Trzecia osoba - Anna Kańtoch

Kup ebooka

39.90 zł
32.32 zł (31,92 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

środa, 13 marca

- Znowu tam jest. Zo­bacz.

Agata Dęb­ska oparła czoło o szybę, za którą roz­cią­gał się wi­dok na oświe­tloną ską­pym świa­tłem la­tarni sta­cję drogi krzy­żo­wej, przed­sta­wia­jącą drugi upa­dek Chry­stusa. Był ma­rzec, na ni­zi­nach kwi­tły już pierw­sze kwiaty, ale tu­taj, w gó­rach, na po­bo­czu wiej­skiej drogi wciąż za­le­gały ła­chy brud­nego śniegu, a tem­pe­ra­tura nocą oscy­lo­wała w gra­ni­cach zera stopni. Nic dziw­nego, że sto­jący pod la­tar­nią męż­czy­zna na­cią­gnął na głowę kap­tur kurtki. Choć moż­liwe, że zro­bił to z in­nego po­wodu. Je­śli tak, ukry­wa­nie twa­rzy nic mu nie dało. Agata do­sko­nale wie­działa, na kogo pa­trzy.

- Wi­dzisz? - Ge­stem przy­na­gliła męża, który sta­nął za jej ple­cami. - Mu­sisz z nim po­roz­ma­wiać.

- Już roz­ma­wia­łem.

- To po­roz­ma­wiaj jesz­cze raz albo zgłoś go na po­li­cję. Prze­cież tak nie może być. Dziecko nam stra­szy.

Łu­kasz Dęb­ski mógłby od­po­wie­dzieć, że pro­blemy ich dwu­dzie­sto­let­niego syna nie mają nic wspól­nego z za­kap­tu­rzo­nym męż­czy­zną, wie­dział jed­nak, że ja­ki­kol­wiek sprze­ciw z góry ska­zany jest na nie­po­wo­dze­nie. Agata po­tra­fiła być bar­dzo uparta, je­śli na czymś jej za­le­żało, ski­nął więc głową i wy­szedł z po­koju. Pię­tro ni­żej w przed­sionku na­rzu­cił na ra­miona kurtkę. Nie kło­po­tał się zmie­nia­niem do­mo­wych kla­pek na po­rządne buty, miał do przej­ścia może ze trzy­dzie­ści me­trów. Dęb­scy miesz­kali nie­mal do­kład­nie na­prze­ciwko siód­mej sta­cji drogi krzy­żo­wej.

Li­czył jesz­cze po ci­chu, że czło­wiek w kap­tu­rze okaże się kimś ob­cym, kto zwie­dza znaną w oko­licy Gol­gotę Be­ski­dów, albo po pro­stu bar­dzo spóź­nio­nym tu­ry­stą idą­cym na szczyt Ma­ty­ski, ale gdy prze­ciął pu­stą o tej po­rze drogę, męż­czy­zna od­wró­cił się i Łu­kasz uj­rzał zna­jomą twarz. Są­siad uśmiech­nął się krzywo.

- Niech zgadnę, żona pana zmu­siła, co?

- Pa­nie Mar­ci­nie, pan prze­cież zdaje so­bie sprawę, że pana za­cho­wa­nie do ni­czego nie pro­wa­dzi. Po co pan to robi?

- To nie można już na chwilę za­trzy­mać się przy dro­dze?

Łu­kasz bar­dzo chciał wzbu­dzić w so­bie gniew na sto­ją­cego przed nim męż­czy­znę, to mo­głoby uła­twić całą tę roz­mowę. Jed­nak nie po­tra­fił się na to zdo­być. Mar­cin Breś wy­glą­dał na prze­mę­czo­nego, jakby ostat­nio nie do­sy­piał. Trzy­dniowy za­rost oka­lał sym­pa­tyczną twarz, na któ­rej za­czy­nały po­ja­wiać się pierw­sze zmarszczki. Agata mo­gła wi­dzieć w są­sie­dzie cza­ją­cego się pod ich do­mem nie­bez­piecz­nego stal­kera. Łu­kasz Dęb­ski wi­dział tylko czło­wieka, który był nie­szczę­śliwy od tak dawna, że wła­ści­wie uwa­żał już ów stan za na­tu­ralny.

- Wiem, że ten dom na­le­żał kie­dyś do pana ro­dziny - spró­bo­wał z in­nej strony. - Ale to było trzy­dzie­ści lat temu, na li­tość bo­ską. Nie może pan tu te­raz przy­cho­dzić i wy­sta­wać pod na­szymi oknami. De­ner­wuje pan tylko moją żonę i syna.

- Pana syn zo­sta­wił to dzi­siaj na mo­jej wy­cie­raczce. - Breś się­gnął do kie­szeni kurtki i po­dał mu zło­żoną na pół kartkę.

Łu­kasz Dęb­ski od­ru­chowo ją wziął, roz­ło­żył i prze­czy­tał, ale skła­da­jąca się z dwóch zdań wia­do­mość nie miała dla niego żad­nego sensu.

- Sła­wek to na­pi­sał? Jest pan pe­wien?

Są­siad wzru­szył ra­mio­nami.

- Wi­dzia­łem osobę, która przy­nio­sła tę kartkę, tylko przez chwilę i od tyłu. Ale kto­kol­wiek to był, no­sił czer­woną bluzę z kap­tu­rem. Pana syn taką ma.

- To mógł być każdy.

- Nie są­dzę. Tak czy ina­czej, może go pan przy oka­zji za­py­tać.

- Sła­wek nie wy­cho­dził dzi­siaj z domu.

- Jest pan pewny?

Nie, Łu­kasz nie był pewny. Są­siad po­słał mu jesz­cze je­den zmę­czony uśmiech i od­szedł. Dęb­ski zo­stał sam, wciąż trzy­ma­jąc w dłoni kartkę. Stopy w klap­kach za­czy­nały mu mar­z­nąć, po­ru­szył więc zdrę­twia­łymi pal­cami, a po­tem wró­cił do domu.

***

- I jak, roz­ma­wia­łeś z nim? - Agata cze­kała w drzwiach.

- Tak. Obie­cał, że wię­cej tego nie zrobi. - Łu­kasz wo­lał mieć spo­kój dzi­siej­szego wie­czoru, na­wet za cenę tego, że żona wkrótce od­kryje jego kłam­stwo i zde­ner­wuje się jesz­cze bar­dziej. Zresztą tak na­prawdę nie miało to zna­cze­nia. Gdyby Mar­cin Breś fak­tycz­nie zło­żył taką obiet­nicę, praw­do­po­dob­nie i tak szybko by ją zła­mał.

- Zo­ba­czymy. - Od­wró­ciła się, ale mąż za­trzy­mał ją ru­chem jed­nej ręki. Drugą usi­ło­wał roz­piąć kurtkę.

- Czy Sła­wek był dzi­siaj cały dzień w domu?

- Czemu py­tasz? - W jej oczach po­ja­wiło się na­pię­cie, które wi­dział za każ­dym ra­zem, gdy za­czy­nali mó­wić o synu.

- Tak tylko. Był?

- Chyba tak.

Łu­kasz Dęb­ski wy­swo­bo­dził się z kurtki i ru­szył na pię­tro, od­pro­wa­dzany za­nie­po­ko­jo­nym spoj­rze­niem żony. Czuł je wy­raź­nie na karku, wie­dział, że Agata chce jesz­cze o coś za­py­tać, ale się nie za­trzy­mał. My­ślał, jak bar­dzo zmie­niło się ich ży­cie w ciągu ostat­nich dwu­na­stu mie­sięcy. Rok temu w marcu star­sza córka pla­no­wała wy­pro­wadzkę z domu i ślub, a Sła­wek przy­go­to­wy­wał się do ma­tury. Rok temu są­dzili, że już nie­długo będą cie­szyć się za­słu­żoną eme­ry­turą, gra­tu­lu­jąc so­bie jed­no­cze­śnie szczę­śli­wego prze­pro­wa­dze­nia dwójki dzieci przez nie­bez­pieczne me­an­dry dzie­ciń­stwa i do­ra­sta­nia. My­śleli o wy­je­cha­niu gdzieś da­lej na dłuż­szy czas, Łu­kasz spraw­dzał już na­wet, ile w Sta­nach Zjed­no­czo­nych kosz­to­wa­łoby wy­na­ję­cie na trzy mie­siące kam­pera. Tym­cza­sem Ka­sia usa­mo­dziel­niła się zgod­nie z pla­nem, ale Sła­wek, ten zdolny chło­pak, o któ­rym wszy­scy mó­wili, że da­leko zaj­dzie, mimo do­brych wy­ni­ków ma­tu­ral­nych na wy­ma­rzone stu­dia się nie do­stał.

Łu­kasz za­pu­kał do drzwi po­koju syna, a kiedy nie usły­szał od­po­wie­dzi, na­ci­snął klamkę. Chło­pak sie­dział przed kom­pu­te­rem, nie­bie­skawy blask pa­dał na jego twarz, pod­kre­śla­jąc cie­nie pod oczami. W po­koju wi­siała ostra woń potu.

- Sła­wek?

Za­re­ago­wał do­piero, gdy oj­ciec po­ło­żył mu rękę na ra­mie­niu. Zdjął słu­chawki i od­wró­cił się.

- Tato, nie wi­dzisz, że gram?

- Po­wi­nie­neś nie­długo kłaść się spać. - Łu­kasz nie mógł so­bie da­ro­wać przy­tyku, choć prze­cież przy­szedł tu w zu­peł­nie in­nej spra­wie. - Mo­żesz to za­trzy­mać? Chcę z tobą po­roz­ma­wiać.

Sła­wek wzru­szył ra­mio­nami i wci­snął pauzę. Na ekra­nie za­sty­gła twarz mło­dej ko­biety idą­cej cia­snym ciem­nym ko­ry­ta­rzem cze­goś, co wy­glą­dało na łódź pod­wodną albo sta­tek ko­smiczny. Przy­naj­mniej gra na pierw­szy rzut oka nie spra­wiała wra­że­nia szcze­gól­nie bru­tal­nej. Łu­kasz ostat­nimi czasy był go­tów dzię­ko­wać Bogu za naj­drob­niej­sze ła­ski.

- To ty na­pi­sa­łeś? - Po­ka­zał sy­nowi kartkę, którą do­stał od są­siada.

Sła­wek od­wró­cił wzrok.

- Na­pi­sa­łeś, prawda? A po­tem pod­rzu­ci­łeś Bre­siowi pod drzwi. Co ci strze­liło do głowy?

- To był żart.

- Żart? Na­zy­wasz to żar­tem? Je­śli wiesz, co się stało z ro­dzi­cami Mar­cina Bre­sia, po­wi­nie­neś po­roz­ma­wiać z po­li­cją.

- Wy­głu­pia­łem się, i tyle. - Chło­pak upar­cie od­wra­cał głowę. Na po­licz­kach i czole miał czer­wone wy­pry­ski, któ­rych nie było tam jesz­cze kilka mie­sięcy temu, zu­peł­nie jakby cof­nął się do cza­sów prysz­cza­tej li­ce­al­nej na­sto­let­nio­ści. To pew­nie kwe­stia diety, po­my­ślał Łu­kasz. Sła­wek przy­brał ostat­nio na wa­dze, ale w tym wszyst­kim i tak było to naj­mniej­szym pro­ble­mem.

- Pój­dziesz do niego ju­tro i prze­pro­sisz, ja­sne?

- Uhm - mruk­nął chło­pak i wró­cił do gra­nia.

Łu­kasz wes­tchnął ciężko. Cza­sem mu się wy­da­wało, że te dwa-trzy lata temu, gdy mar­twili się z żoną, że ich syn wdał się w złe to­wa­rzy­stwo i kto wie, może na­wet bie­rze nar­ko­tyki, było mimo wszystko ła­twiej. Wtedy przy­naj­mniej mo­gli zwa­lić pro­blemy Sławka na okres do­ra­sta­nia i li­czyć, że nie­długo miną. Rze­czy­wi­ście mi­nęły, złe to­wa­rzy­stwo oka­zało się nie ta­kie znów złe, a sprawa z nar­ko­ty­kami skoń­czyła się na eks­pe­ry­men­tach z trawką. Łu­kasz tę­sk­nił do cza­sów, gdy mieli w domu zwy­czaj­nego na­sto­latka, a nie do­ro­słego już prze­cież czło­wieka, który przez cały dzień albo sie­dzi przy kom­pu­te­rze, albo snuje się po domu w roz­cią­gnię­tym dre­sie.

- Weź prysz­nic, za­nim pój­dziesz spać - przy­po­mniał jesz­cze tylko, ale chło­pak już go nie sły­szał. Za­my­ka­jąc drzwi, Łu­kasz za­sta­na­wiał się, gdzie, u li­cha, po­peł­nili błąd.

***

Trzy­sta me­trów da­lej w swoim nie­wiel­kim, przy­po­mi­na­ją­cym sze­ścian domu Mar­cin Breś pa­rzył wła­śnie kawę w eks­pre­sie. Do­cho­dziła je­de­na­sta wie­czo­rem, więk­szość lu­dzi albo już spała, albo szy­ko­wała się do snu, ale jego cze­kała długa noc. Miał do od­da­nia tłu­ma­cze­nie z nie­miec­kiego, a już i tak był spóź­niony w sto­sunku do planu, który so­bie na­rzu­cił. Zresztą naj­le­piej pra­co­wało mu się po za­pad­nię­ciu zmroku, gdy wo­kół pa­no­wały spo­kój i ci­sza. Nikt nie prze­szka­dzał mu nie­spo­dzie­wa­nymi te­le­fo­nami, a pod oknami nie wy­dzie­rały się dzie­ciaki są­sia­dów. Była ich trójka, dwóch chłop­ców i dziew­czynka, wszy­scy wy­jąt­kowo ha­ła­śliwi. I wszy­scy naj­wy­raź­niej uwiel­biali ba­wić się na dwo­rze, na­wet te­raz, przy pa­skud­nej mar­co­wej po­go­dzie, gdy resztki mo­krego śniegu nie nada­wały się ani do le­pie­nia bał­wana, ani do rzu­ca­nia śnież­kami. Mło­dzi Ko­wa­lo­wie spra­wiali wra­że­nie żyw­cem prze­nie­sio­nych z lat dzie­więć­dzie­sią­tych, z cza­sów sprzed po­pu­lar­no­ści ko­mó­rek i in­ter­netu. Oni są tacy jak my, my­ślał cza­sem Mar­cin, słu­cha­jąc ich ra­do­snych po­krzy­ki­wań. Jak ja, Mi­lena i Mati dawno temu. Ni­gdy nie był pewny, czy dzięki temu dzieci są­sia­dów wy­dają mu się sym­pa­tycz­niej­sze czy wręcz prze­ciw­nie.

O dru­gich są­sia­dach, czyli o ro­dzi­nie Dęb­skich, wo­lał w tej chwili nie my­śleć. Zresztą i tak miesz­kali zbyt da­leko, a po­mię­dzy jed­nym i dru­gim do­mem roz­cią­gał się jesz­cze nie­wielki za­gaj­nik. Mar­cin cza­sem ża­ło­wał, że nie może ob­ser­wo­wać ich z okien, ale te­raz był z tego na­wet za­do­wo­lony.

Za­pa­rzył kawę, a po­tem dla pew­no­ści prze­tarł jesz­cze blat w kuchni, choć dziś wy­cie­rał go już kilka razy. Za­wsze lu­bił po­rzą­dek, na­wet jako chło­piec. Pa­mię­tał, że matka tro­chę się z tego pod­śmie­wała.

Ko­lejne wspo­mnie­nie, które bu­dziło w nim trudne do spre­cy­zo­wa­nia emo­cje.

Gdy szedł z kawą w stronę biurka, schwy­tał swoje od­bi­cie w lu­strza­nych drzwiach szafy. Miał nie­całe czter­dzie­ści lat, ale wy­glą­dał sta­rzej, zwłasz­cza w po­rów­na­niu ze zna­jo­mymi, któ­rych zdję­cia prze­wi­jały mu się cza­sem przez Fa­ce­bo­oka. Nie­któ­rzy z nich wciąż mo­gliby ucho­dzić za stu­den­tów, on uwa­żał się już za męż­czy­znę w śred­nim wieku. Sta­wia­jąc ostroż­nie ku­bek na bla­cie biurka, przy­po­mniał so­bie współ­czu­cie w oczach Łu­ka­sza Dęb­skiego i to na mo­ment wy­trą­ciło go z rów­no­wagi. Przy­wykł do cie­ka­wo­ści ze strony miesz­kań­ców Ra­dzie­chów, do tego, że ob­ga­dują go za ple­cami i za­sta­na­wiają się, po co wła­ści­wie tu wró­cił, ale współ­czu­cie wi­dział po raz pierw­szy.

Włą­czył kom­pu­ter i zna­lazł od­po­wied­nie miej­sce w pliku. Książka, nad którą pra­co­wał, mó­wiła o po­cząt­kach osad­nic­twa w Eu­ro­pie Wschod­niej, co chwila mu­siał więc prze­ry­wać i spraw­dzać różne ter­miny. Jego spe­cjal­no­ścią była hi­sto­ria, ow­szem, jed­nak znacz­nie póź­niej­sza, bo do­ty­cząca dru­giej wojny świa­to­wej. Na co dzień ro­bił tłu­ma­cze­nia użyt­kowe dla róż­nych firm, cza­sem jed­nak w ra­mach od­skoczni po­trze­bo­wał cze­goś nieco bar­dziej skom­pli­ko­wa­nego.

Po pię­ciu stro­nach zro­bił so­bie prze­rwę i wszedł na Fa­ce­bo­oka, by zer­k­nąć, co tam u nie­licz­nych zna­jo­mych, do któ­rych jesz­cze od czasu do czasu się od­zy­wał. Prze­pro­wadzka z Ka­to­wic do wsi pod Żyw­cem mocno ogra­ni­czyła jego i tak nie­zbyt bujne ży­cie to­wa­rzy­skie. Miał już za­mknąć okienko i wró­cić do pracy, gdy w pra­wym gór­nym rogu za­pa­liła się ikonka ozna­cza­jąca nową wia­do­mość.

Cześć, bra­cie, prze­czy­tał. Znowu nie śpisz w nocy?

Pra­cuję, od­pi­sał. A ty? Nie po­win­naś przy­pad­kiem wsta­wać rano na za­ję­cia?

Po­win­nam i za­raz idę spać. Chcia­łam tylko za­py­tać, co tam u cie­bie. Poza pracą oczy­wi­ście.

Mar­cin za­wa­hał się.

Do­sta­łem dzi­siaj dziwną wia­do­mość. Sam nie wiem, co o tym my­śleć.

Jaką?

"MI­RO­SŁAW BREŚ NI­GDY NIE DO­TARŁ DO BUN­KRA. NI­SKI CZŁO­WIEK PO­TWIER­DZA". Syn są­sia­dów zo­sta­wił na mo­jej wy­cie­raczce kartkę.

Kropki ozna­cza­jące pi­saną przez roz­mówcę wia­do­mość po­ja­wiły się w okienku Mes­sen­gera, znik­nęły i znów się po­ja­wiły. Mi­lena naj­wy­raź­niej była rów­nie zdez­o­rien­to­wana co Mar­cin dwie go­dziny wcze­śniej.

Co to za czło­wiek, ten syn są­sia­dów? - prze­czy­tał wresz­cie.

Młody chło­pak, od­pi­sał. Sła­wek Dęb­ski. W ze­szłym roku zda­wał ma­turę, ale nie do­stał się na stu­dia, które so­bie wy­my­ślił, i te­raz sie­dzi z ro­dzi­cami w domu.

Do­brze go znasz?

Pra­wie wcale. To zna­czy mó­wimy so­bie dzień do­bry, i to tyle. A w każ­dym ra­zie mó­wi­li­śmy jesz­cze ja­kiś czas temu. Mam wra­że­nie, że chło­pak ostat­nio tro­chę zdzi­wa­czał, ale w su­mie nie moja sprawa. Zresztą rzadko go wi­duję. Jego oj­ciec twier­dzi, że Sła­wek nie wy­cho­dził dzi­siaj z domu, więc to nie mógł być on. Ja­koś mu nie wie­rzę.

To pew­nie tylko głupi żart. Dzie­cia­kowi się nu­dzi i dla­tego po­sta­no­wił się za­ba­wić twoim kosz­tem. Bo skąd ja­kiś na­sto­la­tek miałby wie­dzieć, że tata nie do­tarł do bun­kra?

Nie wiem. To zna­czy ra­czej nie miałby skąd. Ale jedno mnie tro­chę za­sta­na­wia.

No?

Nie­mal wy­czuł nie­cier­pli­wość sio­stry. Mi­lena za­kwa­li­fi­ko­wała już ten dzi­waczny list jako żart, uznała pro­blem za roz­wią­zany i naj­praw­do­po­dob­niej chciała iść spać. W prze­ci­wień­stwie do brata ni­gdy nie była noc­nym mar­kiem.

Dęb­scy miesz­kają w na­szym daw­nym domu, na­pi­sał.

Tym ra­zem nowa wia­do­mość po­ja­wiła się bły­ska­wicz­nie.

Za­raz za­dzwo­nię, mu­szę tylko wyjść na bal­kon, bo Adam już śpi. Cze­kaj! - na­pi­sała Mi­lena, zu­peł­nie jakby się bała, że Mar­cin w środku nocy wy­bie­rze się na spa­cer, w do­datku bez ko­mórki.

Zdą­żył zro­bić so­bie drugą kawę, gdy te­le­fon za­dzwo­nił.

- Co ty wy­pra­wiasz? - za­py­tała bez żad­nych wstę­pów. Wy­obra­ził ją so­bie ku­lącą się na bal­ko­nie ka­to­wic­kiego miesz­ka­nia. Dzie­siąte pię­tro, wi­dok po­ni­żej roz­ciąga się na cen­trum od Spodka aż po sie­dzibę NO­SPR-u, mar­cowy wiatr, który na tej wy­so­ko­ści wieje nie­mal za­wsze, prze­nika do szpiku ko­ści.

- Ja nic nie zro­bi­łem. - W jego gło­sie za­brzmiały obronne nuty, jakby czuł się winny, choć nie miał so­bie nic do za­rzu­ce­nia.

- Na pewno? Kiedy ostatni raz by­łam u cie­bie, spo­tka­łam w skle­pie ko­bietę, taką tro­chę my­szo­watą, w śred­nim wieku. Po­de­szła do mnie i po­wie­działa: "Pro­szę prze­ka­zać bratu, żeby prze­stał przy­cho­dzić pod nasz dom", a po­tem so­bie po­szła. Nie mia­łam po­ję­cia, o co jej cho­dzi ani na­wet skąd wie, że je­ste­śmy ro­dzeń­stwem, dla­tego ci o tym nie mó­wi­łam. Ale to była ona, tak? Pani Dęb­ska?

- Praw­do­po­dob­nie tak - przy­znał nie­chęt­nie.

- I ba­wi­łeś się w stal­kera pod ich do­mem?

- Cza­sami... - Co­raz bar­dziej czuł się jak na prze­słu­cha­niu. - Ale to nie tak, jak...

- No to masz swoją od­po­wiedź. Wku­rzy­łeś całą ro­dzinę i dla­tego syn Dęb­skich zro­bił ci dow­cip. Swoją drogą, zu­peł­nie tego nie ogar­niam. Mo­głeś ku­pić dom w ja­kiej­kol­wiek in­nej wsi, je­śli już ko­niecz­nie chcia­łeś uciec z mia­sta, ale ty wy­bra­łeś wła­śnie Ra­dzie­chowy. Po co? Li­czysz na to, że znaj­dziesz trop, który trzy­dzie­ści lat temu prze­ga­piła po­li­cja? Że je­śli wy­star­cza­jąco długo bę­dziesz się wpa­try­wał w nasz dawny dom, to ob­jawi ci się prawda?

- Nie mu­sisz mó­wić do mnie ta­kim to­nem.

- Prze­pra­szam - mruk­nęła, ale w jej gło­sie nie sły­szał praw­dzi­wej skru­chy. - Po pro­stu nie mogę tego zro­zu­mieć.

Mar­cin po­tarł dło­nią czoło. Pro­wa­dzili tę roz­mowę nie pierw­szy raz i nie chciało mu się już tłu­ma­czyć, że na do­brą sprawę on też nie ro­zu­mie. Przez kil­ka­na­ście lat żył skrom­nie z pracy tłu­ma­cza w dwu­po­ko­jo­wym miesz­ka­niu, in­we­stu­jąc odzie­dzi­czone po ro­dzi­cach pie­nią­dze. My­ślał cza­sem, żeby wy­dać je na coś sza­lo­nego, na przy­kład na po­dróż do­okoła świata albo jacht, ale osta­tecz­nie za­wsze koń­czyło się na pla­nach. W głębi du­szy sam uwa­żał się za roz­sąd­nego po­czciwca, który ni­gdy nie zdo­bę­dzie się na nic na­prawdę za­ska­ku­ją­cego. Aż pew­nego dnia, prze­glą­da­jąc od nie­chce­nia in­ter­net, na­tknął się na ofertę sprze­daży domu - w Ra­dzie­cho­wach, sto­ją­cego przy tej sa­mej ulicy, przy któ­rej dawno temu miesz­kała jego ro­dzina. Wtedy już wie­dział. Nie miało zna­cze­nia, że dom przy­po­mina rzu­cony w trawę gi­gan­tyczny klo­cek Lego, kosz­tuje zde­cy­do­wa­nie za dużo jak na ta­kie nie­pa­su­jące do be­skidz­kiego kra­jo­brazu kan­cia­ste brzy­dac­two i w do­datku, z po­wo­dów, któ­rych nikt nie zgłę­bił, ściany ma po­ma­lo­wane na se­le­dy­nowy ko­lor. Mar­cin uparł się, że musi go mieć. W kwiet­niu mi­nie pierw­sza rocz­nica od mo­mentu, gdy sprze­dał miesz­ka­nie w Ka­to­wi­cach i prze­pro­wa­dził się do Ra­dzie­chów. Przez te je­de­na­ście mie­sięcy ani razu nie po­ża­ło­wał de­cy­zji, którą pod­jął. Nie po­tra­fił od­po­wie­dzieć na py­ta­nie, dla­czego się tu zna­lazł, miał jed­nak prze­czu­cie, że jest do­kład­nie tam, gdzie po­wi­nien być.

Ktoś musi coś wie­dzieć, po­my­ślał te­raz, pa­trząc na swoje od­bi­cie w ciem­nym oknie kuchni. W ta­kich ma­łych miej­sco­wo­ściach lu­dzie za­wsze wie­dzą wię­cej, niż mó­wią po­li­cji. Może to wła­śnie była od­po­wiedź.

- Za­gi­nię­cie na­szych ro­dzi­ców nie ma nic wspól­nego z do­mem, w któ­rym te­raz miesz­kają Dęb­scy - po­wie­działa Mi­lena, zu­peł­nie jakby od­ga­dła, o czym on my­śli.

Wzdry­gnął się lekko. Róż­nił się od sio­stry pod wie­loma wzglę­dami, ale była mię­dzy nimi silna więź, może ze względu na to, co cała ich trójka prze­szła w dzie­ciń­stwie, i ła­twość, z jaką Mi­lena po­tra­fiła go roz­szy­fro­wać, cza­sem bu­dziła w nim lęk.

- Wiem.

- Za­cho­wu­jesz się, jak­byś nie wie­dział. Do­bra, mniej­sza z tym, wra­cam do środka, bo mi za­raz ty­łek od­mar­z­nie. Nie baw się w do­mo­ro­słego de­tek­tywa i daj spo­kój Dęb­skim, to i oni ci od­pusz­czą. Wi­dzimy się w week­end?

- Ja­sne.

Mi­lena może i nie ro­zu­miała, czemu prze­pro­wa­dził się na wieś, jed­nak chęt­nie z tej prze­pro­wadzki ko­rzy­stała, wpa­da­jąc od czasu do czasu z mę­żem i sy­nem. Choć ostat­nio, jak zo­rien­to­wał się Mar­cin, co­raz czę­ściej tylko z sy­nem.

Roz­łą­czył się i do­pił drugą kawę, ale ochota do pracy zu­peł­nie mu prze­szła. Wie­dział, że dzi­siaj w nocy już ni­czego nie zrobi, rów­nie do­brze mógł więc usiąść przy stole i chwilę po­my­śleć. Pa­ra­dok­sal­nie pew­ność, z jaką Mi­lena uznała kartkę za dow­cip, w nim sa­mym wzbu­dziła wąt­pli­wo­ści. Bo tak na­prawdę ta wia­do­mość nie wy­glą­dała na żart. Nie było w niej nic, z czego młody Dęb­ski mógłby się po­tem po­śmiać z ko­le­gami, nic, co spra­wia­łoby wra­że­nie wy­tworu na­sto­let­niej fan­ta­zji. Mar­cin może i był nu­dzia­rzem w śred­nim wieku, ale pa­mię­tał jesz­cze sa­mego sie­bie z cza­sów mło­do­ści i to po pro­stu nie pa­so­wało. Na miej­scu Sławka na­pi­sałby coś o szkie­le­tach w le­sie albo zmy­śliłby krwawe szcze­góły zbrodni sprzed lat. Nie pi­sałby o ni­skim czło­wieku, bo to było zbyt dzi­waczne, jed­no­cze­śnie enig­ma­tyczne i za­ska­ku­jąco kon­kretne.

Mi­ro­sław Breś ni­gdy nie do­tarł do bun­kra. Ni­ski czło­wiek po­twier­dza.

Ob­ra­cał te słowa w gło­wie, do­szu­ku­jąc się w nich ja­kie­goś sensu, ale żad­nego nie zna­lazł. W Ra­dzie­cho­wach nie było ni­kogo szcze­gól­nie ni­skiego, a przy­naj­mniej on ni­gdy ta­kiej osoby nie spo­tkał. I czemu tata miałby nie do­trzeć do bun­kra? Nie mó­wiąc już o tym, że je­śli chło­pak na­prawdę coś wie­dział, dla­czego nie przy­szedł do Mar­cina otwar­cie? Po co się ba­wił w ta­kie pod­chody?

Wło­żył pu­sty ku­bek do zlewu i wró­cił do kom­pu­tera. Już wy­cią­gał dłoń, żeby go wy­łą­czyć, jed­nak cof­nął się w ostat­niej chwili. Sio­stra na­zwała go stal­ke­rem, prawda? Cóż, w ta­kim ra­zie mógł jesz­cze zro­bić to, co stal­ke­rzy za­zwy­czaj ro­bią.

Wszedł na In­sta­grama, na któ­rym za­re­je­stro­wał się ja­kiś czas temu. Pu­ste konto słu­żyło mu tylko do jed­nego: ob­ser­wa­cji czter­na­sto­let­niej dziew­czynki z Man­che­steru, przed­sta­wia­ją­cej się jako Mary So­chacz. Mary pi­sała wy­łącz­nie po an­giel­sku, ale jej matka, Be­ata So­chacz, nim wy­szła za pana Ri­charda Len­noxa, przez trzy­dzie­ści lat miesz­kała w Biel­sku-Bia­łej. Mar­cin za­sta­na­wiał się cza­sem, czy to nie bę­dzie odro­binę pro­ble­ma­tyczne, je­śli oj­czym zde­cy­duje się ofi­cjal­nie za­adop­to­wać dziew­czynkę. Mary Len­nox nie mia­łaby ła­twego ży­cia w szkole. Choć może dzi­siaj już nikt nie czy­tał ta­kich sta­roci i nie sko­ja­rzyłby współ­cze­snej uczen­nicy w ele­ganc­kim gra­na­to­wym mun­durku z bo­ha­terką książki dla dzieci sprzed po­nad stu lat.

Mary wrzu­ciła ostat­nio tylko jedno zdję­cie: sie­działa na ławce w parku, z jedną nogą na ziemi, a drugą wy­pro­sto­waną wzdłuż opar­cia. Mu­siała mieć nie­źle roz­cią­gnięte mię­śnie, je­śli udało jej się usiąść w ta­kiej po­zy­cji. Była zresztą nie­sa­mo­wi­cie szczu­pła i jed­no­cze­śnie jak na swój wiek bar­dzo wy­soka, jej ciało przy­po­mi­nało wy­cią­gnięte w górę cie­niut­kie drzewko - tak wy­glą­dają tylko do­ra­sta­jące dziew­czynki w tej ma­gicz­nej chwili, kiedy już prze­stały być dziećmi, ale jesz­cze nie zmie­niły się w młode ko­biety. Mi­lena jako na­sto­latka też miała taką fi­gurę, przy­po­mniał so­bie. I też od naj­młod­szych lat była bar­dzo wy­spor­to­wana. Nie­za­leż­nie od tego, jak bar­dzo się sta­rał, za­wsze prze­gry­wał z nią w te­nisa, bad­min­tona czy zwy­kłą piłkę, gdy grali w ogro­dzie ro­dzi­ców tam­tego dłu­giego cie­płego lata, nim wszystko w ich ży­ciu się zmie­niło. Po­wi­nien czuć wtedy za­zdrość - był w końcu dwa lata star­szy - ale z ja­kie­goś po­wodu wi­dok sied­mio­let­niej sio­stry bie­ga­ją­cej po traw­niku za do­mem, w któ­rym te­raz miesz­kali Dęb­scy, bu­dził w nim tylko dumę.

Nie­za­leż­nie od tego, czym się zaj­mo­wał, jego my­śli dziś naj­wy­raź­niej tak czy ina­czej wra­cały do ro­dziny, wy­łą­czył więc kom­pu­ter i po­szedł wresz­cie spać.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki