Trzecia strona medalu - Dariusz Baliszewski

-
Proszę czekać

Spis treści

Okładka

Skrzydełko

Arsenał

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Część I. Obrazy polskie

Początki Polska niepodległość Polski kryzys Polska mądrość Polskie państwo Polskie lustracje Polski nacjonalizm Polska choroba Polskie chamy i warchoły Polscy sprawiedliwi Polskie wybory Polska krew Polska dusza Polska piękna historia Narodziny legendy

Część II. Obrazy rosyjsko-niemieckie

Katyń i wojna Anty-Katyń Pokochać Rosję Moskiewska defilada Układy Ribbentrop-Mołotow Dobrzy Niemcy Niemieccy zbrodniarze

Część III. Batalistyka innych bitew

Wojna, której nie było Wyzwolenie opuszczonego miasta Wyzwolenie zlikwidowanego obozu Wiele bitew o Westerplatte Niewypowiedziana wojna Powstanie, którego nie planowano Dywizja, o której zapomniano

Część IV. Obrazki z życia Muszkieterów

Misja Muszkieterów Twórca Muszkieterów Koniec świata Muszkieterów Ofiara Muszkieterów

Część V. Portrety z historią w tle

Portret Historyka Człowiek z medalikiem w ustach Portret zwykłego zbrodniarza Portret rzekomego warchoła Generał, który nie miał szczęścia Portret dziennikarza Portret dyplomaty Marcysia Milcząca generał Zo Portret powstańczego dowódcy Portret człowieka pracy Generał i zdrada Anoda - portret pośmiertny Pułkownik Steifer Generał Olszyna-Wilczyński Wallenberg - portret pamięciowy Jerzy Zawieyski przy oknie Portret wielokrotnego agenta Polityk bez krawata Portret ministra, który stracił Polskę Zabójca i minister

W przygotowaniu w serii ARSENAŁ

Skrzydełko

Okładka

Polskie państwo

Dla Po­la­ka pań­stwo jest war­to­ścią naj­wyż­szą. Ści­ślej bio­rąc, nie ty­le pań­stwo, bo Po­lak te­go po­ję­cia zda­je się nie ro­zu­mieć, ile Oj­czy­zna. "Oj­czy­znę wol­ną racz nam zwró­cić, Pa­nie...". Tak Po­la­ka na­uczo­no i tak śpie­wał przez wie­ki. Praw­dę mó­wiąc, w prze­kro­ju hi­sto­rii no­wo­żyt­nej Po­lak czę­ściej śpie­wał o wła­snym pań­stwie, niż je miał. Śpie­wał przez 123 la­ta po upad­ku I­ Rze­czy­po­spo­li­tej, śpie­wał w la­tach woj­ny, po upad­ku II RP i śpie­wał przez 45 lat tzw. Pe­ere­lu. Lecz ile­kroć Pan, nie­wąt­pli­wie uży­wa­jąc do te­go ce­lu cu­dów, zwra­cał Po­la­ko­wi je­go oj­czy­znę, ty­le­kroć już po kil­ku la­tach, gdy tyl­ko obe­schły łzy nie­pod­le­głe­go wzru­sze­nia, od­zy­ska­ne pań­stwo sta­wa­ło się dla Po­la­ków wspól­nym kło­po­tem i wspól­nym pro­ble­mem. Tak dzia­ło się w po­cząt­kach lat 20. ubie­głe­go wie­ku, gdy mło­de pań­stwo pol­skie po­tra­fi­ło obro­nić się przed bol­sze­wic­ką na­wa­łą, a nie po­tra­fi­ło ustrzec się przed we­wnętrz­ną, po­li­tycz­ną anar­chią. Tak dzia­ło się w do­bie Pe­ere­lu, gdy: "...to nie zbro­ja oka­za­ła się dla wie­lu zbyt cięż­ka, a tyl­ko ser­ca zbyt lek­kie..." (a mo­że rę­ce zbyt lep­kie...), tak wresz­cie, wy­da­je się, dzie­je się tak­że dzi­siaj, gdy co­raz wię­cej Po­la­ków wy­raź­nie od­wra­ca się od wła­sne­go pań­stwa, a każ­dy, kto jesz­cze po­tra­fi udźwi­gnąć swój los, al­bo wy­jeż­dża, al­bo już wy­je­chał, al­bo in­ten­syw­nie uczy się ję­zy­ków, by wy­je­chać. Wy­jeż­dża­ją le­ka­rze, pie­lę­gniar­ki, hy­drau­li­cy, in­for­ma­ty­cy, wy­jeż­dża­ją mło­dzi, wy­kształ­ce­ni, naj­zdol­niej­si i naj­bar­dziej rzut­cy. Wy­jeż­dża­ją, jak w wie­ku XIX, jak w wie­ku XX, ucie­ka­ją jak z Pe­ere­lu. Wszy­scy z prze­ko­na­niem, że tu się nie da żyć. Co to więc za pań­stwo, z któ­re­go lu­dzie ucie­ka­ją? To, je­śli się uważ­niej przyj­rzeć, tyl­ko mniej wię­cej pań­stwo. I już na pierw­szy rzut oka wi­dać, że gdzieś w tej hi­sto­rii tkwi błąd. Być mo­że pier­wo­rod­ny błąd każ­dej pol­skiej nie­pod­le­gło­ści.

Dla Po­la­ka po­ję­cie pań­stwa jest, jak się wy­da­je, po­ję­ciem ide­olo­gicz­nym. Jest to al­bo owa cu­dem od­zy­ska­na Oj­czy­zna, al­bo sys­tem in­sty­tu­cji po­rząd­ku­ją­cych, z któ­rych skła­da się apa­rat przy­mu­su. Tym sa­mym sto­su­nek Po­la­ka do wła­sne­go pań­stwa jest wiecz­nie schi­zo­fre­nicz­ny. Z jed­nej stro­ny, świat nie zna pa­trio­tów więk­szych niż Po­la­cy, z dru­giej zaś, trud­no o na­ród na­sta­wio­ny bar­dziej an­typań­stwo­wo. Przy­kła­dy moż­na by mno­żyć. Lecz nie w tym rzecz. Rzecz w tym, że Po­lak z ja­kichś hi­sto­rycz­nych po­wo­dów nie umie my­śleć o swo­im pań­stwie w ka­te­go­riach tech­nicz­nych i czy­sto uty­li­tar­nych. Jak choć­by An­glik, któ­ry tak­że ko­cha swo­ją oj­czy­znę, lecz pań­stwo trak­tu­je jak zwy­czaj­ny dom, w któ­rym się za­miesz­ku­je. By­wa, że jest to dom prze­stron­ny, o więk­szej po­wierzch­ni, by­wa, że prze­strzeń tę trze­ba ogra­ni­czyć. By­wa, że pań­stwa w pań­stwie jest wię­cej, a by­wa, że mniej. Dla wie­lu na­ro­dów jest to oczy­wi­ste i zro­zu­mia­łe. W la­tach woj­ny An­gli­cy, przy­zwy­cza­je­ni do mi­ni­mum pań­stwa na co dzień, bez sło­wa sprze­ci­wu po­go­dzi­li się z dyk­ta­tu­rą wo­jen­ne­go ga­bi­ne­tu Chur­chil­la, by na­stęp­nie od­rzu­cić te­go Chur­chil­la jak zu­ży­ty mun­dur, gdy woj­na do­bie­ga­ła koń­ca. Dla Po­la­ka każ­da pró­ba re­for­my wła­sne­go pań­stwa na­tych­miast brzyd­ko pach­nie za­ma­chem na pań­stwo. Wy­star­czy przy­po­mnieć nie­chlub­ną hi­sto­rię I Rze­czy­po­spo­li­tej, któ­ra upa­dła, Po­la­cy bo­wiem nie umie­li po­ro­zu­mieć się w pod­sta­wo­wej kwe­stii, ile ma być pań­stwa w pań­stwie. By­ło to pań­stwo sła­be. Moż­na po­wie­dzieć, nie by­ło go w ogó­le. Przez zie­mie Rze­czy­po­spo­li­tej prze­wa­la­ły się w tę i z po­wro­tem ta­bu­ny ob­cych wojsk, gra­biąc, gwał­cąc i nisz­cząc. Nie miał ich kto po­wstrzy­mać, a je­śli na­wet miał kto, to nie miał czym. Si­ły obron­ne pań­stwa, czy­li tzw. po­spo­li­te ru­sze­nie, prze­ry­wa­ły so­bie woj­nę, bo zbli­żał się np. czas żniw, któ­re dla każ­de­go go­spo­da­rza wy­da­wa­ły się waż­niej­sze niż pań­stwo. Sej­my ob­ra­do­wa­ły mie­sią­ca­mi, by koń­czyć się ni­czym, sko­ro w imię zło­tej wol­no­ści i de­mo­kra­cji każ­dy szlach­cic swo­im sprze­ci­wem mógł po­wstrzy­mać każ­dy, choć­by naj­mniej­szy, plan na­pra­wy Rze­czy­po­spo­li­tej. Nie­opła­ca­ni funk­cjo­na­riu­sze i urzęd­ni­cy owe­go pań­stwa, nie mo­gąc czer­pać z pu­stej ka­sy pań­stwo­wej, bez wa­ha­nia i że­na­dy przyj­mo­wa­li wy­na­gro­dze­nie od ob­cych, czy to od ca­ry­cy, czy to od ce­sa­rzo­wej, czy to od kró­la pru­skie­go. Pol­ska sta­ła nie­rzą­dem i w dru­giej po­ło­wie XVIII wie­ku roz­le­gło się pol­skie wo­ła­nie o wię­cej pań­stwa. Pol­skie wo­ła­nie o sta­łą ar­mię, o pra­wa czło­wie­ka, o skarb na­ro­do­wy. Jak wia­do­mo, sku­tecz­niej­szy oka­zał się głos Tar­go­wi­cy, zwo­len­ni­ków sła­be­go pań­stwa i obroń­ców rze­ko­mej zło­tej wol­no­ści. Ma­leń­kie, le­d­wie dwu­mi­lio­no­we Pru­sy, ze swo­im zna­ko­mi­cie spraw­nym pań­stwem, oka­za­ły się po­tę­gą wo­bec pię­cio­krot­nie więk­szej, za to zu­peł­nie nie­wy­dol­nej Pol­ski. Ca­ry­ca Ka­ta­rzy­na II­ ka­za­ła tron kró­lów pol­skich prze­ro­bić so­bie na krze­sło se­de­so­we. I ty­le z Pol­ski zo­sta­ło...

W II­ Rze­czy­po­spo­li­tej od po­cząt­ku pań­stwa by­ło wy­raź­nie za ma­ło. Dra­ma­tycz­nie sła­ba i nie­wy­dol­na była wła­dza wy­ko­naw­cza, rów­nie nie­wy­dol­na wła­dza usta­wo­daw­cza pro­wa­dzą­ca do rzą­dów sej­mo­kra­cji, czy­li do pań­stwo­we­go nie­rzą­du z je­go wszyst­ki­mi ko­rup­cyj­ny­mi skut­ka­mi. Aby wzmoc­nić i aby, jak wów­czas mó­wio­no, uzdro­wić pań­stwo, mar­sza­łek Pił­sud­ski zde­cy­do­wał się na za­mach sta­nu, któ­ry prze­szedł do hi­sto­rii ja­ko za­mach ma­jo­wy. Lecz nie jest ta­jem­ni­cą, że w owym 1926 ro­ku do po­dob­ne­go za­ma­chu przy­go­to­wy­wa­ła się i en­de­cja, i ge­ne­rał Si­kor­ski, a na­wet par­tie chłop­skie z Win­cen­tym Wi­to­sem. Wszy­scy wi­dzie­li po­trze­bę ra­to­wa­nia oj­czy­zny, wszy­scy - dro­gą ogra­ni­cze­nia wol­no­ści i wzmoc­nie­nia pań­stwa, lecz gdy tyl­ko je­den się zde­cy­do­wał i ura­to­wał, wszy­scy po­zo­sta­li opo­wie­dzie­li się i prze­ciw­ko au­to­ro­wi, i prze­ciw­ko dro­dze za­ma­chu. Gdy­by Po­la­cy ro­zu­mie­li, czym jest pań­stwo, i co­kol­wiek choć­by ro­zu­mie­li z wła­snej hi­sto­rii, to, jak są­dzę, choć­by dzi­siaj, dzień 12 ma­ja - dzień pol­skiej naj­wyż­szej od­wa­gi, roz­sąd­ku po­li­tycz­ne­go i od­po­wie­dzial­no­ści za wła­sne pań­stwo - usta­no­wi­li­by swym naj­waż­niej­szym świę­tem pań­stwo­wym. Po owym 12 ma­ja 1926 ro­ku w mię­dzy­wo­jen­nej Pol­sce pań­stwa po­ja­wi­ło się jak­że wię­cej. I choć moż­na by­ło się śmiać ze sła­wo­jek za­rzą­dzo­nych przez pre­mie­ra Sła­wo­ja Skład­kow­skie­go, choć moż­na by­ło wy­kpi­wać lot­ne kon­tro­le wo­je­wo­dów w sta­ro­stwach i gmi­nach, po któ­rych opie­sza­li urzęd­ni­cy tra­ci­li cie­płe po­sad­ki, to jed­no­cze­ś­nie trud­no za­prze­czyć, że ob­raz Pol­ski w no­wym pań­stwie zmie­niał się w oczach. Ogra­ni­cze­nie wol­no­ści wy­raź­nie sprzy­ja­ło za­rów­no ży­ciu go­spo­dar­cze­mu, jak i dzie­łu re­for­my Pol­ski i dzie­łu stwo­rze­nia no­we­go oby­wa­te­la. W efek­cie po­wsta­ło sil­niej­sze pań­stwo, choć na­dal sła­be eko­no­micz­nie i za­co­fa­ne cy­wi­li­za­cyj­nie. I nie mo­gło być ina­czej, sko­ro za na­szy­mi gra­ni­ca­mi po­wsta­wa­ły to­ta­li­tar­ne pań­stwo­we po­tę­gi, nieukry­wa­ją­ce wro­gich za­mia­rów wo­bec Pol­ski. Jak wia­do­mo, tak­że ta Rze­czy­po­spo­li­ta upa­dła, lecz w od­róż­nie­niu od pierw­szej upa­dła już nie z wła­snej wi­ny i nie z wła­snej głu­po­ty.

PRL by­ła ka­ry­ka­tu­rą pań­stwa, ale prze­cież pań­stwa, z ca­łym apa­ra­tem przy­mu­su, z ca­łą po­li­cyj­ną, mi­li­tar­ną i pro­pa­gan­do­wą po­tę­gą wci­ska­ją­cą się w ży­cie każ­de­go oby­wa­te­la. Po­la­cy na­uczy­li się z tym żyć i na­uczy­li się z te­go śmiać. Nie­ste­ty jed­nak, zu­peł­nie od­uczy­li się my­śle­nia o wła­snym pań­stwie, o prze­strze­ni je­go wol­no­ści, o in­sty­tu­cjo­nal­nych gwa­ran­cjach je­go spraw­no­ści i bez­pie­czeń­stwa. Co zaś waż­niej­sze, jak się wy­da­je, zu­peł­nie za­gu­bi­li od­ru­chy oby­wa­tel­skie i propań­stwo­we, któ­re kie­dyś zdo­ła­ła za­szcze­pić w nich Pol­ska Pił­sud­skie­go. Gdy więc do­bry Bóg w 1989 ro­ku po raz ko­lej­ny spra­wiał nam cud wol­no­ści, jed­no­cze­śnie otrzy­my­wa­li­śmy w wia­nie po PRL­-u ową ka­ry­ka­tu­rę pań­stwa post­ko­mu­ni­stycz­ne­go, z ka­ry­ka­tu­rą ar­mii, wła­dzy są­dow­ni­czej, sto­sun­ków wła­sno­ścio­wych, in­sty­tu­cji wy­ko­naw­czych i kon­tro­l­nych pań­stwa. I być mo­że nic by się nie sta­ło, gdy­by nie fakt, że za­miast za­brać się do two­rze­nia pań­stwa, my­śmy w isto­cie za­adap­to­wa­li to sta­re. Ze sta­rą ka­drą, sta­rą ad­mi­ni­stra­cją, sta­rą ide­olo­gią, szum­nie na­zy­wa­jąc mniej lub bar­dziej udol­ny re­mont - trans­for­ma­cją. Kie­dyś pew­nie hi­sto­ria osą­dzi, czy na pew­no nie­uchron­ną ce­ną owej trans­for­ma­cji mu­sia­ły oka­zać się 3 mi­lio­ny bez­ro­bot­nych Po­la­ków, za­ha­mo­wa­nie bu­dow­nic­twa miesz­ka­nio­we­go czy ko­mu­ni­ka­cyj­ne­go i pau­pe­ry­za­cja zwy­czaj­nych lu­dzi, któ­rych dzi­siaj 300 tysięcy rocz­nie opusz­cza Pol­skę w prze­ko­na­niu, że tu już nic ich nie cze­ka. I kie­dyś pew­nie hi­sto­ria oce­ni, czy te­go pań­stwa mie­li­śmy w do­bie dzi­siej­szej trans­for­ma­cji za ma­ło, czy zbyt wie­le.

Tym­cza­sem zda­je się nie ule­gać wątpliwości, że po raz ko­lej­ny w na­szej trud­nej pol­skiej hi­sto­rii po­peł­ni­li­śmy ja­kiś błąd. Być mo­że ten sam, któ­ry zda­rzył się nam w ro­ku 1918. Błąd złej or­dy­na­cji wy­bor­czej, a tym sa­mym błąd złej re­pre­zen­ta­cji po­li­tycz­nej na­ro­du. Błąd nie­wła­ści­wych lu­dzi o wąt­pli­wych kom­pe­ten­cjach i nie ­mniej wąt­pli­wych za­le­tach umy­słów i cha­rak­te­rów, w któ­rych nie­spraw­ne i nie za­wsze, jak się oka­zu­je, czy­ste rę­ce skła­da­my na­sze na­dzie­je i na­sze pol­skie lo­sy. Błąd kon­struk­cji wła­dzy, w któ­rej Sejm jest w isto­cie naj­wyż­szą izbą pa­mię­ci na­ro­do­wej, sku­pia­jąc w swym skła­dzie ja­kieś ka­na­po­we, hi­sto­rycz­ne, kla­so­we par­tie, niema­ją­ce w isto­cie żad­ne­go rze­czy­wi­ste­go za­ple­cza spo­łecz­ne­go. Ja­kieś par­tie chłop­skie, ja­kieś par­tie posten­dec­kie czy ja­kieś par­tie anar­chi­stycz­ne. Trud­no się po­tem dzi­wić, że w ta­kim Sej­mie naj­mniej my­śli się i mó­wi o pań­stwie, i trud­no się dzi­wić, że przy ta­kim Sej­mie, pol­ska ak­tyw­ność oby­wa­tel­ska z każ­dym ko­lej­nym ro­kiem nie­pod­legło­ści po­zo­sta­wia co­raz wię­cej do ży­cze­nia.

Być mo­że bo­wiem praw­dzi­wy po­dział pol­skich po­glą­dów po­li­tycz­nych od daw­na już nie prze­bie­ga wzdłuż ilu­zo­rycz­nej li­nii po­dzia­łów kla­so­wych, na ja­kieś le­wi­ce czy ja­kieś pra­wi­ce, a rze­czy­wi­sta li­nia po­dzia­łu prze­bie­ga mię­dzy ty­mi, któ­rzy chcą wię­cej, a ty­mi, któ­rzy chcą mniej pań­stwa. I być mo­że sa­la pol­skie­go Sej­mu nie po­win­na przy­po­mi­nać are­ny te­atral­nej lub cyr­ko­wej, a win­na zo­stać prze­bu­do­wa­na tak, by, jak w Wiel­kiej Bry­ta­nii, po­sło­wie, pa­trząc so­bie w oczy, mó­wi­li, cze­go chcą dla swe­go pań­stwa i dla­cze­go.

Na hi­sto­rycz­nej dro­dze żad­ne­go na­ro­du nie ma żad­nych dro­go­wska­zów, któ­re pod­po­wia­da­ły­by, w któ­rą stro­nę na­le­ży po­dą­żać. Nie ma też żad­nych zna­ków, któ­re ostrze­ga­ły­by przed gro­żą­cy­mi nie­bez­pie­czeń­stwa­mi i ka­ta­stro­fa­mi. I nie ma ta­blicz­ki z na­pi­sem: "prze­paść...!". W hi­sto­rii Pol­ski kil­ka ra­zy zda­rzy­ło się, że zdo­ła­li­śmy unik­nąć ka­ta­stro­fy. Ci, któ­rym to za­wdzię­cza­my, bu­do­wa­li pań­stwo nie dla wła­dzy i nie dla wła­snej py­chy. Żą­da­li wię­cej pań­stwa lub mniej pań­stwa dla do­bra te­go pań­stwa i dla do­bra swe­go na­ro­du. Żą­da­li, prze­wi­du­jąc bieg hi­sto­rii i nie­uchron­ność przy­szłych zda­rzeń. Lecz dzi­siaj, jak się zda­je, pro­jek­cja po­li­tycz­nej wy­obraź­ni lu­dzi po­li­ty­ki spro­wa­dza się je­dy­nie do za­gad­nie­nia, kto ko­go... za­ła­twi. I nikt już nie wie po co...

Być mo­że więc ów pier­wo­rod­ny, od­wiecz­ny błąd pol­skiej nie­pod­le­gło­ści spro­wa­dza się do te­go, co naj­pro­ściej za­pi­sał nie­gdyś Ro­man Dmow­ski: "To, co przez ty­le po­ko­leń za­ba­gnia­ło, nie da się oczy­ścić przez fakt od­bu­do­wa­nia pań­stwa. Trze­ba od­bu­do­wać du­szę na­ro­du...".

Polskie lustracje

Pol­ska hi­sto­ria czę­ściej sta­wia py­ta­nia, niż na nie od­po­wia­da. Py­ta­nie o sens lu­stra­cji pol­ska hi­sto­ria sta­wia­ła już wie­lo­krot­nie. W grun­cie rze­czy w każ­dej swo­jej Rze­czy­po­spo­li­tej. Ci, któ­rzy wie­rzą w wy­jąt­ko­wość na­szych cza­sów i w szcze­gól­ny dra­ma­tyzm na­szych py­tań oraz na­szych pro­ble­mów, wi­dać zu­peł­nie za­po­mnie­li, że u schył­ku I Rze­czy­po­spo­li­tej py­ta­nia o lu­stra­cję, o praw­dę i spra­wie­dli­wość dzie­jo­wą brzmia­ły nie­po­rów­na­nie gło­śniej i tra­gicz­niej.

Po dru­gim roz­bio­rze, w stycz­niu 1793 ro­ku, Pol­ska zmie­rza­ła do swej dzie­jo­wej ka­ta­stro­fy. Po hań­bie tar­go­wic­kiej, po wsty­dzie ostat­nie­go gro­dzień­skie­go Sej­mu, na któ­rym mil­cze­nie po­słów uzna­no za znak po­wszech­nej apro­ba­ty dla dzie­ła roz­bio­rów, oczy­wi­ste by­ło, że nic już nie mo­że ura­to­wać Rze­czy­po­spo­li­tej. I gdy w rok póź­niej roz­po­czy­na­ła się in­su­rek­cja ko­ściusz­kow­ska, jej ha­słem, znacz­nie gło­śniej­szym niż zwy­cię­stwo, w któ­re nikt już nie wie­rzył, stać się mia­ły: praw­da i spra­wie­dli­wość. "Już to jest ostat­ni mo­ment - za­pi­sa­no w Ode­zwie do Oby­wa­te­lów - w któ­rym roz­pacz, wpo­śród wsty­du i hań­by oręż nam do rę­ki kła­dzie". W tym nie­co za­po­mnia­nym przez hi­sto­rię do­ku­men­cie pa­dły tak­że sło­wa, na któ­re ów­cze­s­na Pol­ska cze­ka­ła: "Grze­szy­li­śmy aż nad­to po­bła­ża­niem i dla­te­go gi­nie Pol­ska. Ni­gdy w niej pra­wie zbrod­nia po­li­tycz­na uka­ra­ną nie zo­sta­ła. Bie­rze­my te­raz in­ny spo­sób po­stę­po­wa­nia: Cno­tę i Oby­wa­tel­stwo na­gra­dzać, a ści­gać zdraj­ców i ka­rać zbrod­nie...".

Cho­ciaż pod do­ku­men­tem pod­pi­sa­ny był sam na­czel­nik po­wsta­nia Ta­de­usz Ko­ściusz­ko, hi­sto­ria czę­ściej szu­ka w nim au­tor­stwa tzw. hu­go­ni­stów, pol­skich ja­ko­bi­nów, go­rą­cych zwo­len­ni­ków ka­ra­nia zdraj­ców spra­wy na­ro­do­wej. Sam bo­wiem Ko­ściusz­ko w owym przed­mio­cie lu­stra­cji wy­ka­zy­wał wręcz iry­tu­ją­cą po­ło­wicz­ność. "Wa­da na­sza - mó­wił Ko­ściusz­ko - iż je­ste­śmy ty­le nie­po­ha­mo­wa­ni w przed­wcze­snych po­chwa­łach, ile nie­ubła­ga­ni w na­mięt­nym po­tę­pia­niu. Ła­twiej po­wie­dzieć: on zdraj­ca, ale trud­no być pew­nym, że sąd ten jest nie­omyl­ny... Nam trze­ba na­wet wzglę­dem zdraj­ców iść w śla­dy Chry­stu­sa, mo­że to ich na dro­gę cno­ty zwró­ci...". Lecz w Pol­sce w tym mo­men­cie hi­sto­rii nikt nie miał naj­mniej­sze­go za­mia­ru iść śla­da­mi Chry­stu­sa. W Wil­nie 25 kwiet­nia in­su­rek­cyj­ny Sąd Kry­mi­nal­ny ska­zał na śmierć het­ma­na Szy­mo­na Kos­sa­kow­skie­go, wiel­mo­żę, któ­ry od 1790 ro­ku po­zo­sta­jąc na służ­bie ca­ry­cy, za­jął zbroj­nie Wil­no i ogło­sił się het­ma­nem po­lnym. Z de­cy­zji lu­du za­wisł w bia­ły dzień na szu­bie­ni­cy.

W War­sza­wie 9 ma­ja z wy­ro­ku in­su­rek­cyj­ne­go Są­du Kry­mi­nal­ne­go za­wi­śli in­ni tar­go­wi­cza­nie: het­ma­ni Oża­row­ski i Za­bieł­ło, mar­sza­łek An­kwicz i bi­skup inf­lanc­ki Jó­zef Kos­sa­kow­ski, któ­ry oso­bi­ście re­da­go­wał akt kon­fe­de­ra­cji tar­go­wic­kiej. Nikt nie miał cie­nia wąt­pli­wo­ści co do te­go, że ka­rę po­no­szą zdraj­cy, lu­dzie, któ­rzy sprze­da­li wła­s­­ną oj­czy­znę. A jed­nak Ko­ściusz­ko kar­nie usu­nął z ko­men­dy wi­leń­skiej gen. Ja­ku­ba Ja­siń­skie­go, ob­wi­nia­jąc go o ra­dy­ka­lizm, któ­ry "dzie­li Pol­skę na dwa obo­zy...". Za­czy­na­ła się bi­twa o lu­stra­cję, w któ­rej z jed­nej stro­ny uczest­ni­czył król z Ko­ściusz­ką i ca­łym obo­zem kró­lew­skim, z dru­giej zaś lu­dzie, któ­rych Adam Mic­kie­wicz nie­ba­wem na­zwie "Dru­gą Pol­ską", war­szaw­scy miesz­cza­nie ze swym Ja­nem Ki­liń­skim, pa­trio­tycz­nie uspo­so­bie­ni księ­ża z ks. Jó­ze­fem Me­ie­rem czy ks. Flo­ria­nem Jel­skim, mło­dzi woj­sko­wi z gen. Jó­ze­fem Za­jącz­kiem, któ­ry pu­blicz­nie zrze­kał się w tych dniach swe­go szla­chec­twa, czy re­for­ma­to­rzy - in­te­lek­tu­ali­ści sku­pie­ni wo­kół Hu­go­na Koł­łą­ta­ja i Igna­ce­go Po­toc­kie­go. To owa "dru­ga Pol­ska" w tych dnia de­fi­nio­wa­ła po­ję­cie zdra­dy na­ro­do­wej. Uzna­wa­no więc i za­pi­sa­no, że zdra­dy pu­blicz­nej do­pusz­cza się ten, kto: "...wpro­wa­dza nie­przy­ja­cie­la do wła­snej oj­czy­zny, kto bie­rze od nie­go pen­sję, co stwier­dzo­ne jest re­wer­sem lub je­go wy­zna­niem, kto roz­da­je pie­nią­dze od nie­przy­ja­cie­la wzię­te in­nym oso­bom na urzę­dach, wresz­cie, kto szpie­gu­je, kto pro­wa­dzi taj­ną ko­re­spon­den­cję z nie­przy­ja­cie­lem i zmo­wy na oj­czy­znę, kto do­no­si mu o mo­cy i sła­bo­ści sił na­ro­do­wych, kto dla nie­go wer­bu­je lub do­star­cza mu bro­ni...".

W tych dra­ma­tycz­nych dniach in­su­rek­cji przy Wy­dzia­le Bez­pie­czeń­stwa Ra­dy Naj­wyż­szej Na­ro­do­wej po­wsta­wa­ła tzw. De­pu­ta­cja In­da­ga­cyj­na, czy­li ów­cze­sny, wy­pisz, wy­ma­luj: In­sty­tut Pa­mię­ci Na­ro­do­wej, któ­rej za­da­niem by­ło prze­słu­cha­nie lu­dzi oskar­ża­nych o zdra­dę. By­ło zresz­tą ko­go prze­słu­chi­wać, albo­wiem już w pierw­szych, kwiet­nio­wych dniach in­su­rek­cji war­szaw­skiej aresz­to­wa­no 137 zdraj­ców, szpie­gów i agen­tów wszel­kiej ma­ści. Rzecz jed­nak w tym, że ni­ko­go nie prze­słu­chi­wa­no, a owa lu­stra­cja prze­bie­ga­ła tak, aby cza­sem ni­ko­go nie zlu­stro­wać. Po­dob­ne zwle­ka­nie do­pro­wa­dzi­ło wresz­cie do te­go, że lud war­szaw­ski 28 czerw­ca wy­cią­gnął z wię­zień i po­wie­sił, tym ra­zem bez żad­ne­go są­du, ko­lej­nych tar­go­wi­czan, m.in. bi­sku­pa wi­leń­skie­go Igna­ce­go Mas­sal­skie­go, An­to­nie­go księ­cia Cze­twer­tyń­skie­go, kil­ku szpie­gów i jur­gielt­ni­ków am­ba­sa­dy ro­syj­skiej. Przy oka­zji, jak to by­wa, zgi­nę­ło kil­ku zu­peł­nie nie­win­nych lu­dzi. Zgi­nę­ło­by zresz­tą wię­cej, gdy­by nie gwał­tow­na bu­rza, któ­ra roz­sza­la­ła się nad War­sza­wą i ze­gna­ła wresz­cie lu­dzi z ulic do do­mów. W ra­mach ka­ry za owe sa­mo­są­dy na­czel­nik Ko­ściusz­ko ka­zał po­wie­sić sied­miu pro­wo­dy­rów. Ska­za­no więc i po­wie­szo­no ja­kichś sied­miu lu­dzi, z któ­rych ża­den nie miał nic wspól­ne­go z wy­pad­ka­mi czerw­co­wy­mi. Wy­da­rze­nia te w żad­nym jed­nak ra­zie nie przy­spie­sza­ły ocze­ki­wa­nej przez wszyst­kich lu­stra­cji, a wraz z nią dzie­jo­wej spra­wie­dli­wo­ści.

Przy­spie­szyć ją mia­ła do­pie­ro pu­bli­ka­cja ów­cze­snej "li­sty Wild­ste­ina", a więc zna­le­zio­nej przez po­wstań­ców w pa­ła­cu gen. Igel­ströma li­sty lu­dzi opła­ca­nych przez am­ba­sa­dę ro­syj­ską. W "Ga­ze­cie Rzą­do­wej" uda­ło się opu­bli­ko­wać le­d­wie jej część, ale i tak efekt wy­da­wał się pio­ru­nu­ją­cy. Oto bo­wiem wśród na­zwisk zdraj­ców i sprze­daw­czy­ków na po­cze­snym miej­scu wid­nia­ło: "...Kró­lo­wi im­ci czer­wo­nych zło­tych 6000...". Być mo­że pu­bli­ka­cja owej li­sty tak da­le­ce wpły­nę­ła na kró­la i Ko­ściusz­kę, że oto w miej­sce do­tych­cza­so­wych są­dów po­wo­ła­no do ży­cia Kry­mi­nal­ny Sąd Woj­sko­wy z gen. Jó­ze­fem Za­jącz­kiem na cze­le i po­zwo­lo­no na pod­ję­cie spra­wy bi­sku­pa chełm­skie­go Woj­cie­cha Skar­szew­skie­go. Był on oczy­wi­stym zdraj­cą i tar­go­wi­cza­ni­nem. Brał pie­nią­dze od ca­ry­cy, pod­pi­sy­wał roz­bio­ry, wal­czył z kon­sty­tu­cją ma­jo­wą. Cu­dem unik­nął śmier­ci 28 czerw­ca, gdy pro­wa­dzo­no na szu­bie­ni­ce in­nych tar­go­wi­czan. Te­raz sta­wał przed pol­skim nie­prze­kup­nym spra­wie­dli­wym są­dem. Dwu­krot­nie prze­słu­chi­wa­ny, by wy­klu­czyć po­mył­kę, 11 wrze­śnia 1794 ro­ku ska­za­ny zo­stał: "...za przy­kła­da­nie się do zgu­by i po­dzia­łu uko­cha­nej oj­czy­zny..." na śmierć szu­bie­nicz­ną i kon­fi­ska­tę mie­nia gło­sa­mi pię­ciu z sied­miu pol­skich ofi­ce­rów. Dwóch opo­wia­da­ło się za wie­czy­stym za­mk­nię­ciem bi­sku­pa w klasz­to­rze. Eg­ze­ku­cja mia­ła się od­być na­stęp­ne­go dnia. Jak wia­do­mo, nie od­by­ła się ni­gdy. Ko­ściusz­ko z nie­ja­snych, wręcz nie­zro­zu­mia­łych po­wo­dów: "...chcąc oka­zać, jak na­pi­sał do gen. Za­jącz­ka, że na­ród wol­ny ani żad­nej re­li­gii nie prze­śla­du­je, ani krwi zdraj­ców, gdy są ludź­mi, chci­wy nie jest... ka­rę śmier­ci na wiecz­ne wię­zie­nie prze­mie­nił...".

