Trzech ich było - Ślęzak Jan

Kup ebooka

14.13 zł
11.73 zł (12,01 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wstęp

Tych też było trzech, chociaż ci trzej na zdjęciu poniżej w żaden sposób nie są tymi, którzy występują w książce i nawet z trudem można ich nazwać pierwowzorami bohaterów niniejszej opowieści. Jednak bardzo wiele faktów i cech ich charakterów zostało wplecionych do niniejszej opowieści. Oni dali tylko powód do napisania tej historii, zainicjowali i odeszli w siną dal, niby to wracając dopiero po pięćdziesięciu latach, ale nie wszyscy osobowo. Ten w okularach odszedł na zawsze, jako pierwszy w wieku 58 lat. Napisano na jego nagrobku, że Bóg tak chciał i wielu ma wątpliwości czy tak było naprawdę, czy rzeczywiście tak chciał, a może było tak, że jego niefrasobliwe życie to spowodowało, a miłosierny Bóg jedynie zaoszczędził mu niedogodności przez siebie samego zafundowanych. Ten siedzący pod samymi drzwiami kilka lat po nim odszedł, bo ciągle na coś chorował, do samego końca. Ten trzeci żyje nadal i dzisiaj ma 76 lat.

Ich przyjaźń trwała niezbyt długo, ale intensywnie w czasach wczesnej młodości i jak już wspomniano wiele różnych drobnych faktów i różnych nawyków jest ukrytych w tej książce. Po maturze rozjechali się w różnych kierunkach i więcej wspólnie i w jednym miejscu nigdy się nie spotkali.

Zdjęcie to wykonano pół wieku temu, natomiast obiekt za ich plecami wybudowano jeszcze wcześniej, bo 700 lat wcześniej i jest to kościół pod wezwaniem św. Katarzyny i św. Jana w Świerzawie.

Przypadek tych trzech kolegów ze zdjęcia nie jest czymś niezwykłym, bo ludzie zawsze gromadzili się w różnych grupach kilkuosobowych lub wieloosobowych, zawsze ich coś łączyło, na przykład uprawiany zawód [górnik, elektryk itp.] czy też zainteresowania pozazawodowe [literatura, film itp.]. Ważne było, aby ich poziom intelektualny był zbliżony niezależnie od tego czy ten poziom pochodził z wysokiej półki [literatura] czy z półki dużo niższej [sport, łowiectwo].

Ci trzej na zdjęciu byli w wieku maturalnym a więc łączyła ich głównie nauka. Również o bohaterach naszej opowieści wiemy, że byli emerytowanymi inżynierami pochodzącymi z jednego zakładu, który został zlikwidowany w wyniku zmian ustrojowych. Łączyło ich wiele, przy czym głównie były to zainteresowania z tak zwanej wysokiej półki [między innymi literatura]. Poza zainteresowaniami intelektualnymi ważną rolę w ich więzi odgrywały stosunki sąsiedzkie z tej racji, że mieszkali w jednym bloku. Ta bliskość sąsiedzka spowodowała, że ich stosunki sąsiedzkie i więzi, w pewnym momencie, niczym nie różniły się od zwykłych więzi występujących w rodzinie a niekiedy nawet je przewyższały. Ból występujący w jednej rodzinie natychmiast udzielał się pozostałym dwóm rodzinom.

U podstaw tej sąsiedzkiej znajomości leżała najzwyklejsza przyjaźń, a dokładniej męska przyjaźń pozbawiona wielu cech, którym wielu ludzi niekiedy hołdowało, takich jak zawiść, zazdrość, podejrzliwość a nawet najdrobniejsza konkurencja w kontaktach. Między nimi panowało równouprawnienie koleżeńskie, o ile można użyć takiego nieco dziwacznego określenia. Oni posiadali wielki dystans do siebie samych jak i podobny dystans zachowywali w kontaktach między sobą. To nie było tak, że tak się umówili, oni te cechy wypracowali sobie sami przez całe, długie lata. Oni lubili swoje towarzystwo, nigdy się ze sobą nie nudzili, bo tak się ułożyło, że każdy z nich ciągle zgłębiał nieco inną dziedzinę wiedzy. Oni, czyli Nikodem, Wojciech i Maksymilian, potocznie zwracali się do siebie Nik, Wojtek i Maks. Na pewno nie wyglądali jak ci trzej na zdjęciu, a jak? Niech czytelnik zamknie oczy i spróbuje sobie wyobrazić ich twarze, a może sam należy do takiej trójki lub dwójki przyjaciół? Pod powieką może zobaczyć wspaniałe obrazy, a jeszcze, kiedy uruchomi się wyobraźnię, to ho, ho...

Cechy Maksa, Nika i Wojtka już w wieku dojrzałym to zlepek cech ludzi, z którymi autor miał bliższy lub luźniejszy kontakt na przestrzeni ostatnich pięćdziesięciu lat, nawet niektóre sytuacje opisane w książce zostały wzięte z życia. Jednak doszukiwanie się konkretnych pierwowzorów jest zupełnie bezcelowe i skazane na niepowodzenie.

4. Narodziny książki

Tymczasem Nikodem z Maksymilianem postanowili zająć się tematem, który zakiełkował na ich ostatnim spotkaniu, tym pożegnalnym, przed wyjazdem Wojtka. Tym tematem miała być książka, która od dawna dojrzewała w głowie Nikodema, a który to pomysł wymusił do realizacji Maks. Zresztą może nie tyle wymusił, co sam się wykluł, za zgodą przyszłego autora, czyli Nikodema. Nikodem już od dawna zamierzał napisać książkę, która by stanowiła ślad po nich, tu na ziemi, na której mieszkali niemal przez całe swoje życie. Materiały gromadził na różny sposób, chociaż ostatecznej koncepcji jeszcze nie miał, czy to ma być powieść, czy opowiadanie, czy może esej? Różne pomysły mu po głowie chodziły, wiele z nich wymyślał kolega Maksymilian.

Nikodem wreszcie postanowił zacząć, ale znając pozytywny stosunek kolegów do tego tematu postanowił ich zagadnąć w tej sprawie. Wojtka nie było, zatem zaczął od Maksa. Któregoś dnia będąc u przyjaciela, jak zwykle, na kawie, zagadnął go:

- Słuchaj Maks, postanowił podjąć twoją prowokację i zacznę pisać tę moją książkę, dlatego chciałem cię zapytać czy masz jakąś wizję skoro mnie zachęcałeś do pisania.

Maks aż podskoczył z radości, kiedy usłyszał o decyzji Nika. Wiedział, bowiem, że nie można go naciskać, bo to może przynieść skutek odwrotny i od pewnego czasu nie robił tego, czekał spokojnie na samodzielną decyzję kolegi i się jej doczekał, co uradowało go bardzo. Nie spodziewał się jednak, że Nikodem poprosi go o opinię. Ta ostatnia prośba uradowała go jeszcze bardziej, no i natychmiast zgodził się na tę pomoc, ale tylko, jako konsultant. Po krótkim zastanowieniu odpowiedział:

- Ależ oczywiście Nik, włączę się na miarę moich możliwości i pomogę ci w czym będę mógł. Cieszę się bardzo, że wreszcie się zdecydowałeś, nawet nie wiesz jak bardzo się cieszę

- Wiesz, ja się spodziewałem takiej twojej reakcji, bo to ty głównie mnie dopingujesz, ale ja nie mam gotowej koncepcji i nie bardzo wiem jak to zacząć, więc najpierw chciałem ciebie posłuchać.

Tu Maks zamilkł, wyglądał jak wyrwany ze snu, po chwili jednak zaczął:

- No wiesz, ja nigdy nie próbowałem się w roli piszącego i nie mam pojęcia czy jakieś zdolności w tym zakresie posiadam, Ty już masz za sobą różne formy, więc potrafisz to robić.

- Ależ Maks, ja to wszystko wiem, ale masz inne zalety, w tym wiedzę i to tę historyczną, dużo czytasz, zresztą, co ja cię będę punktował.

- No tak, masz rację, po paru stronach potrafię ocenić czy daną książkę da się łatwo czytać, czy to będzie męka i czyja to głównie zasługa. Bywa, bowiem tak, że autor nie jest winien, lecz tłumacz albo odbiorca z powodu braku wiedzy podstawowej, co nieraz mi się zdarzało. Nieraz tę wiedzę musiałem uzupełniać.

- Dla mnie to też nic nowego, ciągle mam te same kłopoty, głównie zapomniane dawno różne sprawy związane z fizyką, ponadto za naszych czasów nikt nas kosmologii nie uczył, nawet takie pojęcie nie występowało. Stąd nawykłem do ciągłego poszukiwania wiedzy w internecie, bo to szybko i zupełnie darmo. Książkę trzeba znaleźć i niekiedy zaryzykować, bo można nie trafić w poszukiwany problem. Ale słuchaj, bo z tą książką mam dylemat zupełnie innego rodzaju, a mianowicie czy to ma być opowiadanie a może powieść, a może jednak esej. Co mam z tego wybrać? Masz jakieś zdanie?

- No, no... ja cię znam, dlatego jestem pewien, że wiele już masz przemyślane, dlatego ja ci nie będę doradzał, a jedynie głośno wypowiem swoje myśli i nie będzie tu mojej ostatecznej koncepcji. Zatem myślę sobie, że rozważanie tu powieści jest ponad siły, jak również potrzeby, bo to trzeba by stworzyć wiele wątków i wprowadzić wiele postaci. Musiałoby to być, co najmniej 400 stron. Mieszanie postaci abstrakcyjnych z rzeczywistymi spowodować by mogło wiele nieporozumień, bo zakładam, że chcesz pisać o naszym środowisku, czyli o nas.

Tu Maks przerwał i spojrzał na Nikodema, który siedział zasłuchany, prawie w bezruchu, nawet na krześle się nie poprawiał. Dopiero po chwili zauważył, że Maks przerwał i jakby na coś czekał, pewnie na niego. Wtedy Nikodem podniósł głowę i powiedział:

- No, no... mów dalej, słucham, ciekawie mówisz, bardzo przekonywająco.

- Dobrze, mówię dalej. Dlatego należałoby rozważyć zastosowanie formy opowiadania, gdzie ilość postaci można ograniczyć do minimum a wprowadzić narratora, którym byłbyś oczywiście ty i wtedy nawet zachować nasze prawdziwe nazwiska czy imiona. Można też zastosować formę eseju, gdzie nie będzie żadnych postaci, a narrator będzie opowiadał o różnych postaciach. W końcu może być jeszcze coś pośredniego między esejem a opowiadaniem i dużo opisów. Książka mająca dwieście do trzysta stron, nie więcej. Na razie tyle z tego, co mi do głowy przyszło. Przepraszam, że nie przedstawiłem mojego konkretnego zdania, ale uważam, że nie powinienem, bo tak naprawdę, nie mama aż takich uprawnień a nawet nie posiadam kwalifikacji.

- E tam, bez przesady z tymi kwalifikacjami. Przecież ja też nie mam takich kwalifikacji, i tak zrobiłeś mi wspaniały wywód. Po prostu pozbierałeś wszystkie moje wątpliwości i pytania. Pięknie to zrobiłeś, nie liczyłem na taki wykład.

- Jaki tam zaraz wykład. Po prostu jak się dużo czyta, to te spostrzeżenia same przychodzą. Przeczytałem kilka dużych powieści historycznych i stąd to doświadczenie. Potem Kapuściński, to przecież najwspanialsze eseje niekiedy przechodzące w opowiadania a nawet reportaż. To jest moja szkoła, zresztą ty przecież czytasz nie mniej. Czytałem pożyczoną od ciebie "Symfonię C", która momentami była jak thriller, a to przecież jest książka popularno-naukowa o przemianach węgla w przyrodzie. I tym sposobem te przykłady można mnożyć, jest, w czym wybierać.

- Myślę sobie, że jak będziemy rozmawiać z Wojtkiem, to trzeba będzie go poprosić, aby pozbierał swoje spostrzeżenia z pobytu w Ameryce, bo w końcu Franek tam teraz mieszkający to przecież też jeden z nas.

