Trzeci głos - Cilla Borjlind, Rolf Borjlind

-
Proszę czekać

Roz­dział 3

San­dra Sahl­mann była w świet­nym na­stro­ju. Nową, białą vespą mknęła w li­sto­pa­do­wym mro­ku i ulew­nym desz­czu, głowę miała pełną ra­do­snych myśli, działo się tyle faj­nych rze­czy. Tre­ner siatkówki po­wie­dział jej, że od przyszłego se­zo­nu będzie grała w drużynie A, w do­dat­ku nie­spo­dzie­wa­nie do­stała ocenę bar­dzo dobrą ze spraw­dzia­nu z re­li­gii, nie sądziła, że jej tak do­brze pójdzie. Jadąc wzdłuż pola gol­fo­we­go w kie­run­ku wil­lo­we­go osie­dla na górce, jesz­cze dodała gazu.

Na­gle sil­nik za­marł.

Kręciła ma­netką w tę i z po­wro­tem, ale po chwi­li zdała so­bie sprawę, że bak jest pu­sty. Za­trzy­mała sku­ter na skra­ju dro­gi. Do domu miała nie­da­le­ko, tyl­ko kil­ka­set metrów, ale pchać vespę, jesz­cze w taką po­godę, to żadna przy­jem­ność. Sięgnęła po komórkę i za­dzwo­niła do taty. Niech przyj­dzie po nią z pa­ra­so­lem.

Tata nie od­po­wia­dał.

Kie­dy ogląda te­le­wizję, ma zwy­czaj wyłączać dzwo­nek te­le­fo­nu, po­dob­no prze­szka­dza mu się sku­pić. A może nie słyszy, bo jest na za­ku­pach. Obie­cał, że w na­grodę za do­bry sto­pień z re­li­gii kupi skład­ni­ki do ta­cos, jej ulu­bio­ne­go da­nia. Musi so­bie sama po­ra­dzić. Zo­sta­wię tu sku­ter, pomyślała, później po nie­go wrócimy. Pod­ciągnęła vespę pod drze­wo i za­mknęła na za­mek. Ka­sku nie zdjęła. Spróbowała za­dzwo­nić jesz­cze raz, a nuż włączył dzwo­nek? Może wrócił do domu?

Nic z tego.

Ru­szyła.

Na szczęście w przejściu pod­ziem­nym było światło, wi­działa je z da­le­ka. Cza­sem było ze­psu­te. Wpraw­dzie nie bała się ciem­ności, ale spo­tka­nie w niej kogoś, kogo wcześniej nie widać, byłoby nie­przy­jem­ne.

Do­chodząc do przejścia, zo­ba­czyła mężczyznę idącego z prze­ciw­ka. Ob­ce­go. Znała większość sąsiadów, on tu nie miesz­kał. Mi­jając go, przyśpie­szyła kro­ku, kawałek pod­biegła. Już po dru­giej stro­nie przejścia spoj­rzała za sie­bie.

Mężczy­zny nie było.

Może też po­biegł?

Nie­ważne.

Zo­stała jesz­cze wąska ścieżka, skrót przez za­gaj­nik i pra­wie będzie w domu.

Lo­do­wa­ty wiatr zwie­wał jej pod nogi mo­kre liście, za­gaj­nik ogar­niała mgła. Mimo ciem­ności czuła się w nim sto­sun­ko­wo bez­piecz­nie. Na­gle przy­po­mniała so­bie o to­reb­ce z klu­cza­mi, zo­stała w bagażniku ve­spy. Jeśli tata jest na za­ku­pach, bez klu­czy nie do­sta­nie się do domu. Zawróciła i po­biegła z po­wro­tem do ve­spy. Jed­nak stra­ciła hu­mor. W do­dat­ku w przejściu pod­ziem­nym zgasło światło. W tym mo­men­cie była już taka wściekła, że prze­biegła tu­nel. Do­padła do sku­te­ra, wyciągnęła to­rebkę z bagażnika i ru­szyła z po­wro­tem. Na wi­dok ciem­ne­go przejścia przy­po­mniał jej się tam­ten mężczy­zna.

Gdzie on się po­dział?

Za­trzy­mała się przed wejściem do tu­ne­lu i spróbowała doj­rzeć jego dru­gi ko­niec. Nie było tak da­le­ko, wyglądało na to, że jest pu­sty. Za­czerpnęła tchu i po­biegła. Głupia, pomyślała już po dru­giej stro­nie.

Cze­go ja się boję?

Zo­ba­czyła światło w jed­nym z domów po sąsiedz­ku i od razu po­czuła się le­piej. Przy­najm­niej w po­bliżu są lu­dzie. Prze­cięła zbo­cze porośnięte mokrą trawą i zbliżając się do za­gaj­ni­ka, próbowała się po­cie­szyć, że zo­stał tyl­ko kawałeczek, po­tem ra­zem z tatą przy­pro­wadzą sku­ter i zjedzą ta­cos.

Już była w la­sku.

Mo­kre liście chlu­pały jej pod bu­ta­mi.

Między drze­wa­mi biegła ścieżka, która kończyła się nie­da­le­ko żywopłotu ota­czającego dom. Cho­dziła nią tysiące razy. Na­gle usłyszała jakiś odgłos. Jak­by trzask. Za­raz za sobą. Obej­rzała się, ale kask ogra­ni­czał jej pole wi­dze­nia.

Co to było?

Wpa­try­wała się między drze­wa, wszędzie tyl­ko ciem­ne pnie i gałęzie ugi­nające się pod desz­czem.

Sar­na?

Tu­taj?

Znów się odwróciła i przyśpie­szyła. Znała drogę, mimo to weszła pro­sto na drze­wo. Za­chwiała się i ze­rwała kask z głowy. Wte­dy usłyszała nowy odgłos. Znacz­nie bliżej.

Ktoś tu jest!

Od­rzu­ciła kask i po­mknęła między drze­wa, już nie­da­le­ko, za­gaj­nik za­raz się skończy, po­tem żywopłot wokół domu i będzie bez­piecz­na. Ale do­pie­ro, gdy do­pad­nie furt­ki. Gra­bo­wy żywopłot był całkiem wy­so­ki i gęsty, trze­ba go okrążyć, by do niej do­trzeć. Usiłując biec jak naj­szyb­ciej, na­gle po­tknęła się o stertę zeszłorocz­ne­go kom­po­stu i padła za­raz przy żywopłocie. Na parę se­kund za­stygła z twarzą wciśniętą w błoto, bała się obej­rzeć za sie­bie. Ze­brało jej się na płacz.

- Tato! TATO! - krzyknęła. Może ją usłyszy, jeśli jest w domu! Prze­cież dzie­li ich tyl­ko żywopłot! Pod­parła się rękami, ze­rwała i znów po­biegła. Do furt­ki. Była otwar­ta. Minęła ją, do­biegła do drzwi i chciała otwo­rzyć to­rebkę, ale zaciął się za­mek błyska­wicz­ny. W końcu udało się, zna­lazła klucz, włożyła do zam­ka, otwo­rzyła drzwi i za­raz za­mknęła je za sobą, dwu­krot­nie przekręcając za­mek. Wresz­cie mogła ode­tchnąć i odwrócić się - w głębi sa­lo­nu, pięć metrów od niej wi­siał tata, ciało zwie­szało się z su­fi­tu na lin­ce ho­low­ni­czej, język wy­sta­wał z ust, wy­trzesz­czo­ne oczy pa­trzyły wprost na Sandrę.

