Poniedziałek, 20 września 1982 r.
Łuck, kostnica, pracownia badań anatomopatologicznych, 09:25.
Wszędzie królowała zwykła dla tego przybytku zimna, kliniczna czystość i porządek.
Na środku tonącej w półmroku sali wznosiły się trzy metalowe stoły. Na dwóch z nich - jak można było się domyślić - pod szpitalnymi prześcieradłami spoczywały nieruchomo ciała ludzkie. Oświetlone były bezcieniowymi, ogromnymi lampami, takimi samymi, jakie znajdują się w salach operacyjnych.
W sali czuć było formalinę, spirytus do dezynfekcji, chemiczne środki czystości, wilgoć i jeszcze coś nieuchwytnego.
- Będziesz pisał?
- Tak, będzie szybciej.
Dwóch mężczyzn wymieniło między sobą spojrzenia. Obaj mieli jednakowe, szare, pokrytych spranymi plamami fartuchy, bezkształtne czepki i kalosze na nogach.
- Przejdź do sedna sprawy.
Jeden podszedł do stołu pod ścianą, stopniowo, nie spiesząc się, usiadł i tak samo - bez zbędnego pośpiechu - otworzył teczkę leżącą na wierzchu i zaczął ją czytać. Tymczasem drugi nałożył fartuch - wielki, gumowy, podobny do tego, jaki noszą rzeźnicy na rynku.
- Ej, pomożesz choć trochę? - krzyknął odwróciwszy się do drzwi wejściowych.
- Idę! - z korytarza dobiegł przygłuszony głos.
- Idzie! - burknął siedzący za stołem. - Znowu najgorszą robotę wykonają dyplomowani anatomopatolodzy, a ci tylko bąki zbijają...
Przygładziwszy fartuch dłońmi, drugi zdjął tkaninę z jednego z nieboszczyków. Przez kilka sekund patrzył na leżące przed nim ciało. Potem zgniótł prześcieradło i rzucił je pod dostawiany stolik.
- Od noża - powiedział.
Mężczyzna za stołem skinął głową w milczeniu, ciągle jeszcze pogrążony w lekturze.
Sala patologoanatomów znajdowała się w wysokiej suterenie, okna znajdowały się praktycznie na poziomie gruntu. Przez niemyte okna można było zobaczyć, jak przy samej ścianie wiatr igra kwiatami na najbliższym z klombów.
- Więc tak - w końcu przemówił siedzący - Orest Pietrowicz Rewa, mężczyzna, sześćdziesiąt jeden lat, emeryt. Mieszkał w prywatnym, własnym, parterowym domu w mieście Wołodymirze. Wdowiec. Jego jedyne dziecko - dorosła córka, mieszka w Dniepropietrowsku...
- Po co to nam? - obojętnie rzucił człowiek w fartuchu. - Przejdź do meritum.
Kolega spojrzał na niego i przewrócił kartkę.
- Został znaleziony przez sąsiadkę, wczoraj o siedemnastej dziesięć. Właśnie ta sąsiadka, najprawdopodobniej, była ostatnią osobą, która widziała go żywego. Wedle jej słów, około czternastej Rewa wyszedł z domu i poszedł ulicą w stronę najbliższego przystanku autobusowego...
- Mogli zatem ustanowić czas śmierci i bez nas.
- Mogli - zgodził się czytający. - Tak... Nieboszczyka znaleźli w pozycji półsiedzącej, opartego plecami o ścianę w odleglejszym końcu werandy, przy drzwiach wiodących do pokoju. Oczy miał zamknięte. W klatce piersiowej, z przodu, nieco na lewo od mostka, znajdował się otwór, w który wetknięto ostrze załączonego noża. Dookoła widać było obfite strugi ciemnoczerwonej barwy. Złamań nie odkryto. Uszkodzeń rąk i nóg także. Stężenie pośmiertne objęło już mięśnie szyi i klatki piersiowej. W chwili oględzin... - Patologoanatom zatrzymał się i spojrzał na pierwszą stronę protokołu. - A oględziny przeprowadzono o dziewiętnastej piętnaście...
- Jasne...
- Sam wiesz. - Czytający wzruszył ramionami. - Plamy opadowe zaobserwowano tam, gdzie powinny być - u nieboszczyka znajdującego się w pozycji półsiedzącej. Bladły podczas nacisku i odtwarzały zabarwienie po piętnastu/dwudziestu sekundach. Temperatura w pomieszczeniu w chwili oględzin wynosiła dwadzieścia jeden stopni...