- Nik, Wojtka nie trzeba będzie nawet prosić, bo jak go obaj znamy, to on tam będzie zaglądał do każdej dziury, bo ma okazję, aby skonfrontować wszystko z tym, co czyta o tej geopolityce. Na pewno będzie chciał uwiarygodnić tych swoich amerykańskich autorów.

- Słusznie mówisz i najpewniej masz rację, że Wojtek niezależnie od tego czy go poprosimy i tak przywiezie wiele materiału do naszej książki. Zresztą on na pewno doskonale zapamiętał twój apel Maks, o tę książkę.

Tak to zaczęła się rodzić książka o nich samych i najpewniej to nie ostatnia taka rozmowa. Czy ta dzisiejsza rozmowa dała ostateczną odpowiedź na pytanie dotyczące przyjęcia odpowiedniej formy też nie wiadomo, zapewne pogląd na tę sprawę będzie ciągle korygowany zanim przyjęta zostanie forma ostateczna.

- Jeszcze może być tak, że każdy z nas będzie pisał swoje a potem się to połączy w całość albo zachowa trzy części, co ty na to Maks?

Tu Maks nieco się skrzywił i pokręcił głową, co wyraźnie sygnalizowało jego stanowisko, po chwili odpowiedział:

- Mnie się wydaje, że teoretycznie możliwa jest taka forma pisania tej książki, ale z góry uprzedzam, że byłaby to książka bardzo nierówna i mówię to tylko w swoim imieniu i nie wiem, co powie Wojtek. Ja nie potrafię tak pisać jak ty, ty masz bardzo prosty i komunikatywny język, ponadto ładnie konstruujesz dialogi. Przez ponad dziesięć lat robiłeś projekty, w których ważną rolę odrywa zawsze opis techniczny, który musi być zrozumiały i prosty nawet dla ludzi niezwiązanych z branżą. To była twoja szkoła poprawnej polszczyzny, ja takiej nie miałem, Wojtek też nie miał. Dlatego apeluję: - Pisz ty, my będziemy ci materiały gromadzić i podrzucać.

- Powiadasz, że książka byłaby nierówna, a może na tym polegałby jej urok? Tylko, co by powiedział czytelnik za dziesięć lat? Dobrze, masz rację, piszę ja przy waszej pomocy. Wiesz, dotąd nie zwracałem uwagi na doświadczenie wyniesione z mojego projektowania, pewnie masz rację, to dużo pomogło. Nieraz poprawiałem opisy techniczne w moich projektach aniżeli część rysunkową, bo wydawało się, że wykonawca może nie zrozumieć. Myślę, że nasze żony również się włączą, chociaż moja Helena chwali pomysł, ale podchodzi do tego dość obojętnie, to raczej Zosia mi kibicuje, wnuczka to zawsze wnuczka - najlepszy przyjaciel.

Tak to rodziła się książka, którą Nikodem już od roku zapowiadał i materiały zbierał, czyli głównie zdjęcia i różne dokumenty urzędowe jak i parafialne. Miało być głównie o ich trzech rodzinach, ale nie tylko, bo również o środowisku, w którym mieszkali, gdzie rodziły się ich dzieci a na cmentarzu spoczywali dziadkowie a nawet pradziadkowie. Oj było, o czym pisać, było...

Kilka dni potem, późnym popołudniem Basia odwiedziła Helenę i przyniosła kilka zdań informacji o pobycie jej męża Wojtka w Ameryce. Nikodem nie zadając pytań słuchał, co Basia opowiadała, a mówiła tak:

- Wojtek nie lubi rozmawiać przez telefon, ale z tego, co mi powiedział wiem, że Franek jest poważnie chory. Pytał też czy Nikodem będzie pisał książkę, bo on jak wróci, to wiele rzeczy opowie i będą to sprawy niemal sensacyjne. Powiedział jeszcze, że jego wyobrażenie o obecnej Ameryce znacznie się zmieniło - na gorsze. Tak powiedział.

Nikodem słysząc to ostatnie zdanie uśmiechnął się, skłonił głowę i nie odezwał się, bowiem o dobrze wiedział, co Wojtek miał na myśli. Basia ciągnęła dalej:

- Powiedział też żeby nie dzwonić do niego, bo i tak się do niego nikt nie dodzwoni. On zawsze dzwoni z telefonu Franka i któregoś dnia zadzwoni albo do ciebie Nikodem albo do Maksymiliana, zależy, który pierwszy odbierze. Będzie zawsze dzwonił w naszej porze wieczornej.

- Basiu, jak Wojtek będzie dzwonił następnym razem, to powiedz mu, że książka już jest w trakcie pisania a te jego spostrzeżenia i wnioski będą bardzo cenne i na pewno znajdą się w książce. No i pozdrów go od nas obu.

- Dziękuję Nikodem, oczywiście, że go pozdrowię, chociaż on będzie na pewno do was dzwonił. No i o materiałach do książki też mu powiem.

Panie, jak to sąsiadki rozmawiały jeszcze długo, natomiast Nikodem poszedł do swojego pokoju z zamiarem dalszego pisania, jednak coś mu nie szło i przerwał pisanie. Pobudziła go do myślenia wiadomość, że Franek jest poważnie chory. To jedno słowo "poważnie" kryło ogromną tajemnicę. Nikodem wiedział, że jeżeli Wojtek użył tego słowa, to oznaczało, że musi być źle z Frankiem i zapewne chce się z nim a przez niego z nimi wszystkimi trzema pożegnać. Franek był już po osiemdziesiątce, oni mieli kilka lat mniej. Dawno temu, kiedy oni szli do podstawówki, Franek był już w szóstej klasie. Wtedy to przepaść ich dzieliła, chociaż lubili się wzajemnie i znajdywali wspólne tematy i zainteresowania. Franek był dla nich jak drużynowy i kolega jednocześnie a niekiedy stawał się nawet ich obrońcą. Koledzy Franka śmiali się z niego, że z maminsynkami przestaje, ale on nie dbał o to, razu pewnego nawet takiemu prześmiewcy tak przyłożył, że ten długo mijał go z daleka, bo po prostu bał się go.

Dzisiaj ta przepaść czasowa zmalała niemal do zerowych rozmiarów, praktycznie byli równi sobie. Kiedy oni kończyli studia, Franek z rodziną wyjechał do Ameryki i ponad pół wieku nie widzieli się ze sobą. Początkowo pisali do siebie listy, czyli najczęściej Nikodem pisywał, z czasem jednak zanikło wszystko, wszelkie kontakty. Tylko w stanie wojennym Franek przysłał im paczkę, która była raczej paczką symboliczną, bo cóż im z kolorowych krawatów, czapek bejsbolowych czy garnituru. Więcej mieli śmiechu niż pożytku z tego, ale radość była ogromna, bo to Franek przysłał.

Tylko Maks się dziwił, jakie oni tam w Ameryce mają o nas wyobrażenie i o naszych tu problemach. Tu Nikodem przypomniał sobie, co na to pytanie Maksa odpowiedział, a odpowiedział, że mają podobne wyobrażenie jak ci, co do pojemników zrzucanych dla powstańców warszawskich, wkładali mydełka i kosmetyki. Uśmiechnął się sam do swoich myśli i powoli zaczął się przygotowywać do toalety wieczornej, stopniowo wyłączył komputer i podszedł do radia, chociaż na chwilę się wstrzymał z wyłączeniem, bo akurat Dwójka nadawała piątą Symfonię Beethovena. Tego utworu przed wysłuchaniem do końca nie powinno się wyłączać, a że był to dopiero początek pierwszej części Symfonii, usiadł spowrotem na krześle, jeszcze na te dwadzieścia minut. Wieczorne mycie mogło poczekać i czekało do ostatniego taktu.

Tak to ruszyło pisanie zapowiadanej książki, zgromadzone dotąd materiały zostały rozplanowane i Nikodem pisał. Postanowił, że dopiero po zakończeniu pierwszego rozdziału skonsultuje go z Maksem. Maksymilian wiedział, że Nikodem pisze, ale o nic nie dopytywał, nie ponaglał, wiedział, bowiem, że kiedy przyjdzie taki czas, to Nikodem sam się do niego zwróci pokazując to, co dotąd napisał.