ROZDZIAŁ I PRZESZŁOŚĆ
Wyrzuty sumienia z powodu złych uczynków, które wyrządzałam innym od czasów szkoły podstawowej, nie dawały mi spokoju i jeszcze bardziej się nasilały. Choć rodzice wciąż dawali mi tyle dobrego, nie byłam szczęśliwa. Odczuwałam piekielny smutek. Nawet kiedy się uśmiechałam, robiłam to w sposób sztuczny, wymuszony. Wciąż miałam w sobie jakiś wewnętrzny krzyk, płacz, nie wiedziałam, co zrobić, żeby się go pozbyć. Zaczęłam pić przed pójściem do szkoły i pojawiałam się wraz z koleżanką na lekcjach, będąc pod wpływem alkoholu. Nie wiem, czy nauczycielki się orientowały, czy nie. Chyba nie, bo nic nie mówiły. Któregoś dnia nie wytrzymałam i pocięłam się, żeby zagłuszyć wyrzuty sumienia. Dało mi to chwilowe poczucie szczęścia i ulgi. Bałam się przyznać do czegokolwiek rodzicom, ponieważ obawiałam się ich reakcji. Od dziecka za złe zachowanie spotykał mnie krzyk albo lanie, niejednokrotnie byliśmy karceni w ten sposób. Gdy działo się coś złego, próbowałam to ukrywać jak najdłużej, ponieważ bałam się konsekwencji. Pamiętam, jak w pewnym momencie się wyłączyłam, kiedy mama wymierzała mi lanie. Zazwyczaj nie płakałam, chyba że trwało to długo i wtedy nie wytrzymywałam. Mój brat zawsze okazywał emocje, zawsze płakał. Ja byłam inna. Byłam zimna. Najczęściej awantura była o szkołę, o naukę, rzadko o coś innego, no ewentualnie obrywaliśmy za bałagan. Mama zawsze była pedantką.
Jedna sytuacja wyjątkowo utkwiła mi w pamięci. Nie dotyczyła bezpośrednio mnie, tylko mojego brata. Tata wrócił z zebrania i był bardzo na niego wkurzony. Od czasu, kiedy w domu pojawił się pies, rodzice nie bili nas jak dotychczas paskiem, tylko smyczą - pewnie dlatego, że była pod ręką, była bliżej. Tyle że smycz psa nie była zwykłą smyczą, a linką żeglarską z grubymi pętlami. Mój tata wziął wtedy tę linę i zaczął go nią bić. Z góry słyszałam, jak mój brat krzyczy i płacze. Pies przyszedł do mnie z podkulonym ogonem i cały się trząsł, a ja sama też zaczęłam płakać i nie mogłam przestać. Nienawidziłam siebie za to, co spotyka mojego brata. Czułam, jak strasznie siebie nienawidzę. Jarek miał potem ogromne krwiaki, a we mnie to zostało. Nie wiem, gdzie był mój starszy brat, kiedy to wszystko się działo. Kiedyś, kiedy byłam z psem na spacerze, wzięłam tę linę i uderzyłam sama siebie. Zrobiłam to lekko, a mimo to strasznie mnie zabolało. Pomyśleć, że mój brat obrywał nią z całej siły od mojego taty... I nie dostał raz, tylko kilkanaście razy. Poczułam w tym momencie tak przeraźliwy ból, że się rozpłakałam i za każdym razem, kiedy ta sytuacja powracała do mnie, łzy napływały mi do oczu. Próbowałam usunąć ją z głowy i przekonać samą siebie, że to już minęło, że muszę być silna.
Nawet teraz, kiedy opisuję całe to zdarzenie, jest mi strasznie ciężko. Widocznie tkwi to we mnie do tej pory. Tego samego dnia też prawie oberwałam linką, nie pamiętam, jak udało mi się tego uniknąć. W tym wszystkim najdziwniejsze było, że mój tata chyba miał wyrzuty sumienia po każdym zbiciu nas. Karał w największej złości, a potem zawsze próbował załagodzić sytuację. Mama tak nie postępowała - tak mi się przynajmniej wydawało. Raz, po latach, wróciłam w ich obecności do tej sytuacji, mówiłam przez łzy, połykając ich gorycz, ale usłyszałam tylko: "No i co z tego, że go zbił smyczą?". Ojciec nie przykładał większej wagi do zdarzeń sprzed lat, ale dla mnie to wciąż było coś trudnego i dlatego wciąż to przeżywałam. Do dzisiaj może to być niezrozumiałe dla wielu osób, które nie wierzą, że można coś aż tak bardzo przeżywać. Że rozpamiętuje to osoba, która według niektórych pozbawiona jest uczuć.
Nie mówiłam o tym nikomu, kompletnie nikomu. Uważałam, że bicie dzieci przez rodziców jest rzeczą normalną, że tak się je wychowuje, choć nas niczego to nie nauczyło. Ciągle słyszałam, że inne dzieci też są bite, więc tym bardziej nie czułam potrzeby, żeby się tym dzielić. Poza tym obowiązywała zasada: "Nie mów nikomu, co się dzieje w domu" i zapewne taka sama funkcjonuje w wielu rodzinach, bo tak rzeczywiście być powinno.
Potem coś się stało. Nie miałam zbyt dobrych relacji z moim starszym o rok bratem. Od dziecka nie mogliśmy się dogadać, kłóciliśmy się, bił mnie - jak to brat - ale tamtego dnia to on przyszedł do mnie i zaczęliśmy rozmawiać o tym, co się dzieje u nas w domu. Zapytał mnie, czy uważam, że wszystkie dzieci są bite przez rodziców, bo on wie, że nie wszystkie i że to nie jest normalne zachowanie, a nawet jeśli któreś są bite, to nie aż tak dotkliwie. Wtedy coś we mnie drgnęło. Przy następnym razie zaczęłam się bronić i grozić tacie. Mówiłam, że nie ma prawa więcej mnie uderzyć, bo takie rzeczy zgłasza się na policję. Wtedy ojciec odpowiedział, że gdyby on na mnie doniósł, to już pewnie byłabym w więzieniu za to, co robiłam. Myślę, że powiedział tak, bo wiedział, że jego zachowanie nie jest właściwe i że mnie tym przestraszy. I tak rzeczywiście było.
W końcu nadszedł dzień, kiedy już totalnie psychicznie nie wytrzymywałam ze sobą i z tym, co się dzieje wokół mnie. Połknęłam tabletki nasenne i popiłam alkoholem. Pech chciał, że przyszła po mnie tego dnia koleżanka. Mieszanina leków z wódką nie zaczęła jeszcze działać, więc poszłam z nią przekonana, że nic mi nie będzie.
Jednak pomyliłam się, bo już w drodze do szkoły tabletki zaczęły działać. Kiedy do niej doszłyśmy, ledwo stałam na nogach. Koleżanki i koledzy z klasy patrzyli na mnie z przerażeniem, a nauczycielka kazała mi iść do pielęgniarki. Tam zwymiotowałam. W szpitalu zrobiono mi płukanie żołądka, rodzice przyjechali i zabrali mnie do domu. Mama powiedziała do mnie wtedy: "Miałaś wszystko - jak mogłaś zrobić coś takiego?". Co jej zdaniem znaczyło "wszystko"? Nie wiem, pewnie chodziło jej o rzeczy materialne. Poszłam do pokoju i się rozpłakałam. Moja rodzina uważała, że nie mogę być nieszczęśliwa, bo przecież - gdyby popatrzeć z boku - miałam cudowne życie.
Po tym zdarzeniu usłyszałam, że zawiodłam klasę, że ich rozczarowałam. Dlaczego? Bo uważali mnie za szczęśliwą, bezproblemową osobę, która pomagała innym. I nagle, ni z tego, ni z owego, próbowałam się zabić?
Ludzie zawsze mnie za taką mieli: bezproblemową. Bo co ja mogę wiedzieć na przykład o życiu, skoro jestem z takiej, a nie innej rodziny i niczego mi nie brakuje? A jednak dziecko z takiej rodziny też może mieć swoje problemy, tyle że większość obcych ludzi tego nie rozumiało i nie rozumie, tak samo zresztą jak niektórzy w rodzinie. Wszystko, co robiłam, było uważane za kaprys. "Księżniczka ma za dobrze" - mówiono. Taka reakcja nasiliła moje wyrzuty sumienia i tym bardziej odrzuciłam możliwość zachorowania. Musiałam być zawsze poukładana, miła i szczęśliwa, nawet wówczas, gdy szczęśliwa nie byłam. Pozory jednak musiały być zachowane.
W domu było odwrotnie. Nie byłam miłą, dobrą dziewczynką. Raczej wredną, podłą, złośliwą, chamską, pyskatą, arogancką dziewuchą, która wciąż komuś sprawiała przykrość. Mieli mnie za taką, ale nic w tym dziwnego, bo właśnie tak się zachowywałam. Jeśli działo się coś złego w domu, nie pokazywałam swoich emocji. Właściwie prawie nigdy przy rodzinie nie płakałam, dlatego uważano mnie za nieczułą. Nie okazywałam uczuć, bo kiedyś ktoś mi powiedział, że nie należy okazywać swoich emocji i słabości, ponieważ inni mogą to wykorzystać. W życiu należy być twardym. Byłam mała, kiedy mi to powiedziano, ale utkwiło mi to w pamięci i właśnie taka starałam się być, choć nie zawsze mi się to udawało. Poza tym w domu wciąż była presja związana z edukacją. Od naszych najmłodszych lat nauka znajdowała się na pierwszym miejscu, bo zapewniała dobrą przyszłość. Kiedy mama wyjechała do Anglii na roczne stypendium, my pojechaliśmy do niej na pół roku. My, to znaczy ja, młodszy z moich braci - Jurek i babcia. Tata ze starszym bratem zostali w Polsce, bo tata musiał pracować. Przyjeżdżali tylko na święta. W Anglii razem z Jurkiem chodziliśmy do angielskiej szkoły. Problemu z językiem nie miałam, ponieważ uczyliśmy się go już od przedszkola i znałam podstawy. Lekcje zawsze zaczynały się o dziewiątej i kończyły o piętnastej. Na początku było mi ciężko, ale szybko się zaaklimatyzowałam. Zaprzyjaźniłam się nawet z córką dyrektora szkoły, bo chodziła do mojej klasy i w dodatku mieszkałyśmy dość blisko. Jedyne, co stanowiło problem w szkole, to obiady, ponieważ nie należały one do najsmaczniejszych. Kiedy nie chciałam czegoś zjeść, wzywany był mój brat, który następnie skarżył babci, że znowu wybrzydzałam przy obiedzie.
Nie tylko w tej kwestii wywierano na mnie presję. Chodziło również o wyjścia ze znajomymi. Zawsze musiałam rezygnować z czegoś, co już miałam zaplanowane, żeby pójść gdzieś z rodziną. Często, gdy odmawiałam, rodzinie robiło się przykro (taki szantaż emocjonalny), w konsekwencji czego miałam poczucie winy i rezygnowałam ze swoich planów. Wciąż słyszałam, że wolę iść z kimś innym niż z rodziną, a przecież rodzina jest najważniejsza. To fakt, ale przecież miałam prawo do własnego życia i oni też powinni byli to respektować. Mama zawsze decydowała za wszystkich: "Ma być tak i koniec". Z jednej strony to zrozumiałe - byłam na utrzymaniu rodziców, więc powinnam się im podporządkować. Wciąż byłam od nich uzależniona - dawali mi pieniądze i tak dalej - jednak z drugiej strony miałam przecież prawo do decydowania o sobie, stawałam się dorosła. Wciąż słyszałam, że oni są najważniejsi. Często sugerowano mi, że nie mam prawa głosu, bo jeszcze nic w życiu nie osiągnęłam i jestem nikim. Kiedy to słyszałam, czułam się tak, jakby nic mi nie było wolno. Bardzo często, gdy zrobiłam coś złego i ktoś przeze mnie cierpiał, wracałam do pokoju, zamykałam się tam i płakałam. Płakałam nad sobą, nad tym, że jestem taka podła i nic nie mogę na to poradzić, że dostaję tyle dobrego, a tak się odwdzięczam - złem za dobro. Nie raz krzyczałam na swojego starszego brata, mówiłam, że go nienawidzę za to, co robi, wracałam do pokoju i wylewałam łzy z tego powodu. Strasznie źle się z tym czułam, nienawidziłam siebie za to, bo kochałam moją rodzinę i nie chciałam taka być, ale kiedy byłam z nimi, tak się po prostu działo. Moja rodzina uważała, że ja nie żałuję niczego, że nie mam wyrzutów sumienia. Zawsze myśleli, że mam wszystko gdzieś, a było wręcz przeciwnie. Nic w tym dziwnego, bo właśnie tak się zachowywałam. Często mi wypominano złe rzeczy, które zrobiłam - między innymi kradzież pieniędzy - choć nie wiem po co. Może po to, żeby mi o nich przypomnieć. Tyle że ja o wszystkim pamiętałam i wciąż przeżywałam to na nowo. Może właśnie dlatego, kiedy miałam próbę samobójczą, kiedy wzięłam tabletki, uważali, że zrobiłam to, aby zwrócić na siebie uwagę, wzbudzić sensację, znaleźć się w centrum uwagi. Ale mnie na tym nie zależało. Nie lubiłam być w centrum, nie lubiłam, kiedy o mnie mówiono, wręcz nie znosiłam tego. To, co robiłam, sprawiało jednak, że byłam na świeczniku, chociaż wbrew sobie. Jeśli coś robiłam, to dlatego, że chciałam, a nie po to, żeby ściągnąć uwagę otoczenia. Wśród znajomych byłam kimś zupełnie innym - byłam miłą, wesołą, towarzyską, dobrą, pomocną dziewczyną, dlatego nikt nie mógł sobie wyobrazić, że miałam też drugą twarz.
Gdy w kinie wyświetlany był film "Pasja", poszliśmy na niego. Przeryczałam cały film, nie mogłam patrzeć na wiele scen i wciąż zakrywałam oczy. Odsłaniałam je, bo głos wewnątrz mnie podpowiadał: "Patrz, patrz, jak cierpiał". Nikt nie widział, że przepłakałam film. Może dlatego po seansie usłyszałam, że lubię oglądać takie rzeczy. Te słowa sprawiły, że moje oczy zaszkliły się na nowo. Jakby tego było mało, za wszystko byłam obwiniana. Kiedy kłóciłam się z moim bratem, zawsze wina była moja. Za każdym razem to ja miałam odpuszczać, bo to facet, a wiadomo, jak to z facetami...
Przez mojego brata zostałam również obarczona odpowiedzialnością za chorobę i uśpienie naszego psa. Głównie zajmowaliśmy się nim ja i tata. Niestety, jak byłam w czwartej klasie liceum, pies zachorował. Zaczął mu wyrastać na karku guz. Wycięto mu go, potem jednak odrósł i po raz kolejny został usunięty. Kiedy wyrósł po raz trzeci, został oddany do badania i okazało się, że to mięsak. Mniej więcej od tamtego momentu pies stracił apetyt i w ogóle stał się inny. Nie wychodził już z taką ochotą na spacery. Kiedy pojechaliśmy na narty, zadzwonił do nas pan, który się nim zajmował podczas naszej nieobecności i powiedział, że pies nie chce jeść. Myślałam: "A co tam, nic w tym złego, że nie chce jeść przez dzień albo dwa". Jednak kiedy wróciłam do domu, przeraziłam się, bo przede mną nie stał mój piękny pomarszczony podopieczny z okrągłą główką, tylko... cień psa. Pies anorektyk. Postanowiliśmy następnego dnia go uśpić, żeby już się nie męczył. Przepłakałam całą noc, oczywiście nikt o tym nie wiedział. Następnego dnia po uśpieniu psa już nie płakałam. Mama przyszła do mnie do pokoju zapłakana i powiedziała: "Mieliśmy psa i już nie mamy, a ty co? Nie jest ci przykro? Nie płaczesz?". Odparłam, że jest mi przykro. Jedyne, czego wówczas chciałam, to żeby wyszła z mojego pokoju. Odniosłam wrażenie, że przyszła tylko po to, żeby sprawdzić, czy płaczę. Poszła też do pokoju mojego brata, który nie oszczędził mi uwagi, że to ja wykończyłam psa. Tak, właśnie ja. On się zajmował nim tylko wtedy, kiedy miał ochotę, wychodził z nim na spacery tylko wówczas, gdy akurat chciał, więc śmierć psa była moją winą. Może tylko tak chlapnął, ale ja wzięłam jego słowa do siebie.
Wiele było takich sytuacji, w których moi bliscy dziwili się, że ja czegoś nie przeżywam, nie wiedząc, że jedynie nie daję tego po sobie poznać. Ja po prostu nie robiłam tego przy nich. Z jakiegoś powodu wstydziłam się - może właśnie przez to, co kiedyś usłyszałam: że nie należy pokazywać swoich emocji. Ja je wyłączałam, spychałam do podświadomości złe, przykre sytuacje, które działy się w moim życiu, i zajmowałam się znowu wszystkimi dookoła, pomijając siebie.
Od najmłodszych lat najlepszy kontakt w rodzinie miałam z babcią ze strony mamy. Od dziecka chodziłam do niej i do dziadka średnio raz w tygodniu. To jej mówiłam od małego o wszystkim - no, może nie o wszystkim, tylko o wydarzeniach ogólnych, mniej znaczących: z kim się pokłóciłam albo kto co zrobił. Nie mówiłam o tych poważniejszych sprawach, bo się bałam i wstydziłam. Swoje przewinienia zachowywałam dla siebie, odkładając je na bok, a jej opowiadałam co najwyżej o relacjach z koleżankami, o tym, co wydarzyło się w szkole, ale tylko tak pokrótce, nie zagłębiając się w szczegóły dotyczące bezpośrednio mnie.
Mamie nie mogłam nic powiedzieć. Pamiętałam, jak kiedyś poszłam do niej i chciałam porozmawiać, a usłyszałam, żebym nie zajmowała się pierdołami, tylko poważnymi sprawami. Więcej nie próbowałam się jej zwierzać. Dla niej to były błahostki, a dla mnie poważne sprawy ośmiolatki, dlatego moją powierniczką stała się babcia i to ona wiedziała o wszystkim. Mamie przestałam mówić cokolwiek. Nie odczuwałam już takiej potrzeby, a poza tym wiedziałam, że jeśli z czymś się do niej zwrócę, powie znowu, żebym nie zajmowała się głupotami. Z biegiem lat chyba zaczęła zmieniać podejście, tylko że ja już nauczyłam się nie rozmawiać z nią i nie odczuwałam potrzeby rozmowy, czego ona oczywiście nie rozumiała. Uważała, że karzę ją za te słowa z przeszłości, a jej w ogóle nie o to chodziło. Miałam inne bliskie osoby, z którymi mogłam o wszystkim porozmawiać.