Trzecia torpeda - Henryk Dyjeta

Kup ebooka

12.99 zł
10.78 zł (10,00 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Trzecia torpeda

-?Kapi­ta­nie, za godzinę opu­ści pan port. Zgod­nie z instruk­cją uda się pan naj­krót­szą drogą do Try­ni­dadu. A ści­ślej mówiąc, do Port of Spain na Try­ni­da­dzie. Dal­sze pole­ce­nia znaj­dują się w tej koper­cie -?męż­czy­zna podał kapi­ta­nowi nie­wielki pakie­cik. -?Pro­szę zała­twić resztę for­mal­no­ści, uzu­peł­nić pro­wiant, zawia­do­mić załogę i pomyśl­nych wia­trów.

Koman­dor Gor­don, spra­wu­jący obo­wiązki komen­danta bra­zy­lij­skiego portu Para, leżą­cego w ujściu Ama­zonki, uści­snął dłoń kapi­tana Jerzego Lewan­dow­skiego, dając tym samym znać, że roz­mowa skoń­czona.

-?Jasna cho­lera! -?zaklął Lewan­dow­ski, gdy zna­lazł się już na ulicy. - Nie mogli nas wcze­śniej zawia­do­mić? Niech to wszy­scy dia­bli...

Póź­nym wie­czo­rem, w nie­dzielę 2 sierp­nia 1942 r., s/s "Roze­wie" opu­ścił port Para, by popły­nąć z bie­giem Ama­zonki do Atlan­tyku. Na pokła­dzie znaj­do­wało się prócz kapi­tana Jerzego Lewan­dow­skiego 16 człon­ków załogi: pierw­szy ofi­cer Wła­dy­sław Zyber, drugi ofi­cer Andrzej Skar­żyń­ski, pierw­szy mecha­nik Bru­non Wyglen­dacz, drugi mecha­nik Wła­dy­sław Paprocki, trzeci mecha­nik Wła­dy­sław Wró­blew­ski, bos­man Sta­ni­sław Jerzy­kow­ski, trzej starsi mary­na­rze, cie­śla, kucharz, trzech sma­row­ni­ków, w tym dwóch Bra­zy­lij­czy­ków, młod­szy kucharz i chło­pak okrę­towy, oby­dwaj także oby­wa­tele bra­zy­lij­scy.

Sta­tek wiózł do Nowego Jorku ładu­nek ponad 800 ton gumy i kakao. Dopiero od Try­ni­dadu -?gdzie koń­czył się pierw­szy etap podróży -?miał wejść w skład dużego kon­woju chro­nio­nego przez jed­nostki wojenne. Żegluga w tej czę­ści Atlan­tyku była dość spo­kojna, "wil­cze stada" U-bootów gra­so­wały bowiem prze­waż­nie na Morzu Kara­ib­skim. Kie­row­nic­two War Trans­port w Para posta­no­wiło więc wysłać "Roze­wie" w samotną podróż, która trwać miała, przy sprzy­ja­ją­cej pogo­dzie, nie wię­cej niż pięć dni. A pogoda dopi­sy­wała jak na zamó­wie­nie. Dni były sło­neczne, noce widne, gwieź­dzi­ste. Huś­tane spo­koj­nym pasa­tem, nie­prze­kra­cza­ją­cym 2 stopni w skali Beau­forta, morze lekko falo­wało.

W dzień wolna od wachty załoga zaglą­dała na mostek, gdzie roz­pra­wiano o poli­tyce i ostat­nich wyda­rze­niach sza­le­ją­cej wojny. Komen­to­wano zbrod­nie nie­miec­kie w Pol­sce. Z obawą wspo­mi­nano pozo­sta­wione w kraju rodziny, wspo­mi­nano wła­sne nie­dawne dra­ma­tyczne prze­ży­cia.

Tak upły­nęły trzy doby, doby spo­kojne, nie zapo­wia­da­jące tra­gicz­nych wyda­rzeń.

Ranek 6 sierp­nia był jesz­cze pięk­niej­szy od poprzed­nich. Niebo bez chmurki, wspa­niała widocz­ność. Wiatr ucichł zupeł­nie, naj­lżej­szy nawet powiew nie mącił lustrza­nej tafli oce­anu.

Kapi­tan jak zwy­kle co rano wszedł do ste­rówki. Mocno już przy­grze­wa­jące słońce wyci­skało na skro­niach peł­nią­cej wachtę załogi drobne kro­pelki potu. Pierw­szy ofi­cer koń­czył wła­śnie wykre­śla­nie na mapie pozy­cji statku okre­ślo­nej o świ­cie z gwiazd.