Hi­sto­ria za­po­mnia­ła już, iż owa awan­tu­ra lu­stra­cyj­na sprzed po­nad 200 lat spo­wo­do­wa­ła, że ca­ły sąd po­dał się na znak pro­te­stu do dy­mi­sji, że ostro skry­ty­ko­wa­ny przez Koł­łą­ta­ja Ko­ściusz­ko... zło­żył swój urząd na­czel­ni­ka, że stra­ciw­szy za­ufa­nie do władz po­wstań­czych, są­dy woj­sko­we zwró­ci­ły się z ape­lem do lud­no­ści o po­moc w gro­ma­dze­niu do­wo­dów zdra­dy. Do­brze się miał je­dy­nie ska­za­ny Skar­szew­ski, któ­ry do­cze­kaw­szy upad­ku po­wstań­czej War­sza­wy, za­ło­żył fio­le­to­we, bi­sku­pie poń­czo­chy i udał się do swej re­zy­den­cji bi­sku­piej w Cheł­mie, któ­ry po trze­cim roz­bio­rze zna­lazł się pod pa­no­wa­niem au­striac­kim. A że Au­stria­cy żad­nych wy­ro­ków są­dów in­su­rek­cyj­nych nie uzna­wa­li, tym sa­mym czuł się nie­win­ny. Kil­ka lat póź­niej do bi­skup­stwa chełm­skie­go do­łą­czo­no mu bi­skup­stwo lu­bel­skie. Po­tem ar­cy­bi­skup­stwo war­szaw­skie, po­tem car za­pro­po­no­wał mu ran­gę se­na­to­ra w Kró­le­stwie Kon­gre­so­wym, wresz­cie urząd pry­ma­sa. I bi­skup Skar­szew­ski wszyst­ko to przy­jął, bez żad­ne­go wsty­du i bez po­czu­cia wi­ny. Do­pie­ro gdy umarł w 1827 ro­ku, przy­po­mnia­no so­bie o je­go hi­sto­rii. Mło­dzież aka­de­mic­ka de­mon­stra­cyj­nie zboj­ko­to­wa­ła je­go pu­blicz­ny po­grzeb w pod­zie­miach ka­te­dry św. Ja­na. Co zaś wię­cej, sta­ło się tra­dy­cją, dzi­siaj już nie­ste­ty za­po­mnia­ną, kła­dze­nie przez pa­trio­tycz­ną mło­dzież na je­go trum­nie sznu­ra szu­bie­nicz­ne­go, wsty­dli­wie usuwanego przez miej­sco­wych ka­pła­nów.

Po­nad 200 lat te­mu gi­ną­ca Pol­ska prze­gra­ła, jak się wy­da­je, swą wiel­ką bi­twę o lu­stra­cję, uczci­wość i spra­wie­dli­wość. Od te­go cza­su po hi­sto­rii błą­ka się nie­śmia­łe py­ta­nie o to, czy cza­sem nie wy­gra­ła tej bi­twy bru­tal­na Fran­cja z gi­lo­ty­ną i swym ter­ro­rem re­wo­lu­cyj­nym, z mo­rzem prze­la­nych łez i prze­la­nej krwi, z któ­rych jed­nak zro­dzi­ło się no­wo­cze­sne, wiel­kie pań­stwo. Pol­ska szczę­śli­wie unik­nę­ła ter­ro­ru i unik­nę­ła kró­lo­bój­stwa. Ty­le tyl­ko, że prze­sta­ła ist­nieć...

Polski nacjonalizm

Przez ca­łe dłu­gie wie­ki cie­szy­li­śmy się do­brą, by nie po­wie­dzieć: naj­lep­szą opi­nią. To praw­da, za­rzu­ca­no nam, Po­la­kom (po­dob­nie zresz­tą jak dzi­siaj), zbyt­nie pi­jań­stwo, awan­tur­nic­two i by­le­ja­kość. Na­rze­ka­no na na­sze dro­gi i na­sze wa­run­ki hi­gie­nicz­ne. Ale w opi­nii Eu­ro­py za­wsze by­li­śmy pań­stwem bez sto­sów, pań­stwem azy­lu dla wy­gnań­ców wszel­kiej nie­chcia­nej my­śli i wszel­kiej nie­chcia­nej ra­sy. Przez ca­łe wie­ki by­li­śmy sym­bo­lem eu­ro­pej­skiej to­le­ran­cji. Co wię­cej, gdy w wy­ni­ku roz­bio­rów Pol­ska zni­kła z ma­py świa­ta, nasz pol­ski los stał się dla Eu­ro­py sym­bo­lem hi­sto­rycz­nej krzyw­dy, a upar­ta wal­ka o nie­pod­ległość świa­dec­twem na­szych naj­lep­szych cnót wpi­su­ją­cych na pol­skie sztan­da­ry, na po­lach bi­tew­nych ca­łe­go świa­ta, ha­sło "Za wol­ność wa­szą i na­szą". Czy w na­ro­dzie o ta­kiej hi­sto­rii i ta­kich do­świad­cze­niach mo­gła kie­dy­kol­wiek po­ja­wić się nie­na­wiść i dys­kry­mi­na­cja ob­cych...? A jed­nak jest fak­tem, że tak jak w opi­nii świa­ta przed 150 czy 200 la­ty Po­lak ko­ja­rzył się z wol­no­ścią i to­le­ran­cją, tak dzi­siaj co­raz po­wszech­niej oskar­ża­ny jest w ca­łym świe­cie o na­cjo­na­lizm, kse­no­fo­bię i szo­wi­nizm. Zdu­mio­ny tym fak­tem Po­lak nie ro­zu­mie - cóż ta­kie­go, o czym nie wie, zda­rzy­ło się w je­go hi­sto­rii?

W pol­skiej hi­sto­rii zda­rzył się przede wszyst­kim XIX wiek. Wiek nie­wo­li i wiek pol­skie­go na­cjo­na­li­zmu. To on wy­rzeź­bił pol­ską du­szę, wy­rzeź­bił tak trwa­le, że aż nie­od­wra­cal­nie do dzi­siaj. "Pol­skość - jak pi­sał prof. Ta­de­usz Ko­tar­biń­ski - na­bra­ła zna­mion do­bra, pie­lę­gno­wa­ne­go z sa­kral­nym pie­ty­zmem, któ­re­go za­nie­dba­nie wy­czu­wa­ło się ja­ko pla­mę na czci, a wy­na­ro­do­wie­nie się Po­la­ka ucho­dzi­ło w uczu­ciach współ­-Po­la­ków za nie­uczci­wość, za nie­do­trzy­ma­nie mil­czą­cych, ale nie­wąt­pli­wych zo­bo­wią­zań". Pol­skość w do­bie nie­wo­li sta­wa­ła się szcze­gól­ną re­li­gią, peł­ną mi­ło­ści i naj­wyż­sze­go po­świę­ce­nia. "Je­ste­śmy żad­nym spo­łe­czeń­stwem - na­rze­kał ge­nial­ny Nor­wid. - Je­ste­śmy wiel­kim sztan­da­rem na­ro­do­wym". W owej psy­cho­lo­gii nie­wo­li wi­dział on przy­czy­nę cią­głych po­wstań na­ro­do­wych, jak je na­zy­wał: "bun­tów dzie­ci", nieprzy­go­to­wa­nych, niera­chu­ją­cych żad­nych re­al­nych szans. "Nie wszy­scy je­ste­ście rów­nie do­brzy - gło­sił Po­la­kom Mic­kie­wicz - ale gor­szy z Was - lep­szy jest niż do­bry cu­dzo­zie­miec: bo każ­dy z Was ma du­cha po­świę­ce­nia się...".

Czy był to na­cjo­na­lizm? Na­tu­ral­nie tak. Ro­zu­mia­ny ja­ko mi­łość do wła­sne­go kra­ju. Jak mógł zresz­tą na­ród pol­ski, wy­na­ra­da­wia­ny, ger­ma­ni­zo­wa­ny i ru­sy­fi­ko­wa­ny przez ca­ły XIX wiek, nie szu­kać swe­go ra­tun­ku w ta­kim choć­by i prze­sad­nym umi­ło­wa­niu oj­czy­zny. Dzi­siaj wie­lu ba­da­czy na­zwie ten XIX wiek wie­kiem dla Pol­ski stra­co­nym, wie­kiem, w któ­rym my­śle­li­śmy, jak Pol­skę oca­lić i od­zy­skać, pod­czas gdy in­ni uczy­li się my­śleć po­li­tycz­nie i pie­lę­gno­wać kult pra­cy. Co tyl­ko po czę­ści wy­da­je się praw­dą. W tym­że bo­wiem sa­mym XIX wie­ku swój na­cjo­na­lizm, w któ­ry wpi­sa­ne by­ło ma­rze­nie o zjed­no­cze­niu, prze­ży­wa­li Niem­cy. To, o czym war­to pa­mię­tać: wów­czas, w 1841 ro­ku, po­wsta­wał słyn­ny wiersz Au­gu­sta von Fal­ler­sle­be­na: Deutsch­land uber al­les (Niem­cy po­nad wszyst­ko), któ­ry z cza­sem sta­nie się ich hym­nem na­ro­do­wym. I nikt nie wi­dział nic nie­wła­ści­we­go w fak­cie, że tzw. Zwią­zek Nie­miec­ki, skła­da­ją­cy się po kon­gre­sie wie­deń­skim z 41 pań­ste­wek, zmie­rza do zjed­no­cze­nia z prze­ko­na­niem, że Niem­cy na nie za­słu­gu­ją. W tym sa­mym cza­sie na­cjo­na­lizm ro­syj­ski ro­dził pió­rem Da­ni­lew­skie­go ideę pan­sło­wiań­ską, oczy­wi­ście z Ro­sją na cze­le i z ka­to­lic­ką Pol­ską, na­zy­wa­ną "Ju­da­szem Sło­wiań­szczyzny", ideę uzna­ją­cą roz­bio­ry Pol­ski za akt spra­wie­dli­wo­ści dzie­jo­wej, któ­ry ura­to­wał te zie­mie przed pa­no­wa­niem Prus i Au­strii.

"Tyl­ko nik­czem­ne i zło­śli­we in­dy­wi­dua lub ab­so­lut­ni głup­cy - pi­sał Hen­ryk Sien­kie­wicz w swym słyn­nym Li­ście otwar­tym Po­la­ka do mi­ni­stra ro­syj­skie­go - mo­gą po­rów­ny­wać na­cjo­na­lizm pol­ski z cha­rak­te­ry­stycz­nym na­cjo­na­li­zmem nie­miec­kim lub czar­no­se­cin­nym ro­syj­skim. Na­cjo­na­lizm pol­ski nie tu­czył się ni­gdy cu­dzą krwią i łza­mi, nie sma­gał dzie­ci w szko­łach, nie sta­wiał po­mni­ków ka­tom. Zro­dził się z bó­lu, naj­więk­szej tra­ge­dii dzie­jo­wej. Prze­le­wał krew na ro­dzin­nych i na wszyst­kich in­nych po­lach bi­tew, gdzie tyl­ko cho­dzi­ło o wol­ność... Wy­pi­sał na swych cho­rą­gwiach naj­szczyt­niej­sze ha­sła mi­ło­ści, to­le­ran­cji, oswo­bo­dze­nia lu­du, oświa­ty, po­stę­pu". Jak się zda­je, Po­la­cy dość wcze­śnie, i to na wła­snej skó­rze, od­czu­li to, co do­pie­ro po la­tach miał za­pi­sać Ber­trand Rus­sell, że na­cjo­na­lizm jest do­bry tak dłu­go, jak dłu­go ro­zu­mia­ny jest ja­ko mi­łość do wła­sne­go kra­ju. Sta­je się zbrod­ni­czy, gdy w tę mi­łość wpi­su­je nie­na­wiść i po­gar­dę dla in­nych na­ro­dów.

A jed­nak gdy Pol­ska od­zy­ski­wa­ła w 1918 ro­ku swą wy­śnio­ną nie­pod­le­głość, jak za­pi­sał w swym Bo­żym igrzy­sku Nor­man Da­vies: "Orien­ta­cja po­li­tycz­na krę­gów rzą­dzą­cych by­ła bez­wstyd­nie na­cjo­na­li­stycz­na. "Pol­skość" sta­ła się pod­sta­wą de­fi­ni­cji sza­cow­ne­go oby­wa­te­la. Wszyst­kie czo­ło­we par­tie okre­su kon­sty­tu­cyj­ne­go Rze­czy­po­spo­li­tej - PPS, PSL i na­ro­do­wi de­mo­kra­ci - wy­su­wa­ły na pierw­szy plan spra­wę jed­no­ści na­ro­do­wej...".

Zu­peł­nie ina­czej te chwi­le za­pi­sał w swej pa­mię­ci wiel­ki do­mi­ni­ka­nin Jó­zef Ma­ria Bo­cheń­ski. "Dla Po­la­ków mo­je­go po­ko­le­nia jed­nym z naj­bar­dziej upo­ka­rza­ją­cych fak­tów by­ło zmu­sze­nie Pol­ski do pod­pi­sa­nia zo­bo­wią­za­nia, że bę­dzie prak­ty­ko­wa­ła to­le­ran­cję. Ist­nie­je uza­sad­nio­ne po­dej­rze­nie, że głów­nym mo­ty­wem te­go wy­mu­sze­nia by­ła oba­wa przed an­ty­se­mi­ty­zmem, o któ­rym za­kła­da­no, że sza­le­je w Pol­sce...". Oj­ciec Bo­cheń­ski, jak się zda­je, zu­peł­nie nie ro­zu­miał tych obaw "to­le­ran­cyj­nej" Eu­ro­py wo­bec "na­cjo­na­li­stycz­nej" Pol­ski. "Pol­ska jest prze­cież - ile ra­zy trze­ba to po­wta­rzać? - je­dy­nym wiel­kim eu­ro­pej­skim kra­jem, któ­ry nie za­znał wo­jen re­li­gij­nych, któ­re­go król po­wie­dział, że nie jest kró­lem ludz­kich su­mień... Je­dy­nym wiel­kim eu­ro­pej­skim kra­jem, któ­ry przy­jął go­ścin­nie Ży­dów, wszę­dzie in­dziej prze­śla­do­wa­nych i wy­pę­dza­nych...!".

Ci, któ­rzy za­rzu­ca­ją Pol­sce na­cjo­na­lizm, zda­ją się nie pa­mię­tać, że owi szo­wi­ni­stycz­ni Po­la­cy przy­ję­li pod swój dach więk­szość Ży­dów wy­gna­nych z se­tek ro­syj­skich Ana­te­wek na prze­ło­mie XIX i XX wie­ku, że w 1937 roku przy­ję­li ty­sią­ce Ży­dów, któ­rych "eu­ro­pej­scy", hi­tle­row­scy Niem­cy od­sta­wi­li w za­plom­bo­wa­nych po­cią­gach pod pol­ską gra­ni­cę. Nie chcą pa­mię­tać i nie chcą do­strze­gać, że pol­scy Ży­dzi czy pol­skie mniej­szo­ści mieli w tym pol­skim, rze­ko­mo na­cjo­na­li­stycz­nym Sej­mie swą re­pre­zen­ta­cję licz­niej­szą niż choć­by pol­scy so­cja­li­ści. To praw­da - pi­sze Nor­man Da­vies: "...je­śli bo­wiem osą­dzać Pol­skę i Po­la­ków w kon­tek­ście współ­cze­snej Eu­ro­py, to jed­nak nie by­ło ma­so­we­go umie­ra­nia z gło­du czy ma­so­wych mor­derstw, jak w Ro­sji, nie by­ło ucie­ka­nia się do be­stial­skich me­tod, ja­ki­mi po­słu­gi­wał się fa­szyzm czy sta­li­nizm... Ab­sur­dem by­ło­by... su­ge­ro­wać, że nie­wy­go­dy, ja­kich do­świad­cza­li Ży­dzi pod pol­ski­mi rzą­da­mi, są w ja­kim­kol­wiek sen­sie po­rów­ny­wal­ne z okrop­no­ścia­mi Oświę­ci­mia...".

O trud­nych sto­sun­kach pol­sko­-ży­dow­skich na­pi­sa­no już set­ki prac. O pro­ble­mie tzw. spo­łe­czeń­stwa rów­no­le­głe­go, o tzw. an­ty­se­mi­ty­zmie eko­no­micz­nym, o pol­skim an­ty­ży­dow­skim na­cjo­na­li­zmie i ży­dow­skim na­cjo­na­li­zmie an­ty­­pol­skim. "Za­cię­ta kse­no­fo­bia i nie­na­wiść - jak pi­sał prof. Mar­cin Król - mia­ła w isto­cie osła­bić ostrość kry­ty­ki wła­snych błę­dów. Nie sa­mi już so­bie by­li­śmy win­ni, lecz za­wi­ni­li Ży­dzi, Ukra­iń­cy, ma­so­ni, ko­smo­po­li­ci, lu­dzie nie­na­le­żą­cy do na­ro­du pol­skie­go lub ob­cy je­go rze­ko­mej na­tu­rze...". W każ­dym cza­sie i w każ­dym miej­scu hi­sto­rii za­wsze się znaj­dzie ja­kiś Je­an­-Ma­rie Le Pen, ja­kiś Ha­ider, ja­kiś Pa­jąk czy Bu­bel gło­szą­cy po­gar­dę lub nie­na­wiść wo­bec in­nych. I w każ­dej pew­nie eu­ro­pej­skiej na­ro­do­wej bi­blio­te­ce znaj­dzie się dzie­ło ja­kie­goś miej­sco­we­go Gier­ty­cha do­wo­dzą­ce, dla­cze­go Ży­dów­ka nie mo­że być pol­ską har­cer­ką czy Żyd an­giel­skim skau­tem. Głu­po­ta, jak wia­do­mo nie od dziś, jest wiecz­na, a w Pol­sce, cze­go uczy hi­sto­ria, za­zwy­czaj by­ła so­wi­cie opła­ca­na, czy to przez Mo­skwę, czy to przez Ber­lin, czy na­wet Pa­ryż. Lecz w Pol­sce ów rze­ko­my na­cjo­na­lizm nie za­pi­sał ani krwa­wych po­gro­mów, ani "krysz­ta­ło­wych no­cy", ani ma­so­wych prze­śla­do­wań. O czym nie­wie­le wia­do­mo, za­pi­sał na­to­miast w koń­cu lat 30. taj­ne, pol­skie szko­le­nia w Rem­ber­to­wie dla bo­jow­ni­ków przy­szłe­go pań­stwa ży­dow­skie­go. To na pew­no nie pol­ski na­cjo­na­lizm ani pol­ski an­ty­se­mi­tyzm po­dyk­to­wał gen. Wła­dy­sła­wo­wi An­der­so­wi, któ­ry wy­pro­wa­dził z Ro­sji w 1942 ro­ku w ra­mach swej ar­mii po­nad 3 tysiące żoł­nie­rzy Ży­dów, uła­twie­nie im de­zer­cji i przy­mknię­cie oczu na utra­tę ogrom­nej ilo­ści bro­ni, któ­ra nie­ba­wem po­słu­żyć mia­ła w wal­ce o po­wsta­nie pań­stwa Izra­el.

Pol­ski hi­sto­ryk, by­wa, czu­je się już zmę­czo­ny przy­po­mi­na­niem peł­nej to­le­ran­cji Eu­ro­pie, któ­ra swo­ich Ży­dów wła­sny­mi fran­cu­ski­mi, ho­len­der­ski­mi, bel­gij­ski­mi czy nie­miec­kimi rę­ka­mi za­pa­ko­wa­ła do za­dru­to­wa­nych wa­go­nów, by ode­słać do Au­schwitz czy Tre­blin­ki, że owi rze­ko­mo an­ty­se­mic­cy Po­la­cy, mi­mo że za po­moc Ży­dom, jak ni­gdzie in­dziej, w Pol­sce gro­zi­ła śmierć, ura­to­wa­li w do­bie Za­gła­dy około 100 ty­się­cy Ży­dów, a pol­skich od­szcze­pień­ców, wszel­kiej ma­ści zdraj­ców i szmal­cow­ni­ków Pod­ziem­na Pol­ska ka­ra­ła śmier­cią. I pol­ski hi­sto­ryk dość ma już upo­mi­na­nia się o praw­dzi­wą pa­mięć ty­się­cy Po­la­ków, któ­rzy za­pła­ci­li ży­ciem (ca­ły­mi ro­dzi­na­mi) za ukry­wa­nie swych ży­dow­skich współ­bra­ci. Je­dy­ny po­mnik, a ści­ślej bio­rąc, je­dy­na ta­bli­ca pa­miąt­ko­wa po­świę­co­na ich pa­mię­ci znaj­du­je się w Lon­dy­nie na Ealin­gu, gdzie w po­cząt­kach lat 90. zo­sta­ła od­sło­nię­ta sta­ra­niem bur­mi­strza dziel­ni­cy (ży­dow­skie­go po­cho­dze­nia), któ­ry znał się na hi­sto­rii, a nie na po­li­ty­ce.

Cóż więc ta­kie­go się sta­ło, cóż wy­da­rzy­ło się w hi­sto­rii, o czym by Po­lak nie wie­dział? Cóż ta­kie­go, co po­wo­du­je, że wszyst­ko, co naj­pięk­niej­sze w na­szej hi­sto­rii, jak w ga­bi­ne­cie krzy­wych lu­ster, po­wra­ca do nas dzi­siaj ka­ry­ka­tu­ral­nym, wy­krzy­wio­nym, nie­praw­dzi­wym ob­ra­zem? Co przy­pi­su­je nam ce­chy, któ­rych nie po­sia­da­my, i czy­ny, któ­re są nam i ob­ce, i krzyw­dzą­ce? Być mo­że czę­ścią od­po­wie­dzi na te py­ta­nia jest rzad­ko uświa­da­mia­ny fakt, że prze­gry­wa­jąc ostat­nią woj­nę, po­nie­śli­śmy (i na­dal po­no­si­my) tak­że ogrom­ną klę­skę pro­pa­gan­do­wą. Wszyst­kie pol­skie ra­cje i wszyst­kie pol­skie czy­ny utra­ci­ły w tej woj­nie swą praw­dzi­wą bar­wę i swój praw­dzi­wy sens. Ta woj­na po­zba­wi­ła nas na­leż­nej chwa­ły. Lecz dru­gą, być mo­że waż­niej­szą część od­po­wie­dzi na py­ta­nie, dla­cze­go na­gle, po wie­kach uzna­nia, po­dzi­wu i sza­cun­ku, Eu­ro­pa wi­dzi w nas tyl­ko na­cjo­na­li­stów, za­pi­sał kie­dyś, przed la­ty, Adolf Rud­nic­ki: "Nie­daw­no te­mu w "Krzy­wym Ko­le" Bar­to­szew­ski w od­czy­cie na te­mat "Że­go­ty" pod­czas oku­pa­cji wspo­mniał o "no­wej" idei lan­so­wa­nej przez Niem­ców, że współ­wi­no­waj­ca­mi te­go, co się sta­ło, by­li Po­la­cy...". Praw­da, ja­kie to pro­ste i jak wy­raź­nie pro­wa­dzi wprost do nie­miec­kie­go Cen­trum prze­ciw­ Wy­pę­dze­niom?

Polska choroba

By­ły to ta­kie sa­me fo­te­le. Ża­den nie był ani wyż­szy, ani szer­szy. By­ła to po pro­stu pa­ra sta­rych, pięk­nych fo­te­li. Ty­le że fo­tel pre­zy­denc­ki wy­su­nię­to nie­co do przo­du. Mo­że 20, mo­że 25 pięć cen­ty­me­trów. By­ła je­sień 1939 ro­ku i na­dal obo­wią­zy­wa­ła kon­sty­tu­cja kwiet­nio­wa, w świe­tle któ­rej pre­zy­dent od­po­wia­dał je­dy­nie przed Bo­giem i hi­sto­rią. Kie­dy jed­nak za­ję­li miej­sca, pre­mier Si­kor­ski sta­now­czym, wy­raź­nym ru­chem, tak aby wszy­scy to wi­dzie­li, prze­su­nął swój fo­tel do przo­du. Mo­że rze­czy­wi­ście nie­wie­le, mo­że 5, 10 cen­ty­me­trów, ale jed­nak przed fo­tel pre­zy­den­ta. Bo to kon­sty­tu­cja kon­sty­tu­cją, ale prze­cież pod­pi­sa­no tzw. umo­wę pa­ry­ską, w któ­rej pre­zy­dent Racz­kie­wicz zo­bo­wią­zy­wał się nie po­dej­mo­wać żad­nych waż­nych de­cy­zji bez zgo­dy pre­mie­ra. W tym no­wym ukła­dzie po­li­tycz­nym, choć te­go ni­gdzie nie za­pi­sa­no, naj­waż­niej­szy był pre­mier. Lecz ku zgro­zie obec­nych na sa­li pre­zy­dent zda­wał się o tym nie wie­dzieć. Mniej osten­ta­cyj­nie, ale prze­cież tak­że sta­now­czo, pchnął swój fo­tel do przo­du. Bo to prze­cież na­dal on po­wo­ły­wał rząd i to na­dal on de­sy­gno­wał pre­mie­ra, któ­re­go tak­że on mógł w każ­dej chwi­li od­wo­łać ze sta­no­wi­ska. Dla nie­go w tej sy­tu­acji py­ta­nie, czy waż­niej­szy jest pre­mier, czy pre­zy­dent, nie mia­ło żad­ne­go sen­su. Gło­wą pań­stwa był pre­zy­dent, a gło­wa mo­że być tyl­ko jed­na. Lecz pre­mier zno­wu pchnął swój fo­tel do przo­du. Tu i ów­dzie na sa­li roz­le­gły się nie­śmia­łe okla­ski, w in­nym miej­scu gło­śny szmer dez­apro­ba­ty. Bo to jed­nak Pol­ska zgi­nę­ła, a oni zno­wu kłó­ci­li się, kto jest waż­niej­szy...

Jak wia­do­mo z hi­sto­rii, waż­niej­szy oka­zał się pre­mier. Kie­dy bo­wiem kil­ka mie­się­cy póź­niej pre­zy­dent Racz­kie­wicz chciał sko­rzy­stać ze swych pre­ro­ga­tyw i od­wo­łać nie­udol­ne­go, w je­go po­ję­ciu, skom­pro­mi­to­wa­ne­go fran­cu­ską klę­ską ge­ne­ra­ła Si­kor­skie­go, do pre­zy­denc­kie­go ga­bi­ne­tu w no­cy wtar­gnę­ło kil­ku wy­so­kich pol­skich ofi­ce­rów z od­bez­pie­czo­ną bro­nią, by prze­ko­nać pre­zy­den­ta, że pre­mie­rem pol­skie­go rzą­du mo­że być tyl­ko ge­ne­rał Si­kor­ski. Ar­gu­men­ty oka­za­ły się zna­ko­mi­cie prze­ko­nu­ją­ce. Co tak­że wia­do­mo z hi­sto­rii, w od­wiecz­nym pol­skim spo­rze, kto jest waż­niej­szy, pre­zy­dent czy pre­mier: za­wsze zwy­cięz­cą oka­zy­wał się pre­mier. Pierw­sze­go pol­skie­go pre­zy­den­ta za­strze­lo­no w 1922 ro­ku, w kil­ka dni po ob­ję­ciu urzę­du. Nie za­strze­lił go co praw­da pre­mier, lecz, jak po­wszech­nie wia­do­mo, sza­le­niec, co nie zmie­nia fak­tu, że by­ła to zbrod­nia po­li­tycz­na, za któ­rą opo­wie­dzia­ły się zmie­rza­ją­ce do wła­dzy pra­wi­co­we si­ły po­li­tycz­ne, dla któ­rych ten pre­zy­dent i ten de­mo­kra­tycz­ny układ po­li­tycz­ny, któ­ry re­pre­zen­to­wał, by­ły nie do przy­ję­cia.

Na­stęp­ne­go pre­zy­den­ta przy­szły pre­mier Pił­sud­ski sku­tecz­nie wy­gnał z po­li­ty­ki na mo­ście Po­nia­tow­skie­go, na­zy­wa­jąc go sta­rą grom­ni­cą. Pre­zy­dent Sta­ni­sław Woj­cie­chow­ski miał oczy­wi­ście ra­cję, przy­wo­łu­jąc na tym­że sa­mym mo­ście świę­te pra­wa de­mo­kra­cji, ty­le że Pił­sud­ski nic już nie sły­szał z je­go słusz­ne­go i szla­chet­ne­go wy­wo­du, bo od­wró­cił się na pię­cie i po­szedł z woj­skiem na Bel­we­der, by ra­to­wać Pol­skę. Jed­nym ze spo­so­bów ra­to­wa­nia Pol­ski mia­ło być we­dług Pił­sud­skie­go osa­dze­nie na urzę­dzie pre­zy­denc­kim nie po­li­ty­ka, lecz czło­wie­ka, któ­ry do po­li­ty­ki w ogó­le nie bę­dzie się wtrą­cał, tak aby ni­gdy nad Wi­słą nie za­ist­nia­ły wa­run­ki dwu­wła­dzy lub, nie daj Bo­że, ry­wa­li­za­cji o wła­dzę. Aby raz na za­wsze wy­klu­czyć wiecz­nie za­gra­ża­ją­cy Pol­sce spór pre­mie­ra z pre­zy­den­tem. Albo­wiem, jak to do­sko­na­le ro­zu­miał Pił­sud­ski, Po­la­cy po­tra­fią wszyst­ko ro­bić naj­le­piej na świe­cie - po­za jed­nym. Nie po­tra­fią się po­ro­zu­mie­wać. Po­tra­fią wal­czyć, ży­wić nie­na­wiść, po­tra­fią się nisz­czyć i za­bi­jać, lecz zu­peł­nie nie po­tra­fią się ko­chać, wspie­rać i ro­zu­mieć. Co wię­cej, jest im or­ga­nicz­nie ob­ce po­czu­cie so­li­dar­no­ści, ja­kakolwiek by ona by­ła, czy to na­ro­do­wa, czy to za­wo­do­wa, czy to spo­łecz­na. Po­tra­fią zna­ko­mi­cie słu­chać roz­ka­zów, na­wet nie­wy­ko­nal­nych, lecz nie umie­ją ra­zem wy­dy­sku­to­wać, któ­rę­dy i do­kąd iść. Tym sa­mym je­śli ich nie po­pro­wa­dzić - ro­zu­miał Pił­sud­ski - bę­dą się kłó­cić i stać w miej­scu. I tak w pierw­szym hi­sto­rycz­nym spo­rze pre­mie­ra i pre­zy­den­ta zde­cy­do­wa­nie zwy­cię­żył pre­mier. To dla­te­go sam Pił­sud­ski sta­nął na cze­le Pol­ski. I to dla­te­go pre­zy­den­tem Pol­ski zo­stał pro­fe­sor Igna­cy Mo­ścic­ki. Mą­dry, przy­stoj­ny, nie­zwy­kle re­pre­zen­ta­cyj­ny, lecz jak dłu­go żył Mar­sza­łek, po­zo­sta­ją­cy po­za po­li­ty­ką.

Nie był to jed­nak ostat­ni roz­dział wal­ki pol­skich pre­mie­rów i pol­skich pre­zy­den­tów. Gdy tyl­ko za­ist­nia­ły wa­run­ki, po­wró­ci­ła ona bo­wiem na pol­ską po­li­tycz­ną sce­nę w ha­nieb­nym spek­ta­klu nie­na­wi­ści. Oto jed­ną z pierw­szych de­cy­zji pre­mie­ra Si­kor­skie­go sta­ją­ce­go na cze­le rzą­du Jed­no­ści Na­ro­do­wej w Pa­ry­żu by­ło po­zba­wie­nie środ­ków do ży­cia zdy­mi­sjo­no­wa­ne­go pre­zy­den­ta Mo­ścic­kie­go. W ak­cie od­we­tu i po­li­tycz­nej ze­msty po­nadsie­dem­dzie­się­cio­let­ni sta­rzec "miał pójść do ro­bo­ty". To, że był cho­ry, i to, że la­ta­mi służ­by dla Pol­ski wy­pra­co­wał swą eme­ry­tu­rę, nie mia­ło naj­mniej­sze­go zna­cze­nia. Po­dob­nie po­trak­to­wa­no pre­mie­ra przed­wrze­śnio­we­go rzą­du Sła­wo­ja Skład­kow­skie­go. Nie pchał się na urzę­dy, nie szu­kał sła­wy: "...je­stem le­ka­rzem chi­rur­giem - pi­sał w li­sto­pa­dzie 1939 ro­ku z Ru­mu­nii do pre­mie­ra Si­kor­skie­go - i pra­gnę słu­żyć żoł­nie­rzo­wi pol­skie­mu...". Od­po­wiedź Si­kor­skie­go mia­ła przejść do hi­sto­rii ja­ko kli­nicz­ny przy­kład pol­skiej cho­ro­by, któ­rą wiel­ki Wań­ko­wicz zdia­gno­zo­wał ja­ko "kun­dlizm". "Nie roz­po­rzą­dzam tak sil­ną po­li­cją ani żan­dar­me­rią, aby uchro­nić Pa­na od znie­wag i za­ma­chów, któ­re spo­tkać go mu­szą w każ­dym wiel­kim sku­pi­sku pol­skim. Pan, pre­zes rzą­du od­po­wie­dzial­ny za bez­przy­kład­ny po­grom, ja­kie­go do­zna­li­śmy, po­wi­nien zro­zu­mieć, że jed­no mu te­raz po­zo­sta­je: dać o so­bie za­po­mnieć...".

"Trze­ba być Po­la­kiem - na­pi­sał póź­niej Sta­ni­sław Cat Mac­kie­wicz - by for­mu­ło­wać w swym za­pa­mię­ta­niu... tak nie­spra­wie­dli­we oce­ny...". Hi­sto­ria i sam Mac­kie­wicz nie zna­li jed­nak dal­sze­go ha­nieb­ne­go cią­gu tej ko­re­spon­den­cji. Oto bo­wiem trzy la­ta póź­niej prze­by­wa­ją­cy na Bli­skim Wscho­dzie pre­mier Sła­woj Skład­kow­ski, któ­ry, jak wia­do­mo, był le­ka­rzem, stwier­dził u sie­bie krwo­to­ki, wy­raź­nie wska­zujące na obec­ność no­wo­two­ru w je­li­tach. Sam zdia­gno­zo­wał cho­ro­bę i sam skie­ro­wał się na na­tych­mia­sto­wą ope­ra­cję. Rzecz w tym, że po­trze­bo­wał na ten cel 100 do­la­rów. Zwró­cił się więc z proś­bą do Lon­dy­nu i pre­mie­ra Si­kor­skie­go. Otrzy­mał od­po­wiedź, że od Pol­ski nic mu się już nie na­le­ży...! Na­pi­sał więc do ge­ne­ra­ła An­der­sa, czy ten mógł­by mu po­móc. Nie otrzy­mał żad­nej od­po­wie­dzi... I wte­dy po­wstał do­ku­ment pol­skie­go wsty­du, list do pre­zy­den­ta Ro­ose­vel­ta: "Pi­sze do Pa­na ostat­ni pre­mier przed­wo­jen­ne­go pol­skie­go rzą­du. Czło­wiek, któ­ry pierw­szy w Eu­ro­pie od­wa­żył się Niem­com po­wie­dzieć "nie" i wy­dać swym ro­da­kom roz­kaz do wal­ki na śmierć i ży­cie... Dzi­siaj ja sam pro­wa­dzę wal­kę o ży­cie... Czy mógł­by Pan, Pa­nie Pre­zy­den­cie, po­ży­czyć mi 100 do­la­rów na cel ope­ra­cji? Zo­bo­wią­zu­ję się sło­wem ho­no­ru ofi­ce­ra pol­skie­go zwró­cić Pa­nu dług w trzy ty­go­dnie po za­koń­cze­niu woj­ny...".

I pre­zy­dent Ro­ose­velt na­tych­miast prze­ka­zał pie­nią­dze dla pol­skie­go pre­mie­ra wal­czą­ce­go w Je­ro­zo­li­mie ze śmier­tel­ną cho­ro­bą. Prze­ka­zał zresz­tą znacz­nie wyż­szą su­mę, wy­klu­cza­jąc zwrot pie­nię­dzy i tyl­ko pro­sząc o wia­do­mość o sta­nie zdro­wia po ope­ra­cji. Sła­woj w swym niezna­nym hi­sto­rii dzien­ni­ku nie za­pi­su­je już żad­nych szcze­gó­łów tej spra­wy. Wia­do­mo tyl­ko, że ope­ra­cja się uda­ła i że prze­żył na­stęp­ne 20 lat. Gdy zmarł w Lon­dy­nie w 1962 ro­ku, już nie ja­ko pre­mier, ale zna­ko­mi­ty pi­sarz, na­gle - jak mi opo­wia­da­ła je­go ostat­nia żo­na Ja­dwi­ga Skład­kow­ska - na po­grze­bie po­ja­wił się ge­ne­rał An­ders, któ­ry ze Sła­wo­jem na emi­gra­cji nie utrzy­my­wał żad­nych sto­sun­ków. Po­ja­wił się i prze­pro­siw­szy wdo­wę, czy ści­ślej, wy­pro­siw­szy wdo­wę, za­jął pierw­sze miej­sce za trum­ną zmar­łe­go. Był ge­ne­ra­łem i przy­wód­cą emi­gra­cji pol­skiej, przy­szedł, by uświet­nić swo­ją oso­bą tę smut­ną uro­czy­stość. Na tym prze­cież po­le­ga pol­skość.

Py­ta­nie, na czym w tej kwe­stii pod­ło­ści i nie­na­wi­ści po­le­ga pol­skość, ab­sor­bu­je ba­da­czy i fi­lo­zo­fów, moż­na po­wie­dzieć, od za­wsze. W XV wie­ku oj­ciec pol­skiej hi­sto­rii Jan Dłu­gosz za­pi­sał: "Bo je­że­li róż­ne na­ro­dy od­zna­cza­ją się roz­ma­ity­mi przy­mio­ta­mi - jak i wa­da­mi, to na­ród pol­ski uwa­ża się za skłon­niej­szy do za­zdro­ści i po­twa­rzy niż do cze­go in­ne­go: czy po­wo­dem te­go jest dzie­dzic­two po przod­kach, czy po­ło­że­nie i kli­mat nie­ła­ska­wy, czy ta­jem­na si­ła gwiazd, czy chęć do­rów­na­nia przy­mio­ta­mi in­nych ro­dem i po­cho­dze­niem - ale umy­sły Po­la­ków ucho­dzą za bar­dziej po­chop­ne do wy­stęp­ków pły­ną­cych z za­wi­ści niż do ja­kich­kol­wiek in­nych". Współ­cze­sny hi­sto­ryk po ostat­nich 500 la­tach pol­skich do­świad­czeń sta­wia na­to­miast py­ta­nie o to, co czy­ni z nas nie­na­wist­ni­ków, co od­bie­ra nam po­czu­cie wspól­no­ty i so­li­dar­no­ści, co czy­ni z nas pie­nia­czy i awan­tur­ni­ków po­li­tycz­nych, co po­zwa­la wy­po­wia­dać sło­wa, oskar­że­nia, po­twa­rze, w któ­re sa­mi nie wie­rzy­my. W imię cze­go sta­je­my się źli, pod­li, nie­uczci­wi i nie­spra­wie­dli­wi? Czy ta­ki­mi czy­nią nas klę­ski? Klę­ska po­wsta­nia li­sto­pa­do­we­go ze wspa­nia­łych pa­trio­tów, żoł­nie­rzy pol­skiej wol­no­ści, uczy­ni­ła, gdy wczy­tać się w ich spo­ry i kłót­nie, ban­dę pie­nia­czy i ob­cych so­bie awan­tur­ni­ków. Klę­ska wrze­śnio­wa roz­po­czę­ła w cie­niu woj­ny świa­to­wej woj­nę pol­sko­-pol­ską, a jej ofia­ra­mi sta­li się naj­pięk­niej­si, naj­wspa­nial­si Po­la­cy, któ­rym każ­dy in­ny na­ród bu­do­wał­by po­mni­ki. Moż­na by wie­rzyć w ten de­mo­ra­li­zu­ją­cy, nisz­czą­cy wpływ klę­ski, gdy­by nie fakt, że wiel­kie pol­skie zwy­cię­stwa, czy to ro­ku 1918, czy to ro­ku 1989, po któ­rych na­stę­po­wa­ły la­ta wol­no­ści i po­ko­ju, przy­no­si­ły i przy­no­szą te sa­me py­ta­nia o pol­ską cho­ro­bę nie­na­wi­ści, nie­moż­no­ści, nie­sku­tecz­no­ści i te sa­me dwa fo­te­le pcha­ne si­łą śle­pych po­li­tycz­nych am­bi­cji i cho­rych po­li­tycz­nych wy­obra­żeń.

Polskie chamy i warchoły

Po­la­cy, jak po­wszech­nie wia­do­mo, też swój ję­zyk ma­ją. Tak­że ję­zyk po­li­ty­ki. Jed­nak ży­we do dzi­siaj pu­blicz­ne prze­ko­na­nie, że pol­ski ję­zyk par­la­men­tar­ny kie­dy­kol­wiek zna­czył ty­le, ile: przy­zwo­ity, zgod­ny z do­bry­mi oby­cza­ja­mi, kul­tu­ral­ny - jest zwy­czaj­nym nad­uży­ciem se­man­tycz­nym. Pol­ski ję­zyk po­li­tycz­ny za­wsze bo­wiem był ta­ki jak pol­ska po­li­ty­ka: gru­by, szorst­ki, nie­po­rad­ny i pe­łen błę­dów. Ja­ki zresz­tą miał­by być?

W naj­pięk­niej­szych dniach chwa­ły pol­skie­go par­la­men­ta­ry­zmu, w po­cząt­kach lat 20. ubie­głe­go wie­ku, gdy pierw­sze nie­pod­le­głe po­ko­le­nie w ob­ra­du­ją­cym "w per­ma­nen­cji" Sej­mie Usta­wo­daw­czym, wy­my­śla­ło i urzą­dzało Pol­skę po 123 la­tach nie­wo­li, z try­bu­ny sej­mo­wej pa­da­ły sło­wa, ja­kie na­szym dzi­siej­szym roz­ognio­nym, po­żal się Bo­że, po­li­ty­kom na­wet by nie przy­szły do gło­wy. W tym sej­mie, zwa­nym rów­nież "chłop­skim", gdyż przy 150 przed­sta­wi­cie­lach in­te­li­gen­cji zgro­ma­dził tak­że 144 wło­ścian, po raz pierw­szy pa­dło gło­śne na ca­łą Pol­skę: "...do gno­ju, a nie do Sej­mu...!". A da­lej pa­da­ło wszyst­ko, co śli­na na ję­zyk przy­nio­sła. W pu­bli­ko­wa­nym w 1922 ro­ku przez sa­ty­rycz­ny "Szczu­tek" al­fa­be­tycz­nym słow­nicz­ku wy­bor­czym dla le­wi­cy i pra­wi­cy skrzęt­ni re­dak­to­rzy ze­bra­li naj­pięk­niej­sze kwiat­ki ję­zy­ko­we z ów­cze­sne­go, sej­mo­we­go ogród­ka:

"Al­ko­ho­li­cy! Anar­chi­ści! Afe­rzy­ści!".

"Au­striac­kie ścier­wo! Anal­fa­be­ci! Ab­de­ry­ci! (na­le­ży czy­tać ja­ko: pro­sta­cy)".

"By­dło! Ban­dy­ci! Bał­wa­ny! Bła­zny! Ba­ra­nie łby! Biu­ro­kra­ci! Bez­czel­ne gę­by!".

"Bel­we­der­czy­cy! Bez­mó­zgow­cy! Bez my­dła! (?)".

"Ce­sar­sko-kró­lew­skie zbi­ry! Cym­ba­ły! Cha­my! Czer­wo­na Ar­mia! Cyr­kow­cy!".

"Cie­mięż­cy lu­du! Ca­py!".

"Dra­nie! Doj­li­dow­cy! (alu­zyj­ne wo­bec gło­śnej w koń­cu 1921 ro­ku afe­ry zwią­za­nej z za­ku­pem przez po­sła Wła­dy­sła­wa Kier­ni­ka z PSL "Piast" ma­jąt­ku Doj­li­dy, pod Bia­łym­sto­kiem, na czym Skarb Pań­stwa rze­ko­mo miał stra­cić znacz­ne su­my), Dud­ki! Dur­nie! Dra­pi­chru­sty! De­ge­ne­ra­ci! Do­no­si­cie­le!".

"Eu­nu­chy!".

"Fu­ja­ry! Fa­ry­ze­usze! Fał­sze­rze! Fra­ze­so­wi­cze! Fi­gu­ran­ci!".

"Gaw­ro­ny! Gał­ga­ny! Gol­cy! Ga­li­cja­ne­ry! Gran­dzia­rze! Ga­ler­ni­cy! Gie­szef­cia­rze!".

"Hyc­le! Ho­ło­ta! Hie­ny! Hy­dro­ce­fa­le! (?) Hi­po­po­ta­my!".

"Im­po­ten­ci! Idio­ci!".

"Krę­ta­cze! Ko­nie bo­że! Ka­rie­ro­wi­cze! Kpy! Ka­na­lie! Kom­bi­na­to­rzy! Ka­me­lo­ci!".

"Bel­we­de­ru! Ka­me­le­oni! Kre­ty­ni! Kaj­da­nia­rze!".

"Li­no­skocz­ki! Li­zo­ła­py! Lo­ka­je!".

"Ło­try! Łaj­da­ki! Ła­mi­gna­ty! Łap­ser­da­ki! Ła­cia­rze! Łga­rze! Ło­bu­zy! Ła­pow­ni­cy!".

"Me­ga­lo­ma­ni! Me­kle­rzy! (?) Mi­kro­by! Mi­kro­co­fa­le! (?) Mor­do­bij­cy! Mor­der­cy! Mał­py!".

"Nie­doj­dy! Ni­hi­li­ści! Nie­ro­ga­ci­zna! No­to­rycz­ni ban­dy­ci!".

"Oran­gu­tan­gi! Ona­ni­ści! Ob­łud­ni­cy! Okra­da­cze! Osły! Ope­ret­ko­wi lu­dzie!".

"Pier­ni­ka­rze! Pa­ra­li­ty­cy! Pach­cia­rze! Pa­ska­rze! Po­py­cha­dła! Psie sy­ny! Pa­de­re­wi­czy­cy! Pa­ja­ce!".

"Rze­zi­miesz­ki! Ra­bu­sie! Re­wo­lu­cja! Ry­ce­rze prze­my­słu! Raj­fu­ry! Re­ak­cja!".

"Szu­braw­cy! Szu­bie­nicz­ni­cy! Sza­ka­le! Sno­by!".

"Ścier­wo!".

"Tę­pe gło­wy! Ter­ro­ry­ści! Trut­nie! Tin­glow­cy! Ta­be­ty­cy!".

"Wi­siel­cy! Wła­my­wa­cze! Wan­da­le! Wa­ria­ci! Wsza­rze! Wyj­ce! Wy­wro­tow­cy!".

"Zbó­je! Zło­dzie­je! Za­ku­te łby! Za­ka­ła na­ro­du! Ze­ra! Zwie­rzęta!".

"Ży­dow­skie pa­choł­ki! Ży­we tru­py!".

Je­śli uzu­peł­nić ów słow­nicz­ko­wy opis te­go, co się w tym Sej­mie dzia­ło, choć­by o po­stać po­sła Ta­de­usza Kle­men­sie­wi­cza z PPS, któ­ry miał zwy­czaj przy­cho­dzić na po­sie­dze­nia "wy­so­kiej izby" z trąb­ką sa­mo­cho­do­wą, któ­rą wy­ra­żał swe po­li­tycz­ne emo­cje, czy po­stać po­sła Mści­sła­wa Ta­de­usza Dy­mow­skie­go ze Zjed­no­cze­nia Miesz­czań­skie­go, oskar­ża­ne­go przez klu­by po­sel­skie o kra­dzie­że ko­re­spon­den­cji, to po­wsta­je ob­raz jak­że da­le­ki od "par­la­men­tar­ne­go". A jed­nak ten Sejm, kry­ty­ko­wa­ny, na­zy­wa­ny "usta - wo­da - wczym", na 342 po­sie­dze­niach zdo­łał uchwa­lić kon­sty­tu­cję mar­co­wą 1921 ro­ku oraz 100 ustaw or­ga­ni­zu­ją­cych pań­stwo i je­go in­sty­tu­cje. Choć, jak pi­sał Ka­rol Irzy­kow­ski: "...cho­chli­ki ora­tor­skie ska­ka­ły i uży­wa­ły so­bie, jak nie przy­mie­rza­jąc pstrą­gi al­bo żab­ki. At­mos­fe­ra po­li­tycz­na by­ła na­ła­do­wa­na, po­sło­wie mło­dzi i nie­wy­ro­bie­ni, ale za to na­mięt­ni, mó­wi­li du­żo i pręd­ko...", to jed­nak, jak się oka­zy­wa­ło, waż­niej­sze od ję­zy­ka, ja­kim się po­słu­gi­wa­no, by­ło ko­niecz­ne, mi­mo róż­nic i po­dzia­łów, na­ro­do­we po­ro­zu­mie­nie, ja­kie w pra­cach te­go Sej­mu zdo­ła­no osią­gnąć.

Otwie­ra­jąc ko­lej­ną ka­den­cję Sej­mu, w li­sto­pa­dzie 1922 ro­ku, Na­czel­nik Pań­stwa mar­sza­łek Jó­zef Pił­sud­ski, w ni­czym nie umniej­sza­jąc za­sług owe­go Sej­mu Usta­wo­daw­cze­go, wy­po­wie­dział war­tą przy­po­mnie­nia myśl, w któ­rej, jak się wy­da­je, za­wie­ra się sens wszel­kie­go, a więc tak­że pol­skie­go par­la­men­ta­ry­zmu: "Do­tych­cza­so­we ży­cie po­li­tycz­ne Rze­czy­po­spo­li­tej nie wy­ka­za­ło wy­bit­nych zdol­no­ści na­szych do współ­pra­cy. Są­dzę prze­to, że bę­dę w tym wy­pad­ku rzecz­ni­kiem wszyst­kie­go, co ży­je i pra­cu­je po­za tą sa­lą, gdy zwró­cę się do Pa­nów z ape­lem, aże­by­ście przy­kła­dem swo­im stwier­dzi­li, że w na­szej oj­czyź­nie ist­nie­je moż­ność lo­jal­nej współ­pra­cy lu­dzi, stron­nictw i in­sty­tu­cji pań­stwo­wych...".

Z tych słów wy­ni­ka­łoby więc, że isto­tą de­mo­kra­cji, a więc pra­cy Sej­mu, mu­si być współ­pra­ca mi­mo wszel­kich róż­nic i po­dzia­łów, zdol­ność do kom­pro­mi­sów oraz ko­niecz­ność uzgad­nia­nia i ne­go­cjo­wa­nia roz­wią­zań do­raź­nych. Brak ta­kiej współ­pra­cy, nie­waż­ne, z ja­kich po­wo­dów, jest za­prze­cze­niem i zła­ma­niem umo­wy spo­łecz­nej, w myśl któ­rej po­sło­wie, man­da­ta­riu­sze ludz­kich, wy­bor­czych, róż­nych na­dziei i róż­nych in­te­re­sów, w trak­cie prac sej­mo­wych pró­bu­ją osią­gnąć ce­le moż­li­we do osią­gnię­cia i uwzględ­nia­ją­ce in­te­re­sy wszyst­kich oby­wa­te­li. Brak ta­kiej współ­pra­cy, za­własz­cza­nie ra­cji po­li­tycz­nych przez ja­kie­kol­wiek stron­nic­two, jest zła­ma­niem za­sad de­mo­kra­cji, tak jak krzy­czą­cym zła­ma­niem za­sad de­mo­kra­cji jest eg­ze­kwo­wa­nie lo­jal­no­ści po­sel­skiej nie wo­bec Pol­ski (któ­rą przy­się­ga­li), lecz wo­bec par­tii czy jej ka­ry­ka­tu­ral­ne­go wo­dza po­przez zmu­sza­nie po­słów do pod­pi­sy­wa­nia ja­kich­kol­wiek we­ksli. Są to prak­ty­ki, któ­re w każ­dym de­mo­kra­tycz­nym pań­stwie zo­sta­ły­by na­tych­miast na­zwa­ne i bez­względ­nie uka­ra­ne. Tak sa­mo jak prak­ty­ki ku­po­wa­nia gło­sów po­sel­skich przez ugru­po­wa­nia, któ­re, nieważ­ne, z ja­kich po­wo­dów, tra­cąc uzna­nie, po­par­cie czy więk­szość sej­mo­wą, pró­bu­ją dro­gą prze­kup­stwa utrzy­mać się przy wła­dzy. Jest to prak­ty­ka ni­czym nieróż­nią­ca się od ma­chlo­jek wy­bor­czych ja­kiejś po­słan­ki czy po­śli­cy (tak to na­zy­wa­no w II RP), któ­ra wo­bec bra­ku pod­pi­sów na swo­ich li­stach wy­bor­czych po­zwa­la so­bie na wpi­sa­nie kil­ku se­tek "mar­twych dusz".

II­ Rze­czpo­spo­li­ta, jakkolwiek kry­tycz­nie pa­trzeć na jej ułom­ną de­mo­kra­cję, jed­nak nie zna­ła po­dob­nej do dzi­siej­szej, sej­mo­wej ko­rup­cji po­li­tycz­nej. Ow­szem, w każ­dej ka­den­cji Sej­mu zda­rza­ły się tzw. roz­ła­my. Po­sło­wie zmie­nia­li bar­wy par­tyj­ne, po­wsta­wa­ły no­we, czę­sto kil­ku­dzie­się­cio­oso­bo­we klu­by po­sel­skie, ale jed­nak za­wsze by­ły to po­dzia­ły czy to pro­gra­mo­we, czy am­bi­cjo­nal­ne, ni­gdy ko­rup­cyj­ne. II RP, w od­róż­nie­niu bo­wiem od III czy IV RP, zna­ła bo­wiem in­sty­tu­cję Są­du Ho­no­ro­we­go, w któ­rym wy­ro­ki wy­da­wa­li lu­dzie, nie­ko­niecz­nie praw­ni­cy, naj­wyż­sze­go za­ufa­nia. Za jaw­ne kłam­stwo, oszczer­stwo, za dzia­ła­nie nie­go­dzi­we gro­zi­ła ka­ra in­fa­mii. Czło­wiek uzna­ny przez Sąd Ho­no­ro­wy za win­nego, umie­rał śmier­cią cy­wil­ną. I jed­nak, jak się wy­da­je, by­ła to in­sty­tu­cja po­przez sa­mo za­gro­że­nie ka­rą sku­tecz­niej­sza w wie­lu wy­pad­kach niż dzi­siej­sze trwa­ją­ce la­ta­mi pro­ce­sy są­do­we o znie­sła­wie­nie czy ob­ra­zę.

Gdy 25 lu­te­go 1930 ro­ku, w trak­cie 81. po­sie­dze­nia Sej­mu III ka­den­cji, pod­czas dys­ku­sji nad ja­kimś okól­ni­kiem do­ty­czą­cym wie­ców po­sel­skich, po­seł Jan Stań­czyk z PPS z try­bu­ny sej­mo­wej, re­cen­zu­jąc po­przed­nie wy­stą­pie­nie po­sła Edwar­da Klesz­czyń­skie­go z BBWR, wy­po­wie­dział sło­wa: "...Mia­łem uczu­cie, że nas prze­nie­sio­no w daw­ne car­skie cza­sy... gdy ta­cy pa­no­wie jak Klesz­czyń­ski ca­ło­wa­li bu­ty ca­rów i ce­sa­rzy...", zda­rzy­ła się rzecz nie­sły­cha­na. Oto po­seł Klesz­czyń­ski pod­biegł do try­bu­ny i spo­licz­ko­wał Stań­czy­ka.

Na sa­li za­wrza­ło, mar­sza­łek Igna­cy Da­szyń­ski za­rzą­dził dziesięciomi­nu­to­wą prze­rwę. Za­pach­nia­ło po­je­dyn­kiem. Do Klesz­czyń­skie­go zgła­sza­li się po­sło­wie ofe­ru­ją­cy swe usłu­gi ja­ko se­kun­dan­ci. Lecz gdy wzno­wio­no ob­ra­dy, po­seł Stań­czyk prze­pro­sił. Oka­za­ło się, że: "...rzu­ca­jąc ten okrzyk, nie miał wca­le na my­śli po­sła Klesz­czyń­skie­go, tym wię­cej, że już po­tem do­wie­dzia­łem się, iż oso­bi­ście słu­żył w Le­gio­nach...".

Być mo­że ozdro­wień­czy dla na­szych sto­sun­ków po­li­tycz­nych był­by po­wrót do prak­ty­ki są­dów ho­no­ro­wych i po­je­dyn­ków. Być mo­że lu­dzie, któ­rzy nie umie­ją ani roz­ma­wiać, ani ne­go­cjo­wać, ani współ­pra­co­wać, a upar­li się być pol­ski­mi po­li­ty­ka­mi w wa­run­kach de­mo­kra­cji par­la­men­tar­nej, w ta­kim świe­cie od­na­leź­li­by i po­czu­cie swej mi­sji, i po­czu­cie od­po­wie­dzial­no­ści za Pol­skę. I mo­że wresz­cie Pol­ska usły­sza­ła­by, jak dłu­ga i sze­ro­ka, sło­wa, na któ­re cze­ka: "...Kończ waść, wsty­du oszczędź".

Polscy sprawiedliwi

Wcze­śniej czy póź­niej wszyst­ko, co się wy­da­rzy­ło, sta­je się już tyl­ko hi­sto­rią. Prze­sta­je być po­li­ty­ką, któ­ra zwy­kle ukry­wa, prze­mil­cza, znie­kształ­ca, prze­ina­cza czy wręcz fał­szu­je fak­ty w imię ja­kichś tam do­raź­nych: par­tyj­nych, pań­stwo­wych czy na­ro­do­wych ce­lów. Lecz kie­dyś wszyst­ko, na­wet naj­więk­sza na­ro­do­wa tra­ge­dia, sta­je się już tyl­ko hi­sto­rią wiel­ką, po­ucza­ją­cą, wzru­sza­ją­cą, a co naj­waż­niej­sze - praw­dzi­wą. Dzi­siaj, na na­szych oczach, 27 sierp­nia 2009 ro­ku, w 65-le­cie li­kwi­da­cji łódz­kie­go get­ta, po­li­ty­ka od­da­je swój te­ren hi­sto­rii i po­zwa­la na od­sło­nię­cie wiel­kie­go, pierw­sze­go w na­szym kra­ju: Po­mni­ka Po­la­ków Ra­tu­ją­cych Ży­dów.

Praw­dę mó­wiąc, pierw­sza, jesz­cze nie po­mnik, a je­dy­nie ta­bli­ca po­świę­co­na pa­mię­ci Po­la­ków, któ­rzy od­da­li ży­cie, ra­tu­jąc swych ży­dow­skich współ­bra­ci w la­tach Za­gła­dy, po­wsta­ła w pol­skim Lon­dy­nie przy ko­ście­le pod we­zwa­niem Mat­ki Bo­żej Mat­ki Ko­ścio­ła na Ealin­gu w 1993 ro­ku. By­ła dzie­łem ty­leż pol­skim, ile ży­dow­skim, albo­wiem z ca­łej du­szy pa­tro­no­wa­ła jej ów­cze­sna mer Ealin­gu, któ­rej dziad­ko­wie ura­to­wa­li się w Pol­sce, w la­tach woj­ny. Ta skrom­na ta­bli­ca by­ła pierw­szym (oczy­wi­ście po­za Wzgó­rza­mi Pa­mię­ci w Je­ro­zo­li­mie, gdzie Spra­wie­dli­wi wśród Na­ro­dów Świa­ta od 1963 ro­ku sa­dzą swe drze­wa oliw­ne) gło­śnym, pu­blicz­nym hoł­dem od­da­nym pol­skim bo­ha­te­rom, ofia­rom Ho­lo­cau­stu. Spo­dzie­wa­no się, że jej po­wsta­nie spro­wo­ku­je ży­we i uczci­we pu­blicz­ne roz­mo­wy o trud­nej pol­sko­-ży­dow­skiej hi­sto­rii lat woj­ny i że ta­ka roz­mo­wa wy­ja­śni na­ro­słe na świe­cie fał­szy­we mi­ty, ste­reo­ty­py i bo­le­sne dla nas, Po­la­ków, nie­praw­dy. Lecz nic ta­kie­go się nie wy­da­rzy­ło. Za­wi­sła na ko­ściel­nym, lon­dyń­skim mu­rze bez więk­sze­go echa i bez żad­ne­go dal­sze­go cią­gu.

Na­stęp­na, je­śli się nie my­lę, po­wsta­ła do­pie­ro w 2001 ro­ku, od­sło­nię­ta przez pre­mie­ra Je­rze­go Buz­ka i po­świę­co­na przez księ­dza pry­ma­sa Jó­ze­fa Glem­pa w ko­ście­le Wszyst­kich Świę­tych w War­sza­wie. Mia­ła być tyl­ko ka­mie­niem wę­giel­nym wiel­kie­go po­mni­ka skła­da­ją­ce­go się z sied­miu obe­li­sków, na któ­rych, jak pla­no­wa­no, mia­ły zo­stać wy­ry­te set­ki na­zwisk pol­skich bo­ha­te­rów, któ­rzy od­da­li ży­cie, ra­tu­jąc Ży­dów. Jak jed­nak wia­do­mo, ża­den po­mnik nie po­wstał, ani w kształ­cie sied­miu obe­li­sków, ani w kształ­cie pnia drze­wa, z któ­re­go wy­ra­sta no­we drze­wo, a ta­ki wła­śnie po­mnik pla­no­wa­no wznieść kie­dyś na pla­cu Grzy­bow­skim. Tu tak­że pla­no­wa­no szpa­ler ta­blic z na­zwi­ska­mi Po­la­ków za­mor­do­wa­nych przez Niem­ców za po­moc udzie­la­ną Ży­dom. Nie­po­ję­ta, zu­peł­nie niezro­zu­mia­ła po­li­ty­ka hi­sto­rycz­na za­cho­wy­wa­ła się jed­nak tak, jak­by ta hi­sto­ria ra­to­wa­nia Ży­dów by­ła dla nas, Po­la­ków, spra­wą wąt­pli­wą, wsty­dli­wą i po­dej­rza­ną. W wol­nej i nie­pod­le­głej Pol­sce, w la­tach 90., praw­dzi­wa hi­sto­ria, jak za cza­sów ko­mu­ny, mu­sia­ła więc ukry­wać się, za­pi­sa­na je­dy­nie na ka­mien­nych ta­bli­cach, gdzieś za mu­ra­mi ko­ścio­łów lub cmen­ta­rzy.

Trud­no zro­zu­mieć dla­cze­go. Moż­na się je­dy­nie do­my­ślać, że po pro­stu na­sza pol­ska wie­dza na te­mat tak waż­ny jak wal­ka o oca­le­nie i po­moc Ży­dom jest nie­peł­na, nie­kom­plet­na, wresz­cie żad­na. Otóż, choć nie­ła­two to przy­znać, my po pro­stu nie wie­my, ilu Ży­dów uda­ło się w la­tach woj­ny ura­to­wać. Mo­że, jak się po­wszech­nie przyj­mu­je, 50-80 tysięcy, a mo­że, jak chce Cze­sław Pi­li­chow­ski, wie­lo­let­ni szef Głów­nej Ko­mi­sji Ba­da­nia Zbrod­ni Hi­tle­row­skich w Pol­sce: 100-120 ty­się­cy, a mo­że, jak to dzi­siaj ob­li­cza Ży­dow­ski In­sty­tut Hi­sto­rycz­ny, 20-30 ty­się­cy. Sko­ro nie wia­do­mo, ilu i ko­go ura­to­wa­no, to tym trud­niej od­po­wie­dzieć na py­ta­nie, ilu z nas, Po­la­ków, Ży­dów ra­to­wa­ło. We­dług ofi­cjal­nych da­nych w ak­cji ra­to­wa­nia i po­mo­cy Ży­dom bra­ły udział po­nad 3 mi­lio­ny Po­la­ków. Lecz ta bu­du­ją­ca sta­ty­sty­ka opar­ta jest na za­ło­że­niu, że ura­to­wa­no z Za­gła­dy 100 ty­się­cy i że dla ura­to­wa­nia jed­ne­go czło­wie­ka ko­niecz­na by­ła współ­pra­ca co naj­mniej trzech lu­dzi...

Z ba­dań prze­pro­wa­dzo­nych na po­cząt­ku lat 60. przez Szy­mo­na Dat­ne­ra wy­ni­ka, że za ukry­wa­nie Ży­dów Niem­cy za­mor­do­wa­li 343 Po­la­ków, w tym 64 ko­bie­ty i 42 dzie­ci. Ty­le że nie moż­na nie wie­dzieć, że ży­ciem pła­ci­li nie tyl­ko ci, któ­rzy ukry­wa­li, ale ci wszy­scy, któ­rzy w ja­kiej­kol­wiek for­mie pró­bo­wa­li Ży­dom po­móc. Hi­sto­ria no­tu­je dzie­siąt­ki i set­ki tra­gicz­nych zda­rzeń, w których lu­dzie gi­nę­li za naj­mniej­szy od­ruch życz­li­wo­ści. Li­sto­nosz z Li­ma­no­wej Jan Ja­kub Se­mik zo­stał za­mor­do­wa­ny tyl­ko za to, że w pu­blicz­nym miej­scu, na uli­cy, od­wa­żył się wsta­wić za lżo­ny­mi przez Niem­ca Ży­da­mi. Wy­bit­ny chi­rurg prof. Fran­ci­szek Ra­sze­ja tyl­ko za to, że ma­jąc waż­ną prze­pust­kę do get­ta, udał się do cho­re­go na kon­sul­ta­cję. Le­on Lub­kie­wicz, pie­karz z Sa­dow­ne­go, zo­stał za­strze­lo­ny wraz z żo­ną Ma­rian­ną tyl­ko za to, że dał bo­che­nek chle­ba dwóm ży­dow­skim dziew­czy­nom, a mu­rarz z Kra­ko­wa Jó­zef Adam­ski za to, że każ­de­go dnia, prze­jeż­dża­jąc pod mu­ra­mi get­ta, prze­rzu­cał na dru­gą stro­nę pacz­kę z żyw­no­ścią.

Po­dob­nie nie ukry­wał Ży­dów Eu­ge­niusz Stęp­niew­ski, urzęd­nik pocz­to­wy z No­we­go Są­cza, któ­re­go Niem­cy zła­pa­li na nisz­cze­niu do­no­sów na Ży­dów, czy pra­cow­ni­cy za­rzą­dów miej­skich wy­ra­bia­ją­cy dla ukry­wa­ją­cych się aryj­skie pa­pie­ry. Na li­stach za­mor­do­wa­nych, roz­strze­la­nych, ze­sła­nych do obo­zów, fi­gu­ru­ją na­zwi­ska księ­ży, za­kon­nic, ofi­ce­rów, gra­na­to­wych po­li­cjan­tów, dzie­siąt­ków lu­dzi, któ­rzy ni­gdy ni­ko­go nie ukry­wa­li, a któ­rzy prze­cież w ogrom­nym łań­cu­chu po­mo­cy wy­peł­nia­li naj­trud­niej­sze za­da­nia, za któ­re w pol­skiej rze­czy­wi­sto­ści oku­pa­cyj­nej, ina­czej niż w in­nych oku­po­wa­nych kra­jach, pła­ci­ło się ży­ciem. Bo prze­cież w Ge­ne­ral­nym Gu­ber­na­tor­stwie za na­wet naj­mniej­szą po­moc Ży­do­wi gro­zi­ła ka­ra śmier­ci. Z punk­tu wi­dze­nia hi­sto­ry­ka nie­obo­jęt­ny wy­da­je się tak­że fakt, że je­śli w pierw­szym okre­sie oku­pa­cji wy­ro­ki wy­ko­ny­wa­ne na lu­dziach za­trzy­ma­nych za po­moc Ży­dom by­ły sze­ro­ko przez Niem­ców na­gła­śnia­ne i zna­ne są wy­pad­ki, gdy czło­wiek pro­wa­dzo­ny na śmierć mu­siał gło­śno wy­krzy­ki­wać: "prze­cho­wy­wa­łem Ży­dów­kę!", to z upły­wem lat Niem­cy prze­sta­li swo­je wy­ro­ki w ja­kiej­kol­wiek for­mie uza­sad­niać. By­wa­ło i tak jak w Ja­śle, gdzie pod­czas wy­sie­dla­nia lu­dzi z get­ta na prze­dzie ko­lum­ny pro­wa­dzo­no po­wią­za­nych z Ży­da­mi kil­ku­na­stu pol­skich chło­pów. Moż­na się do dzi­siaj tyl­ko do­my­ślać, że pła­ci­li ży­ciem za udzie­le­nie im po­mo­cy i schro­nie­nia.

