Trzecia strona medalu - Dariusz Baliszewski

Reflow text when sidebars are open.
Spis treści
Okładka
Skrzydełko
Arsenał
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
Część I. Obrazy polskie
Początki Polska niepodległość Polski kryzys Polska mądrość Polskie państwo Polskie lustracje Polski nacjonalizm Polska choroba Polskie chamy i warchoły Polscy sprawiedliwi Polskie wybory Polska krew Polska dusza Polska piękna historia Narodziny legendyCzęść II. Obrazy rosyjsko-niemieckie
Katyń i wojna Anty-Katyń Pokochać Rosję Moskiewska defilada Układy Ribbentrop-Mołotow Dobrzy Niemcy Niemieccy zbrodniarzeCzęść III. Batalistyka innych bitew
Wojna, której nie było Wyzwolenie opuszczonego miasta Wyzwolenie zlikwidowanego obozu Wiele bitew o Westerplatte Niewypowiedziana wojna Powstanie, którego nie planowano Dywizja, o której zapomnianoCzęść IV. Obrazki z życia Muszkieterów
Misja Muszkieterów Twórca Muszkieterów Koniec świata Muszkieterów Ofiara MuszkieterówCzęść V. Portrety z historią w tle
Portret Historyka Człowiek z medalikiem w ustach Portret zwykłego zbrodniarza Portret rzekomego warchoła Generał, który nie miał szczęścia Portret dziennikarza Portret dyplomaty Marcysia Milcząca generał Zo Portret powstańczego dowódcy Portret człowieka pracy Generał i zdrada Anoda - portret pośmiertny Pułkownik Steifer Generał Olszyna-Wilczyński Wallenberg - portret pamięciowy Jerzy Zawieyski przy oknie Portret wielokrotnego agenta Polityk bez krawata Portret ministra, który stracił Polskę Zabójca i ministerW przygotowaniu w serii ARSENAŁ
Skrzydełko
Okładka
Polskie państwo
Dla Polaka państwo jest wartością najwyższą. Ściślej biorąc, nie tyle państwo, bo Polak tego pojęcia zdaje się nie rozumieć, ile Ojczyzna. "Ojczyznę wolną racz nam zwrócić, Panie...". Tak Polaka nauczono i tak śpiewał przez wieki. Prawdę mówiąc, w przekroju historii nowożytnej Polak częściej śpiewał o własnym państwie, niż je miał. Śpiewał przez 123 lata po upadku I Rzeczypospolitej, śpiewał w latach wojny, po upadku II RP i śpiewał przez 45 lat tzw. Peerelu. Lecz ilekroć Pan, niewątpliwie używając do tego celu cudów, zwracał Polakowi jego ojczyznę, tylekroć już po kilku latach, gdy tylko obeschły łzy niepodległego wzruszenia, odzyskane państwo stawało się dla Polaków wspólnym kłopotem i wspólnym problemem. Tak działo się w początkach lat 20. ubiegłego wieku, gdy młode państwo polskie potrafiło obronić się przed bolszewicką nawałą, a nie potrafiło ustrzec się przed wewnętrzną, polityczną anarchią. Tak działo się w dobie Peerelu, gdy: "...to nie zbroja okazała się dla wielu zbyt ciężka, a tylko serca zbyt lekkie..." (a może ręce zbyt lepkie...), tak wreszcie, wydaje się, dzieje się także dzisiaj, gdy coraz więcej Polaków wyraźnie odwraca się od własnego państwa, a każdy, kto jeszcze potrafi udźwignąć swój los, albo wyjeżdża, albo już wyjechał, albo intensywnie uczy się języków, by wyjechać. Wyjeżdżają lekarze, pielęgniarki, hydraulicy, informatycy, wyjeżdżają młodzi, wykształceni, najzdolniejsi i najbardziej rzutcy. Wyjeżdżają, jak w wieku XIX, jak w wieku XX, uciekają jak z Peerelu. Wszyscy z przekonaniem, że tu się nie da żyć. Co to więc za państwo, z którego ludzie uciekają? To, jeśli się uważniej przyjrzeć, tylko mniej więcej państwo. I już na pierwszy rzut oka widać, że gdzieś w tej historii tkwi błąd. Być może pierworodny błąd każdej polskiej niepodległości.
Dla Polaka pojęcie państwa jest, jak się wydaje, pojęciem ideologicznym. Jest to albo owa cudem odzyskana Ojczyzna, albo system instytucji porządkujących, z których składa się aparat przymusu. Tym samym stosunek Polaka do własnego państwa jest wiecznie schizofreniczny. Z jednej strony, świat nie zna patriotów większych niż Polacy, z drugiej zaś, trudno o naród nastawiony bardziej antypaństwowo. Przykłady można by mnożyć. Lecz nie w tym rzecz. Rzecz w tym, że Polak z jakichś historycznych powodów nie umie myśleć o swoim państwie w kategoriach technicznych i czysto utylitarnych. Jak choćby Anglik, który także kocha swoją ojczyznę, lecz państwo traktuje jak zwyczajny dom, w którym się zamieszkuje. Bywa, że jest to dom przestronny, o większej powierzchni, bywa, że przestrzeń tę trzeba ograniczyć. Bywa, że państwa w państwie jest więcej, a bywa, że mniej. Dla wielu narodów jest to oczywiste i zrozumiałe. W latach wojny Anglicy, przyzwyczajeni do minimum państwa na co dzień, bez słowa sprzeciwu pogodzili się z dyktaturą wojennego gabinetu Churchilla, by następnie odrzucić tego Churchilla jak zużyty mundur, gdy wojna dobiegała końca. Dla Polaka każda próba reformy własnego państwa natychmiast brzydko pachnie zamachem na państwo. Wystarczy przypomnieć niechlubną historię I Rzeczypospolitej, która upadła, Polacy bowiem nie umieli porozumieć się w podstawowej kwestii, ile ma być państwa w państwie. Było to państwo słabe. Można powiedzieć, nie było go w ogóle. Przez ziemie Rzeczypospolitej przewalały się w tę i z powrotem tabuny obcych wojsk, grabiąc, gwałcąc i niszcząc. Nie miał ich kto powstrzymać, a jeśli nawet miał kto, to nie miał czym. Siły obronne państwa, czyli tzw. pospolite ruszenie, przerywały sobie wojnę, bo zbliżał się np. czas żniw, które dla każdego gospodarza wydawały się ważniejsze niż państwo. Sejmy obradowały miesiącami, by kończyć się niczym, skoro w imię złotej wolności i demokracji każdy szlachcic swoim sprzeciwem mógł powstrzymać każdy, choćby najmniejszy, plan naprawy Rzeczypospolitej. Nieopłacani funkcjonariusze i urzędnicy owego państwa, nie mogąc czerpać z pustej kasy państwowej, bez wahania i żenady przyjmowali wynagrodzenie od obcych, czy to od carycy, czy to od cesarzowej, czy to od króla pruskiego. Polska stała nierządem i w drugiej połowie XVIII wieku rozległo się polskie wołanie o więcej państwa. Polskie wołanie o stałą armię, o prawa człowieka, o skarb narodowy. Jak wiadomo, skuteczniejszy okazał się głos Targowicy, zwolenników słabego państwa i obrońców rzekomej złotej wolności. Maleńkie, ledwie dwumilionowe Prusy, ze swoim znakomicie sprawnym państwem, okazały się potęgą wobec pięciokrotnie większej, za to zupełnie niewydolnej Polski. Caryca Katarzyna II kazała tron królów polskich przerobić sobie na krzesło sedesowe. I tyle z Polski zostało...
W II Rzeczypospolitej od początku państwa było wyraźnie za mało. Dramatycznie słaba i niewydolna była władza wykonawcza, równie niewydolna władza ustawodawcza prowadząca do rządów sejmokracji, czyli do państwowego nierządu z jego wszystkimi korupcyjnymi skutkami. Aby wzmocnić i aby, jak wówczas mówiono, uzdrowić państwo, marszałek Piłsudski zdecydował się na zamach stanu, który przeszedł do historii jako zamach majowy. Lecz nie jest tajemnicą, że w owym 1926 roku do podobnego zamachu przygotowywała się i endecja, i generał Sikorski, a nawet partie chłopskie z Wincentym Witosem. Wszyscy widzieli potrzebę ratowania ojczyzny, wszyscy - drogą ograniczenia wolności i wzmocnienia państwa, lecz gdy tylko jeden się zdecydował i uratował, wszyscy pozostali opowiedzieli się i przeciwko autorowi, i przeciwko drodze zamachu. Gdyby Polacy rozumieli, czym jest państwo, i cokolwiek choćby rozumieli z własnej historii, to, jak sądzę, choćby dzisiaj, dzień 12 maja - dzień polskiej najwyższej odwagi, rozsądku politycznego i odpowiedzialności za własne państwo - ustanowiliby swym najważniejszym świętem państwowym. Po owym 12 maja 1926 roku w międzywojennej Polsce państwa pojawiło się jakże więcej. I choć można było się śmiać ze sławojek zarządzonych przez premiera Sławoja Składkowskiego, choć można było wykpiwać lotne kontrole wojewodów w starostwach i gminach, po których opieszali urzędnicy tracili ciepłe posadki, to jednocześnie trudno zaprzeczyć, że obraz Polski w nowym państwie zmieniał się w oczach. Ograniczenie wolności wyraźnie sprzyjało zarówno życiu gospodarczemu, jak i dziełu reformy Polski i dziełu stworzenia nowego obywatela. W efekcie powstało silniejsze państwo, choć nadal słabe ekonomicznie i zacofane cywilizacyjnie. I nie mogło być inaczej, skoro za naszymi granicami powstawały totalitarne państwowe potęgi, nieukrywające wrogich zamiarów wobec Polski. Jak wiadomo, także ta Rzeczypospolita upadła, lecz w odróżnieniu od pierwszej upadła już nie z własnej winy i nie z własnej głupoty.
PRL była karykaturą państwa, ale przecież państwa, z całym aparatem przymusu, z całą policyjną, militarną i propagandową potęgą wciskającą się w życie każdego obywatela. Polacy nauczyli się z tym żyć i nauczyli się z tego śmiać. Niestety jednak, zupełnie oduczyli się myślenia o własnym państwie, o przestrzeni jego wolności, o instytucjonalnych gwarancjach jego sprawności i bezpieczeństwa. Co zaś ważniejsze, jak się wydaje, zupełnie zagubili odruchy obywatelskie i propaństwowe, które kiedyś zdołała zaszczepić w nich Polska Piłsudskiego. Gdy więc dobry Bóg w 1989 roku po raz kolejny sprawiał nam cud wolności, jednocześnie otrzymywaliśmy w wianie po PRL-u ową karykaturę państwa postkomunistycznego, z karykaturą armii, władzy sądowniczej, stosunków własnościowych, instytucji wykonawczych i kontrolnych państwa. I być może nic by się nie stało, gdyby nie fakt, że zamiast zabrać się do tworzenia państwa, myśmy w istocie zaadaptowali to stare. Ze starą kadrą, starą administracją, starą ideologią, szumnie nazywając mniej lub bardziej udolny remont - transformacją. Kiedyś pewnie historia osądzi, czy na pewno nieuchronną ceną owej transformacji musiały okazać się 3 miliony bezrobotnych Polaków, zahamowanie budownictwa mieszkaniowego czy komunikacyjnego i pauperyzacja zwyczajnych ludzi, których dzisiaj 300 tysięcy rocznie opuszcza Polskę w przekonaniu, że tu już nic ich nie czeka. I kiedyś pewnie historia oceni, czy tego państwa mieliśmy w dobie dzisiejszej transformacji za mało, czy zbyt wiele.
Tymczasem zdaje się nie ulegać wątpliwości, że po raz kolejny w naszej trudnej polskiej historii popełniliśmy jakiś błąd. Być może ten sam, który zdarzył się nam w roku 1918. Błąd złej ordynacji wyborczej, a tym samym błąd złej reprezentacji politycznej narodu. Błąd niewłaściwych ludzi o wątpliwych kompetencjach i nie mniej wątpliwych zaletach umysłów i charakterów, w których niesprawne i nie zawsze, jak się okazuje, czyste ręce składamy nasze nadzieje i nasze polskie losy. Błąd konstrukcji władzy, w której Sejm jest w istocie najwyższą izbą pamięci narodowej, skupiając w swym składzie jakieś kanapowe, historyczne, klasowe partie, niemające w istocie żadnego rzeczywistego zaplecza społecznego. Jakieś partie chłopskie, jakieś partie postendeckie czy jakieś partie anarchistyczne. Trudno się potem dziwić, że w takim Sejmie najmniej myśli się i mówi o państwie, i trudno się dziwić, że przy takim Sejmie, polska aktywność obywatelska z każdym kolejnym rokiem niepodległości pozostawia coraz więcej do życzenia.
Być może bowiem prawdziwy podział polskich poglądów politycznych od dawna już nie przebiega wzdłuż iluzorycznej linii podziałów klasowych, na jakieś lewice czy jakieś prawice, a rzeczywista linia podziału przebiega między tymi, którzy chcą więcej, a tymi, którzy chcą mniej państwa. I być może sala polskiego Sejmu nie powinna przypominać areny teatralnej lub cyrkowej, a winna zostać przebudowana tak, by, jak w Wielkiej Brytanii, posłowie, patrząc sobie w oczy, mówili, czego chcą dla swego państwa i dlaczego.
Na historycznej drodze żadnego narodu nie ma żadnych drogowskazów, które podpowiadałyby, w którą stronę należy podążać. Nie ma też żadnych znaków, które ostrzegałyby przed grożącymi niebezpieczeństwami i katastrofami. I nie ma tabliczki z napisem: "przepaść...!". W historii Polski kilka razy zdarzyło się, że zdołaliśmy uniknąć katastrofy. Ci, którym to zawdzięczamy, budowali państwo nie dla władzy i nie dla własnej pychy. Żądali więcej państwa lub mniej państwa dla dobra tego państwa i dla dobra swego narodu. Żądali, przewidując bieg historii i nieuchronność przyszłych zdarzeń. Lecz dzisiaj, jak się zdaje, projekcja politycznej wyobraźni ludzi polityki sprowadza się jedynie do zagadnienia, kto kogo... załatwi. I nikt już nie wie po co...
Być może więc ów pierworodny, odwieczny błąd polskiej niepodległości sprowadza się do tego, co najprościej zapisał niegdyś Roman Dmowski: "To, co przez tyle pokoleń zabagniało, nie da się oczyścić przez fakt odbudowania państwa. Trzeba odbudować duszę narodu...".
Polskie lustracje
Polska historia częściej stawia pytania, niż na nie odpowiada. Pytanie o sens lustracji polska historia stawiała już wielokrotnie. W gruncie rzeczy w każdej swojej Rzeczypospolitej. Ci, którzy wierzą w wyjątkowość naszych czasów i w szczególny dramatyzm naszych pytań oraz naszych problemów, widać zupełnie zapomnieli, że u schyłku I Rzeczypospolitej pytania o lustrację, o prawdę i sprawiedliwość dziejową brzmiały nieporównanie głośniej i tragiczniej.
Po drugim rozbiorze, w styczniu 1793 roku, Polska zmierzała do swej dziejowej katastrofy. Po hańbie targowickiej, po wstydzie ostatniego grodzieńskiego Sejmu, na którym milczenie posłów uznano za znak powszechnej aprobaty dla dzieła rozbiorów, oczywiste było, że nic już nie może uratować Rzeczypospolitej. I gdy w rok później rozpoczynała się insurekcja kościuszkowska, jej hasłem, znacznie głośniejszym niż zwycięstwo, w które nikt już nie wierzył, stać się miały: prawda i sprawiedliwość. "Już to jest ostatni moment - zapisano w Odezwie do Obywatelów - w którym rozpacz, wpośród wstydu i hańby oręż nam do ręki kładzie". W tym nieco zapomnianym przez historię dokumencie padły także słowa, na które ówczesna Polska czekała: "Grzeszyliśmy aż nadto pobłażaniem i dlatego ginie Polska. Nigdy w niej prawie zbrodnia polityczna ukaraną nie została. Bierzemy teraz inny sposób postępowania: Cnotę i Obywatelstwo nagradzać, a ścigać zdrajców i karać zbrodnie...".
Chociaż pod dokumentem podpisany był sam naczelnik powstania Tadeusz Kościuszko, historia częściej szuka w nim autorstwa tzw. hugonistów, polskich jakobinów, gorących zwolenników karania zdrajców sprawy narodowej. Sam bowiem Kościuszko w owym przedmiocie lustracji wykazywał wręcz irytującą połowiczność. "Wada nasza - mówił Kościuszko - iż jesteśmy tyle niepohamowani w przedwczesnych pochwałach, ile nieubłagani w namiętnym potępianiu. Łatwiej powiedzieć: on zdrajca, ale trudno być pewnym, że sąd ten jest nieomylny... Nam trzeba nawet względem zdrajców iść w ślady Chrystusa, może to ich na drogę cnoty zwróci...". Lecz w Polsce w tym momencie historii nikt nie miał najmniejszego zamiaru iść śladami Chrystusa. W Wilnie 25 kwietnia insurekcyjny Sąd Kryminalny skazał na śmierć hetmana Szymona Kossakowskiego, wielmożę, który od 1790 roku pozostając na służbie carycy, zajął zbrojnie Wilno i ogłosił się hetmanem polnym. Z decyzji ludu zawisł w biały dzień na szubienicy.
W Warszawie 9 maja z wyroku insurekcyjnego Sądu Kryminalnego zawiśli inni targowiczanie: hetmani Ożarowski i Zabiełło, marszałek Ankwicz i biskup inflancki Józef Kossakowski, który osobiście redagował akt konfederacji targowickiej. Nikt nie miał cienia wątpliwości co do tego, że karę ponoszą zdrajcy, ludzie, którzy sprzedali własną ojczyznę. A jednak Kościuszko karnie usunął z komendy wileńskiej gen. Jakuba Jasińskiego, obwiniając go o radykalizm, który "dzieli Polskę na dwa obozy...". Zaczynała się bitwa o lustrację, w której z jednej strony uczestniczył król z Kościuszką i całym obozem królewskim, z drugiej zaś ludzie, których Adam Mickiewicz niebawem nazwie "Drugą Polską", warszawscy mieszczanie ze swym Janem Kilińskim, patriotycznie usposobieni księża z ks. Józefem Meierem czy ks. Florianem Jelskim, młodzi wojskowi z gen. Józefem Zajączkiem, który publicznie zrzekał się w tych dniach swego szlachectwa, czy reformatorzy - intelektualiści skupieni wokół Hugona Kołłątaja i Ignacego Potockiego. To owa "druga Polska" w tych dnia definiowała pojęcie zdrady narodowej. Uznawano więc i zapisano, że zdrady publicznej dopuszcza się ten, kto: "...wprowadza nieprzyjaciela do własnej ojczyzny, kto bierze od niego pensję, co stwierdzone jest rewersem lub jego wyznaniem, kto rozdaje pieniądze od nieprzyjaciela wzięte innym osobom na urzędach, wreszcie, kto szpieguje, kto prowadzi tajną korespondencję z nieprzyjacielem i zmowy na ojczyznę, kto donosi mu o mocy i słabości sił narodowych, kto dla niego werbuje lub dostarcza mu broni...".
W tych dramatycznych dniach insurekcji przy Wydziale Bezpieczeństwa Rady Najwyższej Narodowej powstawała tzw. Deputacja Indagacyjna, czyli ówczesny, wypisz, wymaluj: Instytut Pamięci Narodowej, której zadaniem było przesłuchanie ludzi oskarżanych o zdradę. Było zresztą kogo przesłuchiwać, albowiem już w pierwszych, kwietniowych dniach insurekcji warszawskiej aresztowano 137 zdrajców, szpiegów i agentów wszelkiej maści. Rzecz jednak w tym, że nikogo nie przesłuchiwano, a owa lustracja przebiegała tak, aby czasem nikogo nie zlustrować. Podobne zwlekanie doprowadziło wreszcie do tego, że lud warszawski 28 czerwca wyciągnął z więzień i powiesił, tym razem bez żadnego sądu, kolejnych targowiczan, m.in. biskupa wileńskiego Ignacego Massalskiego, Antoniego księcia Czetwertyńskiego, kilku szpiegów i jurgieltników ambasady rosyjskiej. Przy okazji, jak to bywa, zginęło kilku zupełnie niewinnych ludzi. Zginęłoby zresztą więcej, gdyby nie gwałtowna burza, która rozszalała się nad Warszawą i zegnała wreszcie ludzi z ulic do domów. W ramach kary za owe samosądy naczelnik Kościuszko kazał powiesić siedmiu prowodyrów. Skazano więc i powieszono jakichś siedmiu ludzi, z których żaden nie miał nic wspólnego z wypadkami czerwcowymi. Wydarzenia te w żadnym jednak razie nie przyspieszały oczekiwanej przez wszystkich lustracji, a wraz z nią dziejowej sprawiedliwości.
Przyspieszyć ją miała dopiero publikacja ówczesnej "listy Wildsteina", a więc znalezionej przez powstańców w pałacu gen. Igelströma listy ludzi opłacanych przez ambasadę rosyjską. W "Gazecie Rządowej" udało się opublikować ledwie jej część, ale i tak efekt wydawał się piorunujący. Oto bowiem wśród nazwisk zdrajców i sprzedawczyków na poczesnym miejscu widniało: "...Królowi imci czerwonych złotych 6000...". Być może publikacja owej listy tak dalece wpłynęła na króla i Kościuszkę, że oto w miejsce dotychczasowych sądów powołano do życia Kryminalny Sąd Wojskowy z gen. Józefem Zajączkiem na czele i pozwolono na podjęcie sprawy biskupa chełmskiego Wojciecha Skarszewskiego. Był on oczywistym zdrajcą i targowiczaninem. Brał pieniądze od carycy, podpisywał rozbiory, walczył z konstytucją majową. Cudem uniknął śmierci 28 czerwca, gdy prowadzono na szubienice innych targowiczan. Teraz stawał przed polskim nieprzekupnym sprawiedliwym sądem. Dwukrotnie przesłuchiwany, by wykluczyć pomyłkę, 11 września 1794 roku skazany został: "...za przykładanie się do zguby i podziału ukochanej ojczyzny..." na śmierć szubieniczną i konfiskatę mienia głosami pięciu z siedmiu polskich oficerów. Dwóch opowiadało się za wieczystym zamknięciem biskupa w klasztorze. Egzekucja miała się odbyć następnego dnia. Jak wiadomo, nie odbyła się nigdy. Kościuszko z niejasnych, wręcz niezrozumiałych powodów: "...chcąc okazać, jak napisał do gen. Zajączka, że naród wolny ani żadnej religii nie prześladuje, ani krwi zdrajców, gdy są ludźmi, chciwy nie jest... karę śmierci na wieczne więzienie przemienił...".
Historia zapomniała już, iż owa awantura lustracyjna sprzed ponad 200 lat spowodowała, że cały sąd podał się na znak protestu do dymisji, że ostro skrytykowany przez Kołłątaja Kościuszko... złożył swój urząd naczelnika, że straciwszy zaufanie do władz powstańczych, sądy wojskowe zwróciły się z apelem do ludności o pomoc w gromadzeniu dowodów zdrady. Dobrze się miał jedynie skazany Skarszewski, który doczekawszy upadku powstańczej Warszawy, założył fioletowe, biskupie pończochy i udał się do swej rezydencji biskupiej w Chełmie, który po trzecim rozbiorze znalazł się pod panowaniem austriackim. A że Austriacy żadnych wyroków sądów insurekcyjnych nie uznawali, tym samym czuł się niewinny. Kilka lat później do biskupstwa chełmskiego dołączono mu biskupstwo lubelskie. Potem arcybiskupstwo warszawskie, potem car zaproponował mu rangę senatora w Królestwie Kongresowym, wreszcie urząd prymasa. I biskup Skarszewski wszystko to przyjął, bez żadnego wstydu i bez poczucia winy. Dopiero gdy umarł w 1827 roku, przypomniano sobie o jego historii. Młodzież akademicka demonstracyjnie zbojkotowała jego publiczny pogrzeb w podziemiach katedry św. Jana. Co zaś więcej, stało się tradycją, dzisiaj już niestety zapomnianą, kładzenie przez patriotyczną młodzież na jego trumnie sznura szubienicznego, wstydliwie usuwanego przez miejscowych kapłanów.
Ponad 200 lat temu ginąca Polska przegrała, jak się wydaje, swą wielką bitwę o lustrację, uczciwość i sprawiedliwość. Od tego czasu po historii błąka się nieśmiałe pytanie o to, czy czasem nie wygrała tej bitwy brutalna Francja z gilotyną i swym terrorem rewolucyjnym, z morzem przelanych łez i przelanej krwi, z których jednak zrodziło się nowoczesne, wielkie państwo. Polska szczęśliwie uniknęła terroru i uniknęła królobójstwa. Tyle tylko, że przestała istnieć...
Polski nacjonalizm
Przez całe długie wieki cieszyliśmy się dobrą, by nie powiedzieć: najlepszą opinią. To prawda, zarzucano nam, Polakom (podobnie zresztą jak dzisiaj), zbytnie pijaństwo, awanturnictwo i bylejakość. Narzekano na nasze drogi i nasze warunki higieniczne. Ale w opinii Europy zawsze byliśmy państwem bez stosów, państwem azylu dla wygnańców wszelkiej niechcianej myśli i wszelkiej niechcianej rasy. Przez całe wieki byliśmy symbolem europejskiej tolerancji. Co więcej, gdy w wyniku rozbiorów Polska znikła z mapy świata, nasz polski los stał się dla Europy symbolem historycznej krzywdy, a uparta walka o niepodległość świadectwem naszych najlepszych cnót wpisujących na polskie sztandary, na polach bitewnych całego świata, hasło "Za wolność waszą i naszą". Czy w narodzie o takiej historii i takich doświadczeniach mogła kiedykolwiek pojawić się nienawiść i dyskryminacja obcych...? A jednak jest faktem, że tak jak w opinii świata przed 150 czy 200 laty Polak kojarzył się z wolnością i tolerancją, tak dzisiaj coraz powszechniej oskarżany jest w całym świecie o nacjonalizm, ksenofobię i szowinizm. Zdumiony tym faktem Polak nie rozumie - cóż takiego, o czym nie wie, zdarzyło się w jego historii?
W polskiej historii zdarzył się przede wszystkim XIX wiek. Wiek niewoli i wiek polskiego nacjonalizmu. To on wyrzeźbił polską duszę, wyrzeźbił tak trwale, że aż nieodwracalnie do dzisiaj. "Polskość - jak pisał prof. Tadeusz Kotarbiński - nabrała znamion dobra, pielęgnowanego z sakralnym pietyzmem, którego zaniedbanie wyczuwało się jako plamę na czci, a wynarodowienie się Polaka uchodziło w uczuciach współ-Polaków za nieuczciwość, za niedotrzymanie milczących, ale niewątpliwych zobowiązań". Polskość w dobie niewoli stawała się szczególną religią, pełną miłości i najwyższego poświęcenia. "Jesteśmy żadnym społeczeństwem - narzekał genialny Norwid. - Jesteśmy wielkim sztandarem narodowym". W owej psychologii niewoli widział on przyczynę ciągłych powstań narodowych, jak je nazywał: "buntów dzieci", nieprzygotowanych, nierachujących żadnych realnych szans. "Nie wszyscy jesteście równie dobrzy - głosił Polakom Mickiewicz - ale gorszy z Was - lepszy jest niż dobry cudzoziemiec: bo każdy z Was ma ducha poświęcenia się...".
Czy był to nacjonalizm? Naturalnie tak. Rozumiany jako miłość do własnego kraju. Jak mógł zresztą naród polski, wynaradawiany, germanizowany i rusyfikowany przez cały XIX wiek, nie szukać swego ratunku w takim choćby i przesadnym umiłowaniu ojczyzny. Dzisiaj wielu badaczy nazwie ten XIX wiek wiekiem dla Polski straconym, wiekiem, w którym myśleliśmy, jak Polskę ocalić i odzyskać, podczas gdy inni uczyli się myśleć politycznie i pielęgnować kult pracy. Co tylko po części wydaje się prawdą. W tymże bowiem samym XIX wieku swój nacjonalizm, w który wpisane było marzenie o zjednoczeniu, przeżywali Niemcy. To, o czym warto pamiętać: wówczas, w 1841 roku, powstawał słynny wiersz Augusta von Fallerslebena: Deutschland uber alles (Niemcy ponad wszystko), który z czasem stanie się ich hymnem narodowym. I nikt nie widział nic niewłaściwego w fakcie, że tzw. Związek Niemiecki, składający się po kongresie wiedeńskim z 41 państewek, zmierza do zjednoczenia z przekonaniem, że Niemcy na nie zasługują. W tym samym czasie nacjonalizm rosyjski rodził piórem Danilewskiego ideę pansłowiańską, oczywiście z Rosją na czele i z katolicką Polską, nazywaną "Judaszem Słowiańszczyzny", ideę uznającą rozbiory Polski za akt sprawiedliwości dziejowej, który uratował te ziemie przed panowaniem Prus i Austrii.
"Tylko nikczemne i złośliwe indywidua lub absolutni głupcy - pisał Henryk Sienkiewicz w swym słynnym Liście otwartym Polaka do ministra rosyjskiego - mogą porównywać nacjonalizm polski z charakterystycznym nacjonalizmem niemieckim lub czarnosecinnym rosyjskim. Nacjonalizm polski nie tuczył się nigdy cudzą krwią i łzami, nie smagał dzieci w szkołach, nie stawiał pomników katom. Zrodził się z bólu, największej tragedii dziejowej. Przelewał krew na rodzinnych i na wszystkich innych polach bitew, gdzie tylko chodziło o wolność... Wypisał na swych chorągwiach najszczytniejsze hasła miłości, tolerancji, oswobodzenia ludu, oświaty, postępu". Jak się zdaje, Polacy dość wcześnie, i to na własnej skórze, odczuli to, co dopiero po latach miał zapisać Bertrand Russell, że nacjonalizm jest dobry tak długo, jak długo rozumiany jest jako miłość do własnego kraju. Staje się zbrodniczy, gdy w tę miłość wpisuje nienawiść i pogardę dla innych narodów.
A jednak gdy Polska odzyskiwała w 1918 roku swą wyśnioną niepodległość, jak zapisał w swym Bożym igrzysku Norman Davies: "Orientacja polityczna kręgów rządzących była bezwstydnie nacjonalistyczna. "Polskość" stała się podstawą definicji szacownego obywatela. Wszystkie czołowe partie okresu konstytucyjnego Rzeczypospolitej - PPS, PSL i narodowi demokraci - wysuwały na pierwszy plan sprawę jedności narodowej...".
Zupełnie inaczej te chwile zapisał w swej pamięci wielki dominikanin Józef Maria Bocheński. "Dla Polaków mojego pokolenia jednym z najbardziej upokarzających faktów było zmuszenie Polski do podpisania zobowiązania, że będzie praktykowała tolerancję. Istnieje uzasadnione podejrzenie, że głównym motywem tego wymuszenia była obawa przed antysemityzmem, o którym zakładano, że szaleje w Polsce...". Ojciec Bocheński, jak się zdaje, zupełnie nie rozumiał tych obaw "tolerancyjnej" Europy wobec "nacjonalistycznej" Polski. "Polska jest przecież - ile razy trzeba to powtarzać? - jedynym wielkim europejskim krajem, który nie zaznał wojen religijnych, którego król powiedział, że nie jest królem ludzkich sumień... Jedynym wielkim europejskim krajem, który przyjął gościnnie Żydów, wszędzie indziej prześladowanych i wypędzanych...!".
Ci, którzy zarzucają Polsce nacjonalizm, zdają się nie pamiętać, że owi szowinistyczni Polacy przyjęli pod swój dach większość Żydów wygnanych z setek rosyjskich Anatewek na przełomie XIX i XX wieku, że w 1937 roku przyjęli tysiące Żydów, których "europejscy", hitlerowscy Niemcy odstawili w zaplombowanych pociągach pod polską granicę. Nie chcą pamiętać i nie chcą dostrzegać, że polscy Żydzi czy polskie mniejszości mieli w tym polskim, rzekomo nacjonalistycznym Sejmie swą reprezentację liczniejszą niż choćby polscy socjaliści. To prawda - pisze Norman Davies: "...jeśli bowiem osądzać Polskę i Polaków w kontekście współczesnej Europy, to jednak nie było masowego umierania z głodu czy masowych morderstw, jak w Rosji, nie było uciekania się do bestialskich metod, jakimi posługiwał się faszyzm czy stalinizm... Absurdem byłoby... sugerować, że niewygody, jakich doświadczali Żydzi pod polskimi rządami, są w jakimkolwiek sensie porównywalne z okropnościami Oświęcimia...".
O trudnych stosunkach polsko-żydowskich napisano już setki prac. O problemie tzw. społeczeństwa równoległego, o tzw. antysemityzmie ekonomicznym, o polskim antyżydowskim nacjonalizmie i żydowskim nacjonalizmie antypolskim. "Zacięta ksenofobia i nienawiść - jak pisał prof. Marcin Król - miała w istocie osłabić ostrość krytyki własnych błędów. Nie sami już sobie byliśmy winni, lecz zawinili Żydzi, Ukraińcy, masoni, kosmopolici, ludzie nienależący do narodu polskiego lub obcy jego rzekomej naturze...". W każdym czasie i w każdym miejscu historii zawsze się znajdzie jakiś Jean-Marie Le Pen, jakiś Haider, jakiś Pająk czy Bubel głoszący pogardę lub nienawiść wobec innych. I w każdej pewnie europejskiej narodowej bibliotece znajdzie się dzieło jakiegoś miejscowego Giertycha dowodzące, dlaczego Żydówka nie może być polską harcerką czy Żyd angielskim skautem. Głupota, jak wiadomo nie od dziś, jest wieczna, a w Polsce, czego uczy historia, zazwyczaj była sowicie opłacana, czy to przez Moskwę, czy to przez Berlin, czy nawet Paryż. Lecz w Polsce ów rzekomy nacjonalizm nie zapisał ani krwawych pogromów, ani "kryształowych nocy", ani masowych prześladowań. O czym niewiele wiadomo, zapisał natomiast w końcu lat 30. tajne, polskie szkolenia w Rembertowie dla bojowników przyszłego państwa żydowskiego. To na pewno nie polski nacjonalizm ani polski antysemityzm podyktował gen. Władysławowi Andersowi, który wyprowadził z Rosji w 1942 roku w ramach swej armii ponad 3 tysiące żołnierzy Żydów, ułatwienie im dezercji i przymknięcie oczu na utratę ogromnej ilości broni, która niebawem posłużyć miała w walce o powstanie państwa Izrael.
Polski historyk, bywa, czuje się już zmęczony przypominaniem pełnej tolerancji Europie, która swoich Żydów własnymi francuskimi, holenderskimi, belgijskimi czy niemieckimi rękami zapakowała do zadrutowanych wagonów, by odesłać do Auschwitz czy Treblinki, że owi rzekomo antysemiccy Polacy, mimo że za pomoc Żydom, jak nigdzie indziej, w Polsce groziła śmierć, uratowali w dobie Zagłady około 100 tysięcy Żydów, a polskich odszczepieńców, wszelkiej maści zdrajców i szmalcowników Podziemna Polska karała śmiercią. I polski historyk dość ma już upominania się o prawdziwą pamięć tysięcy Polaków, którzy zapłacili życiem (całymi rodzinami) za ukrywanie swych żydowskich współbraci. Jedyny pomnik, a ściślej biorąc, jedyna tablica pamiątkowa poświęcona ich pamięci znajduje się w Londynie na Ealingu, gdzie w początkach lat 90. została odsłonięta staraniem burmistrza dzielnicy (żydowskiego pochodzenia), który znał się na historii, a nie na polityce.
Cóż więc takiego się stało, cóż wydarzyło się w historii, o czym by Polak nie wiedział? Cóż takiego, co powoduje, że wszystko, co najpiękniejsze w naszej historii, jak w gabinecie krzywych luster, powraca do nas dzisiaj karykaturalnym, wykrzywionym, nieprawdziwym obrazem? Co przypisuje nam cechy, których nie posiadamy, i czyny, które są nam i obce, i krzywdzące? Być może częścią odpowiedzi na te pytania jest rzadko uświadamiany fakt, że przegrywając ostatnią wojnę, ponieśliśmy (i nadal ponosimy) także ogromną klęskę propagandową. Wszystkie polskie racje i wszystkie polskie czyny utraciły w tej wojnie swą prawdziwą barwę i swój prawdziwy sens. Ta wojna pozbawiła nas należnej chwały. Lecz drugą, być może ważniejszą część odpowiedzi na pytanie, dlaczego nagle, po wiekach uznania, podziwu i szacunku, Europa widzi w nas tylko nacjonalistów, zapisał kiedyś, przed laty, Adolf Rudnicki: "Niedawno temu w "Krzywym Kole" Bartoszewski w odczycie na temat "Żegoty" podczas okupacji wspomniał o "nowej" idei lansowanej przez Niemców, że współwinowajcami tego, co się stało, byli Polacy...". Prawda, jakie to proste i jak wyraźnie prowadzi wprost do niemieckiego Centrum przeciw Wypędzeniom?
Polska choroba
Były to takie same fotele. Żaden nie był ani wyższy, ani szerszy. Była to po prostu para starych, pięknych foteli. Tyle że fotel prezydencki wysunięto nieco do przodu. Może 20, może 25 pięć centymetrów. Była jesień 1939 roku i nadal obowiązywała konstytucja kwietniowa, w świetle której prezydent odpowiadał jedynie przed Bogiem i historią. Kiedy jednak zajęli miejsca, premier Sikorski stanowczym, wyraźnym ruchem, tak aby wszyscy to widzieli, przesunął swój fotel do przodu. Może rzeczywiście niewiele, może 5, 10 centymetrów, ale jednak przed fotel prezydenta. Bo to konstytucja konstytucją, ale przecież podpisano tzw. umowę paryską, w której prezydent Raczkiewicz zobowiązywał się nie podejmować żadnych ważnych decyzji bez zgody premiera. W tym nowym układzie politycznym, choć tego nigdzie nie zapisano, najważniejszy był premier. Lecz ku zgrozie obecnych na sali prezydent zdawał się o tym nie wiedzieć. Mniej ostentacyjnie, ale przecież także stanowczo, pchnął swój fotel do przodu. Bo to przecież nadal on powoływał rząd i to nadal on desygnował premiera, którego także on mógł w każdej chwili odwołać ze stanowiska. Dla niego w tej sytuacji pytanie, czy ważniejszy jest premier, czy prezydent, nie miało żadnego sensu. Głową państwa był prezydent, a głowa może być tylko jedna. Lecz premier znowu pchnął swój fotel do przodu. Tu i ówdzie na sali rozległy się nieśmiałe oklaski, w innym miejscu głośny szmer dezaprobaty. Bo to jednak Polska zginęła, a oni znowu kłócili się, kto jest ważniejszy...
Jak wiadomo z historii, ważniejszy okazał się premier. Kiedy bowiem kilka miesięcy później prezydent Raczkiewicz chciał skorzystać ze swych prerogatyw i odwołać nieudolnego, w jego pojęciu, skompromitowanego francuską klęską generała Sikorskiego, do prezydenckiego gabinetu w nocy wtargnęło kilku wysokich polskich oficerów z odbezpieczoną bronią, by przekonać prezydenta, że premierem polskiego rządu może być tylko generał Sikorski. Argumenty okazały się znakomicie przekonujące. Co także wiadomo z historii, w odwiecznym polskim sporze, kto jest ważniejszy, prezydent czy premier: zawsze zwycięzcą okazywał się premier. Pierwszego polskiego prezydenta zastrzelono w 1922 roku, w kilka dni po objęciu urzędu. Nie zastrzelił go co prawda premier, lecz, jak powszechnie wiadomo, szaleniec, co nie zmienia faktu, że była to zbrodnia polityczna, za którą opowiedziały się zmierzające do władzy prawicowe siły polityczne, dla których ten prezydent i ten demokratyczny układ polityczny, który reprezentował, były nie do przyjęcia.
Następnego prezydenta przyszły premier Piłsudski skutecznie wygnał z polityki na moście Poniatowskiego, nazywając go starą gromnicą. Prezydent Stanisław Wojciechowski miał oczywiście rację, przywołując na tymże samym moście święte prawa demokracji, tyle że Piłsudski nic już nie słyszał z jego słusznego i szlachetnego wywodu, bo odwrócił się na pięcie i poszedł z wojskiem na Belweder, by ratować Polskę. Jednym ze sposobów ratowania Polski miało być według Piłsudskiego osadzenie na urzędzie prezydenckim nie polityka, lecz człowieka, który do polityki w ogóle nie będzie się wtrącał, tak aby nigdy nad Wisłą nie zaistniały warunki dwuwładzy lub, nie daj Boże, rywalizacji o władzę. Aby raz na zawsze wykluczyć wiecznie zagrażający Polsce spór premiera z prezydentem. Albowiem, jak to doskonale rozumiał Piłsudski, Polacy potrafią wszystko robić najlepiej na świecie - poza jednym. Nie potrafią się porozumiewać. Potrafią walczyć, żywić nienawiść, potrafią się niszczyć i zabijać, lecz zupełnie nie potrafią się kochać, wspierać i rozumieć. Co więcej, jest im organicznie obce poczucie solidarności, jakakolwiek by ona była, czy to narodowa, czy to zawodowa, czy to społeczna. Potrafią znakomicie słuchać rozkazów, nawet niewykonalnych, lecz nie umieją razem wydyskutować, którędy i dokąd iść. Tym samym jeśli ich nie poprowadzić - rozumiał Piłsudski - będą się kłócić i stać w miejscu. I tak w pierwszym historycznym sporze premiera i prezydenta zdecydowanie zwyciężył premier. To dlatego sam Piłsudski stanął na czele Polski. I to dlatego prezydentem Polski został profesor Ignacy Mościcki. Mądry, przystojny, niezwykle reprezentacyjny, lecz jak długo żył Marszałek, pozostający poza polityką.
Nie był to jednak ostatni rozdział walki polskich premierów i polskich prezydentów. Gdy tylko zaistniały warunki, powróciła ona bowiem na polską polityczną scenę w haniebnym spektaklu nienawiści. Oto jedną z pierwszych decyzji premiera Sikorskiego stającego na czele rządu Jedności Narodowej w Paryżu było pozbawienie środków do życia zdymisjonowanego prezydenta Mościckiego. W akcie odwetu i politycznej zemsty ponadsiedemdziesięcioletni starzec "miał pójść do roboty". To, że był chory, i to, że latami służby dla Polski wypracował swą emeryturę, nie miało najmniejszego znaczenia. Podobnie potraktowano premiera przedwrześniowego rządu Sławoja Składkowskiego. Nie pchał się na urzędy, nie szukał sławy: "...jestem lekarzem chirurgiem - pisał w listopadzie 1939 roku z Rumunii do premiera Sikorskiego - i pragnę służyć żołnierzowi polskiemu...". Odpowiedź Sikorskiego miała przejść do historii jako kliniczny przykład polskiej choroby, którą wielki Wańkowicz zdiagnozował jako "kundlizm". "Nie rozporządzam tak silną policją ani żandarmerią, aby uchronić Pana od zniewag i zamachów, które spotkać go muszą w każdym wielkim skupisku polskim. Pan, prezes rządu odpowiedzialny za bezprzykładny pogrom, jakiego doznaliśmy, powinien zrozumieć, że jedno mu teraz pozostaje: dać o sobie zapomnieć...".
"Trzeba być Polakiem - napisał później Stanisław Cat Mackiewicz - by formułować w swym zapamiętaniu... tak niesprawiedliwe oceny...". Historia i sam Mackiewicz nie znali jednak dalszego haniebnego ciągu tej korespondencji. Oto bowiem trzy lata później przebywający na Bliskim Wschodzie premier Sławoj Składkowski, który, jak wiadomo, był lekarzem, stwierdził u siebie krwotoki, wyraźnie wskazujące na obecność nowotworu w jelitach. Sam zdiagnozował chorobę i sam skierował się na natychmiastową operację. Rzecz w tym, że potrzebował na ten cel 100 dolarów. Zwrócił się więc z prośbą do Londynu i premiera Sikorskiego. Otrzymał odpowiedź, że od Polski nic mu się już nie należy...! Napisał więc do generała Andersa, czy ten mógłby mu pomóc. Nie otrzymał żadnej odpowiedzi... I wtedy powstał dokument polskiego wstydu, list do prezydenta Roosevelta: "Pisze do Pana ostatni premier przedwojennego polskiego rządu. Człowiek, który pierwszy w Europie odważył się Niemcom powiedzieć "nie" i wydać swym rodakom rozkaz do walki na śmierć i życie... Dzisiaj ja sam prowadzę walkę o życie... Czy mógłby Pan, Panie Prezydencie, pożyczyć mi 100 dolarów na cel operacji? Zobowiązuję się słowem honoru oficera polskiego zwrócić Panu dług w trzy tygodnie po zakończeniu wojny...".
I prezydent Roosevelt natychmiast przekazał pieniądze dla polskiego premiera walczącego w Jerozolimie ze śmiertelną chorobą. Przekazał zresztą znacznie wyższą sumę, wykluczając zwrot pieniędzy i tylko prosząc o wiadomość o stanie zdrowia po operacji. Sławoj w swym nieznanym historii dzienniku nie zapisuje już żadnych szczegółów tej sprawy. Wiadomo tylko, że operacja się udała i że przeżył następne 20 lat. Gdy zmarł w Londynie w 1962 roku, już nie jako premier, ale znakomity pisarz, nagle - jak mi opowiadała jego ostatnia żona Jadwiga Składkowska - na pogrzebie pojawił się generał Anders, który ze Sławojem na emigracji nie utrzymywał żadnych stosunków. Pojawił się i przeprosiwszy wdowę, czy ściślej, wyprosiwszy wdowę, zajął pierwsze miejsce za trumną zmarłego. Był generałem i przywódcą emigracji polskiej, przyszedł, by uświetnić swoją osobą tę smutną uroczystość. Na tym przecież polega polskość.
Pytanie, na czym w tej kwestii podłości i nienawiści polega polskość, absorbuje badaczy i filozofów, można powiedzieć, od zawsze. W XV wieku ojciec polskiej historii Jan Długosz zapisał: "Bo jeżeli różne narody odznaczają się rozmaitymi przymiotami - jak i wadami, to naród polski uważa się za skłonniejszy do zazdrości i potwarzy niż do czego innego: czy powodem tego jest dziedzictwo po przodkach, czy położenie i klimat niełaskawy, czy tajemna siła gwiazd, czy chęć dorównania przymiotami innych rodem i pochodzeniem - ale umysły Polaków uchodzą za bardziej pochopne do występków płynących z zawiści niż do jakichkolwiek innych". Współczesny historyk po ostatnich 500 latach polskich doświadczeń stawia natomiast pytanie o to, co czyni z nas nienawistników, co odbiera nam poczucie wspólnoty i solidarności, co czyni z nas pieniaczy i awanturników politycznych, co pozwala wypowiadać słowa, oskarżenia, potwarze, w które sami nie wierzymy. W imię czego stajemy się źli, podli, nieuczciwi i niesprawiedliwi? Czy takimi czynią nas klęski? Klęska powstania listopadowego ze wspaniałych patriotów, żołnierzy polskiej wolności, uczyniła, gdy wczytać się w ich spory i kłótnie, bandę pieniaczy i obcych sobie awanturników. Klęska wrześniowa rozpoczęła w cieniu wojny światowej wojnę polsko-polską, a jej ofiarami stali się najpiękniejsi, najwspanialsi Polacy, którym każdy inny naród budowałby pomniki. Można by wierzyć w ten demoralizujący, niszczący wpływ klęski, gdyby nie fakt, że wielkie polskie zwycięstwa, czy to roku 1918, czy to roku 1989, po których następowały lata wolności i pokoju, przynosiły i przynoszą te same pytania o polską chorobę nienawiści, niemożności, nieskuteczności i te same dwa fotele pchane siłą ślepych politycznych ambicji i chorych politycznych wyobrażeń.
Polskie chamy i warchoły
Polacy, jak powszechnie wiadomo, też swój język mają. Także język polityki. Jednak żywe do dzisiaj publiczne przekonanie, że polski język parlamentarny kiedykolwiek znaczył tyle, ile: przyzwoity, zgodny z dobrymi obyczajami, kulturalny - jest zwyczajnym nadużyciem semantycznym. Polski język polityczny zawsze bowiem był taki jak polska polityka: gruby, szorstki, nieporadny i pełen błędów. Jaki zresztą miałby być?
W najpiękniejszych dniach chwały polskiego parlamentaryzmu, w początkach lat 20. ubiegłego wieku, gdy pierwsze niepodległe pokolenie w obradującym "w permanencji" Sejmie Ustawodawczym, wymyślało i urządzało Polskę po 123 latach niewoli, z trybuny sejmowej padały słowa, jakie naszym dzisiejszym rozognionym, pożal się Boże, politykom nawet by nie przyszły do głowy. W tym sejmie, zwanym również "chłopskim", gdyż przy 150 przedstawicielach inteligencji zgromadził także 144 włościan, po raz pierwszy padło głośne na całą Polskę: "...do gnoju, a nie do Sejmu...!". A dalej padało wszystko, co ślina na język przyniosła. W publikowanym w 1922 roku przez satyryczny "Szczutek" alfabetycznym słowniczku wyborczym dla lewicy i prawicy skrzętni redaktorzy zebrali najpiękniejsze kwiatki językowe z ówczesnego, sejmowego ogródka:
"Alkoholicy! Anarchiści! Aferzyści!".
"Austriackie ścierwo! Analfabeci! Abderyci! (należy czytać jako: prostacy)".
"Bydło! Bandyci! Bałwany! Błazny! Baranie łby! Biurokraci! Bezczelne gęby!".
"Belwederczycy! Bezmózgowcy! Bez mydła! (?)".
"Cesarsko-królewskie zbiry! Cymbały! Chamy! Czerwona Armia! Cyrkowcy!".
"Ciemiężcy ludu! Capy!".
"Dranie! Dojlidowcy! (aluzyjne wobec głośnej w końcu 1921 roku afery związanej z zakupem przez posła Władysława Kiernika z PSL "Piast" majątku Dojlidy, pod Białymstokiem, na czym Skarb Państwa rzekomo miał stracić znaczne sumy), Dudki! Durnie! Drapichrusty! Degeneraci! Donosiciele!".
"Eunuchy!".
"Fujary! Faryzeusze! Fałszerze! Frazesowicze! Figuranci!".
"Gawrony! Gałgany! Golcy! Galicjanery! Grandziarze! Galernicy! Gieszefciarze!".
"Hycle! Hołota! Hieny! Hydrocefale! (?) Hipopotamy!".
"Impotenci! Idioci!".
"Krętacze! Konie boże! Karierowicze! Kpy! Kanalie! Kombinatorzy! Kameloci!".
"Belwederu! Kameleoni! Kretyni! Kajdaniarze!".
"Linoskoczki! Lizołapy! Lokaje!".
"Łotry! Łajdaki! Łamignaty! Łapserdaki! Łaciarze! Łgarze! Łobuzy! Łapownicy!".
"Megalomani! Meklerzy! (?) Mikroby! Mikrocofale! (?) Mordobijcy! Mordercy! Małpy!".
"Niedojdy! Nihiliści! Nierogacizna! Notoryczni bandyci!".
"Orangutangi! Onaniści! Obłudnicy! Okradacze! Osły! Operetkowi ludzie!".
"Piernikarze! Paralitycy! Pachciarze! Paskarze! Popychadła! Psie syny! Paderewiczycy! Pajace!".
"Rzezimieszki! Rabusie! Rewolucja! Rycerze przemysłu! Rajfury! Reakcja!".
"Szubrawcy! Szubienicznicy! Szakale! Snoby!".
"Ścierwo!".
"Tępe głowy! Terroryści! Trutnie! Tinglowcy! Tabetycy!".
"Wisielcy! Włamywacze! Wandale! Wariaci! Wszarze! Wyjce! Wywrotowcy!".
"Zbóje! Złodzieje! Zakute łby! Zakała narodu! Zera! Zwierzęta!".
"Żydowskie pachołki! Żywe trupy!".
Jeśli uzupełnić ów słowniczkowy opis tego, co się w tym Sejmie działo, choćby o postać posła Tadeusza Klemensiewicza z PPS, który miał zwyczaj przychodzić na posiedzenia "wysokiej izby" z trąbką samochodową, którą wyrażał swe polityczne emocje, czy postać posła Mścisława Tadeusza Dymowskiego ze Zjednoczenia Mieszczańskiego, oskarżanego przez kluby poselskie o kradzieże korespondencji, to powstaje obraz jakże daleki od "parlamentarnego". A jednak ten Sejm, krytykowany, nazywany "usta - woda - wczym", na 342 posiedzeniach zdołał uchwalić konstytucję marcową 1921 roku oraz 100 ustaw organizujących państwo i jego instytucje. Choć, jak pisał Karol Irzykowski: "...chochliki oratorskie skakały i używały sobie, jak nie przymierzając pstrągi albo żabki. Atmosfera polityczna była naładowana, posłowie młodzi i niewyrobieni, ale za to namiętni, mówili dużo i prędko...", to jednak, jak się okazywało, ważniejsze od języka, jakim się posługiwano, było konieczne, mimo różnic i podziałów, narodowe porozumienie, jakie w pracach tego Sejmu zdołano osiągnąć.
Otwierając kolejną kadencję Sejmu, w listopadzie 1922 roku, Naczelnik Państwa marszałek Józef Piłsudski, w niczym nie umniejszając zasług owego Sejmu Ustawodawczego, wypowiedział wartą przypomnienia myśl, w której, jak się wydaje, zawiera się sens wszelkiego, a więc także polskiego parlamentaryzmu: "Dotychczasowe życie polityczne Rzeczypospolitej nie wykazało wybitnych zdolności naszych do współpracy. Sądzę przeto, że będę w tym wypadku rzecznikiem wszystkiego, co żyje i pracuje poza tą salą, gdy zwrócę się do Panów z apelem, ażebyście przykładem swoim stwierdzili, że w naszej ojczyźnie istnieje możność lojalnej współpracy ludzi, stronnictw i instytucji państwowych...".
Z tych słów wynikałoby więc, że istotą demokracji, a więc pracy Sejmu, musi być współpraca mimo wszelkich różnic i podziałów, zdolność do kompromisów oraz konieczność uzgadniania i negocjowania rozwiązań doraźnych. Brak takiej współpracy, nieważne, z jakich powodów, jest zaprzeczeniem i złamaniem umowy społecznej, w myśl której posłowie, mandatariusze ludzkich, wyborczych, różnych nadziei i różnych interesów, w trakcie prac sejmowych próbują osiągnąć cele możliwe do osiągnięcia i uwzględniające interesy wszystkich obywateli. Brak takiej współpracy, zawłaszczanie racji politycznych przez jakiekolwiek stronnictwo, jest złamaniem zasad demokracji, tak jak krzyczącym złamaniem zasad demokracji jest egzekwowanie lojalności poselskiej nie wobec Polski (którą przysięgali), lecz wobec partii czy jej karykaturalnego wodza poprzez zmuszanie posłów do podpisywania jakichkolwiek weksli. Są to praktyki, które w każdym demokratycznym państwie zostałyby natychmiast nazwane i bezwzględnie ukarane. Tak samo jak praktyki kupowania głosów poselskich przez ugrupowania, które, nieważne, z jakich powodów, tracąc uznanie, poparcie czy większość sejmową, próbują drogą przekupstwa utrzymać się przy władzy. Jest to praktyka niczym nieróżniąca się od machlojek wyborczych jakiejś posłanki czy poślicy (tak to nazywano w II RP), która wobec braku podpisów na swoich listach wyborczych pozwala sobie na wpisanie kilku setek "martwych dusz".
II Rzeczpospolita, jakkolwiek krytycznie patrzeć na jej ułomną demokrację, jednak nie znała podobnej do dzisiejszej, sejmowej korupcji politycznej. Owszem, w każdej kadencji Sejmu zdarzały się tzw. rozłamy. Posłowie zmieniali barwy partyjne, powstawały nowe, często kilkudziesięcioosobowe kluby poselskie, ale jednak zawsze były to podziały czy to programowe, czy ambicjonalne, nigdy korupcyjne. II RP, w odróżnieniu bowiem od III czy IV RP, znała bowiem instytucję Sądu Honorowego, w którym wyroki wydawali ludzie, niekoniecznie prawnicy, najwyższego zaufania. Za jawne kłamstwo, oszczerstwo, za działanie niegodziwe groziła kara infamii. Człowiek uznany przez Sąd Honorowy za winnego, umierał śmiercią cywilną. I jednak, jak się wydaje, była to instytucja poprzez samo zagrożenie karą skuteczniejsza w wielu wypadkach niż dzisiejsze trwające latami procesy sądowe o zniesławienie czy obrazę.
Gdy 25 lutego 1930 roku, w trakcie 81. posiedzenia Sejmu III kadencji, podczas dyskusji nad jakimś okólnikiem dotyczącym wieców poselskich, poseł Jan Stańczyk z PPS z trybuny sejmowej, recenzując poprzednie wystąpienie posła Edwarda Kleszczyńskiego z BBWR, wypowiedział słowa: "...Miałem uczucie, że nas przeniesiono w dawne carskie czasy... gdy tacy panowie jak Kleszczyński całowali buty carów i cesarzy...", zdarzyła się rzecz niesłychana. Oto poseł Kleszczyński podbiegł do trybuny i spoliczkował Stańczyka.
Na sali zawrzało, marszałek Ignacy Daszyński zarządził dziesięciominutową przerwę. Zapachniało pojedynkiem. Do Kleszczyńskiego zgłaszali się posłowie oferujący swe usługi jako sekundanci. Lecz gdy wznowiono obrady, poseł Stańczyk przeprosił. Okazało się, że: "...rzucając ten okrzyk, nie miał wcale na myśli posła Kleszczyńskiego, tym więcej, że już potem dowiedziałem się, iż osobiście służył w Legionach...".
Być może ozdrowieńczy dla naszych stosunków politycznych byłby powrót do praktyki sądów honorowych i pojedynków. Być może ludzie, którzy nie umieją ani rozmawiać, ani negocjować, ani współpracować, a uparli się być polskimi politykami w warunkach demokracji parlamentarnej, w takim świecie odnaleźliby i poczucie swej misji, i poczucie odpowiedzialności za Polskę. I może wreszcie Polska usłyszałaby, jak długa i szeroka, słowa, na które czeka: "...Kończ waść, wstydu oszczędź".
Polscy sprawiedliwi
Wcześniej czy później wszystko, co się wydarzyło, staje się już tylko historią. Przestaje być polityką, która zwykle ukrywa, przemilcza, zniekształca, przeinacza czy wręcz fałszuje fakty w imię jakichś tam doraźnych: partyjnych, państwowych czy narodowych celów. Lecz kiedyś wszystko, nawet największa narodowa tragedia, staje się już tylko historią wielką, pouczającą, wzruszającą, a co najważniejsze - prawdziwą. Dzisiaj, na naszych oczach, 27 sierpnia 2009 roku, w 65-lecie likwidacji łódzkiego getta, polityka oddaje swój teren historii i pozwala na odsłonięcie wielkiego, pierwszego w naszym kraju: Pomnika Polaków Ratujących Żydów.
Prawdę mówiąc, pierwsza, jeszcze nie pomnik, a jedynie tablica poświęcona pamięci Polaków, którzy oddali życie, ratując swych żydowskich współbraci w latach Zagłady, powstała w polskim Londynie przy kościele pod wezwaniem Matki Bożej Matki Kościoła na Ealingu w 1993 roku. Była dziełem tyleż polskim, ile żydowskim, albowiem z całej duszy patronowała jej ówczesna mer Ealingu, której dziadkowie uratowali się w Polsce, w latach wojny. Ta skromna tablica była pierwszym (oczywiście poza Wzgórzami Pamięci w Jerozolimie, gdzie Sprawiedliwi wśród Narodów Świata od 1963 roku sadzą swe drzewa oliwne) głośnym, publicznym hołdem oddanym polskim bohaterom, ofiarom Holocaustu. Spodziewano się, że jej powstanie sprowokuje żywe i uczciwe publiczne rozmowy o trudnej polsko-żydowskiej historii lat wojny i że taka rozmowa wyjaśni narosłe na świecie fałszywe mity, stereotypy i bolesne dla nas, Polaków, nieprawdy. Lecz nic takiego się nie wydarzyło. Zawisła na kościelnym, londyńskim murze bez większego echa i bez żadnego dalszego ciągu.
Następna, jeśli się nie mylę, powstała dopiero w 2001 roku, odsłonięta przez premiera Jerzego Buzka i poświęcona przez księdza prymasa Józefa Glempa w kościele Wszystkich Świętych w Warszawie. Miała być tylko kamieniem węgielnym wielkiego pomnika składającego się z siedmiu obelisków, na których, jak planowano, miały zostać wyryte setki nazwisk polskich bohaterów, którzy oddali życie, ratując Żydów. Jak jednak wiadomo, żaden pomnik nie powstał, ani w kształcie siedmiu obelisków, ani w kształcie pnia drzewa, z którego wyrasta nowe drzewo, a taki właśnie pomnik planowano wznieść kiedyś na placu Grzybowskim. Tu także planowano szpaler tablic z nazwiskami Polaków zamordowanych przez Niemców za pomoc udzielaną Żydom. Niepojęta, zupełnie niezrozumiała polityka historyczna zachowywała się jednak tak, jakby ta historia ratowania Żydów była dla nas, Polaków, sprawą wątpliwą, wstydliwą i podejrzaną. W wolnej i niepodległej Polsce, w latach 90., prawdziwa historia, jak za czasów komuny, musiała więc ukrywać się, zapisana jedynie na kamiennych tablicach, gdzieś za murami kościołów lub cmentarzy.
Trudno zrozumieć dlaczego. Można się jedynie domyślać, że po prostu nasza polska wiedza na temat tak ważny jak walka o ocalenie i pomoc Żydom jest niepełna, niekompletna, wreszcie żadna. Otóż, choć niełatwo to przyznać, my po prostu nie wiemy, ilu Żydów udało się w latach wojny uratować. Może, jak się powszechnie przyjmuje, 50-80 tysięcy, a może, jak chce Czesław Pilichowski, wieloletni szef Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce: 100-120 tysięcy, a może, jak to dzisiaj oblicza Żydowski Instytut Historyczny, 20-30 tysięcy. Skoro nie wiadomo, ilu i kogo uratowano, to tym trudniej odpowiedzieć na pytanie, ilu z nas, Polaków, Żydów ratowało. Według oficjalnych danych w akcji ratowania i pomocy Żydom brały udział ponad 3 miliony Polaków. Lecz ta budująca statystyka oparta jest na założeniu, że uratowano z Zagłady 100 tysięcy i że dla uratowania jednego człowieka konieczna była współpraca co najmniej trzech ludzi...
Z badań przeprowadzonych na początku lat 60. przez Szymona Datnera wynika, że za ukrywanie Żydów Niemcy zamordowali 343 Polaków, w tym 64 kobiety i 42 dzieci. Tyle że nie można nie wiedzieć, że życiem płacili nie tylko ci, którzy ukrywali, ale ci wszyscy, którzy w jakiejkolwiek formie próbowali Żydom pomóc. Historia notuje dziesiątki i setki tragicznych zdarzeń, w których ludzie ginęli za najmniejszy odruch życzliwości. Listonosz z Limanowej Jan Jakub Semik został zamordowany tylko za to, że w publicznym miejscu, na ulicy, odważył się wstawić za lżonymi przez Niemca Żydami. Wybitny chirurg prof. Franciszek Raszeja tylko za to, że mając ważną przepustkę do getta, udał się do chorego na konsultację. Leon Lubkiewicz, piekarz z Sadownego, został zastrzelony wraz z żoną Marianną tylko za to, że dał bochenek chleba dwóm żydowskim dziewczynom, a murarz z Krakowa Józef Adamski za to, że każdego dnia, przejeżdżając pod murami getta, przerzucał na drugą stronę paczkę z żywnością.
Podobnie nie ukrywał Żydów Eugeniusz Stępniewski, urzędnik pocztowy z Nowego Sącza, którego Niemcy złapali na niszczeniu donosów na Żydów, czy pracownicy zarządów miejskich wyrabiający dla ukrywających się aryjskie papiery. Na listach zamordowanych, rozstrzelanych, zesłanych do obozów, figurują nazwiska księży, zakonnic, oficerów, granatowych policjantów, dziesiątków ludzi, którzy nigdy nikogo nie ukrywali, a którzy przecież w ogromnym łańcuchu pomocy wypełniali najtrudniejsze zadania, za które w polskiej rzeczywistości okupacyjnej, inaczej niż w innych okupowanych krajach, płaciło się życiem. Bo przecież w Generalnym Gubernatorstwie za nawet najmniejszą pomoc Żydowi groziła kara śmierci. Z punktu widzenia historyka nieobojętny wydaje się także fakt, że jeśli w pierwszym okresie okupacji wyroki wykonywane na ludziach zatrzymanych za pomoc Żydom były szeroko przez Niemców nagłaśniane i znane są wypadki, gdy człowiek prowadzony na śmierć musiał głośno wykrzykiwać: "przechowywałem Żydówkę!", to z upływem lat Niemcy przestali swoje wyroki w jakiejkolwiek formie uzasadniać. Bywało i tak jak w Jaśle, gdzie podczas wysiedlania ludzi z getta na przedzie kolumny prowadzono powiązanych z Żydami kilkunastu polskich chłopów. Można się do dzisiaj tylko domyślać, że płacili życiem za udzielenie im pomocy i schronienia.
Nikt nie wie, ilu Polaków oddało życie, próbując ratować żydowskich współbraci. Badania przeprowadzone przez Wacława Bielawskiego w końcu lat 70. ustalają 795 nazwisk zamordowanych. Lecz ujawniają także nazwy kilku wsi, jak Bór Kunowski, Huta Pieniacka, Ciepielów Stary, Mucisko, Przewrotne czy Cisie k. Cegłowa, gdzie w odwecie za udzielanie pomocy Żydom mordowanych jest po kilkudziesięciu ludzi, całe rodziny z małymi dziećmi. Najczęściej egzekucje przeprowadzane są przez spalenie żywcem ludzi w stodołach lub zabudowaniach. Badania ujawniły także niemieckie ludobójcze ekspedycje karne kierowane do polskich kolonii na Kresach: w Bereczu czy Podiwanówce, gdzie ofiarami niemieckiej zemsty za ukrywanie Żydów staje się jednorazowo po 200 ludzi. Badania Wacława Bielawskiego ustalają także fakty nieznane, jak zamordowanie w obozie w Bełżcu za pomoc Żydom 100 Polaków przywiezionych tu ze Lwowa. Nikt nigdy nie ustalił ich nazwisk.
Lecz oto po ponad 60 latach, w dobie Internetu, z inicjatywy Narodowego Centrum Kultury i przy współpracy Instytutu Pamięci Narodowej, pojawił się znakomity projekt: Polacy Ratujący Żydów. Tak powstał dostępny dla każdego w Internecie: Graficzny Indeks Pomocy. I być może dopiero dzisiejsze wysiłki i odwołanie się do zbiorowej polskiej pamięci zdoła zapisać prawdziwą historię polskiego zaangażowania w ratowanie Żydów i sporządzić prawdziwą, najpewniej liczącą tysiące nazwisk listę polskich ofiar Zagłady. I być może dopiero wówczas świat zrozumie, jak trudne było to ratowanie, gdy obciążone było, jak nigdzie indziej, ryzykiem śmierci nie tylko własnej, ale także całej rodziny, całej kamienicy, ulicy czy całej wsi.
Tymczasem jeszcze ludzie, którzy nie znają prawdy, a tym samym nic z tego nie rozumieją, pytają, czy to na pewno nasza historia. Czy to, co od kilku lat realizuje Łódź, budując Muzeum Martyrologii Żydów, Park Ocalałych, odnawiając budynek stacji Radegast, stacji przeładunkowej getta, przez którą prawie 150 tysięcy ludzi wywieziono na śmierć do obozu w Chełmnie nad Nerem i obozu Auschwitz, ma jakikolwiek nasz polski sens? Przecież, pytają, żaden Polak nie przeszedł tym 140-metrowym "tunelem deportowanych"? Przecież żaden Polak w ogóle nie wszedł w latach wojny do łódzkiego getta. Po co budować właśnie w Łodzi Pomnik Polaków Ratujących Żydów, jeśli wiadomo, że żaden Polak tutaj nie uratował żadnego Żyda? I czy to w ogóle jest polska historia?
I co na to odpowiedzieć? Czy to, że wszystko, co zdarzyło się na polskiej ziemi, należy do polskiej historii? Czy to, że historia polskich Żydów jest, czy nam się to podoba, czy nie, także polską historią? Czy może to, że te wszystkie opowieści o wzajemnej polsko-żydowskiej nienawiści i o polskim zoologicznym antysemityzmie są tylko odwieczną dyżurną, europejską (należy czytać: rosyjsko-niemiecką) brednią, o czym najlepiej wiedzieli sami Niemcy, tylko tutaj, w Polsce, i tylko nas, Polaków, bezwzględnie mordując za najmniejszy odruch człowieczeństwa wobec Żydów? To dlatego, jak mi się zdaje, by ten fałszywy mit polskiej nienawiści podtrzymać, by trwał nadal, jakaś wyrachowana polityka przez ostatnie 65 lat nie pozwoliła nam spisać i policzyć nazwisk setek, a może tysięcy polskich bohaterów tej dramatycznej historii. I to dlatego, jak sądzę, przez 65 lat nam, Polakom, nie udało się zbudować pomnika ich chwały.
Zostanie odsłonięty w Parku Ocalałych w Łodzi, 27 sierpnia 2009 roku, w 65. rocznicę likwidacji przez Niemców Litzmannstadt Ghetto. Pomnik Polaków Ratujących Żydów. Nie wiem, czyim będzie pomnikiem. Czy przyjedzie go zobaczyć więcej polskich, czy więcej żydowskich wycieczek. Czy przyjadą wycieczki z Holandii, czy z Francji. Może z Ukrainy. W kwestii Holocaustu, jak myślę, mają do powiedzenia znacznie więcej niż my. Może przyjadą wycieczki z Niemiec, a może z Ameryki i Wielkiej Brytanii, krajów, które wielki polski Żyd Szmul Zygielbojm, umierając śmiercią samobójczą w maju 1943 roku w Londynie, oskarżał o to, że o Żydach zapomniały, a tym samym skazały na Zagładę. Nie oskarżał tylko nas jednych, Polaków. Nie oskarżał, bo przyjechał z Polski, z getta warszawskiego, i wiedział, co mogą zrobić i co robią Polacy, by wspomóc Żydów.
To zresztą nie ma znaczenia, skąd i kto przyjedzie. Tak jak nie ma znaczenia, kto dzisiaj przyjeżdża. Bez względu bowiem na to, jak kochamy naszą historię i bez względu na to, co o niej sądzimy (na co dzień i od święta), nasza historia dawno temu przestała już być nasza. W wianie od XX wieku otrzymaliśmy bowiem ogromny i ogromnie ważny, powiedzieć można: święty, wielki rozdział historii europejskiej i światowej. Chcąc nie chcąc, staliśmy się wielkim, przebogatym zagłębiem historycznym. Auschwitz zwiedziły już miliony ludzi z całego świata. Podobnie Warszawę, jedyne chyba na świecie miasto zrównane z ziemią, które zdołało zmartwychwstać. Podobnie Majdanek, Treblinkę czy Stutthof. Miliony przybędą do Łodzi, by zobaczyć coś, z czego zrezygnowała Warszawa, a więc żywe pamiątki getta. Żydowskich gett było w Polsce kilkaset, ściślej około 400. Żywe ślady pamięci zrekonstruowała tylko mądra Łódź. Miliony przybywają i przybędą jeszcze na Westerplatte i na warszawskie Powązki.
W ponad 60 lat po największej i - jak wierzą ludzie - ostatniej wojnie, zaczyna kwitnąć i wspaniale się rozwijać turystyka historyczna. Można nie dać wiz wjazdowych ukraińskim dzieciom podążającym śladami Bandery, ale nie sposób ich nie dać tysiącom niemieckich wnuków, które przyjadą tu, by zobaczyć na własne oczy, gdzie walczył dziadek lub gdzie zginął dziadek. Najpewniej, wcześniej czy później, będą chciały przyjechać tu tysiące rosyjskich wnuków, bezskutecznie szukając śladów obozów z roku 1941, w których Niemcy wymordowali i zagłodzili na śmierć 800 tysięcy Rosjan. Będą szukać w Rymanowie, Chełmie Lubelskim, Biłgoraju, w podwarszawskich Grądach, podtoruńskich Glinkach, w Białej Podlaskiej czy na Zawodziu pod Częstochową. Czy znajdą? Zależy najpewniej od dzisiejszych włodarzy tych miejscowości. Być może uznają oni, że to także nie polska historia, bo co my, Polacy, mieliśmy wspólnego z niemiecką wyprawą na Moskwę. A być może ktoś, kto zna i stara się zrozumieć trudną historię XX wieku, przypomni sobie, że tu, na polskiej ziemi, z tych strasznych żołnierskich obozów śmierci jednak zdołało uciec około 67 tysięcy Rosjan i że jak umieli, tak pomagali im Polacy. I że 268 zapłaciło za to życiem. I może ktoś zbuduje im pomnik. Kiedyś bowiem historia staje się wreszcie tylko historią.
Polskie wybory
Blisko stuletnia już historia polskiej demokracji nigdy nie zanotowała podobnego zdarzenia. Oto w powszechnych wyborach parlamentarnych 60 procent Polaków, a więc wyraźna większość społeczeństwa, zdecydowało się nie oddać swego głosu na żadną opcję polityczną i na żaden program społeczny czy gospodarczy. Zdecydowało się nie bronić III, ani nie głosować za IV Rzecząpospolitą. Po prostu pozostali we własnym polskim domu. Dla jednych, którzy próbują fakt ten zrozumieć, oznacza to kategoryczną dyskwalifikację polskiej klasy politycznej poprzez powszechną absencję wyborczą, rozumianą jako wielki, zbiorowy protest społeczny Polaków. Inni gotowi są przyjąć, że wręcz przeciwnie, mamy tu do czynienia z dyskwalifikacją społeczeństwa, które niczego nie rozumie z dobrodziejstwa demokracji, którego kultura i świadomość polityczna pozostawiają jeszcze wiele do życzenia i dla którego przyszłość własnego państwa niewiele ma wspólnego z przyszłością własną. Są i tacy, którzy błogosławią niską frekwencję w lokalach wyborczych, utrzymując, że tylko dzięki niej wygrały ugrupowania opowiadające się za reformą państwa, gdyby bowiem do wyborów poszła większość Polaków, którym po pijaku i tak wszystko jedno, na kogo oddają swój głos, to zwycięstwo wyborcze mogłaby odnieść jakaś nieznana partia jakiegoś nieznanego, nowego Tymińskiego. Przypominają przy tym cud uchwalenia Konstytucji 3 maja, który zawdzięczamy absencji wielkiej grupy posłów na sali sejmowej, czy podobny cud uchwalenia konstytucji kwietniowej 1935 roku. I tylko szukając odpowiedzi na to być może najważniejsze dzisiaj polskie pytanie, nikt nie szuka jej w owej blisko stuletniej już historii polskiej demokracji. Gdyby szukał, pojąłby, że te ostatnie, bodaj 21. (licząc od 1919 roku) polskie wybory mają za sobą niewiele ponad 20 lat historii. Reszta to tylko historia gwałtów na polskiej demokracji.
Wybory do Sejmu Ustawodawczego w styczniu 1919 roku, pierwsze wybory w odrodzonej, niepodległej Polsce, jak pisał Paweł Zaremba, przebiegały "w uroczystym skupieniu". Frekwencja wyborcza wynosiła od 60 do 90 procent. Jak wiadomo bowiem, te wybory przebiegały na raty, sukcesywnie wraz z przyłączaniem nowych ziem do Macierzy. Dopiero w maju 1920 roku dołączyła grupa posłów z Pomorza, a w marcu 1922 roku grupa posłów wileńskich. Tych 432 posłów, "których entuzjazm i zapał - jak pisano - musiał zastąpić doświadczenie parlamentarne", dokonało ogromnej pracy zorganizowania nowo powstałego państwa. Uchwalono ponad 100 ustaw, zgłoszono ponad 4 tysiące interpelacji, uchwalono konstytucję. Wszyscy Polacy wierzyli wówczas w sukces swego państwa i wszyscy znali pierwsze polskie hasło tych pierwszych niepodległych lat: "W Równości, Braterstwie i Jedności zatrzesz grzechy swej przeszłości". Grzechami przeszłości w owym wspólnym rozumieniu były oczywiście polskie warcholstwo, osławione liberum veto, klientelizm, sobiepaństwo, przekupstwo i zdrada, to wszystko, co - jak wierzono - legło u podstaw klęski polskiej państwowości w XVIII wieku. Nowa Rzeczpospolita miała być od tych grzechów wolna.
Oczywiście, nie była. Wincenty Witos skarżył się w swych wspomnieniach na Jana Stapińskiego, a także Józefa Putka, późniejszych posłów chłopskich: "Na wiecach przedwyborczych ośmielił się publicznie głosić, że rodziny powołanych (do wojska) nie otrzymują zasiłków dlatego, że Witos ukradł 40 milionów na te cele przeznaczonych. On stał się bogaczem, a oni cierpią nędzę. Powtarzał to za nim pojętny jego uczeń Putek. Ten przykład może chyba potwierdzić dostatecznie, jak ciężko było w tym okresie prowadzić pracę, gdy nawet tacy ludzie zdolni byli do podobnych rzeczy".
Warto odnotować ten epizod jako być może pierwszy polski niepodległy przykład posłużenia się kłamstwem, obmową i oszczerstwem jako znakomitymi środkami walki politycznej. W kolejnych polskich kadencjach sejmowych, licząc aż do dnia dzisiejszego, środek ten został udoskonalony przede wszystkim przez działaczy chłopskich, ale także wszelkiej maści endeków, by już o komunistach nie wspomnieć. Komuniści zresztą, o czym może warto pamiętać, zbojkotowali te pierwsze wybory do Sejmu Ustawodawczego, nie znajdując żadnych uzasadnień dla odrodzenia państwa.
Kolejne polskie wybory, w 1922 roku, mimo bojkotu ukraińskiego, odnotowały frekwencję wyborczą na poziomie 68 procent. Odbyły się w listopadzie. Miesiąc później historia zanotowała największą hańbę polskiej demokracji, jaką były publiczne, lecz zainspirowane w Sejmie, ekscesy wokół osoby pierwszego, demokratycznie wybranego polskiego prezydenta Gabriela Narutowicza. 11 grudnia, znieważany, obrzucany błotem przez ludzi, którzy nie chcieli pogodzić się z jego demokratycznym wyborem, kilka dni później zastrzelony został przez politycznego szaleńca. Jak się zdaje, ówczesne polskie społeczeństwo niewiele rozumiało z zasad demokracji i głośnej tylko w poezji zasady równości, braterstwa i jedności. Piłsudski ten Sejm nazwie "sejmem ladacznic", w odróżnieniu od kolejnego, który w jego odczuciu był "sejmem korupcji". "Najbardziej charakterystyczną i najbardziej rzucającą się w oczy cechą naszych Sejmów było właśnie unikanie za wszelką cenę jakiejkolwiek odpowiedzialności za każdy brud czyniony przez posłów. Demoralizacja siana w ten sposób w naród szła nieledwie z każdym tygodniem dalej i dalej, czyniąc życie ohydnym i przebrzydłym" - powie Piłsudski w wywiadzie udzielonym Bogusławowi Miedzińskiemu w 1930 roku. Jeśli zaufać wskaźnikom frekwencji wyborczej w wyborach 1928 roku, a więc przebiegających już po majowym zamachu na polską demokrację, Polacy przyznawali rację swemu marszałkowi. Do urn wyborczych przyszło bowiem 78,3 procent obywateli. Jednak trudno było nie dostrzec dziejącego się wówczas, jak to nazywano: "cudu nad urną". Lekcja demokracji, jaką pobierali współcześni Polacy, zawierała i nadużycia wyborcze, i wojsko w salach sejmowych, i wyprowadzanie posłów wznoszących wrogie okrzyki. Wreszcie w roku 1930 historia zanotowała aresztowanie posłów opozycyjnych z Witosem, Liebermanem, Popielem, Bagińskim oraz innymi i wybory zwane "brzeskimi", które jednak mimo ogłoszonego bojkotu zgromadziły przy urnach 75 procent uprawnionych do głosowania Polaków.
Najniższa frekwencja wyborcza miała miejsce w październiku 1935 roku, gdy wyłaniano Sejm zwany później "sejmem mianowańców". Już według nowych zasad konstytucji kwietniowej i nowej ordynacji wyborczej znakomicie ograniczającej opozycji dostęp do parlamentu. Lecz nawet wówczas, w warunkach, zdawałoby się, powszechnego niezadowolenia i społecznej frustracji, do urn zgłosiło się 46,8 procent uprawnionych. Dla nikogo, kto śledził historię tych lat, zdaje się nie ulegać wątpliwości, że Polacy otrzymywali wówczas, a ściślej, sami dawali sobie trudną i bolesną lekcję demokracji. I jeśli nawet rację mają ci, którzy ową demokrację odsądzają od tego, co się pod tym pojęciem kryje, to nawet oni muszą przyznać, że jednocześnie Polacy przerabiali w tym czasie naukę definiowania racji państwowych, identyfikowania zagrożeń, tych wewnętrznych i zewnętrznych, i kurs powinności obywatelskich. Miały się okazać bezcennym kapitałem narodowym i politycznym na zbliżające się lata wojny i lata powojenne. Zresztą, sądząc po frekwencji wyborczej w ostatnich, przedwojennych wyborach w 1938 roku, która wyniosła ponad 67 procent, ówcześni Polacy manifestowali nieustające przywiązanie do choćby nawet i ograniczonej, ale demokracji, i niekłamaną miłość do swego niepodległego państwa.
Lecz już pierwsze powojenne doświadczenia polskiej demokracji (wtedy zwanej ludową) okazały się złowieszcze. W 1946 roku komuniści sfałszowali wyniki tzw. referendum. Pytania w owym referendum sformułowano tak, by na żadne z nich nikt zdrowo i po polsku myślący nie mógł odpowiedzieć przecząco. Komuniści i ich zwolennicy głosowali "Trzy razy tak". Opozycja mikołajczykowska w odpowiedzi na pierwsze pytanie (nieważne jakie, bo tu nie o pytania chodziło) zdecydowała się odpowiadać - Nie! Frekwencja wyniosła 85 procent. Według obliczeń opozycji 83 procent narodu opowiedziało się przeciwko nowej władzy. Okazało się to nie mieć najmniejszego znaczenia. Oficjalne wyniki przyznawały druzgocące zwycięstwo zwolennikom Moskwy. Podobnie sfałszowano pierwsze powojenne wybory do Sejmu Ustawodawczego w styczniu 1947 roku. Szacunkowe dane wskazywały na to, że w całym kraju na Mikołajczyka i PSL głosowało 69 procent społeczeństwa (w Warszawie nawet 82 procent). Gdy jednak komuniści "obliczyli" głosy, ogłosili, że ich blok odniósł przygniatające zwycięstwo 82 procent głosów. Na nic się zdały jakiekolwiek protesty. Ci, którzy ośmielali się protestować, nieodmiennie trafiali do więzień, na zsyłkę czy do kopalń. Decyzje polityczne nowej władzy wspierał niespotykany, obejmujący dziesiątki tysięcy ludzi terror, wrzaskliwa triumfalna propaganda i zaplanowana nędza społeczeństwa. Przywódcy polskiej demokracji albo zostali zamordowani, albo zmuszeni do ucieczki z kraju. Od tego czasu polskie wybory charakteryzować miała jedna lista wyborcza, głosowanie bez skreśleń i blisko 100-procentowa frekwencja. W 1952 roku nowa ordynacja wyborcza przesądzała, że lista kandydatów nie może przekraczać listy posłów z danego okręgu. Głosujący miał więc tylko wrzucić do urny kartę wyborczą. W owym 1952 roku, przy 95-procentowej frekwencji, na kandydatów Frontu Narodowego oddano więc 99,8 procent głosów. W 1957 roku, w ramach popaździernikowej odwilży, władza zgodziła się, by 723 osoby ubiegały się o 459 miejsc w parlamencie. Jednocześnie jednak nowy przywódca, Władysław Gomułka, wezwał naród do głosowania bez skreśleń, albowiem: "kto skreśla kandydatów PZPR, ten skreśla Polskę z mapy Europy...". Frekwencja wyniosła 94,14 procent. Wszędzie przeszli kandydaci z pierwszych miejsc. Podobnie, bez skreśleń, przebiegały wybory w 1961, w 1965 i w 1969 roku. Frekwencja wahała się w granicach 98 procent, a PZPR zachowywała dla siebie większość sejmową w wysokości 55,4 procent. Jedyne, co ulegało niewielkim wahaniom, to liczba tzw. dyżurnych bezpartyjnych lub posłów katolickiego koła "Znak". "Wszelkie skreślenia - jak ostrzegał Gomułka - mogłyby nosić charakter polityczny...". Warto dzisiaj przywołać pamięci Polaków tę absurdalną myśl, gdyż jak żadna oddaje ona bezsens ówczesnych wyborów i pozór polskiej demokracji ludowej. Nic, poza ekipą rządzącą, nie zmieniły także wybory w 1972 czy 1976 roku. Front Jedności Narodu uzyskiwał nieodmiennie 99,53 procent. A frekwencja nadal wahała się w granicach 98 procent. W marcowych wyborach 1980 roku na listę Frontu Jedności Narodu oddano według oficjalnych komunikatów 99 procent głosów, a frekwencja wynosiła 98,9 proc. W polskich wyborach pojawiło się jednak coś zupełnie nowego. Oto po raz pierwszy głos zabrała opozycja. Najpierw przed wyborami ogłaszając, że "pójście do urn ubliża godności obywatelskiej i ludzkiej", a następnie po wyborach kwestionując wskaźniki frekwencji, która według KSS KOR wynosiła 75-85 procent. Pół roku później w Gdańsku i Szczecinie władze komunistyczne podpisywały z "Solidarnością" warunki nowej umowy społecznej. Wśród 21 postulatów zwycięskiej "Solidarności" nie było jednak postulatu wolnych wyborów. Taki postulat zdawał się wtedy przekraczać polską demokratyczną wyobraźnię. Miały się więc odbyć jeszcze jedne wybory, w 1985 roku, zgodne z zasadami demokracji ludowej, opóźnione, gdyż Sejm stanu wojennego ustawą konstytucyjną przedłużył własną kadencję.
Pierwsze, po części już wolne polskie wybory odbyły się dopiero 4 czerwca 1989 roku. Po raz pierwszy od 1974 roku w szrankach wyborczych pojawili się przedstawiciele opozycji i po raz pierwszy od 1938 roku Polacy naprawdę głosowali. Warto przypomnieć te daty, by uświadomić sobie, że przerwa w demokracji trwała w Polsce ponad 50 lat. By uświadomić sobie, że to, co przed wojną, mimo wszelkich, nierzadko uzasadnionych pretensji wobec polskiej demokracji, definiowało narodową dumę, tj. społeczeństwo obywatelskie, od dawna już nie istniało. Że ludzie w epoce wielkiego kłamstwa PRL-u pozbawieni zostali demokratycznych nawyków i demokratycznych odruchów, że wszystkiego, także swojej Polski, musieli i nadal muszą uczyć się od nowa. Warto przypomnieć to wszystko, gdy szuka się odpowiedzi na pytanie o dramatycznie niską frekwencję wyborczą lub rażące niedomagania polskiej demokracji i polskiej klasy politycznej.
Przed wojną na te same najważniejsze polskie pytania szukał odpowiedzi Stanisław Thugutt, ludowiec, jeden z najciekawszych polityków polskich XX wieku. "Zarzucano nam - pisał - żeśmy w pracy nad konstytucją byli doktrynerami, żeśmy chcieli nadać Polsce ustrój, który by się jej plątał między nogami jak długa koszula. Zdawaliśmy sobie z tego sprawę, ale sądziliśmy, że każdy inny ustrój będzie dla niej również ustrojem na wyrost, bo odwykła ona całkiem od rządzenia sobą...".
I może warto te jego słowa dzisiaj powtórzyć.
Polska krew
Jaka krew płynie w naszych żyłach? Dla Polaków, jak dla chyba żadnego innego narodu, to nonsensowne pytanie ma swój głęboki, historyczny sens. Nie ma bowiem na świecie najpewniej drugiego tak snobistycznego narodu, który obwieszałby swoje palce sygnetami herbowymi, współcześnie zamawiał portrety szlachetnych przodków i przywoływał swoje pochodzenie jako argument w dyskusji o swojej rzekomej wartości i rzekomej przewadze nad innymi. Jeśli jednak spróbować historycznie przebadać skład i jakość owej "polskiej, biało-czerwonej krwi", to okaże się, żeśmy ani inni, ani specjalnie wyjątkowi.
Po pierwsze, tak na dobrą sprawę, nie bardzo wiadomo, skąd w ogóle Polacy wzięli się na polskiej ziemi. Według mistrza Wincentego, zwanego Kadłubkiem, w prostej linii pochodzimy od starożytnych Rzymian. Mieliśmy według niego kiedyś pouczać Aleksandra Wielkiego, że: "Polaków ocenia się według dzielności ducha, hartu ciała, a nie według bogactw...!". Według kolejnych bajkopisarzy wzięliśmy się z Sarmatów, gdzieś znad dolnej Wołgi. Przegoniliśmy Scytów, podbiliśmy polską ziemię, a ludność miejscową zamieniliśmy w chłopów, sami stając się szlachtą, wyróżniającą się, co oczywiste, lepszą, bo szlachecką krwią. W tej legendzie jest zresztą źdźbło prawdy, bo jak stwierdzają ostatnie badania naukowe, rzeczywiście praojczyzna Słowian mieściła się gdzieś na Wschodzie, w dorzeczu Dniepru, skąd w V-VII wieku nasi pradziadowie przywędrowali nad Wisłę i Wartę. Problem polega na tym, że - jak pisał prof. Jerzy Łojek - cała ich bogata cywilizacja oparta była na drzewie. I kiedy sprytni Grecy, Włosi czy Egipcjanie, co oczywiste, mniej od nas zdolni i nie tak wyjątkowi, ryli swoją historię w twardym kamieniu, który miał przetrwać tysiąclecia, my, Polacy, najpewniej rzeźbiliśmy nasze pradzieje w drewnie, które okazało się dalece nietrwałe. Wiemy więc o sobie niewiele.
"Lud to we wznoszeniu domostw mało staranny, przestaje na nędznych chatach. Śmiały i zuchwały, umysłu gorącego, niełatwy, w ruchu i postawie przystojny, siłą góruje, wzrostu wyniosłego i smukłego, ciała zdrowego, barwy mieszanej, białej i czarnej..." - pisał o pierwszych Polakach Jan Długosz. Co znamienne, wszyscy kronikarze i podróżnicy podnosili w swych świadectwach naszą prapolską dobroduszność, gościnność i brak agresji, a co więcej, naszą wolność, także obyczajową, która nakazywała w słowiańskim domu dzielić się z gościem tym, co najlepsze, a więc także żoną czy córką. Owa wolność obyczajowa przetrwała zresztą jeszcze długie wieki, skoro sakrament małżeństwa, i to tylko w odniesieniu do dworu, pojawił się w Polsce dopiero w XIII wieku, a pogańskie święta i obrzędy, z głośną nocą świętojańską, podczas której to kobiety wybierały sobie partnerów, przetrwały na polskiej wsi dużo dłużej, bo do XIX wieku. Jest to szczegół o tyle istotny, że nasz wspólny pra-Polak nie znał zupełnie pojęcia ksenofobii i każdy (kto oczywiście podzielał jego wiarę) był dla niego równie dobrym Polakiem, jak on sam.
Tak więc takim samym dobrym Polakiem stawał się Niemiec, Ormianin, Rusin, Flamand, romański Walon czy Wołoch (Rumun). Polska rozrastała się terytorialnie, a to o Ruś Halicką, a to o Prusy Królewskie, a to, poprzez Unię, o Litwę, a wraz z nowymi ziemiami wzbogacała się o nowych, najprawdziwszych Polaków. Także tych z tzw. wsi jenieckich, wszystkich Węgierskich Górek, Czechowic, Niemczy, Brańsków, w których nazwach do dzisiaj kryje się ich stara historia. Dzisiaj może kogoś dziwić fakt, że w tej polskiej wspólnocie etnicznej to nie język polski stanowił czynnik wyróżniający, ale tak wyglądała owa Polska. Cały wielki, zapoczątkowany w XIII wieku ruch lokacyjny miast i wsi przywiódł na ziemie dwumilionowej Polski, jak szacował prof. Benedykt Ziętara, ok. 100 tysięcy cudzoziemców. Początkowo w miastach kościoły dzieliły się na te z niemieckim i na te z polskim językiem kazań. Po pewnym jednak czasie wszystko powoli stawało się Polską. I nowi osadnicy, i tzw. ministeriałowie, czyli służebne rycerstwo niższego stanu, które ciągnęło do Polski z całej Europy, tu szukając i tu znajdując drogi awansu społecznego i ekonomicznego. Podobnie duchowieństwo. Podobnie rzemiosło i kupiectwo. Całe polskie średniowiecze jest jedną wielką migracją, wielkim tyglem narodów, w którym mieszają się krew i geny.
Od 1264 roku, kiedy książę Bolesław Pobożny wydał pierwszy przywilej dla Żydów, pojawiają się oni w polskiej wspólnocie etnicznej. Pojawiają się i stają się Polakami. Nigdzie na świecie, jedynie w Polsce obowiązuje prawo, grożące surową karą chrześcijaninowi, który nie pospieszy z pomocą Żydowi, wzywającemu ratunku... Wystarczy przypomnieć w tym miejscu przestrogi Kościoła, że: "...Żydzi nie tylko współżyją z ludnością chrześcijańską, ale biorą udział w pijatykach czy ucztach...". W owej Polsce są oni najprawdziwszymi Polakami, tym cenniejszymi, że np. w Wielkim Księstwie Litewskim od końca XVI wieku Żydzi, którzy przyjmowali wiarę katolicką, automatycznie otrzymywali szlachectwo! Sarbiewski w swej kronice pisze, że: "Mianem Polaków obejmuje także i tych, których z czasem dopiero dopuszczono lub przyłączono do organizmu tego wielkiego państwa...". I dopiero czytając te słowa, można zrozumieć, dlaczego Sienkiewiczowska Krysia Drohojowska wybiera nie polskiego pana Wołodyjowskiego, lecz jakiegoś tam szkockiego pochodzenia Ketlinga. A Skrzetuski jakąś tam Rusinkę Kurcewiczównę, której bracia po polsku słów kilku sklecić nie potrafią. Ano wybiera, bo to tacy sami Polacy.
XVI wiek wprowadzi na polskie ziemie wraz z królową Boną Włochów, wraz z Batorym Węgrów, wraz z Walezym Francuzów. XVII wiek - Szwedów, Turków i Tatarów. XVIII wiek, jak to nazwał Łoziński - najgorszą z "plag żywota", czyli obce wojska w granicach Rzeczypospolitej. XIX wiek przyprowadzi nam 350-tysięczną armię obcych urzędników, Rosjan, Niemców i Austriaków. A ze zubożałej Saksonii ok. 250 tysięcy przedsiębiorców i rzemieślników. Księstwo Warszawskie zmobilizuje 100 tysięcy Polaków, którzy ruszą do Rosji, Hiszpanii, Niemiec, Włoch czy Francji, by naturalnie walczyć o polską sprawę, ale przecież także, by tam się osiedlać, rozmnażać i rozsławiać imię Polski. Podobnie tzw. Wielka Emigracja, która wypchnęła na Zachód ok. 10 tysięcy polskich inteligentów, czy wielka zsyłka na Sybir po powstaniu listopadowym, w której uczestniczyło ok. 30 tysięcy Polaków. Jak obliczył prof. Stefan Kieniewicz, migracje polskie XIX wieku dotyczyły w sumie ok. 9 milionów ludzi. O wieku XX nawet nie warto wspominać, bo jak żaden inny pomieszał tę naszą polską krew z całym prawie światem.
W świetle nie żadnych badań, ale choćby najprostszego przekartkowania rodzimej historii, nie ma niczego takiego jak polski genotyp czy polska krew. I najpewniej jesteśmy tacy sami jak nasza historia: różni, pomieszani i niejednoznaczni. Tyle tylko, że niektórzy z nas wciskają na grube palce herbowe sygnety.
Polska dusza
Polska dusza nie od dzisiaj stanowi zagadkę dla świata. Dlaczego oni walczą, choć nie mają żadnych szans, pytano w wieku powstań narodowych. Dlaczego oni wiecznie mierzą siły na zamiary. Są politykami wyłącznie w poezji, wyrokowano, a niestety tylko poetami w polityce. Dziwiono się naszemu wygórowanemu poczuciu honoru, dowcipkowano z naszego "zastaw się, a postaw się", licytowano nasze narodowe kompleksy i nasze narodowe słabostki do jedzenia i do picia. Niemniej, jakkolwiek by dowcipkowano i się dziwiono, polska dusza zawsze stanowiła dla obcych fascynującą zagadkę, nigdy niezbadaną i nigdy do końca niepojętą. Dzisiaj znowu pytają, o co chodzi tym Polakom. Swoją "Solidarnością" i swoim Wałęsą rozpoczęli demontaż imperium sowieckiego, mają własne, niepodległe państwo, znaleźli się w NATO, znaleźli się w strukturach Zjednoczonej Europy, polski hydraulik z polskim lekarzem i pielęgniarką kolonizują pół kontynentu. A mimo to narzekają, utyskują i wszystko to podają w wątpliwość. Czy można w ogóle zrozumieć Polaka?
Aby odpowiedzieć na to pytanie, trzeba w tym miejscu dokonać pewnego, mówiąc skromnie, wiekopomnego odkrycia. Otóż, jeśli to ludzie tworzą historię (a nie Marks z Engelsem wespół z konfliktem klasowym), owa historia jednocześnie tworzy ludzi. To proste prawo pamięci, w myśl którego, czy nam się to podoba, czy nie, jednak w ogromnym stopniu jesteśmy funkcją naszej historii. I tej przeżytej osobiście, i tej scałowanej z twarzy matki czy z rąk ojca lub dziada. To bezwzględne prawo funkcjonuje podobnie jak uwarunkowania geograficzne czy klimatyczne, które swoją surowością wpływają na charaktery ludzkiej społeczności. Szczególne, trudne warunki górskie rzeźbią twarde, wspaniałe dusze górali, podobne czy to w Alpach, czy to w Tatrach. Natomiast surowa, trudna historia rzeźbi narodowe lęki, kompleksy, dumy i obawy. Nie znaczy to wcale, że my, Polacy, jesteśmy niezmienni i nieodmiennie podobni. Że pokolenie "Kolumbów - rocznik 20" jest bliźniaczo tożsame z pokoleniem "Solidarności", a to odnajduje swoją sukcesję w pokoleniu "JP2". Historia ma niemało problemów, by znaleźć odpowiedź na pytanie, dlaczego jedni Polacy, jak w 1914 roku, nie chcieli się bić, a inni w 1939 i 1944 szli do walki jak kamienie przez Boga rzucane na szaniec. Dlaczego jedni śpiewali: "...Polak nie sługa, nie zna, co to pany...", a inni, kilkadziesiąt lat później, pozwalali się, bez specjalnego protestu, zniewalać i upadlać. Najpewniej odpowiedź zapisana została w historii owych minionych pokoleń, których dzieje niosły w sobie raz siłę i wiarę, a raz zwątpienie i zniechęcenie.
Jeśli popatrzeć przez chwilę wstecz, na minione wieki, i jeśli szukać w nich zrozumienia owej polskiej duszy, to nie ulega wątpliwości, że aż do wieku XVIII dominantą polskości zdawała się duma. Z Rzeczypospolitej Obojga Narodów, z wiktorii grunwaldzkiej, chocimskiej czy wiedeńskiej. Najgłębiej zresztą uzasadniona. Potem, wraz z rozbiorami i upadkiem Rzeczypospolitej, najbardziej dojmujące wydaje się poczucie zdrady. Ze strony targowiczan, króla sybaryty, sprzedajnych posłów, bezdusznych zaborców. W obozie Kościuszki śpiewano wówczas: "...Zdrada kajdany ukuła, szczęśliwość naszą zatruła, /Kto kocha wolność i prawa, do zemsty z nami niech stawa... /Kraj, gdy z łotrów oczyściemy, nieprzyjacioły zniesiemy, /Despotyzm całkiem wywrócim, Ojczystą wolność przywrócim...".
Owa tęsknota za utraconą wolnością podpisać miała cały wiek XIX, wiek walki bez nadziei, wiek polskiej tułaczki i polskiej tęsknoty. Wiek Norwidów, Chopinów, Łukasińskich, Trauguttów. Wiek polskiego cierpienia, ale przecież także wiek polskiej dumy. Podobnie jak następne półwiecze Polski odrodzonej, Polski Piłsudskiego, przy wszystkich zastrzeżeniach: Polski szczęśliwej, która w obronie swej odzyskanej niepodległości potrafiła zapisać legendę walki tak ofiarnej i tak oddanej, że chyba żaden naród na świecie nigdy w dziejach nie stworzył historii podobnej.
Po co to wszystko przypominać? Otóż po to, aby zrozumieć Polaka. I zapytać, co się dzisiaj stało z jego dumą? Cóż takiego zaszło w historii, że Polacy, zamiast wziąć Polskę w swoje ręce, powierzają jej los jakimś partyjniackim upiorom przeszłości, politycznym krzykaczom, demagogom i nieudacznikom? Dlaczego zamiast wybierać najlepszych z najlepszych, których nigdy w Polsce nie brakowało i pewnie dzisiaj też nie brakuje, swoją wyborczą absencją premiują bezczelność i prymitywizm? Dlaczego nie potrafimy się już cieszyć i nie umiemy już w nic uwierzyć? Czy sprawiły to klęski i niepowodzenia historii? Lecz jak uczą dzieje, polskie klęski zawsze prowadziły do zwycięstwa. Zawsze, bez względu na to, jak dotkliwe, rodziły determinację i uzbrajały do walki. Dlaczego więc dzisiaj i skąd rodzi się poczucie powszechnej bierności i rezygnacji? Czy to, jak sądził poeta, serca stały się zbyt lekkie? Czy może to epoka Peerelu, lepka, knajacka, pozbawiona klasy i ducha, deformująca ludzkie nadzieje i ludzkie przekonania? Lecz jeśli to prawda, jeśli to lata "władzy ludowej" tak widocznie i tak trwale skarliły Polaków, to co w takim razie dzisiaj konstytuuje ową polską duszę?
Tuż po zakończeniu wojny ktoś zapytał Zofię Kossak-Szczucką, wielką, nieco zapomnianą dziś pisarkę, która przez lata wojny i walki była sumieniem swego narodu, o to, co teraz, gdy wojna się skończyła, będzie dla Polski najważniejsze. Już samo pytanie, którego dzisiaj nikt nie stawia, zasługuje na przypomnienie. Odpowiedź pani Zofii padła po krótkim namyśle. Nie dotyczyła wcale, jak by chcieli niektórzy: odbudowy kraju czy walki z analfabetyzmem. "Nie wiem na pewno - odpowiedziała pisarka - ale wydaje mi się, że najważniejsza dla Polski będzie teraz prawda...".
Jeśli dzisiaj przyłożyć tę prostą myśl jak klucz kodowy do polskiej historii ostatnich kilkudziesięciu lat, to okaże się, że wielka pisarka miała rację. To minione sześćdziesięciolecie to przede wszystkim epoka kłamstwa, wielkiego ustrojowego kłamstwa komunistycznego i wynikających z niego: tysięcy, milionów małych codziennych kłamstewek, często koniecznych, aby jakoś żyć. Ta piramida kłamstwa w efekcie zrodziła zjawisko nieznane historii... oszukany naród.
Oszukany w 1939 roku przez fałszywych sojuszników, którzy nawet nie zamierzali Polsce pchniętej do wojny udzielić pomocy. Oszukany przez własny rząd i naczelne dowództwo wojskowe, które, bez względu na powody, jednak opuściło beznadziejnie walczący naród. Oszukany w Teheranie, Jałcie i Poczdamie. Sprzedany przez ludzi, których ten naród wielbił i którym wierzył. Wielkim, zbrodniczym oszustwem okazał się stalinowski system sprawiedliwości. Podobnie zresztą jak gomułkowski, gierkowski czy jaruzelski, by nie szukać już dalej. Najuczciwsi i najlepsi z Polaków skazywani byli na śmierć i eliminowani ze społeczeństwa pod całkowicie fałszywymi zarzutami zdrady i współpracy z gestapo. Jednocześnie ta sama ludowa sprawiedliwość za ciężkie pieniądze wypuszczała na wolność autentycznych zbrodniarzy hitlerowskich. Oszustwem było wszystko, stosunki polityczne i stosunki ekonomiczne. Wymiana pieniędzy okazywała się państwową grabieżą. Wybory oszukańczą farsą. Awansowali niekompetentni indolenci, degradowani byli aktywni i uczciwi. Za granicę wypuszczano głównie tych, którzy podpisali. Reszta żyła w świecie, w którym nawet marzenie o niepodległej prawdzie wydawało się kolejnym oszustwem, żyła w świecie bez nadziei.
Czas Peerelu nie doczekał się dotychczas ani rzetelnej oceny, ani wnikliwej analizy. Choćby w aspekcie spustoszeń i deformacji, których dokonał, a niewątpliwie dokonał w owej mentalnej tkance społeczeństwa. Z tej lekcji oszustwa i obłudy, jak się zdaje, Polacy wyszli bowiem dość jeszcze polscy, by stworzyć i obronić solidarność, lecz nie dość silni i nie dość stanowczy, by obronić swoją prawdę i swoją dumę. To dlatego przez ostatnie, niepodległe lata nikomu nie udało się dokonać uczciwej dekomunizacji. To dlatego przed polskimi, rzekomo niezawisłymi sądami stanęło ledwie kilku zwyrodniałych zbrodniarzy stalinowskich. Setki i tysiące umknęły kary. To dlatego nasza, nawet niezaczęta lustracja nadal szuka swojego polskiego Gaucka. Jedno bowiem wydaje się dzisiaj pewne: jeśli cokolwiek nam się w nowej Polsce udało, to na pewno przegraliśmy bitwę o prawdę. I choć można już bezkarnie śpiewać Pierwszą Brygadę i można już pójść na spacer do Muzeum Powstania Warszawskiego, to jednak - być może jakiś socjolog przyzna mi rację - nadal czujemy się i zachowujemy jak oszukany naród, który w nic już nie wierzy i we wszystkim doszukuje się kłamstwa. I być może, jeśli ta diagnoza zawiera w sobie choćby nawet trochę prawdy, to powinno już wystarczyć, by rządzący Polską politycy pojęli, że ich pierwszą powinnością winno być dzisiaj przywrócenie Polakom wiary i przywrócenie Polakom dumy.
Polska piękna historia
Historia, jak wiadomo, służy nam, Polakom, do drapania w gardle. Przy czym im mocniej drapie, tym jest bliższa, piękniejsza i prawdziwsza. Zrozumieli to już dawno wszyscy producenci polskiej historii, i tej w książkach, i tej w filmach, i tej z ulicy, wytwarzając tylko takie produkty, które ludzie kupią. Dawniej ludzie najczęściej kupowali kosyniera spod Racławic, czapką krakuską zatykającego rosyjską armatę. Dobrze sprzedawał się także sam naczelnik na krakowskim Rynku i książę Pepi rzucający się w nurty Elstery razem z honorem Polaków przez Boga mu powierzonym. Po latach znakomicie szedł ułan z nieodłączną panienką pod okienkiem lub w wersji wzbogaconej ułan z koniem nad mogiłką kolegi. Potem, jak wiadomo, przyszła era czerwonych maków, wykorzystanego i oszukanego polskiego żołnierza. Dzisiaj, co nie ulega wątpliwości, najgłębiej i najlepiej drapie nas w gardle Mały Powstaniec, 10-12-letni chłopak, w zbyt dużej panterce, zbyt dużych butach i w za wielkim, spadającym na oczy hełmie. Cały dramat naszej nieszczęsnej najnowszej historii, cała nasza krzywda i cała nasza duma zdają się zaklęte w tej wzruszającej, nieforemnej postaci dzieciaka gotowego do walki o swoją Polskę, z wielkim, zdobycznym pistoletem maszynowym.
I jakby tego drapania w gardle było nam jeszcze za mało, na historycznym rynku pojawiła się ostatnio gra planszowa: "Mali Powstańcy". Jest próbą, jak informują jej autorzy i producenci: "...przeniesienia na planszę funkcjonowania harcerskiej poczty polowej, która działała podczas powstania warszawskiego. Młodzi harcerze - jak słusznie stwierdzają autorzy - przenosili pocztę i rozkazy pomiędzy oddziałami powstańczymi, pomagając w ten sposób w walce z okupantem...". Celem tej gry - piszą dalej - jest dostarczenie jak największej liczby rozkazów, przy czym: "...jeśli rozkaz nie zostanie doręczony na czas, oddziały powstańcze mogą stracić poszczególne obiekty, a nawet całe dzielnice - ostrzegają autorzy. - Jeśli zaś zbyt wiele dzielnic zostanie zajętych przez oddziały wroga, gra kończy się porażką wszystkich graczy...". Tego już autorzy nie piszą, ale należy rozumieć, że jeśli wszystkie rozkazy zostaną dostarczone na czas, gra kończy się...? No właśnie, czym? Zwycięstwem wszystkich graczy?! A więc - sukcesem powstania?
Oczywiście, to tylko gra w historię. Na dodatek to tylko gra planszowa, ale mimowolna sugestia zawarta nawet w grze planszowej, że powodzenie powstania w jakimkolwiek stopniu zależało od tych dzieci, wydaje się grubym nadużyciem. To powstanie już w chwili wybuchu skazane było na klęskę, a setki tych dzieci na przedwczesną, niesprawiedliwą śmierć bez względu na to, ile i jak szybko dostarczone zostaną rozkazy. To, że historia drapie nas w gardle, nie powinno utrudniać nam mówienia prawdy. A prawda w kwestii powstańczej łączności brzmi, co trudno dłużej ukrywać, po prostu kompromitująco. Do łączności na wojnie służą nie dzieci, nie łącznicy czy łączniczki, nie ludzie przebiegający kanałami z dzielnicy do dzielnicy, ale głównie urządzenia łączności przewodowej i bezprzewodowej, czyli telefony i radiostacje. No dobrze, zapyta w tym miejscu każdy, ale skąd mieliśmy w okupowanej Warszawie wziąć te radiostacje? Otóż, o czym wzruszeni legendą powstania Polacy zapomnieli, powstańcza Warszawa dysponowała dziesięcioma czynnymi, sprawnymi radiostacjami. Nie trzeba było wysyłać w śmiertelnie niebezpieczne misje łączniczek i kilkunastoletnich harcerzy do innych, oddalonych dzielnic. Nie trzeba było skazywać tych dzieci na kule niemieckich "gołębiarzy", strzelców wyborowych, którzy z dachów i balkonów uczynili sobie wygodne strzelnice. Wystarczyło nawiązać łączność radiową. Dlaczego tak się nie stało, dlaczego zginęły setki łączniczek i łączników? Ano dlatego, co ujawnia Zbigniew S. Siemaszko, że w polskich regulaminach wojskowych komu innemu podlegały radiostacje, a komu innemu szyfranci. Stały więc bezużyteczne, bo szyfranci byli gdzie indziej, a radiostacje gdzie indziej. Czy ktoś temu uwierzy? A przecież to prawda.
Oto słynne dwukrotne próby dwustronnego przebicia się przez Dworzec Gdański i połączenia się Żoliborza i Starówki 19/20 i 21/22 sierpnia nie powiodły się, nie udało się bowiem poprzez łączników uzgodnić pełnej synchronizacji ataku na niemieckie pozycje. Różnica w czasie obu ataków wynosiła półtorej godziny. Tym samym wielka operacja zakończyła się klęską, a straty powstańcze sięgnęły 80 procent atakujących. Czy historia kiedykolwiek słyszała o większej nieudolności? A przecież wystarczyło włączyć obie radiostacje. Jak wiadomo, z braku łączności radiowej wprowadzono łączność wzrokową, to znaczy poprzez wywieszanie polskich flag wskazywano przybywającym łącznikom miejsce stacjonowania polskich placówek. Do dzisiaj widok bram, barykad i budynków wyróżnionych polską flagą na zdjęciach z powstania drapie nas w gardle historycznym wzruszeniem. I być może warto ujawnić, że to, co nas dzisiaj wzrusza i emocjonuje, wówczas stało się powstańczym przekleństwem. Albowiem te polskie flagi dla bezkarnego niemieckiego lotnictwa były pierwszymi drogowskazami prowadzącymi na polskie pozycje. I zapewne do dzisiaj Niemcy nie potrafią zrozumieć, dlaczego ci Polacy sami wskazywali im cele do bombardowań.
Jest odwiecznym już polskim pytaniem: jak opowiadać historię, by dla Polaków stała się wreszcie nauczycielką życia? Byśmy z czasu klęsk, niepowodzeń i narodowych dramatów wynosili choćby naukę, jak owych klęsk i niepowodzeń unikać lub choćby jak łagodzić ich skutki. Oczywiście, można wymyślać i produkować różne nowe gry planszowe typu "Mali Powstańcy" czy np. "Mały Kacetowiec". Nietrudno sobie wyobrazić jej reguły: "Wyrzuciłeś szóstkę, trafiłeś z tyfusem do rewiru (szpitala), pauzujesz trzy kolejki... Wyrzuciłeś dwójkę, idziesz do gazu i wypadasz z gry...Wyrzuciłeś czwórkę... znalazłeś bombę atomową... niemiecka załoga obozu w popłochu ucieka... Jesteś zwycięzcą...!". To takie proste. Niestety, historia rzadko bywa taka prosta. Można ją opowiadać przez wydarzenia bitewne, poprzez czyny bohaterskie, a można szukać niepozornej, często gdzieś tam schowanej czy zagubionej prawdy, która nagle staje się kluczem do zrozumienia, np. dlaczego w powstaniu zginęło tak wielu małych powstańców...
Być może ktoś kiedyś opowie prawdziwie historię powstania warszawskiego, historię okupacji i wojny Polaków z Polakami, czy choćby historię tragicznego Września. Nie będzie w niej mowy o naczelnych wodzach i naczelnych prezydentach, a tylko próba odpowiedzi na pytanie, jak to się stało, że 35-milionowe państwo zdołało wysłać na front, co ustalił prof. Jerzy Łojek, przeciwko półtoramilionowej armii niemieckiej ledwie 687 tysięcy żołnierzy. Jak to się stało, skoro posiadaliśmy broń dla 2,5 miliona ludzi, a zapasy amunicji na trzy miesiące walki. W tej historii mowa będzie o dwóch wojnach: pierwszej, tej z Niemcami, którą sromotnie przegraliśmy, i drugiej, którą przegraliśmy, zanim się zaczęła ta pierwsza. W tej wojnie okaże się, że chleb dla Armii Pomorze i Armii Poznań pieczono w Warszawie (pół miliona porcji), a więc żołnierze nigdy nie zobaczyli żadnego chleba. W tej historii okaże się, że nasza logistyka skazywała nas na klęskę z braku amunicji (choć mieliśmy jej pod dostatkiem), z braku transportu, bo zawierzyliśmy wyłącznie kolei, z braku łączności, bo 5 września, wobec wpadnięcia w niemieckie ręce kodów szyfrowych pod Częstochową (a jakoś zapomnieliśmy o kodach rezerwowych), całkowicie zrezygnowaliśmy z łączności radiowej, a tym samym jakiegokolwiek rozpoznania operacyjnego.
W tej prawdziwej historii pojawią się zupełnie inni ludzie, ci, którym historia przyznała rację, np. attaché militaire w Berlinie płk Antoni Szymański, który w połowie sierpnia 1939 roku wysłał do Warszawy tajny raport informujący, że Niemcy uderzą na całej długości granic około 1 września. Na tym raporcie ludzie odpowiedzialni za Polskę napisali: "Oto przykład panikarstwa". Pojawi się też pewnie kapitan Jerzy Niezbrzycki, szef wywiadu na Rosję, który wezwany do raportu meldował 6 września, że Sowiety niewątpliwie uderzą. Został odesłany z zarzutem siania defetyzmu. Pojawi się najpewniej gen. Ludomił Rayski, szef polskiego lotnictwa, który już w październiku 1938 roku zgłosił swoją dymisję, by nie być łączonym z nieudolną ekipą zbliżającej się klęski. Podobnie z zaszczytnej funkcji szefa sztabu Armii Poznań zrezygnował ppłk Stefan Mossor, który po zapoznaniu się z planami Naczelnego Dowództwa rzucił w twarz Naczelnemu Wodzowi, że w podobnych warunkach nie ma mowy o żadnej wojnie, a tylko o bezprzykładnej klęsce. I może gdybyśmy kiedyś opowiedzieli prawdziwie naszemu narodowi naszą najnowszą historię z zupełnie innymi rozdziałami i zupełnie innymi bohaterami, to wówczas nikt by nie produkował fałszywych planszowych gier w historię, bo Polacy po prostu nie chcieliby już w nie grać.
Narodziny legendy
Historia, wbrew temu, co sądzimy, nie płacze. Historia natomiast żywi się łzami. Każda historia, także nasza polska, w której czego, jak czego, ale łez nigdy nie brakowało. Historia zimno i bezwzględnie notuje fakty i zdarzenia, notuje słowa i zachowania. Na wszystko patrzy bez emocji i bez łez, by wszystko dostrzec i zapisać. Historia jest w kwietniu 2010, w tych dniach polskiej żałoby, wszędzie i wszędzie próbuje zrozumieć to, co się dzieje. Kiedyś będzie to chciała opowiedzieć bez wzruszeń i bez łez, prawdziwie.
Ona jedna pamięta, że podobne zdarzenia miały miejsce w Warszawie przed 88 laty, po tragicznej śmierci zamordowanego prezydenta Narutowicza. Jednego dnia tysiące ludzi obrzucały go z nietajoną nienawiścią bryłami lodu i kamieniami. Drugiego dnia, gdy zginął, tysiące ludzi dzień i noc stały przed Belwederem, w milczeniu żegnając człowieka, który uosabiał Majestat Rzeczypospolitej. Trzeba było tej śmierci, by ten majestat dostrzeżono. Gdy 19 grudnia 1922 roku, o godzinie 11.00, z belwederskiego dziedzińca ulicami Warszawy ruszył pochód żałobny z ciałem prezydenta Narutowicza, na jego krótkiej trasie prowadzącej na Zamek Królewski zgromadziło się, jak notują kroniki i wspomnienia, ponad pół miliona rozpaczających ludzi. Ludzi było tak dużo, że dopiero po ponad dwóch godzinach czoło pochodu dotarło do placu Zamkowego. Przez 3 doby w Sali Rycerskiej Zamku, defilując przed trumną Gabriela Narutowicza, setki tysięcy ludzi żegnały swego wielkiego, tragicznego prezydenta.
Dzisiaj, w blisko sto lat później, dziesiątki i setki tysięcy ludzi żegnały swego tragicznie zmarłego prezydenta. Podobnie tysiące ludzi stały przez całą noc czy cały dzień na chłodzie i w deszczu, po pokłonić się przed człowiekiem, który uosabiał Majestat Rzeczypospolitej. Nikt z oczekujących nie przypominał, że był on w istocie politykiem przegranym, że sondaże nie dawały mu najmniejszych szans na reelekcję. Żegnali go i ci, którzy na niego głosowali, i ci, którzy uważali, że nie był dobrym prezydentem. Nagle, poprzez swą tragiczną śmierć, stał się prezydentem wszystkich Polaków. Nagle stał się nam wszystkim człowiekiem bliskim, prawdziwym, wręcz wzruszającym w swojej miłości do żony, w swych człowieczych reakcjach na ludzką krzywdę, chorobę, nieszczęście innych. Nagle ci oboje, para prezydencka wydała się nam piękniejsza i jakby wyraźnie wyższa.
Stało się oto bowiem coś, czego obiektywny, a więc bezduszny historyk boi się jak ognia. Zdarzyło się oto coś, co historia, czy chce, czy nie chce, nazwać musi narodzinami legendy. A kiedy rodzi się legenda, historia, ta rzeczowa i prawdziwa, ta zimna i bezwzględna, ta, która nie umie płakać, musi zamilknąć. Kiedy rodzi się legenda, nie mają bowiem znaczenia fakty. Istotne zaczyna być wyłącznie to, w co ludzie, setki tysięcy czy wręcz miliony Polaków wierzą i w co chcą wierzyć. Być może prezydent Lech Kaczyński w oczach historii nie zasłużył sobie na miejsce na Wawelu. Nawet na pewno nie! Ale prezydent Lech Kaczyński, od dzisiaj postać z pięknej narodowej legendy, bez wątpienia tak! Zginął, zginęli oni wszyscy w drodze do Katynia, by się upomnieć o najświętszą polską pamięć. Czy trzeba czegoś więcej, by w jedno zlały się wszystkie nasze narodowe legendy i wszystkie nasze narodowe barwy? Jakikolwiek historyk, jakikolwiek filozof, etyk, politolog czy polityk, który ośmieli się stanąć na drodze tej legendy, zostanie nią po prostu zmiażdżony. Tym bardziej że, jak sądzę, legenda prezydenta Lecha Kaczyńskiego, ledwie wczoraj narodzona, będzie żyć swoim własnym, nieprzewidywalnym życiem. Będzie obrastać w nowe, nieznane fakty i nowe, nieznane jeszcze uzasadnienia.
Najpewniej wiedział o tym włodarz Katedry Wawelskiej, ksiądz kardynał Stanisław Dziwisz, gdy decydował o miejscu wiecznego spoczynku dla dwojga prezydenckich bohaterów tej smoleńskiej śmierci. Przed laty, gdy poprzez ludzi bliskich Ojcu Świętemu Janowi Pawłowi II zwróciłem się do polskiego papieża z prośbą o udostępnienie mi pewnych dokumentów dotyczących śmierci gibraltarskiej generała Władysława Sikorskiego, dokumentów wcześniej już udostępnionych przez Watykan Niemcom (stąd znałem ich sygnatury), odpisał mi wówczas, odmawiając, sekretarz papieża, ksiądz Dziwisz: "Proszę powiedzieć Panu Baliszewskiemu, że mądrość Kościoła polega na tym, że wszystko powinno się dziać we właściwym czasie". Przechowuję ten list jak relikwię świadczącą mi do dzisiaj prawdziwie o mądrości Kościoła.
Oczywiście, historia będzie próbowała walczyć z tą nową narodową legendą. Będzie się głośno skarżyć na sytuację, w której nasze dzieje pisane są znowu przez jakąś Mniszkównę, dla której ważniejsze są gesty miłości i marzenia niż fakty, twarde dokonania i racjonalne programy. Oczywiście, złośliwa historia za rok czy za dwa lata zada polskim maturzystom temat: "Myśl polityczna prezydenta Lecha Kaczyńskiego" albo "Wizja Polski prezydenta Lecha Kaczyńskiego". Ale te usiłowania na niewiele się zdadzą. Albowiem siła legendy, każdej historycznej, narodowej legendy jest tak wielka, że choćby dziesięciu utytułowanych profesorów wykazało, że książę Józef Poniatowski był łysy jak kolano, to i tak kochający go Polacy widzieć go zawsze będą jako pięknego bruneta o bujnej czuprynie. I choćby stu historyków opublikowało dokumenty jednoznacznie świadczące o tym, że generał Sikorski, pełniąc wysokie funkcje państwowe i wojskowe, był płatnym agentem dwóch mocarstw, że w ostatnich latach przed wojną przygotowywał zbrojny zamach stanu, że dla tysięcy polskich najuczciwszych oficerów urządził w latach wojny na obczyźnie obozy odosobnienia, to i tak pozostanie na wieki na Wawelu, bo stał się niegdyś bohaterem narodowej legendy.
Kiedy piszę ten tekst, nie wiem jeszcze, jakie słowa padły w bazylice Mariackiej w Krakowie nad trumną naszego tragicznie zmarłego prezydenta. Jaką myślą żegnano tego mądrego, uroczego człowieka, który żył dla Polski i dla Polski zginął. Wiem natomiast, co nad trumną prezydenta Narutowicza blisko 90 lat temu przypomniał Polsce ks. dr Antoni Szlagowski. Na koniec swej mowy żałobnej przypomniał on słowa Mickiewicza: "Wszystko będzie daremnem, póki się nie odrodzicie w duchu. Ale cóż jest to odrodzenie się w duchu? Na to pytanie każdy z was znajdzie odpowiedź w głębi uczucia swojego. Połóżcie zatem koniec rozterkom waszym i pogódźcie się. Ludzie rady i ludzie czynu, zapytajcie was samych, gdzie jest Ojczyzna, zejdźcie do głębi duszy waszej, natężcie ducha wewnętrzną pracą, a ujrzycie ją...". I może warto te słowa przywołać także dzisiaj, w przekonaniu, że niewiele po wiekach straciły na swej polskiej aktualności.
Początki
Nie ma w całych polskich dziejach większej zagadki i większej tajemnicy niż ta historia sprzed blisko tysiąca lat, historia o złym królu Bolesławie i dobrym biskupie Stanisławie. Zły król, porywczy i gwałtowny, nieludzki i brutalny, kazał zabić, a może nawet sam zabił biskupa, który po wielekroć go upominał, ganiąc królewską niemoralność i zbytnią surowość wobec poddanych. A gdy wszelkie upomnienia zawiodły, gdy zły król dalej za nic sobie miał przestrogi kapłana, ten rzucił na niego z ambony klątwę, co w owym XI wieku równało się cywilnej śmierci przeklętego, nawet jeśli był on królem. Szlachetny kapłan Stanisław za swą nieugiętą służbę prawdzie zapłacił męczeńską śmiercią, a występny król musiał porzucić tron, musiał opuścić kraj i udać się na wygnanie, z którego nigdy miał już nie powrócić.
Historycy nawet w 1000 lat po owych zdarzeniach uciekają od tej historii jak diabeł od święconej wody. Po pierwsze dlatego, że brak dokumentów nie pozwala także dzisiaj odpowiedzieć na pytanie, co wydarzyło się naprawdę i na czym polegał spór między królem i biskupem. Po drugie dlatego, że ów biskup, o którym historia nie umie powiedzieć nawet tego, kiedy się narodził i skąd pochodził, w 200 lat po swej śmierci został kanonizowany, a co więcej, ogłoszony patronem Polski. Co za wariat, albo nawet samobójca, będzie więc próbował dochodzić prawdy, skoro została ona już objawiona, zadekretowana i wyniesiona na ołtarze i skoro od 1253 roku, to znaczy od ponad 750 lat, cała Polska modli się do świętego Stanisława, którego męczeństwo przez całe wieki symbolizowało los Polski, rozczłonkowanej, poćwiartowanej, ale przecież wreszcie cudem połączonej, odrodzonej i żywej.
A jednak historia upomniała się o prawdę. Przede wszystkim dotyczącą króla Bolesława, zwanego za życia Szczodrym. Przydomek Śmiałego pojawił się przy jego imieniu znacznie później, po wiekach. W powszechnej opinii badaczy okazał się wielkim, znakomitym władcą. To w gruncie rzeczy jemu, a nie jego ojcu Kazimierzowi, należał się tytuł Odnowiciela. On bowiem przywrócił na polskich ziemiach chrześcijaństwo zniszczone przez tzw. reakcję pogańską w latach 1034-38. On odbudowywał kościoły, on konsekrował katedrę gnieźnieńską, on ufundował kilka klasztorów benedyktyńskich. On wreszcie dokonał podziału kraju na biskupstwa, powołując na arcybiskupa gnieźnieńskiego Bogumiła, a na biskupstwo krakowskie w 1072 roku Stanisława. Zdawałoby się, że wobec takich zasług dla Kościoła, podobnie jak król Stefan czy Władysław na Węgrzech, podobnie jak król Wacław w Czechach czy jak Otto u Niemców, zostanie okrzyknięty świętym i po najdłuższym życiu wyniesiony na ołtarze. Tym bardziej że wygrał swe wojny z Czechami, że zręcznie podszedł Niemców i cesarza Henryka IV, wykorzystując jego spór z papieżem, by przywrócić Polsce koronę, że jego polityka wschodnia wobec Księstwa Kijowskiego, podporządkowująca Polsce Ruś, zasługiwała na najwyższe uznanie. Podobnie jak polityka wobec Węgier, gdzie usuwał i osadzał władców.
W tej burzliwej Europie drugiej połowy XI wieku, wstrząsanej straszliwym sporem papiestwa z cesarstwem, podzielonej schizmą, czyli oddzieleniem się Kościoła wschodniego od zachodniego, chrześcijańskiej Europie, ale już reformowanej według nowych reguł wypracowanych w Cluny, ten nasz król jawi się jako wielki władca, którego wpływy sięgają daleko poza polskie granice. I gdy 25 grudnia 1076 roku legaci papiescy namaszczali go na króla, niemiecki kronikarz Lambert zapisywał z goryczą, że: "...książę polski, który już przez wiele lat płacił daniny królom teutońskim i którego państwo już dawno przez dzielnych Teutonów zostało podbite i zamienione na prowincję, nagle wzbił się w pychę... przywłaszczył sobie godność i tytuł królewski, włożył sobie koronę i w sam dzień Bożego Narodzenia przez 15 biskupów został namaszczony... Książę polski na hańbę królestwa teutońskiego, wbrew prawom i zwyczajom przodków, bezwstydnie dorwał się do królewskiego tytułu i królewskiej korony...".
Zapewne owych biskupów nie było piętnastu, lecz ilukolwiek by ich było, musiał wśród innych koronować Bolesława także biskup krakowski Stanisław. Co więc takiego zdarzyć się mogło, że w trzy lata później, w jakimś dramatycznym sporze, zakończonym sądem nad biskupem, zostanie on skazany i stracony? Historia, mówiąc wprost, ani nigdy tego nie wiedziała, ani dzisiaj nie ma o tym choćby najmniejszego pojęcia. Jedyne, co wiemy, to wiemy z kroniki tzw. Galla Anonima, dokumentu powstałego 30 lat po wydarzeniach, który nawet nie wymienia imienia biskupa. "...Jak zaś doszło do wypędzenia króla Bolesława z Polski, długo byłoby o tym mówić: tyle wszakże można powiedzieć, że sam będąc pomazańcem, nie powinien był drugiego pomazańca za żaden grzech karać cieleśnie. Wiele mu to bowiem zaszkodziło, gdy przeciw grzechowi grzech zastosował i za zdradę wydał biskupa na obcięcie członków. My zaś ani nie usprawiedliwiamy biskupa zdrajcy, ani nie zalecamy króla, mszczącego się tak szpetnie...".
