Trzecia torpeda
-?Kapitanie, za godzinę opuści pan port. Zgodnie z instrukcją uda się
pan najkrótszą drogą do Trynidadu. A ściślej mówiąc, do Port of Spain na
Trynidadzie. Dalsze polecenia znajdują się w tej kopercie -?mężczyzna
podał kapitanowi niewielki pakiecik. -?Proszę załatwić resztę
formalności, uzupełnić prowiant, zawiadomić załogę i pomyślnych wiatrów.
Komandor Gordon, sprawujący obowiązki komendanta brazylijskiego portu
Para, leżącego w ujściu Amazonki, uścisnął dłoń kapitana Jerzego
Lewandowskiego, dając tym samym znać, że rozmowa skończona.
-?Jasna cholera! -?zaklął Lewandowski, gdy znalazł się już na ulicy. -
Nie mogli nas wcześniej zawiadomić? Niech to wszyscy diabli...
Późnym wieczorem, w niedzielę 2 sierpnia 1942 r., s/s "Rozewie" opuścił
port Para, by popłynąć z biegiem Amazonki do Atlantyku. Na pokładzie
znajdowało się prócz kapitana Jerzego Lewandowskiego 16 członków załogi:
pierwszy oficer Władysław Zyber, drugi oficer Andrzej Skarżyński,
pierwszy mechanik Brunon Wyglendacz, drugi mechanik Władysław Paprocki,
trzeci mechanik Władysław Wróblewski, bosman Stanisław Jerzykowski,
trzej starsi marynarze, cieśla, kucharz, trzech smarowników, w tym dwóch
Brazylijczyków, młodszy kucharz i chłopak okrętowy, obydwaj także
obywatele brazylijscy.
Statek wiózł do Nowego Jorku ładunek ponad 800 ton gumy i kakao. Dopiero
od Trynidadu -?gdzie kończył się pierwszy etap podróży -?miał wejść w skład dużego konwoju chronionego przez jednostki wojenne. Żegluga w tej
części Atlantyku była dość spokojna, "wilcze stada" U-bootów grasowały
bowiem przeważnie na Morzu Karaibskim. Kierownictwo War Transport w Para
postanowiło więc wysłać "Rozewie" w samotną podróż, która trwać miała,
przy sprzyjającej pogodzie, nie więcej niż pięć dni. A pogoda dopisywała
jak na zamówienie. Dni były słoneczne, noce widne, gwieździste. Huśtane
spokojnym pasatem, nieprzekraczającym 2 stopni w skali Beauforta, morze
lekko falowało.
W dzień wolna od wachty załoga zaglądała na mostek, gdzie rozprawiano o polityce i ostatnich wydarzeniach szalejącej wojny. Komentowano zbrodnie
niemieckie w Polsce. Z obawą wspominano pozostawione w kraju rodziny,
wspominano własne niedawne dramatyczne przeżycia.
Tak upłynęły trzy doby, doby spokojne, nie zapowiadające tragicznych
wydarzeń.
Ranek 6 sierpnia był jeszcze piękniejszy od poprzednich. Niebo bez
chmurki, wspaniała widoczność. Wiatr ucichł zupełnie, najlżejszy nawet
powiew nie mącił lustrzanej tafli oceanu.
Kapitan jak zwykle co rano wszedł do sterówki. Mocno już przygrzewające
słońce wyciskało na skroniach pełniącej wachtę załogi drobne kropelki
potu. Pierwszy oficer kończył właśnie wykreślanie na mapie pozycji
statku określonej o świcie z gwiazd.
-?To gdzie tam, panie Władku, wyszła pozycyjka? -?zagadnął kapitan. -
Czy tylko nie w bazylice Świętego Piotra? -?zażartował.
-?Ależ... -?żachnął się Zyber. -?Wątpi pan w moje zdolności
astronawigacyjne? Proszę spojrzeć, pozycja na samym kursie!
-?A ile to nam jeszcze mil zostało do Trynidadu?
-?Tylko sto pięć, ale przeciętna prędkość w ciągu ostatniej doby
wyniosła zaledwie dziewięć węzłów.
-?W takim razie w Port of Spain będziemy nie wcześniej niż za dwanaście
godzin.
-?A może by pan tak pogadał ze starszym mechanikiem, niech dołoży kilka
obrotów. Myślę, że dziesiątkę jesteśmy w stanie wyciągnąć.
-?Wątpię, panie Władku, wątpię. Dziesięć węzłów to niemal nasza
maksymalna prędkość. Silnik słaby... Co to jest osiemset koni? A kadłub
od czterech lat nie skrobany.
-?Po tym rejsie przydałoby się na parę godzin wskoczyć na dok...
-?Spróbujemy, może się uda.
Wyszli na skrzydło mostku. Pod nimi, zawieszeni na
stelingach1, starsi marynarze Stefan Budzisz i Sebastian
Miranda malowali forszot nadbudówki śródokręcia. Na dziobie raźnym
krokiem przemierzał pokład pierwszy mechanik Wyglendacz. Pod bakiem
mieszał farby półnagi bosman.
-?Bosman! -?huknął z góry kapitan. -?Jak znajdzie pan chwilę, wpadnij
pan tu na górę.
-?Już idę, panie kapitanie! I tak miałem zaraz wpaść do pana.
-?A niech pan po drodze poprosi tu jeszcze kucharza.
Nie minęło pięć minut, gdy obydwaj stanęli na mostku. Kucharz zziajany,
w nie pierwszej czystości fartuchu, bosman w kraciastej koszuli, którą z pośpiechem zapinał. Był to człowiek zdyscyplinowany i chociaż nie
wierzył, że wszelka władza pochodzi od Boga, to jednak dla władzy
szacunek miał. Nie zdarzyło mu się nigdy, by stanął przed kapitanem
rozchełstany. Kapitan cenił go, Stasio Jerzykowski posiadał bowiem
niemal wszystkie zalety tak ważne wśród marynarzy.
-?Panie kapitanie -?wypalił z miejsca. -?Nosem czuję już ląd. Chciałbym
dzisiaj puścić trochę wcześniej chłopaków z roboty. Niech się ogarną.
Tyrali przez te kilka dni jak dzikie osły.
-?To już, mój drogi, sprawa chiefa, a jeśli o mnie chodzi, to możesz ich
puścić nawet zaraz -?Lewandowski poklepał Jerzykowskiego po plecach.
-?No to jak, panie chief?
-?Oczywiście, sprawa załatwiona, nie ma nawet o czym mówić.
-?A pan, panie szefie -?zwrócił się kapitan do kucharza -?przygotuje
dzisiaj wspaniały obiadek. Około czwartej po południu powinniśmy być na
miejscu. Spodziewam się gości, których chciałbym przyjąć godnie, po
staropolsku.
-?Tak jest, panie kapitanie, wszystko już się robi. Obiadek będzie, że
palce lizać.
-?I proszę nie zapomnieć, że załoga też może mieć gości.
Na całym statku wrzało jak w ulu. Wszystkich ogarnął znakomity nastrój.
Pobliski port dawał schronienie, odprężenie nerwom napiętym w czasie
krótkiej, lecz niebezpiecznej podróży. Nikt nie przeczuwał, że właśnie
teraz nastąpi to, czego obawiali się od chwili wyjścia z Amazonki, a co
groziło im zresztą od początku wojny.
Za kilka godzin mieli być w porcie. Drugi oficer skończył niedawno
wachtę i wypoczywał teraz w kabinie. Kupiona w Para książka pasjonowała
go, nie mógł się od niej oderwać. Czytał jeszcze, gdy to nastąpiło.
Drugi mechanik omawiał w tym czasie z motorzystami sprawę remontu
silnika głównego. Chciał w krótkim postoju "zrobić" jeden układ.
Trzeci mechanik, Władysław Wróblewski, spał w swojej kabinie. Były to
dla niego ostatnie chwile życia. Wtedy właśnie...
Kapitänleutnant Friedrich Markworth, dowódca niemieckiego okrętu
podwodnego U-66, zdecydował się wracać do bazy. W ciągu 46 dni swego
pirackiego patrolu na Atlantyku zatopił tylko jeden statek
jugosłowiański z ładunkiem rudy manganowej. Opuszczając bazę w Lorient,
nie myślał o takim powrocie, marzył o sukcesach, które rozsławią jego
imię, przysporzą odznaczeń. Cholerny pech -?zaklął półgłosem.
Okręt wolno posuwał się wielkim zygzakiem, zmieniał kurs co kilka
godzin. Pracował tylko jeden silnik, oszczędzano paliwo.
Zaczynało świtać. Mimo to okręt szedł nadal po powierzchni. W każdej
chwili mógł zostać wykryty przez samoloty, obrzucony bombami. Markworth
jednak ryzykował. Ten jeden marny jugosłowiański statek nie zaspokajał
ambicji 29-letniego kapitana niemieckiej Kriegsmarine. W stalowym
cielsku 77-metrowego cygara czyhało jeszcze 18 śmiercionośnych torped.
Żywności też było pod dostatkiem, wystarczyć mogło jeszcze na 50 dni.
Ale załogę ogarniała z każdym dniem coraz większa apatia, przygnębiające
znużenie bezczynnością.
Na pomoście bojowym oficer i trzech marynarzy obserwowali pilnie
horyzont w wyznaczonym 90-stopniowym sektorze. Od kilku godzin nic się
nie zmieniało. Ciągle ten sam bezkresny wodny obszar, przysłonięty
ciemną zasłoną nocy, przerzedzoną teraz poblaskiem niewidocznej jeszcze
tarczy wschodzącego słońca. Kapitan Markworth siedział przy włazie
kiosku, pogrążony w myślach. Upajał się chłodem poranka i czystym
morskim powietrzem. Nagle stojący tuż nad jego głową bosman Funk
krzyknął:
-?Statek! Lewo dwadzieścia -?statek!
Markworth błyskawicznie poderwał się i włączył klakson alarmu bojowego.
Dreszcz emocji przebiegł przez niego jak iskra.Jaką rolę zagrać mu
wypadnie -?zwierzyny czy myśliwego?
-?Zanurzenie peryskopowe! -?rozkazał.
Wachta w mgnieniu oka zniknęła z pomostu.
Trzasnęła klapa włazu. Zamilkły motory Diesla, ucichł wentylator,
huknęły odwietrzniki balastów. Zagrały silniki elektryczne. Okręt
zanurzał się na niewielkim trymie dziobowym. Markworth zsunął się do
kiosku. Włączył dźwignię windy peryskopu, z niecierpliwością czekał, aż
zakończona obiektywem rura podejdzie do góry i przetnie lustro wody.
Trzymając oburącz rączki głowicy, przywarł oczami do okularu. Wreszcie
błysnął migotliwy odblask fali. Dokładnie omiótł wzrokiem horyzont.
Jest! Omal nie krzyknął z podniecenia. W kilkakrotnie powiększającym
obiektywie majaczył szary zarys masztów. Nie było wątpliwości, że jest
to statek towarowy. Markworth natychmiast podjął decyzję pogoni. Zanim
jednak wydał rozkazy, badał jeszcze przez chwilę powierzchnię morza. Ale
tak jak przewidywał, eskorty nie było. Mógł spokojnie przystąpić do
rozwinięcia ataku. Określił namiar oraz kąt kursowy swej przyszłej
ofiary i, kręcąc gałkami dalmierza, odczytał odległość. Opuścił
peryskop.
-?Ster lewo na burtę! Zanurzenie trzydzieści metrów! Obydwa silniki cała
naprzód! Kurs trzysta czterdzieści! Atakujemy! -?zakomenderował
pośpiesznie.
Okręt jak podcięty skoczył do przodu. Zaległa pełna napięcia cisza.
Załogę ogarnęła radość. Rozpoczął się pościg! Nareszcie zacznie się coś
dziać! W zatłoczonej centrali skupione nad przyrządami twarze. U-66
wychodził przed trawers nadpływającego statku, wyprzedzał go, zbliżał
się do jego kursu. Płynąc na pełnych obrotach, rozwijał maksymalną
prędkość.
Po 30 minutach U-boot zatrzymał silniki i wyszedł na głębokość
peryskopową. Ostrożnie wysunięto cieniutki, prawie niewidoczny na
migotliwej powierzchni wody, peryskop bojowy.
Było już zupełnie widno. Statek-cel lśnił w porannym słońcu, widoczny
jak na dłoni.
-?No, już mi nie ujdzie -?mruknął Markworth. -?Szkoda tylko, że taki
mały. Wystarczy jednak na pokrzepienie moich chłopców -?pocieszał się. -
Poślę mu dwie torpedy. Chociaż nawet jedna zmiotłaby go z powierzchni,
rozerwała, zmiażdżyła -?szeptał w podnieceniu.
Skorygował pobrane poprzednio dane. Zastępca dowódcy, porucznik Silvert,
obsługujący kalkulator strzelań torpedowych, obliczył natychmiast
elementy strzału: odległość, prędkość, kurs i kąt trafienia celu.
-?Kąt wyprzedzania osiem stopni! -?zameldował.
Markworth wybrał najbardziej dogodną pozycję ataku. Za rufą miał jasną
tarczę słońca, przed sobą oświetlony jej promieniami cel. Nastawił
peryskop na podany kąt i czekał, aż statek wejdzie na celownik.
-?Uwaga na aparatach trzecim i czwartym -?podał przez megafon. -
Zanurzenie torped dwa metry, odchylenie żyroskopu półtora stopnia.
-?Uwaga na aparatach trzecim i czwartym -?powtórzono rozkaz. -?Trójka
gotowa! Czwórka gotowa! -?zameldowano.
Hydroakustyk podawał co chwilę namiary dźwiękowe: 330..., 332...,
335..., 338...
Odległość pomiędzy okrętem podwodnym a statkiem coraz bardziej
zmniejszała się: cztery mile, trzy mile, dwie i pół, dwie... Stawa
dziobowa już wchodzi na pionową skalę celownika.
-?Torpedo los!!! -?padł oczekiwany z takim napięciem przez załogę
U-boota rozkaz.
Okręt zadrżał raz i drugi. W przedziałach wzrosło gwałtownie ciśnienie
powietrza. Dziób uniósł się nieco w górę i pozostał tak przez chwilę,
zanim woda wypełniła opróżnione wyrzutnie. Dwa śmiercionośne cygara
pomknęły do celu.
* * *
Potężny wybuch wstrząsnął statkiem. Posypały się szyby, zadzwoniły
odłamki, buchnęły kłęby dymu i pary, zakrztusił się i stanął motor. S/s
"Rozewie" tonął szybko. Torpeda trafiła w środek kadłuba -?tuż przy
maszynowni -?rozdarła prawą burtę, zmiażdżyła kabiny drugiego oficera i trzeciego mechanika, zniszczyła i zmiotła do wody szalupę. Druga na
szczęście minęła cel. Statek, prący jeszcze naprzód siłą rozpędu,
błyskawicznie pogrążał się w skotłowanej wodzie. Kapitan, pchnięty
podmuchem, zwalił się na mostku. Był ranny, odłamki szkła skaleczyły mu
dłonie i twarz, po szyi spływał ciepły strumyk krwi. Trzymając się
szotów, wyszedł na pokład. Marynarze w pośpiechu spychali lewą szalupę.
Za chwilę mogło być za późno: "Rozewie" chyliło się na burtę, woda
sięgała relingów. Nie było już dla statku ratunku. Złamane maszty,
zerwany takielunek, deski, brezent, liny -?skłębione na pokładzie. Z rozbitych zbiorników szeroką plamą rozlała się ropa, syczały zalane wodą
rozgrzane kotły. Lżej ranni stali przy szalupie. Na deskach pokładu wył
z bólu poparzony palacz. Ktoś spóźniony biegł jeszcze przez pokład.
-?Szalupa za burtę! Opuszczamy statek! -?zdecydował kapitan. -?Policzyć,
ilu nas jest! Sprawdzić, czy ktoś nie został!
-?Sprawdzone! -?krzyknęło kilku jednocześnie. -?Jest nas czternastu,
trzech brakuje. Dwóch zabitych, a starszy mechanik zaginął.
Sprawdzić jeszcze raz! -?przez głowę przemknęła błyskawiczna myśl. Ale
to już było niemożliwe.
-?Panie kapitanie, szalupa gotowa do opuszczenia! Na co pan czeka?
Wszyscy byli w szalupie. Tylko kapitan został na pokładzie. Blady, z pokrwawioną twarzą, patrzył na swój tonący statek. Na rufie lufa działa
unosiła się ku niebu jak groźnie wzniesiona pięść. Dziób zalała już
woda. Waliła przez wyrwę w prawej burcie śródokręcia, tam, gdzie jeszcze
przed chwilą była kabina, gdzie drugi oficer Andrzej Skarżyński
odczytywał ostatni rozdział zakupionej w Para książki. Woda wdarła się
do kabiny, w której zasłużonym snem spał trzeci mechanik Władysław
Wróblewski.
Więc to już koniec -?pomyślał kapitan. -?Więc trzeba rozstać się z "Rozewiem"... Bez walki, bez wystrzału nawet. Zginęło mi trzech ludzi,
ginie statek, U-boot odchodzi bezkarnie. A może, zwabiony łatwą
zdobyczą, wyjdzie na powierzchnię, może zechce nasycić oczy agonią
ofiary? A wtedy... -?w skołatanej głowie kapitana błysnęła nowa myśl. -
Wtedy można by go jeszcze dosięgnąć!
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki