W poczekalni był tłok. Nie spodziewała się tego i teraz
wolałaby zaraz stąd się wycofać, nie czekając na swoją kolejkę. I
tak było to beznadziejne. Już z obojętnego wyrazu twarzy woźnego,
sprawdzającego datę wezwania, już z jego lekceważącego kiwnięcia,
którem wskazał jej wolne krzesło, wróżyła sobie najgorzej. Jeżeli
wszyscy ci panowie również ubiegają się o posadę, lepiej odrazu
machnąć ręką na te kilkadziesiąt złotych, wydanych na bilet
kolejowy i wracać do Poznania. Uspokoiła się dopiero po dłuższej chwili. Ostatecznie
trzeba próbować szczęścia. A nuż wywoła szczególnie dobre wrażenie?
Zresztą i przygotowanie ma napewno nie gorsze od większości tych
panów. Zaczęła się im przyglądać. Przeważnie byli to ludzie starsi
o nienagannej powierzchowności i przyzwoitym sposobie bycia. W ich
spojrzeniach, któremi oceniali ją jako kobietę i jako
współzawodniczkę, nie dostrzegała ani zachwytu ani obawy. Widocznie
nie brali jej współzawodnictwa w rachubę, a zbyt byli pochłonięci
oczekiwanem posłuchaniem u dyrektora, by zwrócić więcej uwagi na
jej urodę, wdzięk i nowy, cudownie skrojony wspaniały kostjum, w
którym przecie wyglądała świetnie. W kącie pod oknem siedziała jeszcze jedna kobieta, starsza
już i źle ubrana, a naprzeciw druga, przesadnie wymalowana i wciąż
uśmiechająca się niedorzecznie. Wzdłuż lewej ściany przechadzał się wysoki, szczupły
brunet w granatowem ubraniu. Ilekroć otwierały się drzwi i woźny
ospale wymieniał czyjeś nazwisko, brunet zatrzymywał się i wtedy
dopiero jego rysy zdradzały niepokój i podniecenie, które ledwie
dawały się dostrzec w nierównym i twardym kroku. Miał duże ciemne
oczy i bardzo ładne ręce. W jego sposobie trzymania się było coś,
co przypominało jej męża. Tylko Karol był niższy i bardziej
ociężały. Właśnie ta ociężałość najwięcej mu w życiu psuła.
Poprostu wątpił o celowości każdego wysiłku zanim zdobył się na
postanowienie. Gdy w odpowiedzi na swe podanie otrzymała wezwanie
do stawienia się w "Mundusie", wzruszył ramionami. Może zresztą i
nie bez słuszności. Brunet stawał często przed wielobarwnemi plakatami,
któremi bez reszty pokryte były ściany i idąc za jego wzrokiem
bezmyślnie odczytywała jaskrawe napisy, zachwalające w słodkich
wyrazach urok Dalmacji,fjordów, Biarritz, Kairu, Andaluzji,
Wenecji, Alp, Tatr, Karpat, jezior szkockich i augustowskich,
palmowych gajów Maroka i rozlewisk czarnomorskich. Tak łatwo to
wszystko zobaczyć! Zobaczyć za tanie pieniądze.Oto podróż z Triestu
do Algeru kosztuje na wspaniałym okręcie tylko dwanaście dolarów, a
przelot olbrzymim płatowcem z Berlina do Wenecji tylko dziesięć. W
hotelu "Majestic" apartament z łazienką wynosi zaledwie
osiemdziesiąt franków dziennie. I niema żadnych kłopotów: wszystko
można załatwić, przygotować, uplanować i opłacić już tu, na
miejscu, w "światowem biurze podróży Mundus". Otworzyły się drzwi i woźny powiedział: - Pani Anna Leszczowa! Zerwała się, obciągnęła kostjum i zaciskając szczęki
przeszła przez pokój, czując na sobie niechętne spojrzenia. Z
poczekalni wchodziło się do małego pokoiku, gdzie pracowały dwie
maszynistki, a stąd do dużego gabinetu. Przy wielkiem amerykańskiem
biurku siedział zażywny starszy pan, inżynier Minz, naczelny
dyrektor Towarzystwa Mundus. Ciężko podniósł się i podając rękę,
zapytał z pewnem zdziwieniem: - Czy to pani? - Anna Leszczowa - zapewniła go. Podniósł wysoko brwi: - Ileż pani ma lat, proszę darować niedyskretne pytanie? - Niema w tem żadnej niedyskrecji - uśmiechnęła się - mam
dwadzieścia osiem. Mruknął coś pod nosem i wskazał jej krzesło. Przed nim
zobaczyła rozłożone odpisy swoich świadectw i dyplomów. - Czy pani całkiem biegle włada angielskim i francuskim
także i w piśmie? - zapytał dyrektor Minz. - Zupełnie biegle, proszę pana. Pozwoliłam sobie załączyć
dyplom szkoły języków obcych... - Tak, tak... hm... Zna pani zatem równie dobrze
niemiecki, włoski i rosyjski?... - Tak jest, panie dyrektorze. - Nadto ma pani... zaraz, zaraz... Wynotowałem to sobie...
Otóż: doktorat prawa Uniwersytetu Warszawskiego, ukończoną Szkołę
Nauk Politycznych, Wyższe Kursy Handlowe, Kursy stenografji i
pisania na maszynie, Liceum gospodarstwa wiejskiego... Uff, to
zdaje się już wszystko! Kiedy pani, na miły Bóg, zdążyła zrobić
tyle tego!? I do licha poco? Pytam poco?... Przecie pani nie może
połowy, ba, dziesiątej części zapamiętać tego, czego się pani
nauczyła! - Myli się pan - odpowiedziała chłodno. - Wszystko
pamiętam doskonale. Spojrzał na nią z pod krzaczastych brwi i poprawił się w
fotelu: - Niech się pani na mnie nie gniewa - powiedział
pojednawczo. - Zbyt często mam do czynienia z kandydatkami na
posady. Wszystkie mają potworne ilości dyplomów i nic nie umieją.
Majątek wydały na kształcenie się w najzbędniejszych kierunkach. To
choroba naszego wieku. Nie odpowiadałbym też na pani ofertę, gdyby
nie to, że jej świadectwa pracy są wyjątkowo dobre, no i że zna
pani technikę roboty w biurach podróży. Czy bardzo pani zależy na
otrzymaniu posady? - Bardzo, panie dyrektorze. - Pani jest żoną adwokata? - Tak. Ale mój mąż niestety bardzo mało zarabia -
odpowiedziała cicho i spuściła oczy, gdyż bała się, by z jej wzroku
nie wyczytał prawdy. Przecież Karol nie zarabia nic. Od szeregu
miesięcy nie przyniósł do domu ani grosza. Gdyby nie zapomoga z
Zakładu Ubezpieczeń Pracowników Umysłowych, którą otrzymywała od
czasu redukcji w Ajencji Turystycznej, nie mieliby na
najkonieczniejsze wydatki, nawet na mleko dla Lituni. - Mieszka pani stale w Poznaniu? - zapytał Minz. - Tak, panie dyrektorze. Dosłownie o sto kroków od filji
"Mundusu". - To jest do niczego. Nie mogę powierzyć pani kierownictwa
tej filji... - Ja przyjmę każde warunki - przerwała z pośpiechem. - Nie - potrząsnął głową, - narazie nie mogę tego zrobić.
To jest wykluczone. Stanowisko trzeba byłoby objąć natychmiast, ja
zaś zbyt mało wiem o pani zdolnościach. Przygryzła wargi i pomyślała, że sceptycyzm Karola był
uzasadniony. Dyrektor Minz bębnił grubemi palcami po papierze.
Palce były żółte od papierosów, biurko zasypane popiołem, a
powietrze pełne dymu. Zaczął wypytywać ją o różne rzeczy nie tylko
mające związek z jej znajomością przedmiotu. Zorjentowała się, że
dyrektor egzaminuje ją. Po pół godzinie była tem już zupełnie
zmęczona, gdy powtórzył: - Nie mogę powierzyć pani kierownictwa poznańskiej
filji... - chrząknął i dodał: - Ale miałbym dla pani coś innego.
Trudnością jest to, że musiałaby pani zamieszkać w Warszawie...
Ustępuje właśnie kierownik działu turystycznego naszej centrali.
Stanowisko to jest nawet lepsze od dyrekcji filji... hm... Możnaby
zrobić miesięczną próbę. Ale skoro pani mieszka w Poznaniu... Serce zabiło jej mocno. - To nic, panie dyrektorze, mogłabym... to jest moglibyśmy
się przenieść do Warszawy. - Nie zrobi to pani różnicy? - Żadnej, panie dyrektorze - zapewniła stanowczo, chociaż
odrazu zdała sobie sprawę z tego, że jest wprost przeciwnie. Karol nie będzie mógł opuścić Poznania, póki żyje jego
ojciec, wymagający nieustannej opieki. Pozatem adwokatowi nie tak
łatwo przenieść się do innej apelacji, zwłaszcza do stołecznej.
Zresztą tam mają bezpłatne mieszkanie w willi ojca i ogród tak
konieczny dla Lituni. Musiałaby przenieść się sama i zamieszkać u
ciotki Grażyny. Ostatecznie Poznań nie jest tak daleko... Zresztą,
czyż ma tutaj wybór?... Powinna z pocałowaniem ręki przyjąć
propozycję. - Kwalifikacje pani - mówił dyrektor - wydają się
wystarczające. Jest pani dostatecznie obeznana z branżą. Próba
jednak jest konieczna. To moja zasada. Dziś mamy czternastego maja.
Od jutra mogłaby pani rozpocząć pracę, co tembardziej byłoby
wskazane, że pan Komitkiewicz, dotychczasowy kierownik działu
turystycznego, za dwa tygodnie wyjeżdża. Zatem miałby czas zapoznać
panią z bieżącą robotą. Jak pani wyobraża sobie wysokość pensji? - Ja nie wiem - uśmiechnęła się. - W swojej ofercie pisze pani, że zgodzi się na każde
warunki. Nie zamierzam pani wyzyskiwać, ale czasy są ciężkie, ruch
w interesie mały, podatki kolosalne. Na próbny miesiąc otrzyma pani
trzysta pięćdziesiąt złotych, a później pogadamy. Zgoda? W myśli obliczyła, że przy pewnej oszczędności będzie
mogła u ciotki otrzymać pokój i utrzymanie za jakieś sto
pięćdziesiąt, niech nawet sto siedemdziesiąt złotych. Trzydzieści
powinno wystarczyć na drobne wydatki. Karolowi będzie wysyłała sto
pięćdziesiąt. To zawsze coś. - Zgoda, panie dyrektorze. - No, to świetnie. Nacisnął guzik dzwonka i rzucił woźnemu: - Pana Komitkiewicza! Gdy woźny wyszedł, dyrektor Minz wydobył z szuflady stos
prospektów i rozkładając je przed Anną zaczął objaśniać, na czem
będą polegały jej obowiązki. Słuchała uważnie, chociaż przedmiot
znała nawylot. W Ajencji Turystycznej wprawdzie nie załatwiała tych
rzeczy samodzielnie, lecz do dziś dnia umiała napamięć adresy
różnych zagranicznych przedsiębiorstw podobnego rodzaju, wiedziała
jak się organizuje wycieczki zbiorowe, jak oblicza się koszty i
prowadzi się korespondencję. W tem, co mówił dyrektor Minz,
przestraszała ją tylko osobista odpowiedzialność za każde
postanowione przedsięwzięcie. Pozatem była przekonana, że z
łatwością da sobie radę. Wkrótce zjawił się Komitkiewicz, przystojny, rudawy
blondyn, pachnący "loriganem" i ubrany z wyszukaną elegancją.
Widocznie domyślał się z kim ma do czynienia, gdyż przedstawił się
Annie z koleżeńską swobodą. Wysłuchawszy krótkiego polecenia szefa,
zapytał układnie: - Czy chciałaby pani zaraz obejrzeć dział? - Jeżeli to jest możliwe... - powiedziała niezdecydowanie,
zwracając się do Minza. - Owszem, owszem - kiwnął głową. - Oczywiście. Takie
spojrzenie z lotu ptaka... Hm... a jutro prosiłbym panią przyjść od
rana. Nasze godziny biurowe są od dziewiątej do drugiej i od
czwartej do siódmej. Obowiązuje to cały wyższy personel. Dowidzenia
pani. Wstał i podał jej rękę. - Służę pani - szarmancko otworzył drzwi Komitkiewicz. Znowu przeszli przez pokoik, gdzie siedziały dwie
maszynistki i przez poczekalnię. Tutaj sam fakt przeprowadzenia jej
przez urzędnika wywołał sensację. Z zaniepokojonych spojrzeń
poznała, że wszyscy się domyślali, iż została zaangażowana. Brunet
w granatowem ubraniu raptownie odwrócił się od czytanego po raz
setny plakatu i obrzucił ją jakimś niedobrym wzrokiem. Zbyt była przejęta biegiem zdarzeń, by móc zdawać sobie
dokładnie sprawę ze swego stanu wewnętrznego, a przecież
natychmiast stłumiła automatyczny uśmiech i przyśpieszyła kroku. - Jakie to szczęście - myślała - że właśnie ja, że właśnie
ja. Cóż mogę na to poradzić, że dla wszystkich niema miejsca? - Tędy pani będzie łaskawa - wprowadził ją Komitkiewicz do
wielkiej sali, urządzonej, jak hale bankowe. Sala o bardzo wysokim suficie pełna była różnorodnych
hałasów. Terkot arytmometrów, stemplarek, maszyn adresowych i
maszyn do pisania, dzwonki telefonów i trzask liczydeł mieszały się
z jednostajnym szurgotem nóg, monotonnem huczeniem setek głosów i
głuchym turkotem kołowrotu drzwi, znajdujących się w nieustannym
ruchu. W powietrzu pachniało drukarską farbą i wagonem kolejowym.
Wzdłuż oszklonego kontuaru, biegnącego wokół sali, gęsto ustawione
były biurka, z tamtej strony przy okienkach stały grupki
interesantów, gdzieniegdzie wyciągając się w dłuższe ogonki. - Ależ to ogrom! - powiedziała z podziwem i odrobiną
strachu. Komitkiewicz jednak nie dosłyszał jej okrzyku. Szli wąskim
chodnikiem, aż otworzył przed nią drzwi oszklonego boksu: - Oto gabinet dotychczas mój, a obecnie pani - powiedział
z niezmienną uprzejmością. - Proszę bardzo. Mała oszklona klitka, przeźroczysty kiosk, a wewnątrz dwa
obszerne biurka, szafa i kilka krzeseł. - Pan opuszcza firmę? - zapytała stojąc i bezradnie
rozglądając się dokoła. Zaśmiał się i przysunął jej krzesło. - Niezupełnie, proszę pani, ale coś w tym rodzaju: raczej
zostaję "opuszczony". Zrobiło się jej przykro. - Z tego, jak wyrażał się o panu pan dyrektor - odezwała
się nieśmiało - odniosłam wrażenie, że bardzo pana ceni... - Prawdopodobnie tak jest w rzeczywistości - kiwnął głową,
- jednak kwota, jaką przeznacza dla zadokumentowania tej oceny, nie
pokrywa mego budżetu... Niech mnie pani źle nie zrozumie.
Bynajmniej nie robię z tego zarzutu panu Minzowi. Zresztą wszystkie
pensje zostały zredukowane... Nie każdy jednak mógł na to się
zgodzić. - To takie przykre - westchnęła. - Tsss!... - przyłożył do ust palec z komiczną miną. - Tu
w gabinecie szefa działu turystycznego, w gabinecie maitre'a de
plaisir, słowo przykrość jest wykreślone raz na zawsze. Zaczął objaśniać ją co do rozmieszczenia poszczególnych
działów. Tu z prawej i z lewej turystyczny, dalej kasy biletowe, za
niemi informacje, biuro zamawiań, dział paszportów i wiz,
reklamacje i kantor wymiany. Naprzeciw, po drugiej stronie, bilety
lotnicze, morskie, dział bagażowy, wynajem autocarów i samochodów
oraz budki telefoniczne. W kiosku przy drzwiach głównych mieści się
agencja wynajmu letnisk. - Ogółem zatrudniamy tu w centrali sześćdziesiąt osób.
Przeciętna frekwencja publiczności dochodzi do pięciuset osób
dziennie. Roboty więc pani nie zbraknie, zważywszy, że pani dział
jest największy i najrentowniejszy. Jutro przedstawię pani jej
podwładnych i będę miał przyjemność rozpocząć zaznajamianie swojej
następczyni z robotą. Czy pani nic nie ma przeciw temu? Podziękowała mu jak umiała najserdeczniej, obiecując
sobie, że wywdzięczy się za jego uprzejmość całą życzliwością. Gdy znalazła się na ulicy, ogarnęła ją jakaś wprost
dziecinna radość. I słoneczny ciepły dzień, i gęsty tłum
zapełniający chodniki, i pierwsza zieleń drzew - wszystko to wydało
się jej nagle znowu tak bliskie, jak za dawnych lat, kiedy jeszcze
była studentką. Królewską doszła do rogu Marszałkowskiej i tu
wsiadła do tramwaju. Gdyby nie wstydziła się, uśmiechałaby się do
wszystkich. - Tak, tak, - myślała - może to nawet nieładnie z mojej
strony, ale jednak cieszę się, że zostanę w Warszawie. Z czasem może Karol też tutaj się przeniesie. To byłoby
najlepsze. A wreszcie nie jest przecie nieprawdopodobne, że i ona
po pewnym czasie otrzyma zarząd filji poznańskiej. Ciotka Grażyna mieszkała przy Polnej i Anna wysiadła na
rogu Śniadeckich. Znała tu każdy występ muru, każdą bramę. Przez
dwa pierwsze lata studjów na Uniwersytecie mieszkała u ciotki, a
chociaż po ślubie Kubusia musiała się wyprowadzić, nadal bywała tu
prawie codziennie. Była przywiązana do ciotki i jej całego domu, a
jeżeli w tem przywiązaniu nie było nadmiaru sentymentu, nie było
też i krytycyzmu. Zresztą ciotce Grażynie zawdzięczała wiele,
bardzo wiele, może nawet wszystko to, czem była i w zupełności
podzielała ten szacunek, a raczej tę cześć, jaką zewsząd otaczano
wspaniałą posągową postać pani senatorki Grażyny
Jelskiej-Szermanowej. Ze wszystkich ludzi, jakich Anna znała, jedynie świętej
pamięci jej ojciec, ilekroć przyjeżdżała doń na wakacje, pozwalał
sobie na pobłażliwe żarciki o ciotce Grażynie. - I cóż tam porabia Grażynka - zapytywał, mrużąc swoje
kochane siwe oczy. - Czy zawsze prosi o przysunięcie maselniczki
przy stole takim tonem, jakby była amerykańską Statuą Wolności,
która prosi o przysunięcie Grenlandji? Albo zapytywał: - Czy ciotka wciąż chodzi, jak procesja w jednej
osobie?... Biedny Szerman. Dlatego pewno umarł, że zmęczył się
noszeniem nad Grażynką rodowego parasola Szermanów, który awansował
do roli baldachimu. Ojciec Anny nigdy wprawdzie tego nie mówił, ale było
wiadome, że miał szwagierce za złe małżeństwo z wujem Szermanem,
którego wyraźnie nie lubił, nie omijając żadnej sposobności
zrobienia przytyku do jego semickiego pochodzenia. Annę bolało to
zawsze. Jeżeli w domu ciotki żywiła do kogoś cieplejsze uczucie,
był to właśnie wuj Antoni. Miał sam miękkie serce i był czuły dla
całej rodziny, nawet dla ojca Anny. Wzruszał się wszystkiem,
chociaż starał się to ukrywać, zwłaszcza przed żoną i przed synową,
która umiała być tak niedelikatna, że na troskliwość odpowiadała
głośnem narzekaniem na "żydowską czułostkowość". Wogóle w domu tym
nie wiele było miejsca dla sentymentów i nie istniała ich potrzeba.
Kubuś, ciężki i ospały, pochłonięty lekturą kryminalnych powieści i
układaniem pasjansów, jego żona, wpadająca do domu między
dancingiem a boiskiem sportowem, a już zwłaszcza sama pani Grażyna
- nikt nie oczekiwał, nie pragnął i nie dawał nikomu powodu ani
prawa do rozczulania się nad sobą. Na jedną Wandę przychodziły
takie okresy, ale ta zawsze była w domu gościem, odkąd zaś wyszła
zamąż, na Polnej zjawiała się bardzo rzadko. Od śmierci wuja Antoniego, to jest od czasu, gdy Kubuś
musiał zająć się prowadzeniem interesów, mieszkanie bywało przez
cały nieraz dzień puste i Anna obawiała się, że nikogo nie
zastanie. Drzwi otworzył jej nowy służący, co zresztą nie było dla
niej niespodzianką, służba bowiem zmieniała się u ciotki Grażyny
bardzo często. - Pani starszej niema w domu - powiedział lokaj, - a pani
młodsza bardzo się śpieszy i pewno nie będzie mogła... - Józefie! - rozległ się z daleka głos Żermeny. - Józefie,
kto to przyszedł?! - Jak się masz Żermeno - zawołała Anna. - To ja, Anka! - To ty?!... Co ty mówisz! Przyjechałaś?... Jednocześnie z temi słowami Żermena wpadła do przedpokoju.
Miała na sobie jaskrawą zieloną pidżamę i siatkę na włosach.
Wyglądała wciąż na młodą pannę, chociaż już wtedy, gdy rozwodziła
się ze swoim drugim mężem i wychodziła za Kubusia, miała
trzydzieści najmniej, a to było przed czterema laty, czyli musi
mieć przynajmniej trzydzieści pięć. - Dzieńdobry, droga Anko, ślicznie wyglądasz - ściskała
ją, nie wypuszczając z ręki owalnego lustra. - Tylko zanadto
przytyłaś! Cóż porabia Karol? Szalenie się śpieszę, wybacz
najdroższa, ale Kurbel zaraz zajedzie po mnie... a może już czeka?
Nie stoi tam przed bramą takie czerwone torpedo?... Wiesz, ten
Kurbel, co wziął na Olimpjadzie drugie miejsce w maratońskim...
Chodźże tutaj, nie gniewasz się, że przy tobie będę się
ubierała?... Józefie, niech Bronka zaraz przyniesie rurki i żeby
nie były za zimne!... Chodź, najdroższa, tutaj. Ubieram się w
gabinecie, bo u mnie taki nieład, ach ta służba!... Coprawda i tu wszystko było wywrócone do góry nogami, co
zresztą nie zdziwiło Anny. Kiedyś, gdy mieszkała u ciotki,
próbowała z tem walczyć, chociaż należałoby zgóry skapitulować,
wobec tego, że wszyscy z wyjątkiem samej pani Grażyny zupełnie
pozbawieni byli zmysłu do porządku. Tylko w pokojach ciotki, w
których nie wolno było grasować nikomu, w sypialni i w salonie,
przeznaczonym na herbatki, sesje i posiedzenia, panował zawsze
muzealny ład. Żermena, nie krępując się obecnością Anny, zrzuciła
pidżamę i kręciła się po pokoju całkiem naga w czerwonych nocnych
pantoflach na bardzo wysokich obcasach, dzięki którym jej długie
muskularne łydki wyglądały wprost sugestjonująco. Anna wiedziała
dobrze, że Żermena umyślnie demonstruje przed nią swoją nagość,
potrosze wstydziła się tego (sama za żadne skarby nie potrafiłaby
tak się komukolwiek pokazać), a jednak przyglądała się jak
urzeczona nieprawdopodobnej smukłości i giętkości tych kształtów!
Nie zazdrościła ich Żermenie, gdyż - Boże broń, bez żadnej
zarozumiałości - uważała siebie za dostatecznie ładną, a nad
kuzynką odczuwała swoją przewagę, przewagę bliżej nieokreśloną,
może polegającą na fakcie istnienia Lituni, a może na tem, że w
gruncie rzeczy tryb życia Żermeny uważała za bezcelowy i naganny.
Ze swej strony Żermena znacznie ostrzej potępiała Annę za jej
"mieszczańską solidność" i bez obsłonek wytykała jej to przy lada
sposobności. - Marnujesz się w tym Poznaniu - mówiła i teraz, wyginając
przed lustrem swoje ciało dziewiętnastoletniej dziewczyny -
marnujesz się. Zawsze miałam uprzedzenie do ludzi o rybiem
nazwisku. Karol zleszczył cię, zrybił. I ta atmosfera poznańska!
Boże!... Świniobicie, o jedenastej całe miasto śpi, nudy
piekielne... Nie wiem, ja stałabym się chyba ostrygą, gdyby
zmuszono mnie tam mieszkać... Nie znajdujesz, że mi trochę piersi
zeszczuplały? - Owszem... A co do Poznania... Właśnie przenoszę się do
Warszawy. - To skutek masażu. Co drugi dzień godzina i gimnastyka.
Radzę ci, zrób to samo. Aha! Przenosisz się? Do Warszawy?... Brawo! - Znalazłam tu posadę - smutno uśmiechnęła się Anna. - Masz zupełną rację. Puść go w trąbę. Właśnie wczoraj
mówiłam o was z mamą. To skandal, żeby Karol nic nie zarabiał. Mama
jest zupełnie tego samego zdania. - Ciocia nie lubi Karola i nie zawsze bywa dlań
sprawiedliwa. - Ślamazara i tyle. W istocie Anna pocichu sama tak myślała, uważała jednak za
konieczne wystąpić w obronie męża, zwłaszcza przed Żermeną.
Przecież to nie jego wina, że bankrutują największe
przedsiębiorstwa. Był radcą prawnym takiego dużego banku, jak Bank
Wielkopolski i prowadził sprawy kilku dominjów. Że bank zlikwidował
się, a ziemianie sami nie mają nieraz na wypłatę dla fornali, to
wina kryzysu. Karol zaś stara się o nową klientelę, robi, co może. - Nie, nie, moja droga - oponowała Żermena - on należy do
gatunku niedorajdów. Znam dobrze ten typ. Przykładów nie potrzebuję
daleko szukać. Twój czarujący kuzynek jest jeszcze gorszy. Wprost
nie rozumiem siebie, jak mogłam wyjść zamąż za tego ciamajdę! Boże!
Już kwadrans po drugiej! Oczywiście pojadę rozczochrana!... Kurbel
napewno wścieka się na dole!... Bardzo cię przepraszam!... Z błyskawiczną szybkością dokończyła tualety, nakładając
najpierw pończochy, później berecik, kombinezkę, suknię i
rękawiczki. Kolejność tych czynności i sposób, w jaki się ubierała
sprawiały na Annie wrażenie przykre i żenujące. Chociaż
niecierpiała pruderji, w ubieraniu się Żermeny uderzało ją zawsze
coś nieskromnego. Nawet całkowicie ubrana wydawała się nagą i jakby
tylko przystrojoną. Anna nie robiła jej z tego zarzutu. Znała
przecie wiele kobiet, a zwłaszcza młodych panien, wywierających
takież wrażenie. Widocznie jej własna na tym punkcie wstydliwość
była nienaturalna i chorobliwa. Żermena jeszcze z przedpokoju krzyknęła "dowidzenia" i
zatrzasnęła za sobą drzwi. Gdyby nie to, że Anna znała dobrze
zwyczaje tego domu, czułaby się skrępowana tem, że zapomniano ją
nawet prosić, by się rozgościła. Przedewszystkiem należało porozumieć się telefonicznie z
Karolem. Zabrała ze sobą tylko mały neseserek. Na powiadomienie
męża o otrzymanej posadzie wystarczyłby list, ale nie mogła się
obyć bez bielizny i kilku sukienek. Niestety telefon w mieszkaniu
był wyłączony, jak objaśniał służący, już od dwóch dni. Pani
starsza ma teraz posiedzenia w senacie i powiedziała, że załatwi to
pan Jakób, a pan Jakób wciąż zapomina. Nie było innej rady i trzeba było pójść na pocztę. Na
szczęście szybko uzyskała połączenie i zastała Karola w domu.
Zdziwił się nowiną bardzo. Oczywiście nie pominął okazji do
wyrażenia wątpliwości, czy po upływie miesiąca "Mundus" zatrzyma ją
nadal. Rzeczy obiecał wysłać jeszcze dziś, przyjął ucałowania dla
siebie i dla Lituni i położył słuchawkę. Dopiero, gdy wychodziła z
poczty, uprzytomniła sobie, że mąż wcale się nie zmartwił tem, że
nie będą razem. Prędko usprawiedliwiła go jednak. Cóż on, albo oni
oboje mogą na to poradzić? Napewno Karol równie przykro, jak i ona
będzie odczuwał rozstanie, tylko jemu na pociechę zostanie Litunia. Serce Anny ścisnęło się na wspomnienie tej jasnej buzi i
mikroskopijnych rącząt, które kochała ponad wszystko na świecie.
To, że musiała rozstać się z Litunią, było jednak koniecznością i
to koniecznością dla dobra tego najdroższego maleństwa. Za
pieniądze, które mamusia tu zarobi, Litunia będzie miała dobrą
fachową freblankę i zdrowe mleko, i kakao, i owoce. Anna teraz
silniej niż kiedykolwiek poczuła, że zbliża się do ideału kobiety
takiej, która nie jest tylko pociągowem zwierzęciem domowem, lecz
współtwórczynią rodziny, narówni z mężczyzną ponoszącą ciężar
odpowiedzialności za jej byt, za przygotowanie społeczeństwu nowego
pokolenia. Jak pięknie, jak mądrze, jak wzniośle mówiła o tem ciotka
Grażyna! Wyglądała wówczas rzeczywiście, jak Statua Wolności! Anna
już wtedy wiedziała, że nigdy nie zapomni tej chwili: wielka sala,
wypełniona po brzegi tłumem kobiet i posągowa postać siwej
spokojnej damy, przemawiającej z estrady swoim metalicznym głosem o
kryształowej dykcji, polszczyzną tak piękną, stylem tak marmurowym,
jak mógł mówić chyba tylko Ciceron. Wówczas nie była to już ciotka
Grażyna, lecz trybun, wódz, Prometeusz, który Annie i tysiącom
takich jak Anna kobiet otwierał dostęp do prawdziwej mądrości,
prostował drogi i wskazywał cele! - Największem dobrem kobiety jest rodzina. Kobieta
dotychczas była biernem jej narzędziem. Czas najwyższy, by
świadomie dźwignęła na sobie odpowiedzialność za jej byt moralny i
materjalny, by ramię w ramię z mężczyzną podjęła trud służby
społecznej, głosząc niezachwianą prawdę trwałej budowy narodu na
zdrowych fundamentach rodziny. Jak płomień łaknie tlenu, tak nasze
domowe ognisko łaknie tchnienia twego ducha, kobieto, któraś o tyle
szczęśliwsza od swoich babek i prababek, że zjawiasz się przy tem
ognisku, nie jako posługaczka ani jako zwierzę domowe, które
litylko wygrzewa się przy niem i pasorzytuje, lecz jako wolna,
świadoma kapłanka, która wnosi tu narówni z mężczyzną dobra swego
charakteru, inteligencji, wiedzy i poczucia ważności swej roli,
swego posłannictwa! Anna zbierała skrzętnie wszystkie mowy ciotki Grażyny,
drukowane w różnych pismach i umiała je prawie napamięć. Wiele jej
koleżanek postępowało taksamo, a Anna o tyle od nich była
szczęśliwsza, że, ilekroć zachodziła tego potrzeba, mogła zawsze
korzystać z osobistych rad i wskazań tej kobiety o niepospolitym
umyśle. Jej to obecnie zawdzięczała też swoją posadę, gdyż właśnie
dzięki ciotce, rozumiejąc wartość wiedzy ogólnej i praktycznej,
mogła skutecznie rywalizować swemi kwalifikacjami z niejednym
mężczyzną, a przedewszystkiem umiała stanąć w obronie zagrożonego
bytu rodziny i wziąć na swe barki trud jej ratowania własną pracą. Zgóry cieszyła się myślą o pochwale z ust ciotki, zgóry
wiedziała, jaką jej sprawi radość, gdy stanie przed nią, ona, żywy
przykład owocności tych haseł, które odbudują ludzkość. Nie omyliła się. Gdy wróciła na Polną, pani Grażyna była
już w domu. Właśnie podawano do obiadu. Pani Grażyna w salonie
zajęta była przeglądaniem grubych maszynopisów. Przywitała Annę z
tą czarującą serdecznością, która wprawdzie onieśmielała, lecz
jednocześnie dawała pewność przychylnego i łaskawego wysłuchania
zwierzeń. - Cieszę się, żeś przyjechała, moje dziecko - pocałowała
ją w czoło pani Grażyna - jakże tam w poznańskiem Społecznem
Zjednoczeniu Kobiet? - Właśnie jutro mają być wybory i głosowanie nad
rezolucją. - To musi być przeprowadzone - zaczęła ostro pani Grażyna
- nie wątpię, że potrafisz tego dopilnować. O której wracasz? - Ja nie wracam, ciociu. Rezolucja napewno przejdzie. Pani
Hopferowa dopilnuje. Co do mnie zaś... Zostaję w Warszawie. - Jakto? Anna opowiedziała wszystko, tłumacząc się, że nie pisała
dotąd o trudnościach pieniężnych Karola, nie chcąc cioci zabierać
czasu, że jednak sądzi, iż postąpiła zgodnie z obowiązkiem. Pani
Grażyna wysłuchała wszystkiego ze skupioną uwagą, poczem wstała i
uściskała siostrzenicę. - Wzruszyłaś mnie, Anko. Zachowałaś się jak kobieta godna
tego imienia. Niedaleki już jest czas, kiedy posiew idei da
powszechne i obfite plony Chrząknęła i dodała innym tonem: - Swoją drogą, twoje przeniesienie do Warszawy ma jedną
złą stronę: poznańskie Zjednoczenie straci jedną z najlepszych
członkiń. Czy jesteś zupełnie pewna Hopferowej? - Najzupełniej, ciociu. - To dobrze. Z tych trzech adwokatek, które przeszły nasz
kurs instruktorski, ona jest najpracowitsza. Jakże jej się powodzi? Anna wzruszyła ramionami: - Owszem, prowadzi kancelarję i cośniecoś zarabia. W
każdym razie, jak na dzisiejsze ciężkie czasy możliwie. Zato Pela
stoi świetnie, bo otrzymała radcostwo prawne w magistracie przez
protekcję posła Czerwińskiego. Kuszlówna potrochu biedę klepie, ale
jakoś żyje. Pani Grażyna zapatrzyła się w jeden punkt i powiedziała: - I właśnie taką kobietę, jak Pela, rzucił mąż. Tak moje
dziecko, mężczyźni pod wieloma względami stoją znacznie niżej od
nas. Choćby twój Karol... Anna próbowała bronić męża, lecz w duchu musiała godzić
się z potępiającym osądem. Pani Grażyna nie żałowała słów surowych,
które nabierały posmaku nagany skierowanej do Anny, jakby za to, że
została żoną takiego człowieka. Wejście służącego przerwało ich
rozmowę. Zameldował przybycie pani Markiewiczowej. - Proś - odpowiedziała mu pani Grażyna i zwracając się do
Anny, dodała: - zaprosiłam tę osobę na obiad. Anna znała panią Markiewiczową z widzenia od lat wielu.
Każdy, kto bodaj raz jeden wpadł na pół czarnej do cukierni
"Mazowieckiej", musiał zapamiętać kwadratową postać jej
właścicielki, czuwającej i czujnej od świtu do późnej nocy,
wszechobecnej i wszystkowidzącej. Dla Markiewiczowej zaproszenie na
obiad do osobistości tak znakomitej, jak senatorka
Jelska-Szermanowa, prezeska i protektorka wielu towarzystw, dama
przyjmowana w najwyższych sferach - było zaszczytem godnym czarnej
aksamitnej sukni i sobolowej etoli oraz kilku większych brylantów.
Wszystko to niezbyt dekoracyjnie na niej wyglądało, lecz Anna
wiedziała, że Markiewiczowa istotnie jest dzielnym człowiekiem, a
to przecie najważniejsze. W chwili, gdy otwierała swą cukiernię, na
ulicy Mokotowskiej było sześć przedsiębiorstw tego typu, a obecnie
została jedynie "Mazowiecka", jedynie ona przetrwała kryzys. Po krótkich powitaniach na ten właśnie temat schodziła
rozmowa, gdy poproszono do stołu, a raczej zjawił się Kubuś i
oświadczył, że jest głodny i że "jeżeli mama każe dłużej czekać, to
lepiej pójść do restauracji". Tak był tem przejęty, że zapomniał
przywitać się z Anną. - Kuba - zawołała nań - nie poznajesz mnie, czy wogóle
znać nie chcesz? - Ach, to ty! Przepraszam cię, Anko. To byczo, żeś
przyjechała!... Pocałował ją w rękę, przyczem zauważyła, że jest
nieogolony i ma brudne paznokcie. W jego kamizelce brakowało dwuch
guzików, a krawat miał zawiązany krzywo. Nic się nie zmienił,
zawsze był nieporządny, a nikt nie dbał o jego wygląd i nikt nie
miał czasu, by się tem zająć. Przy obiedzie wynikła przykra awantura. Kubuś na jednym
tylko punkcie był czuły: lubił jeść dużo i dobrze. Na nieszczęście
obiad w dniu tym wyjątkowo się nie udał. Panie zajęte rozmową nie
zwróciły uwagi na pomruki niezadowolenia, jakie wydawał z siebie
Kuba, zawzięcie jedząc przydymioną zupę, gdy jednak podano
baraninę, której nie lubił, a ta nadodatek okazała się łykowata - z
hałasem odsunął krzesło i wstał od stołu: - Ja dziękuję za taki obiad! To jest szykana, nie obiad.
Ja bardzo panie przepraszam, ale wolę iść do pierwszej lepszej
garkuchni! - Jakóbie! - wyniośle upomniała go matka. - Ja przepraszam - wyrzucił z siebie - człowiek nie poto
cały dzień pracuje, jak koń... Dowidzenia! Przez chwil kilka do jadalni, w której zapanowało
milczenie, dolatywały hałaśliwe kroki i trzaskanie drzwiami,
przyczem frontowe odezwały się na zakończenie najgłośniej. - Wybaczy pani zachowanie się mego syna - odezwała się
wreszcie pani Grażyna. - Nerwowy jest - pobłażliwie uśmiechnęła się Markiewiczowa
- mężczyźni to tylko, proszę pani senatorki, żeby dobrze zjeść... - Rzeczywiście obiad się nie udał - wzruszyła ramionami
pani Grażyna - zechce pani darować. - Ale co tam, dobry jest. Gdzie pani senatorka bierze
mięso? Bo jeżeli u tego na Śniadeckiej co to w domu Rajchmana, to
nie radziłabym. I drożej bierze i zawsze gorszy gatunek wkręci, bo
to służbie zaufać nie można. Każda u rzeźnika ma swój procent, to i
bierze byle co. Taksamo co do włoszczyzny. Jeżeli pani senatorka
chce mieć wszystko akurat, radziłabym na Koszykach brać. U
Marcinowej, zaraz trzecie miejsce od wejścia, ale nie z prawej
strony. Waga uczciwa, a jak pani senatorka raz, drugi sama zajrzy,
to i coś dołożyć gotowa, kobieta dba o klientelę, żeby nie byle
kto. Sama u niej od czternastu lat biorę. Pani Grażyna odpowiedziała wymijającą uwagą, Anna zaś
pochyliła głowę, by ukryć uśmiech: ta poczciwa Markiewiczowa
widocznie wyobraża sobie, że taka działaczka, która ma jedno
posiedzenie za drugiem, akademje, odczyty, narady polityczne,
wizytacje wielu instytucyj, któremi się opiekuje, że taka kobieta
ma czas na zajmowanie się jakiemiś warzywami, mięsem i wogóle
pospolitemi sprawami domowemi. Gdyby Markiewiczowa musiała
przeczytać codzień tyle dzienników, tak, niechby tylko zwykłą
lekturę ciotki Grażyny odrobiła, jużby nie mogła znaleźć czasu na
gospodarstwo. Coprawda prowadzenie takiej cukierni, to też nie byle
co... - A syn pani senatorki - zapytała Markiewiczowa - ma dużo
pewno roboty? Taki interes, jak fabryka czekolady, i to taka
fabryka, to nie żarty. I tak pracy na jednego człowieka wystarczy.
Sama nie dziwię się, że pan Jakób, jak słyszałam, podobno sprzedaje
przędzalnię. Trudno rozerwać się na dwie części... Zarówno pani Grażyna, jak i Anna szeroko otworzyły oczy: - Jakto sprzedaje, nic o tem nie wiem?! - odezwała się
pani Grażyna, usiłując zamaskować przerażenie. Markiewiczowa flegmatycznie polowała właśnie na ostatnią
czereśnię w kompocie, a widząc, że bez naganki nie da rady,
dyskretnie pomogła sobie z dystynkcją małym palcem lewej ręki,
wypluła pestkę i powiedziała: - Obija się człowiekowi to i owo o uszy. Czasem prawda,
czasem plotka. Ale z przędzalnią to chyba prawda, bo tam już i
nadzór sądowy zrobili. Wiadomo - kryzys. A że pan Jakób nie
fachowiec... Długi podobno zawielkie... Fachowiec toby jeszcze może
dał radę... Pani Grażyna zacięła wargi i Anna, chociaż nie odważyłaby
się nigdy wpatrywać się w jej rysy, by odkryć myśli, kłębiące się
pod tem olimpijskiem czołem, wiedziała i tak, jak bardzo myśli te
muszą być bolesne. Kubuś od dziecka był zmartwieniem pani Grażyny.
Przez gimnazjum przeszedł z najwyższym trudem, popychany przez roje
korepetytorów i przez ojca, który, już będąc ciężko chory,
godzinami siedział nad nim, by dobić do matury. Po dwukrotnem
"obcięciu się" Kubuś wreszcie zdał, lecz o ukończeniu jakiegoś
wyższego zakładu naukowego nie było co marzyć. Kilka lat,
spędzonych bezowocnie w Uniwersytecie, Politechnice i w paryskiej
Sorbonie, przekonały o tem całą rodzinę, nie wyłączając samego
Kubusia. Dalsze lata idealnego próżnowania minęły na czytaniu
kryminalnych powieści, układaniu pasjansów i przelotnych, a niezbyt
wybrednych romansikach, aż matka uplanowała ożenić go z kobietą
ambitną, kulturalną i przedewszystkiem energiczną, która miała stać
się dlań ratunkiem. A że właśnie Żermena, w owym czasie sekretarka
sekcji zabawowej Społecznego Zjednoczenia Kobiet, posiadała w
wysokim stopniu potrzebne walory, Kubusiowi zaś podobała się
bardzo, ją wybrała pani Grażyna. Rzecz tem łatwiej doszła do
skutku, że Jerminowicz, pierwszy mąż Żermeny, zaplątał się
podówczas w jakieś dość ciemne sprawy finansowe i nie mógł jej
odmówić rozwodu. Anna zresztą nie znała dokładnie całej tej historji,
wypytywać nie lubiła, a plotkom wierzyć nie chciała. Widziała tylko
jedno: Żermena jako lekarstwo niewiele pomogła. Wiadomość
przyniesiona przez Markiewiczową potwierdziła to aż nazbyt
dobitnie. Sposób, w jaki ta prosta kobieta mówiła o Kubusiu,
zawierał wyraźne potępienie i Anna odczuła przykrość, jaką sprawia
to pani Grażynie. Chcąc też zmienić temat rozmowy, zaczęła
opowiadać o skutkach kryzysu w Poznańskiem, gdzie chwieją się
najpoważniejsze firmy, taksamo jak i w Warszawie. Przy tej
sposobności ciotka przypomniała sobie, że Anna ma zamieszkać w
Warszawie i zaproponowała dawny jej pokój panieński. Po obiedzie starsze panie udały się do salonu na
konferencję, Anna zaś przy pomocy pokojówki zabrała się do
uporządkowania przeznaczonego dla niej pokoju, z którym tyle
wspomnień się wiązało i gdzie spędziła swoje może najradośniejsze
lata. Gdy została sama wśród tych czterech ścian, pokrytych
błękitną matową tapetą, wśród białych mebelków, ustawionych w
cokolwiek pretensjonalny sposób tak, jak dawniej, wydało się jej
nagle, że oto nic się nie zmieniło, że całe jej małżeństwo, Karol,
Poznań, a nawet Litunia, to tylko coś przelotnego, jakiś sen, który
minął, i że oto za chwilę trzeba będzie ubrać się i lecieć na
wykład, a nie zapomnieć indeksu, bo poczciwy Siankosio obiecał
podpisać... Zaśmiała się głośno, by przywołać siebie do
rzeczywistości, która nagle wydała się jej czemś niespodziewanem,
zaskakującem tysiącami obcych i obojętnych spraw, warunków,
pozycyj, - która wydała się czemś krzywdzącem, dokuczliwem i pustem
razem z Karolem, razem z... Przez myśl jej przebiegł prąd ostrej
refleksji: jak mogła pozwolić sobie na takie bluźnierstwo! I wogóle
co za dziecinada, to gubienie się w poszukiwaniu swojej
rzeczywistości, swego miejsca na świecie gdzieś w przeszłości, czy
w przyszłości, skoro to miejsce wyznaczone jest dokładnie mapą,
planem ulic Warszawy i czterema błękitnemi ścianami pokoju na
pierwszem piętrze, wyznaczone czarną cyfrą daty na kalendarzu i
złotą wskazówką na zegarku. Rzeczywistością jest to, że jutro
rozpoczyna pracę w Towarzystwie Mundus, że trzeba napisać obszerny
list do Karola i rozmówić się z ciocią Grażyną co do kwoty, jaką
musi jej zwracać miesięcznie za mieszkanie i utrzymanie. Wiedziała wprawdzie, że ciotka zaoponuje przeciw takiemu
postawieniu sprawy, lecz ustąpi rozumiejąc, że Anna wprost nie
potrafi zostać zadarmo. Odziedziczyła to po ojcu, który swoje
rzadkie rozmowy z córką stale szpikował kilkoma sakramentalnemi
zasadami, a wśród tych jedno z naczelnych miejsc zajmowała zasada
nie przyjmowania niczego zadarmo. Sam jej tak przestrzegał, że
żyjąc wśród ludzi kierujących się wręcz odmiennemi poglądami, umarł
nie zostawiwszy córce ani grosza długu, lecz również ani grosza
majątku. Na przyjmowanie czegokolwiek od ciotki, zwłaszcza teraz,
gdy interesy Szermanów stały znacznie gorzej, nie zgodziłaby się za
żadne skarby. Zresztą jest człowiekiem samodzielnym, zarabia na
siebie dość, a będzie po miesiącu próby zarabiała jeszcze więcej i
niema żadnej racji do brania jałmużny. Argumenty te miała sposobność wytoczyć przed ciotką
dopiero późnym wieczorem, gdy pani Grażyna wróciła z posiedzenia i
była zbyt zmęczona, by podejmować spór. Zgodziła się przyjmować od
Anny sto dwadzieścia złotych za utrzymanie, pokój i tak stał pusty,
więc nie mogła go wciągnąć do rachunku. Natomiast już przy
rozstaniu przed udaniem się na spoczynek wystąpiła z pretensjami:
dlaczego Anna szukając posady w Warszawie, nie zwróciła się do
niej, ani do Kubusia,tylko do ludzi obcych? - Ależ ciociu - broniła się Anna - ja starałam się o
posadę w poznańskiej filji Mundusu, a tutaj otrzymałam ją
niespodziewanie dla siebie samej. Pozatem wiem dobrze, jak trudno
jest teraz we wszystkich przedsiębiorstwach i nie chciałam się
narzucać. Nie powiedziała tego, co myślała. Już kiedyś, gdy Karol
bąknął coś na temat fabryk, w których jej kuzyn, Jakób Szerman ma
większość udziałów, a zatem wpływ decydujący przy obsadzie
personelu, powiedziała mu, że mogłaby u Kuby dostać albo
przynoszącą grosze posadkę urzędniczki, albo synekurę. Pierwsze
byłoby równie nie do przyjęcia, jak i drugie. Inna rzecz w Mundusie. Tu dano jej nie posadę, lecz
stanowisko, na którem będzie mogła wykazać swoją pożyteczność dla
firmy. Nie miała wprawdzie zbyt wygórowanego mniemania o swoich
zdolnościach i, jeżeli nie spała przez całą prawie noc, to głównie
dlatego, że niepokoiła się, czy potrafi szybko zaznajomić się z
nową pracą, czy da sobie radę, lecz nie wątpiła, że będzie pilną,
pracowitą kierowniczką działu, którego zakres nie był przecie jej
obcy. Przyszła nazajutrz do biura bardzo wcześnie. Interesantów
jeszcze nie było, przez otwarte górne okna sali wlewało się świeże
powietrze ranka i świeży nie męczący hałas ulicy. Wewnątrz oszklony
kontuar biegnący dokoła sali lśnił wypoliturowanem jasnem drzewem i
połyskami grubych, idealnie przeźroczystych tafli szkła. Za nim tu
i ówdzie stały niewielkie grupki urzędniczek, rozmawiających
wesoło. Większość z nich była już w granatowych kitlach biurowych,
spod których wyglądały śnieżnobiałe kołnierzyki bluzek. Nie znała
żadnej z nich, lecz czuła do wszystkich jakiś świeży i jasny
przypływ życzliwości, jak kiedyś do koleżanek w gimnazjum. Do boksu przeznaczonego dla niej przechodziło się lewą
stroną wzdłuż okienek działu turystycznego. Anna zauważyła, że
wszyscy przyglądają się jej z zaciekawieniem i wzrokiem badawczym.
Widocznie wiadomość o zaangażowaniu jej rozeszła się już w biurze. Komitkiewicza jeszcze nie było. Zdjęła kapelusz i zaczęła
przeglądać prospekty wycieczek organizowanych przez Mundus. Było
tego bardzo dużo: czterodniowa do Wiednia, dwutygodniowa do
Rumunji, week end w Białowieży... - Witam panią - w otwartych drzwiach stał Komitkiewicz,
uśmiechnięty i jeszcze bardziej elegancki, niż wczoraj, w białych
spodniach i w marynarce koloru śmietanki - mamy dziś śliczny dzień.
Z pani wczesny ptaszek. Witam panią... Czy nie zaglądał tu pan
Minz? - Nie, jestem tu coprawda od kilku minut... - To świetnie. Dyrektor będzie do pani zaglądał często, a
dziś ma przyjść specjalnie, gdyż osobiście pragnie przedstawić pani
personel. - Może... może to jest niepotrzebne - uśmiechnęła się
niezdecydowanie. - Konieczne, proszę pani. - Jeżeli próba nie powiedzie się... Pan przecie wie, że
przyjęta zostałam na próbny miesiąc? Komitkiewicz zrobił nieokreślony ruch ręką, który równie
dobrze mógł oznaczać jego przeświadczenie o zbędności próby, jak i
to, że go w gruncie rzeczy Mundus już nic nie obchodzi. Otworzył
swoje biurko, szafę, położył przy kałamarzu zegarek i odniechcenia
zapytał: - Ciekaw jestem, jakie warunki zaproponowano pani? Proszę
mi wierzyć, że zatrzymam to przy sobie. Zresztą, jeżeli pani woli
nie mówić... - Ależ owszem, nie widzę powodów do robienia z tego
tajemnicy: trzysta pięćdziesiąt złotych. - I pani się zgodziła? - zapytał zdziwiony. - Na czas próby. - To i tak bardzo mało. Widzi pani, ja nie mam żadnych
szczególnych obowiązków lojalności wobec pana Minza, pozatem nie
uważam, by prawda miała być sprzeczna z etyką ustępującego
pracownika... Ja otrzymywałem tysiąc dwieście, zrezygnowałem zaś z
posady, gdy zaproponowano mi obniżkę do ośmiuset. Myślę zatem, że
ośmset powinno być tem minimum, na które pani może się zgodzić.
Mówię to dlatego, że praca ta jest bez kwestji warta przynajmniej
tyle. Nie patrzył na nią, wyraźnie unikając jej spojrzenia, była
jednak pewna, że mówi to nie przez niechęć do firmy i że mówi
szczerze. - Bardzo panu dziękuję - powiedziała poprostu - i naprawdę
niewypowiedzianie mi przykro, że... zajmuję jego miejsce. - Och, ja i tak musiałem ustąpić. Mam budżet, który nie da
się zmieścić w ośmiuset złotych... Rozkładając papiery i teczki z korespondencją, zaczął
mówić o sobie. Ma liczną rodzinę, brata inwalidę, teścia, żonę,
dwuch chłopców w gimnazjum i trzeciego w domu, a przytem choruje na
ambicję utrzymania mniejwięcej kulturalnego trybu życia. W ramach
tysiąca miesięcznie wszystko to może dałoby się jeszcze zmieścić.
Obecnie mógłby wprawdzie otrzymać znacznie więcej na Śląsku, ale
zgodzi się na to tylko w ostateczności, gdyż musiałby rozstać się z
rodziną, a tego za wszelką cenę pragnąłby uniknąć. Może jeszcze
znajdzie się coś odpowiedniego w Warszawie. - A żona pańska nie pracuje? - zapytała Anna. - Żona?... O tak. Dużo pracuje. Prowadzenie domu i
wychowywanie dzieci to przecie ciężka praca. Powiedział to z naciskiem i takim tonem, jakby oczekiwał
opozycji. Anna jednak nic nie odpowiedziała. Zresztą w tejże niemal
chwili otworzyły się drzwi i wszedł dyrektor Minz. Przywitał się i
powiedział: - Proszę panią, przedstawię jej pracowników. Wyszli z boksu. Przy każdem biurku Minz zatrzymywał się i
wymieniając nazwisko pracownika, mówił: - Pani Leszczowa obejmuje kierownictwo tego działu. Proszę
teraz poinformować ją o rodzaju swoich tu obowiązków. Były to przeważnie młode panny i mężatki, jeden starszy
mężczyzna z potężną łysiną i dwaj młodzi. Na Annę wszyscy patrzyli
z odrobiną ukrywanej niechęci.Widocznie żałowali Komitkiewicza.
Wśród pracowniczek Annie bardzo się podobała panna Kostanecka,
śliczna blondyneczka o słodkich niebieskich oczach i ujmujących
manjerach. Zauważyła ją już wczoraj i słyszała, że wołano nań
zabawnem imieniem "Buba". Panna Buba, jak się obecnie okazało,
zajmowała się przyjmowaniem zapisów na wycieczki krajowe. Po prezentacji Minz wrócił do siebie, a Komitkiewicz
zaczął zaznajamiać Annę z treścią i techniką roboty. Mówił tak
zwięźle, tak przejrzyście i tak inteligentnie, że rozumiała
wszystko i odrazu orjentowała się w każdej kwestji. W tym czasie
raz po raz ktoś wpadał do boksu: chodziło o rozstrzygnięcie, o
decyzję, o wskazówkę czy podpis i Komitkiewicz przy każdej takiej
sprawie tłumaczył Annie, na czem to polega i dlaczego należy
postąpić tak, a nie inaczej.
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.