*

Obiad był fan­ta­stycz­ny, począwszy od zupy kur­ko­wej do­pra­wio­nej ma­derą, po polędwiczkę cielęcą i pyszną pan­na cottę.

- Pan­na cottę też sama zro­biłaś?

- To nie­trud­ne.

Oli­via uśmiechnęła się. Mało które da­nie wy­da­wało się trud­ne jej ad­op­cyj­nej ma­mie. Ma­ria Rönning była praw­niczką, z po­cho­dze­nia Hisz­panką o długich, czar­nych włosach. Sie­działy w kuch­ni sze­re­gow­ca w pod­sztok­holm­skim Ro­te­bro. Ma­ria ode­brała ją z lot­ni­ska Ar­lan­da i na­le­gała, żeby córka przy­je­chała do niej na obiad. Oli­via miała za sobą wie­lo­go­dzin­ny lot nad Atlan­ty­kiem, pod­czas którego po­da­wa­no je­dze­nie bez sma­ku i lu­ro­watą kawę z wy­schniętymi ciast­ka­mi, więc łatwo dała się prze­ko­nać, cho­ciaż wolałaby po­je­chać do sie­bie, na Söder, wy­spać się, nałado­wać ba­te­rie i do­pie­ro po­tem dzie­lić się z Marią swo­imi przeżycia­mi.

W od­po­wied­nim cza­sie.

Wspólny obiad w kuch­ni mamy, do­bre wino i zmęcze­nie podróżą sprzy­jało in­tym­ności, której Oli­via wolałaby te­raz uniknąć.

Wyszło in­a­czej.

Dla­te­go po­sta­no­wiła większość in­for­ma­cji prze­ka­zać w sa­mo­cho­dzie, pod­czas jaz­dy z Ar­lan­dy.

- Zmie­niasz na­zwi­sko? - spy­tała Ma­ria znad kie­row­ni­cy.

- Tak. Na Ri­ve­ra.

- Kie­dy tak zde­cy­do­wałaś?

- W Mek­sy­ku.

- Oli­via Ri­ve­ra?

- Tak.

- Ład­nie.

Ma­ria miała wzrok skie­ro­wa­ny na drogę. Oli­via spoj­rzała na nią z boku. Se­rio to po­wie­działa? Ogólnie rzecz biorąc, ładne na­zwi­sko, czy co?

- Pa­su­je do cie­bie - po­wie­działa Ma­ria.

Oli­vię za­tkało. Spo­dzie­wała się zupełnie in­nej re­ak­cji i przy­go­to­wała cały sze­reg ab­so­lut­nie bez­dy­sku­syj­nych ar­gu­mentów na rzecz przyjęcia na­zwi­ska po zmarłej mat­ce. Pa­su­je do cie­bie. I co ma te­raz po­wie­dzieć?

- Dziękuję. Po­sta­no­wiłam też, że nie po­dejmę pra­cy w po­li­cji. W każdym ra­zie nie te­raz.

- Do­brze.

- Do­brze?

- Po co masz być po­li­cjantką? To nie dla cie­bie, za­wsze to mówiłam.

Co aku­rat było prawdą. Od początku nie po­do­bało jej się, że Oli­via wy­brała taki zawód. Owszem, wspie­rała córkę, ale bez en­tu­zja­zmu. Mimo to jej słowa zi­ry­to­wały Oli­vię. Niby dla­cze­go miałaby nie pra­co­wać w po­li­cji?! Za­raz, prze­cież sama tego nie chce! Na­gle się za­wa­hała. Ma­ria przyjęła jej de­cy­zje, jak­by cho­dziło o drob­nost­ki, a nie przełomo­we po­sta­no­wie­nia, za ja­kie sama je uważała. Po­zo­stała część jaz­dy upłynęła im na opo­wieściach o miej­scach, w których była Oli­via. Obie wy­ra­ziły też ulgę, że Oba­ma wy­grał wy­bo­ry pre­zy­denc­kie.

- Co chcesz te­raz robić?

Ma­ria dolała wina, jed­no­cześnie ob­ser­wując Oli­vię.

- Nie ro­zu­miem.

- Sko­ro nie będziesz po­li­cjantką?

- Wymyśliłam, że będę stu­dio­wać hi­sto­rię sztu­ki.

Tyl­ko znów nie mów "do­brze", pomyślała Oli­via.

- Bar­dzo mądrze. W ten sposób nawiążesz do Ade­li­ty.

- Właśnie.

Ma­ria uśmiechnęła się, patrząc na Oli­vię.

- Dla­cze­go się uśmie­chasz?

- Skóra ci zbrązo­wiała.

- Je­stem pół-Mek­sy­kanką.

- Nie najeżaj się, ko­cha­nie, to był kom­ple­ment.

- Dzięki.

Oli­via po­czuła, że musi za­czerpnąć świeżego po­wie­trza. Przy­go­to­wując się do pierw­szej roz­mo­wy z Marią, za­wzięcie chciała ją spro­wo­ko­wać swoją de­cyzją o zmia­nie na­zwi­ska i pa­ro­ma in­ny­mi de­cyzjami, tym­cza­sem jakoś nic z tego nie wyszło.

- Przej­dzie­my się?

Pro­po­zy­cja padła z ust Ma­rii.

Prze­stało padać, mimo to wyjście z domu oka­zało się nie­małym szo­kiem. Spędziła spo­ro cza­su w tro­pi­kach, tym­cza­sem tu tem­pe­ra­tu­ra oscy­lo­wała wokół zera i wiał prze­ni­kli­wy li­sto­pa­do­wy wiatr. Ma­ria zmu­siła ją do włożenia sta­rej pu­cho­wej kurt­ki i pa­skud­nej wełnia­nej czap­ki.

Oli­via miała się szyb­ko do niej prze­ko­nać.

Ramię przy ra­mie­niu szły uliczką, przy której Oli­via przeżyła większą część dzie­ciństwa. Ma­ria wska­zy­wała na mi­ja­ne domy i opo­wia­dała, kto w nich nadal miesz­ka, kto umarł, a kto się ożenił po raz dru­gi z sąsiadką itd. Oli­via kiwała głową, udając za­in­te­re­so­wa­nie, ale myślami była gdzie in­dziej. Wspo­mi­nała Ar­ne­go, swo­je­go ad­op­cyj­ne­go tatę, który umarł na raka, gdy Oli­via miała dzie­więtnaście lat. Uwiel­biała go. To on prze­pro­wa­dził ją przez trud­ny okres doj­rze­wa­nia. Za­wsze mogła li­czyć na jego wspar­cie, gdy się po­gu­biła i chciała umrzeć albo uciec, czy choćby przy­tu­lić się do kogoś, kto po­cie­szy i nie będzie po­uczał.

Ma­ria sta­le ją po­uczała.

Oli­via tego nie zno­siła.

Po­tem Arne umarł, zo­stała jej po nim żałoba i biały ford mu­stang. Mu­stan­ga wciąż miała, żałoba zmie­niła cha­rak­ter.

Ra­dy­kal­nie.

Stało się to w chwi­li, gdy się do­wie­działa, że Arne nie był jej praw­dzi­wym oj­cem. Obo­je z Marią to ukry­li. Arne ukrył w do­dat­ku, również przed Marią, strasz­li­we oko­licz­ności uro­dzin Oli­vii, cze­go nie po­tra­fiła zro­zu­mieć i chy­ba nig­dy nie zro­zu­mie. Nie mogła li­czyć na wyjaśnie­nia, prze­cież nie żył. Jed­nak ode­brała to jak zdradę ze stro­ny uko­cha­ne­go ojca, co wywołało cały splot bo­le­snych i długo­tr­wałych emo­cji. Z cza­sem za­ak­cep­to­wała, że jest, jak jest. Po co nie­po­trzeb­nie złościć się na kogoś, kto leży w gro­bie? Po­go­dziła się z tym, co się stało.

Mu­siała.

Ko­chała Ar­ne­go, a on ją. Głęboko i szcze­rze. Nie ma sen­su tego psuć.

- O czym myślisz? - spy­tała Ma­ria.

Właśnie skręciły w Holm­bo­davägen.

- O tym, jak tata za­re­ago­wałby na moją zmianę na­zwi­ska.

- Tak samo jak ja.

- Skąd wiesz?

- Bo on był... co tam się dzie­je?

Ma­ria za­trzy­mała się i po­ka­zała pal­cem. Przed do­mem jed­no­ro­dzin­nym na końcu uli­cy stał ra­diowóz i ka­ret­ka po­go­to­wia. Przez furtkę właśnie wyszło dwóch po­li­cjantów. Ma­ria chwy­ciła Oli­vię za rękaw.

- Prze­cież to u Sahl­mannów.

- Tak.

Oli­via znała Sahl­mannów. Za­nim się wy­pro­wa­dziła, nie­raz pil­no­wała ich córki San­dry. Gdy osiem lat temu mat­ka San­dry, The­re­se, zginęła w tsu­na­mi, Ma­ria wraz z in­ny­mi sąsia­da­mi wspie­rała Beng­ta, ojca dziew­czyn­ki, i po­ma­gała mu załatwiać różne for­mal­ności.

- Co tu się mogło stać? - za­sta­na­wiała się Ma­ria.

Szły w kie­run­ku ka­ret­ki. Oli­via za­uważyła, że sąsie­dzi wyglądają zza fi­ra­nek, spoglądając na dom Sahl­mannów. Drgnęła. Je­den z po­li­cjantów przy furt­ce to jej do­bry zna­jo­my, Ulf Mo­lin, ko­le­ga z Wyższej Szkoły Po­li­cyj­nej. Naj­bar­dziej upar­ty spośród chłopaków, którzy ją pod­ry­wa­li. Oli­via szyb­ko ściągnęła z głowy brzydką czapkę.

- Cześć, Ulf.

Mo­lin odwrócił się.

- Oli­via?! Cześć! Co ty tu­taj ro­bisz?

- Byłam u mamy, miesz­ka tu nie­da­le­ko.

- Co u cie­bie? Ale je­steś opa­lo­na! Słyszałem, że...

- Zro­biłam so­bie małą przerwę w życio­ry­sie. Co tu się stało? Po­znaj­cie się, to moja mama.

Ulf przy­wi­tał się z Marią. Jak dla Oli­vii, za bar­dzo nad­ska­kująco. Jesz­cze nie dał za wy­graną?

- Zna­my Beng­ta Sahl­man­na i jego córkę Sandrę - wyjaśniła Ma­ria, po­tem powtórzyła py­ta­nie Oli­vii. - Co się stało?

Ulf od­szedł parę kroków na bok, Oli­via z Marią poszły za nim. Świa­do­mie czy też nieświa­do­mie ści­szył głos.

- Sahl­mann popełnił sa­mobójstwo. Po­wie­sił się. Córka go zna­lazła po po­wro­cie do domu.

Spoj­rzały po so­bie. Po­wie­sił się?

- Bied­na dziew­czy­na! - wy­krzyknęła Ma­ria.

- Gdzie ona jest? - spy­tała Oli­via.

- W ka­ret­ce. Dali jej coś na uspo­ko­je­nie. Py­ta­liśmy ją, gdzie jej mat­ka, ale nie od­po­wia­da.

- Jej mat­ka nie żyje - po­wie­działa Ma­ria.

- Ojej, te­raz ro­zu­miem.

- Skon­tak­to­wa­liście się z dalszą ro­dziną?

- Próbo­wa­liśmy się do­dzwo­nić do ciot­ki, jak dotąd bez­sku­tecz­nie, zda­je się, że jest na ja­kiejś kon­fe­ren­cji w Ko­pen­ha­dze.

- Z kimś jesz­cze?

- Ni­ko­go in­ne­go nam nie podała.

- Mogę z nią po­roz­ma­wiać? - spy­tała Oli­via.

Ulf skinął głową, pod­szedł do ka­ret­ki i otwo­rzył tyl­ne drzwi. Oli­via zaj­rzała do środ­ka. Po jed­nej stro­nie sie­działa ra­tow­nicz­ka, a na wąskiej pry­czy na­prze­ciw sie­działa chu­da na­sto­lat­ka, sku­lo­na, w zabłoco­nym ubra­niu, z czer­wo­nym ko­cem za­rzu­co­nym na ra­mio­na. Ja­sne włosy opadły jej na oczy, dłonie splotła na ustach. W pierw­szej chwi­li Oli­via jej nie po­znała, ale od razu po­czuła gulę w gar­dle.

- Cześć, San­dro, po­zna­jesz mnie? - spy­tała.

San­dra zwróciła zapłakaną twarz w stronę Oli­vii.

- Opie­ko­wałam się tobą, jak byłaś mała. Pamiętasz?

San­dra przyj­rzała się jej, po­tem nie­znacz­nie skinęła głową. Oli­via po­chy­liła się w głąb ka­ret­ki.

- Właśnie do­wie­działam się, co się stało, i...

- Nie chcę wra­cać do domu - po­wie­działa San­dra słabym, le­d­wie słyszal­nym głosem. Naciągnęła koc na oczy i spuściła głowę.

- Nie mu­sisz - od­parła Oli­via.

- Nie chcę tu sie­dzieć.

- Jeśli chcesz, możesz przyjść do nas.

- Ja chcę do Char­lot­te - po­wie­działa zdu­szo­nym głosem San­dra.

- A kto to jest?

- Moja cio­cia.

- Tyl­ko że ona jest w Ko­pen­ha­dze. Na pew­no wróci, gdy tyl­ko po­li­cja się do niej do­dzwo­ni, ale to może po­trwać do ju­tra. Może jed­nak pójdziesz do nas?

San­dra nie od­po­wie­działa, kołysała się w przód i w tył. Oli­via spoj­rzała za sie­bie. Ulf i Ma­ria sta­li kawałek da­lej. Oli­via wy­szep­tała jak naj­ci­szej:

- Dokąd ją za­bie­rze­cie, jeśli nie ze­chce...

W tym mo­men­cie San­dra pod­niosła się z pry­czy. Oli­via na­tych­miast podała jej rękę i po­mogła zejść na jezd­nię. Po­deszła Ma­ria.

- Wi­taj, San­dro.

Objęła ją ra­mie­niem i od­pro­wa­dziła od ka­ret­ki.

- Możemy ją za­brać? - spy­tała Oli­via.

- Ja­sne, nie ma pro­ble­mu, sko­ro sama chce. Słuchaj, masz ciągle ten sam nu­mer komórki?

A temu o co cho­dzi, pomyślała Oli­via. W tym mo­men­cie?

- Bo co?

- Gdy­byśmy się do­dzwo­ni­li do jej ciot­ki, to po­win­nyście się o tym do­wie­dzieć jak naj­szyb­ciej, praw­da?

- Oczy­wiście. Ja­sne. Tak, mam wciąż ten sam nu­mer.

- Do­brze. Ode­zwie­my się. Ładna czap­ka.

Kiwnął głową, wska­zując wełnianą czapkę, którą Oli­via trzy­mała w ręce.

Ode­zwał się pół go­dzi­ny później. Do­dzwo­nił się do ciot­ki, po­wie­dział jej, co się stało, i po­in­for­mo­wał, że San­dra jest chwi­lo­wo u Ma­rii Rönning. Char­lot­te na­tych­miast za­dzwo­niła na komórkę Oli­vii. Roz­mo­wa z Sandrą była krótka, padło nie­wie­le słów, bo obie płakały. W końcu San­dra podała te­le­fon Oli­vii. Char­lot­te po­wie­działa, że ju­tro rano wsiądzie w pierw­szy sa­mo­lot lecący do Sztok­hol­mu.

- Czy San­dra może u was zo­stać do mo­je­go po­wro­tu?

- Oczy­wiście.

- Dziękuję.

Oli­via rozłączyła się.

Sie­działy we trzy w kuch­ni. Ma­ria za­pa­liła kil­ka świe­czek i po­sta­wiła na sto­le, po­tem za­pa­rzyła ziołową her­batę, swoją uni­wer­salną mie­szankę, która po­ma­gała na wszyst­ko. Przede wszyst­kim działała uspo­ka­jająco. Głównie jed­nak na Marię i Oli­vię, bo San­dra była ewi­dent­nie pod działaniem środ­ka, który dali jej w ka­ret­ce. Le­d­wo dało się z nią roz­ma­wiać. Szok, zmęcze­nie, po­tem lek na uspo­ko­je­nie. Mil­czała. Ma­ria i Oli­via po­pi­jały her­batę, nie bar­dzo wiedząc, jak się za­cho­wać w tej sy­tu­acji, gdy na­gle San­dra ode­zwała się ci­cho.

- Ben­zy­na mi się skończyła. - Pa­trzyła na filiżankę i po­wie­działa to tak ci­cho, że mu­siały się po­chy­lić, żeby słyszeć. - Za­dzwo­niłam do domu, ale tata nie ode­brał, myślałam, że po­szedł do skle­pu, miał kupić ta­cos, moje ulu­bio­ne da­nie, mie­liśmy uczcić...

Umilkła. Ciężkie łzy płynęły jej po po­licz­kach do filiżanki.

- Co mie­liście uczcić?

- Nie chcę wra­cać do domu.

- Ro­zu­miem cię - od­parła Oli­via. - Będziesz mogła za­miesz­kać u Char­lot­te?

- A kie­dy ona wróci?

- Ju­tro rano. Przy­je­dzie pro­sto do nas.

- Mam tu­taj spać?

- A nie chcesz?

Nie od­po­wie­działa. Ma­ria położyła rękę na jej ra­mie­niu.

- Możesz się położyć w daw­nym po­ko­ju Oli­vii.

San­dra lek­ko kiwnęła głową. Od­sunęła filiżankę i spoj­rzała na Oli­vię nie­obec­nym, szkli­stym wzro­kiem.

- Po­trzeb­ny mi jest mój lap­top.

- A gdzie jest?

- W ga­bi­ne­cie taty. Używa­liśmy go na spółkę, za­pi­sałam w nim mnóstwo różnych zadań szkol­nych. Jest w kor­ko­wym, kra­cia­stym po­krow­cu.

- Przy­niosę ci.

Oli­via wstała. Widząc spoj­rze­nie Ma­rii, lek­ko wzru­szyła ra­mio­na­mi. Sko­ro San­dra chce do­stać swój lap­top, to go do­stanie. Za­wsze jakiś krok naprzód.

- Masz przy so­bie klucz od domu?

San­dra wyciągnęła z kie­sze­ni klucz i podała Oli­vii.

- Za­raz wra­cam.

Pośpiesz­nie wyszła przez furtkę. Ulfa pew­nie już nie ma u Sahl­mannów. Le­piej go spy­tam, pomyślała, sięgając po komórkę. Wy­brała ostat­ni nu­mer.

- Mo­lin, słucham.

- Cześć, mówi Oli­via.

- Cześć! Co tam u was? Jak ona się czu­je?

- Do dupy. Słuchaj, po­pro­siła mnie, żebym przy­niosła jej z domu lap­top, mogę? Dała mi klucz.

- Nie ma pro­ble­mu, już tam skończy­liśmy. Ale wiesz, ostrożnie, na pa­lusz­kach.

- Wiem, kończy­liśmy tę samą szkołę.

- Na­prawdę?

- Prze­stań.

Rozłączyła się. "Na pa­lusz­kach", co za idio­tyzm. Skąd im się to bie­rze? Wie­działa, o co mu cho­dzi, po­win­na za­opa­trzyć się w ręka­wicz­ki. Po­ma­cała kie­sze­nie kurt­ki i wyjęła parę pod­nisz­czo­nych ręka­wi­czek z jed­nym pal­cem. Z jed­nym pal­cem? Wcisnęła je z po­wro­tem do kie­sze­ni i skręciła w uliczkę pro­wadzącą do domu Sahl­mannów. Znów zaczęło padać, wiatr hulał między do­ma­mi. Zmrużyła oczy i zwol­niła. Koło furt­ki Sahl­mannów stała jakaś ciem­na po­stać. A może to tyl­ko cień drze­wa? Szła da­lej. Ka­ret­ka i ra­diowóz od­je­chały, zo­sta­li sąsie­dzi wyglądający zza fi­ra­nek. Idąc ciemną uliczką, czuła na so­bie ich spoj­rze­nia.

Doszła do furt­ki.

Ni­ko­go tam nie było. Wi­docz­nie był to tyl­ko cień, pomyślała, pod­chodząc do drzwi wejścio­wych. Otwo­rzyła klu­czem San­dry i zro­biła kil­ka kroków. Nagły po­dmuch wia­tru za­mknął drzwi z głośnym trza­skiem.

W przed­po­ko­ju było ciem­no, choć oko wy­kol.

Cały dom był pogrążony w ciem­ności.

I kom­plet­nej ci­szy.

Do­pie­ro co wi­siały tu zwłoki mężczy­zny. Tuż przed nią. Na lin­ce umo­co­wa­nej na su­fi­cie. Oli­via od­sunęła od sie­bie tę myśl, spróbowała wy­ma­cać kon­takt. Po­ja­wił się wy­uczo­ny od­ruch. A jed­nak. Szyb­ko wyjęła ręka­wicz­ki i włożyła. Już po chwi­li zdała so­bie sprawę, jak wrażli­wym narzędziem jest ludz­ka dłoń. Szu­ka­nie w ręka­wicz­kach, gdy się nie wie, gdzie jest kon­takt, to na­prawdę niezłe wy­zwa­nie. W końcu zna­lazła. Światło pa­dające z przed­po­ko­ju po­zwo­liło jej tra­fić do sa­lo­nu, gdzie na­mie­rzyła ko­lej­ny wyłącznik. Pokój zalało światło. Ro­zej­rzała się. Zwy­czaj­ny sa­lon z kom­ple­tem wy­po­czyn­ko­wym, te­le­wi­zo­rem, półkami na książki, lampą stojącą, fo­te­lem do czy­ta­nia, ob­raz­ka­mi na ścia­nach. Po­deszła do fo­to­gra­fii stojących na półce. Jed­na przed­sta­wiała małą Sandrę i znacz­nie młod­sze­go Beng­ta Sahl­man­na ra­zem z ciem­nowłosą ko­bietą w jego wie­ku. The­re­se, mama San­dry. Oli­via le­d­wo ją pamiętała.

Była kie­dyś ro­dzi­na.

A te­raz zo­stała tyl­ko San­dra. Oli­via po­czuła ści­ska­nie w żołądku. Poszła do sąsied­nie­go po­ko­ju i za­pa­liła górną lampę. Przy ścia­nie stało duże, czwo­rokątne biur­ko, na nim różne urządze­nia: mo­dem, dru­kar­ka, ro­uter i pląta­ni­na ka­bli.

Lap­to­pa nie było.

Ani kor­ko­we­go fu­te­rału.

Ro­zej­rzała się uważnie, patrząc na półki, krzesła, znów na biur­ko. Nie ma. Może jest w in­nym po­ko­ju? San­dra po­wie­działa bar­dzo wyraźnie: "W ga­bi­ne­cie taty", jed­nak mogła się po­my­lić. Tata mógł położyć go gdzie in­dziej.

Zga­siła światło i wróciła do sa­lo­nu. Lek­ki dreszcz prze­szedł jej po krzyżu. Spoj­rzała w górę, na tkwiący w su­fi­cie hak od lam­py, na którym praw­do­po­dob­nie się po­wie­sił, sko­ro San­dra zo­ba­czyła go od razu po wejściu do przed­po­ko­ju. Oli­via złapała się na tym, że sta­ra się od­dy­chać jak naj­ci­szej. Niby dla­cze­go? Prze­cież nie popełnio­no tu zabójstwa? Nieszczęśliwy człowiek zakończył życie, wie­szając się na sznu­rze. Je­dy­ne, co mogło się wy­da­wać nie­przy­jem­ne, to obec­ność du­szy zmarłego, ale po­nie­waż Oli­via była ostat­nią osobą, do której prze­ma­wiałyby ta­kie cza­ry-mary, poszła da­lej do kuch­ni.

Lam­pa su­fi­to­wa rzu­cała bla­de światło. Znów się ro­zej­rzała. Żad­ne­go lap­to­pa. Zwykła kuch­nia, jak inne. Białe szaf­ki-wi­tryn­ki, ma­gne­sy na zmy­war­ce, ta­lerz na owo­ce, blat, a na nim kil­ka różnych bu­te­lek. Na środ­ku stół na­kry­ty zie­lo­nym pla­sti­ko­wym ob­ru­sem, koło ku­chen­ki na wpół opróżnio­na szklan­ka wody. Jesz­cze kil­ka go­dzin temu zwy­czaj­ne wnętrze, bez ja­kie­go­kol­wiek dra­ma­tycz­ne­go ak­cen­tu.

Co in­ne­go te­raz.

Znów ode­zwało się doj­mujące po­czu­cie, że życie na­gle i nie­spo­dzie­wa­nie może obrócić się wni­wecz, a bez­piecz­na nor­mal­ność za­mie­nić we wstrząs i żałobę. Spoj­rzała na blat. Przy ścia­nie leżała pacz­ka tor­til­li, pusz­ka sosu taco, pusz­ka ku­ku­ry­dzy i to­reb­ka ku­ku­ry­dzia­nych chipsów. Przy­po­mniała so­bie ulu­bio­ne da­nie San­dry, tata miał kupić skład­ni­ki, bo chcie­li coś uczcić, co­kol­wiek to było. Otwo­rzyła lodówkę. Na pierw­szej półce od góry znaj­do­wało się opa­ko­wa­nie mie­lo­ne­go mięsa.

Wszyst­kie niezbędne skład­ni­ki do ta­cos.

A on od­bie­ra so­bie życie.

Zga­siła światło w kuch­ni i wróciła do sa­lo­nu. Była wytrącona z równo­wa­gi, nie bar­dzo wie­działa dla­cze­go, jed­nak coś jej się nie zga­dzało. Usiadła na ka­na­pie, wpa­trując się w swo­je ręka­wicz­ki. Wokół pa­no­wała ci­sza. Co tu się wy­da­rzyło? - pomyślała. Po­wo­li odwróciła głowę i spoj­rzała na przed­pokój, do którego dzi­siaj weszła San­dra, na su­fit, z którego zwi­sało ciało jej taty, po­tem na podłogę, gdzie zo­stała pla­ma po tym, co mu­sie­li ze­trzeć po­li­cjan­ci, wresz­cie na ciem­ny ko­ry­ta­rzyk pro­wadzący do sy­pial­ni.

Czy tam też po­win­nam zaj­rzeć?

Za­tarła dłonie w ręka­wicz­kach i zde­cy­do­wała się. Weszła do ko­ry­ta­rzy­ka, od którego dzie­liło ją za­le­d­wie kil­ka kroków, i za­trzy­mała się, słysząc jakiś odgłos. Jak­by tar­cia.

Może to gałęzie trą o szy­by okien w sy­pial­ni?

Zro­biła jesz­cze krok i stanęła przed uchy­lo­ny­mi drzwia­mi. Tar­cie ustało. Pa­no­wała śmier­tel­na ci­sza. Wyciągnęła rękę, już miała pchnąć drzwi, gdy ostry sy­gnał te­le­fo­nu prze­szył cały dom. Tak głośny, że aż ją od­rzu­ciło. Wróciła do sa­lo­nu w paru su­sach. Apa­rat znaj­do­wał się na półce na­prze­ciw sofy. Znów za­dzwo­nił. Przy trze­cim sy­gnale pod­niosła słuchawkę, która przez te ręka­wicz­ki omal jej się nie wyśli­zgnęła.

Ode­brała.

- Słucham?

- Mówi Alex Po­po­vic, po­proszę Beng­ta. Czy to San­dra?

- Nie.

- Czy za­stałem Beng­ta?

- Nie. Jest pan zna­jo­mym pana Sahl­man­na?

- ...a kto mówi?

- Oli­via Ri­ve­ra. Bengt Sahl­mann popełnił sa­mobójstwo. Jeśli pan chce do­wie­dzieć się cze­goś więcej, proszę zwrócić się do po­li­cji.

Odłożyła słuchawkę i poszła do wyjścia.

Spełniła prośbę San­dry.

Pra­wie, bo lap­to­pa nie zna­lazła.

*

Roz­dział 1

Stoję na sa­mym skra­ju da­chu, boso, dzie­więć pięter pode mną widzę szarą ulicę. Pustą. Mia­sto śpi. Jest bez­wietrz­nie. Z roz­po­star­ty­mi ra­mio­na­mi, bo wte­dy łatwiej utrzy­mać równo­wagę, prze­su­wam się o kil­ka kroków. Nie­opo­dal ląduje śli­zgiem jakiś ptak, chy­ba kaw­ka, i rozgląda się po pogrążonych w ci­szy do­mach. Ona również ma skrzydła. Moje są białe, jej czar­ne.

Niedługo się roz­wid­ni.

Zbliżam się do kaw­ki, ostrożnie, żeby jej nie prze­stra­szyć, chciałabym, aby zro­zu­miała, dla­cze­go tu je­stem. O tej po­rze.

Chciałabym jej wytłuma­czyć.

Dzi­siej­szej nocy opuściłam swo­je ciało - szepczę do kaw­ki - jesz­cze za­nim umarłam. Uniosłam się nad nim, gdy zaczął mnie bić, pa­trzyłam na to z góry. Wi­działam pa­ski wrzy­nające się w szyję, za moc­no je zaciągnął, doszło do mnie, że się uduszę. I wte­dy zaczęłam krzy­czeć, jak nig­dy, bo strasz­nie bolało. Pew­nie dla­te­go zaczął mnie bić, raz za ra­zem, ciężką po­piel­niczką zmiażdżył mi skroń. Okrop­ny wi­dok.

Czuję tchnie­nie wia­tru.

Pierw­szy, ciepły po­dmuch znad mo­rza. Kaw­ka pa­trzy na mnie jed­nym okiem. W od­da­li, na naj­wyższym wzgórzu, widzę ol­brzy­mią złotą Ma­donnę. Jej twarz jest zwrócona w moim kie­run­ku. Czy wi­działa, co się wy­da­rzyło dzi­siej­szej nocy? Czy również była w po­ko­ju? Czy nie mogła mi pomóc?

Znów spoglądam na kawkę.

Przed śmier­cią byłam nie­wi­do­ma - szepczę - i dla­te­go to, co działo się tej nocy, było tym bar­dziej nie­przy­jem­ne. Nie byliśmy w po­ko­ju sami, słyszałam in­nych lu­dzi. Nie wi­działam ich, tym bar­dziej się prze­ra­ziłam. Słyszałam męskie głosy mówiące w ob­cym języku. Już nie chciałam brać w tym udziału. Nad wszyst­kim uno­siła się moc­na woń. A po­tem umarłam. Wte­dy byliśmy już tyl­ko we dwo­je. Sam mu­siał wy­trzeć krew. Za­brało mu to spo­ro cza­su.

Kaw­ka wciąż tkwi w tym sa­mym miej­scu, nie­ru­cho­mo. Czyżby pta­si anioł? Schwy­ta­ny w sieć, z przetrąco­nym kar­kiem? Albo roz­je­cha­ny przez tiry? Z dołu, z uli­cy do­chodzą mnie ja­kieś odgłosy, ktoś się obu­dził, aż tu czuję swąd pa­lo­nych od­padków. Niedługo za­roi się od lu­dzi.

Muszę się pośpie­szyć.

Wyniósł mnie w noc - szepczę do kaw­ki - nikt nas nie wi­dział. Pa­trzyłam na to z góry. Włożył moje ciało do bagażnika, pod­winął mi nogi, śpie­szył się. Po­je­cha­liśmy na ska­li­ste wy­brzeże. Położył moje na­gie ciało na żwi­rze, koło sa­mo­cho­du, chciałam wyciągnąć rękę, pogłaskać swój po­li­czek. Czułam się zbru­ka­na. Pociągnął mnie za ręce, da­le­ko, między drze­wa i skały. Tam mnie poćwiar­to­wał. Naj­pierw odciął głowę. Cie­ka­wa byłam, co wte­dy czuł. Tak szyb­ko to zro­bił, wiel­kim nożem. Za­ko­pał mnie w sześciu różnych miej­scach, z dala od sie­bie, żeby mnie nie zna­leźli. Po jego odjeździe przy­le­ciałam tu, na ten dach.

Już po wszyst­kim.

Zza grzbietów gór, da­le­ko na północ od mia­sta, prze­zie­rają pierw­sze pro­mie­nie słońca, na da­chach lśni rosa, sa­mot­na łódź ry­bac­ka wpływa do por­tu.

Za­po­wia­da się piękny dzień.

Kaw­ka roz­poście­ra skrzydła i szy­bu­je z wia­trem, wy­chy­lam się i podążam za nią.

Ktoś mnie znaj­dzie.

Wiem, że tak będzie.

Roz­dział 2

"Wycięta z brzu­cha za­mor­do­wa­nej mat­ki".

Oli­via nie prze­sta­wała się zadręczać, noce wypełniały jej mrocz­ne, kosz­mar­ne myśli, w ciągu dnia uni­kała lu­dzi.

Trwało to długo.

Wpadła w apa­tię.

W końcu nie dało się dłużej tak żyć.

Pew­ne­go ran­ka ode­zwał się in­stynkt prze­trwa­nia, który znów wy­rzu­cił ją w świat.

Podjęła de­cyzję.

Dokończy ostat­ni se­mestr w Wyższej Szko­le Po­li­cyj­nej i odbędzie staż. Po­tem wy­je­dzie za gra­nicę. Nie będzie się sta­rała o etat. Wy­je­dzie da­le­ko, da­le­ko, spróbuje od­zy­skać kon­takt z samą sobą, jaką kie­dyś była, za­nim oka­zała się córką dwoj­ga za­mor­do­wa­nych ro­dziców.

Może się uda.

Zre­ali­zo­wała ten plan, pożyczyła pie­niądze od ro­dzi­ny i w lip­cu wy­je­chała.

Sama.

Naj­pierw do Mek­sy­ku, oj­czy­zny za­mor­do­wa­nej mat­ki. Do nie­zna­nych miejsc, nie­zna­nych lu­dzi i ob­ce­go języka. Za­brała nie­wiel­ki bagaż, brązowy ple­cak i mapę. Po­je­chała bez pla­nu i celu. Każde miej­sce było nie­zna­ne, ona sama była ni­kim. Prze­sta­wała sama ze sobą, we własnym ryt­mie. Nikt nie wi­dział, jak płakała, nie wie­dział, dla­cze­go na­gle przy­sia­da nad jakąś wodą i za­nu­rza w niej swe długie czar­ne włosy, po­zwa­lając im fa­lo­wać z prądem.

Żyła we własnym świe­cie.

Przed wy­ru­sze­niem w podróż myślała, że od­szu­ka miej­sca związane z matką, znaj­dzie ja­kichś krew­nych, ale zdała so­bie sprawę, że in­for­ma­cje, ja­ki­mi dys­po­nu­je, są zbyt skąpe, aby mogły ją gdzieś za­pro­wa­dzić.

Wsia­dała do au­to­bu­su w ja­kimś mia­stecz­ku, by wysiąść w następnym, jesz­cze mniej­szym.

Po przeszło trzech mie­siącach zna­lazła się w Cu­atro Cie­ne­gas.

Za­trzy­mała się na skra­ju mia­stecz­ka, w ho­te­lu Xipe To­tec, czy­li Pod Bóstwem Ob­dar­tym ze Skóry. O zmro­ku poszła boso do cen­trum na uro­czy ry­nek. Tego dnia skończyła dwa­dzieścia pięć lat i za­chciało jej się po­pa­trzeć na lu­dzi. Z pla­tanów zwie­szały się ko­lo­ro­we lam­pio­ny, pod drze­wa­mi stały grup­ki młodych lu­dzi, dziew­czy­ny w barw­nych spódni­cach i chłopcy w spodniach wy­pcha­nych w kro­ku chust­ka­mi. Śmia­li się. Dźwięki mu­zy­ki płynącej z barów mie­szały się ze sobą, osły stały spo­koj­nie przy fon­tan­nie, w po­wie­trzu uno­siło się mnóstwo oso­bli­wych za­pachów.

Roz­siadła się na ławce, obca, i po­czuła się za­dzi­wiająco do­brze.

Po go­dzi­nie wróciła do ho­te­lu.

Wieczór był wciąż ciepły, gdy usiadła na drew­nia­nej we­ran­dzie z wi­do­kiem na roz­ległą pu­sty­nię Chi­hu­ahua, dzwo­nie­nie cy­kad prze­pla­tało się z do­chodzącym z od­da­li stu­ko­tem końskich ko­pyt. Uczciła swo­je uro­dzi­ny, wy­pi­jając jed­no piwo, i właśnie myślała, czy nie zamówić jesz­cze jed­ne­go. Wte­dy stało się. Pierw­szy raz. Jak­by od­zy­skała grunt pod no­ga­mi.

Zmie­nię na­zwi­sko, pomyślała.

Je­stem pół-Mek­sy­kanką, to fakt. Przyjmę na­zwi­sko mamy. Na­zy­wała się Ade­li­ta Ri­ve­ra. Zmie­nię Rönning na Ri­ve­ra.

Oli­via Ri­ve­ra.

Spoj­rzała na roz­ciągającą się przed nią pu­sty­nię. Oczy­wiście, pomyślała, od tego za­cznę. Ja­kie to pro­ste. Odwróciła się w stronę baru, pod­niosła do góry pustą bu­telkę. Za­raz do­sta­nie następną.

Wy­pi­je ją już jako Oli­via Ri­ve­ra.

Znów po­pa­trzyła na pu­sty­nię, lek­kie po­dmu­chy wia­tru rzu­cały su­che krza­ki po zie­mi ro­ze­dr­ga­nej od gorąca. Zo­ba­czyła zie­lo­no-czarną jasz­czurkę wdra­pującą się na trzy­ra­mienną kar­ne­gię ol­brzy­mią oraz kil­ka dra­pieżnych ptaków szy­bujących na tle płonącego ho­ry­zon­tu i na­gle się uśmiechnęła, pro­sto przed sie­bie, do ni­ko­go. Po raz pierw­szy od zeszłego lata po­czuła się pra­wie szczęśliwa.

Ja­kie to pro­ste!

Tej nocy spała u Ra­mo­na, młode­go bar­ma­na, który spy­tał grzecz­nie, lek­ko se­ple­niąc, czy ze­chce się z nim po­ko­chać.

Ko­niec z Mek­sy­kiem. Podróżowa­nie do­pro­wa­dziło ją do miej­sca, do którego chciała do­trzeć. Następnym ce­lem była Ko­sta­ry­ka i wieś Mal Pais, gdzie miał dom jej bio­lo­gicz­ny oj­ciec. Tam przy­brał imię i na­zwi­sko Dan Nils­son, choć na­prawdę na­zy­wał się Nils Wendt.

Oj­ciec pro­wa­dził podwójne życie.

W dro­dze na miej­sce, już jako Oli­via Ri­ve­ra, podjęła kil­ka de­cy­zji, które były skut­kiem szczególnej siły płynącej z przyjęcia no­we­go na­zwi­ska.

Po­sta­no­wiła za­wie­sić na kołku ka­rierę po­li­cyjną i roz­począć stu­dia z hi­sto­rii sztu­ki. Ade­li­ta była ar­tystką, tkała piękne tka­ni­ny, może w ten sposób uda się jakoś do niej nawiązać, pomyślała.

Inne po­sta­no­wie­nie do­ty­czyło jej po­sta­wy na przyszłość: z chwilą po­wro­tu do Szwe­cji pójdzie własną drogą. Spa­rzyła się na lu­dziach, którym ufała. Na­iw­nie otwo­rzyła się i do­stała gra­na­tem w ser­ce. Nig­dy więcej nie wy­sta­wi się na nic po­dob­ne­go. Od te­raz będzie po­le­gać wyłącznie na so­bie.

Oli­vii Ri­ve­rze.

Było już popołudnie, gdy wyszła z mo­rza na półwy­spie Ni­coya w Ko­sta­ry­ce. Długie czar­ne włosy opadły na opa­lo­ne ciało, wy­sta­wia­ne od czte­rech mie­sięcy na tro­pi­kal­ne słońce. Wyszła na pustą plażę i za­rzu­ciła ręcznik na ra­mio­na. U brze­gu kołysał się na wo­dzie zie­lo­ny orzech ko­ko­so­wy. Odwróciła się do mo­rza z po­czu­ciem, że jesz­cze raz musi przez to przejść.

Właśnie tu, właśnie te­raz.

"Wycięta z brzu­cha za­mor­do­wa­nej mat­ki".

W jej świa­do­mości znów po­ja­wił się ob­raz tam­tej plaży, ko­bie­ty, księżyca. Zbrod­ni. Jej mat­ka zo­stała za­ko­pa­na po szyję na plaży na wy­spie Nord­ko­ster i uto­piła się pod­czas przypływu. Za­nim się uro­dziłam, pomyślała Oli­via. Umarła przed moim uro­dze­niem.

Nie zdążyła mnie zo­ba­czyć.

Te­raz Oli­via stoi na in­nej plaży i usiłuje po­go­dzić się z myślą - co jest trud­niej­sze, niż zro­zu­mieć - że mama nig­dy na nią nie spoj­rzała.

Własna mat­ka nig­dy jej nie wi­działa.

Pa­trzyła na oce­an roz­ciągający się aż po płomien­ny żółto-czer­wo­ny ho­ry­zont. Za­czy­nało się zmierz­chać. Fale wta­czały się łagod­nie na brzeg u jej stóp, kawałek da­lej zo­ba­czyła kil­ka czar­nych głów unoszących się na wo­dzie.

Włożyła cienką, białą su­kienkę i ru­szyła przed sie­bie.

Małe sza­ro­białe kra­by cho­wały się przed nią do no­rek, woda roz­my­wała ślady jej stóp na pia­sku. Szła tu brze­giem pra­wie go­dzinę, po­wo­li, od San­ta Te­re­sa aż do skałek koło Mal Pais. Wie­działa, że tak będzie, że powrócą tam­te ob­ra­zy i myśli.

Właśnie tu, właśnie te­raz.

O to jej cho­dziło z tym spa­ce­rem.

Chciała jesz­cze raz, już ostat­ni, pogrążyć się w cier­pie­niu, była na to go­to­wa. Za kil­ka mi­nut spo­tka się z mężczyzną, który jej przy­bliży pełną za­ga­dek przeszłość.

Mężczy­zna sie­dział na długiej kłodzie drze­wa na skra­ju wody. Miał sie­dem­dzie­siąt czte­ry lata, całe życie miesz­kał w tej oko­li­cy. Daw­niej był właści­cie­lem baru w San­ta Te­re­sa, obec­nie prze­sia­dy­wał na we­ran­dzie swe­go dziw­ne­go domu, po­pi­jając rum. Większość spraw tego świa­ta miał już za sobą. Kil­ka lat temu wraz ze śmier­cią uko­cha­ne­go stra­cił chęć do życia, nie­wie­le go zo­stało. Wdech, wy­dech, prędzej czy później nastąpi ko­niec. Jed­nak nie na­rze­kał. Miał swój rum. I przeszłość. Wie­le osób po­ja­wiło się i zniknęło z jego życia, niektóre pozo­stały w pamięci. Jak Ade­li­ta Ri­ve­ra i Dan Nils­son.

A te­raz miał spo­tkać się z ich córką.

Córką, której żadne z nich nie zdążyło po­znać.

Pożałował, że idąc na brzeg, nie za­brał ze sobą trochę rumu.

Oli­via zo­ba­czyła go z da­le­ka. Orien­to­wała się, jak wygląda, bo mówił jej Ab­bas el Fas­si. Jed­nak pew­ności nie miała. Za­trzy­mała się w pew­nej od­ległości od kłody i cze­kała, aż mężczy­zna pod­nie­sie wzrok.

Nie pod­niósł.

- Pan Ro­dri­gu­ez Bo­squ­es?

- Bo­squ­es Ro­dri­gu­ez. Bo­squ­es to imię. Ty je­steś Oli­via?

- Tak.

Te­raz pod­niósł wzrok. Spoj­rze­nie star­czych, wąskich jak szpar­ki oczu spoczęło na jej twa­rzy, wte­dy drgnął. Nie moc­no, ale wy­star­czająco, by Oli­vii przy­po­mniało się: tak samo rok temu za­re­ago­wał Nils Wendt, gdy zo­ba­czył ją w drzwiach dom­ku na Nord­ko­ster, cho­ciaż nie miał pojęcia, kim ona jest. A już na pew­no nie wie­dział, że jest jego córką ze związku z Ade­litą Ri­verą. Oli­via też nie wie­działa, kim on jest, i w tej nie­wie­dzy się roz­sta­li. Pierw­szy i ostat­ni raz wi­działa wte­dy swe­go ojca.

- Wyglądasz jak skóra zdar­ta z Ade­li­ty - po­wie­dział Bo­squ­es prze­pa­lo­nym głosem.

- Je­stem jej córką.

- Sia­daj.

Oli­via usiadła na kłodzie w pew­nej od­ległości od Bo­squ­esa. Od­no­to­wał to.

- Je­steś bar­dzo piękna - po­wie­dział. - Jak ona.

- Znał pan moją mamę.

- I tatę. Dużego Szwe­da.

- Tak go na­zy­wa­li?

- Ja go tak na­zwałem. A te­raz obo­je nie żyją.

- Pisał pan, że ma pan zdjęcie mo­jej mamy, tak?

- Zdjęcie i parę in­nych rze­czy.

Oli­via do­stała ad­res ma­ilo­wy Bo­squ­esa od Ab­ba­sa el Fas­sie­go. Jesz­cze w Mek­sy­ku weszła do ka­fej­ki in­ter­ne­to­wej i na­pi­sała do Bo­squ­esa, kim jest, że wy­bie­ra się do Ko­sta­ry­ki i chce się z nim spo­tkać. Bo­squ­es od­po­wie­dział bar­dzo szyb­ko - pry­wat­ne ma­ile otrzy­my­wał raz na kil­ka lat świetl­nych - że ma w swo­im po­sia­da­niu kil­ka oso­bi­stych przed­miotów należących kie­dyś do jej ro­dziców.

Sięgnął po podłużne czer­wo­no-żółte pudełecz­ko z me­ta­lu służące w przeszłości do prze­cho­wy­wa­nia luk­su­so­wych kubańskich cy­gar, otwo­rzył je i wyjął fo­to­gra­fię. Dłoń mu lek­ko drżała.

- To two­ja mama. Ade­li­ta Ri­ve­ra.

Oli­via wzięła zdjęcie. Było ko­lo­ro­we i pach­niało cy­ga­ra­mi. Wi­działa już zdjęcie mamy, które Ab­bas w zeszłym roku przy­wiózł z San­ta Te­re­sa, ale to było znacz­nie ostrzej­sze i piękniej­sze. Przyj­rzała się i zo­ba­czyła, że mama lek­ko ze­zo­wała jed­nym okiem.

Zupełnie jak Oli­via.

- Dali jej na imię Ade­li­ta po mek­sy­kańskiej bo­ha­ter­ce walk o nie­pod­ległość - po­wie­dział Bo­squ­es. - Ade­li­ta Ve­lar­de była żołnie­rzem pod­czas mek­sy­kańskiej re­wo­lu­cji. Jej imię stało się sym­bo­lem ko­biet sil­nych i odważnych. Na­pi­sa­no pieśń na jej cześć, La Ade­li­ta.

Ni z tego, ni z owe­go za­nu­cił pieśń o sil­nej, dziel­nej ko­bie­cie, w której ko­cha­li się wszy­scy po­wstańcy. Oli­via pa­trzyła to na nie­go, to na zdjęcie mat­ki. Pieśń sta­re­go człowie­ka prze­niknęła do najgłębszych za­ka­marków jej du­szy. Pod­niosła wzrok i spoj­rzała na oce­an. Cała sy­tu­acja wy­da­wała się ab­sur­dal­na i ma­gicz­na za­ra­zem, zwłasz­cza z per­spek­ty­wy sztok­holm­skie­go ko­mi­sa­ria­tu, w którym odbyła staż.

Bo­squ­es umilkł i zgar­bił się, wpa­trując w pia­sek. Oli­via zdała so­bie sprawę, że on też opłaku­je jej ro­dziców, byli jego przy­ja­ciółmi. Przy­sunęła się bliżej, pra­wie go do­tknęła. Bo­squ­es de­li­kat­nie chwy­cił jej rękę, po­zwo­liła mu na to. Chrząknął.

- Two­ja mama była bar­dzo zdolną ar­tystką.

- Ab­bas mi mówił. Pro­sił, żebym pana po­zdro­wiła.

- Zręcznie posługu­je się nożami.

- Tak.

- Może pójdzie­my do domu two­je­go taty?

- Za chwilę.

Znów odwróciła się w stronę mo­rza. Zo­ba­czyła ogromną pul­sującą falę, a za­miast czar­nych głów - chłopców, którzy wdra­pa­li się na białe de­ski sur­fin­go­we i po­chy­le­ni pędzi­li na tle płonącego ho­ry­zon­tu.

Pod­niosła się.