Termin "traditor" - zdrajca w odniesieniu do biskupa Stanisława pada w kronice Galla wiele razy. Kronikarz, bez wątpienia zakonnik, nie ma żadnej wątpliwości co do winy biskupa. Podobnie jak nie ma jej papież Paschalis II, który kilkanaście lat po śmierci biskupa Stanisława w bulli skierowanej do arcybiskupa gnieźnieńskiego Marcina pyta: "...Czyż to nie Twój poprzednik potępił biskupa, bez powiadomienia rzymskiego arcykapłana...?". Poprzednik abpa Marcina to abp Bogumił. Z papieskiej bulli wynika więc jednoznacznie, że w tajemniczym sądzie nad oskarżonym i skazanym za zdradę Stanisławem bierze także udział Kościół polski w osobach swych hierarchów. I wydaje wyrok skazujący...! O co więc może chodzić w tej niepojętej sprawie? Na czym polega zdrada biskupa, a na czym wina króla, jeśli wyrok wydaje sąd, i to w obecności hierarchów Kościoła? O co może chodzić, skoro na króla nie pada ani jedno złe słowo, a co więcej, padają tylko najlepsze? W ówczesnych kalendarzach kapituły krakowskiej, w dokumentach klasztorów, gdzie wznoszone są modły w intencji Bolesława dobroczyńcy i opiekuna.
Ponadto sekwencja zdarzeń, które prowadzą do wygnania Bolesława z kraju, nie jest wcale zgodna z publiczną legendą. To nie jest tak, że oto ginie biskup, a król otoczony wzgardą i niechęcią poddanych w niesławie ucieka z Polski. Miną blisko dwa lata od tego opuszczenia kraju. Razem z królem opuszczą Polskę, udając się na Węgry, jego zwolennicy, np. ród Adwańców. Czyżby ich także dotyczyła klątwa, a jeśli tak, to za co?
Ta historia nadal, po 1000 latach, pozostaje nieprzeniknioną tajemnicą. Tajemnicza jest także śmierć Bolesława, rzekomo w klasztorze słoweńskim w Osjaku, gdzie modlitwą i umartwieniem miał zapłacić za swe zbrodnie. Lecz gdy po wielu wiekach ciekawscy badacze odsłonili grób króla Bolesława i poddali szczątki badaniom, okazało się, że są to szczątki kobiece, najpewniej Irinburgii, żony fundatora klasztoru. Co stało się z królem Bolesławem, gdzie i kiedy zmarł, nie wiadomo. Przyjmuje się, że w 1082 roku, czyli bardzo młodo, w wieku 42 lat. Nikt jednak nie wie, czy to prawda.
Czy więc można rozwikłać tę historię króla i biskupa? I czy jest możliwe, by obaj, jak chce Gall Anonim, byli winni: "...ani nie usprawiedliwiamy biskupa zdrajcy, ani nie zalecamy króla..."? I czy jest możliwe, by Kościół, znając prawdę o zdradzie biskupa Stanisława, w 170 lat po jego śmierci występował o jego kanonizację do Rzymu, gdzie przecież też musiano znać całą prawdę o sporze króla i biskupa, a mimo to 17 września 1253 roku w Asyżu papież Innocenty IV ogłosił bullę kanonizacyjną św. Stanisława? Być może więc nie było żadnej zdrady ze strony biskupa ani żadnej winy ze strony króla. A w całym tym dramacie chodziło o coś zupełnie innego. O co?
Oto w 1086 roku, już po śmierci króla Bolesława Śmiałego, powrócił z Węgier do kraju jego syn Mieszko Bolesławowic z matką Wyszesławą, jak wiadomo, księżniczką ruską, córką księcia Światosława. Powrócił na prośbę swego stryja, księcia Władysława Hermana, który być może poruszony narodzinami syna Bolesława (Krzywoustego) postanowił przygarnąć także bratanka. Gall Anonim w swej kronice wręcz zachwycał się postawą i talentami księcia Mieszka. Jednak w dwa lata później dochodzi do wypadków, które historii niezwykle trudno zinterpretować. Oto w 1088 roku dwudziestoletni Mieszko zawarł ślub z księżniczką ruską, nieznanego imienia. Rok później, 7 stycznia 1089 roku, został otruty. "Mówią bowiem - zapisał Gall Anonim - że pewni rywale Mieszka, obawiając się, by krzywdy ojca nie pomścił, zgubili trucizną chłopaka wielkiej zdolności...". Lecz informację na miarę odkrycia zawiera dopiero następne zdanie: "Na koniec biedna matka, gdy w urnie składano szczątki nieodżałowanego chłopaka, przez godzinę trzymaną była, jakby umarła, bez ducha i bez życia, i zaledwie po pogrzebie przez biskupów ocucona została wachlarzami...".
Otóż polskie chrześcijańskie średniowiecze nie zna pochówków całopalnych. Nikogo nie składa się do urny, nikogo się nie spala, albowiem ciało zmarłego konieczne jest mu na dzień Sądu Ostatecznego. Wie o tym każdy, kto żył w tym XI wieku, i każdy, kto choćby u profesora Witolda Hensela doczytał się informacji, że spalenie ciała traktowano wyłącznie jako rodzaj kary. Za spalenie ciała według obrządku pogańskiego w całej chrześcijańskiej Europie grozi w owym czasie kara śmierci przez ścięcie. Pali się tylko heretyków, odszczepieńców i buntowników, ludzi, którzy zgrzeszyli wobec wiary. Albowiem zgodnie z Ewangelią według św. Mateusza: "Ten, kto we mnie nie trwa, zostanie wyrzucony, jak winna latorośl i uschnie. I zbiera się ją, i wrzuca do ognia..." (Mat. 15, 6).
To być może zbyt mało, a może dość, by postawić hipotezę o królewskich, bolesławowych planach oderwania Polski od Kościoła rzymskiego na rzecz Kościoła wschodniego. Planach stworzenia imperium wschodniego. To dlatego, o czym pisze w początkach XIII wieku Wincenty Kadłubek, zbuntowało się rycerstwo Bolesława podczas wyprawy ruskiej. I to dlatego Bolesław więcej siedzi w Kijowie niż w Krakowie. I to dlatego biskup Stanisław, chociaż się zbuntował przeciw swemu władcy i go zdradził, to jednak mógł zostać świętym. I to dlatego świeżo ożenionego z ruską księżniczką Mieszka Bolesławowica otruto, a następnie, jako odszczepieńca, spalono, by nie mógł kontynuować ojcowskich imperialnych planów. Najpewniej tak mogła wyglądać prawda w tej historii, prawda tak wstydliwa dla katolickiej Polski, że aż postanowiono ją spalić razem z królem Bolesławem. Bo, jak sądzę, jeśli spalono Mieszka, wcześniej musiano spalić Bolesława, tak by nikt i nigdy nie odnalazł jego grobu, grobu przeklętego króla.
Polska niepodległość
Prawdę mówiąc, gdyby Polacy znali swoją historię odzyskania niepodległości i historię odradzania się Polski, to najpewniej czciliby tę wielką rocznicę na kolanach, tak jak należy czcić cud, zdarzenie niewytłumaczalne, niezrozumiałe dla ludzkiego umysłu i w żaden sposób nieprzewidywalne. Gdyby znali i rozumieli swoją historię, wiedzieliby, że w ową niepodległość, z której dzisiaj są tak dumni, wówczas, przed 90 laty, wcale już nie wierzyli i, być może, wcale jej już nie potrzebowali. Wiedzieliby, że owa opowieść o polskim narodzie, podzielonym i rozdartym przez trzech okrutnych zaborców, a jednocześnie solidarnym i połączonym wspólną walką i wspólną modlitwą o Polskę, jest tylko legendą, jedną z wielu legend, w której lustrze kochamy się do dzisiaj przeglądać. Wiedzieliby także, że tak naprawdę w ówczesnym świecie nikt się za nami specjalnie nie ujmował ani nikt za nami, Polską, na mapie świata specjalnie nie tęsknił. Jak więc się to stało, że jednak odzyskaliśmy Polskę?
W rzeczywistości byliśmy narodem rozbitym, skonfliktowanym i choć niełatwo przychodzi o tym mówić, po ponadstuletniej niewoli jednak mocno wynarodowionym. Oczywiście, gdzieś z dala od Polski powstawały jakieś programy "obrony czynnej", jakieś instytucje Skarbu Narodowego, budowanego z myślą o przyszłej niepodległości, ale tak naprawdę po powstaniu styczniowym, jak pisał Roman Dmowski, idea niepodległości straciła sens, albowiem: "wszelkie działania przedsiębrane w tym kierunku byłyby tylko zabójstwem sił własnych". Podobnie, choć z innych powodów, o niepodległości nawet nie wspominali lewicowi rewolucjoniści od Róży Luksemburg, Marchlewskiego czy Waryńskiego. Jeśli w ich wyobraźni pojawiała się już jakaś Polska, to, podobnie jak w wyobraźni Dmowskiego, wyłącznie w ramach wielkiego państwa rosyjskiego. Na mocy niepojętego paradoksu historii w odrodzenie Polski, "...która dwudziestoma milionami bohaterów odgrodzi Azję, by azjatyckie barbarzyństwo pod wodzą Moskali nie spadło na Europę...", wierzył natomiast gorąco Karol Marks, człowiek, którego niebawem owo azjatyckie barbarzyństwo wynieść miało na sztandary.
Problem z polską niepodległością polegał jednak także na tym, że jeśli już pojawiali się jej orędownicy i jej bojownicy, to na polskiej ziemi spotkać się musieli nie tylko z armią i policją zaborców, ale wcześniej z rodzimym polskim wrogiem politycznym, który nie wierzył w niepodległość i który zupełnie jej sobie nie życzył. W początkach XX wieku dla polskiej endecji bohaterowie Piłsudskiego z Organizacji Bojowej PPS, męczennicy sprawy narodowej, którzy zawiśli na carskich szubienicach na stokach Cytadeli, a powieszono ich kilkuset, byli to "...żydzi, histerycy i najzwyczajniejsi wariaci...". Historia niechętnie przypomina, że przeciwko socjalistom Piłsudskiego na ulice polskich miast wyruszały bojówki Dmowskiego, który w tym czasie jedyny interes Polski widział w zjednoczeniu wszystkich ziem polskich pod berłem najjaśniejszego pana, cara Mikołaja II. Nikt tego dzisiaj nie nazywa kolaboracją, choć, jak się wydaje, trudno w historii o jej lepszy przykład. Podobnie historia niechętnie przypomina, że po słynnej robotniczej, niepodległościowej demonstracji, zorganizowanej przez Józefa Piłsudskiego na placu Grzybowskim w Warszawie 13 listopada 1904 roku, swoje pierwsze potępienie znalazł Piłsudski w oczach polskiego episkopatu, a arcybiskup warszawski Wincenty Popiel grzmiał o próbie buntu przeciwko legalnej władzy moskiewskich bożych pomazańców.
Nikt nigdy w naszej historii nie odważył się postawić pytania o to, czy gdyby niewola, gdyby zabory potrwały jeszcze 20 czy 30 lat, jeszcze przez czas życia choćby jednego polskiego pokolenia, czy byłoby wówczas co z Polski zbierać...? Zapewne nikt nie zna i nigdy nie znajdzie odpowiedzi na to pytanie. Nieodżałowany profesor Jerzy Łojek napisał kiedyś, że: "Przez cały wiek XIX i nawet część XX społeczeństwo polskie swojej niepodległości wcale się realnie nie dobijało. Gdyby naród polski w latach niewoli rzucił na szalę niepodległości znaczącą część swego majątku narodowego i swojej narodowej siły, to by po prostu tę niepodległość odzyskał...!".
Tymczasem można w tym miejscu przypomnieć głośną wówczas, w przededniu niepodległości, wizytę w Warszawie cara Mikołaja II. Pierwszego września 1897 roku na ulice miasta wyległy dziesiątki tysięcy ludzi. Na trasie przejazdu najjaśniejszego pana ludzie bez opamiętania bili brawo i wznosili okrzyki zachwytu. Warszawa w darze swemu monarsze zebrała milion rubli w złocie, a symbolicznie wręczyła mu złotą tacę z dedykacją: "...W sławie i potędze monarchii cały naród polski widzi promienistą przyszłość i gotów jest tak w szczęściu, jak i w doświadczeniach losu wiernie i niezachwianie służyć tobie, ukochanemu monarsze swemu". Łaskawy car ów milion rubli przeznaczył, jak wiadomo, na gmach Politechniki Warszawskiej. Jak również wiadomo, w zamian za obywatelską, polską zgodę na wzniesienie w Wilnie pomnika hrabiego Michaiła Murawiowa - zwanego Wieszatielem, w związku z jego okrucieństwem w tłumieniu powstania styczniowego - car wyraził swą łaskawą zgodę na wzniesienie pomnika Adama Mickiewicza w Warszawie. Tak realizowała się ugoda, o której Józef Piłsudski na łamach swego "Robotnika" zapisał: "wyzbywszy się ostatków godności ludzkiej, w wyobraźni już zmieniają swą pokorę na ruble, ordery i posady...". Historyk, który szuka w tamtych latach korzeni polskiej niepodległości, ze zdziwieniem ujrzy społeczeństwo niechętne jakimkolwiek zmianom, tak w zaborze rosyjskim, jak i w Galicji, gdzie nie na złotej tacy przecież także zapisywano adresy do Franciszka Józefa: "Przy Tobie, Najjaśniejszy Panie, stoimy i stać chcemy...". Ujrzy chłopców z I Kadrowej Piłsudskiego, którzy na dźwięk wojny, z nadzieją na wywołanie powstania, wkroczą do Królestwa, by usłyszeć pod swoim adresem przekleństwa, złorzeczenia i odgłos szczelnie zamykanych drzwi i okien. "Nie trzeba nam od was uznania..." - śpiewać będzie z legionami Piłsudskiego do dzisiaj cała Polska, nie rozumiejąc, że to słowa gorzkiego oskarżenia dla całego narodu. "W momencie odrodzenia - uczciwie, jak żaden inny historyk, zapisze Jerzy Łojek - społeczeństwo polskie skorzystało ze skutków czynu i ofiary nikłej mniejszości kilku pokoleń...". Rzecz bowiem nie tylko w tym, że ludzie, którzy tak niechętnie witali w Królestwie chłopców Piłsudskiego, bali się i nie chcieli wojny czy nowego powstania. Rzecz w tym, że ci sami ludzie, w tych samych dniach sierpniowych 1914 roku, na apel Wielkiego Księcia Mikołaja Mikołajewicza, który ogłosił, że "nadeszła godzina zmartwychwstania narodu polskiego i braterskiego pojednania się z wielką Rosją", do formowanego w Warszawie i Puławach legionu puławskiego zgłosili się w liczbie 4 tysięcy ochotników.
Historia rzadko, a ściślej, prawie nigdy nie przypomina dnia 5 sierpnia 1915 roku, gdy wojska rosyjskie opuszczały Warszawę. Jest bowiem w tym obrazie płaczących, lamentujących tłumów, kobiet całujących kozackie buty, w tych okrzykach: "...Boże, ratuj nas, nasi odchodzą...", ślad narodowej hańby, oczywisty dowód demoralizacji, wynarodowienia i klęski wszystkich polskich ideałów. A więc, powtórzmy, czy gdyby wolność i niepodległość przyszła 20 czy 30 lat później, w ogóle byłoby jeszcze co polskiego zbierać...? Warto stawiać to retoryczne pytanie, by pojąć, skąd wówczas, w owych dniach niepodległości, pojawiły się głosy o "radości z odzyskanego śmietnika" czy anonimowe słowa legionowej piosenki, gorzko i prawdziwie stwierdzającej fakt: "...że ni z tego, ni z owego była Polska na pierwszego...".
Odpowiedź na pytanie, jak to się stało, że jednak odzyskaliśmy tę Polskę, najpewniej zapisana jest w wielu polskich życiorysach. Choćby Ignacego Paderewskiego, genialnego polskiego pianisty i kompozytora, którego wiara w Polskę uczyniła ambasadorem jej niepodległości. Setkom koncertów wielkiego artysty towarzyszyły setki przemówień poświęconych sprawie polskiej. Okazał się talentem politycznym równie wielkim, jak wcześniej muzycznym. Agitował, zbierał ogromne środki finansowe na pomoc dla cierpiącej wojnę Polski, prowadził własną, prywatną dyplomację, przekonując do sprawy polskiej polityków francuskich, włoskich, brytyjskich czy amerykańskich. To jego wyłączną zasługą było zjednanie dla Polski prezydenta Stanów Zjednoczonych Woodrowa Thomasa Wilsona. To pod wpływem Paderewskiego prezydent Wilson w styczniu 1918 roku ogłosił światu swych 14 punktów, w których ujmował cały powojenny program pokojowy. Punkt 13. głosił, że "...należy stworzyć niezawisłe państwo polskie, które winno obejmować terytoria zamieszkane przez ludność niezaprzeczalnie polską, a któremu należy zapewnić swobodny i bezpieczny dostęp do morza i którego niezawisłość polityczną i gospodarczą oraz integralność terytorialną należy zagwarantować paktem międzynarodowym...".
Można powątpiewać, czy bez owego amerykańskiego głosu i nacisku odzyskalibyśmy niepodległość. Przekonany przez Paderewskiego prezydent Wilson wierzył, że świat zasłużył na sprawiedliwość. W 14., ostatnim punkcie swego programu amerykański prezydent wzywał do powołania Ligi Narodów, instytucji międzynarodowej zdolnej do przewodzenia światu, który na tej drodze uniknie na zawsze wszelkich wojen i konfliktów. Konferencja pokojowa w Wersalu, jak wiadomo, uwzględniła życzenia amerykańskiego prezydenta. Powstała niepodległa Polska i wiele innych niepodległych państw. Powstała także Liga Narodów. O czym może warto przypomnieć, wielkim przegranym tej historii stał się sam prezydent Wilson, Kongres Stanów Zjednoczonych nie ratyfikował bowiem "jego" traktatu wersalskiego, a co więcej, nie zgodził się na przystąpienie USA do Ligi Narodów. Swą polityczną klęskę prezydent opłacił dramatyczną ceną załamania nerwowego i przedwczesną śmiercią. W Polsce, którą pomógł nam odzyskać, być może powinniśmy o tym pamiętać.
Oczywiście, prawda o źródłach polskiej niepodległości, o jej twórcach i prawdziwych zasługach, musi zawierać cały wielki rozdział poświęcony pamięci Józefa Piłsudskiego. Jedynego z polskich polityków i przywódców, dla którego niepodległość zawsze była nadrzędnym, najważniejszym celem. I nie tylko dlatego, że stworzył i przewodził wielkiemu ruchowi niepodległościowemu, czy to OB PPS, czy to w Związku Strzeleckim i Drużynach Strzeleckich, czy to w Legionach, czy POW. Wielkość Piłsudskiego, niewątpliwa i oczywista nawet dla jego wrogów w latach walki, pokazała swe genialne oblicze w listopadzie 1918 roku. W tych dniach, gdy w odzyskanej Polsce, bez granic i bez administracji, bez władzy i bez służby porządkowej, prawie bez wojska, w Polsce wstrząsanej manifestacjami rewolucyjnymi, zagrożonej całą niemiecką blisko stutysięczną zdemoralizowaną armią, w Polsce skłóconej politycznie, w której każdy polityk i każdy powiat widział tę Polskę inaczej, jednak zdołał ustanowić rządy, wyewakuować wojsko niemieckie, uspokoić i uciszyć nastroje społeczne, wreszcie spacyfikować różne ośrodki władzy, by jedna Polska zaczęła mówić jednym głosem. Zdołał stworzyć polski Sejm, stworzyć polską armię i ocalić polską niepodległość. Dzisiaj nikt już nie pamięta i nikt już nie rozumie, że w 1918 roku były takie narody, jak choćby Ukraina, które podobnie jak my otrzymały niepodległość. Pewniejszą niż my, bo w traktacie brzeskim, gwarantowaną przez Rosję i Niemcy. A jednak oni nie potrafili jej wówczas ocalić. Okazuje się, że nie wystarczy dostać niepodległość, trzeba jeszcze być niepodległym.
Polski kryzys
Polak lęka się kryzysu. Obawia się go tak, jak przed wiekami drżał na wieść o morowym powietrzu. Bo też podobieństwo obu plag nie może ulegać wątpliwości. Obie pojawiają się nagle i niespodziewanie. Przyczyna obu nie jest ani znana, ani rozpoznana. A środki walki z kryzysem, podobnie jak niegdyś z morowym powietrzem, w większej mierze polegają na zaklęciach i modlitwach niż na jakimkolwiek racjonalnym przeciwdziałaniu. I jeśli w najsłynniejszej polskiej, siedemnastowiecznej suplikacji wzywaliśmy: "...Od powietrza, głodu, ognia i wojny zachowaj nas, Panie", to trudno wykluczyć, że w XXI wieku przyjdzie nam prosić: Od kryzysu, głodu... itd., wybaw nas, Panie!
W końcu 1929 roku, gdy bogaty świat rwał sobie resztki włosów z dotkniętej krachem głowy, Polacy patrzyli w przyszłość ze spokojem. Oni nie byli bogaci, a ściślej, w jedenastym roku swej odzyskanej wolności i niepodległości byli wręcz biedni. Co więcej, większość z tych kilkunastu lat przeżyli w nieustającym kryzysie. Najpierw, do 1924 roku, inflacyjnym, a następnie, już z własną złotówką, przyszło im przeżyć przegraną tzw. wojnę celną z Niemcami, która znacznie osłabiła polskiego złotego. Trzeba bowiem powiedzieć, o czym z nieznanych powodów milczy się do dzisiaj, że wojna światowa, która dla świata zakończyła się traktatem wersalskim, dla odrodzonej Polski trwała przez całe dwudziestolecie niechęcią, nieufnością, a w przypadku Niemiec i Rosji nieskrywaną nienawiścią. Otóż Polska nie dostawała, mimo starań, żadnych kredytów długoterminowych. Jeśli już dostawała pożyczki, zresztą niewielkie, z tą najgłośniejszą, tzw. stabilizacyjną, to pożyczki owe gwarantowane były wręcz upokarzającymi warunkami, z obecnością obcych doradców w banku polskim, którzy śledzili każdą polską decyzję finansową i bezkarnie grzebali w polskiej kieszeni.
Zasadniczo, w czym celowali Anglicy i Niemcy, byliśmy gorzej traktowani, jako państwo "niepewne", o "niejasnych, nieuznawanych i niesprawiedliwych granicach", które nie może gwarantować stabilności ani politycznej, ani ekonomicznej, a tym samym jako państwo, któremu się nie pomaga. I nawet jeśli się już pomagało, to, jak twierdzą historycy stosunków gospodarczych, perfidnie przyznawano Polsce za namową Brytyjczyków i Niemców niewielką pożyczkę, tak abyśmy nie mogli już ubiegać się o wyższą. Polska musiała dawać sobie radę sama i, jak wiadomo, radę sobie dawała. W latach po przewrocie majowym, na fali europejskiej koniunktury gospodarczej, także Polska, wydawało się, złapała swój drugi oddech. Rok 1928 okazał się pierwszym rokiem polskiego sukcesu gospodarczego. Wskaźniki pięły się wyraźnie w górę, bilans handlu zagranicznego zmierzał ku wartościom plusowym, notowano wielkie ożywienie inwestycyjne.
Kiedy więc na giełdzie nowojorskiej 24 października 1929 roku nastąpił ów słynny "czarny czwartek", kiedy wśród ogólnej paniki sprzedano 13 milionów akcji, Polska i Polacy zachowywali całkowity spokój. Polska, jak wiadomo, była krajem dłużniczym, a z kredytu amerykańskiego prawie nie korzystała. Jednocześnie żadne polskie, narodowe kapitały nie były zaangażowane na giełdzie amerykańskiej. Mogliśmy ubolewać nad tym, że 14 milionów ludzi straciło tam pracę, mogliśmy po ludzku współczuć bankrutom, ale wydawało się, że nas te problemy nie muszą ani obchodzić, ani dotyczyć. Lecz, jak się okazało po latach, owa "wielka depresja", jak nazywano ten kryzys, właśnie Polskę postawiła wśród swych największych i najboleśniejszych ofiar. Zaraz po takich potęgach gospodarczych jak USA, Niemcy, Wielka Brytania czy Francja. Polska produkcja przemysłowa w ciągu kilku lat spadła o blisko połowę. Zamknięto m.in. 17 kopalń węgla, 11 kopalń rud żelaza, 8 cukrowni, 5 cementowni. Znacznie, do poziomu jednego miliona, wzrosła liczba bezrobotnych, przy czym w Polsce, w której wówczas z rolnictwa utrzymywało się 65 procent ludności, wszelkie wskaźniki owego zarejestrowanego bezrobocia wydają się zaniżone.
Dramatycznie depresja gospodarcza odbijała się na rolnictwie, w którym ceny ziemiopłodów w ciągu kilku lat wynosiły jedną trzecią cen z lat przed krachem, podczas gdy ceny nawozów czy artykułów przemysłowych do produkcji rolnej zmieniały się niewiele. Polska bankrutowała i jako państwo, w którym krzycząco spadły dochody budżetowe, i jako samorządy, i jako obywatele. Kryzys, który miał nas nie dotyczyć, nie dość, że dotyczył dotkliwiej niż innych, to jeszcze znacznie dłużej niż wszystkich innych, każąc borykać się z jego problemami do roku 1936, a w rolnictwie nawet dłużej. Jak się wydaje, historia do dzisiaj nie znalazła odpowiedzi na pytanie, dlaczego tak się stało. Czy przyczyny należy szukać w fakcie, że władze państwowe dopiero po trzech latach kryzysu, 28 października 1932 roku, przedstawiły swój pakiet ustaw i rozporządzeń mających przezwyciężyć depresję gospodarczą? Że dopiero po trzech latach zdecydowano o stabilizacji cen artykułów rolnych i o oddłużeniu chłopów, m.in. poprzez moratorium spłat rat kapitałowych, a następnie spłat prywatnych kredytów hipotecznych za pomocą tzw. Banku Akceptacyjnego. Że dopiero tak późno pomyślano o utworzeniu Funduszu Pracy, z jednej strony finansującego roboty publiczne dla bezrobotnych, z drugiej strony organizującego ubezpieczenia robotników od bezrobocia.
Pewne jest w tej polskiej historii wielkiego kryzysu tylko jedno. Rząd polski, choć uczyniło to wówczas 59 państw świata, nie obniżył wartości polskiej waluty. W 1931 roku uczyniła tak Wielka Brytania, w 1933 USA, lecz dla Polski, jak się zdaje, wojna z kryzysem była przede wszystkim wojną o wartość polskiego złotego, który niebawem stał się wobec innych walut "pieniądzem nadwartościowym". Czy na decyzjach deflacyjnych zaważyła pamięć polskich katastrof walutowych z 1923 i 1925 roku, kiedy świat, a także Polacy tracili zaufanie do polskiej waluty, czy zagrała raz jeszcze duma narodowa, dodatkowo podsycana niemieckimi spekulacjami polskim mocnym złotym i niemieckimi manipulacjami słabą marką? Trudno powiedzieć. Pewne wydaje się to, że państwo polskie, któremu Europa odmawiała mniej lub bardziej oficjalnie prawa bytu, bez słowa skargi, można powiedzieć, samo straszliwie tracąc, reperowało gospodarkę innych. Można w tym miejscu przypomnieć ogólnie wówczas znany fakt, że podczas gdy Polak kupował cukier po 1 zł 41 groszy za kilogram, to ten sam cukier sprzedawał Anglikowi za 17 groszy za kilogram.
Ekonomiści obliczali, że ten dumping, czysto psychologiczny, kosztował nas około 500 milionów złotych rocznie. Ale Polska walczyła w tych dniach, jak się wydaje, nie tylko o byt gospodarczy, nie tylko o wskaźniki ekonomiczne, ale także, a może przede wszystkim, o uznanie w Europie i na świecie. Bez względu na koszty. A w tamtej rzeczywistości politycznej i gospodarczej, gdy kolejne państwa odgradzały się od innych wszelkiego rodzaju barierami celnymi i przepisami administracyjnymi, gdy gospodarka europejska, skartelizowana, sterowana ręcznie, odchodząca od jakichkolwiek praw rynku, wprost zmierzała w stronę rozwiązań autarkicznych, Polska - przekonywano - nie miała innej drogi do Europy. Bez względu na koszty.
Być może historyk nie powinien tego przypominać, lecz wśród polskich kosztów kryzysu lat 30. znalazło się i zmniejszenie uposażeń pracowników państwowych o 15 procent w roku 1931, i zmniejszenie emerytur w roku 1934 czy innych świadczeń ze skarbu państwa. Znalazły się różne daniny publiczne i wszelkie podwyżki cen monopolowych. Znalazły się i słynna Pożyczka Narodowa, i nie mniej słynna Premiowa Pożyczka Inwestycyjna w 1935 roku. Zdarzyło się, co opisuje w Strzępach meldunków gen. Sławoj Składkowski, że całe polskie wojsko w 1934 roku zdecydowało oddać uposażenie jednego miesiąca na potrzeby państwa. I historia nie zanotowała nawet jednego protestu w tej sprawie. W 1935 roku, w szóstym roku wielkiego kryzysu, mimo wysiłku i poświęcenia całego narodu, polska gospodarka znalazła się na dnie. Deficyt budżetowy osiągnął kwotę 307 milionów złotych. Eksport, mimo praktyk dumpingowych, spadł do najniższego poziomu w dziejach odrodzonego handlu zagranicznego.
Jak wiadomo, w drugiej połowie 1935 roku, już po śmierci marszałka Piłsudskiego, który go nie znosił, kierownictwo polskiej gospodarki objął Eugeniusz Kwiatkowski. Natychmiast nastąpiło nałożenie tzw. podatku specjalnego na wszystkie wynagrodzenia płacone z funduszy publicznych. Nikt nie ukrywał, jak ciężka to była ofiara, ale w tamtej Polsce nikt nie protestował, gdy szło o jej dobro. Wydatki i dochody państwa realizowane były w rygorystycznie przestrzeganych budżetach miesięcznych. Kwiatkowski, może nie do końca zgodnie z zasadami, ale zupełnie zgodnie ze zdrowym rozsądkiem, uruchomił kredyty krótkoterminowe dla wielkich inwestycji. Na nowo ruszył Centralny Okręg Przemysłowy, na nowo ruszył Fundusz Obrony Państwa. Skarb państwa nagle zaczął spłacać swe zadłużenie w Banku Polskim. I było po kryzysie. Co więcej, Polska zdołała na zupełnie innych, uczciwych warunkach wynegocjować wielką pożyczkę francuską. Zdawało się, że Polska zmierza prostą drogą do dobrobytu. I być może, gdyby nie wybuchła wojna...
Polak boi się kryzysu. Boi się, gdyż, jak uczy go pamięć historyczna, tamten kryzys lat 30. zradykalizował i znacjonalizował Europę, wynosząc do władzy różnych psychopatów i zbrodniarzy. Boi się, bo wraz z depresją ekonomiczną i biedą odżyły wówczas demony narodowych szowinizmów, uprzedzeń, urazów i niechęci, rodząc nienawiść i zbrodnię. Polak boi się kryzysu, bo znalazłszy się w Zjednoczonej wspólnej Europie, poczuwszy się przez chwilę bezpieczny i równoprawny innym, nie wie, czy ta nowa Europa wytrzyma ciśnienie kryzysu. Czy historia wraz ze spadkiem ekonomicznym nie cofnie się znowu o kilka rozdziałów. I boi się, czy, jak zawsze, to on nie będzie musiał płacić najwyższej ceny.
Polska mądrość
Przez całe długie wieki człowiek żył w kulcie mądrości absolutnej. (Nie mam tu na myśli Bożej mądrości, objawionej, zapisanej w Piśmie Świętym czy Dekalogu, zakazującej zabijać, dawać fałszywe świadectwo czy cudzołożyć, ale zwyczajną, człowieczą mądrość, zrodzoną w ludzkim rozumie czy w ludzkim doświadczeniu). Żył więc sobie człowiek przez całe długie wieki, z nadzieją, że są takie mądrości, takie sentencje, takie maksymy, takie złote myśli, które wystarczy znać i pamiętać na co dzień, a życie stanie się proste, łatwe i przyjemne, a przy okazji, co niegdyś wydawało się istotne, stanie się mądre, pożyteczne i celowe. Mądrości w rodzaju prawdy napisanej przez Kazimierza Tetmajera, że "...Nienawiścią nie można zajechać daleko, za daleko można...", lub prawdy stworzonej przez Elizę Orzeszkową, że "...Można czynić rzecz dobrą w sposób zły...". Wystarczy wiedzieć: "...Żeś wszedł na bezdroże, spostrzeżesz to po ludziach, których tam spotykasz...", by nigdy w życiu nie pobłądzić. Jeszcze sto lat temu uczono się więc, i to na pamięć, aforyzmów Seneki, Platona, Arystotelesa czy św. Augustyna nauczających pokory, miłości bliźniego i wszelkich cnót. Przez całe wieki owe złote myśli, wykuwane w kamieniu na gmachach publicznych, wypisywane na przedmiotach codziennego użytku, tkane na kuchennych makatkach, miały za zadanie uczynić ludzi lepszymi i mądrzejszymi. Jak wiadomo, nie uczyniły, być może dlatego, że, jak zapisał Goethe: "Ludzkość kroczy ciągle naprzód, ale człowiek pozostaje zawsze ten sam".
Jeśli coś się nam natomiast przez te wieki udało, to stworzyć przekonanie o zbiorowej mądrości Polaków i polskiej mądrości narodowej. Oczywiście, formalnie rzecz biorąc, w żadnej nauce nie ma takiej kategorii, jak mądrość narodowa. Nie ma bowiem narodów mądrzejszych i głupszych, wbrew np. temu, co sądzą Francuzi o Belgach czy Anglicy o Francuzach. Nie ma żadnego instrumentu, który by stan owej mądrości praktycznie mierzył. O mądrości narodu nie świadczy, co oczywiste, ani liczba wysoko wykształconych, ani liczba analfabetów. Nie świadczy lista noblistów ani liczba filmowych Oscarów. Od kiedy wiadomo, że naród, który zrodził Mozarta, Beethovena, Wagnera czy Goethego, wydał także Hitlera, piece krematoryjne w obozach zagłady i dwie apokaliptyczne wojny światowe, a naród Gogola, Puszkina, Czajkowskiego czy Prokofiewa stworzył Archipelag Gułag i wymordował dziesiątki milionów ludzi, bezbronnym i niewinnym strzelając w tył głowy, od kiedy to wiadomo, żadnym kryterium nie jest tu nawet liczba arcydzieł wniesionych do cywilizacyjnej skarbnicy ludzkości.
Jeśli Polacy, zresztą nie bez racji, uważają się za naród mądry, to dlatego, że niewiele narodów po kilkusetletnich doświadczeniach historycznych, dramacie rozbiorów, represji, wynaradawiania, kolonialnej eksploatacji, zdołało w tym świecie zachować własny język, kulturę, tożsamość i odzyskać wolność. A do tego trzeba było i siły, i inteligencji, i mądrości. I być może jedynie właśnie historia stanowić może i stanowi najlepsze kryterium oceny owej mądrości narodowej. Dość przypomnieć w tym miejscu Anglików, którzy po wygranej wojnie, kierowani zbiorowym brytyjskim rozumem, podziękowali za pracę Churchillowi, człowiekowi, który poprowadził ich do zwycięstwa, rozumiejąc, że na czas pokoju Wielkiej Brytanii potrzebny jest już inny przywódca. Świat był zdziwiony, wręcz zaszokowany, uznał jednak ten fakt za niezwykły dowód przezorności, dalekowzroczności i mądrości Anglików.
Jeśli jednak pojęcie mądrości narodowej nie istnieje w żadnej nauce i w żadnym naukowym procesie badawczym, to na pewno istnieje, żyje i ma się dobrze w polityce. Historyk, bez większego trudu, jest w stanie przywołać dziesiątki przykładów odwoływania się do owej mądrości narodowej lub powoływania się na nią. Można przypomnieć dyskusje tzw. Wielkiej Trójki w Teheranie i Jałcie, gdzie owa polska mądrość narodowa podana została w szyderczą wątpliwość przez Roosevelta i Stalina. Można przypomnieć recenzję naszych kwalifikacji polityczno-intelektualnych wyrażoną niegdyś przez pana Chiraca, lecz najprościej jest rozejrzeć się wokół, by zauważyć, jak wielu polskich polityków z różnych miejsc sceny politycznej obecnie, w dniach walki wyborczej, wyraża przekonanie, że Polacy są zbyt mądrym narodem, by na kogoś głosować, lub są zbyt mądrym narodem, by na kogoś nie głosować. Nieważne kto i nieważne na kogo. Ważniejsze zdaje się to, że nikt z polityków ubiegających się o mandaty poselskie czy senatorskie owej polskiej narodowej mądrości nie podaje w wątpliwość, nikt nie pamięta incydentu związanego ze Stanem Tymińskim, człowiekiem znikąd, na którego w 1990 roku swój głos oddało trzy i pół miliona rodaków, kierujących się zbiorową polską mądrością. Nikt nie odważy się powiedzieć głośno, że nasze polskie dotychczasowe zachowania polityczne, czy dotyczy to wybieranych, czy dotyczy to wyborców, niewiele miały wspólnego z jakąkolwiek mądrością i jakąkolwiek odpowiedzialnością. Że to my sami wprowadzaliśmy do Sejmu także takich ludzi, którzy w żadnym razie nie powinni tam się znaleźć. Że nasze polskie losy powierzaliśmy dotychczas również ludziom na pewno niewłaściwym, skoro dzisiaj albo siedzą w więzieniach, albo czekają na procesy sądowe.
Czy więc Polacy są dzisiaj mądrym narodem? Odpowiedź na to w najwyższym stopniu źle postawione pytanie najpewniej nie należy do historyka. Historyk co najwyżej może przypomnieć, że to pytanie postawiono także 70 lat temu, w latach 30. ubiegłego wieku. Nad Europą i nad Polską zaczynały się już zbierać chmury wojny. Od polskiej mądrości w ogromnym stopniu zależał polski los. I wówczas w Polskim Radiu (telewizji jeszcze nie było) postanowiono podjąć niezwykłą, zupełnie dzisiaj zapomnianą akcję. Oto każdego dnia, w porze najwyższej tzw. słuchalności, czytano Polakom złote myśli. Każdego dnia tylko trzy. Przypominano sentencje starożytnych, przypominano przemyślenia i przestrogi Mickiewicza i Słowackiego, Sienkiewicza, Norwida. Przywołano wszystko, co najmądrzejsze w polskiej literaturze i polskiej myśli politycznej. Pamiętajcie, mówiono np.: "Jeden głupiec więcej potrafi zaprzeczyć, niż stu filozofów udowodnić...", albo przypominano gorzką myśl Zygmunta Krasińskiego, że: "W naszej epoce brak wszelkiej harmonii między dumą a pokorą przeszkadza wszelkiej wielkości...", albo pytano: "Jaki rząd jest najlepszy?". I odpowiadano słowami Goethego: "Ten, który uczy nas rządzić samymi sobą...".
"Długa niewola, ciężkie jarzmo obce, narzucone jakiejś narodowości, nie tylko są strasznym ogromem nieszczęścia, mieszczącego się w słowie "niewola", lecz jeszcze tym straszniejszy ich skutek, że gdy długo trwają, upadlają cały naród, odbierają mu cechy szlachetności, czynią go złośliwym, brudnym, chciwym, materialnym, zawistnym... Kto wie - pytał Mickiewicz - czy się już wkrótce nie staniemy podobnymi, jeśli nas Bóg miłosierny nie wybawi...?". A odpowiadano słowami Romana Dmowskiego: "...To, co przez tyle pokoleń zabagniało, nie da się oczyścić przez sam fakt odbudowania państwa. Trzeba odbudować duszę narodu...". Polska potrzebowała bohaterów, lecz w Polskim Radiu ostrzegano: "Zdolność odróżniania tego, co możliwe, a co niemożliwe, odróżnia bohatera od awanturnika...". Nie ma żadnych przekazów pozwalających prześledzić, jak owa nauka mądrości była przyjmowana przez słuchaczy. Czy ludzie tego słuchali, czy i jak komentowali, czy współredagowali, nadsyłając sobie znane sentencje i maksymy. Z faktu, że bibliofilski zbiorek opracowany przez Artura Górskiego liczy kilka tysięcy tych złotych myśli, należy wnosić, iż akcja trwała dwa, a może nawet trzy lata. Niektóre z owych myśli, jak się wydaje, po 70 latach niewiele albo nawet nic nie straciły na swej aktualności: "Działanie silnych sporów partyjnych wywołuje zawsze zobojętnienie wobec dobra powszechnego i wobec honoru państwa. Gdzie partyjność wzbudza wielkie falowanie, tam polityk nie zajmuje się całym narodem, a tylko zwolennikami swoich własnych poglądów. Inni są w jego oczach obcymi, nieprzyjaciółmi, prawie piratami...". Najczęściej przywoływano nieśmiertelnego Mickiewicza: "Pamiętaj, że kto przegrał, zawsze winien. Jeżeli nam nie wiedzie się, powinniśmy dochodzić naprzód, o ile my sami temu przyczyną. A potem dopiero zewnętrzne okoliczności rozważajmy...". A "Tych, którzy nie umieją słuchać prawdy, Bóg pochlebcami karze..." - zdaje się dodawać Stanisław Orzechowski. "Rozumny i głupi człowiek nie rozerwą ani nici, bo gdy głupi ciągnie, to mądry puści. Zaś dwaj głupcy rozerwą żelazny łańcuch, bo żaden drugiemu nie ustąpi...".
Można się dzisiaj po latach jedynie domyślać aluzyjności tych myśli i tych znakomitych prawd wobec bohaterów ówczesnej sceny politycznej. Kim byli owi ciągnący żelazny łańcuch, a kogo Bóg karał pochlebcami. Tak jak można się próbować domyślać, kogo mieli na myśli autorzy owych audycji, zamieszczając myśl Goetego, że: "Nie ma nic straszniejszego jak czynna ignorancja...". Tak jak można się domyślać, kogo dotyczyły słowa Paderewskiego, że: "Nic tak nie wzmacnia sił przeciwnika, jak wyrządzona mu krzywda...". Przypomniano także słowa Sienkiewicza, że: "...Szczery poklask znajduje przede wszystkim taki umysł, który umie się zawiesić na każdym przedmiocie, jak małpa zawiesza się ogonem na gałęzi - i wywracać koziołki. Im bardziej owe koziołki będą cudaczne i nagłe a niespodziewane, tym powodzenie będzie pewniejsze...".
To, co nieuchronnie ginie w historii, to jej prawdziwy kolor i jej prawdziwy zapach. W tych myślach przywołanych Polakom w trudnych politycznie dniach poprzedzających wojnę zapisały się także ich pytania, ich obawy i ich nadzieje. Cały ulotny zapach tej epoki. I ich trudne doświadczenie. Historyk chciałby wierzyć, że po 70 latach może być także nasze, gdyby nie jedna złota myśl, która dotarła wówczas do Polaków z mikrofonów Polskiego Radia. Nie wiadomo czyjego autorstwa. Stanowi ona, że: "Przez doświadczenie można być mądrzejszym, ale nigdy mądrym...".