Preludium w XIX wieku: pranarkotyk
"Dobrowolna zależność jest najpiękniejszym stanem".
JOHANN WOLFGANG GOETHE
Aby móc zrozumieć historyczne znaczenie metamfetaminy, a także innych narkotyków dla biegu wydarzeń w państwie nazistowskim, musimy cofnąć się w czasie. Historia rozwoju nowoczesnych społeczeństw jest powiązana z historią początków i dystrybucji środków odurzających tak samo jak ekonomia z rozwojem technicznym. Punkt wyjścia: w 1805 roku w klasycystycznym Weimarze Goethe napisał Fausta i za pomocą środków poetyckich zreasumował jedną ze swoich tez, zgodnie z którą geneza człowieka ma związek z wpływem narkotyków: zmieniam stan swojego umysłu, więc jestem. W tym samym okresie, w mniej czarującym westfalskim Paderborn, farmaceuta Friedrich Wilhelm Sertürner eksperymentował z makiem lekarskim, którego zagęszczony sok, zwany opium, czyni nieczułym na ból jak żadna inna substancja. Goethe w dramatyczno-poetycki sposób chciał zgłębić tajemnicę wewnętrznego spoiwa świata, natomiast Sertürner pragnął rozwiązać liczący sobie tysiące lat problem, który trapił nasz gatunek co najmniej w tym samym stopniu.
Konkretne wyzwanie dla dwudziestojednoletniego, genialnego chemika wyglądało następująco: w zależności od warunków wzrostu substancja czynna występuje w maku lekarskim w bardzo różnych koncentracjach. Czasami jej gorzki sok niewystarczająco koi udrękę, innym razem dochodzi do nieintencjonalnego przedawkowania i zatrucia. Zdany tylko na siebie - tak samo jak zażywający sporządzone na bazie opium laudanum Goethe w swojej pracowni poety - Sertürner dokonał sensacyjnego odkrycia: udało mu się wyizolować morfinę, ów najważniejszy alkaloid w opium, swego rodzaju farmakologicznego Mefista, który przemienia ból w błogość. Był to punkt zwrotny nie tylko w historii farmakologii, lecz także jedno z najważniejszych wydarzeń rozpoczynającego się XIX stulecia, a nawet całej historii ludzkości. Ból, ten straszliwy towarzysz niedoli, mógł zostać teraz precyzyjnie zmniejszony, a nawet zlikwidowany. Apteki w całej Europie, w których jak dotąd farmaceuci sporządzali lekarstwa i tabletki, opierając się na swojej najlepszej wiedzy i przekonaniach, ze składników pochodzących z własnych ogródków ziołowych lub dostarczanych przez zielarki, w ciągu kilku lat przekształciły się w prawdziwe manufaktury, w których ustanawiano farmakologiczne standardy[5]. Morfina nie tylko dawała ukojenie od wszelkich bolączek, była także świetnym interesem.
W Darmstadt pionierem tego rozwoju stał się właściciel apteki Engel (Anioł), Emmanuel Merck, który w 1827 roku w ramach filozofii przedsiębiorstwa zaproponował, żeby alkaloidy i inne medykamenty charakteryzowały się zawsze tą samą jakością. Był to nie tylko początek firmy Merck, która świetnie prosperuje do dzisiaj, lecz także całego niemieckiego przemysłu farmaceutycznego. Kiedy w 1850 roku wynaleziono strzykawkę, nie można już było zatrzymać tryumfalnego marszu morfiny. Udoskonalony lek przeciwbólowy masowo stosowano w trakcie amerykańskiej wojny domowej w latach 1861-1865, jak i podczas wojny niemiecko-francuskiej w 1870-1871. Wkrótce sięganie po morfinę stało się rutynową czynnością[6][7]. Jej wpływ był decydujący, zarówno z pozytywnego, jak i negatywnego punktu widzenia. Co prawda można było zredukować męczarnie nawet ciężko rannych, równocześnie spowodowało to jednak, że w końcu stały się możliwe wojny na jeszcze większą skalę: żołnierzy, którzy wcześniej z powodu odniesionych ran byli długoterminowo niezdolni do walki, teraz szybciej stawiano na nogi i w miarę możliwości wysyłano z powrotem na pierwszą linię frontu.
Dzięki morfinie, zwanej także po łacinie morphinum, rozwój środków znieczulających i zwalczanie bólu osiągnęły punkt kulminacyjny. Dotyczyło to w równym stopniu armii, jak i cywilów. Domniemane panaceum zdobyło serca wszystkich, od robotnika po arystokratę, na całym świecie - od Europy, przez Azję, aż po Amerykę. W drugstores między wschodnim a zachodnim wybrzeżem Stanów Zjednoczonych bez recepty dostępne były w tym czasie przede wszystkim dwa produkty lecznicze. Pierwszy z nich to soki zawierające morfinę, stosowane jako środki przeciwbólowe i uspokajające, a drugi - napoje zawierające kokainę (jak na wczesnym etapie produkcji wina Marianiego, czyli wina Bordeaux z dodatkiem ekstraktu z koki czy też coca-coli[8]). Miały one zapobiegać złemu samopoczuciu, znajdowały zastosowanie jako środki wywołujące hedonistyczną euforię, a także jako znieczulenie miejscowe. Jednak to był dopiero początek. Rozwijający się przemysł chciał szybko urozmaicić asortyment; potrzebne były nowe produkty. Dnia 10 sierpnia 1897 roku Felix Hoffmann, chemik z firmy Bayer, z substancji czynnej zawartej w korze wierzby zsyntetyzował kwas acetylosalicylowy, który wszedł na rynek pod nazwą handlową aspiryna (Aspirin) i podbił cały świat. Jedenaście dni później ten sam człowiek wynalazł kolejną substancję, która również miała stać się słynna na całym świecie: dwuacetylomorfina, pochodna morfiny, była pierwszym w historii półsyntetycznym narkotykiem. Trafiła na rynek pod nazwą handlową heroina i rozpoczęła swój triumfalny pochód. "Heroina to piękny biznes", dumnie oświadczyli dyrektorzy firmy Bayer i wypromowali ją jako środek na ból głowy, złe samopoczucie, a nawet jako syrop przeciwkaszlowy dla dzieci. Aplikowało się ją nawet niemowlętom w przypadkach kolki jelitowej lub problemów z zasypianiem[9].
Interes kwitł nie tylko u Bayera. W ostatniej tercji XIX wieku wzdłuż Renu rozwinęło się wiele współczesnych ośrodków farmaceutycznych. Okoliczności były sprzyjające: co prawda ze względu na ustrój drobnopaństwowy Cesarstwa Niemieckiego dostęp do dużego kapitału bankowego był ograniczony, a gotowość do podjęcia ryzyka w przypadku dużych inwestycji niewielka, ale przemysłowi chemicznemu to akurat nie przeszkadzało. W porównaniu z tradycyjnym przemysłem ciężkim potrzebował przecież stosunkowo niewiele sprzętu i surowców. Małe inwestycje również obiecywały wysokie marże zysków. Liczyły się przede wszystkim intuicja i umiejętności wynalazców, a Niemcy - bogate w kapitał ludzki - mogły liczyć na niemal niewyczerpany potencjał doskonale wykształconych chemików i inżynierów, który był efektem najlepszego ówcześnie na świecie systemu edukacyjnego. Sieć uniwersytetów i wyższych szkół technicznych uchodziła za wzorcową: nauka i gospodarka pracowały ręka w rękę. Badania prowadzono na najwyższych obrotach, ich efektem były liczne patenty. Jeśli chodzi o przemysł chemiczny, Niemcy jeszcze przed przełomem wieków stały się "warsztatem świata", a znak "Made in Germany" stał się synonimem wysokiej jakości, także w kontekście narkotyków.
Niemcy, kraj narkotyków
Początkowo nie zmieniło się to także po pierwszej wojnie światowej. Francja i Anglia nadal mogły zaopatrywać się w swoich zamorskich koloniach w naturalne stymulanty, takie jak kawa, herbata, wanilia, pieprz i inne naturalne środki lecznicze. Natomiast Niemcy, które w wyniku traktatu wersalskiego utraciły swoje (i tak już stosunkowo niewielkie) eksterytorialne posiadłości, musiały znaleźć inną drogę, to znaczy rozwinąć sztuczną produkcję środków stymulujących. Kraj ich bowiem potrzebował: klęska wojenna pozostawiła głębokie blizny, wywołała rozmaite dolegliwości, zarówno fizyczne, jak i psychiczne. W latach dwudziestych w oczach przygnębionej ludności, zamieszkującej obszar między Bałtykiem a Alpami, narkotyki coraz bardziej zyskiwały na znaczeniu. A technologia ich wytwarzania była łatwo dostępna.
Kierunki rozwoju nowoczesnego przemysłu farmaceutycznego zostały zatem wyznaczone, a liczne substancje chemiczne, które są nam dzisiaj znane, zostały wynalezione w krótkim przedziale czasu i doprowadzone do stanu, w którym można było je opatentować. Niemieckie firmy wypracowały sobie czołową pozycję na światowym rynku. Nie tylko produkowały większość leków, lecz także dostarczały lwią część surowców chemicznych do produkcji tychże leków na całym świecie. Powstała nowa gałąź gospodarki, Dolina Chemiczna między Oberursel a masywem górskim Odenwald. Dotychczas nieznane, małe przedsiębiorstwa z dnia na dzień stawały się dobrze prosperującymi, wpływowymi firmami. W 1925 roku duże fabryki chemiczne połączono w IG Farben - przedsiębiorstwo, które stało się jednym z najpotężniejszych koncernów na świecie, z siedzibą we Frankfurcie nad Menem. Niemiecką specjalnością nadal były przede wszystkim opiaty. W 1926 roku Niemcy stały na czele krajów produkujących morfinę, były także mistrzem świata w eksporcie heroiny: 98 procent produkcji trafiało za granicę[10]. Od 1925 do 1930 roku wyprodukowano 91 ton morfiny, co stanowiło 40 procent produkcji światowej[11]. Jedynie z powodu restrykcji i presji traktatu wersalskiego w 1925 roku Niemcy podpisały międzynarodową konwencję opiumową Ligi Narodów, która była próbą uregulowania obrotu. Została ona ratyfikowana w Berlinie dopiero w 1929 roku. Niemiecki przemysł alkaloidowy w 1928 roku rafinował jeszcze niemal 200 ton opium[12].
Niemcy wiedli prym także w produkcji innej substancji: firmy Merck, Boehringer i Knoll opanowały 80 procent światowego rynku kokainy. Zwłaszcza kokaina Mercka z Darmstadt na całym świecie uchodziła za produkt najwyższej jakości, a piraci przemysłowi w Chinach w milionowych nakładach kopiowali etykietki tej firmy[13]. Hamburg pełnił funkcję głównego punktu przeładunkowego surowej kokainy - każdego roku legalnie importowano tu tysiące kilogramów. Tak więc na przykład Peru przekazywało Niemcom do przetworzenia niemal całą swoją roczną produkcję surowej kokainy, która wynosiła każdorazowo ponad pięć ton. Wpływowa grupa interesu zwana Sekcją ds. Opium i Kokainy (Fachgruppe Opium und Kokain), w której połączyli siły niemieccy producenci narkotyków, pracowała niezmordowanie nad budowaniem ścisłych powiązań między rządem a przemysłem chemicznym. Dwa kartele, każdy będący grupą firm, na podstawie umowy kartelowej podzieliły między siebie lukratywny rynek "na całej kuli ziemskiej"[14]. Zawarto tak zwaną konwencję kokainową i konwencję dotyczącą opiatów. Rolę administratora interesu w obu przypadkach odgrywała firma Merck[15]. Młoda republika została zalana substancjami odurzającymi i zmieniającymi świadomość, eksportowała heroinę i kokainę na wszystkie strony świata i stała się globalnym dealerem.
Chemiczne lata dwudzieste
Ten rozwój naukowy i gospodarczy był zgodny z duchem czasów. W Republice Weimarskiej sztuczne krainy szczęścia były bardzo modne. Chętnie uciekano w świat ułudy, zamiast borykać się z rzeczywistością, która często jawiła się w mniej różowych barwach. Był to fenomen, który niemal zdefiniował pierwszą demokrację na niemieckiej ziemi, zarówno politycznie, jak i kulturowo. Nie chciano przyjąć do wiadomości prawdziwych przyczyn porażki wojennej, wypierano współodpowiedzialność cesarskiego i niemieckonarodowego establishmentu za poniesioną klęskę. Krążyła fatalna legenda o "ciosie w plecy" - niemiecka armia rzekomo przegrała tylko dlatego, że padła ofiarą sabotażu przeprowadzonego we własnym kraju, a mianowicie przez lewicę[16].
Te eskapistyczne tendencje często wybuchały w formie czystej nienawiści czy ekscesów kulturowych. Nie tylko w powieści Alfreda Döblina Berlin Alexanderplatz: dzieje Franciszka Biberkopfa stolica Niemiec uchodziła za nierządnicę babilońską z najpodlejszym ze wszystkich miast podziemnym światem. Zbawienia szukano w największej rozwiązłości, jaką tylko można sobie wyobrazić, a środki odurzające szły z nią ręka w rękę. "Berlińskie życie nocne, chłopaczki, czegoś takiego świat jeszcze nie widział! Kiedyś mieliśmy pierwszorzędną armię; teraz mamy pierwszorzędne perwersje!", stwierdził w swojej powieści pisarz Klaus Mann[17]. Miasto nad Sprewą stało się synonimem moralnego upadku, a z powodu znacznego zwiększenia ilości pieniędzy w obiegu, gdy próbowano uregulować dług państwowy, niemiecka waluta wpadła w korkociąg hiperinflacji. I oto jesienią 1923 roku, gdy jeden dolar amerykański kosztował ni mniej, ni więcej, tylko 4,2 biliona marek, wydawało się, że wraz z nią upadły wszystkie wartości moralne.
Wszystko wibrowało w toksycznym odurzeniu. Ikona tamtych czasów, aktorka i tancerka Anita Berber, już w porze śniadania maczała białe płatki róż w koktajlu z chloroformu i eteru, by je następnie wyssać: wake and bake. W kinach wyświetlano filmy o kokainie lub morfinie, na skrzyżowaniach ulic można było bez recepty kupić wszelkie narkotyki. Podobno czterdzieści procent berlińskich lekarzy było uzależnionych od morfiny[18]. W dzielnicy Friedrichstadt chińscy handlarze, pochodzący z dzierżawionej dawniej przez Cesarstwo Niemieckie koncesji Jiaozhou, prowadzili palarnie opium. Na tyłach kamienic dzielnicy Mitte powstawały nielegalne lokale nocne. Na stacji Anhalter Bahnhof naganiacze rozdawali ulotki, reklamowali nielegalne imprezy i "wieczorki piękności". Spragnionych rozrywek tłumnie przyciągały duże kluby, takie jak słynny Haus Vaterland na placu Poczdamskim (Potsdamer Platz), znany z wyuzdanej swobody seksualnej Ballhaus Ressi na Blumenstrasse czy też mniejsze przybytki, jak choćby Kakadu-Bar lub też Weiße Maus, gdzie przy wejściu rozdawano maski, aby zagwarantować gościom anonimowość. W sąsiednich krajach zachodnich oraz w USA wykształciła się wczesna forma turystyki rekreacyjno-narkotykowej, ponieważ w Berlinie wszystko było takie podniecające i tanie.
Po przegranej wojnie światowej wszystko stało się dozwolone: metropolia przekształciła się w europejską stolicę eksperymentów. Plakaty rozlepiane na ścianach budynków ostrzegały krzykliwie ekspresjonistyczną czcionką: "Berlinie, zatrzymaj się, opamiętaj się, twoim partnerem w tańcu jest sama śmierć!". Policja nie dawała rady, początkowo porządek był zakłócany sporadycznie, później już regularnie, a kultura zabawy wypełniła istniejącą pustkę, co odzwierciedla popularna w tamtych czasach piosenka:
Niegdyś nęciło nas alkoholem
słodkie monstrum, co kokietuje
Czasem pożerało mimochodem
Lecz teraz za dużo to kosztuje.
My, berlińczycy, żywo chwytamy
Za kokainy, morfiny gramy
Niestraszne nam grzmoty, błyskawice
My wciągamy i walimy szpryce! (...)
W restauracji kelner niesie
Naszą kokainkę w kiesie,
Wtedy przez te godzin parę
Jesteś na najlepszej z planet;
Morfina działając (podskórnie)
Dopinguje nasze serca odgórnie,
Aby duszę podkręcić i życie
My wciągamy i walimy szpryce!
Fakt, takie środki to bezprawie
Zatwierdzone w sędziowskiej ławie,
Jednak, co wydziedziczone
Jest nam dzisiaj podstawione.
Euforia przychodzi łatwo
Stoimy więc niczym bydło
Zły wróg naciąga nas pasjami
My walimy szpryce i wciągamy!
I wstrzykniesz się do wariatkowa
I nawciągasz się aż po zgon
Mój Boże, ta zabawa jest jałowa
Co za czasy zesłał nam on!
Europa i bez tego przecie
To wariatkowo na tym świecie
Dziś chętnie do raju czmychamy
Więc wstrzykujemy i wciągamy![19]
W 1928 roku w samym tylko Berlinie w aptekach zupełnie legalnie sprzedano na receptę 73 kilogramy morfiny i heroiny[20].
Ten, kto mógł sobie na to pozwolić, zażywał kokainę, broń ostateczną, która miała zintensyfikować teraźniejszość. Wciągano i odczuwano z całą intensywnością: chwilo, trwaj, jesteś taka piękna. Koks rozprzestrzeniał się wszędzie i był symbolem hulaszczych czasów. Natomiast komuniści podobnie jak naziści, walczący między sobą o władzę na ulicach, w tym samym stopniu potępiali go jako "degenerującą truciznę". Narastał sprzeciw wobec tych liberalnych, dekadenckich czasów. Niemieccy nacjonaliści oburzali się na "upadek moralności", także z obozu konserwatywnego padały podobne zarzuty. Chociaż z dumą przyjmowano awans Berlina do roli metropolii kultury, to właśnie burżuazja - która w latach dwudziestych utraciła swój status - zademonstrowała swoje poczucie niepewności przez radykalne potępienie masowej kultury rozrywki, która została okrzyknięta dekadencko zachodnią.
Najzacieklej przeciwko charakterystycznemu w okresie Republiki Weimarskiej poszukiwaniu uleczenia przez farmakologię agitowali narodowi socjaliści. Ich bezprecedensowy odwrót od systemu parlamentarnego i pogardzanej demokracji jako takiej, a także od wielkomiejskiej kultury otwartego społeczeństwa, znajdował wyraz w budujących tożsamość hasłach przeciwko rzekomo znajdującej się w opłakanym stanie, znienawidzonej "republice żydowskiej".
Naziści mieli gotową własną receptę na uzdrowienie narodu i obiecywali kurację ideologiczną. Według nich dozwolony mógł być tylko jeden haj - brunatny. Narodowy socjalizm także aspirował do stanu transcendentnego. Nazistowski świat iluzji, do którego mieli zostać zwabieni Niemcy, od początku używał metod wywołujących upojenie, aby zmobilizować naród. Dziejowe decyzje, jak stwierdził Hitler w swojej podburzającej książce Mein Kampf (Moja walka), muszą zostać wymuszone w stanie ekstatycznego entuzjazmu, ewentualnie histerii. Dlatego NSDAP przekonywała do siebie z jednej strony przez populistyczne argumenty, z drugiej przez biegi z pochodniami, machanie flagami, upajające manifestacje i publiczne mowy, których celem było osiągnięcie kolektywnego stanu ekstazy. Do tego doszły "rausze przemocy" SA w tak zwanym okresie walki, których paliwem było często nadużywanie alkoholu[21]. Realpolitik chętnie krytykowano jako nieheroiczne targowanie się: politykę miał zastąpić swego rodzaju stan społecznego otumanienia[22]. O ile z punktu widzenia psychohistorii Republikę Weimarską można postrzegać jako społeczeństwo jednostek wypierających rzeczywistość, jej rzekomi antagoniści, narodowi socjaliści, byli czołówką tego nurtu. Nienawidzili narkotyków, ponieważ sami chcieli działać jak one.