Rozdział 12
Przygody Franka Cubały - część pierwsza
Wracając po świętach i kilku dniach urlopu, Radecki dojechał do Białopola o szóstej wieczorem. Czekał na okazję, stojąc przed przejazdem kolejowym. Miał nadzieję, że kursują jeszcze tatry z kruszywem z bocznicy. Trzymał lekki mróz. Pola za torami były białe, pod śniegiem. Niebo czyste. Przytupywał na poboczu drogi.
Tatra przyjechała od strony Strzelna - usłyszał wycie silnika na pełnych obrotach i łomot pustej skrzyni. Ciężki wóz wytoczył się zza zakrętu, oślepił Michała światłami i nie zwalniając, wjechał na tory. Radecki zamachał rozpaczliwie. Kierowca musiał go zauważyć w ostatniej chwili, za przejazdem - przyhamował ostro. Tyłem wozu rzuciło. Michał chwycił torbę i pobiegł za tatrą. Drzwi kabiny czekały uchylone.
- Proszę, panie inżynierze! - usłyszał głos Franka Cubały.
Wdrapał się do szoferki, podał Frankowi rękę. Ruszyli ostro.
Franek od dwóch miesięcy jeździł ciężkim wozem. Przyszedł do Michała prosić o zgodę na przeniesienie - podobno kierownik transportu godził się na zmianę, jeżeli inżynier Radecki "nie będzie miał nic naprzeciw", jak powiedział.
- Więcej można zarobić, panie inżynierze - mówił Franek. - Ja wiem, przywykliśmy do siebie przez ten czas, co pana woziłem, ale takie jest życie.
Michał zgodził się, choć żal mu było Franka. Od pierwszych dni na budowie jeździli razem. Niebieski żuk Cubały zawsze rano czekał na inżyniera Radeckiego. Wcześniej - przed barakami na dole, ostatnio przed blokiem "C". Jeździli po bezdrożach wokół budowy, do Białopola na bocznicę i do Strzelna. W czasie zadymki w ubiegłym roku, kiedy wozu nie dało się odkopać, brnęli we dwóch, po kolana w śniegu, kilka kilometrów do Lubczyny.
Ile razem zjedzonych śniadań, które Cubała kupował w wiejskich sklepach.
Grubo krajane pajdy chleba, bułki, po dwadzieścia deka sera lub kiełbasy pasztetowej. Jedli w pośpiechu, stojąc na poboczach. Michał lubił Franka: wesołego, uczynnego, skorego do żartów.
Jeździł teraz z nowym kierowcą - gazem łazikiem (terenowym wozem rumuńskim na licencji radzieckiej). Samochód był lepszy, zwłaszcza w ciężkich warunkach terenowych, ale Radecki wolałby Franka z niebieskim żukiem.
A Cubała nieźle sobie radził. Woził kruszywo z Białopola na budowę. Zasada była prosta: im więcej przewieziesz, tym więcej zarobisz. Dlatego kierowcy tatr i ziłów, przeznaczonych do przewozu, zarabiali lepiej od innych. Można było zgarnąć dziesięć i dwanaście tysięcy na miesiąc. To prawda, trzeba było się "ujeździć", jak mówił Franek. Cały dzień, kto miał dzienną zmianę. Tak samo w nocy. Jeden kurs - budowa-Białopole - tam i z powrotem, jeżeli gaz wcisnąć "do dechy" - około godziny. Dwanaście godzin - dwanaście obrotów. Tak jeździli najlepsi. Inni robili po osiem, siedem kursów. To wystarczyło, żeby wyciągnąć ósemkę, a przy tym zjeść obiad w stołówce. Pazerni nie mieli czasu.
Na budowie dużo mówiono o kierowcach ciężkich wozów. Ludzie z wiosek, przez które jeździli - z Marynowa i Kruszyny - przychodzili do Zawadzkiego ze skargami. Kierowcy jeździli, nie zmniejszając szybkości. Strach było puszczać same dzieci do szkoły. Ginęły kury, kaczki, zabite psy i koty leżały na poboczach. Skargi, chociaż słuszne, były ogólnikowe. Poszkodowani nie notowali numerów. Nie wiedzieli nawet, jakiej marki był wóz. Dlatego odchodzili z niczym.
A oni jeździli z wyciem silników, z łomotem skrzyń, rozrzucając grysy na zakrętach. Budowa-bocznica, bocznica-budowa. W dzień i w nocy. W domach przy drodze ludzie nie mogli spać.
Niedawno dwóch rozbiło wozy: jednemu hamulce wysiadły, kiedy zjeżdżał z góry za Kruszyną. Usiłował się ratować, redukując biegi, ale ciężar ładunku, jaki wiózł, był za duży i skrzynia biegów poszła. Wtedy zjechał do rowu - przed nim jechały furmanki - i przewrócił wóz kołami do góry. Nie mogli go wyciągnąć z szoferki - jęczał w blachach przez godzinę. Karetka czekała na próżno. Martwego powieźli do Strzelna.
Drugi rozbił się na drzewie. Było po pierwszych mrozach, asfalt miejscami jak szklanka, tam gdzie woda zamarzła. Pewno przyhamował za ostro i zniosło go na drzewo - stary klon. Wóz rozbił doszczętnie, ale sam wyszedł cało. Do szpitala pojechał żywy - tylko żebra miał połamane i twarz pociętą blachą. Mówiono potem, że milicja ma kontrolować częściej - zabrać się ostro do nich. Raz i drugi przyjechali ze Strzelna kontrolować. Były mandaty, zabrali prawa jazdy. Za trzecim razem kierowcy odstawili wozy - ruch stanął. Zawadzki zadzwonił do komendanta wojewódzkiego - patrole zjechały z trasy. Kruszywo dla budowy było ważniejsze. Tatry i ziły musiały kursować bez przeszkód. Jak przed wypadkami: szybciej, szybciej. Na gaz!
- Dobrze ci leci, Franek? - spytał Michał.
- W porządku, panie inżynierze. Nie narzekam. - Od Cubały zaleciało wódką. Skręcili na drogę w kierunku bocznicy - ostro, znów tyłem wozu rzuciło.
- Nie na budowę? - zdziwił się Radecki. - Właściwie jak ty jedziesz? Ze Strzelna?
- Weźmiemy nowy ładuneczek, panie inżynierze. Migiem. Potem na budowę. - Stanęli przy koparce. Franek wysiadł na chwilę. Rozmawiał z operatorem. Wozem zakolebało, kiedy z czerpaka poleciał żwir. Odjechali po kilku minutach.
- Pan wie, panie inżynierze - odezwał się, kiedy wyjechali na drogę do Lubczyny - człowiek bez lewizny nie wyjdzie na swoje. A tak, jak operator znajomy, można zarobić.
- Uważaj, Franek - powiedział Michał. - Żebyś nie żałował później. Lewizna, lewizna, a potem złapią i posadzą. Żaden cwaniak ci wtedy nie pomoże.
Usłyszał śmiech. Znowu zaleciało wódką.
- I piłeś chyba. Co się z tobą dzieje?
- Pięćdziesiąt gram, panie inżynierze. Nie więcej. Pan wie, podrzuci się chłopu żwiru, to zaraz z wódką wyjeżdża. "Panie kierowco, jednego! Panie kierowco, jednego!" Nie można się opędzić. Często nie chce zrozumieć, przed maską staje z butelką.
Michał milczał. Słyszał od Kraty o kierowcach z grupy Franka. Zarabiali najlepiej - z kursów, z tego podrzucania chłopom żwiru, bo wóz kosztował pół tysiąca. I przepijali wszystko. Taki był u nich fason: zarobić i przepić.
- Nie wszyscy, nie wszyscy - mówił Krata - ale ci najmłodsi po to pracują. Panie inżynierze, żeby pan widział, jak tam wódka leje się po wypłacie! Ja sam nie jestem od tego, żeby odmawiać. Ale tak, żeby tylko pod stół i leżeć! Po co? Jeden przed drugim udaje mocnego. Imponować chcą sobie. A potem taki jeden z drugim naświni, nabrudzi. Jak nie człowiek.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki