Trzech panów w łódce (nie licząc psa) - Jerome K. Jerome

Kup ebooka

16.49 zł
13.52 zł (11,39 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział I

Było nas czworo - Jerzy i William Samuel Harris i ja sam, i Montmorency (Montmorency - pies). Siedzieliśmy w moim pokoju, paląc i rozmawiając o tem, jak marni jesteśmy, marni z lekarskiego punktu widzenia chcę powiedzieć, naturalnie. Wszyscy czuliśmy się nędznie, i zaczynaliśmy się tem bardzo denerwować. Harris powiedział, iż czuje, że taki niezwykły paroksyzm zawrotu głowy nadchodzi go czasami, że zaledwie wie co robi, i wtedy Jerzy powiedział, że on miewa paroksyzmy zawrotu głowy również i zaledwie wie co on robi. Co do mnie, wątroba moja była nie w porządku. Wiedziałem, że to moja wątroba była nie w porządku, ponieważ właśnie czytałem prospekt patentowanych pigułek przeciw cierpieniom wątroby, w którym były wyszczególnione symptomaty, z których człowiek mógł wywnioskować (powiedzieć) kiedy jego wątroba była nie w porządku. Miałem je wszystkie. Jest to bardzo niezwykła rzecz, ale nigdy nie czytałem patentowanego medycznego ogłoszenia, nie będąc doprowadzony do wniosku, iż cierpię na tę właśnie chorobę i przytem w jej najzjadliwszej postaci. Djagnoza w każdym wypadku zdaje się odpowiadać dokładnie wszystkim objawom, które ja kiedykolwiek odczuwałem. Pamiętam, iż poszedłem do Brytyjskiego Muzeum pewnego dnia, aby przeczytać rozprawę o pewnej drobnej dolegliwości, która mi dokuczała, - letnia (sienna) astma było to, zdaje mi się. Zdobyłem książkę i przeczytałem wszystko co było, potem w chwili roztargnienia leniwo przewracałem karty, i zacząłem od niechcenia studjować choroby w ogólności. Zapomniałem jaka była pierwsza choroba, w której się pogrążyłem - jakieś straszne, niszczące cierpienie (plaga). Wiem - i zanim przejrzałem do połowy spis "ostrzegających symptomatów", stało się jasnem dla mnie, że naprawdę nabawiłem się go. Siedziałem przez chwilę, zmrożony lękiem; a następnie w nieuwadze rozpaczy, przewróciłem znowu stronice. Doszedłem do gorączki tyfusowej - przeczytałem symptomaty - odkryłem, że mam gorączkę tyfusową, że musiałem ją mieć od miesięcy nie wiedząc o tem - zechciałem dowiedzieć się, czego się jeszcze nabawiłem; otworzyłem (zagięłem) taniec Ś-tego Wita - znalazłem, jak tego oczekiwałem, że miałem go również - począłem interesować się swoimi stanem, postanowiłem zbadać go do dna i tak zacząłem w alfabetycznym porządku - przeczytałem o febrze i dowiedziałem się, że cierpiałem na to, i że ostry stan nastąpi za dwa tygodnie. Chorobę Bright'a, z ulgą to stwierdziłem, miałem jedynie w słabej formie, i o ile to dotyczyło tego, mogę żyć lata. Cholerę miałem, z ciężkiemi komplikacjami; a z dyfterytem zdawało się, że się urodziłem. Przebrnąłem sumiennie przez trzydzieści sześć liter, i jedyną chorobą o której mogłem stwierdzić, że jej nie miałem, był wysiąk w kolanie (housemaid's knee - kolano służącej). Było mi przykro z tego powodu z początku; zdawało się to być pewnego rodzaju lekceważeniem. Dlaczego nie miałem wysiąku w kolanie? Dlaczego ta wstrętna wstrzemięźliwość? Po chwili jednak mniej zachłanne uczucia przemogły. Rozważyłem, iż posiadam każdą inną chorobę znaną farmakologji, i stałem się mniej egoistycznym i postanowiłem obejść się bez wysiąku w kolanie. Podagra, w swojej najbardziej złośliwej formie zdaje się chwyciła mię bez mojej wiedzy, a na zaburzenia widocznie cierpiałem od lat chłopięcych. Nie było więcej chorób po zaburzeniach (zymosis - z - ostatnia litera alfabetu), a więc wywnioskowałem, że nic więcej mi już nie dolega. Siedziałem i rozważałem. Myślałem, jak ciekawym okazem muszę być z lekarskiego punktu widzenia, jakim nabytkiem mógłbym być dla wykładów! Studenci nie potrzebowaliby "obchodzić szpitali", gdy by mię mieli. Byłem szpitalem sam w sobie. Wszystko co musieliby robić - to chodzić dokoła mnie, i potem, otrzymać swoje dyplomy. Następnie zastanowiłem się jak długo pozostawało mi żyć. Usiłowałem zbadać siebie. Szukałem pulsu. Z początku nie mogłem wogóle znaleźć pulsu. Następnie, zupełnie znienacka, zdawał się zaczynać. Wyjąłem zegarek i liczyłem go. Określiłem go na sto czterdzieści siedem na minutę. Próbowałem wymacać serce. Nie mogłem wyczuć serca. Przestało bić. Od tego czasu przyszedłem do wniosku, że musiało być tam przez cały czas i musiało bić, ale ja nie mogę odpowiadać za to. Wymacałem siebie całego z przodu, począwszy od tego co nazywam stanem, aż do głowy i sięgnąłem trochę dokoła każdego boku i trochę w górę pleców. Ale nie wyczułem, ani nie słyszałem nic. Próbowałem zbadać język. Wysunąłem go tak daleko, jak mógł się wyciągnąć, i przymknęłem jedno oko, i usiłowałem obejrzeć go drugiem. Mogłem jedynie widzieć koniec, i jedyną rzeczą, którą mogłem zdobyć przez to, było to, że czułem wyraźniej niż dawniej, że mam szkarlatynę. Wszedłem do czytelni jako szczęśliwy, zdrowy człowiek. Wylazłem jako zgrzybiały rozbitek. Udałem się do swego lekarza. Jest to mój stary kamrat i bada mój puls i ogląda mój język, i mówi o pogodzie, wszystko za darmo kiedy wyobrażam sobie, że jestem chory; a więc pomyślałem, że zrobię mu dobrą przysługę idąc do niego teraz. - Czego doktór potrzebuje - mówiłem, - to praktyki. Będzie mię miał. Będzie miał większą praktykę na mnie, niż na tysiącu siedmiuset zwykłych, pospolitych pacjentach, z jedną lub dwiema chorobami każdy. A więc poszedłem prosto do niego, i zobaczyłem się z nim i on powiedział: - Dobrze, więc co ci dolega? Powiedziałem: Nie chcę zabierać ci czasu, drogi chłopcze, opowiadając co mi dolega. Życie jest krótkie, i możesz przez nie przejść zanim skończę. Ale powiem ci co mi nie dolega. Nie mam wysiąku w kolanie. Dlaczego nie nabawiłem się wysiąku w kolanie nie mogę ci powiedzieć; ale fakt pozostaje, że nie mam go. Wszystkiego innego, pozatem, nabawiłem się. I opowiedziałem mu, jak doszedłem do wykrycia tego. Wtedy on rozpiął mi ubranie i zbadał mię, i ścisnął mocno za przegub ręki, i uderzył w piersi kiedy nie oczekiwałem tego - podstępna rzecz tak robić, tak to nazywam - i niezwłocznie po tem uderzył mię bokiem swojej głowy. Po tem, usiadł i napisał receptę i złożył ją, i podał ją mnie, i ja włożyłem ją do kieszeni i wyszedłem. Nie otwierałem jej. Zaniosłem ją do najbliższego aptekarza i wręczyłem mu. Człowiek ten przeczytał ją i podał mi z powrotem. Powiedział, że nie trzyma tego. Powiedziałem: - Pan jest aptekarzem? On powiedział: - Jestem aptekarzem. Gdybym był współdzielczym sklepem i hotelem familijnym w połączeniu, byłbym zdolny usłużyć panu. To że jestem jedynie aptekarzem - przeszkadza mi w tem. Przeczytałem receptę. Opiewała: - 1 funt befsztyku z 1 butelką porteru (gorzkim piwem) co sześć godzin. 1 Dziesięciomilowy spacer co rano. 1 łóżko o 11 dokładnie co wieczór. I nie zapychaj sobie głowy rzeczami, których nie rozumiesz. Usłuchałem wskazówek ze szczęśliwym wynikiem - mówiąc o sobie - że życie moje zostało zabezpieczone, i stale trwa. W obecnej chwili wracając do prospektu o pastylkach przeciw cierpieniom wątrobianym, miałem symptomaty bez wszelkiej pomyłki, główny zaś z pomiędzy nich był: "ogólna niechęć do pracy wszelkiego rodzaju". Co cierpię w tym względzie, żaden język nie może wypowiedzieć. Od najwcześniejszego dzieciństwa byłem jego ofiarą (męczennikiem). Jako chłopca, cierpienie to rzadko kiedy opuszczało mię na dzień jeden. Nie wiedzieli, wtedy, że to moja wątroba. Wiedza lekarska była w daleko mniej doskonałym (posuniętym) stanie, aniżeli obecnie, i zwykle składali to na lenistwo. - No ty leniwy mały djable, ty - mówili, - wstawaj i zrób coś, żeby zarobić na życie, nie możesz co? - nie wiedząc oczywiście, że byłem chory. I nie dawali mi pigułek; dawali mi klapsy po uchu (z boku głowy). I dziwnem się to może wydawać, te uderzenia po głowie często leczyły mię - podówczas. Doświadczyłem iż jedno uderzenie po głowie miało większy wpływ na moją wątrobę i robiło mię bardziej starannym, aby odejść natychmiast i zrobić co żądano by było zrobione, bez dalszej straty czasu, aniżeli całe pudełko pigułek czyni to teraz. Wiecie - często tak bywa - tamte proste, staromodne środki czasami są skuteczniejsze aniżeli wszystkie apteczne materjały. Siedzieliśmy więc przez pół godziny, opisując jeden drugiemu swoje choroby. Wytłumaczyłem Jerzemu i Williamowi Harris, jak się czułem, gdy wstawałem zrana, a William Harris opowiedział nam jak się czuje gdy się kładzie do łóżka; i Jerzy stanął na dywanie przed kominkiem i dał nam mądre i wstrząsające przedstawienie, illustrując jak on się czuje w nocy. Jerzy wyobraża sobie, że jest chory; ale wiecie nigdy nic naprawdę mu nie dolega. W tym momencie, Pani Poppets zapukała do drzwi, aby się dowiedzieć czy jesteśmy gotowi na kolację. Uśmiechnęliśmy się smutnie jeden do drugiego i powiedzieliśmy, iż przypuszczamy, że lepiej zrobimy, probując przełknąć jakiś kęsek. Harris powiedział, że odrobina czegokolwiek w żołądku często zatrzymuje chorobę; i pani Poppets wniosła tacę i przysunęliśmy się do stołu i zabawiliśmy się małym befsztykiem z cebulą i odrobiną rabarbarowego tortu. Musiałem być bardzo chory w tym czasie, gdyż wiem, po upływie pierwszej pół godziny w przybliżeniu, zdawałem się nie interesować się wcale swojem jedzeniem - rzecz niezwykła u mnie - i nie chciałem sera. Spełniwszy ten obowiązek, napełniliśmy znowu swoje szklanki, zapaliliśmy fajki, i prowadziliśmy dalej rozmowę o stanie naszego zdrowia. Co było tem, co obecnie nam dolegało, żaden z nas nie mógł być pewien; ale jednogłośne zdanie było, że to - cokolwiek by to było - zostało spowodowane przepracowaniem. - Czego potrzebujemy, to wypoczynku - powiedział Harris. - Wypoczynku i kompletnej zmiany - powiedział Jerzy. Przepracowanie (nadmierny wysiłek) naszego umysłu wywołało ogólną depresję w całym organiźmie. Zmiana otoczenia i brak konieczności myślenia, przywróci umysłową równowagę. Jerzy ma kuzyna, który jest zwykle zapisywany w urzędowych papierach jako student medycyny, tak że naturalnie posiada pewien familijno-lekarski sposób stawiania kwestji. Zgodziłem się z Jerzym i poddałem myśl (podszepnąłem) iż powinniśmy poszukać jakiegoś zacisznego i zapadłego zakątka, daleko od szalonego tłumu i przemarzyć słoneczny tydzień pomiędzy jego sennemi zaułkami, jakiś napółzapomniany kącik ukryty przez czarodziejki, poza obrębem hałaśliwego świata - jakieś wykwintnie zbudowane (zawieszone) na skale wieków gniazdko (eyrie) do którego spienione bałwany dziewiętnastego wieku będą dochodziły dalekie i słabe. Harris powiedział, iż przypuszcza, że byłoby to wstrętne. Powiedział, że wie jakiego rodzaju miejscowość mam na myśli, gdzie każdy kładzie się spać o ósmej i nie możesz dostać "Referee" za miłość ani za pieniądze i musisz iść dziesięć mil aby dostać tytuniu. - Nie, - powiedział Harris - jeżeli chcecie wypoczynku i zmiany, nie możecie odrzucić podróży morskiej. Sprzeciwiłem się podróży morskiej stanowczo. Podróż morska robi ci dobrze, gdy możesz jej poświęcić parę miesięcy ale na tydzień, jest wstrętną. Wyjeżdżasz w poniedziałek z myślą zaszczepioną w duszy (łonie), że masz się zabawić. Rzucasz powiewne pożegnanie chłopcom na brzegu, zapalasz największą fajkę i chodzisz z fanfaronadą po pokładzie jak gdybyś był kapitanemCook, Sir Francisem Drake, Krzysztofem Kolumbem wszystkiemi naraz (wszyscy zwinięci w jedno). We wtorek życzysz sobie żebyś nie był tu przybył. We środę, czwartek i piątek chciałbyś być martwy. W sobotę jesteś zdolny przełknąć trochę buljonu i siedzieć trochę na pokładzie, i odpowiadać z bladym słodkim uśmiechem gdy ludzie dobrego serca pytają jak się czujesz obecnie. W niedzielę zaczynasz spacerować znowu i przyjmować stały pokarm. I w poniedziałek rano, kiedy z torbą i parasolem w ręku, stoisz przy barjerze, czekając aby zejść na brzeg, zaczynasz zupełnie lubić (to) podróż. A więc stawiłem czoło (nadstawiłem twarz przeciwko) podróży morskiej. Nie z powodu siebie. Nigdy nie byłem dziwakiem. Ale bałem się o Jerzego. Jerzy powiedział, że będzie się czuł doskonale, i raczej będzie to lubił, ale radzi Harrisowi i mnie nie myśleć o tem, gdyż czuje napewno, że obaj będziemy chorzy. Harris powiedział, iż dla niego, zawsze było tajemnicą jak ludzie się urządzali, by zachorować na morzu - powiedział, iż przypuszcza, że ludzie muszą robić to umyślnie, dla przesady - powiedział, że często pragnął chorować, ale wtedy nie był zdolny. Następnie opowiedział nam anegdoty o tem, jak jechał przez kanał kiedy było tak burzliwie, że pasażerowie musieli być przywiązywani do swoich łóżek i on i kapitan byli jedynemi żyjącemi istotami na pokładzie, które nie były chore. Czasami to był on i drugi pomocnik kapitana, którzy nie byli chorzy, ale zwykle byli to on i jakiś drugi człowiek. Jeżeli nie on i drugi człowiek, wtedy był on sam. Jest to ciekawe zjawisko, ale nikt nie cierpi nigdy na morską chorobę - na lądzie. Na morzu, spotykasz pełno ludzi bardzo słabych naprawdę, całe ładunki okrętowe takich; ale nigdy nie spotkałem jednak człowieka na lądzie, któryby wogóle wiedział, co to jest cierpieć na morską chorobę. Gdzie tysiące tysięcy złych marynarzy, od których roi się na każdym okręcie, kryją się gdy są na lądzie, jest to tajemnicą. Gdyby większość ludzi była jak ten chłopak którego widziałem na okręcie w Jarmouth pewnego dnia mogę wytłomaczyć sobie pozorną zagadkę dość łatwo. Właśnie oddalaliśmy się od mostu Southend, przypomniałem sobie, i on wysuwał się przez jeden z otworów okrętu w bardzo niebezpiecznej pozycji. Podszedłem do niego, aby próbować ratować go. - Hi, chodź no lepiej do środka, - powiedziałem, potrząsając go za ramię. - Wpadniesz do morza (możesz znaleźć się (być) poza pokładem). - O jej! chciałbym wpaść - było jedyną odpowiedzią, którą zdołałem wydobyć; i tam zmuszony byłem pozostawić go. W trzy tygodnie później spotkałem go w kawiarni hotelu Bath, opowiadającego o swoich podróżach, i wyjaśniającego z zapałem jak on kocha morze. - Dobry marynarz - odrzekł, w odpowiedzi na zazdrosne pytanie łagodnego młodzieńca - tak, czułem się trochę dziwnie raz jeden, przyznaję. Było to, kiedy ruszyliśmy od przylądka Horn. Okręt rozbił się następnego ranka.. Powiedziałem: - Czy nie czuł się pan, trochę niewyraźnie około mostu Southend pewnego dnia, i pragnąłeś by cię wrzucono w morze? - Most Southend! - odpowiedział z zakłopotanym wyrazem. - Tak; w drodze do Jarmouth, w piątek, przed trzema tygodniami. - Och - ach - tak, - powiedział rozpromieniając się; - pamiętam teraz. Głowa mię bolała tego popołudnia. Były bo marynaty; pan wie. Najhaniebniejsze marynaty jakie kiedykolwiek próbowałem na porządnym okręcie. Czy pan je próbował? Co do mnie, odkryłem doskonały środek zapobiegawczy, przeciw morskiej chorobie, w kołysaniu się. Stajesz na środku pokładu, i kiedy okręt podnosi się i opada, poruszasz swoje ciało, aby utrzymać je zawsze równo. Kiedy przód okrętu podnosi się, nachylasz się ku przodowi, aż pokład prawie dotyka twego nosa; a kiedy (jego) tył okrętu podnosi się, przechylasz się w tył. Wszystko to jest bardzo dobre na godzinę lub dwie; ale nie możesz kołysać się przez tydzień. Jerzy powiedział. - Wybierzmy się na rzekę. Powiedział, że będziemy mieli świeże powietrze, ruch i wypoczynek; ciągła zmiana otoczenia zajmie nasze umysły (włączając to co było z duszy w Harrisie), a ciężka praca da nam dobry apetyt i pozwoli nam spać dobrze. Harris powiedział iż nie przypuszcza, żeby Jerzy powinien był robić cośkolwiek w celu uczynienia siebie bardziej śpiącym, aniżeli był nim zwykle, gdyż mogłoby to być niebezpieczne. Powiedział, iż nie rozumie dobrze jak Jerzy będzie spał więcej aniżeli czyni to obecnie, wobec tego, że jest tylko dwadzieścia cztery godziny na dobę, w lecie i w zimie jednakowo; ale przypuszcza, iż gdyby on spał nieco więcej, równie dobrze mógłby być martwy i w ten sposób oszczędziłby na wikcie i mieszkaniu. Harris i ja obaj powiedzieliśmy, że jest to dobry pomysł Jerzego; i powiedzieliśmy to takim tonem, który zdawał się poniekąd wskazywać (zawierać), że jesteśmy ździwieni, że Jerzy wystąpił tak rozsądnie. Jedynym z nas który nie był zachwycony tym projektem był Montmorency (Uwaga: Montmorency - pies). Nigdy nie dbał o rzekę, nieprawdaż! - To bardzo dobre dla was chłopców, - mówi, - wy to lubicie ale ja nie lubię. Niema tam nic dla mnie do roboty. Krajobraz nie jest w moim guście, i nie palę. Jeżeli zobaczę szczura, nie zatrzymacie się; a jeśli zasnę, zaczniecie dokazywać z łódką i wrzucicie mię do wody (poza pokład). Jeżeli pytacie mnie, nazywam całą tę wyprawę głupiem szaleństwem. Byliśmy trzej przeciwko jednemu, i wniosek został przyjęty.