Nikt nie wie, ilu Po­la­ków od­da­ło ży­cie, pró­bu­jąc ra­to­wać ży­dow­skich współ­bra­ci. Ba­da­nia prze­pro­wa­dzo­ne przez Wa­cła­wa Bie­law­skie­go w koń­cu lat 70. usta­la­ją 795 na­zwisk za­mor­do­wa­nych. Lecz ujaw­nia­ją tak­że na­zwy kil­ku wsi, jak Bór Ku­now­ski, Hu­ta Pie­niac­ka, Cie­pie­lów Sta­ry, Mu­ci­sko, Prze­wrot­ne czy Ci­sie k. Ce­gło­wa, gdzie w od­we­cie za udzie­la­nie po­mo­cy Ży­dom mor­do­wa­nych jest po kil­ku­dzie­się­ciu lu­dzi, ca­łe ro­dzi­ny z ma­ły­mi dzieć­mi. Naj­czę­ściej eg­ze­ku­cje prze­pro­wa­dza­ne są przez spa­le­nie żyw­cem lu­dzi w sto­do­łach lub za­bu­do­wa­niach. Ba­da­nia ujaw­ni­ły tak­że nie­miec­kie lu­do­bój­cze eks­pe­dy­cje kar­ne kie­ro­wa­ne do pol­skich ko­lo­nii na Kre­sach: w Be­re­czu czy Podi­wa­nów­ce, gdzie ofia­ra­mi nie­miec­kiej ze­msty za ukry­wa­nie Ży­dów sta­je się jed­no­ra­zo­wo po 200 lu­dzi. Ba­da­nia Wa­cła­wa Bie­law­skie­go usta­la­ją tak­że fak­ty niezna­ne, jak za­mor­do­wa­nie w obo­zie w Bełż­cu za po­moc Ży­dom 100 Po­la­ków przy­wie­zio­nych tu ze Lwo­wa. Nikt ni­gdy nie usta­lił ich na­zwisk.

Lecz oto po po­nad 60 la­tach, w do­bie In­ter­ne­tu, z ini­cja­ty­wy Na­ro­do­we­go Cen­trum Kul­tu­ry i przy współ­pra­cy In­sty­tu­tu Pa­mię­ci Na­ro­do­wej, po­ja­wił się zna­ko­mi­ty pro­jekt: Po­la­cy Ra­tu­ją­cy Ży­dów. Tak po­wstał do­stęp­ny dla każ­de­go w In­ter­ne­cie: Gra­ficz­ny In­deks Po­mo­cy. I być mo­że do­pie­ro dzi­siej­sze wy­sił­ki i od­wo­ła­nie się do zbio­ro­wej pol­skiej pa­mię­ci zdo­ła za­pi­sać praw­dzi­wą hi­sto­rię pol­skie­go za­an­ga­żo­wa­nia w ra­to­wa­nie Ży­dów i spo­rzą­dzić praw­dzi­wą, naj­pew­niej li­czą­cą ty­sią­ce na­zwisk li­stę pol­skich ofiar Za­gła­dy. I być mo­że do­pie­ro wów­czas świat zro­zu­mie, jak trud­ne by­ło to ra­to­wa­nie, gdy ob­cią­żo­ne by­ło, jak ni­gdzie in­dziej, ry­zy­kiem śmier­ci nie tyl­ko wła­snej, ale tak­że ca­łej ro­dzi­ny, ca­łej ka­mie­ni­cy, uli­cy czy ca­łej wsi.

Tym­cza­sem jesz­cze lu­dzie, któ­rzy nie zna­ją praw­dy, a tym sa­mym nic z te­go nie ro­zu­mie­ją, py­ta­ją, czy to na pew­no na­sza hi­sto­ria. Czy to, co od kil­ku lat re­ali­zu­je Łódź, bu­du­jąc Mu­zeum Mar­ty­ro­lo­gii Ży­dów, Park Oca­la­łych, od­na­wia­jąc bu­dy­nek sta­cji Ra­de­gast, sta­cji prze­ła­dun­ko­wej get­ta, przez któ­rą pra­wie 150 ty­się­cy lu­dzi wy­wie­zio­no na śmierć do obo­zu w Chełm­nie nad Ne­rem i obo­zu Au­schwitz, ma ja­ki­kol­wiek nasz pol­ski sens? Prze­cież, py­ta­ją, ża­den Po­lak nie prze­szedł tym 140-me­tro­wym "tu­ne­lem de­por­to­wa­nych"? Prze­cież ża­den Po­lak w ogó­le nie wszedł w la­tach woj­ny do łódz­kie­go get­ta. Po co bu­do­wać wła­śnie w Ło­dzi Po­mnik Po­la­ków Ra­tu­ją­cych Ży­dów, je­śli wia­do­mo, że ża­den Po­lak tu­taj nie ura­to­wał żad­ne­go Ży­da? I czy to w ogó­le jest pol­ska hi­sto­ria?

I co na to od­po­wie­dzieć? Czy to, że wszyst­ko, co zda­rzy­ło się na pol­skiej zie­mi, na­le­ży do pol­skiej hi­sto­rii? Czy to, że hi­sto­ria pol­skich Ży­dów jest, czy nam się to po­do­ba, czy nie, tak­że pol­ską hi­sto­rią? Czy mo­że to, że te wszyst­kie opo­wie­ści o wza­jem­nej pol­sko-ży­dow­skiej nie­na­wi­ści i o pol­skim zoo­lo­gicz­nym an­ty­se­mi­ty­zmie są tyl­ko od­wiecz­ną dy­żur­ną, eu­ro­pej­ską (na­le­ży czy­tać: ro­syj­sko­-nie­miec­ką) bred­nią, o czym naj­le­piej wie­dzie­li sa­mi Niem­cy, tyl­ko tu­taj, w Pol­sce, i tyl­ko nas, Po­la­ków, bez­względ­nie mor­du­jąc za naj­mniej­szy od­ruch czło­wie­czeń­stwa wo­bec Ży­dów? To dla­te­go, jak mi się zda­je, by ten fał­szy­wy mit pol­skiej nie­na­wi­ści pod­trzy­mać, by trwał na­dal, ja­kaś wy­ra­cho­wa­na po­li­ty­ka przez ostat­nie 65 lat nie po­zwo­li­ła nam spi­sać i po­li­czyć na­zwisk se­tek, a mo­że ty­się­cy pol­skich bo­ha­te­rów tej dra­ma­tycz­nej hi­sto­rii. I to dla­te­go, jak są­dzę, przez 65 lat nam, Po­la­kom, nie uda­ło się zbu­do­wać po­mni­ka ich chwa­ły.

Zo­sta­nie od­sło­nię­ty w Par­ku Oca­la­łych w Ło­dzi, 27 sierp­nia 2009 roku, w 65. rocz­ni­cę li­kwi­da­cji przez Niem­ców Litzman­n­stadt Ghet­to. Po­mnik Po­la­ków Ra­tu­ją­cych Ży­dów. Nie wiem, czy­im bę­dzie po­mni­kiem. Czy przy­je­dzie go zo­ba­czyć wię­cej pol­skich, czy wię­cej ży­dow­skich wy­cie­czek. Czy przy­ja­dą wy­ciecz­ki z Ho­lan­dii, czy z Fran­cji. Mo­że z Ukra­iny. W kwe­stii Ho­lo­cau­stu, jak my­ślę, ma­ją do po­wie­dze­nia znacz­nie wię­cej niż my. Mo­że przy­ja­dą wy­ciecz­ki z Nie­miec, a mo­że z Ame­ry­ki i Wiel­kiej Bry­ta­nii, kra­jów, któ­re wiel­ki pol­ski Żyd Szmul Zy­giel­bojm, umie­ra­jąc śmier­cią sa­mo­bój­czą w ma­ju 1943 ro­ku w Lon­dy­nie, oskar­żał o to, że o Ży­dach za­po­mnia­ły, a tym sa­mym ska­za­ły na Za­gła­dę. Nie oskar­żał tyl­ko nas jed­nych, Po­la­ków. Nie oskar­żał, bo przy­je­chał z Pol­ski, z get­ta war­szaw­skie­go, i wie­dział, co mo­gą zro­bić i co ro­bią Po­la­cy, by wspo­móc Ży­dów.

To zresz­tą nie ma zna­cze­nia, skąd i kto przy­je­dzie. Tak jak nie ma zna­cze­nia, kto dzi­siaj przy­jeż­dża. Bez wzglę­du bo­wiem na to, jak ko­cha­my na­szą hi­sto­rię i bez wzglę­du na to, co o niej są­dzi­my (na co dzień i od świę­ta), na­sza hi­sto­ria daw­no te­mu prze­sta­ła już być na­sza. W wia­nie od XX wie­ku otrzy­ma­li­śmy bo­wiem ogrom­ny i ogrom­nie waż­ny, po­wie­dzieć moż­na: świę­ty, wiel­ki roz­dział hi­sto­rii eu­ro­pej­skiej i świa­to­wej. Chcąc nie chcąc, sta­li­śmy się wiel­kim, prze­bo­ga­tym za­głę­biem hi­sto­rycz­nym. Au­schwitz zwie­dzi­ły już mi­lio­ny lu­dzi z ca­łe­go świa­ta. Po­dob­nie War­sza­wę, je­dy­ne chy­ba na świe­cie mia­sto zrów­na­ne z zie­mią, któ­re zdo­ła­ło zmar­twych­wstać. Po­dob­nie Maj­da­nek, Tre­blin­kę czy Stu­tthof. Mi­lio­ny przy­bę­dą do Ło­dzi, by zo­ba­czyć coś, z cze­go zre­zy­gno­wa­ła War­sza­wa, a więc ży­we pa­miąt­ki get­ta. Ży­dow­skich gett by­ło w Pol­sce kil­ka­set, ści­ślej oko­ło 400. Ży­we śla­dy pa­mię­ci zre­kon­stru­owa­ła tyl­ko mą­dra Łódź. Mi­lio­ny przy­by­wa­ją i przy­bę­dą jesz­cze na We­ster­plat­te i na war­szaw­skie Po­wąz­ki.

W po­nad 60 lat po naj­więk­szej i - jak wie­rzą lu­dzie - ostat­niej woj­nie, za­czy­na kwit­nąć i wspa­nia­le się roz­wi­jać tu­ry­sty­ka hi­sto­rycz­na. Moż­na nie dać wiz wjaz­do­wych ukra­iń­skim dzie­ciom po­dą­ża­ją­cym śla­da­mi Ban­de­ry, ale nie spo­sób ich nie dać ty­siąc­om nie­miec­kich wnu­ków, któ­re przy­ja­dą tu, by zo­ba­czyć na wła­sne oczy, gdzie wal­czył dzia­dek lub gdzie zgi­nął dzia­dek. Naj­pew­niej, wcze­śniej czy póź­niej, bę­dą chcia­ły przy­je­chać tu ty­sią­ce ro­syj­skich wnu­ków, bez­sku­tecz­nie szu­ka­jąc śla­dów obo­zów z ro­ku 1941, w któ­rych Niem­cy wy­mor­do­wa­li i za­gło­dzi­li na śmierć 800 ty­się­cy Ro­sjan. Bę­dą szu­kać w Ry­ma­no­wie, Cheł­mie Lu­bel­skim, Bił­go­ra­ju, w pod­war­szaw­skich Grą­dach, podto­ruń­skich Glin­kach, w Bia­łej Pod­la­skiej czy na Za­wo­dziu pod Czę­sto­cho­wą. Czy znaj­dą? Za­le­ży naj­pew­niej od dzi­siej­szych wło­da­rzy tych miej­sco­wo­ści. Być mo­że uzna­ją oni, że to tak­że nie pol­ska hi­sto­ria, bo co my, Po­la­cy, mie­li­śmy wspól­ne­go z nie­miec­ką wy­pra­wą na Mo­skwę. A być mo­że ktoś, kto zna i sta­ra się zro­zu­mieć trud­ną hi­sto­rię XX wie­ku, przy­po­mni so­bie, że tu, na pol­skiej zie­mi, z tych strasz­nych żoł­nier­skich obo­zów śmier­ci jed­nak zdo­ła­ło uciec około 67 tysięcy Ro­sjan i że jak umie­li, tak po­ma­ga­li im Po­la­cy. I że 268 za­pła­ci­ło za to ży­ciem. I mo­że ktoś zbu­du­je im po­mnik. Kie­dyś bo­wiem hi­sto­ria sta­je się wresz­cie tyl­ko hi­sto­rią.

Polskie wybory

Bli­sko stu­let­nia już hi­sto­ria pol­skiej de­mo­kra­cji ni­gdy nie za­no­to­wa­ła po­dob­ne­go zda­rze­nia. Oto w po­wszech­nych wy­bo­rach par­la­men­tar­nych 60 procent Po­la­ków, a więc wy­raź­na więk­szość spo­łe­czeń­stwa, zde­cy­do­wa­ło się nie od­dać swe­go gło­su na żad­ną opcję po­li­tycz­ną i na ża­den pro­gram spo­łecz­ny czy go­spo­dar­czy. Zde­cy­do­wa­ło się nie bro­nić III, ani nie gło­so­wać za IV Rze­cząpo­spo­li­tą. Po pro­stu po­zo­stali we wła­snym pol­skim do­mu. Dla jed­nych, któ­rzy pró­bu­ją fakt ten zro­zu­mieć, ozna­cza to ka­te­go­rycz­ną dys­kwa­li­fi­ka­cję pol­skiej kla­sy po­li­tycz­nej po­przez po­wszech­ną ab­sen­cję wy­bor­czą, ro­zu­mia­ną ja­ko wiel­ki, zbio­ro­wy pro­test spo­łecz­ny Po­la­ków. In­ni go­to­wi są przy­jąć, że wręcz prze­ciw­nie, ma­my tu do czy­nie­nia z dys­kwa­li­fi­ka­cją spo­łe­czeń­stwa, któ­re ni­cze­go nie ro­zu­mie z do­bro­dziej­stwa de­mo­kra­cji, któ­re­go kul­tu­ra i świa­do­mość po­li­tycz­na po­zo­sta­wia­ją jesz­cze wie­le do ży­cze­nia i dla któ­re­go przy­szłość wła­sne­go pań­stwa nie­wie­le ma wspól­ne­go z przy­szło­ścią wła­sną. Są i ta­cy, któ­rzy bło­go­sła­wią ni­ską fre­kwen­cję w lo­ka­lach wy­bor­czych, utrzy­mu­jąc, że tyl­ko dzię­ki niej wy­gra­ły ugru­po­wa­nia opo­wia­da­ją­ce się za re­for­mą pań­stwa, gdy­by bo­wiem do wy­bo­rów po­szła więk­szość Po­la­ków, któ­rym po pi­ja­ku i tak wszyst­ko jed­no, na ko­go od­da­ją swój głos, to zwy­cię­stwo wy­bor­cze mo­gła­by od­nieść ja­kaś niezna­na par­tia ja­kie­goś niezna­ne­go, no­we­go Ty­miń­skie­go. Przy­po­mi­na­ją przy tym cud uchwa­le­nia Kon­sty­tu­cji 3 ma­ja, któ­ry za­wdzię­cza­my ab­sen­cji wiel­kiej gru­py po­słów na sa­li sej­mo­wej, czy po­dob­ny cud uchwa­le­nia kon­sty­tu­cji kwiet­nio­wej 1935 ro­ku. I tyl­ko szu­ka­jąc od­po­wie­dzi na to być mo­że naj­waż­niej­sze dzi­siaj pol­skie py­ta­nie, nikt nie szu­ka jej w owej bli­sko stu­let­niej już hi­sto­rii pol­skiej de­mo­kra­cji. Gdy­by szu­kał, po­jął­by, że te ostat­nie, bo­daj 21. (li­cząc od 1919 ro­ku) pol­skie wy­bo­ry ma­ją za so­bą nie­wie­le po­nad 20 lat hi­sto­rii. Resz­ta to tyl­ko hi­sto­ria gwał­tów na pol­skiej de­mo­kra­cji.

Wy­bo­ry do Sej­mu Usta­wo­daw­cze­go w stycz­niu 1919 ro­ku, pierw­sze wy­bo­ry w od­ro­dzo­nej, nie­pod­le­głej Pol­sce, jak pi­sał Pa­weł Za­rem­ba, prze­bie­ga­ły "w uro­czy­stym sku­pie­niu". Fre­kwen­cja wy­bor­cza wy­no­si­ła od 60 do 90 pro­cent. Jak wia­do­mo bo­wiem, te wy­bo­ry prze­bie­ga­ły na ra­ty, suk­ce­syw­nie wraz z przy­łą­cza­niem no­wych ziem do Ma­cie­rzy. Do­pie­ro w ma­ju 1920 ro­ku do­łą­czy­ła gru­pa po­słów z Po­mo­rza, a w mar­cu 1922 ro­ku gru­pa po­słów wi­leń­skich. Tych 432 po­słów, "któ­rych en­tu­zjazm i za­pał - jak pi­sa­no - mu­siał za­stą­pić do­świad­cze­nie par­la­men­tar­ne", do­ko­na­ło ogrom­nej pra­cy zor­ga­ni­zo­wa­nia no­wo ­pow­sta­łe­go pań­stwa. Uchwa­lo­no po­nad 100 ustaw, zgło­szo­no po­nad 4 tysiące in­ter­pe­la­cji, uchwa­lo­no kon­sty­tu­cję. Wszy­scy Po­la­cy wie­rzy­li wów­czas w suk­ces swe­go pań­stwa i wszy­scy zna­li pierw­sze pol­skie ha­sło tych pierw­szych nie­pod­le­głych lat: "W Rów­no­ści, Bra­ter­stwie i Jed­no­ści za­trzesz grze­chy swej prze­szło­ści". Grze­cha­mi prze­szło­ści w owym wspól­nym ro­zu­mie­niu by­ły oczy­wi­ście pol­skie war­chol­stwo, osła­wio­ne li­be­rum ve­to, klien­te­lizm, so­bie­pań­stwo, prze­kup­stwo i zdra­da, to wszyst­ko, co - jak wie­rzo­no - le­gło u pod­staw klę­ski pol­skiej pań­stwo­wo­ści w XVIII wie­ku. No­wa Rze­czpo­spo­li­ta mia­ła być od tych grze­chów wol­na.

Oczy­wi­ście, nie by­ła. Win­cen­ty Wi­tos skar­żył się w swych wspo­mnie­niach na Ja­na Sta­piń­skie­go, a tak­że Jó­ze­fa Put­ka, póź­niej­szych po­słów chłop­skich: "Na wie­cach przed­wy­bor­czych ośmie­lił się pu­blicz­nie gło­sić, że ro­dzi­ny po­wo­ła­nych (do woj­ska) nie otrzy­mu­ją za­sił­ków dla­te­go, że Wi­tos ukradł 40 mi­lio­nów na te ce­le prze­zna­czo­nych. On stał się bo­ga­czem, a oni cier­pią nę­dzę. Po­wta­rzał to za nim po­jęt­ny je­go uczeń Pu­tek. Ten przy­kład mo­że chy­ba potwier­dzić do­sta­tecz­nie, jak cięż­ko by­ło w tym okre­sie pro­wa­dzić pra­cę, gdy na­wet ta­cy lu­dzie zdol­ni by­li do po­dob­nych rze­czy".

War­to od­no­to­wać ten epi­zod ja­ko być mo­że pierw­szy pol­ski nie­pod­le­gły przy­kład po­słu­że­nia się kłam­stwem, ob­mo­wą i oszczer­stwem ja­ko zna­ko­mi­ty­mi środ­ka­mi wal­ki po­li­tycz­nej. W ko­lej­nych pol­skich ka­den­cjach sej­mo­wych, li­cząc aż do dnia dzi­siej­sze­go, śro­dek ten zo­stał udo­sko­na­lo­ny przede wszyst­kim przez dzia­ła­czy chłop­skich, ale tak­że wszel­kiej ma­ści en­de­ków, by już o ko­mu­ni­stach nie wspo­mnieć. Ko­mu­ni­ści zresz­tą, o czym mo­że war­to pa­mię­tać, zboj­ko­to­wa­li te pierw­sze wy­bo­ry do Sej­mu Usta­wo­daw­cze­go, nie znaj­du­jąc żad­nych uza­sad­nień dla od­ro­dze­nia pań­stwa.

Ko­lej­ne pol­skie wy­bo­ry, w 1922 ro­ku, mi­mo boj­ko­tu ukra­iń­skie­go, od­no­to­wa­ły fre­kwen­cję wy­bor­czą na po­zio­mie 68 pro­cent. Od­by­ły się w li­sto­pa­dzie. Mie­siąc póź­niej hi­sto­ria za­no­to­wa­ła naj­więk­szą hań­bę pol­skiej de­mo­kra­cji, ja­ką by­ły pu­blicz­ne, lecz za­in­spi­ro­wa­ne w Sej­mie, eks­ce­sy wo­kół oso­by pierw­sze­go, de­mo­kra­tycz­nie wy­bra­ne­go pol­skie­go pre­zy­den­ta Ga­brie­la Na­ru­to­wi­cza. 11 grud­nia, znie­wa­ża­ny, ob­rzu­ca­ny bło­tem przez lu­dzi, któ­rzy nie chcie­li po­go­dzić się z je­go de­mo­kra­tycz­nym wy­bo­rem, kil­ka dni póź­niej za­strze­lo­ny zo­stał przez po­li­tycz­ne­go sza­leń­ca. Jak się zda­je, ów­cze­sne pol­skie spo­łe­czeń­stwo nie­wie­le ro­zu­mia­ło z za­sad de­mo­kra­cji i gło­śnej tyl­ko w po­ezji za­sa­dy rów­no­ści, bra­ter­stwa i jed­no­ści. Pił­sud­ski ten Sejm na­zwie "sej­mem la­dacz­nic", w od­róż­nie­niu od ko­lej­ne­go, któ­ry w je­go od­czu­ciu był "sej­mem ko­rup­cji". "Naj­bar­dziej cha­rak­te­ry­stycz­ną i naj­bar­dziej rzu­ca­ją­cą się w oczy ce­chą na­szych Sej­mów by­ło wła­śnie uni­ka­nie za wszel­ką ce­nę ja­kiej­kol­wiek od­po­wie­dzial­no­ści za każ­dy brud czy­nio­ny przez po­słów. De­mo­ra­li­za­cja sia­na w ten spo­sób w na­ród szła nie­le­d­wie z każ­dym ty­go­dniem da­lej i da­lej, czy­niąc ży­cie ohyd­nym i prze­brzy­dłym" - po­wie Pił­sud­ski w wy­wia­dzie udzie­lo­nym Bo­gu­sła­wo­wi Mie­dziń­skie­mu w 1930 ro­ku. Je­śli za­ufać wskaź­ni­kom fre­kwen­cji wy­bor­czej w wy­bo­rach 1928 ro­ku, a więc prze­bie­ga­ją­cych już po ma­jo­wym za­ma­chu na pol­ską de­mo­kra­cję, Po­la­cy przy­zna­wa­li ra­cję swe­mu mar­szał­ko­wi. Do urn wy­bor­czych przy­szło bo­wiem 78,3 pro­cent oby­wa­te­li. Jed­nak trud­no by­ło nie do­strzec dzie­ją­ce­go się wów­czas, jak to na­zy­wa­no: "cu­du nad urną". Lek­cja de­mo­kra­cji, ja­ką po­bie­ra­li współ­cze­śni Po­la­cy, za­wie­ra­ła i nad­uży­cia wy­bor­cze, i woj­sko w sa­lach sej­mo­wych, i wy­pro­wa­dza­nie po­słów wzno­szą­cych wro­gie okrzy­ki. Wresz­cie w ro­ku 1930 hi­sto­ria za­no­to­wa­ła aresz­to­wa­nie po­słów opo­zy­cyj­nych z Wi­to­sem, Lie­ber­ma­nem, Po­pie­lem, Ba­giń­skim oraz in­ny­mi i wy­bo­ry zwa­ne "brze­ski­mi", któ­re jed­nak mi­mo ogło­szo­ne­go boj­ko­tu zgro­ma­dzi­ły przy urnach 75 procent upraw­nio­nych do gło­so­wa­nia Po­la­ków.

Naj­niż­sza fre­kwen­cja wy­bor­cza mia­ła miej­sce w paź­dzier­ni­ku 1935 ro­ku, gdy wy­ła­nia­no Sejm zwa­ny póź­niej "sej­mem mia­no­wań­ców". Już we­dług no­wych za­sad kon­sty­tu­cji kwiet­nio­wej i no­wej or­dy­na­cji wy­bor­czej zna­ko­mi­cie ogra­ni­cza­ją­cej opo­zy­cji do­stęp do par­la­men­tu. Lecz na­wet wów­czas, w wa­run­kach, zda­wa­ło­by się, po­wszech­ne­go nie­za­do­wo­le­nia i spo­łecz­nej fru­stra­cji, do urn zgło­si­ło się 46,8 pro­cent upraw­nio­nych. Dla ni­ko­go, kto śle­dził hi­sto­rię tych lat, zda­je się nie ule­gać wątpliwości, że Po­la­cy otrzy­my­wa­li wów­czas, a ści­ślej, sa­mi da­wa­li so­bie trud­ną i bo­le­sną lek­cję de­mo­kra­cji. I je­śli na­wet ra­cję ma­ją ci, któ­rzy ową de­mo­kra­cję od­są­dza­ją od te­go, co się pod tym po­ję­ciem kry­je, to na­wet oni mu­szą przy­znać, że jed­no­cze­śnie Po­la­cy prze­ra­bia­li w tym cza­sie na­ukę de­fi­nio­wa­nia ra­cji pań­stwo­wych, iden­ty­fi­ko­wa­nia za­gro­żeń, tych we­wnętrz­nych i ze­wnętrz­nych, i kurs po­win­no­ści oby­wa­tel­skich. Mia­ły się oka­zać bez­cen­nym ka­pi­ta­łem na­ro­do­wym i po­li­tycz­nym na zbli­ża­ją­ce się la­ta woj­ny i la­ta po­wo­jen­ne. Zresz­tą, są­dząc po fre­kwen­cji wy­bor­czej w ostat­nich, przed­wo­jen­nych wy­bo­rach w 1938 ro­ku, któ­ra wy­nio­sła po­nad 67 pro­cent, ów­cze­śni Po­la­cy ma­ni­fe­sto­wa­li nie­usta­ją­ce przy­wią­za­nie do choć­by na­wet i ogra­ni­czo­nej, ale de­mo­kra­cji, i nie­kła­ma­ną mi­łość do swe­go nie­pod­le­głe­go pań­stwa.

Lecz już pierw­sze po­wo­jen­ne do­świad­cze­nia pol­skiej de­mo­kra­cji (wtedy zwa­nej lu­do­wą) oka­za­ły się zło­wiesz­cze. W 1946 roku ko­mu­ni­ści sfał­szo­wa­li wy­ni­ki tzw. re­fe­ren­dum. Py­ta­nia w owym re­fe­ren­dum sfor­mu­ło­wa­no tak, by na żad­ne z nich nikt zdro­wo i po pol­sku my­ślą­cy nie mógł od­po­wie­dzieć prze­czą­co. Ko­mu­ni­ści i ich zwo­len­ni­cy gło­so­wa­li "Trzy ra­zy tak". Opo­zy­cja mi­ko­łaj­czy­kow­ska w od­po­wie­dzi na pierw­sze py­ta­nie (nie­waż­ne ja­kie, bo tu nie o py­ta­nia cho­dzi­ło) zde­cy­do­wa­ła się od­po­wia­dać - Nie! Fre­kwen­cja wy­nio­sła 85 procent. We­dług ob­li­czeń opo­zy­cji 83 procent na­ro­du opo­wie­działo się prze­ciw­ko no­wej wła­dzy. Oka­za­ło się to nie mieć naj­mniej­sze­go zna­cze­nia. Ofi­cjal­ne wy­ni­ki przy­zna­wa­ły dru­zgo­cą­ce zwy­cię­stwo zwo­len­ni­kom Mo­skwy. Po­dob­nie sfał­szo­wa­no pierw­sze po­wo­jen­ne wy­bo­ry do Sej­mu Usta­wo­daw­cze­go w stycz­niu 1947 ro­ku. Sza­cun­ko­we da­ne wska­zy­wa­ły na to, że w ca­łym kra­ju na Mi­ko­łaj­czy­ka i PSL gło­so­wa­ło 69 pro­cent spo­łe­czeń­stwa (w War­sza­wie na­wet 82 procent). Gdy jed­nak ko­mu­ni­ści "ob­li­czy­li" gło­sy, ogło­si­li, że ich blok od­niósł przy­gnia­ta­ją­ce zwy­cię­stwo 82 procent gło­sów. Na nic się zda­ły ja­kie­kol­wiek pro­te­sty. Ci, któ­rzy ośmie­la­li się pro­te­sto­wać, nie­odmien­nie tra­fia­li do wię­zień, na zsył­kę czy do ko­palń. De­cy­zje po­li­tycz­ne no­wej wła­dzy wspie­rał nie­spo­ty­ka­ny, obej­mu­ją­cy dzie­siąt­ki ty­się­cy lu­dzi ter­ror, wrza­skli­wa trium­fal­na pro­pa­gan­da i za­pla­no­wa­na nę­dza spo­łe­czeń­stwa. Przy­wód­cy pol­skiej de­mo­kra­cji al­bo zo­sta­li za­mor­do­wa­ni, al­bo zmu­sze­ni do uciecz­ki z kra­ju. Od te­go cza­su pol­skie wy­bo­ry cha­rak­te­ry­zo­wać mia­ła jed­na li­sta wy­bor­cza, gło­so­wa­nie bez skre­śleń i bli­sko 100-pro­cen­to­wa fre­kwen­cja. W 1952 ro­ku no­wa or­dy­na­cja wy­bor­cza prze­są­dza­ła, że li­sta kan­dy­da­tów nie mo­że prze­kra­czać li­sty po­słów z da­ne­go okrę­gu. Gło­su­ją­cy miał więc tyl­ko wrzu­cić do urny kar­tę wy­bor­czą. W owym 1952 ro­ku, przy 95-pro­cen­to­wej fre­kwen­cji, na kan­dy­da­tów Fron­tu Na­ro­do­we­go od­da­no więc 99,8 procent gło­sów. W 1957 ro­ku, w ra­mach po­paź­dzier­ni­ko­wej od­wil­ży, wła­dza zgo­dzi­ła się, by 723 oso­by ubie­ga­ły się o 459 miejsc w par­la­men­cie. Jed­no­cze­śnie jed­nak no­wy przy­wód­ca, Wła­dy­sław Go­muł­ka, we­zwał na­ród do gło­so­wa­nia bez skre­śleń, albo­wiem: "kto skre­śla kan­dy­da­tów PZPR, ten skre­śla Pol­skę z ma­py Eu­ro­py...". Fre­kwen­cja wy­nio­sła 94,14 procent. Wszę­dzie prze­szli kan­dy­da­ci z pierw­szych miejsc. Po­dob­nie, bez skre­śleń, prze­bie­ga­ły wy­bo­ry w 1961, w 1965 i w 1969 ro­ku. Fre­kwen­cja wa­ha­ła się w gra­ni­cach 98 pro­cent, a PZPR za­cho­wy­wa­ła dla sie­bie więk­szość sej­mo­wą w wy­so­ko­ści 55,4 procent. Je­dy­ne, co ule­ga­ło nie­wiel­kim wa­ha­niom, to licz­ba tzw. dy­żur­nych bez­par­tyj­nych lub po­słów ka­to­lic­kie­go ko­ła "Znak". "Wszel­kie skre­śle­nia - jak ostrze­gał Go­muł­ka - mo­gły­by no­sić cha­rak­ter po­li­tycz­ny...". War­to dzi­siaj przy­wo­łać pa­mię­ci Po­la­ków tę ab­sur­dal­ną myśl, gdyż jak żad­na od­da­je ona bez­sens ów­cze­snych wy­bo­rów i po­zór pol­skiej de­mo­kra­cji lu­do­wej. Nic, po­za eki­pą rzą­dzą­cą, nie zmie­ni­ły tak­że wy­bo­ry w 1972 czy 1976 ro­ku. Front Jed­no­ści Na­ro­du uzy­ski­wał nie­odmien­nie 99,53 procent. A fre­kwen­cja na­dal wa­ha­ła się w gra­ni­cach 98 pro­cent. W mar­co­wych wy­bo­rach 1980 ro­ku na li­stę Fron­tu Jed­no­ści Na­ro­du od­da­no we­dług ofi­cjal­nych ko­mu­ni­ka­tów 99 procent gło­sów, a fre­kwen­cja wy­no­si­ła 98,9 proc. W pol­skich wy­bo­rach po­ja­wi­ło się jed­nak coś zu­peł­nie no­we­go. Oto po raz pierw­szy głos za­bra­ła opo­zy­cja. Naj­pierw przed wy­bo­ra­mi ogła­sza­jąc, że "pój­ście do urn ubli­ża god­no­ści oby­wa­tel­skiej i ludz­kiej", a na­stęp­nie po wy­bo­rach kwe­stio­nu­jąc wskaź­ni­ki fre­kwen­cji, któ­ra we­dług KSS KOR wy­no­si­ła 75-85 pro­cent. Pół ro­ku póź­niej w Gdań­sku i Szcze­ci­nie wła­dze ko­mu­ni­stycz­ne pod­pi­sy­wa­ły z "So­li­dar­no­ścią" wa­run­ki no­wej umo­wy spo­łecz­nej. Wśród 21 po­stu­la­tów zwy­cię­skiej "So­li­dar­no­ści" nie by­ło jed­nak po­stu­la­tu wol­nych wy­bo­rów. Ta­ki po­stu­lat zda­wał się wtedy prze­kra­czać pol­ską de­mo­kra­tycz­ną wy­obraź­nię. Mia­ły się więc od­być jesz­cze jed­ne wy­bo­ry, w 1985 ro­ku, zgod­ne z za­sa­da­mi de­mo­kra­cji lu­do­wej, opóź­nio­ne, gdyż Sejm sta­nu wo­jen­ne­go usta­wą kon­sty­tu­cyj­ną prze­dłu­żył wła­sną ka­den­cję.

Pierw­sze, po czę­ści już wol­ne pol­skie wy­bo­ry od­by­ły się do­pie­ro 4 czerw­ca 1989 ro­ku. Po raz pierw­szy od 1974 ro­ku w szran­kach wy­bor­czych po­ja­wi­li się przed­sta­wi­cie­le opo­zy­cji i po raz pierw­szy od 1938 ro­ku Po­la­cy na­praw­dę gło­so­wa­li. War­to przy­po­mnieć te da­ty, by uświa­do­mić so­bie, że prze­rwa w de­mo­kra­cji trwa­ła w Pol­sce po­nad 50 lat. By uświa­do­mić so­bie, że to, co przed woj­ną, mi­mo wszel­kich, nie­rzad­ko uza­sad­nio­nych pre­ten­sji wo­bec pol­skiej de­mo­kra­cji, de­fi­nio­wa­ło na­ro­do­wą du­mę, tj. spo­łe­czeń­stwo oby­wa­tel­skie, od daw­na już nie ist­nia­ło. Że lu­dzie w epo­ce wiel­kie­go kłam­stwa PRL­-u po­zba­wie­ni zo­sta­li de­mo­kra­tycz­nych na­wy­ków i de­mo­kra­tycz­nych od­ru­chów, że wszyst­kie­go, tak­że swo­jej Pol­ski, mu­sie­li i na­dal mu­szą uczyć się od no­wa. War­to przy­po­mnieć to wszyst­ko, gdy szu­ka się od­po­wie­dzi na py­ta­nie o dra­ma­tycz­nie ni­ską fre­kwen­cję wy­bor­czą lub ra­żą­ce nie­do­ma­ga­nia pol­skiej de­mo­kra­cji i pol­skiej kla­sy po­li­tycz­nej.

Przed woj­ną na te sa­me naj­waż­niej­sze pol­skie py­ta­nia szu­kał od­po­wie­dzi Sta­ni­sław Thu­gutt, lu­do­wiec, je­den z naj­cie­kaw­szych po­li­ty­ków pol­skich XX wie­ku. "Za­rzu­ca­no nam - pi­sał - że­śmy w pra­cy nad kon­sty­tu­cją by­li dok­try­ne­ra­mi, że­śmy chcie­li nadać Pol­sce ustrój, któ­ry by się jej plą­tał mię­dzy no­ga­mi jak dłu­ga ko­szu­la. Zda­wa­li­śmy so­bie z te­go spra­wę, ale są­dzi­li­śmy, że każ­dy in­ny ustrój bę­dzie dla niej rów­nież ustro­jem na wy­rost, bo od­wy­kła ona cał­kiem od rzą­dze­nia so­bą...".

I mo­że war­to te je­go sło­wa dzi­siaj po­wtó­rzyć.

Polska krew

Ja­ka krew pły­nie w na­szych ży­łach? Dla Po­la­ków, jak dla chy­ba żad­ne­go in­ne­go na­ro­du, to non­sen­sow­ne py­ta­nie ma swój głę­bo­ki, hi­sto­rycz­ny sens. Nie ma bo­wiem na świe­cie naj­pew­niej dru­gie­go tak sno­bi­stycz­ne­go na­ro­du, któ­ry ob­wie­szał­by swo­je pal­ce sy­gne­ta­mi her­bo­wy­mi, współ­cze­śnie za­ma­wiał por­tre­ty szla­chet­nych przod­ków i przy­wo­ły­wał swo­je po­cho­dze­nie ja­ko ar­gu­ment w dys­ku­sji o swo­jej rze­ko­mej war­to­ści i rze­ko­mej prze­wa­dze nad in­ny­mi. Je­śli jed­nak spró­bo­wać hi­sto­rycz­nie prze­ba­dać skład i ja­kość owej "pol­skiej, bia­ło­-czer­wo­nej krwi", to oka­że się, że­śmy ani in­ni, ani spe­cjal­nie wy­jąt­ko­wi.

Po pierw­sze, tak na do­brą spra­wę, nie bar­dzo wia­do­mo, skąd w ogó­le Po­la­cy wzię­li się na pol­skiej zie­mi. We­dług mi­strza Win­cen­te­go, zwa­ne­go Ka­dłub­kiem, w pro­stej li­nii po­cho­dzi­my od sta­ro­żyt­nych Rzy­mian. Mie­li­śmy we­dług nie­go kie­dyś po­uczać Alek­san­dra Wiel­kie­go, że: "Po­la­ków oce­nia się we­dług dziel­no­ści du­cha, har­tu cia­ła, a nie we­dług bo­gactw...!". We­dług ko­lej­nych baj­ko­pi­sa­rzy wzię­li­śmy się z Sar­ma­tów, gdzieś znad dol­nej Woł­gi. Prze­go­ni­li­śmy Scy­tów, pod­bi­li­śmy pol­ską zie­mię, a lud­ność miej­sco­wą za­mie­ni­li­śmy w chło­pów, sa­mi sta­jąc się szlach­tą, wy­róż­nia­ją­cą się, co oczy­wi­ste, lep­szą, bo szla­chec­ką krwią. W tej le­gen­dzie jest zresz­tą źdźbło praw­dy, bo jak stwier­dza­ją ostat­nie ba­da­nia na­uko­we, rze­czy­wi­ście pra­oj­czy­zna Sło­wian mie­ści­ła się gdzieś na Wscho­dzie, w do­rze­czu Dnie­pru, skąd w V­-VII wie­ku na­si pra­dzia­do­wie przy­wę­dro­wa­li nad Wi­słę i War­tę. Pro­blem po­le­ga na tym, że - jak pi­sał prof. Je­rzy Ło­jek - ca­ła ich bo­ga­ta cy­wi­li­za­cja opar­ta by­ła na drze­wie. I kie­dy spryt­ni Gre­cy, Wło­si czy Egip­cja­nie, co oczy­wi­ste, mniej od nas zdol­ni i nie tak wy­jąt­ko­wi, ry­li swo­ją hi­sto­rię w twar­dym ka­mie­niu, któ­ry miał prze­trwać ty­siąc­le­cia, my, Po­la­cy, naj­pew­niej rzeź­bi­li­śmy na­sze pra­dzie­je w drew­nie, któ­re oka­za­ło się da­le­ce nie­trwa­łe. Wie­my więc o so­bie nie­wie­le.

"Lud to we wzno­sze­niu do­mostw ma­ło sta­ran­ny, prze­sta­je na nędz­nych cha­tach. Śmia­ły i zu­chwa­ły, umy­słu go­rą­ce­go, nie­ła­twy, w ru­chu i po­sta­wie przy­stoj­ny, si­łą gó­ru­je, wzro­stu wy­nio­słe­go i smu­kłe­go, cia­ła zdro­we­go, bar­wy mie­sza­nej, bia­łej i czar­nej..." - pi­sał o pierw­szych Po­la­kach Jan Dłu­gosz. Co zna­mien­ne, wszy­scy kro­ni­ka­rze i po­dróż­ni­cy pod­no­si­li w swych świa­dec­twach na­szą pra­pol­ską do­bro­dusz­ność, go­ścin­ność i brak agre­sji, a co wię­cej, na­szą wol­ność, tak­że oby­cza­jo­wą, któ­ra na­ka­zy­wa­ła w sło­wiań­skim do­mu dzie­lić się z go­ściem tym, co naj­lep­sze, a więc tak­że żo­ną czy cór­ką. Owa wol­ność oby­cza­jo­wa prze­trwa­ła zresz­tą jesz­cze dłu­gie wie­ki, sko­ro sa­kra­ment mał­żeń­stwa, i to tyl­ko w od­nie­sie­niu do dwo­ru, po­ja­wił się w Pol­sce do­pie­ro w XIII wie­ku, a po­gań­skie świę­ta i ob­rzę­dy, z gło­śną no­cą świę­to­jań­ską, pod­czas któ­rej to ko­bie­ty wy­bie­ra­ły so­bie part­ne­rów, prze­trwa­ły na pol­skiej wsi du­żo dłu­żej, bo do XIX wie­ku. Jest to szcze­gół o ty­le istot­ny, że nasz wspól­ny pra­-Po­lak nie znał zu­peł­nie po­ję­cia kse­no­fo­bii i każ­dy (kto oczy­wi­ście po­dzie­lał je­go wia­rę) był dla nie­go rów­nie do­brym Po­la­kiem, jak on sam.

Tak więc ta­kim sa­mym do­brym Po­la­kiem sta­wał się Nie­miec, Or­mia­nin, Ru­sin, Fla­mand, ro­mań­ski Wa­lon czy Wo­łoch (Ru­mun). Pol­ska roz­ra­sta­ła się te­ry­to­rial­nie, a to o Ruś Ha­lic­ką, a to o Pru­sy Kró­lew­skie, a to, po­przez Unię, o Li­twę, a wraz z no­wy­mi zie­mia­mi wzbo­ga­ca­ła się o no­wych, naj­praw­dziw­szych Po­la­ków. Tak­że tych z tzw. wsi je­niec­kich, wszyst­kich Wę­gier­skich Gó­rek, Cze­cho­wic, Niem­czy, Brań­sków, w któ­rych na­zwach do dzi­siaj kry­je się ich sta­ra hi­sto­ria. Dzi­siaj mo­że ko­goś dzi­wić fakt, że w tej pol­skiej wspól­no­cie et­nicz­nej to nie ję­zyk pol­ski sta­no­wił czyn­nik wy­róż­nia­ją­cy, ale tak wy­glą­da­ła owa Pol­ska. Ca­ły wiel­ki, za­po­cząt­ko­wa­ny w XIII wie­ku ruch lo­ka­cyj­ny miast i wsi przy­wiódł na zie­mie dwu­mi­lio­no­wej Pol­ski, jak sza­co­wał prof. Be­ne­dykt Zię­ta­ra, ok. 100 tysięcy cu­dzo­ziem­ców. Po­cząt­ko­wo w mia­stach ko­ścio­ły dzie­li­ły się na te z nie­miec­kim i na te z pol­skim ję­zy­kiem ka­zań. Po pew­nym jed­nak cza­sie wszyst­ko po­wo­li sta­wa­ło się Pol­ską. I no­wi osad­ni­cy, i tzw. mi­ni­ste­ria­ło­wie, czy­li słu­żeb­ne ry­cer­stwo niż­sze­go sta­nu, któ­re cią­gnę­ło do Pol­ski z ca­łej Eu­ro­py, tu szu­ka­jąc i tu znaj­du­jąc dro­gi awan­su spo­łecz­ne­go i eko­no­micz­ne­go. Po­dob­nie du­cho­wień­stwo. Po­dob­nie rze­mio­sło i ku­piec­two. Ca­łe pol­skie śre­dnio­wie­cze jest jed­ną wiel­ką mi­gra­cją, wiel­kim ty­glem na­ro­dów, w któ­rym mie­szają się krew i ge­ny.

Od 1264 ro­ku, kie­dy ksią­żę Bo­le­sław Po­boż­ny wy­dał pierw­szy przy­wi­lej dla Ży­dów, po­ja­wia­ją się oni w pol­skiej wspól­no­cie et­nicz­nej. Po­ja­wia­ją się i sta­ją się Po­la­ka­mi. Ni­gdzie na świe­cie, je­dy­nie w Pol­sce obo­wią­zu­je pra­wo, gro­żą­ce su­ro­wą ka­rą chrze­ści­ja­ni­no­wi, któ­ry nie po­spie­szy z po­mo­cą Ży­do­wi, wzy­wa­ją­ce­mu ra­tun­ku... Wy­star­czy przy­po­mnieć w tym miej­scu prze­stro­gi Ko­ścio­ła, że: "...Ży­dzi nie tyl­ko współ­ży­ją z lud­no­ścią chrze­ści­jań­ską, ale bio­rą udział w pi­ja­ty­kach czy ucztach...". W owej Pol­sce są oni naj­praw­dziw­szy­mi Po­la­ka­mi, tym cen­niej­szy­mi, że np. w Wiel­kim Księ­stwie Li­tew­skim od koń­ca XVI wie­ku Ży­dzi, któ­rzy przyj­mo­wa­li wia­rę ka­to­lic­ką, au­to­ma­tycz­nie otrzy­my­wa­li szla­chec­two! Sar­biew­ski w swej kro­ni­ce pi­sze, że: "Mia­nem Po­la­ków obej­mu­je tak­że i tych, któ­rych z cza­sem do­pie­ro do­pusz­czo­no lub przy­łą­czo­no do or­ga­ni­zmu te­go wiel­kie­go pań­stwa...". I do­pie­ro czy­ta­jąc te sło­wa, moż­na zro­zu­mieć, dla­cze­go Sien­kie­wi­czow­ska Kry­sia Dro­ho­jow­ska wy­bie­ra nie pol­skie­go pa­na Wo­ło­dy­jow­skie­go, lecz ja­kie­goś tam szkoc­kie­go po­cho­dze­nia Ke­tlin­ga. A Skrze­tu­ski ja­kąś tam Ru­sin­kę Kur­ce­wi­czów­nę, któ­rej bra­cia po pol­sku słów kil­ku skle­cić nie po­tra­fią. Ano wy­bie­ra, bo to ta­cy sa­mi Po­la­cy.

XVI wiek wpro­wa­dzi na pol­skie zie­mie wraz z kró­lo­wą Bo­ną Wło­chów, wraz z Ba­to­rym Wę­grów, wraz z Wa­le­zym Fran­cu­zów. XVII wiek - Szwe­dów, Tur­ków i Ta­ta­rów. XVIII wiek, jak to na­zwał Ło­ziń­ski - naj­gor­szą z "plag ży­wo­ta", czy­li ob­ce woj­ska w gra­ni­cach Rze­czy­po­spo­li­tej. XIX wiek przy­pro­wa­dzi nam 350-ty­sięcz­ną ar­mię ob­cych urzęd­ni­ków, Ro­sjan, Niem­ców i Au­stria­ków. A ze zu­bo­ża­łej Sak­so­nii ok. 250 tysięcy przed­się­bior­ców i rze­mieśl­ni­ków. Księ­stwo War­szaw­skie zmo­bi­li­zu­je 100 ty­się­cy Po­la­ków, któ­rzy ru­szą do Ro­sji, Hisz­pa­nii, Nie­miec, Włoch czy Fran­cji, by na­tu­ral­nie wal­czyć o pol­ską spra­wę, ale prze­cież tak­że, by tam się osie­dlać, roz­mna­żać i roz­sła­wiać imię Pol­ski. Po­dob­nie tzw. Wiel­ka Emi­gra­cja, któ­ra wy­pchnę­ła na Za­chód ok. 10 tysięcy pol­skich in­te­li­gen­tów, czy wiel­ka zsył­ka na Sy­bir po po­wsta­niu li­sto­pa­do­wym, w któ­rej uczest­ni­czy­ło ok. 30 tysięcy Po­la­ków. Jak ob­li­czył prof. Ste­fan Kie­nie­wicz, mi­gra­cje pol­skie XIX wie­ku do­ty­czy­ły w su­mie ok. 9 mi­lio­nów lu­dzi. O wie­ku XX na­wet nie war­to wspo­mi­nać, bo jak ża­den in­ny po­mie­szał tę na­szą pol­ską krew z ca­łym pra­wie świa­tem.

W świe­tle nie żad­nych ba­dań, ale choć­by naj­prost­sze­go prze­kart­ko­wa­nia ro­dzi­mej hi­sto­rii, nie ma ni­cze­go ta­kie­go jak pol­ski ge­no­typ czy pol­ska krew. I naj­pew­niej je­ste­śmy ta­cy sa­mi jak na­sza hi­sto­ria: róż­ni, po­mie­sza­ni i nie­jed­no­znacz­ni. Ty­le tyl­ko, że nie­któ­rzy z nas wci­ska­ją na gru­be pal­ce her­bo­we sy­gne­ty.

Polska dusza

Pol­ska du­sza nie od dzi­siaj sta­no­wi za­gad­kę dla świa­ta. Dla­cze­go oni wal­czą, choć nie ma­ją żad­nych szans, py­ta­no w wie­ku po­wstań na­ro­do­wych. Dla­cze­go oni wiecz­nie mie­rzą si­ły na za­mia­ry. Są po­li­ty­ka­mi wy­łącz­nie w po­ezji, wy­ro­ko­wa­no, a nie­ste­ty tyl­ko po­eta­mi w po­li­ty­ce. Dzi­wio­no się na­sze­mu wy­gó­ro­wa­ne­mu po­czu­ciu ho­no­ru, dow­cip­ko­wa­no z na­sze­go "za­staw się, a po­staw się", li­cy­to­wa­no na­sze na­ro­do­we kom­plek­sy i na­sze na­ro­do­we sła­bost­ki do je­dze­nia i do pi­cia. Nie­mniej, jakkolwiek by dow­cip­ko­wa­no i się dzi­wio­no, pol­ska du­sza za­wsze sta­no­wi­ła dla ob­cych fa­scy­nu­ją­cą za­gad­kę, ni­gdy niezba­da­ną i ni­gdy do koń­ca niepo­ję­tą. Dzi­siaj zno­wu py­ta­ją, o co cho­dzi tym Po­la­kom. Swo­ją "So­li­dar­no­ścią" i swo­im Wa­łę­są roz­po­czę­li de­mon­taż im­pe­rium so­wiec­kie­go, ma­ją wła­sne, nie­pod­le­głe pań­stwo, zna­leź­li się w NA­TO, zna­leź­li się w struk­tu­rach Zjed­no­czo­nej Eu­ro­py, pol­ski hy­drau­lik z pol­skim le­ka­rzem i pie­lę­gniar­ką ko­lo­ni­zu­ją pół kon­ty­nen­tu. A mi­mo to na­rze­ka­ją, uty­sku­ją i wszyst­ko to pod­a­ją w wąt­pli­wość. Czy moż­na w ogó­le zro­zu­mieć Po­la­ka?

Aby od­po­wie­dzieć na to py­ta­nie, trze­ba w tym miej­scu do­ko­nać pew­ne­go, mó­wiąc skrom­nie, wie­ko­pom­ne­go od­kry­cia. Otóż, je­śli to lu­dzie two­rzą hi­sto­rię (a nie Marks z En­gel­sem we­spół z kon­flik­tem kla­so­wym), owa hi­sto­ria jed­no­cze­śnie two­rzy lu­dzi. To pro­ste pra­wo pa­mię­ci, w myśl któ­re­go, czy nam się to po­do­ba, czy nie, jed­nak w ogrom­nym stop­niu je­ste­śmy funk­cją na­szej hi­sto­rii. I tej prze­ży­tej oso­bi­ście, i tej sca­ło­wa­nej z twa­rzy mat­ki czy z rąk oj­ca lub dzia­da. To bez­względ­ne pra­wo funk­cjo­nu­je po­dob­nie jak uwa­run­ko­wa­nia geo­gra­ficz­ne czy kli­ma­tycz­ne, któ­re swo­ją su­ro­wo­ścią wpły­wa­ją na cha­rak­te­ry ludz­kiej spo­łecz­no­ści. Szcze­gól­ne, trud­ne wa­run­ki gór­skie rzeź­bią twar­de, wspa­nia­łe du­sze gó­ra­li, po­dob­ne czy to w Al­pach, czy to w Ta­trach. Natomiast su­ro­wa, trud­na hi­sto­ria rzeź­bi na­ro­do­we lę­ki, kom­plek­sy, du­my i oba­wy. Nie zna­czy to wca­le, że my, Po­la­cy, je­ste­śmy nie­zmien­ni i nie­odmien­nie po­dob­ni. Że po­ko­le­nie "Ko­lum­bów - rocz­nik 20" jest bliź­nia­czo toż­sa­me z po­ko­le­niem "So­li­dar­no­ści", a to od­naj­du­je swo­ją suk­ce­sję w po­ko­le­niu "JP2". Hi­sto­ria ma nie­ma­ło pro­ble­mów, by zna­leźć od­po­wiedź na py­ta­nie, dla­cze­go jed­ni Po­la­cy, jak w 1914 ro­ku, nie chcie­li się bić, a in­ni w 1939 i 1944 szli do wal­ki jak ka­mie­nie przez Bo­ga rzu­ca­ne na sza­niec. Dla­cze­go jed­ni śpie­wa­li: "...Po­lak nie słu­ga, nie zna, co to pa­ny...", a in­ni, kil­ka­dzie­siąt lat póź­niej, po­zwa­la­li się, bez spe­cjal­ne­go pro­te­stu, znie­wa­lać i upa­dlać. Naj­pew­niej od­po­wiedź za­pi­sa­na zo­sta­ła w hi­sto­rii owych mi­nio­nych po­ko­leń, któ­rych dzie­je nio­sły w so­bie raz si­łę i wia­rę, a raz zwąt­pie­nie i znie­chę­ce­nie.

Je­śli po­pa­trzeć przez chwi­lę wstecz, na mi­nio­ne wie­ki, i je­śli szu­kać w nich zro­zu­mie­nia owej pol­skiej du­szy, to nie ule­ga wątpliwości, że aż do wie­ku XVIII do­mi­nan­tą pol­sko­ści zda­wa­ła się du­ma. Z Rze­czy­po­spo­li­tej Oboj­ga Na­ro­dów, z wik­to­rii grun­waldz­kiej, cho­cim­skiej czy wie­deń­skiej. Naj­głę­biej zresz­tą uza­sad­nio­na. Po­tem, wraz z roz­bio­ra­mi i upad­kiem Rze­czy­po­spo­li­tej, naj­bar­dziej doj­mu­ją­ce wy­da­je się po­czu­cie zdra­dy. Ze stro­ny tar­go­wi­czan, kró­la sy­ba­ry­ty, sprze­daj­nych po­słów, bez­dusz­nych za­bor­ców. W obo­zie Ko­ściusz­ki śpie­wa­no wów­czas: "...Zdra­da kaj­da­ny uku­ła, szczę­śli­wość na­szą za­tru­ła, /Kto ko­cha wol­ność i pra­wa, do ze­msty z na­mi niech sta­wa... /Kraj, gdy z ło­trów oczy­ście­my, nie­przy­ja­cio­ły znie­sie­my, /De­spo­tyzm cał­kiem wy­wró­cim, Oj­czy­stą wol­ność przy­wró­cim...".

Owa tę­sk­no­ta za utra­co­ną wol­no­ścią pod­pi­sać mia­ła ca­ły wiek XIX, wiek wal­ki bez na­dziei, wiek pol­skiej tu­łacz­ki i pol­skiej tę­sk­no­ty. Wiek Nor­wi­dów, Cho­pi­nów, Łu­ka­siń­skich, Trau­gut­tów. Wiek pol­skie­go cier­pie­nia, ale prze­cież tak­że wiek pol­skiej du­my. Po­dob­nie jak na­stęp­ne pół­wie­cze Pol­ski od­ro­dzo­nej, Pol­ski Pił­sud­skie­go, przy wszyst­kich za­strze­że­niach: Pol­ski szczę­śli­wej, któ­ra w obro­nie swej od­zy­ska­nej nie­pod­le­gło­ści po­tra­fi­ła za­pi­sać le­gen­dę wal­ki tak ofiar­nej i tak od­da­nej, że chy­ba ża­den na­ród na świe­cie ni­gdy w dzie­jach nie stwo­rzył hi­sto­rii po­dob­nej.

Po co to wszyst­ko przy­po­mi­nać? Otóż po to, aby zro­zu­mieć Po­la­ka. I za­py­tać, co się dzi­siaj sta­ło z je­go du­mą? Cóż ta­kie­go za­szło w hi­sto­rii, że Po­la­cy, za­miast wziąć Pol­skę w swo­je rę­ce, po­wie­rza­ją jej los ja­kimś par­tyj­niac­kim upio­rom prze­szło­ści, po­li­tycz­nym krzy­ka­czom, de­ma­go­gom i nie­udacz­ni­kom? Dla­cze­go za­miast wy­bie­rać naj­lep­szych z naj­lep­szych, któ­rych ni­gdy w Pol­sce nie bra­ko­wa­ło i pew­nie dzi­siaj też nie bra­ku­je, swo­ją wy­bor­czą ab­sen­cją pre­miu­ją bez­czel­ność i pry­mi­ty­wizm? Dla­cze­go nie po­tra­fi­my się już cie­szyć i nie umie­my już w nic uwie­rzyć? Czy spra­wi­ły to klę­ski i nie­po­wo­dze­nia hi­sto­rii? Lecz jak uczą dzie­je, pol­skie klę­ski za­wsze pro­wa­dzi­ły do zwy­cię­stwa. Za­wsze, bez wzglę­du na to, jak do­tkli­we, ro­dzi­ły de­ter­mi­na­cję i uzbra­ja­ły do wal­ki. Dla­cze­go więc dzi­siaj i skąd ro­dzi się po­czu­cie po­wszech­nej bier­no­ści i re­zy­gna­cji? Czy to, jak są­dził po­eta, ser­ca sta­ły się zbyt lek­kie? Czy mo­że to epo­ka Pe­ere­lu, lep­ka, kna­jac­ka, po­zba­wio­na kla­sy i du­cha, de­for­mu­ją­ca ludz­kie na­dzie­je i ludz­kie prze­ko­na­nia? Lecz je­śli to praw­da, je­śli to la­ta "wła­dzy lu­do­wej" tak wi­docz­nie i tak trwa­le skar­li­ły Po­la­ków, to co w ta­kim ra­zie dzi­siaj kon­sty­tu­uje ową pol­ską du­szę?

Tuż po za­koń­cze­niu woj­ny ktoś za­py­tał Zo­fię Kos­sak­-Szczuc­ką, wiel­ką, nie­co za­po­mnia­ną dziś pi­sar­kę, któ­ra przez la­ta woj­ny i wal­ki by­ła su­mie­niem swe­go na­ro­du, o to, co te­raz, gdy woj­na się skoń­czy­ła, bę­dzie dla Pol­ski naj­waż­niej­sze. Już sa­mo py­ta­nie, któ­re­go dzi­siaj nikt nie sta­wia, za­słu­gu­je na przy­po­mnie­nie. Od­po­wiedź pa­ni Zo­fii pa­dła po krót­kim na­my­śle. Nie do­ty­czy­ła wca­le, jak­ by chcie­li nie­któ­rzy: od­bu­do­wy kra­ju czy wal­ki z anal­fa­be­ty­zmem. "Nie wiem na pew­no - od­po­wie­dzia­ła pi­sar­ka - ale wy­da­je mi się, że naj­waż­niej­sza dla Pol­ski bę­dzie te­raz praw­da...".

Je­śli dzi­siaj przy­ło­żyć tę pro­stą myśl jak klucz ko­do­wy do pol­skiej hi­sto­rii ostat­nich kil­ku­dzie­się­ciu lat, to oka­że się, że wiel­ka pi­sar­ka mia­ła ra­cję. To mi­nio­ne sześć­dzie­się­cio­le­cie to przede wszyst­kim epo­ka kłam­stwa, wiel­kie­go ustro­jo­we­go kłam­stwa ko­mu­ni­stycz­ne­go i wy­ni­ka­ją­cych z nie­go: ty­się­cy, mi­lio­nów ma­łych co­dzien­nych kłam­ste­wek, czę­sto ko­niecz­nych, aby ja­koś żyć. Ta pi­ra­mi­da kłam­stwa w efek­cie zro­dzi­ła zja­wi­sko niezna­ne hi­sto­rii... oszu­ka­ny na­ród.

Oszu­ka­ny w 1939 roku przez fał­szy­wych so­jusz­ni­ków, któ­rzy na­wet nie za­mie­rza­li Pol­sce pchnię­tej do woj­ny udzie­lić po­mo­cy. Oszu­ka­ny przez wła­sny rząd i na­czel­ne do­wódz­two woj­sko­we, któ­re, bez wzglę­du na po­wo­dy, jed­nak opu­ści­ło bez­na­dziej­nie wal­czą­cy na­ród. Oszu­ka­ny w Te­he­ra­nie, Jał­cie i Pocz­da­mie. Sprze­da­ny przez lu­dzi, któ­rych ten na­ród wiel­bił i któ­rym wie­rzył. Wiel­kim, zbrod­ni­czym oszu­stwem oka­zał się sta­li­now­ski sys­tem spra­wie­dli­wo­ści. Po­dob­nie zresz­tą jak go­muł­kow­ski, gier­kow­ski czy ja­ru­zel­ski, by nie szu­kać już da­lej. Naj­uczciw­si i naj­lep­si z Po­la­ków ska­zy­wa­ni by­li na śmierć i eli­mi­no­wa­ni ze spo­łe­czeń­stwa pod cał­ko­wi­cie fał­szy­wy­mi za­rzu­ta­mi zdra­dy i współ­pra­cy z ge­sta­po. Jed­no­cze­śnie ta sa­ma lu­do­wa spra­wie­dli­wość za cięż­kie pie­nią­dze wy­pusz­cza­ła na wol­ność au­ten­tycz­nych zbrod­nia­rzy hi­tle­row­skich. Oszu­stwem by­ło wszyst­ko, sto­sun­ki po­li­tycz­ne i sto­sun­ki eko­no­micz­ne. Wy­mia­na pie­nię­dzy oka­zy­wa­ła się pań­stwo­wą gra­bie­żą. Wy­bo­ry oszu­kań­czą far­są. Awan­so­wa­li nie­kom­pe­tent­ni in­do­len­ci, de­gra­do­wa­ni by­li ak­tyw­ni i uczci­wi. Za gra­ni­cę wy­pusz­cza­no głów­nie tych, któ­rzy pod­pi­sa­li. Resz­ta ży­ła w świe­cie, w któ­rym na­wet ma­rze­nie o nie­pod­le­głej praw­dzie wy­da­wa­ło się ko­lej­nym oszu­stwem, ży­ła w świe­cie bez na­dziei.

Czas Pe­ere­lu nie do­cze­kał się do­tych­czas ani rze­tel­nej oce­ny, ani wni­kli­wej ana­li­zy. Choć­by w aspek­cie spu­sto­szeń i de­for­ma­cji, któ­rych do­ko­nał, a nie­wąt­pli­wie do­ko­nał w owej men­tal­nej tkan­ce spo­łe­czeń­stwa. Z tej lek­cji oszu­stwa i ob­łu­dy, jak się zda­je, Po­la­cy wy­szli bo­wiem dość jesz­cze pol­scy, by stwo­rzyć i obro­nić so­li­dar­ność, lecz nie dość sil­ni i nie dość sta­now­czy, by obro­nić swo­ją praw­dę i swo­ją du­mę. To dla­te­go przez ostat­nie, nie­pod­le­głe la­ta ni­ko­mu nie uda­ło się do­ko­nać uczci­wej de­ko­mu­ni­za­cji. To dla­te­go przed pol­ski­mi, rze­ko­mo nie­za­wi­sły­mi są­da­mi sta­nę­ło le­d­wie kil­ku zwy­rod­nia­łych zbrod­nia­rzy sta­li­now­skich. Set­ki i ty­sią­ce umknę­ły ka­ry. To dla­te­go na­sza, na­wet nieza­czę­ta lu­stra­cja na­dal szu­ka swo­je­go pol­skie­go Gauc­ka. Jed­no bo­wiem wy­da­je się dzi­siaj pew­ne: je­śli co­kol­wiek nam się w no­wej Pol­sce uda­ło, to na pew­no prze­gra­li­śmy bi­twę o praw­dę. I choć moż­na już bez­kar­nie śpie­wać Pierw­szą Bry­ga­dę i moż­na już pójść na spa­cer do Mu­zeum Po­wsta­nia War­szaw­skie­go, to jed­nak - być mo­że ja­kiś so­cjo­log przy­zna mi ra­cję - na­dal czu­je­my się i za­cho­wu­je­my jak oszu­ka­ny na­ród, któ­ry w nic już nie wie­rzy i we wszyst­kim do­szu­ku­je się kłam­stwa. I być mo­że, je­śli ta dia­gno­za za­wie­ra w so­bie choć­by na­wet tro­chę praw­dy, to po­win­no już wy­star­czyć, by rzą­dzą­cy Pol­ską po­li­ty­cy po­ję­li, że ich pierw­szą po­win­no­ścią win­no być dzi­siaj przy­wró­cenie Po­la­kom wia­ry i przy­wró­cenie Po­la­kom du­my.

Polska piękna historia

Hi­sto­ria, jak wia­do­mo, słu­ży nam, Po­la­kom, do dra­pa­nia w gar­dle. Przy czym im moc­niej dra­pie, tym jest bliż­sza, pięk­niej­sza i praw­dziw­sza. Zro­zu­mie­li to już daw­no wszy­scy pro­du­cen­ci pol­skiej hi­sto­rii, i tej w książ­kach, i tej w fil­mach, i tej z uli­cy, wy­twa­rza­jąc tyl­ko ta­kie pro­duk­ty, któ­re lu­dzie ku­pią. Daw­niej lu­dzie naj­czę­ściej ku­po­wa­li ko­sy­nie­ra spod Ra­cła­wic, czap­ką kra­ku­ską za­ty­ka­ją­ce­go ro­syj­ską ar­ma­tę. Do­brze sprze­da­wał się tak­że sam na­czel­nik na kra­kow­skim Ryn­ku i ksią­żę Pe­pi rzu­ca­ją­cy się w nur­ty El­ste­ry ra­zem z ho­no­rem Po­la­ków przez Bo­ga mu po­wie­rzo­nym. Po la­tach zna­ko­mi­cie szedł ułan z nie­od­łącz­ną pa­nien­ką pod okien­kiem lub w wer­sji wzbo­ga­co­nej ułan z ko­niem nad mo­gił­ką ko­le­gi. Po­tem, jak wia­do­mo, przy­szła era czer­wo­nych ma­ków, wy­ko­rzy­sta­ne­go i oszu­ka­ne­go pol­skie­go żoł­nie­rza. Dzi­siaj, co nie ule­ga wątpliwości, naj­głę­biej i naj­le­piej dra­pie nas w gar­dle Ma­ły Po­wsta­niec, 10-12-­let­ni chło­pak, w zbyt du­żej pan­ter­ce, zbyt du­żych bu­tach i w za wiel­kim, spa­da­ją­cym na oczy heł­mie. Ca­ły dra­mat na­szej nie­szczę­snej naj­now­szej hi­sto­rii, ca­ła na­sza krzyw­da i ca­ła na­sza du­ma zda­ją się za­klę­te w tej wzru­sza­ją­cej, nie­fo­rem­nej po­sta­ci dzie­cia­ka go­to­we­go do wal­ki o swo­ją Pol­skę, z wiel­kim, zdo­bycz­nym pi­sto­le­tem ma­szy­no­wym.

I jak­by te­go dra­pa­nia w gar­dle by­ło nam jesz­cze za ma­ło, na hi­sto­rycz­nym ryn­ku po­ja­wi­ła się ostat­nio gra plan­szo­wa: "Ma­li Po­wstań­cy". Jest pró­bą, jak in­for­mu­ją jej au­to­rzy i pro­du­cen­ci: "...prze­nie­sie­nia na plan­szę funk­cjo­no­wa­nia har­cer­skiej pocz­ty po­lo­wej, któ­ra dzia­ła­ła pod­czas po­wsta­nia war­szaw­skie­go. Mło­dzi har­ce­rze - jak słusz­nie stwier­dza­ją au­to­rzy - prze­no­si­li pocz­tę i roz­ka­zy po­mię­dzy od­dzia­ła­mi po­wstań­czy­mi, po­ma­ga­jąc w ten spo­sób w wal­ce z oku­pan­tem...". Ce­lem tej gry - pi­szą da­lej - jest do­star­cze­nie jak naj­więk­szej licz­by roz­ka­zów, przy czym: "...je­śli roz­kaz nie zo­sta­nie do­rę­czo­ny na czas, od­dzia­ły po­wstań­cze mo­gą stra­cić po­szcze­gól­ne obiek­ty, a na­wet ca­łe dziel­ni­ce - ostrze­ga­ją au­to­rzy. - Je­śli zaś zbyt wie­le dziel­nic zo­sta­nie za­ję­tych przez od­dzia­ły wro­ga, gra koń­czy się po­raż­ką wszyst­kich gra­czy...". Te­go już au­to­rzy nie pi­szą, ale na­le­ży ro­zu­mieć, że je­śli wszyst­kie roz­ka­zy zo­sta­ną do­star­czo­ne na czas, gra koń­czy się...? No wła­śnie, czym? Zwy­cię­stwem wszyst­kich gra­czy?! A więc - suk­ce­sem po­wsta­nia?

Oczy­wi­ście, to tyl­ko gra w hi­sto­rię. Na do­da­tek to tyl­ko gra plan­szo­wa, ale mi­mo­wol­na su­ge­stia za­war­ta na­wet w grze plan­szo­wej, że po­wo­dze­nie po­wsta­nia w ja­kim­kol­wiek stop­niu za­le­ża­ło od tych dzie­ci, wy­da­je się gru­bym nad­uży­ciem. To po­wsta­nie już w chwi­li wy­bu­chu ska­za­ne by­ło na klę­skę, a set­ki tych dzie­ci na przed­wcze­sną, nie­spra­wie­dli­wą śmierć bez wzglę­du na to, ile i jak szyb­ko do­star­czo­ne zo­sta­ną roz­ka­zy. To, że hi­sto­ria dra­pie nas w gar­dle, nie po­win­no utrud­niać nam mó­wie­nia praw­dy. A praw­da w kwe­stii po­wstań­czej łącz­no­ści brzmi, co trud­no dłu­żej ukry­wać, po pro­stu kom­pro­mi­tu­ją­co. Do łącz­no­ści na woj­nie słu­żą nie dzie­ci, nie łącz­ni­cy czy łącz­nicz­ki, nie lu­dzie prze­bie­ga­ją­cy ka­na­ła­mi z dziel­ni­cy do dziel­ni­cy, ale głów­nie urzą­dze­nia łącz­no­ści prze­wo­do­wej i bez­prze­wo­do­wej, czy­li te­le­fo­ny i ra­dio­sta­cje. No do­brze, za­py­ta w tym miej­scu każ­dy, ale skąd mie­li­śmy w oku­po­wa­nej War­sza­wie wziąć te ra­dio­sta­cje? Otóż, o czym wzru­sze­ni le­gen­dą po­wsta­nia Po­la­cy za­po­mnie­li, po­wstań­cza War­sza­wa dys­po­no­wa­ła dzie­się­cio­ma czyn­ny­mi, spraw­ny­mi ra­dio­sta­cja­mi. Nie trze­ba by­ło wy­sy­łać w śmier­tel­nie nie­bez­piecz­ne mi­sje łącz­ni­czek i kil­ku­na­sto­let­nich har­ce­rzy do in­nych, od­da­lo­nych dziel­nic. Nie trze­ba by­ło ska­zy­wać tych dzie­ci na ku­le nie­miec­kich "go­łę­bia­rzy", strzel­ców wy­bo­ro­wych, któ­rzy z da­chów i bal­ko­nów uczy­ni­li so­bie wy­god­ne strzel­ni­ce. Wy­star­czy­ło na­wią­zać łącz­ność ra­dio­wą. Dla­cze­go tak się nie sta­ło, dla­cze­go zgi­nę­ły set­ki łącz­ni­czek i łącz­ni­ków? Ano dla­te­go, co ujaw­nia Zbi­gniew S. Sie­masz­ko, że w pol­skich re­gu­la­mi­nach woj­sko­wych ko­mu in­ne­mu pod­le­ga­ły ra­dio­sta­cje, a ko­mu in­ne­mu szy­fran­ci. Sta­ły więc bez­u­ży­tecz­ne, bo szy­fran­ci by­li gdzie in­dziej, a ra­dio­sta­cje gdzie in­dziej. Czy ktoś te­mu uwie­rzy? A prze­cież to praw­da.

Oto słyn­ne dwu­krot­ne pró­by dwu­stron­ne­go prze­bi­cia się przez Dwo­rzec Gdań­ski i po­łą­cze­nia się Żo­li­bo­rza i Sta­rów­ki 19/20 i 21/22 sierp­nia nie po­wio­dły się, nie uda­ło się bo­wiem po­przez łącz­ni­ków uzgod­nić peł­nej syn­chro­ni­za­cji ata­ku na nie­miec­kie po­zy­cje. Róż­ni­ca w cza­sie obu ata­ków wy­no­si­ła pół­to­rej go­dzi­ny. Tym sa­mym wiel­ka ope­ra­cja za­koń­czy­ła się klę­ską, a stra­ty po­wstań­cze się­gnę­ły 80 pro­cent ata­ku­ją­cych. Czy hi­sto­ria kie­dy­kol­wiek sły­sza­ła o więk­szej nie­udol­no­ści? A prze­cież wy­star­czy­ło włą­czyć obie ra­dio­sta­cje. Jak wia­do­mo, z bra­ku łącz­no­ści ra­dio­wej wpro­wa­dzo­no łącz­ność wzro­ko­wą, to zna­czy po­przez wy­wie­sza­nie pol­skich flag wska­zy­wa­no przy­by­wa­ją­cym łącz­ni­kom miej­sce sta­cjo­no­wa­nia pol­skich pla­có­wek. Do dzi­siaj wi­dok bram, ba­ry­kad i bu­dyn­ków wy­róż­nio­nych pol­ską fla­gą na zdję­ciach z po­wsta­nia dra­pie nas w gar­dle hi­sto­rycz­nym wzru­sze­niem. I być mo­że war­to ujaw­nić, że to, co nas dzi­siaj wzru­sza i emo­cjo­nu­je, wów­czas sta­ło się po­wstań­czym prze­kleń­stwem. Albo­wiem te pol­skie fla­gi dla bez­kar­ne­go nie­miec­kie­go lot­nic­twa by­ły pierw­szy­mi dro­go­wska­za­mi pro­wa­dzą­cy­mi na pol­skie po­zy­cje. I za­pew­ne do dzi­siaj Niem­cy nie po­tra­fią zro­zu­mieć, dla­cze­go ci Po­la­cy sa­mi wska­zy­wa­li im ce­le do bom­bar­do­wań.

Jest od­wiecz­nym już pol­skim py­ta­niem: jak opo­wia­dać hi­sto­rię, by dla Po­la­ków sta­ła się wresz­cie na­uczy­ciel­ką ży­cia? By­śmy z cza­su klęsk, nie­po­wo­dzeń i na­ro­do­wych dra­ma­tów wy­no­si­li choć­by na­ukę, jak owych klęsk i nie­po­wo­dzeń uni­kać lub choć­by jak ła­go­dzić ich skut­ki. Oczy­wi­ście, moż­na wy­my­ślać i pro­du­ko­wać róż­ne no­we gry plan­szo­we ty­pu "Ma­li Po­wstań­cy" czy np. "Ma­ły Ka­ce­to­wiec". Nie­trud­no so­bie wy­obra­zić jej re­guły: "Wy­rzu­ci­łeś szóst­kę, tra­fi­łeś z ty­fu­sem do re­wi­ru (szpi­ta­la), pau­zu­jesz trzy ko­lej­ki... Wy­rzu­ci­łeś dwój­kę, idziesz do ga­zu i wy­pa­dasz z gry...Wy­rzu­ci­łeś czwór­kę... zna­la­złeś bom­bę ato­mo­wą... nie­miec­ka za­ło­ga obo­zu w po­pło­chu ucie­ka... Je­steś zwy­cięz­cą...!". To ta­kie pro­ste. Nie­ste­ty, hi­sto­ria rzad­ko by­wa ta­ka pro­sta. Moż­na ją opo­wia­dać ­przez wy­da­rze­nia bi­tew­ne, po­przez czy­ny bo­ha­ter­skie, a moż­na szu­kać nie­po­zor­nej, czę­sto gdzieś tam scho­wa­nej czy za­gu­bio­nej praw­dy, któ­ra na­gle sta­je się klu­czem do zro­zu­mie­nia, np. dla­cze­go w po­wsta­niu zgi­nę­ło tak wie­lu ma­łych po­wstań­ców...

Być mo­że ktoś kie­dyś opo­wie praw­dzi­wie hi­sto­rię po­wsta­nia war­szaw­skie­go, hi­sto­rię oku­pa­cji i woj­ny Po­la­ków z Po­la­ka­mi, czy choć­by hi­sto­rię tra­gicz­ne­go Wrze­śnia. Nie bę­dzie w niej mo­wy o na­czel­nych wo­dzach i na­czel­nych pre­zy­den­tach, a tyl­ko pró­ba od­po­wie­dzi na py­ta­nie, jak to się sta­ło, że 35-mi­lio­no­we pań­stwo zdo­ła­ło wy­słać na front, co usta­lił prof. Je­rzy Ło­jek, prze­ciw­ko pół­to­rami­lio­no­wej ar­mii nie­miec­kiej le­d­wie 687 tysięcy żoł­nie­rzy. Jak to się sta­ło, sko­ro po­sia­da­li­śmy broń dla 2,5 miliona lu­dzi, a za­pa­sy amu­ni­cji na trzy mie­sią­ce wal­ki. W tej hi­sto­rii mo­wa bę­dzie o dwóch woj­nach: pierw­szej, tej z Niem­ca­mi, któ­rą sro­mot­nie prze­gra­li­śmy, i dru­giej, któ­rą prze­gra­li­śmy, za­nim się za­czę­ła ta pierw­sza. W tej woj­nie oka­że się, że chleb dla Ar­mii Po­mo­rze i Ar­mii Po­znań pie­czo­no w War­sza­wie (pół mi­lio­na por­cji), a więc żoł­nie­rze ni­gdy nie zo­ba­czy­li żad­ne­go chle­ba. W tej hi­sto­rii oka­że się, że na­sza lo­gi­sty­ka ska­zy­wa­ła nas na klę­skę z bra­ku amu­ni­cji (choć mie­li­śmy jej pod do­stat­kiem), z bra­ku trans­por­tu, bo za­wie­rzy­li­śmy wy­łącz­nie ko­lei, z bra­ku łącz­no­ści, bo 5 wrze­śnia, wo­bec wpad­nię­cia w nie­miec­kie rę­ce ko­dów szy­fro­wych pod Czę­sto­cho­wą (a ja­koś za­po­mnie­li­śmy o ko­dach re­zer­wo­wych), cał­ko­wi­cie zre­zy­gno­wa­li­śmy z łącz­no­ści ra­dio­wej, a tym sa­mym ja­kie­go­kol­wiek roz­po­zna­nia ope­ra­cyj­ne­go.

W tej praw­dzi­wej hi­sto­rii po­ja­wią się zu­peł­nie in­ni lu­dzie, ci, któ­rym hi­sto­ria przy­zna­ła ra­cję, np. at­ta­ché mi­li­ta­ire w Ber­li­nie płk An­to­ni Szy­mań­ski, któ­ry w po­ło­wie sierp­nia 1939 ro­ku wy­słał do War­sza­wy taj­ny ra­port in­for­mu­jący, że Niem­cy ude­rzą na ca­łej dłu­go­ści gra­nic oko­ło 1 wrze­śnia. Na tym ra­por­cie lu­dzie od­po­wie­dzial­ni za Pol­skę na­pi­sa­li: "Oto przy­kład pa­ni­kar­stwa". Po­ja­wi się też pew­nie ka­pi­tan Je­rzy Nie­zbrzyc­ki, szef wy­wia­du na Ro­sję, któ­ry we­zwa­ny do ra­por­tu mel­do­wał 6 wrze­śnia, że So­wie­ty nie­wąt­pli­wie ude­rzą. Zo­stał ode­sła­ny z za­rzu­tem sia­nia de­fe­ty­zmu. Po­ja­wi się naj­pew­niej gen. Lu­do­mił Ray­ski, szef pol­skie­go lot­nic­twa, któ­ry już w paź­dzier­ni­ku 1938 ro­ku zgło­sił swo­ją dy­mi­sję, by nie być łą­czo­nym z nie­udol­ną eki­pą zbli­ża­ją­cej się klę­ski. Po­dob­nie z za­szczyt­nej funk­cji sze­fa szta­bu Ar­mii Po­znań zre­zy­gno­wał ppłk Ste­fan Mos­sor, któ­ry po za­po­zna­niu się z pla­na­mi Na­czel­ne­go Do­wódz­twa rzu­cił w twarz Na­czel­ne­mu Wo­dzo­wi, że w po­dob­nych wa­run­kach nie ma mo­wy o żad­nej woj­nie, a tyl­ko o bez­przy­kład­nej klę­sce. I mo­że gdy­by­śmy kie­dyś opo­wie­dzie­li praw­dzi­wie na­sze­mu na­ro­do­wi na­szą naj­now­szą hi­sto­rię z zu­peł­nie in­ny­mi roz­dzia­ła­mi i zu­peł­nie in­ny­mi bo­ha­te­ra­mi, to wów­czas nikt by nie pro­du­ko­wał fał­szy­wych plan­szo­wych gier w hi­sto­rię, bo Po­la­cy po pro­stu nie chcie­li­by już w nie grać.

Narodziny legendy

Hi­sto­ria, wbrew te­mu, co są­dzi­my, nie pła­cze. Hi­sto­ria na­to­miast ży­wi się łza­mi. Każ­da hi­sto­ria, tak­że na­sza pol­ska, w któ­rej cze­go, jak cze­go, ale łez ni­gdy nie bra­ko­wa­ło. Hi­sto­ria zim­no i bez­względ­nie no­tu­je fak­ty i zda­rze­nia, no­tu­je sło­wa i za­cho­wa­nia. Na wszyst­ko pa­trzy bez emo­cji i bez łez, by wszyst­ko do­strzec i za­pi­sać. Hi­sto­ria jest w kwietniu 2010, w tych dniach pol­skiej ża­ło­by, wszę­dzie i wszę­dzie pró­bu­je zro­zu­mieć to, co się dzie­je. Kie­dyś bę­dzie to chcia­ła opo­wie­dzieć bez wzru­szeń i bez łez, praw­dzi­wie.

Ona jed­na pa­mię­ta, że po­dob­ne zda­rze­nia mia­ły miej­sce w War­sza­wie przed 88 la­ty, po tra­gicz­nej śmier­ci za­mor­do­wa­ne­go pre­zy­den­ta Na­ru­to­wi­cza. Jed­ne­go dnia ty­sią­ce lu­dzi ob­rzu­ca­ły go z nieta­jo­ną nie­na­wi­ścią bry­ła­mi lo­du i ka­mie­nia­mi. Dru­gie­go dnia, gdy zgi­nął, ty­sią­ce lu­dzi dzień i noc sta­ły przed Bel­we­de­rem, w mil­cze­niu że­gna­jąc czło­wie­ka, któ­ry uosa­biał Ma­je­stat Rze­czy­po­spo­li­tej. Trze­ba by­ło tej śmier­ci, by ten ma­je­stat do­strze­żo­no. Gdy 19 grud­nia 1922 ro­ku, o go­dzi­nie 11.00, z bel­we­der­skie­go dzie­dziń­ca uli­ca­mi War­sza­wy ru­szył po­chód ża­łob­ny z cia­łem pre­zy­den­ta Na­ru­to­wi­cza, na je­go krót­kiej tra­sie pro­wa­dzą­cej na Za­mek Kró­lew­ski zgro­ma­dzi­ło się, jak no­tu­ją kro­ni­ki i wspo­mnie­nia, po­nad pół mi­lio­na roz­pa­cza­ją­cych lu­dzi. Lu­dzi by­ło tak du­żo, że do­pie­ro po po­nad dwóch go­dzi­nach czo­ło po­cho­du do­tar­ło do pla­cu Zam­ko­we­go. Przez 3 do­by w Sa­li Ry­cer­skiej Zam­ku, de­fi­lu­jąc przed trum­ną Ga­br­ie­la Na­ru­to­wi­cza, set­ki ty­się­cy lu­dzi że­gna­ły swe­go wiel­kie­go, tra­gicz­ne­go pre­zy­den­ta.

Dzi­siaj, w bli­sko sto lat póź­niej, dzie­siąt­ki i set­ki ty­się­cy lu­dzi że­gna­ły swe­go tra­gicz­nie zmar­łe­go pre­zy­den­ta. Po­dob­nie ty­sią­ce lu­dzi sta­ły przez ca­łą noc czy ca­ły dzień na chło­dzie i w desz­czu, po po­kło­nić się przed czło­wie­kiem, któ­ry uosa­biał Ma­je­stat Rze­czy­po­spo­li­tej. Nikt z ocze­ku­ją­cych nie przy­po­mi­nał, że był on w isto­cie po­li­ty­kiem prze­gra­nym, że son­da­że nie da­wa­ły mu naj­mniej­szych szans na re­elek­cję. Że­gna­li go i ci, któ­rzy na nie­go gło­so­wa­li, i ci, któ­rzy uwa­ża­li, że nie był do­brym pre­zy­den­tem. Na­gle, po­przez swą tra­gicz­ną śmierć, stał się pre­zy­den­tem wszyst­kich Po­la­ków. Na­gle stał się nam wszyst­kim czło­wie­kiem bli­skim, praw­dzi­wym, wręcz wzru­sza­ją­cym w swo­jej mi­ło­ści do żo­ny, w swych czło­wie­czych re­ak­cjach na ludz­ką krzyw­dę, cho­ro­bę, nie­szczę­ście in­nych. Na­gle ci obo­je, pa­ra pre­zy­denc­ka wy­da­ła się nam pięk­niej­sza i jak­by wy­raź­nie wyż­sza.

Sta­ło się oto bo­wiem coś, cze­go obiek­tyw­ny, a więc bez­dusz­ny hi­sto­ryk boi się jak ognia. Zda­rzy­ło się oto coś, co hi­sto­ria, czy chce, czy nie chce, na­zwać mu­si na­ro­dzi­na­mi le­gen­dy. A kie­dy ro­dzi się le­gen­da, hi­sto­ria, ta rze­czo­wa i praw­dzi­wa, ta zim­na i bez­względ­na, ta, któ­ra nie umie pła­kać, mu­si za­milk­nąć. Kie­dy ro­dzi się le­gen­da, nie ma­ją bo­wiem zna­cze­nia fak­ty. Istot­ne za­czy­na być wy­łącz­nie to, w co lu­dzie, set­ki ty­się­cy czy wręcz mi­lio­ny Po­la­ków wie­rzą i w co chcą wie­rzyć. Być mo­że pre­zy­dent Lech Ka­czyń­ski w oczach hi­sto­rii nie za­słu­żył so­bie na miej­sce na Wa­we­lu. Na­wet na pew­no nie! Ale pre­zy­dent Lech Ka­czyń­ski, od dzi­siaj po­stać z pięk­nej na­ro­do­wej le­gen­dy, bez wąt­pie­nia tak! Zgi­nął, zgi­nę­li oni wszy­scy w dro­dze do Ka­ty­nia, by się upo­mnieć o naj­święt­szą pol­ską pa­mięć. Czy trze­ba cze­goś wię­cej, by w jed­no zla­ły się wszyst­kie na­sze na­ro­do­we le­gen­dy i wszyst­kie na­sze na­ro­do­we bar­wy? Ja­ki­kol­wiek hi­sto­ryk, jaki­kol­wiek fi­lo­zof, etyk, po­li­to­log czy po­li­tyk, któ­ry ośmie­li się sta­nąć na dro­dze tej le­gen­dy, zo­sta­nie nią po pro­stu zmiaż­dżo­ny. Tym bar­dziej że, jak są­dzę, le­gen­da pre­zy­den­ta Le­cha Ka­czyń­skie­go, le­d­wie wczo­raj na­ro­dzo­na, bę­dzie żyć swo­im wła­snym, nie­prze­wi­dy­wal­nym ży­ciem. Bę­dzie ob­ra­stać w no­we, niezna­ne fak­ty i no­we, niezna­ne jesz­cze uza­sad­nie­nia.

Naj­pew­niej wie­dział o tym wło­darz Ka­te­dry Wa­wel­skiej, ksiądz kar­dy­nał Sta­ni­sław Dzi­wisz, gdy de­cy­do­wał o miej­scu wiecz­ne­go spo­czyn­ku dla dwoj­ga pre­zy­denc­kich bo­ha­te­rów tej smo­leń­skiej śmier­ci. Przed la­ty, gdy po­przez lu­dzi bli­skich Oj­cu Świę­te­mu Ja­no­wi Paw­ło­wi II zwró­ci­łem się do pol­skie­go pa­pie­ża z proś­bą o udo­stęp­nie­nie mi pew­nych do­ku­men­tów do­ty­czą­cych śmier­ci gi­bral­tar­skiej ge­ne­ra­ła Wła­dy­sła­wa Si­kor­skie­go, do­ku­men­tów wcze­śniej już udo­stęp­nio­nych przez Wa­ty­kan Niem­com (stąd zna­łem ich sy­gna­tu­ry), od­pi­sał mi wów­czas, od­ma­wia­jąc, se­kre­tarz pa­pie­ża, ksiądz Dzi­wisz: "Pro­szę po­wie­dzieć Pa­nu Ba­li­szew­skie­mu, że mą­drość Ko­ścio­ła po­le­ga na tym, że wszyst­ko po­win­no się dziać we wła­ści­wym cza­sie". Prze­cho­wu­ję ten list jak re­li­kwię świad­czą­cą mi do dzi­siaj praw­dzi­wie o mą­dro­ści Ko­ścio­ła.

Oczy­wi­ście, hi­sto­ria bę­dzie pró­bo­wa­ła wal­czyć z tą no­wą na­ro­do­wą le­gen­dą. Bę­dzie się gło­śno skar­żyć na sy­tu­ację, w któ­rej na­sze dzie­je pi­sa­ne są zno­wu przez ja­kąś Mnisz­ków­nę, dla któ­rej waż­niej­sze są ge­sty mi­ło­ści i ma­rze­nia niż fak­ty, twar­de do­ko­na­nia i ra­cjo­nal­ne pro­gra­my. Oczy­wi­ście, zło­śli­wa hi­sto­ria za rok czy za dwa lata za­da pol­skim ma­tu­rzy­stom te­mat: "Myśl po­li­tycz­na pre­zy­den­ta Le­cha Ka­czyń­skie­go" al­bo "Wi­zja Pol­ski pre­zy­den­ta Le­cha Ka­czyń­skie­go". Ale te usi­ło­wa­nia na nie­wie­le się zda­dzą. Albo­wiem si­ła le­gen­dy, każ­dej hi­sto­rycz­nej, na­ro­do­wej le­gen­dy jest tak wiel­ka, że choć­by dzie­się­ciu uty­tu­ło­wa­nych pro­fe­so­rów wy­ka­za­ło, że ksią­żę Jó­zef Po­nia­tow­ski był ły­sy jak ko­la­no, to i tak ko­cha­ją­cy go Po­la­cy wi­dzieć go za­wsze bę­dą jako pięk­nego bru­ne­ta o buj­nej czu­pry­nie. I choć­by stu hi­sto­ry­ków opu­bli­ko­wa­ło do­ku­men­ty jed­no­znacz­nie świad­czą­ce o tym, że ge­ne­rał Si­kor­ski, peł­niąc wy­so­kie funk­cje pań­stwo­we i woj­sko­we, był płat­nym agen­tem dwóch mo­carstw, że w ostat­nich la­tach przed woj­ną przy­go­to­wy­wał zbroj­ny za­mach sta­nu, że dla ty­się­cy pol­skich naj­uczciw­szych ofi­ce­rów urzą­dził w la­tach woj­ny na ob­czyź­nie obo­zy od­osob­nie­nia, to i tak po­zo­sta­nie na wie­ki na Wa­we­lu, bo stał się nie­gdyś bo­ha­te­rem na­ro­do­wej le­gen­dy.

Kie­dy pi­szę ten tekst, nie wiem jesz­cze, ja­kie sło­wa pad­ły w ba­zy­li­ce Ma­riac­kiej w Kra­ko­wie nad trum­ną na­sze­go tra­gicz­nie zmarłego pre­zy­den­ta. Ja­ką my­ślą że­gna­no te­go mą­dre­go, uro­cze­go czło­wie­ka, któ­ry żył dla Pol­ski i dla Pol­ski zgi­nął. Wiem na­to­miast, co nad trum­ną pre­zy­den­ta Na­ru­to­wi­cza bli­sko 90 lat te­mu przy­po­mniał Pol­sce ks. dr An­to­ni Szla­gow­ski. Na ko­niec swej mo­wy ża­łob­nej przy­po­mniał on sło­wa Mic­kie­wi­cza: "Wszyst­ko bę­dzie da­rem­nem, pó­ki się nie od­ro­dzi­cie w du­chu. Ale cóż jest to od­ro­dze­nie się w du­chu? Na to py­ta­nie każ­dy z was znaj­dzie od­po­wiedź w głę­bi uczu­cia swo­je­go. Po­łóż­cie za­tem ko­niec roz­ter­kom wa­szym i po­gódź­cie się. Lu­dzie ra­dy i lu­dzie czy­nu, za­py­taj­cie was sa­mych, gdzie jest Oj­czy­zna, zejdź­cie do głę­bi du­szy wa­szej, na­tęż­cie du­cha we­wnętrz­ną pra­cą, a uj­rzy­cie ją...". I mo­że war­to te sło­wa przy­wo­łać tak­że dzi­siaj, w prze­ko­na­niu, że nie­wie­le po wie­kach stra­ci­ły na swej pol­skiej ak­tu­al­no­ści.

Początki

Nie ma w ca­łych pol­skich dzie­jach więk­szej za­gad­ki i więk­szej ta­jem­ni­cy niż ta hi­sto­ria sprzed bli­sko ty­sią­ca lat, hi­sto­ria o złym kró­lu Bo­le­sła­wie i do­brym bi­sku­pie Sta­ni­sła­wie. Zły król, po­ryw­czy i gwał­tow­ny, nie­ludz­ki i bru­tal­ny, ka­zał za­bić, a mo­że na­wet sam za­bił bi­sku­pa, któ­ry po wie­le­kroć go upo­mi­nał, ga­niąc kró­lew­ską nie­mo­ral­ność i zbyt­nią su­ro­wość wo­bec pod­da­nych. A gdy wszel­kie upo­mnie­nia za­wio­dły, gdy zły król da­lej za nic so­bie miał prze­stro­gi ka­pła­na, ten rzu­cił na nie­go z am­bo­ny klą­twę, co w owym XI wie­ku rów­na­ło się cy­wil­nej śmier­ci prze­klę­te­go, na­wet je­śli był on kró­lem. Szla­chet­ny ka­płan Sta­ni­sław za swą nie­ugię­tą służ­bę praw­dzie za­pła­cił mę­czeń­ską śmier­cią, a wy­stęp­ny król mu­siał po­rzu­cić tron, mu­siał opu­ścić kraj i udać się na wy­gna­nie, z któ­re­go ni­gdy miał już nie po­wró­cić.

Hi­sto­ry­cy na­wet w 1000 lat po owych zda­rze­niach ucie­ka­ją od tej hi­sto­rii jak dia­beł od świę­co­nej wo­dy. Po pierw­sze dla­te­go, że brak do­ku­men­tów nie po­zwa­la tak­że dzi­siaj od­po­wie­dzieć na py­ta­nie, co wy­da­rzy­ło się na­praw­dę i na czym po­le­gał spór mię­dzy kró­lem i bi­sku­pem. Po dru­gie dla­te­go, że ów bi­skup, o któ­rym hi­sto­ria nie umie po­wie­dzieć na­wet te­go, kie­dy się na­ro­dził i skąd po­cho­dził, w 200 lat po swej śmier­ci zo­stał ka­no­ni­zo­wa­ny, a co wię­cej, ogło­szo­ny pa­tro­nem Pol­ski. Co za wa­riat, al­bo na­wet sa­mo­bój­ca, bę­dzie więc pró­bo­wał do­cho­dzić praw­dy, sko­ro zo­sta­ła ona już ob­ja­wio­na, za­de­kre­to­wa­na i wy­nie­sio­na na oł­ta­rze i sko­ro od 1253 ro­ku, to zna­czy od po­nad 750 lat, ca­ła Pol­ska mo­dli się do świę­te­go Sta­ni­sła­wa, któ­re­go mę­czeń­stwo przez ca­łe wie­ki sym­bo­li­zo­wa­ło los Pol­ski, roz­człon­ko­wa­nej, po­ćwiar­to­wa­nej, ale prze­cież wresz­cie cu­dem po­łą­czo­nej, od­ro­dzo­nej i ży­wej.

A jed­nak hi­sto­ria upo­mnia­ła się o praw­dę. Przede wszyst­kim do­ty­czą­cą kró­la Bo­le­sła­wa, zwa­ne­go za ży­cia Szczo­drym. Przy­do­mek Śmia­łe­go po­ja­wił się przy je­go imie­niu znacz­nie póź­niej, po wie­kach. W po­wszech­nej opi­nii ba­da­czy oka­zał się wiel­kim, zna­ko­mi­tym wład­cą. To w grun­cie rze­czy je­mu, a nie je­go oj­cu Ka­zi­mie­rzo­wi, na­le­żał się ty­tuł Od­no­wi­cie­la. On bo­wiem przy­wró­cił na pol­skich zie­miach chrze­ści­jań­stwo znisz­czo­ne przez tzw. re­ak­cję po­gań­ską w la­tach 1034-38. On od­bu­do­wy­wał kościo­ły, on kon­se­kro­wał ka­te­drę gnieź­nień­ską, on ufun­do­wał kil­ka klasz­to­rów be­ne­dyk­tyń­skich. On wresz­cie do­ko­nał po­dzia­łu kra­ju na bi­skup­stwa, po­wo­łu­jąc na ar­cy­bi­sku­pa gnieź­nień­skie­go Bo­gu­mi­ła, a na bi­skup­stwo kra­kow­skie w 1072 ro­ku Sta­ni­sła­wa. Zda­wa­ło­by się, że wo­bec ta­kich za­sług dla Ko­ścio­ła, po­dob­nie jak król Ste­fan czy Wła­dy­sław na Wę­grzech, po­dob­nie jak król Wa­cław w Cze­chach czy jak Ot­to u Niem­ców, zo­sta­nie okrzyk­nię­ty świę­tym i po naj­dłuż­szym ży­ciu wy­nie­sio­ny na oł­ta­rze. Tym bar­dziej że wy­grał swe woj­ny z Cze­cha­mi, że zręcz­nie pod­szedł Niem­ców i ce­sa­rza Hen­ry­ka IV, wy­ko­rzy­stu­jąc je­go spór z pa­pie­żem, by przy­wró­cić Pol­sce ko­ro­nę, że je­go po­li­ty­ka wschod­nia wo­bec Księ­stwa Ki­jow­skie­go, pod­po­rząd­ko­wu­ją­ca Pol­sce Ruś, za­słu­gi­wa­ła na naj­wyż­sze uzna­nie. Po­dob­nie jak po­li­ty­ka wo­bec Wę­gier, gdzie usu­wał i osa­dzał wład­ców.

W tej burz­li­wej Eu­ro­pie dru­giej po­ło­wy XI wie­ku, wstrzą­sa­nej strasz­li­wym spo­rem pa­pie­stwa z ce­sar­stwem, po­dzie­lo­nej schi­zmą, czy­li od­dzie­le­niem się Ko­ścio­ła wschod­nie­go od za­chod­nie­go, chrze­ści­jań­skiej Eu­ro­pie, ale już re­for­mo­wa­nej we­dług no­wych re­guł wy­pra­co­wa­nych w Clu­ny, ten nasz król ja­wi się ja­ko wiel­ki wład­ca, któ­re­go wpły­wy się­ga­ją da­le­ko po­za pol­skie gra­ni­ce. I gdy 25 grud­nia 1076 ro­ku le­ga­ci pa­pie­scy na­masz­cza­li go na kró­la, nie­miec­ki kro­ni­karz Lam­bert za­pi­sy­wał z go­ry­czą, że: "...ksią­żę pol­ski, któ­ry już przez wie­le lat pła­cił da­ni­ny kró­lom teu­toń­skim i któ­re­go pań­stwo już daw­no przez dziel­nych Teu­to­nów zo­sta­ło pod­bi­te i za­mie­nio­ne na pro­win­cję, na­gle wzbił się w py­chę... przy­własz­czył so­bie god­ność i ty­tuł kró­lew­ski, wło­żył so­bie ko­ro­nę i w sam dzień Bo­że­go Na­ro­dze­nia przez 15 bi­sku­pów zo­stał na­masz­czo­ny... Ksią­żę pol­ski na hań­bę kró­le­stwa teu­toń­skie­go, wbrew pra­wom i zwy­cza­jom przod­ków, bez­wstyd­nie do­rwał się do kró­lew­skie­go ty­tu­łu i kró­lew­skiej ko­ro­ny...".

Za­pew­ne owych bi­sku­pów nie by­ło pięt­na­stu, lecz ilu­kol­­wiek by ich by­ło, mu­siał wśród in­nych ko­ro­no­wać Bo­le­sła­wa tak­że bi­skup kra­kow­ski Sta­ni­sław. Co więc ta­kie­go zda­rzyć się mo­gło, że w trzy la­ta póź­niej, w ja­kimś dra­ma­tycz­nym spo­rze, za­koń­czo­nym są­dem nad bi­sku­pem, zo­sta­nie on ska­za­ny i stra­co­ny? Hi­sto­ria, mó­wiąc wprost, ani ni­gdy te­go nie wie­dzia­ła, ani dzi­siaj nie ma o tym choć­by naj­mniej­szego po­ję­cia. Je­dy­ne, co wie­my, to wie­my z kro­ni­ki tzw. Gal­la Ano­ni­ma, do­ku­men­tu po­wsta­łe­go 30 lat po wy­da­rze­niach, któ­ry na­wet nie wy­mie­nia imie­nia bi­sku­pa. "...Jak zaś do­szło do wy­pę­dze­nia kró­la Bo­le­sła­wa z Pol­ski, dłu­go by­ło­by o tym mó­wić: ty­le wszak­że moż­na po­wie­dzieć, że sam bę­dąc po­ma­zań­cem, nie po­wi­nien był dru­gie­go po­ma­zań­ca za ża­den grzech ka­rać cie­le­śnie. Wie­le mu to bo­wiem za­szko­dzi­ło, gdy prze­ciw grze­cho­wi grzech za­sto­so­wał i za zdra­dę wy­dał bi­sku­pa na ob­cię­cie człon­ków. My zaś ani nie uspra­wie­dli­wia­my bi­sku­pa zdraj­cy, ani nie za­le­ca­my kró­la, msz­czą­ce­go się tak szpet­nie...".

