Trylogia z Patagonii - Cristian Perfumo

Kup ebooka

69.90 zł
59.42 zł (48,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 5

Miejsce zbrodni

Minutę później wszyscy zebraliśmy się w kuchni.

- Báez twierdził, że tamtej niedzieli on i Fabiana Orquera wstali, zjedli śniadanie i poszli na spacer po okolicy.

- Nie mówię, że kłamał - wtrąciła Dolores, szykując się do mycia naczyń. - Ale przy takim wietrze, jaki wtedy szalał w Deseado, jakoś trudno mi w to uwierzyć.

Carlucho wzruszył ramionami, jakby nie miał siły powtarzać tej samej historii.

- Zgodnie z jego wersją, której prawdziwości nikt dziś nie potwierdzi, wrócili ze spaceru, a on poszedł po mięso, które robotnik zostawił im w rzeźni.

- Rzeźnia to mała szopa, gdzie zarzyna się owce i sezonuje mięso, żeby skruszało - wyjaśniła Valeria, uprzedzając pytanie Pabla.

- Teraz tego nie zobaczycie, ale tamto okno wychodzi na kamienistą ścieżkę - powiedział Carlucho, wskazując szybę, w której odbijały się nasze twarze. - Wzdłuż ścieżki ciągnie się rząd tamaryszków na długości około trzydziestu metrów. Gdy miniesz te drzewa i skręcisz w prawo, po przejściu kolejnych dwudziestu metrów dojdziesz do domu parobka.

- A za nim znajduje się rzeźnia - dodała Valeria.

Carlucho skinął głową i kontynuował:

- Báez twierdził, że zanim wszedł między tamaryszki, odwrócił się i posłał Fabianie całusa. Stała tutaj, przy oknie, przygotowując coś do jedzenia. Kiedy wszedł między drzewa, poczuł silne uderzenie w głowę i stracił przytomność. Gdy się ocknął, był już tutaj, w spiżarni.

- Tak przynajmniej twierdził - dodała Dolores, nie odwracając się od zlewu.

- Tak twierdził - powtórzył Carlucho, otwierając drewniane drzwi.

Zapalił światło i wskazał mały pokój, w którym mieściły się tylko dwa łóżka. Na posłaniach leżały ręcznie tkane wełniane koce, pod którymi spałem podczas wakacji. To było zdecydowanie najzimniejsze pomieszczenie w całym domu. Z czasów, gdy pełniło funkcję spiżarni, zachowały się tylko drewniane półki na dwóch ścianach i rdzewiejące żelazne haki zwisające z sufitu.

- Od tego momentu jego relacja i zeznania robotnika są identyczne. Báez ocknął się na podłodze.

Gospodarz wskazał palcem podłogę przy wejściu do pomieszczenia.

- A Alcides, robotnik, klepał go po twarzy, próbując ocucić. Gdy Báez doszedł do siebie, pierwsze, co zauważył, to to, że jest cały we krwi, a tuż obok niego leży masywny zakrwawiony nóż.

- Został pchnięty nożem? - zapytał Pablo.

- Nie, nie miał nawet draśnięcia - odparła Dolores z kuchni.

- Krew nie była jego - wyjaśnił Carlucho.

- W takim razie musiała należeć do Fabiany Orquery - zasugerował Pablo. Báez mógł ją zabić, ukryć ciało, a następnie upozorować atak na siebie, mając świadomość, że prędzej czy później parobek go znajdzie. A może był niewinny, a ci, którzy go zaatakowali, zamordowali Fabianę Orquerę i zbroczyli Báeza jej krwią, żeby go obciążyć?

- Ani jedno, ani drugie - odparł Carlucho. - Policja ustaliła później, że nie była to krew Fabiany.

- Czy w tamtych czasach robiono już testy DNA? - zapytał Pablo.

- Nie wiem - powiedział Carlucho - ale w tym przypadku nie były potrzebne. To była krew owcy. Parobek zeznał, że w rzeźni na stole leżało świeżo zarżnięte jagnię. Nie było oskórowane ani wypatroszone - miało tylko głębokie nacięcie na gardle.

- Czy policja znalazła coś jeszcze? - dopytywał Pablo.

- Nic więcej. Przez kilka dni gospodarstwo przypominało scenę z amerykańskiego filmu - wszędzie kręcili się funkcjonariusze, rozciągnięto żółte taśmy, ustawiono sprzęt. Nawet mnie nie wpuszczali. Po tygodniu stwierdzili, że dziewczyna zniknęła bez śladu. Sprowadzili nawet specjalnie wyszkolone psy tropiące, ale te nie podjęły żadnego śladu. Pamiętam tylko, że te biedne zwierzaki ciągle wdawały się w bójki z psami Alcidesa.

- Kiedy dokładnie to się stało, don Carlos? - zapytał Pablo.

- W osiemdziesiątym trzecim.

- W samym środku dyktatury wojskowej - powiedział Pablo.

- Pod jej koniec - poprawiłem go. W październiku były wybory, a to wydarzyło się w marcu.

- Może była jedną z ofiar czystek wojskowych? - zastanawiał się na głos chłopak Valerii.

- Możliwe - wtrąciłem. - W końcu w trakcie rządów wojskowych zaginęło bez śladu około trzydziestu tysięcy osób.

Nagle stanęły mi przed oczami koszmarne opowieści wujka Hernando z czasów dyktatury, kiedy to, w siedemdziesiątym siódmym, spędził trzy miesiące w wojskowym więzieniu. Brat mojej matki miał szczęście - wypuścili go, w przeciwieństwie do jego dziewczyny i dwóch kolegów z uniwersytetu, po których ślad zaginął.

- Zdecydowanie mniej - powiedział Pablo. - Jedni mówią o trzydziestu tysiącach, inni o siedmiu.

- Wybacz, ale dla mnie ci, którzy mówią o siedmiu tysiącach, to faszyści - rzuciłem bez zastanowienia.

- Według tej samej logiki, ci, którzy mówią o trzydziestu tysiącach, to lewicowcy, którzy zawsze są przeciwko wszystkiemu - odparł Pablo.

- Okej - wtrąciła Valeria. - Nie przyszliśmy tu rozmawiać o polityce.

- To nie polityka - poprawiłem ją. - To historia jednego z największych ludobójstw w naszym kraju.

- Nie ma znaczenia, jak to nazwiesz, Nahuel - upierała się. - Rozmawiamy o Fabianie Orquerze.

- Myślisz, że mogła być jedną z ofiar czystek wojskowych? - ponowił swoje pytanie Pablo.

- Wątpię - powiedział Carlucho. - Miałem przyjaciela, którego porwali. To, co spotkało tę dziewczynę, zupełnie nie pasuje do ich procedur. Oni zawsze działali według schematu - nocą wpadali do mieszkania, przewracali wszystko do góry nogami, szukając dowodów, zapisków, kontaktów, dokumentów. Czegokolwiek. Tymczasem nikt nie sprawdził mieszkania Fabiany, nikt tu niczego nie szukał, a w domu niczego nie ruszono. I ta owcza krew... nie pasowała do ich modus operandi.

- Poza tym większość zaginięć w czasie dyktatury miała miejsce między rokiem siedemdziesiątym szóstym a siedemdziesiątym ósmym - powiedziałem do Pabla. - Mam w domu kilka książek na ten temat. Jeśli chcesz, mogę ci jedną pożyczyć.

Valeria zmierzyła mnie morderczym spojrzeniem.

- Czy rodzina Fabiany obwiniała pana o jej zaginięcie? - spytał Pablo, udając, że mnie nie słyszał.

- Nie. Fabiana mieszkała tu krótko, nie miała rodziny w Deseado. Pochodziła z Entre Ríos, z przeciwległego końca kraju. Według materiałów procesowych, mimo szeroko zakrojonych poszukiwań, policja nie zdołała odnaleźć tam żadnych jej krewnych.

- I nikt jej nigdy nie szukał?

- Jedyną osobą, która zgłosiła jej zaginięcie, był sam Báez.

- W każdym razie, nie sądzę, żeby w tamtych czasach przywiązywano wagę do zawiadomień o zaginięciu.

Carlucho zaprzeczył ruchem głowy.

- Nawet lata później, kiedy wróciła demokracja i ujawniono listy osób zaginionych, nikt z rodziny nigdy się nie zgłosił, nikt o nią nie pytał. Potwierdził mi to po latach sam prokurator prowadzący tę sprawę - dawno już na emeryturze - gdy przyjechał do mojego warsztatu naprawić samochód.

- Była idealną ofiarą - zauważył Pablo. - Bez rodziny, nowa w mieście, przyjechała z drugiego końca kraju.

Szum wody ustał i w progu pojawiła się Dolores, która wycierała dłonie w kuchenny ręcznik. Objęła męża ramieniem, a Carlucho natychmiast ziewnął. Valeria też szeroko otworzyła usta, ale nie byłem pewien, czy naprawdę chce jej się spać, czy tylko udaje.

- Lepiej się już połóżmy - powiedziała, całując narzeczonego w policzek. - Jutrzejszy dzień będzie dość długi. Tato, proszę, nie budź nas za wcześnie.

- Za wcześnie? Wcześnie to wstaje parobek, który już o wpół do piątej, wraz z pierwszymi promieniami słońca, jest na nogach.

- Chodźmy - odparła Valeria i pocałowała Pabla jeszcze raz.

- A w którym pokoju spali Fabiana Orquera i Báez w tamten weekend? - zapytał Pablo.

- Nie bój się, nie w naszym - rzuciła jego dziewczyna z uśmiechem. -Spali w pokoju Nahuela.

Rozdział 6

Nad naszymi głowami

- Mam jeszcze jedno pytanie, zanim pójdziemy spać, don Carlos - odezwał się Pablo, gdy Carlucho położył palec na włączniku światła w spiżarni. - Wspomniał pan o procesie. Czy Báez trafił do więzienia?

- Został uniewinniony - odpowiedziała Dolores z wyraźnym niesmakiem.

- Z braku dowodów - dodał Carlucho.

- To prawda. Nigdy nie udowodniono mu związku z jej zaginięciem, ale też oficjalnie nie wykluczono, że mógł być za nie odpowiedzialny.

Przypomniałem sobie artykuł, który czytałem kilka lat temu w archiwach "El Orden", kiedy szukałem materiałów do swojej rubryki. - To zrujnowało mu karierę polityczną, prawda?

- Był politykiem? - zdziwił się Pablo.

- Kandydował na burmistrza - wyjaśnił Carlucho. - Ale w wyborach w 1983 roku musiał się wycofać z powodu toczącego się procesu. Kilka lat później ponownie wystartował, ale zdobył bardzo mało głosów. Osobiście uważam, że był niewinny - dodał - bo po procesie został w miasteczku, dalej pracował i ponownie kandydował na burmistrza. Nie wiem, jak przekonał partię, by znów go wystawili. W takim miasteczku jak Deseado, jeśli raz cię skreślą...

Dolores spojrzała na niego z cieniem irytacji.

- Większość ludzi w Deseado, włącznie ze mną, uważa, że to on ją zabił. A ci, którzy uznali, że był niewinny, potępili go za to, że okłamał żonę, mówiąc jej, że w ten weekend jedzie na spotkanie partii w Río Gallegos.

- Potem zaczęły się plotki - dodał Carlucho.

Valeria pokręciła głową.

- Gdyby można było eksportować plotki, bylibyśmy światową potęgą.

Carlucho parsknął śmiechem.

- Było ich mnóstwo. Nie brakowało nawet osób, które twierdziły, że ja też miałem z tym coś wspólnego.

Dolores uniosła brew.

- Mimo że setki ludzi widziały cię w weekend na wyścigach Fiatów 600, a w poniedziałek byłeś w Comodoro.

- Racja. A z tą krwią... Nawymyślali tyle historii... Rytuały satanistyczne, dewiacyjne zabawy. Pamiętam, jak jedna starsza kobieta powiedziała mi kiedyś, że zawsze podejrzewała, że Báez jest wampirem.

- Ale to była wariatka Azcuénaga, której nawet własne dzieci nie traktowały poważnie - zaśmiała się Dolores, wciąż wtulona w swojego męża. - Tak samo jak stary Logan, który nigdy nie zbliżył się do tego miejsca bardziej niż podczas pobytu w Cabo Blanco, a mimo to twierdził aż do dnia swojej śmierci, że dom jest nawiedzony przez ducha Fabiany Orquery.

- To chyba nie pomogło w interesie, prawda, don Carlos?

- Nie bardzo, prawdę mówiąc - przyznał. - Po tym wszystkim przestaliśmy wynajmować dom. Wydaliśmy wszystkie oszczędności na remont drugiego domu dla robotników, który przez lata stał opuszczony, i zaczęliśmy go wynajmować. Z czasem nawet najbardziej przesądni przestali się bać.

Carlucho znów ziewnął.

- I to wszystko, co wiem o Fabianie Orquerze.

Pablo utkwił w nim spojrzenie.

- A Báez? On jeszcze żyje?

Zapadła niezręczna cisza.

- Nie. Źle się to wszystko skończyło. Powiesił się w dziewięćdziesiątym ósmym, dokładnie piętnaście lat po zaginięciu Fabiany Orquery.

Carlucho uniósł głowę, patrząc w sufit, po czym odwrócił wzrok i bez słowa spojrzał mi prosto w oczy. Nie musiał jednak nic mówić - wiedziałem, że nie chce już dłużej ciągnąć tego tematu.

Małżeństwo życzyło nam dobrej nocy, a po chwili Carlucho wyszedł, by wyłączyć generator diesla. Przemilczał przed zięciem szczegół, który reszta z nas już znała.

Piętnaście lat wcześniej Raúl Báez ukradł w Puerto Deseado samochód, przejechał nim do Las Maras, wybił szybę i włamał się do domu.

A potem powiesił się w starej spiżarni na stalowym haku, który teraz zwisał prosto nad naszymi głowami.

Rozdział 7

Na wyciągnięcie ręki

Dwie minuty po tym, jak zostałem sam w kuchni, mruczący w oddali generator prądu nagle ucichł, a światła zgasły. Kiedy moje oczy przyzwyczaiły się do ciemności, spojrzałem przez okno. W blasku półksiężyca na bezchmurnym niebie dostrzegłem rząd tamaryszków rysujących się w oddali.

Znałem te drzewa na pamięć. Jako dziecko kryłem się w ich gęstym, wiecznie zielonym listowiu, bawiąc się w wojnę lub chowanego. Ale tej nocy, w srebrzystym świetle księżyca, nie przypominały już schronienia - stały w milczeniu, jak żywi, niemi świadkowie wydarzeń będących tajemnicą Báeza i Fabiany Orquery.

Wtedy zauważyłem ruch. Przy najdalszym tamaryszku poruszył się cień. Postać zbliżała się do domu szybkim krokiem. Niemal biegła. Zanim zdążyłem zareagować, tajemniczy gość dotarł do kuchennych drzwi i chwycił za klamkę.

- Nie masz pojęcia, jak się ochłodziło - powiedział Carlucho, zamykając za sobą drzwi i pocierając ręce.

- Tylko ty mogłeś dzisiaj wyjść na dwór w koszulce z krótkim rękawem.

Nawet w ciemności widziałem, jak jego wąsy unoszą się w uśmiechu. W przyjacielskim geście położył swoją ciężką dłoń na moim ramieniu.

- Kiedy będę potrzebował drugiej żony, dam ci znać - rzucił i poszedł do swojego pokoju.

Zostałem sam.

Usadziłem się na stole i znów spojrzałem przez okno.

W każdym innym miejscu na świecie pomysł, że koperta mogła przeleżeć piętnaście lat pod komodą i pozostać niezauważona, uznałbym za niedorzeczny. Ale w Las Maras nic nie było niemożliwe. Poza pokojami Carlucha i Dolores, pozostałe pomieszczenia były używane tylko przez kilka tygodni w roku, gdy przyjeżdżała rodzina na święta. Jeśli ktoś zostawił w szafie spodnie pod koniec stycznia, mógł być pewien, że w grudniu wciąż tam będą. Nieraz, pół żartem, pół serio, powtarzaliśmy, że w tym domu rzeczy potrafiły zatrzymać się w czasie.

Każdego lata odkrywałem w nim nowe skarby. Znajdowałem stare, godne oddzielnej gabloty w muzeum, rupiecie, o których ani Carlucho, ani Dolores nie mieli pojęcia - od rachunku na zakup tysiąca owiec z 1935 roku, gdy posiadłość nie należała jeszcze do Nievasów, po drewniane koło od Forda T.

Ze wszystkich tych znalezisk najbardziej fascynowała mnie pocztówka, którą odkryłem w rozpadającym się egzemplarzu "Martína Fierro". Przedstawiała Puerto Deseado w 1921 roku - w tle parowy statek zacumowany na środku rzeki, a bliżej aparatu podróżni wysiadający z drewnianej łodzi. Sam obrazek był piękny, ale najbardziej zainteresowało mnie nazwisko adresata: José Imelio z Rosario. Nikt nie potrafił mi wyjaśnić, kim był Imelio, ani jak pocztówka wysłana do Rosario ze stemplem pocztowym z Puerto Deseado trafiła do Las Maras.

Dziś ta pocztówka stoi oprawiona na półce w moim domu w Deseado - dowód na to, że jeśli gdziekolwiek na świecie list mógł przeleżeć piętnaście lat niezauważony, to właśnie w Las Maras.

Zimno, które wdarło się przez drzwi kuchni i starej spiżarni, przeniknęło moje ciało do szpiku kości. Zazdroszcząc tysiącom Argentyńczyków wylegującym się na plażach Mar del Plata, wróciłem do jadalni i rozpaliłem w piecu. Jak mawiają w Patagonii - mamy tu tylko dwie pory roku: zimę i czas na mate.

Poszedłem do mojego pokoju po list, po czym wróciłem do jadalni i usiadłem w fotelu jak najbliżej pieca. Słychać było jedynie wycie wiatru, który uderzał o dach, i trzaskanie płonących gałęzi moye. W świetle płomienia zacząłem ponownie czytać słowa skreślone przez NN prawie piętnaście lat temu.

Zatrzymałem się przy wzmiance o Báezie.

NIE MA JUŻ POWODU, BY TO UKRYWAĆ: RAÚL NIE ŻYJE OD ROKU, A MNIE SAMEMU PEWNIE NIEWIELE DNI POZOSTAŁO.

Według Carlucha, Fabiana Orquera zniknęła w marcu 1983 roku, a Báez powiesił się dokładnie piętnaście lat później - w marcu 1998, jak obliczyłem. List datowano na listopad tego samego roku, osiem miesięcy po samobójstwie. Według słów NN, napisał go niemal rok po śmierci Báeza. Do tego momentu wszystko się zgadzało.

Ale dlaczego ograniczył się do obietnicy odpowiedzi, zamiast po prostu jej udzielić?

POSTANOWIŁEM WIĘC WYJAWIĆ, KIM JESTEM I GDZIE POCHOWAŁEM FABIANĘ ORQUERĘ.

Nie miałem pojęcia. Ale wiedziałem jedno: ten list potwierdzał dwa kluczowe fakty w sprawie Fabiany Orquery, których przez trzy dekady nikt nie potrafił ustalić.

Po pierwsze, wzmianka o Báezie rozwiewała wszelkie wątpliwości co do jego niewinności.

Po drugie, dziewczyna nie tylko zaginęła, lecz także z pewnością nie żyła. To akurat nie było dla mnie zaskoczeniem. W końcu przez niemal trzydzieści lat nikt nie miał o niej żadnych wieści. Ale słowa NN były pierwszym namacalnym dowodem na jej śmierć i pochówek.

Myśl o grobie w Las Maras sprawiła, że mimowolnie się uśmiechnąłem. Ja, który spędziłem tu niemal każde lato swojego życia, znałem tylko ułamek tego miejsca. Za każdym razem, gdy jechałem konno, polowałem albo pomagałem Carluchowi w naprawach, zastanawiałem się, w ilu miejscach na tych dwudziestu tysiącach hektarów człowiek nigdy nie postawił stopy. Było to idealne miejsce na pochowanie kogoś tak, by nikt go nigdy nie znalazł.

Kto zamordował Fabianę Orquerę trzydzieści lat temu? Gdzie ją pogrzebano? Jeśli uda mi się odpowiedzieć na te pytania, ja, Nahuel Donaire, rozwikłam największą zagadkę w historii Puerto Deseado.

ODPOWIEDŹ JEST NA WYCIĄGNIĘCIE RĘKI - UKRYŁEM JĄ NA STRONACH, KTÓRYCH NIKT JUŻ NIE CZYTA ANI NIE PAMIĘTA.

Choć nie rozumiałem tej makabrycznej gry, którą prowadził NN, zakładałem, że wspomniane strony muszą znajdować się w Las Maras. To tutaj wszystko się wydarzyło - zniknięcie, samobójstwo Báeza piętnaście lat później - i to właśnie w tym miejscu znalazłem ów tajemniczy list napisany zaledwie kilka miesięcy po śmierci mężczyzny.

Rozdział 9

Dla ciebie

Następnego dnia, po zjedzeniu milanesy z guanako przygotowanej przez Dolores, wszystkim zaczęły kleić się powieki. Wiatr wzmógł się na tyle, że Carlucho postanowił odwołać zaplanowaną na popołudnie naprawę wiatraka, który znajdował się w połowie drogi między domem a Cabo Blanco.

- Ale możemy wykorzystać czas na uporządkowanie zagraconego garażu - zaproponował.

- Kochanie - zwróciła się Valeria do Pabla - jeśli kiedykolwiek stracisz pracę, nie módl się do świętego Kajetana, tylko do mojego ojca. To prawdziwy patron bezrobotnych.

Roześmiałem się. Miała rację. Carlucho "Święty Kajetan" Nievas zawsze znajdował nam jakieś zajęcie - malowanie ścian, naprawianie płotów, kąpanie owiec. Ale w zamian zawsze czekały na nas pieczony baran i wino.

- Na mnie i Pabla nie licz, tato. Idziemy się zdrzemnąć.

- Na mnie też nie - powiedziała Dolores, całując męża w policzek, i zniknęła w swojej sypialni.

Mnie też kusiła drzemka, ale znałem Carlucha. Jeśli coś sobie postanowił, to zawsze działał z czyjąś pomocą lub bez. Nie mogłem pozwolić, żeby sam dźwigał te wszystkie graty.

- Pomogę ci - powiedziałem i poszliśmy do garażu.

Weszliśmy do pomieszczenia przez drzwi prowadzące z jadalni i od razu poczułem chłodne powietrze na twarzy. Wewnątrz było ciemno, a wiatr gwizdał przez szpary w blaszanych ścianach. Odsunąłem zasłonę na jedynym oknie, wpuszczając trochę światła, choć warstwa brudu na szybie skutecznie je tłumiła.

- Zaczniemy od tego - powiedział Carlucho, wskazując na dwa duże regały na ścianie, które uginały się pod ciężarem setek czasopism.

Sięgnąłem po jedno z nich. Na okładce widniała kobieta o rysach przypominających Marilyn Monroe, ale z ciemnymi włosami. Uśmiechała się nieobecnym wzrokiem, trzymając w dłoni bukiet białych kwiatów. Poniżej sześć grubych czerwonych liter układało się w napis: Para Ti. W środku znajdowały się przepisy kulinarne, wzory dziewiarskie i artykuły o modzie. Egzemplarz pochodził z 1943 roku i, sądząc po grubej warstwie kurzu, którym był pokryty, nikt nie dotykał go od dekad.

- Nie wiem, czy kupiła je moja babcia, czy może poprzedni właściciele gospodarstwa, ale leżą tu od zawsze - mruknął Carlucho. - I gdyby to ode mnie zależało, nigdy bym ich nie ruszał. Ale Dolores upiera się, że to idealne miejsce na jej zapasy żywności.

- A co zrobimy z tymi gazetami?

- Wrzucimy je do tych pudeł. