Rozdział 9
Dla ciebie
Następnego dnia, po zjedzeniu milanesy z guanako przygotowanej przez Dolores, wszystkim zaczęły kleić się powieki. Wiatr wzmógł się na tyle, że Carlucho postanowił odwołać zaplanowaną na popołudnie naprawę wiatraka, który znajdował się w połowie drogi między domem a Cabo Blanco.
- Ale możemy wykorzystać czas na uporządkowanie zagraconego garażu - zaproponował.
- Kochanie - zwróciła się Valeria do Pabla - jeśli kiedykolwiek stracisz pracę, nie módl się do świętego Kajetana, tylko do mojego ojca. To prawdziwy patron bezrobotnych.
Roześmiałem się. Miała rację. Carlucho "Święty Kajetan" Nievas zawsze znajdował nam jakieś zajęcie - malowanie ścian, naprawianie płotów, kąpanie owiec. Ale w zamian zawsze czekały na nas pieczony baran i wino.
- Na mnie i Pabla nie licz, tato. Idziemy się zdrzemnąć.
- Na mnie też nie - powiedziała Dolores, całując męża w policzek, i zniknęła w swojej sypialni.
Mnie też kusiła drzemka, ale znałem Carlucha. Jeśli coś sobie postanowił, to zawsze działał z czyjąś pomocą lub bez. Nie mogłem pozwolić, żeby sam dźwigał te wszystkie graty.
- Pomogę ci - powiedziałem i poszliśmy do garażu.
Weszliśmy do pomieszczenia przez drzwi prowadzące z jadalni i od razu poczułem chłodne powietrze na twarzy. Wewnątrz było ciemno, a wiatr gwizdał przez szpary w blaszanych ścianach. Odsunąłem zasłonę na jedynym oknie, wpuszczając trochę światła, choć warstwa brudu na szybie skutecznie je tłumiła.
- Zaczniemy od tego - powiedział Carlucho, wskazując na dwa duże regały na ścianie, które uginały się pod ciężarem setek czasopism.
Sięgnąłem po jedno z nich. Na okładce widniała kobieta o rysach przypominających Marilyn Monroe, ale z ciemnymi włosami. Uśmiechała się nieobecnym wzrokiem, trzymając w dłoni bukiet białych kwiatów. Poniżej sześć grubych czerwonych liter układało się w napis: Para Ti. W środku znajdowały się przepisy kulinarne, wzory dziewiarskie i artykuły o modzie. Egzemplarz pochodził z 1943 roku i, sądząc po grubej warstwie kurzu, którym był pokryty, nikt nie dotykał go od dekad.
- Nie wiem, czy kupiła je moja babcia, czy może poprzedni właściciele gospodarstwa, ale leżą tu od zawsze - mruknął Carlucho. - I gdyby to ode mnie zależało, nigdy bym ich nie ruszał. Ale Dolores upiera się, że to idealne miejsce na jej zapasy żywności.
- A co zrobimy z tymi gazetami?
- Wrzucimy je do tych pudeł. Tam nie będą nikomu przeszkadzać.
Wskazał na trzy kartonowe pudła wielkości telewizora, ustawione w kącie garażu. Spojrzałem na nie i natychmiast poczułem znajome ukłucie w żołądku. Spośród setek półek i zakamarków Carlucho wybrał akurat to miejsce, które budziło we mnie najgorsze wspomnienia.
Zaskoczyło mnie, że minęły już dwa lata, odkąd ten zakurzony kąt stał się tak istotnym fragmentem mojego życia i rok, od kiedy wręcz nie mogłem patrzeć na niego bez wściekłości.
Potrząsnąłem głową, by odpędzić natrętne myśli i wrzuciłem magazyn do jednego z pustych kartonów.
- Wiesz, ile razy próbowałem się tego pozbyć? - mruknął Carlucho. - Ale Dolores zawsze mówiła, że kiedyś do nich zajrzy. Mijały lata, a ona nie przeczytała ani jednej strony.
"Strony, których nikt już nie czyta ani nie pamięta" - przeszło mi nagle przez myśl. Sięgnąłem po kolejny egzemplarz, kartkując go bez większego zainteresowania. A nuż szczęście uśmiechnie się do mnie i w środku znajdę list NN?
- Co ty, nagle chcesz nauczyć się robić na drutach? A może szukasz przepisu na konfiturę?
- Po prostu osiągnąłem wiek, w którym coś dobrego mi się należy - zaśpiewałem piskliwym głosem.
- To, na co zasługujesz, to porządny kopniak w tyłek. Co tam kombinujesz?
Miałem ochotę powiedzieć mu prawdę, ale gdybym to zrobił, musiałbym wspomnieć też o zagadkowym liście, a znając Carlucha, Dolores i Valeria dowiedziałyby się o wszystkim w kilka godzin. To zaś oznaczało, że prędzej czy później prawdę poznałby też Pablo i zanim lato dobiegłoby końca, setki mieszkańców Puerto Deseado przekazywałyby sobie tę wiadomość, obiecując dochować tajemnicy. Tutaj, jak w każdym miasteczku, dyskrecja nie oznaczała milczenia, lecz wymuszanie dochowania tajemnicy na słuchającym.
- Nic - skłamałem i odłożyłem magazyn, obiecując sobie w duchu, że przy pierwszej okazji przejrzę je wszystkie.
Podczas pakowania kolejnych pudeł nie mogłem przestać myśleć o NN. Jak udało mu się zostawić list w moim pokoju? Jeśli pisał prawdę, wrócił do Las Maras piętnaście lat po popełnieniu zbrodni, by pozostawić swoje wyznanie.
I dlaczego umieścił je pod komodą, gdzie nikt nie miał go znaleźć?
Szybko doszedłem do wniosku, że powrót do Las Maras musiał być dziecinnie prosty. Carlucho nigdy nie przestał wynajmować pokoi w posiadłości, a po zaginięciu Fabiany Orquery po prostu przeniósł gości do kamiennego domku, który widziałem z okna swojej sypialni.
- Myślisz, że można by to sprzedać w Internecie? - zapytał Carlucho, gdy kartony były już wypełnione po brzegi, a na regałach nie została ani jedna gazeta.
- Sprzedać? Nawet o tym nie myśl.
Carlucho omiótł wzrokiem zagracony garaż.
- Spójrz na ten bałagan - westchnął. - Od lat żaden samochód tu nie wjeżdżał, a teraz ledwo da się przejść. Połowa tych rzeczy nawet nie należy do mnie ani do mojego ojca. Leżą tu od nie wiadomo kiedy.
- A po co ci garaż? Masz problemy z parkowaniem? Boisz się, że Cholo Freile zajmie ci miejsce?
Mężczyzna parsknął śmiechem. Cholo Freile był właścicielem gospodarstwa sąsiadującego z Las Maras, a jego dom znajdował się piętnaście kilometrów stąd.
- Serio, po co trzymać rzeczy, które tylko się kurzą? Przez ostatnie lata korzystałem zaledwie z kilku przedmiotów z całego tego garażu.
Podszedł do starej, drewnianej szafy i otworzył ją na oścież.
- Sprzęt wędkarski i skrzynka z narzędziami, bo zawsze jest coś do naprawy - powiedział, stukając w metalowe pudełko, które tyle razy mu przynosiłem. - Tego używam najczęściej. A, no i Rupestre od czasu do czasu. Mam nadzieję, że w tym tygodniu uda mi się wybrać na polowanie.
Rupestre był pierwszą bronią palną, jaką kiedykolwiek trzymałem w rękach. To był karabin Máuser 1909 Modelo Argentino, na którego kolbie Carlucho kazał wygrawerować dwie sceny prehistorycznego polowania. Po jednej stronie mężczyzna z włócznią ścigał guanako, a po drugiej ten sam myśliwy biegł za nandu i jego pisklętami.
Odkąd pamiętam, Carlucho przechowywał Rupestre w tej starej szafie - zawsze rozładowanego. Amunicję trzymał w miejscu, które znali tylko Dolores i moi rodzice.
- Cała reszta to tylko kurz i niepotrzebne graty - westchnął, zamykając drzwi i odwracając się do mnie.
- Jeśli myślisz o sprzedaży czegokolwiek stąd, to zrozum jedno - te rzeczy dawno przestały być tylko stare. Z wiekiem stały się vintage.
- A co to właściwie oznacza?
- Że możesz zażądać za nie znacznie więcej.
Roześmialiśmy się.
- Ale serio - powiedziałem - gdybyś kiedykolwiek chciał się czegoś pozbyć, daj mi znać jako pierwszemu. Tam, gdzie ty widzisz kurz, ja widzę małe skarby czekające na odkrycie.
- Tylko nie udawaj poety, bo i tak nic ci nie dam za darmo.
- Nie chcę prezentów. Mówię poważnie. Pamiętasz tę pocztówkę z lat dwudziestych, którą znaleźliśmy w starym wydaniu "Martína Fierro"?
- Oczywiście. Tę z pasażerami wysiadającymi na brzegu rzeki. Ktoś wysłał ją z Deseado do Rosario, ale jakoś trafiła tutaj. Wciąż ją masz?
- Oczywiście, to prawdziwa perełka. Oprawiłem ją i wisi u mnie w domu.
- To było prawdziwe znalezisko.
- I właśnie o to mi chodzi - powiedziałem z entuzjazmem. - Niektóre zwykłe przedmioty mogą skrywać niezwykłe historie.
"Albo tajemnice" - pomyślałem, przypominając sobie list NN.
- Od zawsze miałeś słabość do takich rzeczy...
- Vintage.
- Właśnie. Nigdy nie zapomnę twojej miny, gdy pozwoliłem ci zatrzymać tę pocztówkę. Albo dnia, kiedy odkryłeś monetę na solnisku w Cabo Blanco.
- Tej akurat nie wziąłem.
- Pewnie leży gdzieś w tym kolekcjonerskim raju.
Carlucho roześmiał się, rozejrzał po garażu i potarł dłonie.
- Chodźmy do kuchni. Zaparzę mate.
Odwrócił się i ruszył w stronę drzwi.
- Carlucho.
- Tak?
- Myślałem o dniu, w którym zniknęła Fabiana Orquera. Ten pracownik nic nie widział?
- Nadal o tym myślisz?
- Już ci mówiłem, że chciałbym kiedyś napisać o jej zaginięciu do "El Orden". Jesteś pewien, że nic nie zauważył? - nalegałem. - Ci ludzie zawsze wszystko wiedzą.
- Pytałem go tysiąc razy. Nikogo nie widział. To dziwne, bo tamtego dnia pracował na zachodnich pastwiskach, niedaleko drogi. Powinien zauważyć każdy samochód jadący z Deseado.
- A jeśli kłamał? Może go przekupiono?
- Niemożliwe. Zanim zaczął u mnie pracować, Alcides Mu?oz przez piętnaście lat pracował u mojego wuja Lita Był dla mnie jak rodzina.
- A jeśli ktoś go zastraszył?
- Co ty? - Carlucho parsknął śmiechem. - Ten facet był jeszcze bardziej narwany niż ty. Za nic nie odpuszczał. Wystarczyło jedno krzywe spojrzenie, a sięgał po nóż - i sprawa była załatwiona.
- Może nie jemu, tylko komuś z jego rodziny?
- Rodziny? Ani mój wuj, ani ja nigdy nie poznaliśmy nikogo z jego krewnych. Żył samotnie, bez żony, bez dzieci. Zresztą od lat mieszka w domu starców w Deseado, i z tego, co wiem, nikt go tam nie odwiedza.
W jego głosie zabrzmiała lekka nuta poczucia winy. Carlucho prawdopodobnie nie odwiedzał Mu?oza od dłuższego czasu, co widocznie ciążyło mu na sumieniu. Uznałem, że lepiej będzie przekierować rozmowę na inne tory.
- A Caba?a już wtedy istniała?
- Tak, ale stała pusta.
Pomimo solidnej kamiennej konstrukcji, wszyscy nazywaliśmy ten budynek zdrobniale: "Caba?a", czyli Chatka. Był to niewielki domek z jednym pokojem, łazienką i maleńką kuchnią, wzniesiony dla dodatkowego pracownika sezonowego niemal sto lat temu, w czasach, gdy gospodarstwo przeżywało swój złoty okres. Była trzecią i ostatnią zamieszkaną budowlą na ogromnej przestrzeni dwudziestu tysięcy hektarów, jakie obejmowało Las Maras.
- Zaczęliśmy ją remontować latem osiemdziesiątego czwartego. Twój ojciec bardzo mi wtedy pomógł.
- Czyli rok po zniknięciu Fabiany Orquery - zauważyłem.
Carlucho ciężko osunął się na jedno z pudeł wypełnionych czasopismami.
- Niedługo po incydencie z tą dziewczyną i Báezem zrozumiałem, że jeśli nadal chcę wynajmować pokoje na weekendy, muszę znaleźć inne miejsce. Dolores kategorycznie sprzeciwiała się wpuszczaniu nieznajomych do naszego domu.
- Nic dziwnego.
Carlucho dyskretnie zerknął przez ramię, upewniając się, że nikt nas nie słyszy.
- Ale kiedy wynajmuję Caba?ę, a nas nie ma, mówię gościom o tronquito.
Tronquito to kawałek skamieniałego drewna z okolic Jaramillo, niewiele większy od butelki piwa. Leżał za domem, dokładnie pod oknem, przez które Báez ostatni raz widział Fabianę Orquerę. Pod tym niby-zwykłym kamieniem ukryty był zapasowy klucz do kuchni.
- Informuję ich, że mogą go używać tylko w nagłych przypadkach. Jeśli skończy im się jedzenie albo...
Carlucho mówił dalej, ale ja przestałem słuchać. To, co mi właśnie powiedział, wyjaśniałoby, w jaki sposób NN zdołał zostawić list w domu prawie szesnaście lat po zabiciu Fabiany Orquery. Nie musiał wyważać drzwi ani wybijać szyby, jak Báez, gdy postanowił powiesić się w spiżarni. NN wszedł drzwiami, używając klucza, którego miejsce przechowywania wskazał mu sam Carlucho. To takie proste! Wystarczyło wynająć Caba?ę w czasie, gdy Nievasowie byli poza posiadłością. Nawet w dzień roboczy.
- Czy ty w ogóle mnie słuchasz?
- Oczywiście - ocknąłem się. - Mówiłeś, że zawsze informujesz gości, gdzie jest zapasowy klucz.
- Tak, ale wyraźnie zaznaczam, że mają go używać tylko w nagłych przypadkach.
- A masz jakieś rejestry wynajmujących dom?
- Z czasów Fabiany Orquery i Báeza? Nie. Już ci mówiłem, że ludzie przyjeżdżali tu, licząc na dyskrecję.
- A z późniejszego okresu?
- Nigdy nie prowadziłem rejestru. Jest księga gości chaty, ale w niej wpisuje się tylko ten, kto chce. Ci, którzy przyjeżdżają na skok w bok, raczej nie zostawiają po sobie śladu.
"A co dopiero ktoś, kto zamierza przyznać się do morderstwa..." - pomyślałem. I wtedy mnie olśniło. Jakie strony są jednocześnie najbardziej widoczne i najbardziej zapomniane, jeśli nie te w księdze gości?
- Caba?a jest teraz zajęta, prawda? Wczoraj, gdy przyjechałem, widziałem zaparkowanego pod drzwiami czerwonego Polo.
- Tak. Pamiętasz tę Hiszpankę, która była tu w zeszłym roku?
- Nie mów, że ta matrona znowu się tu kręci - powiedziałem, demonstracyjnie chwytając się za głowę.
- Tak. Przyjechała kolejny raz. Nadal pisze swoją książkę o Cabo Blanco i pomaga nam odnawiać dom strażnika linii telegraficznej.
- Czy przypadkiem nie pisała pracy naukowej?
- Książka i praca naukowa to w zasadzie to samo. Ważne, że tutaj jest.
- Co za kobieta, na Boga.
- Przepraszam, jeśli zabrzmię jak moja żona, ale ta "kobieta" mogłaby być twoją matką.
Wzruszyłem ramionami i uśmiechnąłem się.
- Na jak długo zostaje?
- Jeszcze miesiąc.
- Cóż, bardzo mi przykro, ale chyba będę musiał ją trochę pomęczyć - powiedziałem do Carlucha z łobuzerskim uśmiechem. - Nie mogę czekać tyle czasu, żeby zajrzeć do księgi gości.