- Dobrze, dobrze - powtórzył niecierpliwie drugi. - Wszystko?
- Wszystko. Pisać, czy czekamy na sanitariuszy?
- Doczekasz się ich - warknął, ale bez złości, mężczyzna w fartuchu. - Zaczynajmy, bo noc nas tu zastanie. Spis odzieży?
- Tak, protokół jest już zaczęty. Choć to oni go zaczęli.
Patologoanatom skinął głową, wyciągnął z kieszeni fartucha okulary i włożył je na nos. Potem pochylił się nad trupem i, jakby starając się go wywąchać, zaczął oglądać skórę, z góry w dół, od twarzy po palce stóp.
- No cóż, pisz... - powiedział w końcu. - Nieboszczyk płci męskiej, prawidłowej budowy ciała, szczupły, długość ciała... - Wziął ze stołu krawiecką miarę i przeprowadził pomiar. - ...sto siedemdziesiąt dwa centymetry. Z wyglądu - sześćdziesiąt do sześćdziesięciu pięciu lat. Powierzchnia skóry - poza obszarem pokrytym wybroczynami pośmiertnymi - barwy szaro-żółtej, zimna w dotyku. Plamy opadowe w obrębie potylicy... - wymawiał standardowe zdania obojętnym głosem, szybko, bez zastanowienia. - ...Pod naciskiem palców plamy opadowe nie blakną. Brak oznak stężenia pośmiertnego praktycznie wszystkich grup mięśni. Głowa ma kształt owalny, owłosienie głowy jest siwe, długość włosów na czole - do dwóch centymetrów. Twarz blada, powieki opuchnięte. Gałki oczne elastyczne, obserwuje się nieznaczną enoftalmię, źrenice...
Do sali bezszelestnie wszedł sanitariusz. Ubrany był tak samo jak patomorfolodzy, tylko bez czapki, a jego ciemne włosy, zlepione w kłaki, sterczały we wszystkich kierunkach. Jego twarz wyrażała senność.
- Co mam zrobić? - spytał przepraszającym tonem.
- Teraz to już poczekaj. - Mężczyzna za stołem oderwał się od protokołu, spojrzał na przybysza i z wyrzutem pokiwał głową.
Ten rozłożył ręce.
- ...Na skórze szyi nie ma uszkodzeń -kontynuował tymczasem patolog. - Klatka piersiowa o budowie cylindrycznej, brzuch powyżej poziomu żeber. W miejscu połączenia na piersi dziewiątego i dziesiątego żebra, po lewej widoczna jest rana o długości około trzech centymetrów... - Wziął cienką, metalową linijkę, a właściwie nie tyle linijkę, co pręt z nacięciami i włożył go do rany. - ...i o głębokości dwunastu centymetrów, idąca z góry w dół, z prawej w lewo... Płaszczyzna skóry otaczającej ranę, pokryta jest suchym nalotem o barwie czerwono-brunatnym... - Lekarz przechylił się przez ciało, po kolei podniósł ręce nieboszczyka i obejrzał je - od pach do końców palców. Później nie mniej starannie obejrzał nogi. - Paznokcie sinieją, są czyste. Na prawym udzie, z przodu, widać dwie stare blizny - zaczynają się o trzy i jedenaście centymetrów od górnej części stawu kolanowego. Bliższa z blizn ma długość trzech i szerokość jednego centymetra. Druga, odpowiednio, cztery i jeden centymetr. Blizny są blade, bez widocznych oznak nieprawidłowości.
- Pozostałości po wojnie? - zaproponował mężczyzna, piszący protokół. - Rany po kulach?
- Tak wyglądają - skinął głową mężczyzna w fartuchu.
Wtedy jego wzrok zatrzymał się na stopie leżącego ciała. Przez jakiś czas lekarz po prostu patrzył na jej podbicie. Potem schylił się nad nogą, prawie dotykając jej nosem.
- Co to takiego?
- Co? - warknął piszący protokół.
- Spójrz...
Chwilę później obaj patolodzy nieruchomo stali nad nieboszczykiem. Sanitariusz wyciągnął szyję, próbując dostrzec to, co ich tak zainteresowało.
- Może to jakaś wada wrodzona?
- Nie rozśmieszaj mnie! Wygląda jak odbicie. Jakby coś naciskało na skórę, a potem, po powstrzymaniu obiegu krwi...
Na stopie znajdowało się okrągłe białe piętno/plama.
- Tak, tak, to chyba odcisk jakiegoś przedmiotu - zgodził się jego kolega, wyprostowując się i odwracając do sanitariusza. - To ty go rozbierałeś?
- Tak - ten odpowiedział niepewnie.
- Było coś w odzieży?
- Nie - sanitariusz odmownie pokręcił głową. - Milicja wszystko zarekwirowała podczas wstępnych oględzin.
- A w obuwiu? - nalegał anatomopatolog.
- Nie było niczego! - zdecydowanie uciął chłopak.
- Wiesz co, przynieś tu jego ubranie...!
Za oknem ktoś podszedł do klombu i zaczął zrywać kwiaty. Wrony na pobliskim drzewie podniosły wrzask. Sanitariusz spojrzał za okno i szybko wyszedł.
- A może jest coś pod skórą?
- Trzeba by to sfotografować...
Sanitariusz powrócił z naręczem odzieży.
- Butów nie było - uprzedził od progu. - Przywieźli go w samych skarpetkach.
- O, są skarpetki.
Jeden z lekarzy zaczął przeszukiwać rzeczy. Szybko wyłowił z góry ubrań dwie grube, wełniane skarpetki, wyraźnie ręcznej roboty.
- Coś tu jest - rzekł ze zdziwieniem, obmacując je.
Potem wywrócił skarpetkę na lewą stronę i wypadł z niej świecący się, żółty krążek. Rzucając wiele jaskrawych błysków na ściany i sufit, potoczył się z głośnym brzękiem i podskakiwał po powierzchni dostawionego stoliczka. Patolog go złapał. Uważnie obejrzał i oddał koledze.
Spojrzeli na siebie w całkowitym milczeniu.
- Nieboszczyka przywieźli nad ranem - usprawiedliwiał się sanitariusz. - Byłem śpiący, chciałem...
Nie słuchając go, lekarze patrzyli na siebie. Jakby pomyśleli o tym samym, jednocześnie spojrzeli na sanitariusza i natychmiast odwrócili spojrzenia od niego.
- Przynieś aparat fotograficzny - spokojnie rozkazał piszący protokół.
Sanitariusz wyszedł. Mężczyźni w milczeniu czekali, póki nie zniknie w ciemnościach korytarza.
- Złoto - powiedział jeden prawie bezdźwięcznie. - Warte z pół tysiaka. A może nawet z tysiak.
Zapanowała cisza. Zegar na ścianie głośno odliczał sekundy.
- Jeśli nawet nie doniesie - zauważył jego kolega - to na pewno kiedyś się wygada...
Patolog w fartuchu zerknął w stronę korytarza.
- Doniesie - ledwie słyszalnie szepnął. - Wiesz przecież, dokąd biega z donosami. A tu taka okazja się wykazać!
Drugi skinął głową.
- I nacjonalizmem zajeżdża. Zabity, jak się zdaje, wpakował się w niezłe tarapaty. Bez KGB się nie obejdzie. A Komitet będzie kopał tak, jak trzeba, nic nie przepuszczą...
Przyglądali się monecie - dziwnej, niesamowitej, niewiarygodnej, mimo całej jej - jakby się wydawało - zwyczajności. Mogłaby pochodzić z innych czasów, gdyby - bez żadnych wątpliwości - nie była nowiutka, współczesna. Mogłaby przywędrować zza siedmiu mórz, gdyby nie była jawnie tutejszą. Tajemnicza i niezrozumiała, budziła w patologach uczucie trwogi i niepokoju, jakby skrywała w sobie niebezpieczeństwo...
Lekarze z zamyślenia wybudziły kroki w korytarzu.
- Ciekawy rezultat mikrokrążenia - głośno powiedział jeden.
W Sali pojawił się sanitariusz. Przyniósł zwykłą Smienę 8M, co prawda z lampą błyskową.
- Myślę, że trzeba będzie wystąpić z komunikatem na posiedzeniu Towarzystwa - kontynuował lekarz.
Drugi poprawił fartuch.
- Trzymajmy się procedury. - powiedział i odwrócił się do sanitariusza. - Sfotografuj wszystko. Potem od razu zadzwonisz do prokuratury.
W całkowitym milczeniu wszyscy wrócili na swoje miejsca.