Trzeci Rzym - Jacek Cora
2.02 zł
1.68 zł
(1,72 zł najniższa cena z 30 dni)

Reflow text when sidebars are open.
Awram podjechał pod zachodnią bramę moskiewskiej nuncjatury. Elewację nad drzwiami i całej szerokości linii okien pokrywał biały bas - relief. Poza tym rezydencja była raczej skromna. Prestiżu z pewnością dodawała jej flaga Stolicy Apostolskiej kołysana moskiewskimi podmuchami wiatru. Ksiądz Veres drobnymi kroczkami zaprowadził mnie do środka i skierował do pokoju gościnnego, który nie ustępował w niczym pięciogwiazdkowym hotelom, gdzie ostatnimi czasy miałem zwyczaj mieszkać. Dominował biały i niebieski wystrój, który dopełniały kolorowe dodatki jak czerwone obicia niektórych mebli i brąz podłogi wylanej z żywicy poliuretanowej. Dwuskrzydłowe drzwi z piękną supraportą były lekko uchylone i gdzieś z oddali dochodziły kobiece głosy. Unosiły się zapachy gotowanego obiadu. Możliwe, że byłem już po tej rosyjskiej podróży nieco głodny, stąd takie gastronomiczne wrażenia. Attaché nuncjusza pokazał mi też moją sypialnię, umeblowaną z powściągliwą elegancją, której spokój trochę zakłócał stojący w narożniku duży gipsowy anioł dźwigający świece. Okazało się, że rzeczywiście za dużymi drzwiami była jadalnia, a jeszcze dalej kuchnia. Na obiad zaprosiła nas siostra Alisa. Oprócz niej w kuchni nuncjusza pracowała jeszcze siostra Wielimira. Obie serafitki pochodziły gdzieś z Kresów. Siostra Wielimira powiedziała skąd, ale nie zapamiętałem nazwy tej miejscowości, co może świadczyć, że rzeczywiście byłem bardzo głodny. Na twarzach zakonnic zawsze dominował uśmiech.
Pamiętam też siostrę Annę z rezydencji arcybiskupiej we Wrocławiu. Ona też zawsze obdarzała każdego swoim szczerym uśmiechem. Mój przyjaciel, profesor psychologii z uniwersytetu w Chicago, Jonathan Colin, przeprowadził kiedyś badania w zakresie funkcji śmiechu. Badania te potwierdzały, że śmiech działa leczniczo na cały organizm, powodując wydzielanie endorfin, które działały w jakimś zakresie znieczulająco i uspakajająco. Ale nie to było najważniejsze w jego odkryciu. Ten fakt od dawna był znany. Profesor Colin zaobserwował coś więcej. Poza śmiechem, takim szczerym i takim do rozpuku, istnieje też "maska" śmiechu, noszona coraz częściej na twarzach ludzi dwudziestego pierwszego wieku. Sztuczne "krzywienie" mięśni twarzy biorących udział w naturalnym procesie śmiechu powoduje, według Colina, przenoszenie wtórnych bodźców na mięśnie klatki piersiowej i ramion, a to z kolei daje rytmiczne zmiany ich napięć i rozluźnień, co w efekcie przynosi uczucie relaksu charakterystycznego dla naturalnego śmiechu. Jest to więc korzystny nawyk, który przeważnie zaczyna się sytuacyjnie, kiedy chcemy być chwilowo mili i uprzejmi wobec drugiego człowieka w celu osiągnięcia określonych korzyści biznesowych lub mając na względzie dobre relacje z drugą osobą. Z czasem ten całkiem interesowny nawyk przechodzi na stałe, przynosząc duże korzyści, hartując i wzmacniając siły obronne organizmu, a tym samym chroni uśmiechającego się przed chorobami, uodporniając go przed różnymi wirusami i bakteriami. Profesor wnioskował też, iż życiowa radość i uśmiech są w dużym stopniu zaraźliwe, udzielają się innym. Mój przyjaciel Jonathan miał chyba w tym wszystkim niemało racji, gdyż gdy tylko pojawiły się uśmiechnięte siostry Alisa i Wielimira, nawet największe smutasy przy stole ożywiały się i miło uśmiechały. Sporo jest zatem prawdy w sentencji, że "uśmiech to skrzywienie, które wszystko prostuje".
Następnego dnia powróciła z Kazachstanu delegacja moskiewskiego nuncjusza i po kolacji nareszcie mogłem spotkać się z moim synem. Gdy już usiedliśmy wygodnie w fotelach, z niecierpliwością czekałem na relację Augustyna z jego dotychczasowego pobytu w Moskwie. Zapytałem więc wprost: - Jak to się stało, że jeszcze miesiąc temu mieszkałeś na probostwie stołecznej parafii św. Olgi i pracowałeś w Moskiewskiej Akademii Duchownej, a dzisiaj już jesteś sekretarzem nuncjusza?
Augustyn jakiś czas milczał i zadumany stukał palcem wskazującym w brzeg fotela... po czym prawie szeptem powiedział:
- Rzeczywiście, stało się to tak nagle... współpraca z rosyjskimi profesorami Hilarionem Kurajewem i Antymem Arsienjewem układała się przecież znakomicie. Byliśmy o krok od fascynującego odkrycia naukowego... - wydusił z siebie, ściśnięty jakimś żalem. Po chwili skwitowałem:
- A ja myślałem, że rezydencja arcybiskupa Iwana Jurkowicza to dla ciebie olśniewający awans.
- Na pewno też, ale tu w Moskwie wydarzyło się coś z pogranicza wręcz koszmarnego thrillera, napisanego jednak przez życie. - odpowiedział mój syn już głośniej.
- Spokojnie, tylko spokojnie, tu w Moskwie wydarzyć może się wszystko, a na zimniejszy wiatr wystarczy nieraz turkusowy szalik - starałem się tym subtelnym kolorem ciepłego morza obniżyć poziom emocji. I chyba mi się udało, gdyż Augustyn pierwszy raz lekko się uśmiechnął i rozluźniony mówił dalej:
- Zgodnie z umową pomiędzy ministrem Ławrowem i kardynałem Parolinem w styczniu tego roku przybyłem do Moskwy wraz z dziesięcioosobową grupą profesorów z Watykanu. Naszymi sprawami bytowymi zajął się metropolita moskiewski arcybiskup Paolo Pezzi, zaś działalnością naukowo-kulturalną - minister kultury Federacji Rosyjskiej Władimir Miedinski. Muszę powiedzieć, że ten Miedinski zrobił na mnie dobre wrażenie. Od pierwszego spotkania w jego gabinecie, gdzie odbieraliśmy skierowania do pracy naukowej, dał się poznać jako wyjątkowo merytoryczny i sympatyczny. Zaraz po przyjeździe, jak ci wiadomo, zamieszkałem na plebanii św. Olgi u proboszcza Pielaka. Natomiast do pracy naukowej zostałem przydzielony na Wydział Pisania Ikon Moskiewskiej Akademii Duchownej. Ku mojemu pozytywnemu zaskoczeniu ta prawosławna uczelnia na wspomnianym Wydziale Pisania Ikon miała również, i to na wysokim poziomie, kilka kierunków okołotematycznych, związanych z archeologią. Były to przede wszystkim paleografia porównawcza i archiwistyka, jak również brachygrafia i kilka pomniejszych dziedzin papirologii. Zostałem przydzielony do grupy profesorów Hilariona Kurajewa i Antyma Arsienjewa, którzy aktualnie pracowali, na zlecenie ministra kultury, wspomnianego już Miedinskiego, przy archiwizacji pozostałości bizantyjskiego skarbu carów, mieszczącego się obecnie w najniższych pomieszczeniach Soboru Chrystusa Zbawiciela.
- A ja zawsze myślałem, że skarbiec carów jest przechowywany w Cerkwi Zwiastowania, będącej w przeszłości prywatną cerkwią carów rosyjskich.
- Och, tato! Ten skarbiec to historia na niejedną sensacyjną książkę. A z tego, co wiem, klejnoty carów są dzisiaj przede wszystkim na Kremlu i w różnych muzeach. W Cerkwi Zwiastowania też. Ale ten skarb z podziemnych lochów Soboru Chrystusa Zbawiciela to rzecz raczej wyjątkowa, związana z wianem drugiej żony Iwana III Srogiego, księżniczki Zoe Paleolog i... Złotymi Wrotami.
- Wybacz, synu, parę ładnych lat przebywałem w Moskwie, ale o żadnych Złotych Wrotach nie słyszałem - powiedziałem tonem lekkiego podirytowania, ale i ciekawości...
- Rzeczywiście mało kto o nich słyszał, gdyż do dzisiaj jest to największa tajemnica Rosji i dla przykrywki więcej się mówi o sensacjach tajnego "metra 2".
- No... tak... rzeczywiście... o liniach metra pod Kremlem słyszałem niejedno...
- Na razie, tato, zostawmy jednak w spokoju krainę Złotych Wrót i wróćmy do skarbu bizantyjskiego.
- Otóż, jak już wspomniałem, Zoe Paleolog, księżniczka bizantyjska, poślubiła Iwana III Srogiego i przybywając na Kreml, przywiozła ze sobą, oprócz osobistych klejnotów, dużą ilość dzieł sztuki oraz starogreckich i starohebrajskich ksiąg, nazywanych później księgozbiorem Liberia. Wwiozła też dwa peloponeskie stwory, nibykonie, ale poruszające się tylko na tylnych nogach w pozycji pionowej, jakby stały dęba, oraz mające zamiast kopyt dziesięciopalcowe dłonie u przednich nóg przeistoczonych w duże ręce i dziesięciopalcowe stopy u tylnych nóg przeistoczonych w dwie duże dolne kończyny. Poza tym stwory te nie posiadały końskiego ogona i grzywy. Nie miały też nic wspólnego z mitycznymi centaurami. Były w zupełności realne. Pierwsza dama Kremla, będąca miłośniczką sztuki, sprowadziła z Włoch architektów i zainspirowała przebudowę w większości jeszcze drewnianego Kremla. Na kremlowskim dworze szeptano zaś, że jest grecką czarownicą. Po jakimś czasie wszystko się uspokoiło, a końskie pokurcze - ogier Zax i klacz Cal oraz bizantyjskie dzieła sztuki przepadły jak kamień w wodę. Księżniczka Sofija zatrzymała przy sobie tylko podręczną biblioteczkę oraz złote i srebrne klejnoty, które po jej śmierci długi czas były przechowywane w skarbcu Soboru Zwiastowania. Na krótko przed rewolucją październikową prawosławni księża wywieźli część tego bizantyjskiego skarbu na Syberię w dorzecze rzeki Popigaj i schowali w starej cerkwi we wsi Chagatlewo. Ukrycie tam przed bolszewikami bizantyjskiego złota było pomysłowe, gdyż nikomu do głowy nie przyszło szukać klejnotów księżniczki Sofiji w miejscu, gdzie powstawała kopalnia diamentów.
W 1931 roku władze radzieckie postanowiły zburzyć budowany prawie przez pół wieku Sobór Chrystusa Zbawiciela i zbudować na jego miejscu największą budowlę świata - Pałac Rad. Niestety, z tego projektu nic nie wyszło, ale co ciekawe, Stalin strzegł miejsca po wysadzonym w powietrze Soborze Chrystusa Zbawiciela jak oka w głowie. Plac ten zalano nawet wodą, zbudowano na nim później otwarty basen pływacki "Moskwa". Jaką więc tajemnicę mógł ukrywać ten skwer położony w najstarszej części miasta na brzegu rzeki Moskwy u wpływu Irkutu do Angary nieopodal Kremla? Dopiero w 2000 roku ukończono odbudowę zburzonego soboru. W tym samym też roku do jego podziemnego skarbca wróciły bizantyjskie precjoza i ministerstwo kultury Rosji zarządziło jego archiwizację, w której u boku rosyjskich profesorów Hilariona Kurajewa i Antyma Arsienjewa brałem udział.
W trakcie klasyfikacji archiwalnej uwagę profesora Kurajewa przykuło jedno z precjozów. Była to srebrna szkatułka, w której znajdował się kawałek deseczki zawinięty w dobrze zabalsamowany perski papirus. Profesor starannie odłożył papirus, a kawałek bardzo starego drewienka miał zamiar wyrzucić do kosza. Zawahał się jednak i podnosząc je do góry, zapytał: "A z tym co robimy?". Oniemiałem z wrażenia, poznałem od razu ten kawałek orzechowego drewna. Była to od wieków daremnie poszukiwana przez archeologów całego świata lewa część titulusa. Zdołałem jedynie wykrzyknąć: "Profesorze, ostrożnie...! To jest, bez najmniejszej wątpliwości, Titulus Crucis, a dokładnie jego lewa połówka". "Skąd taka pewność?" - zapytał chłodno profesor Kurajew. Usiedliśmy na jakichś starych workach, a ja biorąc głęboki oddech, zacząłem opowieść o mojej habilitacji na rzymskim uniwersytecie Angelicum Opowiedziałem więc profesorom, jak to w latach 2005 - 2007 pisałem rozprawę habilitacyjną z archeologii na temat: "Titulus Crucis w badaniach - od Gelazjusza z Cezarei do paleografii Michaela Hasemanna". Nadmieniłem, że w trakcie jej redagowania podobny skrawek rzymskiej połówki titulusa miałem więc w rękach nieraz. A ta przypadkiem znaleziona przez nas lewa połówka, uznawana przez archeologów za bezpowrotnie zaginioną, jest w porównaniu z jej prawą częścią w o wiele lepszym stanie, co może dawać dużą nadzieję na powtórne przebadanie titulusa i to zarówno pod względem epigraficznym, jak i datowaniem radiowęglowym. Może to też całkowicie potwierdzić postawioną w mojej pracy tezę o autentyczności Titulus Crucis. Profesorowie Kurajew i Arsieniew byli wyjątkowo zaskoczeni nie tylko rewolucyjnym znaleziskiem, ale także i moją specjalizacją archeologiczną z dziedziny starożytnej paleografii porównawczej. Mało co wiedzieli też na temat nowoczesnych badań nad titulusem. O nazwiskach profesorów Michaela Hasemanna i Carstena Thiede, jak również mojego rzymskiego promotora, światowej sławy archeologa Charliego Gongera, dowiedzieli się dopiero ode mnie. Ich dotychczasowa wiedza na temat titulusa ograniczała się do kilku rozdziałów "Historii Kościoła" Gelazjusza z Cezarei i Antoniego z Piacenzy, którą liznęli jeszcze jako studenci na Prawosławnej Akademii Duchownej w Moskwie. Poza tym Titulus Crucis nie był w kręgu ich zainteresowań naukowych. Widząc jednak wypieki na mojej twarzy, postanowili jako wybitni specjaliści w dziedzinie papirologii zająć się naukowym opracowaniem znalezionego przez nas perskiego manuskryptu. Uzgodniliśmy również, że fakt tak poważnego odkrycia archeologicznego należy zgłosić na piśmie władzom Rosji.
Przy okazji profesor Kurajew, widząc mój zapał naukowy w dziedzinie archeologii, zwierzył się też z pewnej tajemnicy, która znajdowała się według niego w podziemiach Moskwy. Opowiedział, jak to pewnego razu postanowił zapuścić się nieco głębiej, poza strefę strzeżoną podziemi moskiewskiego soboru. Wędrował tak na chybił trafił przez cały dzień i gdy już chciał wracać, nagle ujrzał rzecz nieziemską. Na gigantycznej ścianie czegoś w rodzaju opuszczonego wyrobiska starej kopalni otwarły się ogromne złote wrota i przez moment do jakiejś krainy wjeżdżały i wyjeżdżały pociągi oraz samochody. Profesor mówił, że oniemiał z wrażenia i przez chwilę zaczął się nawet szczypać w policzek z obawy, czy czasem, spędzając cały dzień w ciemnych i dusznych lochach, nie dostał jakichś zwidów. Wszystko działo się jednak w całkowitym realu. Ponadto wracając, natknął się na młodą żebraczkę, która zanosząc się od płaczu, prosiła o pomoc. Profesor chciał ją ominąć, gdyż w moskiewskich katakumbach mieszka dużo bezdomnych i różnej maści kamorry, ale dźwięczny, staroruski język dziewczyny przykuł na tyle jego uwagę, że zatrzymał się i skrupulatniej przyjrzał jej postaci. Nie przypominała bezdomnej, lecz raczej wypielęgnowaną modelkę lub aktorkę. Jako specjalista od cyrylicy zainteresował się poważnie językiem dziewczyny i postanowił zabrać ją ze sobą i zawieźć do monasteru św. Anny. Ihumenia Agnia zgodziła się ze względu na ogromny prestiż profesora Kurajewa przyjąć nieznajomą do klasztoru na próbę jako posłusznicę. Mniszki nie rozumiały za bardzo jej dziwnego języka. Tylko profesor potrafił z nią rozmawiać. Może i dobrze, że tak się stało, gdyż dziewczyna mówiła o rzeczach będących prawdopodobnie największą tajemnicą Rosji. Miała też ze sobą coś w rodzaju pamiętnika opisującego dzieje podziemnego świata oraz swojej miłości, która w tej krainie była zakazana. I właśnie z tego pamiętnika, który profesor przetłumaczył na język rosyjski, dowiesz się już, tato, wszystkich szczegółów o złotych wrotach i krainie, do której prowadziły. Oprócz dzienniczka Ludmiły, tak miała na imię ta dziewczyna, zastawiam na biurku moją pracę habilitacyjną o titulusie i notatki, które zrobiłem w czasie archiwizacji skarbca bizantyjskiego. Wszystko to pozostawiam do twojej dyspozycji, gdyż już pojutrze wylatujemy z nuncjuszem do Hiszpanii.
- No, nie! Zaciekawiłeś mnie na dobre swymi tajemnymi opowieściami i teraz zostawiasz z nimi samego - powiedziałem z lekkim przekąsem, chociaż dobrze rozumiałem sytuację syna. Zapytałem, czy będą jakieś przeciwwskazania do opisania tych sensacji w moich wspomnieniach.
Ku mojemu zdumieniu Augustyn odpowiedział na to pytanie bez większego zastanowienia, powiedziałbym nawet, że z aluzyjnym rozbawieniem w głosie: - Ależ skąd, przecież nikt ani w Rosji, ani na całym świecie nie uwierzy w złote wrota i podziemny Trzeci Rzym księżnej Zoe Paleolog. Wszyscy potraktują to raczej jako sensację nowego szaleńca, któremu wydawało się, że odkrył rubinową tajemnicę. A takich w Moskwie było już bardzo i to bardzo wielu. Także związana z tym historia Ludmiły wydawać się może całkowicie anachroniczna, tym bardziej, iż profesorowie Arsienjew i Kurajew zniknęli wraz z dziewczyną bez śladu. Natomiast zaskakujące odkrycie archeologiczne jerozolimskiej części Titulus Crucis Ministerstwo Kultury Rosji przekazało do Instytutu Historii i Archiwów Uniwersytetu im. M. Łomonosowa w Moskwie. A swoją drogą o znalezisku poinformowałem też Instytut Archeologii Rzymskiego Uniwersytetu "Angelicum" oraz Universitet of Arizona w Ameryce, który znany jest na świecie z najnowocześniejszych technik datowania radiowęglowego. Przypuszczam więc, że sprawa lewej połówki titulusa znajduje się w dobrych rękach i nie stanowi też większej tajemnicy. Ja zaś zostałem odsunięty od sprawy, gdyż ministerstwo kultury pod koniec czerwca rozwiązało ze mną umowę i arcybiskup Paolo Pezzi skierował mnie do pracy w sekretariacie moskiewskiego nuncjusza. Pozostał tylko żal, bowiem z rosyjskimi profesorami zdążyłem się szczerze zaprzyjaźnić i snuliśmy wiele wspólnych planów naukowych. Tak nagłe ich zniknięcie wciąż nie daje mi spokoju i myślę o najgorszym.
Teraz już wiesz, tato, dlaczego naszą rozmowę zacząłem w tak smętnym nastroju i niespodziewanie znalazłem się tu w moskiewskiej nuncjaturze.
Zauważyłem, że Augustyn ma problem z dystansem do tego tematu, więc uciąłem jego biadolenie.
- Dla mnie sprawa jest oczywista. Tu w Rosji takie zaginięcia nikogo za bardzo nie dziwią, zresztą podobnie jak w Ameryce, gdyż są to dwa duże kraje i ludzie dzięki dzisiejszej technice podróżowania błyskawicznie przenoszą się w różne odległe strony. Poza tym twoi przyjaciele są księżmi prawosławnymi i podlegają specjalnej jurysdykcji kościelnej. Zresztą jak i ty. Częste znikanie w ich sytuacji nie jest więc tu żadną rewelacją.
"A może Kraina Złotych Wrót istnieje naprawdę?" - pomyślałem. Rosja to piękny i bajeczny kraj, a cała reszta to tylko ideologia i polityka...
Od rana Augustyn był zajęty przygotowaniem podróży nuncjusza Ivana Jurkowicza do Hiszpanii. Depesze dyplomatyczne, urywające się telefony... wszystko na jego głowie. Pomagali mu II sekretarz ks. Anton Demshin i znany mi już attaché ks. Matej Veres. Stanowili dobrze zgrany zespół. Augustyn umiał pracować w grupie i zdobywać sympatię ludzi. Jednym słowem - był lubiany. Dopiero po południu przyszedł do mojego pokoju i usiadł na miękkim pluszu krzesła, pomasował sobie trochę krzyż i stękając, powiedział:
- Muszę trochę odsapnąć. Jeszcze jeden telefon do Toledo i mogę spokojnie się pakować.
Nie zważając na reisefieber, zagadałem:
- Czy ten wyjazd ma coś wspólnego z Kazachstanem?
- Tak. I myślę, że w Madrycie uda się ostatecznie załatwić aktualny problem personalny światowej wierchuszki Drogi Neokatechumenalnej. Maria Carmen Hernandes Barrera ma już 85 lat i jest poważnie chora. W październiku wyjeżdża do Kanady na operację i zgłosiła rezygnację z pełnienia dożywotniej funkcji w trzyosobowej Międzynarodowej Ekipie Odpowiedzialnej za Drogę. Sprawa jest poważna ze względu na osobiste zaangażowanie się papieża Franciszka. Wskazania Watykanu są jednoznaczne - Wschód. Już w marcu 2015 roku metropolita moskiewski arcybiskup Paolo Pezzi był wzywany do Rzymu w sprawie świadectwa wyjątkowo aktywnej w Kazachstanie, Białorusi i Rosji misjonarki neokatechumenalnej - Marii Ascension Romero. I właśnie dopiero co wróciliśmy z Atyru i Aktobe, gdzie nasz nuncjusz po tamtejszych parafiach sprawdzał wszystkie dokumenty działalności ewangelizacyjnej Marii Ascension Romero, a już jutro udajemy się do Madrytu na spotkanie z prymasem Hiszpanii - arcybiskupem Toledo - Braulio Rodriguezem Plazą. W zjeździe weźmie też udział cała wielka trójka Drogi, a więc wspomniana już przeze mnie Maria Hermandes, Kiko Arguello i o. Mario Pezzi. Oni to prawie pół wieku temu tworzyli pierwsze wspólnoty neokatechumenalne w podmadryckich slumsach. Zaproszona jest również Maria Romero, która nie zaistniała tak wyraziście w historii tego ruchu, ale jako najbardziej doświadczona misjonarka Drogi Neokatechumenalnej w Rosji ma pełną akceptację papieża Franciszka do zastąpienia Marii Hermandes. Najważniejsze, żeby w Madrycie udało się wybrać Marię Ascension Romero, chociaż ad experimentum.
Myślę, że za jakiś tydzień powinniśmy powrócić, a ty, tato, przez ten czas nie powinieneś się nudzić, zgłębiając niezwykłe dzieje titulusa i "Złotych Wrót"...
Pomyslałem: "No cóż na Nikolską nie pojadę, gdyż Marika z Siergiejem siedzą jeszcze u rodziny w Gruzji i nie wiadomo, kiedy wrócą... trzeba będzie tak czy owak trochę poczytać, a i dżdżysta pogoda temu sprzyja".
Ten rozdział moich wspomnień będzie chyba najnudniejszy. Nic, poza historią. Chyba, że trochę horroru występującego przy niektórych opisach kar śmierci ożywi ten nieco naukowy passus.
Książka Augustyna na temat historii Titulus Crucis liczyła 460 stron i była napisana w języku angielskim. Postanowiłem wybrać kilka, według mnie interesujących fragmentów, dotyczących symbolicznego znaku czterech liter: J N R I, które każdy z nas zna, ale niewiele wie, co znaczą i skąd się wzięły. Wyjaśnia to pierwszy rozdział pracy Augustyna liczący 52 strony i poświęcony tematyce kary śmierci w czasach, kiedy żył Jezus Chrystus. Ukazuje on opisy wymierzanych kar śmierci oraz kierunki rozwoju myśli filozoficznej dotyczącej tej kary nazywane retencjonizmem. Zaprezentowany jest również lakoniczny przegląd poglądów na temat kary śmierci w historii chrześcijańskiej. Opisane są więc najważniejsze argumenty abolicjonistów na całym świecie. Onegdaj, gdy nie było jeszcze prawa pisanego, kara śmierci miała charakter zwyczajowy, polegający na tym, że w przypadku morderstwa była wymierzana przez rodzinę osoby zamordowanej. Później, gdy już istniały pierwsze systemy państwowe, pojawiły się najstarsze kodeksy prawa świata starożytnego. A wśród nich przede wszystkim kodeks króla Babilonu Hammurabiego i antyczny kodeks Drakona. Filozofowie i etycy tej miary co Platon, Arystoteles i Seneka akceptowali karę śmierci w ówczesnych dla nich państwowych systemach prawa karnego. Seneka uważał ją za ostateczną sankcję w przypadku wcześniejszego wykorzystania wszelkich łagodniejszych form karania. Starożytne prawo karne, które cechowała duża surowość, utrzymywało więc karę śmierci, nadając jej zasadnicze znaczenie. Wymieniony już Kodeks Hammurabiego, który stanowi najstarszy pomnik prawa babilońskiego, przewidywał karę śmierci w ponad 30 przypadkach. Groziła ona między innymi za udowodnione oskarżenie o zabójstwo lub o czary, kradzież mienia Bożego lub mienia należącego do pałacu, paserstwo, kradzież syna pełnoprawnego obywatela, współudział w ucieczce niewolnika lub niewolnicy, rabunek, współudział w zabójstwie męża. Podobnie kodeks Drakona cechował się wyjątkową surowością. Praktycznie za każde przewinienie groziła kara śmierci. A kradzież była największym przestępstwem. Za kradzież, bez względu na to, co zostało zrabowane, była wymierzana kara śmierci. Prawodawstwo Drakona nie różnicowało przestępstw na mniejsze i większe. Poza karą śmierci skazany mógł również zostać sprzedany w niewolę, pozbawiony praw obywatelskich czy też zostać skazany na chłostę lub karę pieniężną. Poza morderstwem żadne popełnione przestępstwo nie było ścigane z urzędu. Poszkodowany sam musiał zgłosić skargę. Także źródła objawienia starożytnego chrześcijaństwa w szerokim stopniu dopuszczały stosowanie kary śmierci. Stary Testament popierał stosowanie kary śmierci, między innymi za przestępstwa przeciwko życiu i wolności, cudzołóstwo, kazirodztwo, bluźnierstwo i nieposłuszeństwo rodzicom. Chociaż za cudzołóstwo i nieposłuszeństwo rodzicom często odstępowano od tej surowej kary.
Z kolei Nowy Testament bezpośrednio nie odnosił się do kary śmierci, gdyż uznawał on zasadę miłosierdzia i przebaczenia. Wybitny starochrześcijański apologeta Klemens Aleksandryjski był jednak orędownikiem wymierzania kary śmierci, o czym pisał w swoim dziele zatytułowanym "Stromata" ("Kobierce"). Protagonista ten aprobuje stosowanie kary śmierci w krańcowych przypadkach naruszenia prawa. Swoją opinię oparł na skonstruowanym przez siebie argumencie polegającym na porównaniu sędziego wydającego wyrok kary śmierci do chirurga zmuszonego do wycięcia z ciała pacjenta chorego narządu. Tym chorym narządem w społeczeństwie byli według niego mordercy oraz inni groźni, nierokujący poprawy przestępcy. Zatem w oczach Klemensa Aleksandryjskiego racją usprawiedliwiającą moralnie wydanie wyroku śmierci był wzgląd na dobro społeczeństwa, dla którego zbrodnicze działania stanowią stałe zagrożenia.
Okres poprzedzający edykt mediolański z 313 roku przyniósł wiele dzieł pierwszych chrześcijańskich humanistów piszących na temat kary śmierci. Należeli do nich przede wszystkim św. Cyprian, Laktancjusz i Tertulian. Prawo wymierzania kary śmierci przez władze państwowe w przypadkach ostatecznej konieczności postulował również św. Augustyn.
Najpospolitszymi sposobami wykonywania kary śmierci w starożytności były w prawie babilońskim - wbicie na pal; w prawie żydowskim - ukamienowanie; w prawie rzymskim - ukrzyżowanie, które było też uważane za najbardziej haniebne i najokrutniejsze. Oprócz tego Rzymianie tracili również skazańców poprzez wbicie na pal, rozrywanie przez pędzące w przeciwne strony wozy, spalenie żywcem, wydanie na pożarcie zwierzętom podczas igrzysk, przeznaczenie do walki z gladiatorami, ścięcie toporem lub mieczem, powieszenie na widłach, karę worka, zezwolenie na samobójstwo. Także skazanie do pracy w kopalni lub deportację na wyspy poza granicami imperium uważano za kary równoznaczne z wyrokiem śmierci. W Imperium Rzymskim, w czasach gdy w Palestynie żył Chrystus, najczęściej stosowano kary ukrzyżowania, spalenia żywcem, ścięcia, a także wydania skazańca na pożarcie dzikich zwierząt. Sposób karania zależał bowiem od pozycji społecznej oskarżonego i od rodzaju popełnionego przez niego przestępstwa. Osoby pochodzące z wyższych warstw społecznych nie mogły zostać skazane na powieszenie na widłach ani na spalenie żywcem. Arystokraci skazani na śmierć mogli uniknąć tej kary, udając się na wygnanie. Gdyby jednak wygnany powrócił, każdemu wolno było go bezkarnie zabić. Na ciężką pracę w kopalni albo na walkę z gladiatorami mogli być skazani tylko niewolnicy lub osoby wywodzące się z niższych warstw społecznych Na spalenie żywcem skazywano głównie za podpalenie. Podpalacz był rozbierany, przywiązywano go lub przybijano gwoźdźmi do słupa, który następnie wciągano ponad stos drewna ułożonego wokół niego i podpalano. W ten sposób też tracono niewolników, którzy spiskowali na życie swoich panów, oraz pierwszych chrześcijan.
Wydanie skazanego na walkę z gladiatorami przypominało wydanie na pożarcie dzikim zwierzętom. Przestępca skazany na pożarcie drapieżników ginął natychmiast, podczas gdy przeznaczony do walki z gladiatorami mógł mieć chociaż teoretycznie jakąś szansę. Skazanie na walkę z dzikimi zwierzętami było stosowane wobec przestępców winnych przede wszystkim kradzieży bydła, zabójstwa, dezercji lub magii. Za najbardziej "humanitarną" uchodziła kara ścięcia. W pierwszych wiekach istnienia Rzymu do wymierzania tej kary używano topora, który później zastąpiono mieczem. Skazanemu wiązano ręce na plecach i przywiązywano go do słupa. Następnie rozbierano go i biczowano. Dopiero po chłoście kładziono go na ziemię i ścinano mu głowę. Szczególną formą kary śmierci była kara worka, którą orzekano za zamordowanie osoby bliskiej, na przykład ojca lub matki. Na głowę skazańca zakładano kaptur ze skóry wilka, a na nogi drewniane buty. Najpierw biczowano go, po czym wkładano do worka z wołowej skóry i zaszywano razem ze żmiją, kogutem, małpą lub psem. Worek umieszczano na wozie zaprzęgniętym w czarne woły i wieziono w stronę rzeki lub morza, gdzie był wyrzucany. Wyjątkową zaś karą śmierci było zezwolenie, jakiego udzielał cezar osobie z wyższych sfer skazanej na śmierć przez samobójstwo. Wszystkie opisane tu sposoby wykonywania kary śmierci, poza samobójstwem, odbywały się przy udziale publiczności.
Najokrutniejszą z kar było jednak ukrzyżowanie. Tę karę Rzymianie zapożyczyli od ludów barbarzyńskich. Śmierć na krzyżu była nie tylko bardzo okrutna, ale również hańbiąca. Na ogół uśmiercano w ten sposób osoby niebędące pełnoprawnymi obywatelami. Skazywani na nią zostawali niewolnicy albo wybitnie okrutni przestępcy. Kaźń odbywała się na ogół w miejscach publicznie dostępnych ku przestrodze innym. Tak było, gdy krzyżowano masowo uczestników powstania Spartakusa albo niewolników, którzy zwrócili się przeciwko swym panom.
Wykonanie kary śmierci przez ukrzyżowanie zaczynało się na długo przed powieszeniem skazańca na krzyżu. Najpierw skazaniec był biczowany, potem sam musiał nieść na miejsce kaźni część krzyża, na którym miał umrzeć. Wbrew popularnym sposobom przedstawiania Drogi Krzyżowej Jezusa skazańcy nie nieśli całego krzyża. Na ogół więzień był przywiązywany do poprzecznej jego belki. Jego ręce były wiązane tak, by upadając, nie mógł się zasłaniać i uderzał w ziemię głową. W rzeczywistości Chrystus też niósł na Golgotę nie cały krzyż, ale jego belkę.
Po dojściu na miejsce kaźni skazaniec był przybijany do belki, którą niósł. I znów wbrew wielu obrazom Chrystusa Ukrzyżowanego więźniowi nie przebijano dłoni, ale przeguby rąk. Ludzki nadgarstek jest tak zbudowany, że nie utrzymałby ciężaru ciała. Gwóźdź przebijał więc kości promieniową i łokciową, przytwierdzając ciało skazańca do krzyża. To samo robiono ze stopami więźnia.