo bra­ko­wa­ło mu in­nych wa­lo­rów, któ­rych szu­kam u mężczy­zny - dużo wa­żniej­szych niż do­bry seks.

Roz­my­śla­jąc o so­bie i swo­im sta­tu­sie sin­giel­ki, zja­dłam na śnia­da­nie owsian­kę z owo­ca­mi i szyb­ko się ubra­łam. Z re­gu­ły do pra­cy się nie stro­iłam, ale dziś mia­łam od­wie­dzić mamę, a ona za­wsze była tak ele­ganc­ka, że głu­pio by mi było pa­ra­do­wać przed nią w dżin­sach i T-shir­cie. Za­ło­ży­łam więc po­pie­la­te spodnie i bia­łą je­dwab­ną bluz­kę. Zdąży­łam się już opa­lić ma­jo­wym sło­ńcem, dla­te­go nie ba­łam się bie­li. Lu­bię ja­sne bluz­ki, ale za­kła­dam je wte­dy, gdy moje cia­ło na­bie­ra zło­ta­wej bar­wy. Na cze­ść mamy, bo był 26 maja, Dzień Mat­ki, zre­zy­gno­wa­łam na­wet z co­nver­se'ów na rzecz po­pie­la­tych czó­łe­nek z dzie­si­ęcio­cen­ty­me­tro­wy­mi ob­ca­sa­mi. Prze­pa­ko­wa­łam też rze­czy z czar­nej to­reb­ki do sza­rej, żeby kon­we­nio­wa­ła z ko­lo­ry­sty­ką ubra­nia.

Zbie­głam z dru­gie­go pi­ętra szyb­ciej, niż ro­bił to Me­ne­lek w po­go­ni za my­szą w ogro­dzie bab­ci. Wsia­dłam do mo­jej czer­wo­nej yari­ski i ru­szy­łam "do mia­sta" - tak prze­wa­żnie okre­śla­łam oko­li­ce Ryn­ku Gów­ne­go i kra­kow­skie Śród­mie­ście. Moje miesz­ka­nie znaj­du­je się w No­wym Bie­ża­no­wie. Zło­śliw­cy się śmie­ją, że miesz­kam pod Wie­licz­ką, a nie w Kra­ko­wie. Rze­czy­wi­ście, ze swo­je­go osie­dla mam bli­żej do Wie­licz­ki niż do cen­trum Kra­ko­wa. Cho­ciaż miesz­kam w miej­scu, gdzie wro­ny za­wra­ca­ją, lu­bię to osie­dle i moje sze­śćdzie­si­ęcio­me­tro­we miesz­kan­ko. Wszędzie mam bli­sko: do dwóch przy­chod­ni, do kil­ku ap­tek, do czte­rech du­żych mar­ke­tów. Bli­ziut­ko mam też do OBI, He­ba­nu i Le­roy Mer­lin. Na­wet kry­ty ba­sen znaj­du­je się w ta­kiej od­le­gło­ści od mo­je­go blo­ku, że mogę do­trzeć do nie­go pie­szo. Do przy­stan­ku tram­wa­jo­we­go jest sto me­trów, a do ko­ścio­ła kil­ka kro­ków da­lej. Mamy tu rów­nież nowo otwar­ty szpi­tal, bo nie­daw­no kli­ni­ka z uli­cy Ko­per­ni­ka zo­sta­ła prze­nie­sio­na do Pro­ko­ci­mia. No i jest sław­ny szpi­tal dzie­ci­ęcy, któ­ry kil­ka­dzie­si­ąt lat temu wy­bu­do­wa­li nam Ame­ry­ka­nie.

Wszędzie mam bli­sko, tyl­ko do pra­cy da­le­ko. Mój sklep obuw­ni­czy Sto­no­ga znaj­du­je się w dziel­ni­cy Kro­wo­drza, na uli­cy Kró­lew­skiej. Cały mój per­so­nel to dwie dziew­czy­ny i ja, ale ostat­nio po­sta­no­wi­łam po­wi­ęk­szyć licz­bę eks­pe­dien­tek o jed­ną oso­bę. Dziś mia­łam prze­pro­wa­dzić kil­ka roz­mów kwa­li­fi­ka­cyj­nych. Po­trze­bu­ję ko­goś do pa­ko­wa­nia pa­czek, bo ra­tu­ję się sprze­da­żą in­ter­ne­to­wą. Ta for­ma han­dlu po­pra­wi­ła kon­dy­cję fi­nan­so­wą mo­jej fir­my. Kie­dy za­uwa­ży­łam dość spo­re za­in­te­re­so­wa­nie wło­skim obu­wiem, po­sze­rzy­łam asor­ty­ment rów­nież o męskie mo­ka­sy­ny i pó­łbu­ty. Nie­źle też sprze­da­ją się przez in­ter­net ślub­ne szpil­ki z bia­łe­go atła­su. Są ta­nie, wy­god­ne i ład­ne, nie­ste­ty nie­zbyt wy­trzy­ma­łe, ale nie jest to prze­szko­da, bo mają za za­da­nie wy­trzy­mać tyl­ko jed­ną noc.

Kor­ki w Kra­ko­wie to praw­dzi­we utra­pie­nie, ale dzi­siaj uda­ło mi się do­trzeć na miej­sce w nie­ca­łe pół go­dzi­ny. Za­do­wo­lo­na, że uda­ło mi się po­ko­nać tak szyb­ko tra­sę, z ra­do­ścią za­par­ko­wa­łam na par­kin­gu nie­da­le­ko mo­jej Sto­no­gi.

Nie od razu wy­sia­dłam z sa­mo­cho­du. Otwo­rzy­łam ko­sme­tycz­kę, żeby pod­ma­lo­wać to i owo, bo z oba­wy przed kor­ka­mi wy­szłam z domu w po­śpie­chu, bez ma­ki­ja­żu. Moją uwa­gę przy­ci­ągnął mło­dy mężczy­zna ubra­ny w sza­rą par­kę z kap­tu­rem - a ra­czej nie sam fa­cet, ile jego dziw­ne za­cho­wa­nie. Prze­cha­dzał się wzdłuż skle­pu ze sprzętem elek­tro­nicz­nym, co chwi­lę zer­ka­jąc na wy­cho­dzących z nie­go klien­tów. Po­czu­łam za­pa­la­jącą się w moim mó­zgu lamp­kę. Wie­dzia­łam, że coś się wy­da­rzy. Moje "trze­cie oko" nie­ocze­ki­wa­nie sta­ło się ak­tyw­ne. Za­uwa­ży­łam sto­jący nie­opo­dal ra­dio­wóz po­li­cyj­ny. Bez wa­ha­nia po­de­szłam w stro­nę dwóch po­li­cjan­tów. Mu­sia­łam coś zro­bić, bo po­tem męczy­ło­by mnie su­mie­nie za moją bier­no­ść.

- Dzień do­bry. Pa­nie po­ste­run­ko­wy, ten mężczy­zna w sza­rej kurt­ce z kap­tu­rem dziw­nie się za­cho­wu­je. Praw­do­po­dob­nie ko­goś okrad­nie. To zło­dziej.

- Skąd pani wie, że to zło­dziej? Czy pani zna tego czło­wie­ka?

- Nie. Ale po­dej­rze­wam, że za­raz coś ukrad­nie.

- Mówi pani, że go po­dej­rze­wa... a niby dla­cze­go? - Po­li­cjant za­czął mi się przy­glądać.

- Już panu mó­wi­łam. Mam ta­kie prze­czu­cie.

- Przy­je­cha­ła pani sa­mo­cho­dem? - Po­pa­trzył na mnie uwa­żnie. - Czy dziś pani coś piła? Pro­szę po­de­jść do ra­dio­wo­zu.

- Cho­le­ra ja­sna! Nic nie pi­łam. Chcia­łam tyl­ko spe­łnić oby­wa­tel­ski obo­wi­ązek. I ni­g­dzie z pa­nem nie pój­dę. Mogę panu naj­wy­żej chuch­nąć w nos.

Kątem oka za­uwa­ży­łam mężczy­znę w skó­rza­nej kurt­ce pa­ku­jące­go coś do gra­fi­to­we­go nis­sa­na. Nie za­my­ka­jąc drzwi­czek auta, od­wró­cił się do sprze­daw­cy, któ­ry nió­sł za nim dru­gą pakę. Wy­ko­rzy­stał to czło­wiek w par­ce, wy­jął pu­dło z sa­mo­cho­du i za­czął szyb­ko ucie­kać.

- On ucie­ka! - za­wo­ła­łam.

- Kto? - za­py­tał zdzi­wio­ny po­li­cjant.

- Zło­dziej, o któ­rym wam mó­wi­łam. Trze­ba go go­nić!

Nie zwra­ca­jąc uwa­gi na po­li­cjan­tów, po­bie­głam w kie­run­ku, w któ­rym od­da­lał się zło­dziej. Za mną po­li­cjan­ci. A za nami po­szko­do­wa­ny. W szpil­kach nie da­wa­łam rady biec szyb­ko, ale zmo­ty­wo­wa­łam po­li­cjan­tów, bo przy­spie­szy­li, zo­sta­wia­jąc w tyle mnie i okra­dzio­ne­go. Truch­ci­kiem podąży­łam za nimi, cie­ka­wa, czy zła­pią zło­dzie­ja. Na­to­miast wspo­mnia­ny osob­nik bie­gł da­lej, co chwi­la po­trąca­jąc prze­chod­niów i co­raz bar­dziej od­da­la­jąc się od ści­ga­jących go gli­nia­rzy. Do­bie­gł aż do przy­stan­ku tram­wa­jo­we­go, a tam prze­ka­zał pacz­kę in­ne­mu mężczy­źnie, któ­ry wrzu­cił ją do tor­by tu­ry­stycz­nej i szyb­ko za­czął się od­da­lać. Po­li­cjan­ci zła­pa­li ucie­ki­nie­ra, nie zwra­ca­jąc uwa­gi na jego wspól­ni­ka. Za­uwa­żył to jed­nak je­den z prze­chod­niów i pró­bo­wał za­trzy­mać mężczy­znę. Do­szło do szar­pa­ni­ny. Wi­dzia­łam, że za­in­te­re­so­wa­ło to po­li­cjan­tów. Je­den zo­stał ze sku­tym mężczy­zną, a dru­gi pod­bie­gł do wy­ry­wa­jące­go się wspól­ni­ka zło­dzie­ja.

Stwier­dziw­szy w du­chu, że nic tu po mnie, za­wró­ci­łam na par­king. Z tru­dem do­czła­pa­łam do swo­jej yari­ski, prze­kli­na­jąc w du­chu ele­ganc­kie czó­łen­ka, bo zdąży­ły obe­trzeć mi obie pi­ęty. Otwo­rzy­łam drzwicz­ki sa­mo­cho­du i usia­dłam na fo­te­lu pa­sa­że­ra, żeby chwil­kę od­po­cząć. Po kil­ku mi­nu­tach za­bra­łam tecz­kę z do­ku­men­ta­mi, za­mknęłam pi­lo­tem auto i skie­ro­wa­łam się w stro­nę mo­je­go skle­pu.

- Pro­szę pani, pro­szę się za­trzy­mać - usły­sza­łam za ple­ca­mi męski głos. Był to je­den z po­li­cjan­tów.

- O co cho­dzi? Na­dal chce­cie mnie prze­dmu­chać?

- Prze­pra­sza­my za tam­ten in­cy­dent. Ale musi pani iść z nami na ko­mi­sa­riat i zło­żyć ze­zna­nia.

- Nie mam cza­su, spie­szę się do pra­cy. Wy­bacz­cie pa­no­wie, ale cze­ka­ją na mnie lu­dzie, mam prze­pro­wa­dzić roz­mo­wy kwa­li­fi­ka­cyj­ne.

- Gdzie pani pra­cu­je, czym się pani zaj­mu­je?

- Pro­wa­dzę sklep obuw­ni­czy.

- Sto­no­gę?

- Tak.

- Gdy pani mó­wi­ła o roz­mo­wie kwa­li­fi­ka­cyj­nej, my­śla­łem, że pra­cu­je pani w ja­kie­jś kor­po­ra­cji. Roz­mo­wa kwa­li­fi­ka­cyj­na ze sprze­daw­czy­nia­mi? - Wzru­szył ra­mio­na­mi. - Bar­dzo mi przy­kro, ale te pa­nie mu­szą po­cze­kać. Pro­szę za­dzwo­nić do skle­pu i uprze­dzić o spó­źnie­niu. - Za­wie­sił na mnie wzrok. - By­łem w Sto­no­dze kil­ka razy, ku­pi­łem u was buty, ale nie za­uwa­ży­łem tak ład­nej dziew­czy­ny.

- Co to mia­ło być, pa­nie po­ste­run­ko­wy? Na­ga­by­wa­nie? Uwo­dze­nie?

- Kom­ple­ment. - Uśmiech­nął się we­so­ło. - Po­li­cjan­ci rów­nież umie­ją do­strzec pi­ęk­no.

- Do­brze już, cho­dźmy - wes­tchnęłam. - Ale bar­dzo pro­szę sko­ńczyć z tymi nie­udol­ny­mi umi­zga­mi. Czy cza­sa­mi nie jest to ka­ral­ne? - Nie zwra­ca­jąc uwa­gi na to, co do mnie mó­wił, wy­jęłam te­le­fon i za­dzwo­ni­łam do skle­pu, by za­wia­do­mić o spó­źnie­niu.

Ko­men­da znaj­do­wa­ła się nie­da­le­ko. Przez uchy­lo­ne drzwi do­strze­głam jed­ne­go z dwóch zło­dziei w za­ło­żo­nych na nad­garst­ki kaj­dan­kach i prze­słu­chu­jące­go go po­li­cjan­ta.

- Pro­szę chwil­kę po­cze­kać na ła­wecz­ce, mu­szę zna­le­źć wol­ny po­kój - po­wie­dział po­li­cjant.

Klap­nęłam obok ja­kie­goś mężczy­zny.

- Po­dob­no to dzi­ęki pani od­zy­ska­łem lap­to­pa - usły­sza­łam. Do­pie­ro te­raz roz­po­zna­łam w mężczy­źnie wła­ści­cie­la nis­sa­na. - Dzi­ęku­ję. - Uśmiech­nął się do mnie. - Do­brze, że nie po­ła­ma­ła pani nóg, bie­gnąc w ta­kich bu­tach.

Był przy­stoj­ny, wy­so­ki o ciem­nych gęstych wło­sach i za­dba­nej bro­dzie. Nie lu­bi­łam bro­da­czy, ale te­raz trud­no było tra­fić na fa­ce­ta z gład­ko ogo­lo­ną twa­rzą. Ko­goś mi przy­po­mi­nał, ale nie wie­dzia­łam kogo.

- Czy my­śmy się już kie­dyś nie spo­tka­li? - za­py­ta­łam.

- Nie. Nie sądzę.

- Już pana gdzieś wi­dzia­łam, mam bar­dzo do­brą pa­mi­ęć do twa­rzy.

- Na pew­no nie. Tak ład­ną dziew­czy­nę mu­sia­łbym za­pa­mi­ętać.

Zno­wu kom­ple­ment, ale ten mnie nie zde­ner­wo­wał.

- Ale mo­że­my to nad­ro­bić - ci­ągnął. - Czy mó­głbym za­pro­sić pa­nią na obiad? Chcia­łbym się pani zre­wa­nżo­wać. Gdy­by nie pani, ni­g­dy bym nie od­zy­skał lap­to­pa. A kosz­to­wał dwa­dzie­ścia ty­si­ęcy zło­tych.

- Jest pan in­for­ma­ty­kiem?

- Dla­cze­go tak pani uwa­ża?

- Ta­kie dro­gie lap­to­py ku­pu­ją prze­wa­żnie lu­dzie za­ra­bia­jący nimi na ży­cie.

- Ku­pi­łem go nie dla sie­bie. Po­pro­szo­no mnie. Nie znam się na kom­pu­te­rach, umiem je­dy­nie na­pi­sać co nie­co w Wor­dzie i wy­słać ma­ila. - Zno­wu się uśmiech­nął. Miał ład­ne zie­lo­ne oczy.

I wte­dy so­bie przy­po­mnia­łam. To fa­cet z mo­je­go snu! Ale we śnie nie miał bro­dy.

- Śnił mi się pan dzi­siaj - pal­nęłam bez za­sta­no­wie­nia.

Po­pa­trzył na mnie ze zdzi­wie­niem i z pew­nym za­kło­po­ta­niem. Chy­ba wzi­ął mnie za ja­kąś wa­riat­kę.

- Pro­szę tak na mnie nie pa­trzeć. Żar­to­wa­łam - po­wie­dzia­łam z uśmie­chem.

Gdy­bym mu po­wie­dzia­ła, że zo­sta­nie moim mężem, wzi­ąłby mnie za ja­kąś pa­ra­no­icz­kę. I na pew­no nie po­no­wi­łby pro­po­zy­cji spo­tka­nia.

Za­uwa­ży­łam pew­ną ulgę na jego twa­rzy.

- Z uśmie­chem jest pani jesz­cze pi­ęk­niej­sza. No to co, pój­dzie pani ze mną na obiad? - za­py­tał szyb­ko, wi­dząc zbli­ża­jące­go się po­li­cjan­ta.

- Ow­szem. To moja wi­zy­tów­ka - wręczy­łam mu bi­le­cik.

No cóż, prze­zna­cze­niu trze­ba cza­sa­mi po­ma­gać.