Ter­min "tra­di­tor" - zdraj­ca w od­nie­sie­niu do bi­sku­pa Sta­ni­sła­wa pa­da w kro­ni­ce Gal­la wie­le ra­zy. Kro­ni­karz, bez wąt­pie­nia za­kon­nik, nie ma żad­nej wąt­pli­wo­ści co do wi­ny bi­sku­pa. Po­dob­nie jak nie ma jej pa­pież Pas­cha­lis II, któ­ry kil­ka­na­ście lat po śmier­ci bi­sku­pa Sta­ni­sła­wa w bul­li skie­ro­wa­nej do ar­cy­bi­sku­pa gnieź­nień­skie­go Mar­ci­na py­ta: "...Czyż to nie Twój po­przed­nik po­tę­pił bi­sku­pa, bez po­wia­do­mie­nia rzym­skie­go ar­cy­ka­pła­na...?". Po­przed­nik ab­pa Mar­ci­na to abp Bo­gu­mił. Z pa­pie­skiej bul­li wy­ni­ka więc jed­no­znacz­nie, że w ta­jem­ni­czym są­dzie nad oskar­żo­nym i ska­za­nym za zdra­dę Sta­ni­sła­wem bie­rze tak­że udział Ko­ściół pol­ski w oso­bach swych hie­rar­chów. I wy­da­je wy­rok ska­zu­ją­cy...! O co więc mo­że cho­dzić w tej nie­po­ję­tej spra­wie? Na czym po­le­ga zdra­da bi­sku­pa, a na czym wi­na kró­la, je­śli wy­rok wy­da­je sąd, i to w obec­no­ści hie­rar­chów Ko­ścio­ła? O co mo­że cho­dzić, sko­ro na kró­la nie pa­da ani jed­no złe sło­wo, a co wię­cej, pa­da­ją tyl­ko naj­lep­sze? W ów­cze­s­nych ka­len­da­rzach ka­pi­tu­ły kra­kow­skiej, w do­ku­men­tach klasz­to­rów, gdzie wzno­szo­ne są mo­dły w in­ten­cji Bo­le­sła­wa do­bro­czyń­cy i opie­ku­na.

Ponadto se­kwen­cja zda­rzeń, któ­re pro­wa­dzą do wy­gna­nia Bo­le­sła­wa z kra­ju, nie jest wca­le zgod­na z pu­blicz­ną le­gen­dą. To nie jest tak, że oto gi­nie bi­skup, a król oto­czo­ny wzgar­dą i nie­chę­cią pod­da­nych w nie­sła­wie ucie­ka z Pol­ski. Mi­ną bli­sko dwa la­ta od te­go opusz­cze­nia kra­ju. Ra­zem z kró­lem opusz­czą Pol­skę, uda­jąc się na Wę­gry, je­go zwo­len­ni­cy, np. ród Ad­wań­ców. Czyż­by ich tak­że do­ty­czy­ła klą­twa, a je­śli tak, to za co?

Ta hi­sto­ria na­dal, po 1000 la­tach, po­zo­sta­je nie­prze­nik­nio­ną ta­jem­ni­cą. Ta­jem­ni­cza jest tak­że śmierć Bo­le­sła­wa, rze­ko­mo w klasz­to­rze sło­weń­skim w Osja­ku, gdzie mo­dli­twą i umar­twie­niem miał za­pła­cić za swe zbrod­nie. Lecz gdy po wie­lu wie­kach cie­kaw­scy ba­da­cze od­sło­ni­li grób kró­la Bo­le­sła­wa i pod­da­li szcząt­ki ba­da­niom, oka­za­ło się, że są to szcząt­ki ko­bie­ce, naj­pew­niej Irin­bur­gii, żo­ny fun­da­to­ra klasz­to­ru. Co sta­ło się z kró­lem Bo­le­sła­wem, gdzie i kie­dy zmarł, nie wia­do­mo. Przyj­mu­je się, że w 1082 ro­ku, czy­li bar­dzo mło­do, w wie­ku 42 lat. Nikt jed­nak nie wie, czy to praw­da.

Czy więc moż­na roz­wi­kłać tę hi­sto­rię kró­la i bi­sku­pa? I czy jest moż­li­we, by obaj, jak chce Gall Ano­nim, by­li win­ni: "...ani nie uspra­wie­dli­wia­my bi­sku­pa zdraj­cy, ani nie za­le­ca­my kró­la..."? I czy jest moż­li­we, by Ko­ściół, zna­jąc praw­dę o zdra­dzie bi­sku­pa Sta­ni­sła­wa, w 170 lat po je­go śmier­ci wy­stę­po­wał o je­go ka­no­ni­za­cję do Rzy­mu, gdzie prze­cież też mu­sia­no znać ca­łą praw­dę o spo­rze kró­la i bi­sku­pa, a mi­mo to 17 września 1253 ro­ku w Asy­żu pa­pież In­no­cen­ty IV ogło­sił bul­lę ka­no­ni­za­cyj­ną św. Sta­ni­sła­wa? Być mo­że więc nie by­ło żad­nej zdra­dy ze stro­ny bi­sku­pa ani żad­nej wi­ny ze stro­ny kró­la. A w ca­łym tym dra­ma­cie cho­dzi­ło o coś zu­peł­nie in­ne­go. O co?

Oto w 1086 ro­ku, już po śmier­ci kró­la Bo­le­sła­wa Śmia­łe­go, po­wró­cił z Wę­gier do kra­ju je­go syn Miesz­ko Bo­le­sła­wo­wic z mat­ką Wy­sze­sła­wą, jak wia­do­mo, księż­nicz­ką ru­ską, cór­ką księ­cia Świa­to­sła­wa. Po­wró­cił na proś­bę swe­go stry­ja, księ­cia Wła­dy­sła­wa Her­ma­na, któ­ry być mo­że po­ru­szo­ny na­ro­dzi­na­mi sy­na Bo­le­sła­wa (Krzy­wo­uste­go) po­sta­no­wił przy­gar­nąć tak­że bra­tan­ka. Gall Ano­nim w swej kro­ni­ce wręcz za­chwy­cał się po­sta­wą i ta­len­ta­mi księ­cia Miesz­ka. Jed­nak w dwa la­ta póź­niej dochodzi do wy­pad­ków, któ­re hi­sto­rii nie­zwy­kle trud­no zin­ter­pre­to­wać. Oto w 1088 ro­ku dwu­dzie­sto­let­ni Miesz­ko za­warł ślub z księż­nicz­ką ru­ską, nie­zna­ne­go imie­nia. Rok póź­niej, 7 stycz­nia 1089 ro­ku, zo­stał otru­ty. "Mó­wią bo­wiem - za­pi­sał Gall Ano­nim - że pew­ni ry­wa­le Miesz­ka, oba­wia­jąc się, by krzyw­dy oj­ca nie po­mścił, zgu­bi­li tru­ci­zną chło­pa­ka wiel­kiej zdol­no­ści...". Lecz in­for­ma­cję na mia­rę od­kry­cia za­wie­ra do­pie­ro na­stęp­ne zda­nie: "Na ko­niec bied­na mat­ka, gdy w urnie skła­da­no szcząt­ki nie­od­ża­ło­wa­ne­go chło­pa­ka, przez go­dzi­nę trzy­ma­ną by­ła, jak­by umar­ła, bez du­cha i bez ży­cia, i za­le­d­wie po po­grze­bie przez bi­sku­pów ocu­co­na zo­sta­ła wa­chla­rza­mi...".

Otóż pol­skie chrze­ści­jań­skie śre­dnio­wie­cze nie zna po­chów­ków ca­ło­pal­nych. Ni­ko­go nie skła­da się do urny, ni­ko­go się nie spa­la, albo­wiem cia­ło zmar­łe­go ko­niecz­ne jest mu na dzień Są­du Osta­tecz­ne­go. Wie o tym każ­dy, kto żył w tym XI wie­ku, i każ­dy, kto choć­by u pro­fe­so­ra Wi­tol­da Hen­se­la do­czy­tał się in­for­ma­cji, że spa­le­nie cia­ła trak­to­wa­no wy­łącz­nie ja­ko ro­dzaj ka­ry. Za spa­le­nie cia­ła we­dług ob­rząd­ku po­gań­skie­go w ca­łej chrze­ści­jań­skiej Eu­ro­pie gro­zi w owym cza­sie ka­ra śmier­ci przez ścię­cie. Pa­li się tyl­ko he­re­ty­ków, od­szcze­pień­ców i bun­tow­ni­ków, lu­dzi, któ­rzy zgrze­szy­li wo­bec wia­ry. Albo­wiem zgod­nie z Ewan­ge­lią we­dług św. Ma­te­usza: "Ten, kto we mnie nie trwa, zo­sta­nie wy­rzu­co­ny, jak win­na la­to­rośl i uschnie. I zbie­ra się ją, i wrzu­ca do ognia..." (Mat. 15, 6).

To być mo­że zbyt ma­ło, a mo­że dość, by po­sta­wić hi­po­te­zę o kró­lew­skich, bo­le­sła­wo­wych pla­nach ode­rwa­nia Pol­ski od Ko­ścio­ła rzym­skie­go na rzecz Ko­ścio­ła wschod­nie­go. Pla­nach stwo­rze­nia im­pe­rium wschod­nie­go. To dla­­te­go, o czym pi­sze w po­cząt­kach XIII wie­ku Win­cen­ty Ka­dłu­bek, zbun­to­wa­ło się ry­cer­stwo Bo­le­sła­wa pod­czas wy­pra­wy ru­skiej. I to dla­te­go Bo­le­sław wię­cej sie­dzi w Ki­jo­wie niż w Kra­ko­wie. I to dla­te­go bi­skup Sta­ni­sław, cho­ciaż się zbun­to­wał prze­ciw swe­mu wład­cy i go zdra­dził, to jed­nak mógł zo­stać świę­tym. I to dla­te­go świe­żo oże­nio­ne­go z ru­ską księż­nicz­ką Miesz­ka Bo­le­sła­wo­wi­ca otru­to, a na­stęp­nie, ja­ko od­szcze­pień­ca, spa­lo­no, by nie mógł kon­ty­nu­ować oj­cow­skich im­pe­rial­nych pla­nów. Naj­pew­niej tak mo­g­ła wy­glą­dać praw­da w tej hi­sto­rii, praw­da tak wsty­dli­wa dla ka­to­lic­kiej Pol­ski, że aż po­sta­no­wio­no ją spa­lić ra­zem z kró­lem Bo­le­sła­wem. Bo, jak są­dzę, je­śli spa­lo­no Miesz­ka, wcze­śniej mu­sia­no spa­lić Bo­le­sła­wa, tak by nikt i ni­gdy nie od­na­lazł je­go gro­bu, gro­bu prze­klę­te­go kró­la.

Polska niepodległość

Praw­dę mó­wiąc, gdy­by Po­la­cy zna­li swo­ją hi­sto­rię od­zy­ska­nia nie­pod­le­gło­ści i hi­sto­rię od­ra­dza­nia się Pol­ski, to naj­pew­niej czci­li­by tę wiel­ką rocz­ni­cę na ko­la­nach, tak jak na­le­ży czcić cud, zda­rze­nie nie­wy­tłu­ma­czal­ne, nie­zro­zu­mia­łe dla ludz­kie­go umy­słu i w ża­den spo­sób nie­prze­wi­dy­wal­ne. Gdy­by zna­li i ro­zu­mie­li swo­ją hi­sto­rię, wie­dzie­li­by, że w ową nie­pod­le­głość, z któ­rej dzi­siaj są tak dum­ni, wów­czas, przed 90 la­ty, wca­le już nie wie­rzy­li i, być mo­że, wca­le jej już nie po­trze­bo­wa­li. Wie­dzie­li­by, że owa opo­wieść o pol­skim na­ro­dzie, po­dzie­lo­nym i roz­dar­tym przez trzech okrut­nych za­bor­ców, a jed­no­cze­śnie so­li­dar­nym i po­łą­czo­nym wspól­ną wal­ką i wspól­ną mo­dli­twą o Pol­skę, jest tyl­ko le­gen­dą, jed­ną z wie­lu le­gend, w któ­rej lu­strze ko­cha­my się do dzi­siaj prze­glą­dać. Wie­dzie­li­by tak­że, że tak na­praw­dę w ów­cze­snym świe­cie nikt się za na­mi spe­cjal­nie nie uj­mo­wał ani nikt za na­mi, Pol­ską, na ma­pie świa­ta spe­cjal­nie nie tę­sk­nił. Jak więc się to sta­ło, że jed­nak od­zy­ska­li­śmy Pol­skę?

W rze­czy­wi­sto­ści by­li­śmy na­ro­dem roz­bi­tym, skon­flik­to­wa­nym i choć nieła­two przy­cho­dzi o tym mó­wić, po po­nad­stu­let­niej nie­wo­li jed­nak moc­no wy­na­ro­do­wio­nym. Oczy­wi­ście, gdzieś z da­la od Pol­ski po­wsta­wa­ły ja­kieś pro­gra­my "obro­ny czyn­nej", ja­kieś in­sty­tu­cje Skar­bu Na­ro­do­we­go, bu­do­wa­ne­go z my­ślą o przy­szłej nie­pod­le­gło­ści, ale tak na­praw­dę po po­wsta­niu stycz­nio­wym, jak pi­sał Ro­man Dmow­ski, idea nie­pod­le­gło­ści stra­ci­ła sens, albo­wiem: "wszel­kie dzia­ła­nia przed­się­bra­ne w tym kie­run­ku by­ły­by tyl­ko za­bój­stwem sił wła­snych". Po­dob­nie, choć z in­nych po­wo­dów, o nie­pod­­le­g­ło­ści na­wet nie wspo­mi­na­li le­wi­co­wi re­wo­lu­cjo­ni­ści od Ró­ży Luk­sem­burg, Mar­chlew­skie­go czy Wa­ryń­skie­go. Je­śli w ich wy­obraź­ni po­ja­wia­ła się już ja­kaś Pol­ska, to, po­dob­nie jak w wy­obraź­ni Dmow­skie­go, wy­łącz­nie w ra­mach wiel­kie­go pań­stwa ro­syj­skie­go. Na mo­cy nie­po­ję­te­go pa­ra­dok­su hi­sto­rii w od­ro­dze­nie Pol­ski, "...któ­ra dwu­dzie­sto­ma mi­lio­na­mi bo­ha­te­rów od­gro­dzi Azję, by azja­tyc­kie bar­ba­rzyń­stwo pod wo­dzą Mo­ska­li nie spa­dło na Eu­ro­pę...", wie­rzył na­to­miast go­rą­co Ka­rol Marks, czło­wiek, któ­re­go nie­ba­wem owo azja­tyc­kie bar­ba­rzyń­stwo wy­nieść mia­ło na sztan­da­ry.

Pro­blem z pol­ską nie­pod­le­gło­ścią po­le­gał jed­nak tak­że na tym, że je­śli już po­ja­wia­li się jej orę­dow­ni­cy i jej bo­jow­ni­cy, to na pol­skiej zie­mi spo­tkać się mu­sie­li nie tyl­ko z ar­mią i po­li­cją za­bor­ców, ale wcze­śniej z ro­dzi­mym pol­skim wro­giem po­li­tycz­nym, któ­ry nie wie­rzył w nie­pod­le­głość i któ­ry zu­peł­nie jej so­bie nie ży­czył. W po­cząt­kach XX wie­ku dla pol­skiej en­de­cji bo­ha­te­ro­wie Pił­sud­skie­go z Or­ga­ni­za­cji Bo­jo­wej PPS, mę­czen­ni­cy spra­wy na­ro­do­wej, któ­rzy za­wi­śli na car­skich szu­bie­ni­cach na sto­kach Cy­ta­de­li, a po­wie­szo­no ich kil­ku­set, by­li to "...ży­dzi, hi­ste­ry­cy i naj­zwy­czaj­niej­si wa­ria­ci...". Hi­sto­ria nie­chęt­nie przy­po­mi­na, że prze­ciw­ko so­cja­li­stom Pił­sud­skie­go na uli­ce pol­skich miast wy­ru­sza­ły bo­jów­ki Dmow­skie­go, któ­ry w tym cza­sie je­dy­ny in­te­res Pol­ski wi­dział w zjed­no­cze­niu wszyst­kich ziem pol­skich pod ber­łem naj­ja­śniej­sze­go pa­na, ca­ra Mi­ko­ła­ja II­. Nikt te­go dzi­siaj nie na­zy­wa ko­la­bo­ra­cją, choć, jak się wy­da­je, trud­no w hi­sto­rii o jej lep­szy przy­kład. Po­dob­nie hi­sto­ria nie­chęt­nie przy­po­mi­na, że po słyn­nej ro­bot­ni­czej, nie­pod­le­gło­ścio­wej de­mon­stra­cji, zor­ga­ni­zo­wa­nej przez Jó­ze­fa Pił­sud­skie­go na pla­cu Grzy­bow­skim w War­sza­wie 13 li­sto­pa­da 1904 ro­ku, swo­je pierw­sze po­tę­pie­nie zna­lazł Pił­sud­ski w oczach pol­skie­go epi­sko­pa­tu, a ar­cy­bi­skup war­szaw­ski Win­cen­ty Po­piel grzmiał o pró­bie bun­tu prze­ciw­ko le­gal­nej wła­dzy mo­skiew­skich bo­żych po­ma­zań­ców.

Nikt ni­gdy w na­szej hi­sto­rii nie od­wa­żył się po­sta­wić py­ta­nia o to, czy gdy­by nie­wo­la, gdy­by za­bo­ry po­trwa­ły jesz­cze 20 czy 30 lat, jesz­cze przez czas ży­cia choć­by jed­ne­go pol­skie­go po­ko­le­nia, czy by­ło­by wów­czas co z Pol­ski zbie­rać...? Za­pew­ne nikt nie zna i ni­gdy nie znaj­dzie od­po­wie­dzi na to py­ta­nie. Nie­od­ża­ło­wa­ny pro­fe­sor Je­rzy Ło­jek na­pi­sał kie­dyś, że: "Przez ca­ły wiek XIX i na­wet część XX­ spo­łe­czeń­stwo pol­skie swo­jej nie­pod­le­gło­ści wca­le się re­al­nie nie do­bi­ja­ło. Gdy­by na­ród pol­ski w la­tach nie­wo­li rzu­cił na sza­lę nie­pod­le­gło­ści zna­czą­cą część swe­go ma­jąt­ku na­ro­do­we­go i swo­jej na­ro­do­wej si­ły, to by po pro­stu tę nie­pod­le­głość od­zy­skał...!".

Tym­cza­sem moż­na w tym miej­scu przy­po­mnieć gło­śną wów­czas, w przeded­niu nie­pod­le­gło­ści, wi­zy­tę w War­sza­wie ca­ra Mi­ko­ła­ja II. Pierwszego wrze­śnia 1897 ro­ku na uli­ce mia­sta wy­le­gły dzie­siąt­ki ty­się­cy lu­dzi. Na tra­sie prze­jaz­du naj­ja­śniej­sze­go pa­na lu­dzie bez opa­mię­ta­nia bi­li bra­wo i wzno­si­li okrzy­ki za­chwy­tu. War­sza­wa w da­rze swe­mu mo­nar­sze ze­bra­ła mi­lion ru­bli w zło­cie, a sym­bo­licz­nie wrę­czy­ła mu zło­tą ta­cę z de­dy­ka­cją: "...W sła­wie i po­tę­dze mo­nar­chii ca­ły na­ród pol­ski wi­dzi pro­mie­ni­stą przy­szłość i go­tów jest tak w szczę­ściu, jak i w do­świad­cze­niach lo­su wier­nie i nie­za­chwia­nie słu­żyć to­bie, uko­cha­ne­mu mo­nar­sze swe­mu". Ła­ska­wy car ów mi­lion ru­bli prze­zna­czył, jak wia­do­mo, na gmach Po­li­tech­ni­ki War­szaw­skiej. Jak rów­nież wia­do­mo, w za­mian za oby­wa­tel­ską, pol­ską zgo­dę na wznie­sie­nie w Wil­nie po­mni­ka hra­bie­go Mi­cha­iła Mu­raw­io­wa - zwa­ne­go Wie­sza­tie­lem, w związ­ku z jego okru­cień­stwem w tłu­mie­niu po­wsta­nia stycz­nio­we­go - car wy­ra­ził swą ła­ska­wą zgo­dę na wznie­sie­nie po­mni­ka Ada­ma Mic­kie­wi­cza w War­sza­wie. Tak re­ali­zo­wa­ła się ugo­da, o któ­rej Jó­zef Pił­sud­ski na ła­mach swe­go "Ro­bot­ni­ka" za­pi­sał: "wy­zbyw­szy się ostat­ków god­no­ści ludz­kiej, w wy­obraź­ni już zmie­nia­ją swą po­ko­rę na ru­ble, or­de­ry i po­sa­dy...". Hi­sto­ryk, któ­ry szu­ka w tam­tych la­tach ko­rze­ni pol­skiej nie­pod­le­gło­ści, ze zdzi­wie­niem uj­rzy spo­łe­czeń­stwo nie­chęt­ne ja­kim­kol­wiek zmia­nom, tak w za­bo­rze ro­syj­skim, jak i w Ga­li­cji, gdzie nie na zło­tej ta­cy prze­cież tak­że za­pi­sy­wa­no ad­re­sy do Fran­cisz­ka Jó­ze­fa: "Przy To­bie, Naj­ja­śniej­szy Pa­nie, sto­imy i stać chce­my...". Uj­rzy chłop­ców z I Ka­dro­wej Pił­sud­skie­go, któ­rzy na dźwięk woj­ny, z na­dzie­ją na wy­wo­ła­nie po­wsta­nia, wkro­czą do Kró­le­stwa, by usły­szeć pod swo­im ad­re­sem prze­kleń­stwa, zło­rze­cze­nia i od­głos szczel­nie za­my­ka­nych drzwi i okien. "Nie trze­ba nam od was uzna­nia..." - śpie­wać bę­dzie z le­gio­na­mi Pił­sud­skie­go do dzi­siaj ca­ła Pol­ska, nie ro­zu­mie­jąc, że to sło­wa gorz­kie­go oskar­że­nia dla ca­łe­go na­ro­du. "W mo­men­cie od­ro­dze­nia - uczci­wie, jak ża­den in­ny hi­sto­ryk, za­pi­sze Je­rzy Ło­jek - spo­łe­czeń­stwo pol­skie sko­rzy­sta­ło ze skut­ków czy­nu i ofia­ry ni­kłej mniej­szo­ści kil­ku po­ko­leń...". Rzecz bo­wiem nie tyl­ko w tym, że lu­dzie, któ­rzy tak nie­chęt­nie wi­ta­li w Kró­le­stwie chłop­ców Pił­sud­skie­go, ba­li się i nie chcie­li woj­ny czy no­we­go po­wsta­nia. Rzecz w tym, że ci sa­mi lu­dzie, w tych sa­mych dniach sierp­nio­wych 1914 ro­ku, na apel Wiel­kie­go Księ­cia Mi­ko­ła­ja Mi­ko­ła­je­wi­cza, któ­ry ogło­sił, że "na­de­szła go­dzi­na zmar­twych­wsta­nia na­ro­du pol­skie­go i bra­ter­skie­go po­jed­na­nia się z wiel­ką Ro­sją", do for­mo­wa­ne­go w War­sza­wie i Pu­ła­wach le­gio­nu pu­ław­skie­go zgło­si­li się w licz­bie 4 ty­się­cy ochot­ni­ków.

Hi­sto­ria rzad­ko, a ści­ślej, pra­wie ni­gdy nie przy­po­mi­na dnia 5 sierp­nia 1915 ro­ku, gdy woj­ska ro­syj­skie opusz­cza­ły War­sza­wę. Jest bo­wiem w tym ob­ra­zie pła­czą­cych, la­men­tu­ją­cych tłu­mów, ko­biet ca­łu­ją­cych ko­zac­kie bu­ty, w tych okrzy­kach: "...Bo­że, ra­tuj nas, na­si od­cho­dzą...", ślad na­ro­do­wej hań­by, oczy­wi­sty do­wód de­mo­ra­li­za­cji, wy­na­ro­do­wie­nia i klę­ski wszyst­kich pol­skich ide­ałów. A więc, po­wtórz­my, czy gdy­by wol­ność i nie­pod­le­głość przy­szła 20 czy 30 lat póź­niej, w ogó­le by­ło­by jesz­cze co pol­skie­go zbie­rać...? War­to sta­wiać to re­to­rycz­ne py­ta­nie, by po­jąć, skąd wów­czas, w owych dniach nie­pod­le­gło­ści, po­ja­wi­ły się gło­sy o "ra­do­ści z od­zy­ska­ne­go śmiet­ni­ka" czy ano­ni­mo­we sło­wa le­gio­no­wej pio­sen­ki, gorz­ko i praw­dzi­wie stwier­dza­ją­cej fakt: "...że ni z te­go, ni z owe­go by­ła Pol­ska na pierw­sze­go...".

Od­po­wiedź na py­ta­nie, jak to się sta­ło, że jed­nak od­zy­ska­li­śmy tę Pol­skę, naj­pew­niej za­pi­sa­na jest w wie­lu pol­skich ży­cio­ry­sach. Choć­by Igna­ce­go Pa­de­rew­skie­go, ge­nial­ne­go pol­skie­go pianisty i kom­po­zy­to­ra, któ­re­go wia­ra w Pol­skę uczy­ni­ła am­ba­sa­do­rem jej nie­pod­le­gło­ści. Set­kom kon­cer­tów wiel­kie­go artysty to­wa­rzy­szy­ły set­ki prze­mó­wień po­świę­co­nych spra­wie pol­skiej. Oka­zał się ta­len­tem po­li­tycz­nym rów­nie wiel­kim, jak wcze­śniej mu­zycz­nym. Agi­to­wał, zbie­rał ogrom­ne środ­ki fi­nan­so­we na po­moc dla cier­pią­cej woj­nę Pol­ski, pro­wa­dził wła­sną, pry­wat­ną dy­plo­ma­cję, prze­ko­nu­jąc do spra­wy pol­skiej po­li­ty­ków fran­cu­skich, wło­skich, bry­tyj­skich czy ame­ry­kań­skich. To je­go wy­łącz­ną za­słu­gą by­ło zjed­na­nie dla Pol­ski pre­zy­den­ta Sta­nów Zjed­no­czo­nych Wo­odrowa Tho­ma­sa Wil­so­na. To pod wpły­wem Pa­de­rew­skie­go pre­zy­dent Wil­son w stycz­niu 1918 ro­ku ogło­sił świa­tu swych 14 punk­tów, w któ­rych uj­mo­wał ca­ły po­wo­jen­ny pro­gram po­ko­jo­wy. Punkt 13. gło­sił, że "...na­le­ży stwo­rzyć nie­za­wi­słe pań­stwo pol­skie, któ­re win­no obej­mo­wać te­ry­to­ria za­miesz­ka­ne przez lud­ność nie­za­prze­czal­nie pol­ską, a któ­re­mu na­le­ży za­pew­nić swo­bod­ny i bez­piecz­ny do­stęp do mo­rza i któ­re­go nie­za­wi­słość po­li­tycz­ną i go­spo­dar­czą oraz in­te­gral­ność te­ry­to­rial­ną na­le­ży za­gwa­ran­to­wać pak­tem mię­dzy­na­ro­do­wym...".

Można po­wąt­pie­wać, czy bez owe­go ame­ry­kań­skie­go gło­su i na­ci­sku od­zy­ska­li­by­śmy nie­pod­le­głość. Prze­ko­na­ny przez Pa­de­rew­skie­go pre­zy­dent Wil­son wie­rzył, że świat za­słu­żył na spra­wie­dli­wość. W 14., ostat­nim punk­cie swe­go pro­gra­mu ame­ry­kań­ski pre­zy­dent wzy­wał do po­wo­ła­nia Li­gi Na­ro­dów, in­sty­tu­cji mię­dzy­na­ro­do­wej zdol­nej do prze­wo­dze­nia świa­tu, któ­ry na tej dro­dze unik­nie na za­wsze wszel­kich wo­jen i kon­flik­tów. Kon­fe­ren­cja po­ko­jo­wa w Wer­sa­lu, jak wia­do­mo, uwzględ­ni­ła ży­cze­nia ame­ry­kań­skie­go pre­zy­den­ta. Po­wsta­ła nie­pod­le­gła Pol­ska i wiele in­nych nie­pod­ległych państw. Po­wsta­ła tak­że Li­ga Na­ro­dów. O czym mo­że war­to przy­po­mnieć, wiel­kim prze­gra­nym tej hi­sto­rii stał się sam pre­zy­dent Wil­son, Kon­gres Sta­nów Zjed­no­czo­nych nie ra­ty­fi­ko­wał bo­wiem "je­go" trak­ta­tu wer­sal­skie­go, a co wię­cej, nie zgo­dził się na przy­stą­pie­nie USA do Li­gi Na­ro­dów. Swą po­li­tycz­ną klę­skę pre­zy­dent opła­cił dra­ma­tycz­ną ce­ną za­ła­ma­nia ner­wo­we­go i przed­wcze­sną śmier­cią. W Pol­sce, któ­rą po­mógł nam od­zy­skać, być mo­że po­win­ni­śmy o tym pa­mię­tać.

Oczy­wi­ście, praw­da o źró­dłach pol­skiej nie­pod­le­gło­ści, o jej twór­cach i praw­dzi­wych za­słu­gach, mu­si za­wie­rać ca­ły wiel­ki roz­dział po­świę­co­ny pa­mię­ci Jó­ze­fa Pił­sud­skie­go. Je­dy­ne­go z pol­skich po­li­ty­ków i przy­wód­ców, dla któ­re­go nie­pod­le­głość za­wsze by­ła nad­rzęd­nym, naj­waż­niej­szym ce­lem. I nie tyl­ko dla­te­go, że stwo­rzył i prze­wo­dził wiel­kie­mu ru­cho­wi nie­pod­le­gło­ścio­we­mu, czy to OB PPS, czy to w Związ­ku Strze­lec­kim i Dru­ży­nach Strze­lec­kich, czy to w Le­gio­nach, czy POW. Wiel­kość Pił­sud­skie­go, nie­wąt­pli­wa i oczy­wi­sta na­wet dla je­go wro­gów w la­tach wal­ki, po­ka­za­ła swe ge­nial­ne ob­li­cze w li­sto­pa­dzie 1918 ro­ku. W tych dniach, gdy w od­zy­ska­nej Pol­sce, bez gra­nic i bez ad­mi­ni­stra­cji, bez wła­dzy i bez służ­by po­rząd­ko­wej, pra­wie bez woj­ska, w Pol­sce wstrzą­sa­nej ma­ni­fe­sta­cja­mi re­wo­lu­cyj­ny­mi, za­gro­żo­nej ca­łą nie­miec­ką bli­sko stu­ty­sięcz­ną zde­mo­ra­li­zo­wa­ną ar­mią, w Pol­sce skłó­co­nej po­li­tycz­nie, w któ­rej każ­dy po­li­tyk i każ­dy po­wiat wi­dział tę Pol­skę ina­czej, jed­nak zdo­łał usta­no­wić rzą­dy, wy­ewa­ku­ować woj­sko nie­miec­kie, uspo­ko­ić i uci­szyć na­stro­je spo­łecz­ne, wresz­cie spa­cy­fi­ko­wać róż­ne ośrod­ki wła­dzy, by jed­na Pol­ska za­czę­ła mó­wić jed­nym gło­sem. Zdo­łał stwo­rzyć pol­ski Sejm, stwo­rzyć pol­ską ar­mię i oca­lić pol­ską nie­pod­le­głość. Dzi­siaj nikt już nie pa­mię­ta i nikt już nie ro­zu­mie, że w 1918 ro­ku by­ły ta­kie na­ro­dy, jak choć­by Ukra­ina, któ­re po­dob­nie jak my otrzy­ma­ły nie­pod­le­głość. Pew­niej­szą niż my, bo w trak­ta­cie brze­skim, gwa­ran­to­wa­ną przez Ro­sję i Niem­cy. A jed­nak oni nie po­tra­fi­li jej wów­czas oca­lić. Oka­zu­je się, że nie wy­star­czy do­stać nie­pod­le­głość, trze­ba jesz­cze być nie­pod­le­głym.

Polski kryzys

Po­lak lę­ka się kry­zy­su. Oba­wia się go tak, jak przed wie­ka­mi drżał na wieść o mo­ro­wym po­wie­trzu. Bo też po­do­bień­stwo obu plag nie mo­że ule­gać wątpliwości. Obie po­ja­wia­ją się na­gle i nie­spo­dzie­wa­nie. Przy­czy­na obu nie jest ani zna­na, ani roz­po­zna­na. A środ­ki wal­ki z kry­zy­sem, po­dob­nie jak nie­gdyś z mo­ro­wym po­wie­trzem, w większej mierze po­le­ga­ją na za­klę­ciach i mo­dli­twach niż na ja­kim­kol­wiek ra­cjo­nal­nym prze­ciw­dzia­ła­niu. I je­śli w naj­słyn­niej­szej pol­skiej, sie­dem­na­sto­wiecz­nej su­pli­ka­cji wzy­wa­li­śmy: "...Od po­wie­trza, gło­du, ognia i woj­ny za­cho­waj nas, Pa­nie", to trud­no wy­klu­czyć, że w XXI wie­ku przyj­dzie nam pro­sić: Od kry­zy­su, gło­du... itd., wy­baw nas, Pa­nie!

W koń­cu 1929 ro­ku, gdy bo­ga­ty świat rwał so­bie reszt­ki wło­sów z do­tknię­tej kra­chem gło­wy, Po­la­cy pa­trzy­li w przy­szłość ze spo­ko­jem. Oni nie by­li bo­ga­ci, a ści­ślej, w je­de­na­stym ro­ku swej od­zy­ska­nej wol­no­ści i nie­pod­le­gło­ści by­li wręcz bied­ni. Co wię­cej, więk­szość z tych kil­ku­na­stu lat prze­ży­li w nie­usta­ją­cym kry­zy­sie. Naj­pierw, do 1924 ro­ku, in­fla­cyj­nym, a na­stęp­nie, już z wła­sną zło­tów­ką, przy­szło im prze­żyć prze­gra­ną tzw. woj­nę cel­ną z Niem­ca­mi, któ­ra znacz­nie osła­bi­ła pol­skie­go zło­te­go. Trze­ba bo­wiem po­wie­dzieć, o czym z nie­zna­nych po­wo­dów mil­czy się do dzi­siaj, że woj­na świa­to­wa, któ­ra dla świa­ta za­koń­czy­ła się trak­ta­tem wer­sal­skim, dla od­ro­dzo­nej Pol­ski trwa­ła przez ca­łe dwu­dzie­sto­le­cie nie­chę­cią, nie­uf­no­ścią, a w przy­pad­ku Nie­miec i Ro­sji nie­skry­wa­ną nie­na­wi­ścią. Otóż Pol­ska nie do­sta­wa­ła, mi­mo sta­rań, żad­nych kre­dy­tów dłu­go­ter­mi­no­wych. Je­śli już do­sta­wa­ła po­życz­ki, zresz­tą nie­wiel­kie, z tą naj­gło­śniej­szą, tzw. sta­bi­li­za­cyj­ną, to po­życz­ki owe gwa­ran­to­wa­ne by­ły wręcz upo­ka­rza­ją­cy­mi wa­run­ka­mi, z obec­no­ścią ob­cych do­rad­ców w ban­ku pol­skim, któ­rzy śle­dzi­li każ­dą pol­ską de­cy­zję fi­nan­so­wą i bez­kar­nie grze­ba­li w pol­skiej kie­sze­ni.

Zasadniczo, w czym ce­lo­wa­li An­gli­cy i Niem­cy, by­li­śmy go­rzej trak­to­wa­ni, ja­ko pań­stwo "nie­pew­ne", o "nie­ja­snych, nieuzna­wa­nych i nie­spra­wie­dli­wych gra­ni­cach", któ­re nie mo­że gwa­ran­to­wać sta­bil­no­ści ani po­li­tycz­nej, ani eko­no­micz­nej, a tym sa­mym ja­ko pań­stwo, któ­re­mu się nie po­ma­ga. I na­wet je­śli się już po­ma­ga­ło, to, jak twier­dzą hi­sto­ry­cy sto­sun­ków go­spo­dar­czych, per­fid­nie przy­zna­wa­no Pol­sce za na­mo­wą Bry­tyj­czy­ków i Niem­ców nie­wiel­ką po­życz­kę, tak aby­śmy nie mo­gli już ubie­gać się o wyż­szą. Pol­ska mu­sia­ła da­wać so­bie ra­dę sa­ma i, jak wia­do­mo, ra­dę so­bie da­wa­ła. W la­tach po prze­wro­cie ma­jo­wym, na fa­li eu­ro­pej­skiej ko­niunk­tu­ry go­spo­dar­czej, także Pol­ska, wy­da­wa­ło się, zła­pa­ła swój dru­gi od­dech. Rok 1928 oka­zał się pierw­szym ro­kiem pol­skie­go suk­ce­su go­spo­dar­cze­go. Wskaź­ni­ki pię­ły się wy­raź­nie w gó­rę, bi­lans han­dlu za­gra­nicz­ne­go zmie­rzał ku war­to­ściom plu­so­wym, no­to­wa­no wiel­kie oży­wie­nie in­we­sty­cyj­ne.

Kie­dy więc na gieł­dzie no­wo­jor­skiej 24 paź­dzier­ni­ka 1929 ro­ku na­stą­pił ów słyn­ny "czar­ny czwar­tek", kie­dy wśród ogól­nej pa­ni­ki sprze­da­no 13 mi­lio­nów ak­cji, Pol­ska i Po­la­cy za­cho­wy­wa­li cał­ko­wi­ty spo­kój. Pol­ska, jak wia­do­mo, by­ła kra­jem dłuż­ni­czym, a z kre­dy­tu ame­ry­kań­skie­go pra­wie nie ko­rzy­sta­ła. Jed­no­cze­śnie żad­ne pol­skie, na­ro­do­we ka­pi­ta­ły nie by­ły za­an­ga­żo­wa­ne na gieł­dzie ame­ry­kań­skiej. Mo­gli­śmy ubo­le­wać nad tym, że 14 mi­lio­nów lu­dzi stra­ci­ło tam pra­cę, mo­gli­śmy po ludz­ku współ­czuć ban­kru­tom, ale wy­da­wa­ło się, że nas te pro­ble­my nie mu­szą ani ob­cho­dzić, ani do­ty­czyć. Lecz, jak się oka­za­ło po la­tach, owa "wiel­ka de­pre­sja", jak na­zy­wa­no ten kry­zys, wła­śnie Pol­skę po­sta­wi­ła wśród swych naj­więk­szych i naj­bo­le­śniej­szych ofiar. Za­raz po ta­kich po­tę­gach go­spo­dar­czych jak USA, Niem­cy, Wiel­ka Bry­ta­nia czy Fran­cja. Pol­ska pro­duk­cja prze­my­sło­wa w cią­gu kil­ku lat spa­dła o bli­sko po­ło­wę. Za­mknię­to m.in. 17 ko­palń wę­gla, 11 ko­pal­ń rud że­la­za, 8 cu­krow­ni, 5 ce­men­tow­ni. Znacznie, do po­zio­mu jed­ne­go mi­lio­na, wzro­sła licz­ba bez­ro­bot­nych, przy czym w Pol­sce, w któ­rej wów­czas z rol­nic­twa utrzy­my­wa­ło się 65 pro­cent lud­no­ści, wszel­kie wskaź­ni­ki owe­go za­re­je­stro­wa­ne­go bez­ro­bo­cia wy­da­ją się za­ni­żo­ne.

Dra­ma­tycz­nie de­pre­sja go­spo­dar­cza od­bi­ja­ła się na rol­nic­twie, w któ­rym ce­ny zie­mio­pło­dów w cią­gu kil­ku lat wy­no­si­ły jedną trzecią cen z lat przed kra­chem, pod­czas gdy ce­ny na­wo­zów czy ar­ty­ku­łów prze­my­sło­wych do pro­duk­cji rol­nej zmie­nia­ły się nie­wie­le. Pol­ska ban­kru­to­wa­ła i ja­ko pań­stwo, w któ­rym krzy­czą­co spa­dły do­cho­dy bu­dże­to­we, i ja­ko sa­mo­rzą­dy, i ja­ko oby­wa­te­le. Kry­zys, któ­ry miał nas nie do­ty­czyć, nie dość, że do­ty­czył do­tkli­wiej niż in­nych, to jesz­cze znacz­nie dłu­żej niż wszyst­kich in­nych, ka­żąc bo­ry­kać się z je­go pro­ble­ma­mi do ro­ku 1936, a w rol­nic­twie na­wet dłu­żej. Jak się wy­da­je, hi­sto­ria do dzi­siaj nie zna­la­zła od­po­wie­dzi na py­ta­nie, dla­cze­go tak się sta­ło. Czy przy­czy­ny na­le­ży szu­kać w fak­cie, że wła­dze pań­stwo­we do­pie­ro po trzech la­tach kry­zy­su, 28 paź­dzier­ni­ka 1932 ro­ku, przed­sta­wi­ły swój pa­kiet ustaw i roz­po­rzą­dzeń ma­ją­cych przezwyciężyć de­pre­sję go­spo­dar­czą? Że do­pie­ro po trzech la­tach zde­cy­do­wa­no o sta­bi­li­za­cji cen ar­ty­ku­łów rol­nych i o od­dłu­że­niu chło­pów, m.in. po­przez mo­ra­to­rium spłat rat ka­pi­ta­ło­wych, a na­stęp­nie spłat pry­wat­nych kre­dy­tów hi­po­tecz­nych za po­mo­cą tzw. Ban­ku Ak­cep­ta­cyj­ne­go. Że do­pie­ro tak póź­no po­my­śla­no o utwo­rze­niu Fun­du­szu Pra­cy, z jed­nej stro­ny fi­nan­su­ją­ce­go ro­bo­ty pu­blicz­ne dla bez­ro­bot­nych, z dru­giej stro­ny or­ga­ni­zu­ją­ce­go ubez­pie­cze­nia ro­bot­ni­ków od bez­ro­bo­cia.

Pew­ne jest w tej pol­skiej hi­sto­rii wiel­kie­go kry­zy­su tyl­ko jed­no. Rząd pol­ski, choć uczy­ni­ło to wów­czas 59 państw świa­ta, nie ob­ni­żył war­to­ści pol­skiej wa­lu­ty. W 1931 roku uczy­ni­ła tak Wiel­ka Bry­ta­nia, w 1933 USA, lecz dla Pol­ski, jak się zda­je, woj­na z kry­zy­sem by­ła przede wszyst­kim woj­ną o war­tość pol­skie­go zło­te­go, któ­ry nie­ba­wem stał się wo­bec in­nych wa­lut "pie­nią­dzem nad­war­to­ścio­wym". Czy na de­cy­zjach de­fla­cyj­nych za­wa­ży­ła pa­mięć pol­skich ka­ta­strof wa­lu­to­wych z 1923 i 1925 ro­ku, kie­dy świat, a tak­że Po­la­cy tra­ci­li za­ufa­nie do pol­skiej wa­lu­ty, czy za­gra­ła raz jesz­cze du­ma na­ro­do­wa, do­dat­ko­wo pod­sy­ca­na nie­miec­ki­mi spe­ku­la­cja­mi pol­skim moc­nym zło­tym i nie­miec­ki­mi ma­ni­pu­la­cja­mi sła­bą mar­ką? Trud­no po­wie­dzieć. Pew­ne wy­da­je się to, że pań­stwo pol­skie, któ­re­mu Eu­ro­pa od­ma­wia­ła mniej lub bar­dziej ofi­cjal­nie pra­wa by­tu, bez sło­wa skar­gi, moż­na po­wie­dzieć, sa­mo strasz­li­wie tra­cąc, re­pe­ro­wa­ło go­spo­dar­kę in­nych. Moż­na w tym miej­scu przy­po­mnieć ogól­nie wów­czas zna­ny fakt, że pod­czas gdy Po­lak ku­po­wał cu­kier po 1 zł 41 gro­szy za ki­lo­gram, to ten sam cu­kier sprze­da­wał An­gli­ko­wi za 17 gro­szy za ki­lo­gram.

Eko­no­mi­ści ob­li­cza­li, że ten dum­ping, czy­sto psy­cho­lo­gicz­ny, kosz­to­wał nas oko­ło 500 mi­lio­nów zło­tych rocz­nie. Ale Pol­ska wal­czy­ła w tych dniach, jak się wy­da­je, nie tyl­ko o byt go­spo­dar­czy, nie tyl­ko o wskaź­ni­ki eko­no­micz­ne, ale tak­że, a mo­że przede wszyst­kim, o uzna­nie w Eu­ro­pie i na świe­cie. Bez wzglę­du na kosz­ty. A w tam­tej rze­czy­wi­sto­ści po­li­tycz­nej i go­spo­dar­czej, gdy ko­lej­ne pań­stwa od­gra­dza­ły się od in­nych wszel­kie­go ro­dza­ju ba­rie­ra­mi cel­ny­mi i prze­pi­sa­mi ad­mi­ni­stra­cyj­ny­mi, gdy go­spo­dar­ka eu­ro­pej­ska, skar­te­li­zo­wa­na, ste­ro­wa­na ręcz­nie, od­cho­dzą­ca od ja­kich­kol­wiek praw ryn­ku, wprost zmie­rza­ła w stro­nę roz­wią­zań au­tar­kicz­nych, Pol­ska - prze­ko­ny­wa­no - nie mia­ła in­nej dro­gi do Eu­ro­py. Bez wzglę­du na kosz­ty.

Być mo­że hi­sto­ryk nie po­wi­nien te­go przy­po­mi­nać, lecz wśród pol­skich kosz­tów kry­zy­su lat 30. zna­la­zło się i zmniej­sze­nie upo­sa­żeń pra­cow­ni­ków pań­stwo­wych o 15 pro­cent w ro­ku 1931, i zmniej­sze­nie eme­ry­tur w ro­ku 1934 czy in­nych świad­czeń ze skar­bu pań­stwa. Zna­la­zły się róż­ne da­ni­ny pu­blicz­ne i wszel­kie pod­wyż­ki cen mo­no­po­lo­wych. Zna­la­zły się i słyn­na Po­życz­ka Na­ro­do­wa, i nie­ mniej słyn­na Pre­mio­wa Po­życz­ka In­we­sty­cyj­na w 1935 ro­ku. Zda­rzy­ło się, co opi­su­je w Strzę­pach mel­dun­ków gen. Sła­woj Skład­kow­ski, że ca­łe pol­skie woj­sko w 1934 ro­ku zde­cy­do­wa­ło od­dać upo­saże­nie jed­ne­go mie­sią­ca na po­trze­by pań­stwa. I hi­sto­ria nie za­no­to­wa­ła na­wet jed­ne­go pro­te­stu w tej spra­wie. W 1935 ro­ku, w szó­stym ro­ku wiel­kie­go kry­zy­su, mi­mo wy­sił­ku i po­świę­ce­nia ca­łe­go na­ro­du, pol­ska go­spo­dar­ka zna­la­zła się na dnie. De­fi­cyt bu­dże­to­wy osią­gnął kwo­tę 307 mi­lio­nów zło­tych. Eks­port, mi­mo prak­tyk dum­pin­go­wych, spadł do naj­niż­sze­go po­zio­mu w dzie­jach od­ro­dzo­ne­go han­dlu za­gra­niczne­go.

Jak wia­do­mo, w dru­giej po­ło­wie 1935 ro­ku, już po śmier­ci mar­szał­ka Pił­sud­skie­go, któ­ry go nie zno­sił, kie­row­nic­two pol­skiej go­spo­dar­ki ob­jął Eu­ge­niusz Kwiat­kow­ski. Na­tych­miast na­stą­pi­ło na­ło­że­nie tzw. po­dat­ku spe­cjal­ne­go na wszyst­kie wy­na­gro­dze­nia pła­co­ne z fun­du­szy pu­blicz­nych. Nikt nie ukry­wał, jak cięż­ka to by­ła ofia­ra, ale w tam­tej Pol­sce nikt nie pro­te­sto­wał, gdy szło o jej do­bro. Wy­dat­ki i do­cho­dy pań­stwa re­ali­zo­wa­ne by­ły w ry­go­ry­stycz­nie prze­strze­ga­nych bu­dże­tach mie­sięcz­nych. Kwiat­kow­ski, mo­że nie do koń­ca zgod­nie z za­sa­da­mi, ale zu­peł­nie zgod­nie ze zdro­wym roz­sąd­kiem, uru­cho­mił kre­dy­ty krót­ko­ter­mi­no­we dla wiel­kich in­we­sty­cji. Na no­wo ru­szył Cen­tral­ny Okręg Prze­my­sło­wy, na no­wo ru­szył Fun­dusz Obro­ny Pań­stwa. Skarb pań­stwa na­gle za­czął spła­cać swe za­dłu­że­nie w Ban­ku Pol­skim. I by­ło po kry­zy­sie. Co wię­cej, Pol­ska zdo­ła­ła na zu­peł­nie in­nych, uczci­wych wa­run­kach wy­ne­go­cjo­wać wiel­ką po­życz­kę fran­cu­ską. Zda­wa­ło się, że Pol­ska zmie­rza pro­stą dro­gą do do­bro­by­tu. I być mo­że, gdy­by nie wy­bu­chła woj­na...

Po­lak boi się kry­zy­su. Boi się, gdyż, jak uczy go pa­mięć hi­sto­rycz­na, tam­ten kry­zys lat 30. zra­dy­ka­li­zo­wał i zna­cjo­na­li­zo­wał Eu­ro­pę, wy­no­sząc do wła­dzy róż­nych psy­cho­pa­tów i zbrod­nia­rzy. Boi się, bo wraz z de­pre­sją eko­no­micz­ną i bie­dą od­ży­ły wów­czas de­mo­ny na­ro­do­wych szo­wi­ni­zmów, uprze­dzeń, ura­zów i nie­chę­ci, ro­dząc nie­na­wiść i zbrod­nię. Po­lak boi się kry­zy­su, bo zna­la­zł­szy się w Zjed­no­czo­nej wspól­nej Eu­ro­pie, po­czuw­szy się przez chwi­lę bez­piecz­ny i rów­no­praw­ny in­nym, nie wie, czy ta no­wa Eu­ro­pa wy­trzy­ma ci­śnie­nie kry­zy­su. Czy hi­sto­ria wraz ze spad­kiem eko­no­micz­nym nie cof­nie się zno­wu o kil­ka roz­dzia­łów. I boi się, czy, jak za­wsze, to on nie bę­dzie mu­siał pła­cić naj­wyż­szej ce­ny.

Polska mądrość

Przez ca­łe dłu­gie wie­ki czło­wiek żył w kul­cie mą­dro­ści ab­so­lut­nej. (Nie mam tu na my­śli Bo­żej mą­dro­ści, ob­ja­wio­nej, za­pi­sa­nej w Pi­śmie Świę­tym czy De­ka­lo­gu, za­ka­zu­ją­cej za­bi­jać, da­wać fał­szy­we świa­dec­two czy cu­dzo­ło­żyć, ale zwy­czaj­ną, czło­wie­czą mą­drość, zro­dzo­ną w ludz­kim ro­zu­mie czy w ludz­kim do­świad­cze­niu). Żył więc so­bie czło­wiek przez ca­łe dłu­gie wie­ki, z na­dzie­ją, że są ta­kie mą­dro­ści, ta­kie sen­ten­cje, ta­kie mak­sy­my, ta­kie zło­te my­śli, któ­re wy­star­czy znać i pa­mię­tać na co dzień, a ży­cie sta­nie się pro­ste, ła­twe i przy­jem­ne, a przy oka­zji, co nie­gdyś wy­da­wa­ło się istot­ne, sta­nie się mą­dre, po­ży­tecz­ne i ce­lo­we. Mą­dro­ści w ro­dza­ju praw­dy na­pi­sa­nej przez Ka­zi­mie­rza Tet­ma­je­ra, że "...Nie­na­wi­ścią nie moż­na za­je­chać da­le­ko, za da­le­ko moż­na...", lub praw­dy stwo­rzo­nej przez Eli­zę Orzesz­ko­wą, że "...Moż­na czy­nić rzecz do­brą w spo­sób zły...". Wy­star­czy wie­dzieć: "...Żeś wszedł na bez­dro­że, spo­strze­żesz to po lu­dziach, któ­rych tam spo­ty­kasz...", by ni­gdy w ży­ciu nie po­błą­dzić. Jesz­cze sto lat te­mu uczo­no się więc, i to na pa­mięć, afo­ry­zmów Se­ne­ki, Pla­to­na, Ary­sto­te­le­sa czy św. Au­gu­sty­na na­ucza­ją­cych po­ko­ry, mi­ło­ści bliź­nie­go i wszel­kich cnót. Przez ca­łe wie­ki owe zło­te my­śli, wy­ku­wa­ne w ka­mie­niu na gma­chach pu­blicz­nych, wy­pi­sy­wa­ne na przed­mio­tach co­dzien­ne­go użyt­ku, tka­ne na ku­chen­nych ma­kat­kach, mia­ły za za­da­nie uczy­nić lu­dzi lep­szy­mi i mą­drzej­szy­mi. Jak wia­do­mo, nie uczy­ni­ły, być mo­że dla­te­go, że, jak za­pi­sał Go­ethe: "Ludz­kość kro­czy cią­gle na­przód, ale czło­wiek po­zo­sta­je za­wsze ten sam".

Je­śli coś się nam na­to­miast przez te wie­ki uda­ło, to stwo­rzyć prze­ko­na­nie o zbio­ro­wej mą­dro­ści Po­la­ków i pol­skiej mą­dro­ści na­ro­do­wej. Oczy­wi­ście, for­mal­nie rzecz bio­rąc, w żad­nej na­uce nie ma ta­kiej ka­te­go­rii, jak mą­drość na­ro­do­wa. Nie ma bo­wiem na­ro­dów mą­drzej­szych i głup­szych, wbrew np. te­mu, co są­dzą Fran­cu­zi o Bel­gach czy An­gli­cy o Fran­cu­zach. Nie ma żad­ne­go in­stru­men­tu, któ­ry by stan owej mą­dro­ści prak­tycz­nie mie­rzył. O mą­dro­ści na­ro­du nie świad­czy, co oczy­wi­ste, ani licz­ba wy­so­ko wy­kształ­co­nych, ani licz­ba anal­fa­be­tów. Nie świad­czy li­sta no­bli­stów ani licz­ba fil­mo­wych Osca­rów. Od kie­dy wia­do­mo, że na­ród, któ­ry zro­dził Mo­zar­ta, Beetho­ve­na, Wa­gne­ra czy Go­ethe­go, wy­dał tak­że Hi­tle­ra, pie­ce kre­ma­to­ryj­ne w obo­zach za­gła­dy i dwie apo­ka­lip­tycz­ne woj­ny świa­to­we, a na­ród Go­go­la, Pusz­ki­na, Czaj­kow­skie­go czy Pro­ko­fie­wa stwo­rzył Ar­chi­pe­lag Gu­łag i wy­mor­do­wał dzie­siąt­ki mi­lio­nów lu­dzi, bez­bron­nym i nie­win­nym strze­la­jąc w tył gło­wy, od kie­dy to wia­do­mo, żad­nym kry­te­rium nie jest tu na­wet licz­ba ar­cy­dzieł wnie­sio­nych do cy­wi­li­za­cyj­nej skarb­ni­cy ludz­ko­ści.

Je­śli Po­la­cy, zresz­tą nie bez ra­cji, uwa­ża­ją się za na­ród mą­dry, to dla­te­go, że nie­wie­le na­ro­dów po kil­ku­set­let­nich do­świad­cze­niach hi­sto­rycz­nych, dra­ma­cie roz­bio­rów, re­pre­­­sji, wy­na­ra­da­wia­nia, ko­lo­nial­nej eks­plo­ata­cji, zdo­ła­ło w tym świe­cie za­cho­wać wła­sny ję­zyk, kul­tu­rę, toż­sa­mość i od­zy­skać wol­ność. A do te­go trze­ba by­ło i si­ły, i in­te­li­gen­cji, i mą­dro­ści. I być mo­że je­dy­nie wła­śnie hi­sto­ria sta­no­wić mo­że i sta­no­wi naj­lep­sze kry­te­rium oce­ny owej mą­dro­ści na­ro­do­wej. Dość przy­po­mnieć w tym miej­scu An­gli­ków, któ­rzy po wy­gra­nej woj­nie, kie­ro­wa­ni zbio­ro­wym bry­tyj­skim ro­zu­mem, po­dzię­ko­wa­li za pra­cę Chur­chil­lo­wi, czło­wie­ko­wi, któ­ry po­pro­wa­dził ich do zwy­cię­stwa, ro­zu­mie­jąc, że na czas po­ko­ju Wiel­kiej Bry­ta­nii po­trzeb­ny jest już in­ny przy­wód­ca. Świat był zdzi­wio­ny, wręcz za­szo­ko­wa­ny, uznał jed­nak ten fakt za nie­zwy­kły do­wód prze­zor­no­ści, da­le­ko­wzrocz­no­ści i mą­dro­ści An­gli­ków.

Je­śli jed­nak po­ję­cie mą­dro­ści na­ro­do­wej nie ist­nie­je w żad­nej na­uce i w żad­nym na­uko­wym pro­ce­sie ba­daw­czym, to na pew­no ist­nie­je, ży­je i ma się do­brze w po­li­ty­ce. Hi­sto­ryk, bez więk­sze­go tru­du, jest w sta­nie przy­wo­łać dzie­siąt­ki przy­kła­dów od­wo­ły­wa­nia się do owej mą­dro­ści na­ro­do­wej lub po­wo­ły­wa­nia się na nią. Moż­na przy­po­mnieć dys­ku­sje tzw. Wiel­kiej Trój­ki w Te­he­ra­nie i Jał­cie, gdzie owa pol­ska mą­drość na­ro­do­wa pod­a­na zo­sta­ła w szy­der­czą wąt­pli­wość przez Ro­ose­vel­ta i Sta­li­na. Moż­na przy­po­mnieć re­cen­zję na­szych kwa­li­fi­ka­cji po­li­tycz­no­-in­te­lek­tu­al­nych wy­­ra­żo­ną niegdyś przez pa­na Chi­rac­a, lecz naj­pro­ściej jest ro­zej­rzeć się wo­kół, by za­uwa­żyć, jak wie­lu pol­skich po­li­ty­ków z róż­nych miejsc sce­ny po­li­tycz­nej obecnie, w dniach wal­ki wy­bor­czej, wy­ra­ża prze­ko­na­nie, że Po­la­cy są zbyt mą­drym na­ro­dem, by na ko­goś gło­so­wać, lub są zbyt mą­drym na­ro­dem, by na ko­goś nie gło­so­wać. Nieważ­ne kto i nieważ­ne na ko­go. Waż­niej­sze zda­je się to, że nikt z po­li­ty­ków ubie­ga­ją­cych się o man­da­ty po­sel­skie czy se­na­tor­skie owej pol­skiej na­ro­do­wej mą­dro­ści nie pod­a­je w wąt­pli­wość, nikt nie pa­mię­ta in­cy­den­tu zwią­za­ne­go ze Sta­nem Ty­miń­skim, czło­wie­kiem zni­kąd, na któ­re­go w 1990 roku swój głos od­da­ło trzy i pół mi­lio­na ro­da­ków, kie­ru­ją­cych się zbio­ro­wą pol­ską mą­dro­ścią. Nikt nie od­wa­ży się po­wie­dzieć gło­śno, że na­sze pol­skie do­tych­cza­so­we za­cho­wa­nia po­li­tycz­ne, czy do­ty­czy to wy­bie­ra­nych, czy do­ty­czy to wy­bor­ców, nie­wie­le mia­ły wspól­ne­go z ja­ką­kol­wiek mą­dro­ścią i ja­ką­kol­wiek od­po­wie­dzial­no­ścią. Że to my sa­mi wpro­wa­dza­li­śmy do Sej­mu tak­że ta­kich lu­dzi, któ­rzy w żad­nym ra­zie nie po­win­ni tam się zna­leźć. Że na­sze pol­skie lo­sy po­wie­rza­li­śmy do­tych­czas rów­nież lu­dziom na pew­no nie­wła­ści­wym, sko­ro dzi­siaj al­bo sie­dzą w wię­zie­niach, al­bo cze­ka­ją na pro­ce­sy są­do­we.

Czy więc Po­la­cy są dzi­siaj mą­drym na­ro­dem? Od­po­wiedź na to w naj­wyż­szym stop­niu źle po­sta­wio­ne py­ta­nie naj­pew­niej nie na­le­ży do hi­sto­ry­ka. Hi­sto­ryk co naj­wy­żej mo­że przy­po­mnieć, że to py­ta­nie po­sta­wio­no tak­że 70 lat te­mu, w la­tach 30. ubie­głe­go wie­ku. Nad Eu­ro­pą i nad Pol­ską za­czy­na­ły się już zbie­rać chmu­ry woj­ny. Od pol­skiej mą­dro­ści w ogrom­nym stop­niu za­le­żał pol­ski los. I wów­czas w Pol­skim Ra­diu (te­le­wi­zji jesz­cze nie by­ło) po­sta­no­wio­no pod­jąć nie­zwy­kłą, zu­peł­nie dzi­siaj za­po­mnia­ną ak­cję. Oto każ­de­go dnia, w po­rze naj­wyż­szej tzw. słu­chal­no­ści, czy­ta­no Po­la­kom zło­te my­śli. Każ­de­go dnia tyl­ko trzy. Przy­po­mi­na­no sen­ten­cje sta­ro­żyt­nych, przy­po­mi­na­no prze­my­śle­nia i prze­stro­gi Mic­kie­wi­cza i Sło­wac­kie­go, Sien­kie­wi­cza, Nor­wi­da. Przy­wo­ła­no wszyst­ko, co naj­mą­drzej­sze w pol­skiej li­te­ra­tu­rze i pol­skiej my­śli po­li­tycz­nej. Pa­mię­taj­cie, mó­wio­no np.: "Je­den głu­piec wię­cej po­tra­fi za­prze­czyć, niż stu fi­lo­zo­fów udo­wod­nić...", al­bo przy­po­mi­na­no gorz­ką myśl Zyg­mun­ta Kra­siń­skie­go, że: "W na­szej epo­ce brak wszel­kiej har­mo­nii mię­dzy du­mą a po­ko­rą prze­szka­dza wszel­kiej wiel­ko­ści...", al­bo py­ta­no: "Ja­ki rząd jest naj­lep­szy?". I od­po­wia­da­no sło­wa­mi Go­ethe­go: "Ten, któ­ry uczy nas rzą­dzić sa­my­mi so­bą...".

"Dłu­ga nie­wo­la, cięż­kie jarz­mo ob­ce, na­rzu­co­ne ja­kiejś na­ro­do­wo­ści, nie tyl­ko są strasz­nym ogro­mem nie­szczę­ścia, miesz­czą­ce­go się w sło­wie "nie­wo­la", lecz jesz­cze tym strasz­niej­szy ich sku­tek, że gdy dłu­go trwa­ją, upa­dla­ją ca­ły na­ród, od­bie­ra­ją mu ce­chy szla­chet­no­ści, czy­nią go zło­śli­wym, brud­nym, chci­wym, ma­te­rial­nym, za­wist­nym... Kto wie - py­tał Mic­kie­wicz - czy się już wkrót­ce nie sta­nie­my po­dob­ny­mi, je­śli nas Bóg mi­ło­sier­ny nie wy­ba­wi...?". A od­po­wia­da­no sło­wa­mi Ro­ma­na Dmow­skie­go: "...To, co przez ty­le po­ko­leń za­ba­gnia­ło, nie da się oczy­ścić przez sam fakt od­bu­do­wa­nia pań­stwa. Trze­ba od­bu­do­wać du­szę na­ro­du...". Pol­ska po­trze­bo­wa­ła bo­ha­te­rów, lecz w Pol­skim Ra­diu ostrze­ga­no: "Zdol­ność od­róż­nia­nia te­go, co moż­li­we, a co nie­moż­li­we, od­róż­nia bo­ha­te­ra od awan­tur­ni­ka...". Nie ma żad­nych prze­ka­zów po­zwa­la­ją­cych prze­śle­dzić, jak owa na­uka mą­dro­ści by­ła przyj­mo­wa­na przez słu­cha­czy. Czy lu­dzie te­go słu­cha­li, czy i jak ko­men­to­wa­li, czy współ­re­da­go­wa­li, nad­sy­ła­jąc so­bie zna­ne sen­ten­cje i mak­sy­my. Z fak­tu, że bi­blio­fil­ski zbio­rek opra­co­wa­ny przez Ar­tu­ra Gór­skie­go li­czy kil­ka ty­się­cy tych zło­tych my­śli, na­le­ży wno­sić, iż ak­cja trwa­ła dwa, a mo­że na­wet trzy la­ta. Nie­któ­re z owych my­śli, jak się wy­da­je, po 70 la­tach nie­wie­le al­bo na­wet nic nie stra­ci­ły na swej ak­tu­al­no­ści: "Dzia­ła­nie sil­nych spo­rów par­tyj­nych wy­wo­łu­je za­wsze zo­bo­jęt­nie­nie wo­bec do­bra po­wszech­ne­go i wo­bec ho­no­ru pań­stwa. Gdzie par­tyj­ność wzbu­dza wiel­kie fa­lo­wa­nie, tam po­li­tyk nie zaj­mu­je się ca­łym na­ro­dem, a tyl­ko zwo­len­ni­ka­mi swo­ich wła­snych po­glą­dów. In­ni są w je­go oczach ob­cy­mi, nie­przy­ja­ciół­mi, pra­wie pi­ra­ta­mi...". Naj­czę­ściej przy­wo­ły­wa­no nie­śmier­tel­ne­go Mic­kie­wi­cza: "Pa­mię­taj, że kto prze­grał, za­wsze wi­nien. Je­że­li nam nie wie­dzie się, po­win­ni­śmy do­cho­dzić na­przód, o ile my sa­mi te­mu przy­czy­ną. A po­tem do­pie­ro ze­wnętrz­ne oko­licz­no­ści roz­wa­żaj­my...". A "Tych, któ­rzy nie umie­ją słu­chać praw­dy, Bóg po­chleb­ca­mi ka­rze..." - zda­je się do­da­wać Sta­ni­sław Orze­chow­ski. "Ro­zum­ny i głu­pi czło­wiek nie ro­ze­rwą ani ni­ci, bo gdy głu­pi cią­gnie, to mą­dry pu­ści. Zaś dwaj głup­cy ro­ze­rwą że­la­zny łań­cuch, bo ża­den dru­gie­mu nie ustą­pi...".

Moż­na się dzi­siaj po la­tach je­dy­nie do­my­ślać alu­zyj­no­ści tych my­śli i tych zna­ko­mi­tych prawd wo­bec bo­ha­te­rów ów­cze­snej sce­ny po­li­tycz­nej. Kim by­li owi cią­gną­cy że­la­zny łań­cuch, a ko­go Bóg ka­rał po­chleb­ca­mi. Tak jak moż­na się pró­bo­wać do­my­ślać, ko­go mie­li na my­śli au­to­rzy owych au­dy­cji, za­miesz­cza­jąc myśl Go­ete­go, że: "Nie ma nic strasz­niej­sze­go jak czyn­na igno­ran­cja...". Tak jak moż­na się do­my­ślać, ko­go do­ty­czy­ły sło­wa Pa­de­rew­skie­go, że: "Nic tak nie wzmac­nia sił prze­ciw­ni­ka, jak wy­rzą­dzo­na mu krzyw­da...". Przy­po­mnia­no tak­że sło­wa Sien­kie­wi­cza, że: "...Szcze­ry po­klask znaj­du­je przede wszyst­kim ta­ki umysł, któ­ry umie się za­wie­sić na każ­dym przed­mio­cie, jak mał­pa za­wie­sza się ogo­nem na ga­łę­zi - i wy­wra­cać ko­zioł­ki. Im bar­dziej owe ko­zioł­ki bę­dą cu­dacz­ne i na­głe a nie­spo­dzie­wa­ne, tym po­wo­dze­nie bę­dzie pew­niej­sze...".

To, co nie­uchron­nie gi­nie w hi­sto­rii, to jej praw­dzi­wy ko­lor i jej praw­dzi­wy za­pach. W tych my­ślach przy­wo­ła­nych Po­la­kom w trud­nych po­li­tycz­nie dniach po­prze­dza­ją­cych woj­nę za­pi­sa­ły się tak­że ich py­ta­nia, ich oba­wy i ich na­dzie­je. Ca­ły ulot­ny za­pach tej epo­ki. I ich trud­ne do­świad­cze­nie. Hi­sto­ryk chciał­by wie­rzyć, że po 70 la­tach mo­że być tak­że na­sze, gdy­by nie jed­na zło­ta myśl, któ­ra do­tar­ła wów­czas do Po­la­ków z mi­kro­fo­nów Pol­skie­go Ra­dia. Nie wia­do­mo czy­je­go au­tor­stwa. Sta­no­wi ona, że: "Przez do­świad­cze­nie moż­na być mą­drzej­szym, ale ni­gdy mą­drym...".