2
Na parterze jednego z bloków właściciel budynku wygospodarował kilka lokali usługowych. Gdy Aleksander wyjechał z terenu osiedla, przepuścił dostawczaka, który zaparkował przed pizzerią. Wjechał pod górkę, obserwując budzące się do życia miasto. W Tomaszowie Mazowieckim mieszkał od urodzenia, ale na kilkanaście lat wyjechał do Warszawy. Najpierw studiował, a później pracował w stolicy. Do rodzinnego miasta wrócił z ulgą. Kiepsko odnajdywał się w tłumie, a w sześćdziesięciotysięcznym Tomaszowie było wszystko, czego potrzebował.
Skręcił w prawo w Mościckiego. Gdy minął budynek sądu, usłyszał dźwięk telefonu. Zdjął rękę z drążka zmiany biegów i niezdarnie usiłował wyciągnąć smartfon z kieszeni spodni. Zaklął pod nosem, wrzucił kierunkowskaz i skręcił w uliczkę przy przeszklonym biurowcu. Udało mu się wyciągnąć komórkę w chwili, kiedy jego samochód uderzył w zderzak srebrnego opla corsy, który wyjeżdżał z miejsca parkingowego.
Zaciągnął ręczny.
Obserwował, jak z samochodu wysiada kobieta. Zanim jednak dostrzegł jej twarz, zobaczył burzę rudych włosów. Była po trzydziestce, drobnej budowy, ale Aleksander był przekonany, że regularnie biega albo ćwiczy. Miała na sobie koszulkę z logo Nirvany i dżinsowe szorty odsłaniające umięśnione uda.
- Pogrzało cię?! - krzyknęła. - Ślepy jesteś?
Zamojski otworzył drzwi, przygotowując się na trudną rozmowę z rozwścieczoną kobietą. Powoli wysiadł z samochodu, ale zanim zdążył się wyprostować, ona była już przy nim.
- Rozwaliłeś mi zderzak!
- Przepraszam. Zagapiłem się.
- Zagapiłem się? - warknęła i otworzyła usta, jakby chciała coś dodać, lecz umilkła. Patrzyła na niego dłuższą chwilę, po czym powiedziała: - Znam cię.
- Skąd?
- Jesteś tym detektywem.
- Co znaczy "tym"?
Wzruszyła ramionami, ale jej nastawienie się zmieniło.
- Nie mam teraz czasu - rzuciła. - Zapisz mój numer i się rozliczymy za naprawę.
- Jasne. - Aleksander wyjął telefon i wpisał ciąg cyfr, który mu podyktowała. - Znam dobrego mechanika. Wyślę ci póżniej jego adres i przedzwonię do niego, żeby naprawił na mój koszt.
Ale ona już nie słuchała. Patrzyła na uszkodzony zderzak, szacując straty. Najwyraźniej doszła do wniosku, że nic wielkiego się nie stało i samochód nadaje się do jazdy, bo zawróciła do samochodu, usiadła za kierownicą i odjechała, a Aleksander po chwili usłyszał dźwięk klaksonu. Obrócił się i zerknął na czekającą za nim toyotę. Uniósł dłoń w geście przeprosin, wsiadł do wozu i ruszył.
Jego biuro znajdowało się w centrum na ostatnim piętrze kamienicy przy placu Kościuszki. Zatrzymał się na parkingu przed budynkiem i powiódł wzrokiem po wybetonowanym kawałku ziemi. Rewitalizacja centralnego placu w mieście nie wszystkim mieszkańcom się spodobała. Brakowało drzew, przez co plac skąpany był w słońcu. Latem upał stawał się nie do zniesienia.
Przeszedł na drugą stronę ulicy i wszedł do budynku. Przywitał się z sekretarką Honoratą Morel. Dobiegała sześćdziesiątki i miała krwistoczerwone włosy, od których trudno było oderwać wzrok.
Zamknął się w gabinecie. Miał stąd świetny widok na miasto. Wieczorami siadywał w fotelu i przyglądał się pustoszejącym ulicom i nielicznym mieszkańcom, którzy powoli przygotowywali się na nadchodzącą noc. Nigdy nie spieszyło mu się do domu. Nie miał do kogo wracać i nikt na niego nie czekał. Miał czterdzieści lat, a sensem jego życia była praca. Kiedy odszedł ze służby w policji, nie miał wielkich planów. Chciał odpocząć, a później założyć małą firmę. Zastanawiał się nad sklepem z militariami. Na tym się znał. Ale wtedy pojawił się Jędrzej Litwin, który potrzebował kogoś do pomocy, aby zrealizować zlecenie dla jednego z ważnych polityków. Zadanie było tajne, a Aleksandra polecił jakiś wspólny znajomy. Zamojski do dziś nie dowiedział się kto, ale był tej osobie wdzięczny. To wspólne zlecenie sprawiło, że postanowił założyć agencję. Chciał robić coś, w czym był dobry, a praca w policji nie spełniała jego oczekiwań. Nie umiał się podporządkować. Chadzał własnymi ścieżkami i stosował metody, które jego przełożeni uważali za niedopuszczalne. Odszedł, by pracować na własnych warunkach. Został detektywem i wiedział, że jest dobry w swoim fachu.
Rozległo się pukanie do drzwi.
- Proszę! - zawołał.
- Ma pan gościa - oznajmiła Honorata.
Aleksander posłał jej zaskoczone spojrzenie. Nigdy nie zapominał o umówionych spotkaniach.
- Niezapowiedzianego - wyjaśniła.
- Kto to jest?
- Waldemar Ostaszewski.
Zamojski uniósł lekko brwi. Cukierniczy król?
- Nie mam czasu - mruknął. - Przekaż, że powinien najpierw się umówić.
- Nalega.
Zrobiła dziwny ruch głową. Aleksander zrozumiał, że gość najprawdopodobniej stoi obok niej.
- Dobrze. - Westchnął. - Niech będzie. Proszę, zrób nam kawę.
- Zaraz przyniosę - obiecała i zwróciła się do kogoś, kto stał za drzwiami: - Może pan wejść. Śmiało.
Waldemar Ostaszewski sprawiał wrażenie onieśmielonego.
- Dzień dobry - przywitał się.
Aleksander podał mu dłoń i wskazał miejsce po drugiej stronie biurka. Poczekał, aż gość usiądzie, a potem sam opadł na fotel. Złożył dłonie, stykając je czubkami palców. Ostaszewski przez długą chwilę milczał, wpatrzony w widok rozpościerający się za plecami Zamojskiego. Zastanawiał się, w jaki sposób rozpocząć rozmowę. Zanim przyszedł do agencji, godzinami rozmyślał, jak to rozegrać. Teraz miał w głowie tylko pustkę.
- Wie pan, kim jestem, prawda? - zapytał.
- Cukiernikiem.
Ostaszewski uśmiechnął się przyjaźnie.
- Tak. - Pokiwał głową. - Ma pan rację.
- Ludzie mówią, że jest pan królem tomaszowskich cukierni - dodał Zamojski.
- Ludzie mówią różne rzeczy, często niezgodnych z prawdą - odparł Ostaszewski. - Pierwszą cukiernię założyłem dwadzieścia lat temu. Wie pan, co wtedy mówili?
Zamojski domyślał się, do czego zmierza gość, lecz z grzeczności rozłożył ręce i pozwolił mu dokończyć myśl.
- Powtarzali, żebym zajął się normalną pracą - ciągnął Ostaszewski. - Cukiernia? Przecież było ich kilka w mieście, kto niby potrzebował kolejnej. I wie pan co? Niedawno otworzyliśmy trzeci lokal w Warszawie. W całym województwie mamy ich kilkanaście. Gdybym wierzył w to, co dwadzieścia lat temu wygadywali ludzie, nie doszedłbym do miejsca, w którym jestem.
- Chce pan powiedzieć, że jest pan szczęśliwy? - zapytał Zamojski.
Gość posmutniał. Wielu ludzi po sześćdziesiątce wciąż zachowuje młodzieńczą energię i pasję, lecz mężczyzna siedzący przy biurku wyglądał na zmęczonego życiem. Sukces zawodowy nie był dla niego miarą szczęścia.
- Dlaczego otworzył pan agencję detektywistyczną w Tomaszowie? - zapytał. - Mógłby pan pracować gdziekolwiek indziej.
- To moje rodzinne miasto - odparł Zamojski.
- Pańscy klienci to szychy z kupą forsy - zauważył przedsiębiorca. - Nie prościej byłoby w Warszawie?
- Moi klienci mają tak grube portfele, że jeśli zechcą, mogą przylecieć do mnie własnym helikopterem. - Detektyw się zaśmiał.
Ostaszewski wiedział, że to kłamstwo, ale się uśmiechnął. Sprawiał wrażenie opanowanego, ale zdradzały go drobne gesty. Dłonie mu drżały i nerwowo oblizywał wargi.
- Chciałbym, żeby zajął się pan sprawą mojej córki - oznajmił.
Aleksander nie był zaskoczony. Spodziewał się takiej prośby, choć w głębi ducha się dziwił, że Ostaszewski przyszedł do niego dopiero teraz.
- Ile lat minęło? - zapytał.
- Dwadzieścia cztery - odparł przedsiębiorca.
Wystarczyło kilka sekund, aby wyraz twarzy Waldemara Ostaszewskiego uległ zmianie. Przygarbił się, a jego oddech stał się płytszy. Niektórzy twierdzą, że czas leczy rany, ale w przypadku zranionego i pogrążonego w żałobie ojca upływające lata tylko zaogniły żal i smutek.
Ewa Ostaszewska miała dziewiętnaście lat, kiedy zginęła. Nie każdy rodzic jest w stanie się podnieść po takiej tragedii.
- Muszę odmówić - powiedział Zamojski, pochylając się nad blatem biurka. - Rozumiem, że to bardzo delikatna sprawa, ale mamy natłok śledztw i nie będę w stanie panu pomóc.
- Poczekam - odparł przedsiębiorca. - Dwadzieścia cztery lata czekałem, aż policja znajdzie mordercę Ewy. Wiem, co to cierpliwość.
- Naprawdę... - zaczął detektyw.
- Dobrze zapłacę.
- Nie chodzi o pieniądze - żachnął się Zamojski.
- W takim razie o co? - zapytał jego gość.
Zamojski odchylił się na oparcie fotela. Nie nazwałby siebie empatycznym, ale szanował uczucia innych. Nie chciał urazić ojca, który od lat czekał na sprawiedliwość dla własnego dziecka. Prawda była jednak taka, że śmierć Ewy Ostaszewskiej do dziś wzbudzała ogromne emocje. Dziennikarze, internetowi detektywi czy podcasterzy co jakiś czas wracali do śmierci dziewiętnastolatki, lecz nadal nie było wiadomo, co się stało w trzcinowisku nad Pilicą. Aleksander nie chciał dawać Ostaszewskiemu złudnej nadziei. Nie chciał go oszukiwać ani obiecywać, że znajdzie człowieka, który zabił jego córkę. Uważał tę sprawę z góry za przegraną. A on nie lubił przegrywać.
- Za rok minie dwadzieścia pięć lat - odezwał się Ostaszewski. - Chciałbym... żeby sprawca wreszcie zapłacił za to, co jej zrobił.
- Rozumiem, ale...
- Wiem, co pan myśli. - Przedsiębiorca podniósł głowę i spojrzał na Aleksandra. - Nie jestem głupi. Wiem, że szansa na rozwiązanie tej sprawy jest znikoma, ale przecież zdarzają się takie przypadki, prawda? Archiwum X rozwiązuje podobne zagadki po latach.
- Mają dostęp do lepszych zasobów niż ja - zauważył detektyw.
- Za wszystko zapłacę - zapewnił Ostaszewski. - A za odpowiednią sumę wszystko da się załatwić, mylę się?
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI