Trzecia płeć - Tadeusz Dołęga-Mostowicz

Kup ebooka

9.99 zł
6.69 zł (6,69 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

I

W poczekalni był tłok. Nie spodziewała się tego i teraz wolałaby zaraz stąd się wycofać, nie czekając na swoją kolejkę. I tak było to beznadziejne. Już z obojętnego wyrazu twarzy woźnego, sprawdzającego datę wezwania, już z jego lekceważącego kiwnięcia, którem wskazał jej wolne krzesło, wróżyła sobie najgorzej. Jeżeli wszyscy ci panowie również ubiegają się o posadę, lepiej odrazu machnąć ręką na te kilkadziesiąt złotych, wydanych na bilet kolejowy i wracać do Poznania. Uspokoiła się dopiero po dłuższej chwili. Ostatecznie trzeba próbować szczęścia. A nuż wywoła szczególnie dobre wrażenie? Zresztą i przygotowanie ma napewno nie gorsze od większości tych panów. Zaczęła się im przyglądać. Przeważnie byli to ludzie starsi o nienagannej powierzchowności i przyzwoitym sposobie bycia. W ich spojrzeniach, któremi oceniali ją jako kobietę i jako współzawodniczkę, nie dostrzegała ani zachwytu ani obawy. Widocznie nie brali jej współzawodnictwa w rachubę, a zbyt byli pochłonięci oczekiwanem posłuchaniem u dyrektora, by zwrócić więcej uwagi na jej urodę, wdzięk i nowy, cudownie skrojony wspaniały kostjum, w którym przecie wyglądała świetnie. W kącie pod oknem siedziała jeszcze jedna kobieta, starsza już i źle ubrana, a naprzeciw druga, przesadnie wymalowana i wciąż uśmiechająca się niedorzecznie. Wzdłuż lewej ściany przechadzał się wysoki, szczupły brunet w granatowem ubraniu. Ilekroć otwierały się drzwi i woźny ospale wymieniał czyjeś nazwisko, brunet zatrzymywał się i wtedy dopiero jego rysy zdradzały niepokój i podniecenie, które ledwie dawały się dostrzec w nierównym i twardym kroku. Miał duże ciemne oczy i bardzo ładne ręce. W jego sposobie trzymania się było coś, co przypominało jej męża. Tylko Karol był niższy i bardziej ociężały. Właśnie ta ociężałość najwięcej mu w życiu psuła. Poprostu wątpił o celowości każdego wysiłku zanim zdobył się na postanowienie. Gdy w odpowiedzi na swe podanie otrzymała wezwanie do stawienia się w "Mundusie", wzruszył ramionami. Może zresztą i nie bez słuszności. Brunet stawał często przed wielobarwnemi plakatami, któremi bez reszty pokryte były ściany i idąc za jego wzrokiem bezmyślnie odczytywała jaskrawe napisy, zachwalające w słodkich wyrazach urok Dalmacji,fjordów, Biarritz, Kairu, Andaluzji, Wenecji, Alp, Tatr, Karpat, jezior szkockich i augustowskich, palmowych gajów Maroka i rozlewisk czarnomorskich. Tak łatwo to wszystko zobaczyć! Zobaczyć za tanie pieniądze.Oto podróż z Triestu do Algeru kosztuje na wspaniałym okręcie tylko dwanaście dolarów, a przelot olbrzymim płatowcem z Berlina do Wenecji tylko dziesięć. W hotelu "Majestic" apartament z łazienką wynosi zaledwie osiemdziesiąt franków dziennie. I niema żadnych kłopotów: wszystko można załatwić, przygotować, uplanować i opłacić już tu, na miejscu, w "światowem biurze podróży Mundus". Otworzyły się drzwi i woźny powiedział: - Pani Anna Leszczowa! Zerwała się, obciągnęła kostjum i zaciskając szczęki przeszła przez pokój, czując na sobie niechętne spojrzenia. Z poczekalni wchodziło się do małego pokoiku, gdzie pracowały dwie maszynistki, a stąd do dużego gabinetu. Przy wielkiem amerykańskiem biurku siedział zażywny starszy pan, inżynier Minz, naczelny dyrektor Towarzystwa Mundus. Ciężko podniósł się i podając rękę, zapytał z pewnem zdziwieniem: - Czy to pani? - Anna Leszczowa - zapewniła go. Podniósł wysoko brwi: - Ileż pani ma lat, proszę darować niedyskretne pytanie? - Niema w tem żadnej niedyskrecji - uśmiechnęła się - mam dwadzieścia osiem. Mruknął coś pod nosem i wskazał jej krzesło. Przed nim zobaczyła rozłożone odpisy swoich świadectw i dyplomów. - Czy pani całkiem biegle włada angielskim i francuskim także i w piśmie? - zapytał dyrektor Minz. - Zupełnie biegle, proszę pana. Pozwoliłam sobie załączyć dyplom szkoły języków obcych... - Tak, tak... hm... Zna pani zatem równie dobrze niemiecki, włoski i rosyjski?... - Tak jest, panie dyrektorze. - Nadto ma pani... zaraz, zaraz... Wynotowałem to sobie... Otóż: doktorat prawa Uniwersytetu Warszawskiego, ukończoną Szkołę Nauk Politycznych, Wyższe Kursy Handlowe, Kursy stenografji i pisania na maszynie, Liceum gospodarstwa wiejskiego... Uff, to zdaje się już wszystko! Kiedy pani, na miły Bóg, zdążyła zrobić tyle tego!? I do licha poco? Pytam poco?... Przecie pani nie może połowy, ba, dziesiątej części zapamiętać tego, czego się pani nauczyła! - Myli się pan - odpowiedziała chłodno. - Wszystko pamiętam doskonale. Spojrzał na nią z pod krzaczastych brwi i poprawił się w fotelu: - Niech się pani na mnie nie gniewa - powiedział pojednawczo. - Zbyt często mam do czynienia z kandydatkami na posady. Wszystkie mają potworne ilości dyplomów i nic nie umieją. Majątek wydały na kształcenie się w najzbędniejszych kierunkach. To choroba naszego wieku. Nie odpowiadałbym też na pani ofertę, gdyby nie to, że jej świadectwa pracy są wyjątkowo dobre, no i że zna pani technikę roboty w biurach podróży. Czy bardzo pani zależy na otrzymaniu posady? - Bardzo, panie dyrektorze. - Pani jest żoną adwokata? - Tak. Ale mój mąż niestety bardzo mało zarabia - odpowiedziała cicho i spuściła oczy, gdyż bała się, by z jej wzroku nie wyczytał prawdy. Przecież Karol nie zarabia nic. Od szeregu miesięcy nie przyniósł do domu ani grosza. Gdyby nie zapomoga z Zakładu Ubezpieczeń Pracowników Umysłowych, którą otrzymywała od czasu redukcji w Ajencji Turystycznej, nie mieliby na najkonieczniejsze wydatki, nawet na mleko dla Lituni. - Mieszka pani stale w Poznaniu? - zapytał Minz. - Tak, panie dyrektorze. Dosłownie o sto kroków od filji "Mundusu". - To jest do niczego. Nie mogę powierzyć pani kierownictwa tej filji... - Ja przyjmę każde warunki - przerwała z pośpiechem. - Nie - potrząsnął głową, - narazie nie mogę tego zrobić. To jest wykluczone. Stanowisko trzeba byłoby objąć natychmiast, ja zaś zbyt mało wiem o pani zdolnościach. Przygryzła wargi i pomyślała, że sceptycyzm Karola był uzasadniony. Dyrektor Minz bębnił grubemi palcami po papierze. Palce były żółte od papierosów, biurko zasypane popiołem, a powietrze pełne dymu. Zaczął wypytywać ją o różne rzeczy nie tylko mające związek z jej znajomością przedmiotu. Zorjentowała się, że dyrektor egzaminuje ją. Po pół godzinie była tem już zupełnie zmęczona, gdy powtórzył: - Nie mogę powierzyć pani kierownictwa poznańskiej filji... - chrząknął i dodał: - Ale miałbym dla pani coś innego. Trudnością jest to, że musiałaby pani zamieszkać w Warszawie... Ustępuje właśnie kierownik działu turystycznego naszej centrali. Stanowisko to jest nawet lepsze od dyrekcji filji... hm... Możnaby zrobić miesięczną próbę. Ale skoro pani mieszka w Poznaniu... Serce zabiło jej mocno. - To nic, panie dyrektorze, mogłabym... to jest moglibyśmy się przenieść do Warszawy. - Nie zrobi to pani różnicy? - Żadnej, panie dyrektorze - zapewniła stanowczo, chociaż odrazu zdała sobie sprawę z tego, że jest wprost przeciwnie. Karol nie będzie mógł opuścić Poznania, póki żyje jego ojciec, wymagający nieustannej opieki. Pozatem adwokatowi nie tak łatwo przenieść się do innej apelacji, zwłaszcza do stołecznej. Zresztą tam mają bezpłatne mieszkanie w willi ojca i ogród tak konieczny dla Lituni. Musiałaby przenieść się sama i zamieszkać u ciotki Grażyny. Ostatecznie Poznań nie jest tak daleko... Zresztą, czyż ma tutaj wybór?... Powinna z pocałowaniem ręki przyjąć propozycję. - Kwalifikacje pani - mówił dyrektor - wydają się wystarczające. Jest pani dostatecznie obeznana z branżą. Próba jednak jest konieczna. To moja zasada. Dziś mamy czternastego maja. Od jutra mogłaby pani rozpocząć pracę, co tembardziej byłoby wskazane, że pan Komitkiewicz, dotychczasowy kierownik działu turystycznego, za dwa tygodnie wyjeżdża. Zatem miałby czas zapoznać panią z bieżącą robotą. Jak pani wyobraża sobie wysokość pensji? - Ja nie wiem - uśmiechnęła się. - W swojej ofercie pisze pani, że zgodzi się na każde warunki. Nie zamierzam pani wyzyskiwać, ale czasy są ciężkie, ruch w interesie mały, podatki kolosalne. Na próbny miesiąc otrzyma pani trzysta pięćdziesiąt złotych, a później pogadamy. Zgoda? W myśli obliczyła, że przy pewnej oszczędności będzie mogła u ciotki otrzymać pokój i utrzymanie za jakieś sto pięćdziesiąt, niech nawet sto siedemdziesiąt złotych. Trzydzieści powinno wystarczyć na drobne wydatki. Karolowi będzie wysyłała sto pięćdziesiąt. To zawsze coś. - Zgoda, panie dyrektorze. - No, to świetnie. Nacisnął guzik dzwonka i rzucił woźnemu: - Pana Komitkiewicza! Gdy woźny wyszedł, dyrektor Minz wydobył z szuflady stos prospektów i rozkładając je przed Anną zaczął objaśniać, na czem będą polegały jej obowiązki. Słuchała uważnie, chociaż przedmiot znała nawylot. W Ajencji Turystycznej wprawdzie nie załatwiała tych rzeczy samodzielnie, lecz do dziś dnia umiała napamięć adresy różnych zagranicznych przedsiębiorstw podobnego rodzaju, wiedziała jak się organizuje wycieczki zbiorowe, jak oblicza się koszty i prowadzi się korespondencję. W tem, co mówił dyrektor Minz, przestraszała ją tylko osobista odpowiedzialność za każde postanowione przedsięwzięcie. Pozatem była przekonana, że z łatwością da sobie radę. Wkrótce zjawił się Komitkiewicz, przystojny, rudawy blondyn, pachnący "loriganem" i ubrany z wyszukaną elegancją. Widocznie domyślał się z kim ma do czynienia, gdyż przedstawił się Annie z koleżeńską swobodą. Wysłuchawszy krótkiego polecenia szefa, zapytał układnie: - Czy chciałaby pani zaraz obejrzeć dział? - Jeżeli to jest możliwe... - powiedziała niezdecydowanie, zwracając się do Minza. - Owszem, owszem - kiwnął głową. - Oczywiście. Takie spojrzenie z lotu ptaka... Hm... a jutro prosiłbym panią przyjść od rana. Nasze godziny biurowe są od dziewiątej do drugiej i od czwartej do siódmej. Obowiązuje to cały wyższy personel. Dowidzenia pani. Wstał i podał jej rękę. - Służę pani - szarmancko otworzył drzwi Komitkiewicz. Znowu przeszli przez pokoik, gdzie siedziały dwie maszynistki i przez poczekalnię. Tutaj sam fakt przeprowadzenia jej przez urzędnika wywołał sensację. Z zaniepokojonych spojrzeń poznała, że wszyscy się domyślali, iż została zaangażowana. Brunet w granatowem ubraniu raptownie odwrócił się od czytanego po raz setny plakatu i obrzucił ją jakimś niedobrym wzrokiem. Zbyt była przejęta biegiem zdarzeń, by móc zdawać sobie dokładnie sprawę ze swego stanu wewnętrznego, a przecież natychmiast stłumiła automatyczny uśmiech i przyśpieszyła kroku. - Jakie to szczęście - myślała - że właśnie ja, że właśnie ja. Cóż mogę na to poradzić, że dla wszystkich niema miejsca? - Tędy pani będzie łaskawa - wprowadził ją Komitkiewicz do wielkiej sali, urządzonej, jak hale bankowe. Sala o bardzo wysokim suficie pełna była różnorodnych hałasów. Terkot arytmometrów, stemplarek, maszyn adresowych i maszyn do pisania, dzwonki telefonów i trzask liczydeł mieszały się z jednostajnym szurgotem nóg, monotonnem huczeniem setek głosów i głuchym turkotem kołowrotu drzwi, znajdujących się w nieustannym ruchu. W powietrzu pachniało drukarską farbą i wagonem kolejowym. Wzdłuż oszklonego kontuaru, biegnącego wokół sali, gęsto ustawione były biurka, z tamtej strony przy okienkach stały grupki interesantów, gdzieniegdzie wyciągając się w dłuższe ogonki. - Ależ to ogrom! - powiedziała z podziwem i odrobiną strachu. Komitkiewicz jednak nie dosłyszał jej okrzyku. Szli wąskim chodnikiem, aż otworzył przed nią drzwi oszklonego boksu: - Oto gabinet dotychczas mój, a obecnie pani - powiedział z niezmienną uprzejmością. - Proszę bardzo. Mała oszklona klitka, przeźroczysty kiosk, a wewnątrz dwa obszerne biurka, szafa i kilka krzeseł. - Pan opuszcza firmę? - zapytała stojąc i bezradnie rozglądając się dokoła. Zaśmiał się i przysunął jej krzesło. - Niezupełnie, proszę pani, ale coś w tym rodzaju: raczej zostaję "opuszczony". Zrobiło się jej przykro. - Z tego, jak wyrażał się o panu pan dyrektor - odezwała się nieśmiało - odniosłam wrażenie, że bardzo pana ceni... - Prawdopodobnie tak jest w rzeczywistości - kiwnął głową, - jednak kwota, jaką przeznacza dla zadokumentowania tej oceny, nie pokrywa mego budżetu... Niech mnie pani źle nie zrozumie. Bynajmniej nie robię z tego zarzutu panu Minzowi. Zresztą wszystkie pensje zostały zredukowane... Nie każdy jednak mógł na to się zgodzić. - To takie przykre - westchnęła. - Tsss!... - przyłożył do ust palec z komiczną miną. - Tu w gabinecie szefa działu turystycznego, w gabinecie maitre'a de plaisir, słowo przykrość jest wykreślone raz na zawsze. Zaczął objaśniać ją co do rozmieszczenia poszczególnych działów. Tu z prawej i z lewej turystyczny, dalej kasy biletowe, za niemi informacje, biuro zamawiań, dział paszportów i wiz, reklamacje i kantor wymiany. Naprzeciw, po drugiej stronie, bilety lotnicze, morskie, dział bagażowy, wynajem autocarów i samochodów oraz budki telefoniczne. W kiosku przy drzwiach głównych mieści się agencja wynajmu letnisk. - Ogółem zatrudniamy tu w centrali sześćdziesiąt osób. Przeciętna frekwencja publiczności dochodzi do pięciuset osób dziennie. Roboty więc pani nie zbraknie, zważywszy, że pani dział jest największy i najrentowniejszy. Jutro przedstawię pani jej podwładnych i będę miał przyjemność rozpocząć zaznajamianie swojej następczyni z robotą. Czy pani nic nie ma przeciw temu? Podziękowała mu jak umiała najserdeczniej, obiecując sobie, że wywdzięczy się za jego uprzejmość całą życzliwością. Gdy znalazła się na ulicy, ogarnęła ją jakaś wprost dziecinna radość. I słoneczny ciepły dzień, i gęsty tłum zapełniający chodniki, i pierwsza zieleń drzew - wszystko to wydało się jej nagle znowu tak bliskie, jak za dawnych lat, kiedy jeszcze była studentką. Królewską doszła do rogu Marszałkowskiej i tu wsiadła do tramwaju. Gdyby nie wstydziła się, uśmiechałaby się do wszystkich. - Tak, tak, - myślała - może to nawet nieładnie z mojej strony, ale jednak cieszę się, że zostanę w Warszawie. Z czasem może Karol też tutaj się przeniesie. To byłoby najlepsze. A wreszcie nie jest przecie nieprawdopodobne, że i ona po pewnym czasie otrzyma zarząd filji poznańskiej. Ciotka Grażyna mieszkała przy Polnej i Anna wysiadła na rogu Śniadeckich. Znała tu każdy występ muru, każdą bramę. Przez dwa pierwsze lata studjów na Uniwersytecie mieszkała u ciotki, a chociaż po ślubie Kubusia musiała się wyprowadzić, nadal bywała tu prawie codziennie. Była przywiązana do ciotki i jej całego domu, a jeżeli w tem przywiązaniu nie było nadmiaru sentymentu, nie było też i krytycyzmu. Zresztą ciotce Grażynie zawdzięczała wiele, bardzo wiele, może nawet wszystko to, czem była i w zupełności podzielała ten szacunek, a raczej tę cześć, jaką zewsząd otaczano wspaniałą posągową postać pani senatorki Grażyny Jelskiej-Szermanowej. Ze wszystkich ludzi, jakich Anna znała, jedynie świętej pamięci jej ojciec, ilekroć przyjeżdżała doń na wakacje, pozwalał sobie na pobłażliwe żarciki o ciotce Grażynie. - I cóż tam porabia Grażynka - zapytywał, mrużąc swoje kochane siwe oczy. - Czy zawsze prosi o przysunięcie maselniczki przy stole takim tonem, jakby była amerykańską Statuą Wolności, która prosi o przysunięcie Grenlandji? Albo zapytywał: - Czy ciotka wciąż chodzi, jak procesja w jednej osobie?... Biedny Szerman. Dlatego pewno umarł, że zmęczył się noszeniem nad Grażynką rodowego parasola Szermanów, który awansował do roli baldachimu. Ojciec Anny nigdy wprawdzie tego nie mówił, ale było wiadome, że miał szwagierce za złe małżeństwo z wujem Szermanem, którego wyraźnie nie lubił, nie omijając żadnej sposobności zrobienia przytyku do jego semickiego pochodzenia. Annę bolało to zawsze. Jeżeli w domu ciotki żywiła do kogoś cieplejsze uczucie, był to właśnie wuj Antoni. Miał sam miękkie serce i był czuły dla całej rodziny, nawet dla ojca Anny. Wzruszał się wszystkiem, chociaż starał się to ukrywać, zwłaszcza przed żoną i przed synową, która umiała być tak niedelikatna, że na troskliwość odpowiadała głośnem narzekaniem na "żydowską czułostkowość". Wogóle w domu tym nie wiele było miejsca dla sentymentów i nie istniała ich potrzeba. Kubuś, ciężki i ospały, pochłonięty lekturą kryminalnych powieści i układaniem pasjansów, jego żona, wpadająca do domu między dancingiem a boiskiem sportowem, a już zwłaszcza sama pani Grażyna - nikt nie oczekiwał, nie pragnął i nie dawał nikomu powodu ani prawa do rozczulania się nad sobą. Na jedną Wandę przychodziły takie okresy, ale ta zawsze była w domu gościem, odkąd zaś wyszła zamąż, na Polnej zjawiała się bardzo rzadko. Od śmierci wuja Antoniego, to jest od czasu, gdy Kubuś musiał zająć się prowadzeniem interesów, mieszkanie bywało przez cały nieraz dzień puste i Anna obawiała się, że nikogo nie zastanie. Drzwi otworzył jej nowy służący, co zresztą nie było dla niej niespodzianką, służba bowiem zmieniała się u ciotki Grażyny bardzo często. - Pani starszej niema w domu - powiedział lokaj, - a pani młodsza bardzo się śpieszy i pewno nie będzie mogła... - Józefie! - rozległ się z daleka głos Żermeny. - Józefie, kto to przyszedł?! - Jak się masz Żermeno - zawołała Anna. - To ja, Anka! - To ty?!... Co ty mówisz! Przyjechałaś?... Jednocześnie z temi słowami Żermena wpadła do przedpokoju. Miała na sobie jaskrawą zieloną pidżamę i siatkę na włosach. Wyglądała wciąż na młodą pannę, chociaż już wtedy, gdy rozwodziła się ze swoim drugim mężem i wychodziła za Kubusia, miała trzydzieści najmniej, a to było przed czterema laty, czyli musi mieć przynajmniej trzydzieści pięć. - Dzieńdobry, droga Anko, ślicznie wyglądasz - ściskała ją, nie wypuszczając z ręki owalnego lustra. - Tylko zanadto przytyłaś! Cóż porabia Karol? Szalenie się śpieszę, wybacz najdroższa, ale Kurbel zaraz zajedzie po mnie... a może już czeka? Nie stoi tam przed bramą takie czerwone torpedo?... Wiesz, ten Kurbel, co wziął na Olimpjadzie drugie miejsce w maratońskim... Chodźże tutaj, nie gniewasz się, że przy tobie będę się ubierała?... Józefie, niech Bronka zaraz przyniesie rurki i żeby nie były za zimne!... Chodź, najdroższa, tutaj. Ubieram się w gabinecie, bo u mnie taki nieład, ach ta służba!... Coprawda i tu wszystko było wywrócone do góry nogami, co zresztą nie zdziwiło Anny. Kiedyś, gdy mieszkała u ciotki, próbowała z tem walczyć, chociaż należałoby zgóry skapitulować, wobec tego, że wszyscy z wyjątkiem samej pani Grażyny zupełnie pozbawieni byli zmysłu do porządku. Tylko w pokojach ciotki, w których nie wolno było grasować nikomu, w sypialni i w salonie, przeznaczonym na herbatki, sesje i posiedzenia, panował zawsze muzealny ład. Żermena, nie krępując się obecnością Anny, zrzuciła pidżamę i kręciła się po pokoju całkiem naga w czerwonych nocnych pantoflach na bardzo wysokich obcasach, dzięki którym jej długie muskularne łydki wyglądały wprost sugestjonująco. Anna wiedziała dobrze, że Żermena umyślnie demonstruje przed nią swoją nagość, potrosze wstydziła się tego (sama za żadne skarby nie potrafiłaby tak się komukolwiek pokazać), a jednak przyglądała się jak urzeczona nieprawdopodobnej smukłości i giętkości tych kształtów! Nie zazdrościła ich Żermenie, gdyż - Boże broń, bez żadnej zarozumiałości - uważała siebie za dostatecznie ładną, a nad kuzynką odczuwała swoją przewagę, przewagę bliżej nieokreśloną, może polegającą na fakcie istnienia Lituni, a może na tem, że w gruncie rzeczy tryb życia Żermeny uważała za bezcelowy i naganny. Ze swej strony Żermena znacznie ostrzej potępiała Annę za jej "mieszczańską solidność" i bez obsłonek wytykała jej to przy lada sposobności. - Marnujesz się w tym Poznaniu - mówiła i teraz, wyginając przed lustrem swoje ciało dziewiętnastoletniej dziewczyny - marnujesz się. Zawsze miałam uprzedzenie do ludzi o rybiem nazwisku. Karol zleszczył cię, zrybił. I ta atmosfera poznańska! Boże!... Świniobicie, o jedenastej całe miasto śpi, nudy piekielne... Nie wiem, ja stałabym się chyba ostrygą, gdyby zmuszono mnie tam mieszkać... Nie znajdujesz, że mi trochę piersi zeszczuplały? - Owszem... A co do Poznania... Właśnie przenoszę się do Warszawy. - To skutek masażu. Co drugi dzień godzina i gimnastyka. Radzę ci, zrób to samo. Aha! Przenosisz się? Do Warszawy?... Brawo! - Znalazłam tu posadę - smutno uśmiechnęła się Anna. - Masz zupełną rację. Puść go w trąbę. Właśnie wczoraj mówiłam o was z mamą. To skandal, żeby Karol nic nie zarabiał. Mama jest zupełnie tego samego zdania. - Ciocia nie lubi Karola i nie zawsze bywa dlań sprawiedliwa. - Ślamazara i tyle. W istocie Anna pocichu sama tak myślała, uważała jednak za konieczne wystąpić w obronie męża, zwłaszcza przed Żermeną. Przecież to nie jego wina, że bankrutują największe przedsiębiorstwa. Był radcą prawnym takiego dużego banku, jak Bank Wielkopolski i prowadził sprawy kilku dominjów. Że bank zlikwidował się, a ziemianie sami nie mają nieraz na wypłatę dla fornali, to wina kryzysu. Karol zaś stara się o nową klientelę, robi, co może. - Nie, nie, moja droga - oponowała Żermena - on należy do gatunku niedorajdów. Znam dobrze ten typ. Przykładów nie potrzebuję daleko szukać. Twój czarujący kuzynek jest jeszcze gorszy. Wprost nie rozumiem siebie, jak mogłam wyjść zamąż za tego ciamajdę! Boże! Już kwadrans po drugiej! Oczywiście pojadę rozczochrana!... Kurbel napewno wścieka się na dole!... Bardzo cię przepraszam!... Z błyskawiczną szybkością dokończyła tualety, nakładając najpierw pończochy, później berecik, kombinezkę, suknię i rękawiczki. Kolejność tych czynności i sposób, w jaki się ubierała sprawiały na Annie wrażenie przykre i żenujące. Chociaż niecierpiała pruderji, w ubieraniu się Żermeny uderzało ją zawsze coś nieskromnego. Nawet całkowicie ubrana wydawała się nagą i jakby tylko przystrojoną. Anna nie robiła jej z tego zarzutu. Znała przecie wiele kobiet, a zwłaszcza młodych panien, wywierających takież wrażenie. Widocznie jej własna na tym punkcie wstydliwość była nienaturalna i chorobliwa. Żermena jeszcze z przedpokoju krzyknęła "dowidzenia" i zatrzasnęła za sobą drzwi. Gdyby nie to, że Anna znała dobrze zwyczaje tego domu, czułaby się skrępowana tem, że zapomniano ją nawet prosić, by się rozgościła. Przedewszystkiem należało porozumieć się telefonicznie z Karolem. Zabrała ze sobą tylko mały neseserek. Na powiadomienie męża o otrzymanej posadzie wystarczyłby list, ale nie mogła się obyć bez bielizny i kilku sukienek. Niestety telefon w mieszkaniu był wyłączony, jak objaśniał służący, już od dwóch dni. Pani starsza ma teraz posiedzenia w senacie i powiedziała, że załatwi to pan Jakób, a pan Jakób wciąż zapomina. Nie było innej rady i trzeba było pójść na pocztę. Na szczęście szybko uzyskała połączenie i zastała Karola w domu. Zdziwił się nowiną bardzo. Oczywiście nie pominął okazji do wyrażenia wątpliwości, czy po upływie miesiąca "Mundus" zatrzyma ją nadal. Rzeczy obiecał wysłać jeszcze dziś, przyjął ucałowania dla siebie i dla Lituni i położył słuchawkę. Dopiero, gdy wychodziła z poczty, uprzytomniła sobie, że mąż wcale się nie zmartwił tem, że nie będą razem. Prędko usprawiedliwiła go jednak. Cóż on, albo oni oboje mogą na to poradzić? Napewno Karol równie przykro, jak i ona będzie odczuwał rozstanie, tylko jemu na pociechę zostanie Litunia. Serce Anny ścisnęło się na wspomnienie tej jasnej buzi i mikroskopijnych rącząt, które kochała ponad wszystko na świecie. To, że musiała rozstać się z Litunią, było jednak koniecznością i to koniecznością dla dobra tego najdroższego maleństwa. Za pieniądze, które mamusia tu zarobi, Litunia będzie miała dobrą fachową freblankę i zdrowe mleko, i kakao, i owoce. Anna teraz silniej niż kiedykolwiek poczuła, że zbliża się do ideału kobiety takiej, która nie jest tylko pociągowem zwierzęciem domowem, lecz współtwórczynią rodziny, narówni z mężczyzną ponoszącą ciężar odpowiedzialności za jej byt, za przygotowanie społeczeństwu nowego pokolenia. Jak pięknie, jak mądrze, jak wzniośle mówiła o tem ciotka Grażyna! Wyglądała wówczas rzeczywiście, jak Statua Wolności! Anna już wtedy wiedziała, że nigdy nie zapomni tej chwili: wielka sala, wypełniona po brzegi tłumem kobiet i posągowa postać siwej spokojnej damy, przemawiającej z estrady swoim metalicznym głosem o kryształowej dykcji, polszczyzną tak piękną, stylem tak marmurowym, jak mógł mówić chyba tylko Ciceron. Wówczas nie była to już ciotka Grażyna, lecz trybun, wódz, Prometeusz, który Annie i tysiącom takich jak Anna kobiet otwierał dostęp do prawdziwej mądrości, prostował drogi i wskazywał cele! - Największem dobrem kobiety jest rodzina. Kobieta dotychczas była biernem jej narzędziem. Czas najwyższy, by świadomie dźwignęła na sobie odpowiedzialność za jej byt moralny i materjalny, by ramię w ramię z mężczyzną podjęła trud służby społecznej, głosząc niezachwianą prawdę trwałej budowy narodu na zdrowych fundamentach rodziny. Jak płomień łaknie tlenu, tak nasze domowe ognisko łaknie tchnienia twego ducha, kobieto, któraś o tyle szczęśliwsza od swoich babek i prababek, że zjawiasz się przy tem ognisku, nie jako posługaczka ani jako zwierzę domowe, które litylko wygrzewa się przy niem i pasorzytuje, lecz jako wolna, świadoma kapłanka, która wnosi tu narówni z mężczyzną dobra swego charakteru, inteligencji, wiedzy i poczucia ważności swej roli, swego posłannictwa! Anna zbierała skrzętnie wszystkie mowy ciotki Grażyny, drukowane w różnych pismach i umiała je prawie napamięć. Wiele jej koleżanek postępowało taksamo, a Anna o tyle od nich była szczęśliwsza, że, ilekroć zachodziła tego potrzeba, mogła zawsze korzystać z osobistych rad i wskazań tej kobiety o niepospolitym umyśle. Jej to obecnie zawdzięczała też swoją posadę, gdyż właśnie dzięki ciotce, rozumiejąc wartość wiedzy ogólnej i praktycznej, mogła skutecznie rywalizować swemi kwalifikacjami z niejednym mężczyzną, a przedewszystkiem umiała stanąć w obronie zagrożonego bytu rodziny i wziąć na swe barki trud jej ratowania własną pracą. Zgóry cieszyła się myślą o pochwale z ust ciotki, zgóry wiedziała, jaką jej sprawi radość, gdy stanie przed nią, ona, żywy przykład owocności tych haseł, które odbudują ludzkość. Nie omyliła się. Gdy wróciła na Polną, pani Grażyna była już w domu. Właśnie podawano do obiadu. Pani Grażyna w salonie zajęta była przeglądaniem grubych maszynopisów. Przywitała Annę z tą czarującą serdecznością, która wprawdzie onieśmielała, lecz jednocześnie dawała pewność przychylnego i łaskawego wysłuchania zwierzeń. - Cieszę się, żeś przyjechała, moje dziecko - pocałowała ją w czoło pani Grażyna - jakże tam w poznańskiem Społecznem Zjednoczeniu Kobiet? - Właśnie jutro mają być wybory i głosowanie nad rezolucją. - To musi być przeprowadzone - zaczęła ostro pani Grażyna - nie wątpię, że potrafisz tego dopilnować. O której wracasz? - Ja nie wracam, ciociu. Rezolucja napewno przejdzie. Pani Hopferowa dopilnuje. Co do mnie zaś... Zostaję w Warszawie. - Jakto? Anna opowiedziała wszystko, tłumacząc się, że nie pisała dotąd o trudnościach pieniężnych Karola, nie chcąc cioci zabierać czasu, że jednak sądzi, iż postąpiła zgodnie z obowiązkiem. Pani Grażyna wysłuchała wszystkiego ze skupioną uwagą, poczem wstała i uściskała siostrzenicę. - Wzruszyłaś mnie, Anko. Zachowałaś się jak kobieta godna tego imienia. Niedaleki już jest czas, kiedy posiew idei da powszechne i obfite plony Chrząknęła i dodała innym tonem: - Swoją drogą, twoje przeniesienie do Warszawy ma jedną złą stronę: poznańskie Zjednoczenie straci jedną z najlepszych członkiń. Czy jesteś zupełnie pewna Hopferowej? - Najzupełniej, ciociu. - To dobrze. Z tych trzech adwokatek, które przeszły nasz kurs instruktorski, ona jest najpracowitsza. Jakże jej się powodzi? Anna wzruszyła ramionami: - Owszem, prowadzi kancelarję i cośniecoś zarabia. W każdym razie, jak na dzisiejsze ciężkie czasy możliwie. Zato Pela stoi świetnie, bo otrzymała radcostwo prawne w magistracie przez protekcję posła Czerwińskiego. Kuszlówna potrochu biedę klepie, ale jakoś żyje. Pani Grażyna zapatrzyła się w jeden punkt i powiedziała: - I właśnie taką kobietę, jak Pela, rzucił mąż. Tak moje dziecko, mężczyźni pod wieloma względami stoją znacznie niżej od nas. Choćby twój Karol... Anna próbowała bronić męża, lecz w duchu musiała godzić się z potępiającym osądem. Pani Grażyna nie żałowała słów surowych, które nabierały posmaku nagany skierowanej do Anny, jakby za to, że została żoną takiego człowieka. Wejście służącego przerwało ich rozmowę. Zameldował przybycie pani Markiewiczowej. - Proś - odpowiedziała mu pani Grażyna i zwracając się do Anny, dodała: - zaprosiłam tę osobę na obiad. Anna znała panią Markiewiczową z widzenia od lat wielu. Każdy, kto bodaj raz jeden wpadł na pół czarnej do cukierni "Mazowieckiej", musiał zapamiętać kwadratową postać jej właścicielki, czuwającej i czujnej od świtu do późnej nocy, wszechobecnej i wszystkowidzącej. Dla Markiewiczowej zaproszenie na obiad do osobistości tak znakomitej, jak senatorka Jelska-Szermanowa, prezeska i protektorka wielu towarzystw, dama przyjmowana w najwyższych sferach - było zaszczytem godnym czarnej aksamitnej sukni i sobolowej etoli oraz kilku większych brylantów. Wszystko to niezbyt dekoracyjnie na niej wyglądało, lecz Anna wiedziała, że Markiewiczowa istotnie jest dzielnym człowiekiem, a to przecie najważniejsze. W chwili, gdy otwierała swą cukiernię, na ulicy Mokotowskiej było sześć przedsiębiorstw tego typu, a obecnie została jedynie "Mazowiecka", jedynie ona przetrwała kryzys. Po krótkich powitaniach na ten właśnie temat schodziła rozmowa, gdy poproszono do stołu, a raczej zjawił się Kubuś i oświadczył, że jest głodny i że "jeżeli mama każe dłużej czekać, to lepiej pójść do restauracji". Tak był tem przejęty, że zapomniał przywitać się z Anną. - Kuba - zawołała nań - nie poznajesz mnie, czy wogóle znać nie chcesz? - Ach, to ty! Przepraszam cię, Anko. To byczo, żeś przyjechała!... Pocałował ją w rękę, przyczem zauważyła, że jest nieogolony i ma brudne paznokcie. W jego kamizelce brakowało dwuch guzików, a krawat miał zawiązany krzywo. Nic się nie zmienił, zawsze był nieporządny, a nikt nie dbał o jego wygląd i nikt nie miał czasu, by się tem zająć. Przy obiedzie wynikła przykra awantura. Kubuś na jednym tylko punkcie był czuły: lubił jeść dużo i dobrze. Na nieszczęście obiad w dniu tym wyjątkowo się nie udał. Panie zajęte rozmową nie zwróciły uwagi na pomruki niezadowolenia, jakie wydawał z siebie Kuba, zawzięcie jedząc przydymioną zupę, gdy jednak podano baraninę, której nie lubił, a ta nadodatek okazała się łykowata - z hałasem odsunął krzesło i wstał od stołu: - Ja dziękuję za taki obiad! To jest szykana, nie obiad. Ja bardzo panie przepraszam, ale wolę iść do pierwszej lepszej garkuchni! - Jakóbie! - wyniośle upomniała go matka. - Ja przepraszam - wyrzucił z siebie - człowiek nie poto cały dzień pracuje, jak koń... Dowidzenia! Przez chwil kilka do jadalni, w której zapanowało milczenie, dolatywały hałaśliwe kroki i trzaskanie drzwiami, przyczem frontowe odezwały się na zakończenie najgłośniej. - Wybaczy pani zachowanie się mego syna - odezwała się wreszcie pani Grażyna. - Nerwowy jest - pobłażliwie uśmiechnęła się Markiewiczowa - mężczyźni to tylko, proszę pani senatorki, żeby dobrze zjeść... - Rzeczywiście obiad się nie udał - wzruszyła ramionami pani Grażyna - zechce pani darować. - Ale co tam, dobry jest. Gdzie pani senatorka bierze mięso? Bo jeżeli u tego na Śniadeckiej co to w domu Rajchmana, to nie radziłabym. I drożej bierze i zawsze gorszy gatunek wkręci, bo to służbie zaufać nie można. Każda u rzeźnika ma swój procent, to i bierze byle co. Taksamo co do włoszczyzny. Jeżeli pani senatorka chce mieć wszystko akurat, radziłabym na Koszykach brać. U Marcinowej, zaraz trzecie miejsce od wejścia, ale nie z prawej strony. Waga uczciwa, a jak pani senatorka raz, drugi sama zajrzy, to i coś dołożyć gotowa, kobieta dba o klientelę, żeby nie byle kto. Sama u niej od czternastu lat biorę. Pani Grażyna odpowiedziała wymijającą uwagą, Anna zaś pochyliła głowę, by ukryć uśmiech: ta poczciwa Markiewiczowa widocznie wyobraża sobie, że taka działaczka, która ma jedno posiedzenie za drugiem, akademje, odczyty, narady polityczne, wizytacje wielu instytucyj, któremi się opiekuje, że taka kobieta ma czas na zajmowanie się jakiemiś warzywami, mięsem i wogóle pospolitemi sprawami domowemi. Gdyby Markiewiczowa musiała przeczytać codzień tyle dzienników, tak, niechby tylko zwykłą lekturę ciotki Grażyny odrobiła, jużby nie mogła znaleźć czasu na gospodarstwo. Coprawda prowadzenie takiej cukierni, to też nie byle co... - A syn pani senatorki - zapytała Markiewiczowa - ma dużo pewno roboty? Taki interes, jak fabryka czekolady, i to taka fabryka, to nie żarty. I tak pracy na jednego człowieka wystarczy. Sama nie dziwię się, że pan Jakób, jak słyszałam, podobno sprzedaje przędzalnię. Trudno rozerwać się na dwie części... Zarówno pani Grażyna, jak i Anna szeroko otworzyły oczy: - Jakto sprzedaje, nic o tem nie wiem?! - odezwała się pani Grażyna, usiłując zamaskować przerażenie. Markiewiczowa flegmatycznie polowała właśnie na ostatnią czereśnię w kompocie, a widząc, że bez naganki nie da rady, dyskretnie pomogła sobie z dystynkcją małym palcem lewej ręki, wypluła pestkę i powiedziała: - Obija się człowiekowi to i owo o uszy. Czasem prawda, czasem plotka. Ale z przędzalnią to chyba prawda, bo tam już i nadzór sądowy zrobili. Wiadomo - kryzys. A że pan Jakób nie fachowiec... Długi podobno zawielkie... Fachowiec toby jeszcze może dał radę... Pani Grażyna zacięła wargi i Anna, chociaż nie odważyłaby się nigdy wpatrywać się w jej rysy, by odkryć myśli, kłębiące się pod tem olimpijskiem czołem, wiedziała i tak, jak bardzo myśli te muszą być bolesne. Kubuś od dziecka był zmartwieniem pani Grażyny. Przez gimnazjum przeszedł z najwyższym trudem, popychany przez roje korepetytorów i przez ojca, który, już będąc ciężko chory, godzinami siedział nad nim, by dobić do matury. Po dwukrotnem "obcięciu się" Kubuś wreszcie zdał, lecz o ukończeniu jakiegoś wyższego zakładu naukowego nie było co marzyć. Kilka lat, spędzonych bezowocnie w Uniwersytecie, Politechnice i w paryskiej Sorbonie, przekonały o tem całą rodzinę, nie wyłączając samego Kubusia. Dalsze lata idealnego próżnowania minęły na czytaniu kryminalnych powieści, układaniu pasjansów i przelotnych, a niezbyt wybrednych romansikach, aż matka uplanowała ożenić go z kobietą ambitną, kulturalną i przedewszystkiem energiczną, która miała stać się dlań ratunkiem. A że właśnie Żermena, w owym czasie sekretarka sekcji zabawowej Społecznego Zjednoczenia Kobiet, posiadała w wysokim stopniu potrzebne walory, Kubusiowi zaś podobała się bardzo, ją wybrała pani Grażyna. Rzecz tem łatwiej doszła do skutku, że Jerminowicz, pierwszy mąż Żermeny, zaplątał się podówczas w jakieś dość ciemne sprawy finansowe i nie mógł jej odmówić rozwodu. Anna zresztą nie znała dokładnie całej tej historji, wypytywać nie lubiła, a plotkom wierzyć nie chciała. Widziała tylko jedno: Żermena jako lekarstwo niewiele pomogła. Wiadomość przyniesiona przez Markiewiczową potwierdziła to aż nazbyt dobitnie. Sposób, w jaki ta prosta kobieta mówiła o Kubusiu, zawierał wyraźne potępienie i Anna odczuła przykrość, jaką sprawia to pani Grażynie. Chcąc też zmienić temat rozmowy, zaczęła opowiadać o skutkach kryzysu w Poznańskiem, gdzie chwieją się najpoważniejsze firmy, taksamo jak i w Warszawie. Przy tej sposobności ciotka przypomniała sobie, że Anna ma zamieszkać w Warszawie i zaproponowała dawny jej pokój panieński. Po obiedzie starsze panie udały się do salonu na konferencję, Anna zaś przy pomocy pokojówki zabrała się do uporządkowania przeznaczonego dla niej pokoju, z którym tyle wspomnień się wiązało i gdzie spędziła swoje może najradośniejsze lata. Gdy została sama wśród tych czterech ścian, pokrytych błękitną matową tapetą, wśród białych mebelków, ustawionych w cokolwiek pretensjonalny sposób tak, jak dawniej, wydało się jej nagle, że oto nic się nie zmieniło, że całe jej małżeństwo, Karol, Poznań, a nawet Litunia, to tylko coś przelotnego, jakiś sen, który minął, i że oto za chwilę trzeba będzie ubrać się i lecieć na wykład, a nie zapomnieć indeksu, bo poczciwy Siankosio obiecał podpisać... Zaśmiała się głośno, by przywołać siebie do rzeczywistości, która nagle wydała się jej czemś niespodziewanem, zaskakującem tysiącami obcych i obojętnych spraw, warunków, pozycyj, - która wydała się czemś krzywdzącem, dokuczliwem i pustem razem z Karolem, razem z... Przez myśl jej przebiegł prąd ostrej refleksji: jak mogła pozwolić sobie na takie bluźnierstwo! I wogóle co za dziecinada, to gubienie się w poszukiwaniu swojej rzeczywistości, swego miejsca na świecie gdzieś w przeszłości, czy w przyszłości, skoro to miejsce wyznaczone jest dokładnie mapą, planem ulic Warszawy i czterema błękitnemi ścianami pokoju na pierwszem piętrze, wyznaczone czarną cyfrą daty na kalendarzu i złotą wskazówką na zegarku. Rzeczywistością jest to, że jutro rozpoczyna pracę w Towarzystwie Mundus, że trzeba napisać obszerny list do Karola i rozmówić się z ciocią Grażyną co do kwoty, jaką musi jej zwracać miesięcznie za mieszkanie i utrzymanie. Wiedziała wprawdzie, że ciotka zaoponuje przeciw takiemu postawieniu sprawy, lecz ustąpi rozumiejąc, że Anna wprost nie potrafi zostać zadarmo. Odziedziczyła to po ojcu, który swoje rzadkie rozmowy z córką stale szpikował kilkoma sakramentalnemi zasadami, a wśród tych jedno z naczelnych miejsc zajmowała zasada nie przyjmowania niczego zadarmo. Sam jej tak przestrzegał, że żyjąc wśród ludzi kierujących się wręcz odmiennemi poglądami, umarł nie zostawiwszy córce ani grosza długu, lecz również ani grosza majątku. Na przyjmowanie czegokolwiek od ciotki, zwłaszcza teraz, gdy interesy Szermanów stały znacznie gorzej, nie zgodziłaby się za żadne skarby. Zresztą jest człowiekiem samodzielnym, zarabia na siebie dość, a będzie po miesiącu próby zarabiała jeszcze więcej i niema żadnej racji do brania jałmużny. Argumenty te miała sposobność wytoczyć przed ciotką dopiero późnym wieczorem, gdy pani Grażyna wróciła z posiedzenia i była zbyt zmęczona, by podejmować spór. Zgodziła się przyjmować od Anny sto dwadzieścia złotych za utrzymanie, pokój i tak stał pusty, więc nie mogła go wciągnąć do rachunku. Natomiast już przy rozstaniu przed udaniem się na spoczynek wystąpiła z pretensjami: dlaczego Anna szukając posady w Warszawie, nie zwróciła się do niej, ani do Kubusia,tylko do ludzi obcych? - Ależ ciociu - broniła się Anna - ja starałam się o posadę w poznańskiej filji Mundusu, a tutaj otrzymałam ją niespodziewanie dla siebie samej. Pozatem wiem dobrze, jak trudno jest teraz we wszystkich przedsiębiorstwach i nie chciałam się narzucać. Nie powiedziała tego, co myślała. Już kiedyś, gdy Karol bąknął coś na temat fabryk, w których jej kuzyn, Jakób Szerman ma większość udziałów, a zatem wpływ decydujący przy obsadzie personelu, powiedziała mu, że mogłaby u Kuby dostać albo przynoszącą grosze posadkę urzędniczki, albo synekurę. Pierwsze byłoby równie nie do przyjęcia, jak i drugie. Inna rzecz w Mundusie. Tu dano jej nie posadę, lecz stanowisko, na którem będzie mogła wykazać swoją pożyteczność dla firmy. Nie miała wprawdzie zbyt wygórowanego mniemania o swoich zdolnościach i, jeżeli nie spała przez całą prawie noc, to głównie dlatego, że niepokoiła się, czy potrafi szybko zaznajomić się z nową pracą, czy da sobie radę, lecz nie wątpiła, że będzie pilną, pracowitą kierowniczką działu, którego zakres nie był przecie jej obcy. Przyszła nazajutrz do biura bardzo wcześnie. Interesantów jeszcze nie było, przez otwarte górne okna sali wlewało się świeże powietrze ranka i świeży nie męczący hałas ulicy. Wewnątrz oszklony kontuar biegnący dokoła sali lśnił wypoliturowanem jasnem drzewem i połyskami grubych, idealnie przeźroczystych tafli szkła. Za nim tu i ówdzie stały niewielkie grupki urzędniczek, rozmawiających wesoło. Większość z nich była już w granatowych kitlach biurowych, spod których wyglądały śnieżnobiałe kołnierzyki bluzek. Nie znała żadnej z nich, lecz czuła do wszystkich jakiś świeży i jasny przypływ życzliwości, jak kiedyś do koleżanek w gimnazjum. Do boksu przeznaczonego dla niej przechodziło się lewą stroną wzdłuż okienek działu turystycznego. Anna zauważyła, że wszyscy przyglądają się jej z zaciekawieniem i wzrokiem badawczym. Widocznie wiadomość o zaangażowaniu jej rozeszła się już w biurze. Komitkiewicza jeszcze nie było. Zdjęła kapelusz i zaczęła przeglądać prospekty wycieczek organizowanych przez Mundus. Było tego bardzo dużo: czterodniowa do Wiednia, dwutygodniowa do Rumunji, week end w Białowieży... - Witam panią - w otwartych drzwiach stał Komitkiewicz, uśmiechnięty i jeszcze bardziej elegancki, niż wczoraj, w białych spodniach i w marynarce koloru śmietanki - mamy dziś śliczny dzień. Z pani wczesny ptaszek. Witam panią... Czy nie zaglądał tu pan Minz? - Nie, jestem tu coprawda od kilku minut... - To świetnie. Dyrektor będzie do pani zaglądał często, a dziś ma przyjść specjalnie, gdyż osobiście pragnie przedstawić pani personel. - Może... może to jest niepotrzebne - uśmiechnęła się niezdecydowanie. - Konieczne, proszę pani. - Jeżeli próba nie powiedzie się... Pan przecie wie, że przyjęta zostałam na próbny miesiąc? Komitkiewicz zrobił nieokreślony ruch ręką, który równie dobrze mógł oznaczać jego przeświadczenie o zbędności próby, jak i to, że go w gruncie rzeczy Mundus już nic nie obchodzi. Otworzył swoje biurko, szafę, położył przy kałamarzu zegarek i odniechcenia zapytał: - Ciekaw jestem, jakie warunki zaproponowano pani? Proszę mi wierzyć, że zatrzymam to przy sobie. Zresztą, jeżeli pani woli nie mówić... - Ależ owszem, nie widzę powodów do robienia z tego tajemnicy: trzysta pięćdziesiąt złotych. - I pani się zgodziła? - zapytał zdziwiony. - Na czas próby. - To i tak bardzo mało. Widzi pani, ja nie mam żadnych szczególnych obowiązków lojalności wobec pana Minza, pozatem nie uważam, by prawda miała być sprzeczna z etyką ustępującego pracownika... Ja otrzymywałem tysiąc dwieście, zrezygnowałem zaś z posady, gdy zaproponowano mi obniżkę do ośmiuset. Myślę zatem, że ośmset powinno być tem minimum, na które pani może się zgodzić. Mówię to dlatego, że praca ta jest bez kwestji warta przynajmniej tyle. Nie patrzył na nią, wyraźnie unikając jej spojrzenia, była jednak pewna, że mówi to nie przez niechęć do firmy i że mówi szczerze. - Bardzo panu dziękuję - powiedziała poprostu - i naprawdę niewypowiedzianie mi przykro, że... zajmuję jego miejsce. - Och, ja i tak musiałem ustąpić. Mam budżet, który nie da się zmieścić w ośmiuset złotych... Rozkładając papiery i teczki z korespondencją, zaczął mówić o sobie. Ma liczną rodzinę, brata inwalidę, teścia, żonę, dwuch chłopców w gimnazjum i trzeciego w domu, a przytem choruje na ambicję utrzymania mniejwięcej kulturalnego trybu życia. W ramach tysiąca miesięcznie wszystko to może dałoby się jeszcze zmieścić. Obecnie mógłby wprawdzie otrzymać znacznie więcej na Śląsku, ale zgodzi się na to tylko w ostateczności, gdyż musiałby rozstać się z rodziną, a tego za wszelką cenę pragnąłby uniknąć. Może jeszcze znajdzie się coś odpowiedniego w Warszawie. - A żona pańska nie pracuje? - zapytała Anna. - Żona?... O tak. Dużo pracuje. Prowadzenie domu i wychowywanie dzieci to przecie ciężka praca. Powiedział to z naciskiem i takim tonem, jakby oczekiwał opozycji. Anna jednak nic nie odpowiedziała. Zresztą w tejże niemal chwili otworzyły się drzwi i wszedł dyrektor Minz. Przywitał się i powiedział: - Proszę panią, przedstawię jej pracowników. Wyszli z boksu. Przy każdem biurku Minz zatrzymywał się i wymieniając nazwisko pracownika, mówił: - Pani Leszczowa obejmuje kierownictwo tego działu. Proszę teraz poinformować ją o rodzaju swoich tu obowiązków. Były to przeważnie młode panny i mężatki, jeden starszy mężczyzna z potężną łysiną i dwaj młodzi. Na Annę wszyscy patrzyli z odrobiną ukrywanej niechęci.Widocznie żałowali Komitkiewicza. Wśród pracowniczek Annie bardzo się podobała panna Kostanecka, śliczna blondyneczka o słodkich niebieskich oczach i ujmujących manjerach. Zauważyła ją już wczoraj i słyszała, że wołano nań zabawnem imieniem "Buba". Panna Buba, jak się obecnie okazało, zajmowała się przyjmowaniem zapisów na wycieczki krajowe. Po prezentacji Minz wrócił do siebie, a Komitkiewicz zaczął zaznajamiać Annę z treścią i techniką roboty. Mówił tak zwięźle, tak przejrzyście i tak inteligentnie, że rozumiała wszystko i odrazu orjentowała się w każdej kwestji. W tym czasie raz po raz ktoś wpadał do boksu: chodziło o rozstrzygnięcie, o decyzję, o wskazówkę czy podpis i Komitkiewicz przy każdej takiej sprawie tłumaczył Annie, na czem to polega i dlaczego należy postąpić tak, a nie inaczej.

RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.