-?To gdzie tam, panie Władku, wyszła pozy­cyjka? -?zagad­nął kapi­tan. - Czy tylko nie w bazy­lice Świę­tego Pio­tra? -?zażar­to­wał.

-?Ależ... -?żach­nął się Zyber. -?Wątpi pan w moje zdol­no­ści astro­na­wi­ga­cyjne? Pro­szę spoj­rzeć, pozy­cja na samym kur­sie!

-?A ile to nam jesz­cze mil zostało do Try­ni­dadu?

-?Tylko sto pięć, ale prze­ciętna pręd­kość w ciągu ostat­niej doby wynio­sła zale­d­wie dzie­więć węzłów.

-?W takim razie w Port of Spain będziemy nie wcze­śniej niż za dwa­na­ście godzin.

-?A może by pan tak poga­dał ze star­szym mecha­ni­kiem, niech dołoży kilka obro­tów. Myślę, że dzie­siątkę jeste­śmy w sta­nie wycią­gnąć.

-?Wąt­pię, panie Władku, wąt­pię. Dzie­sięć węzłów to nie­mal nasza mak­sy­malna pręd­kość. Sil­nik słaby... Co to jest osiem­set koni? A kadłub od czte­rech lat nie skro­bany.

-?Po tym rej­sie przy­da­łoby się na parę godzin wsko­czyć na dok...

-?Spró­bu­jemy, może się uda.

Wyszli na skrzy­dło mostku. Pod nimi, zawie­szeni na ste­lin­gach1, starsi mary­na­rze Ste­fan Budzisz i Seba­stian Miranda malo­wali for­szot nad­bu­dówki śród­o­krę­cia. Na dzio­bie raź­nym kro­kiem prze­mie­rzał pokład pierw­szy mecha­nik Wyglen­dacz. Pod bakiem mie­szał farby pół­nagi bos­man.

-?Bos­man! -?huk­nął z góry kapi­tan. -?Jak znaj­dzie pan chwilę, wpad­nij pan tu na górę.

-?Już idę, panie kapi­ta­nie! I tak mia­łem zaraz wpaść do pana.

-?A niech pan po dro­dze poprosi tu jesz­cze kucha­rza.

Nie minęło pięć minut, gdy oby­dwaj sta­nęli na mostku. Kucharz zzia­jany, w nie pierw­szej czy­sto­ści far­tu­chu, bos­man w kra­cia­stej koszuli, którą z pośpie­chem zapi­nał. Był to czło­wiek zdy­scy­pli­no­wany i cho­ciaż nie wie­rzył, że wszelka wła­dza pocho­dzi od Boga, to jed­nak dla wła­dzy sza­cu­nek miał. Nie zda­rzyło mu się ni­gdy, by sta­nął przed kapi­ta­nem roz­cheł­stany. Kapi­tan cenił go, Sta­sio Jerzy­kow­ski posia­dał bowiem nie­mal wszyst­kie zalety tak ważne wśród mary­na­rzy.

-?Panie kapi­ta­nie -?wypa­lił z miej­sca. -?Nosem czuję już ląd. Chciał­bym dzi­siaj puścić tro­chę wcze­śniej chło­pa­ków z roboty. Niech się ogarną. Tyrali przez te kilka dni jak dzi­kie osły.

-?To już, mój drogi, sprawa chiefa, a jeśli o mnie cho­dzi, to możesz ich puścić nawet zaraz -?Lewan­dow­ski pokle­pał Jerzy­kow­skiego po ple­cach.

-?No to jak, panie chief?

-?Oczy­wi­ście, sprawa zała­twiona, nie ma nawet o czym mówić.

-?A pan, panie sze­fie -?zwró­cił się kapi­tan do kucha­rza -?przy­go­tuje dzi­siaj wspa­niały obia­dek. Około czwar­tej po połu­dniu powin­ni­śmy być na miej­scu. Spo­dzie­wam się gości, któ­rych chciał­bym przy­jąć god­nie, po sta­ro­pol­sku.

-?Tak jest, panie kapi­ta­nie, wszystko już się robi. Obia­dek będzie, że palce lizać.

-?I pro­szę nie zapo­mnieć, że załoga też może mieć gości.

Na całym statku wrzało jak w ulu. Wszyst­kich ogar­nął zna­ko­mity nastrój. Pobli­ski port dawał schro­nie­nie, odprę­że­nie ner­wom napię­tym w cza­sie krót­kiej, lecz nie­bez­piecz­nej podróży. Nikt nie prze­czu­wał, że wła­śnie teraz nastąpi to, czego oba­wiali się od chwili wyj­ścia z Ama­zonki, a co gro­ziło im zresztą od początku wojny.

Za kilka godzin mieli być w por­cie. Drugi ofi­cer skoń­czył nie­dawno wachtę i wypo­czy­wał teraz w kabi­nie. Kupiona w Para książka pasjo­no­wała go, nie mógł się od niej ode­rwać. Czy­tał jesz­cze, gdy to nastą­piło.

Drugi mecha­nik oma­wiał w tym cza­sie z moto­rzy­stami sprawę remontu sil­nika głów­nego. Chciał w krót­kim postoju "zro­bić" jeden układ.

Trzeci mecha­nik, Wła­dy­sław Wró­blew­ski, spał w swo­jej kabi­nie. Były to dla niego ostat­nie chwile życia. Wtedy wła­śnie...

Kapitänleutnant Frie­drich Mar­kworth, dowódca nie­miec­kiego okrętu pod­wod­nego U-66, zde­cy­do­wał się wra­cać do bazy. W ciągu 46 dni swego pirac­kiego patrolu na Atlan­tyku zato­pił tylko jeden sta­tek jugo­sło­wiań­ski z ładun­kiem rudy man­ga­no­wej. Opusz­cza­jąc bazę w Lorient, nie myślał o takim powro­cie, marzył o suk­ce­sach, które roz­sła­wią jego imię, przy­spo­rzą odzna­czeń. Cho­lerny pech -?zaklął pół­gło­sem.

Okręt wolno posu­wał się wiel­kim zyg­za­kiem, zmie­niał kurs co kilka godzin. Pra­co­wał tylko jeden sil­nik, oszczę­dzano paliwo.

Zaczy­nało świ­tać. Mimo to okręt szedł na­dal po powierzchni. W każ­dej chwili mógł zostać wykryty przez samo­loty, obrzu­cony bom­bami. Mar­kworth jed­nak ryzy­ko­wał. Ten jeden marny jugo­sło­wiań­ski sta­tek nie zaspo­ka­jał ambi­cji 29-let­niego kapi­tana nie­miec­kiej Krieg­sma­rine. W sta­lo­wym ciel­sku 77-metro­wego cygara czy­hało jesz­cze 18 śmier­cio­no­śnych tor­ped. Żyw­no­ści też było pod dostat­kiem, wystar­czyć mogło jesz­cze na 50 dni. Ale załogę ogar­niała z każ­dym dniem coraz więk­sza apa­tia, przy­gnę­bia­jące znu­że­nie bez­czyn­no­ścią.

Na pomo­ście bojo­wym ofi­cer i trzech mary­na­rzy obser­wo­wali pil­nie hory­zont w wyzna­czo­nym 90-stop­nio­wym sek­to­rze. Od kilku godzin nic się nie zmie­niało. Cią­gle ten sam bez­kre­sny wodny obszar, przy­sło­nięty ciemną zasłoną nocy, prze­rze­dzoną teraz pobla­skiem nie­wi­docz­nej jesz­cze tar­czy wscho­dzą­cego słońca. Kapi­tan Mar­kworth sie­dział przy wła­zie kio­sku, pogrą­żony w myślach. Upa­jał się chło­dem poranka i czy­stym mor­skim powie­trzem. Nagle sto­jący tuż nad jego głową bos­man Funk krzyk­nął:

-?Sta­tek! Lewo dwa­dzie­ścia -?sta­tek!

Mar­kworth bły­ska­wicz­nie pode­rwał się i włą­czył klak­son alarmu bojo­wego.

Dreszcz emo­cji prze­biegł przez niego jak iskra.Jaką rolę zagrać mu wypad­nie -?zwie­rzyny czy myśli­wego?

-?Zanu­rze­nie pery­sko­powe! -?roz­ka­zał.

Wachta w mgnie­niu oka znik­nęła z pomo­stu.

Trza­snęła klapa włazu. Zamil­kły motory Die­sla, ucichł wen­ty­la­tor, huk­nęły odwietrz­niki bala­stów. Zagrały sil­niki elek­tryczne. Okręt zanu­rzał się na nie­wiel­kim try­mie dzio­bo­wym. Mar­kworth zsu­nął się do kio­sku. Włą­czył dźwi­gnię windy pery­skopu, z nie­cier­pli­wo­ścią cze­kał, aż zakoń­czona obiek­ty­wem rura podej­dzie do góry i prze­tnie lustro wody. Trzy­ma­jąc obu­rącz rączki gło­wicy, przy­warł oczami do oku­laru. Wresz­cie bły­snął migo­tliwy odblask fali. Dokład­nie omiótł wzro­kiem hory­zont.

Jest! Omal nie krzyk­nął z pod­nie­ce­nia. W kil­ka­krot­nie powięk­sza­ją­cym obiek­ty­wie maja­czył szary zarys masz­tów. Nie było wąt­pli­wo­ści, że jest to sta­tek towa­rowy. Mar­kworth natych­miast pod­jął decy­zję pogoni. Zanim jed­nak wydał roz­kazy, badał jesz­cze przez chwilę powierzch­nię morza. Ale tak jak prze­wi­dy­wał, eskorty nie było. Mógł spo­koj­nie przy­stą­pić do roz­wi­nię­cia ataku. Okre­ślił namiar oraz kąt kur­sowy swej przy­szłej ofiary i, krę­cąc gał­kami dal­mie­rza, odczy­tał odle­głość. Opu­ścił pery­skop.

-?Ster lewo na burtę! Zanu­rze­nie trzy­dzie­ści metrów! Oby­dwa sil­niki cała naprzód! Kurs trzy­sta czter­dzie­ści! Ata­ku­jemy! -?zako­men­de­ro­wał pośpiesz­nie.

Okręt jak pod­cięty sko­czył do przodu. Zale­gła pełna napię­cia cisza. Załogę ogar­nęła radość. Roz­po­czął się pościg! Naresz­cie zacznie się coś dziać! W zatło­czo­nej cen­trali sku­pione nad przy­rzą­dami twa­rze. U-66 wycho­dził przed tra­wers nad­pły­wa­ją­cego statku, wyprze­dzał go, zbli­żał się do jego kursu. Pły­nąc na peł­nych obro­tach, roz­wi­jał mak­sy­malną pręd­kość.

Po 30 minu­tach U-boot zatrzy­mał sil­niki i wyszedł na głę­bo­kość pery­sko­pową. Ostroż­nie wysu­nięto cie­niutki, pra­wie nie­wi­doczny na migo­tli­wej powierzchni wody, pery­skop bojowy.

Było już zupeł­nie widno. Sta­tek-cel lśnił w poran­nym słońcu, widoczny jak na dłoni.

-?No, już mi nie ujdzie -?mruk­nął Mar­kworth. -?Szkoda tylko, że taki mały. Wystar­czy jed­nak na pokrze­pie­nie moich chłop­ców -?pocie­szał się. - Poślę mu dwie tor­pedy. Cho­ciaż nawet jedna zmio­tłaby go z powierzchni, roze­rwała, zmiaż­dżyła -?szep­tał w pod­nie­ce­niu.

Sko­ry­go­wał pobrane poprzed­nio dane. Zastępca dowódcy, porucz­nik Silvert, obsłu­gu­jący kal­ku­la­tor strze­lań tor­pe­do­wych, obli­czył natych­miast ele­menty strzału: odle­głość, pręd­kość, kurs i kąt tra­fie­nia celu.

-?Kąt wyprze­dza­nia osiem stopni! -?zamel­do­wał.

Mar­kworth wybrał naj­bar­dziej dogodną pozy­cję ataku. Za rufą miał jasną tar­czę słońca, przed sobą oświe­tlony jej pro­mie­niami cel. Nasta­wił pery­skop na podany kąt i cze­kał, aż sta­tek wej­dzie na celow­nik.

-?Uwaga na apa­ra­tach trze­cim i czwar­tym -?podał przez mega­fon. - Zanu­rze­nie tor­ped dwa metry, odchy­le­nie żyro­skopu pół­tora stop­nia.

-?Uwaga na apa­ra­tach trze­cim i czwar­tym -?powtó­rzono roz­kaz. -?Trójka gotowa! Czwórka gotowa! -?zamel­do­wano.

Hydro­aku­styk poda­wał co chwilę namiary dźwię­kowe: 330..., 332..., 335..., 338...

Odle­głość pomię­dzy okrę­tem pod­wod­nym a stat­kiem coraz bar­dziej zmniej­szała się: cztery mile, trzy mile, dwie i pół, dwie... Stawa dzio­bowa już wcho­dzi na pio­nową skalę celow­nika.

-?Tor­pedo los!!! -?padł ocze­ki­wany z takim napię­ciem przez załogę U-boota roz­kaz.

Okręt zadrżał raz i drugi. W prze­dzia­łach wzro­sło gwał­tow­nie ciśnie­nie powie­trza. Dziób uniósł się nieco w górę i pozo­stał tak przez chwilę, zanim woda wypeł­niła opróż­nione wyrzut­nie. Dwa śmier­cio­no­śne cygara pomknęły do celu.

* * *

Potężny wybuch wstrzą­snął stat­kiem. Posy­pały się szyby, zadzwo­niły odłamki, buch­nęły kłęby dymu i pary, zakrztu­sił się i sta­nął motor. S/s "Roze­wie" tonął szybko. Tor­peda tra­fiła w śro­dek kadłuba -?tuż przy maszy­nowni -?roz­darła prawą burtę, zmiaż­dżyła kabiny dru­giego ofi­cera i trze­ciego mecha­nika, znisz­czyła i zmio­tła do wody sza­lupę. Druga na szczę­ście minęła cel. Sta­tek, prący jesz­cze naprzód siłą roz­pędu, bły­ska­wicz­nie pogrą­żał się w sko­tło­wa­nej wodzie. Kapi­tan, pchnięty podmu­chem, zwa­lił się na mostku. Był ranny, odłamki szkła ska­le­czyły mu dło­nie i twarz, po szyi spły­wał cie­pły stru­myk krwi. Trzy­ma­jąc się szo­tów, wyszedł na pokład. Mary­na­rze w pośpie­chu spy­chali lewą sza­lupę. Za chwilę mogło być za późno: "Roze­wie" chy­liło się na burtę, woda się­gała relin­gów. Nie było już dla statku ratunku. Zła­mane maszty, zerwany takie­lu­nek, deski, bre­zent, liny -?skłę­bione na pokła­dzie. Z roz­bi­tych zbior­ni­ków sze­roką plamą roz­lała się ropa, syczały zalane wodą roz­grzane kotły. Lżej ranni stali przy sza­lu­pie. Na deskach pokładu wył z bólu popa­rzony palacz. Ktoś spóź­niony biegł jesz­cze przez pokład.

-?Sza­lupa za burtę! Opusz­czamy sta­tek! -?zde­cy­do­wał kapi­tan. -?Poli­czyć, ilu nas jest! Spraw­dzić, czy ktoś nie został!

-?Spraw­dzone! -?krzyk­nęło kilku jed­no­cze­śnie. -?Jest nas czter­na­stu, trzech bra­kuje. Dwóch zabi­tych, a star­szy mecha­nik zagi­nął.

Spraw­dzić jesz­cze raz! -?przez głowę prze­mknęła bły­ska­wiczna myśl. Ale to już było nie­moż­liwe.

-?Panie kapi­ta­nie, sza­lupa gotowa do opusz­cze­nia! Na co pan czeka?

Wszy­scy byli w sza­lu­pie. Tylko kapi­tan został na pokła­dzie. Blady, z pokrwa­wioną twa­rzą, patrzył na swój tonący sta­tek. Na rufie lufa działa uno­siła się ku niebu jak groź­nie wznie­siona pięść. Dziób zalała już woda. Waliła przez wyrwę w pra­wej bur­cie śród­o­krę­cia, tam, gdzie jesz­cze przed chwilą była kabina, gdzie drugi ofi­cer Andrzej Skar­żyń­ski odczy­ty­wał ostatni roz­dział zaku­pio­nej w Para książki. Woda wdarła się do kabiny, w któ­rej zasłu­żo­nym snem spał trzeci mecha­nik Wła­dy­sław Wró­blew­ski.

Więc to już koniec -?pomy­ślał kapi­tan. -?Więc trzeba roz­stać się z "Roze­wiem"... Bez walki, bez wystrzału nawet. Zgi­nęło mi trzech ludzi, ginie sta­tek, U-boot odcho­dzi bez­kar­nie. A może, zwa­biony łatwą zdo­by­czą, wyj­dzie na powierzch­nię, może zechce nasy­cić oczy ago­nią ofiary? A wtedy... -?w sko­ła­ta­nej gło­wie kapi­tana bły­snęła nowa myśl. - Wtedy można by go jesz­cze dosię­gnąć!

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki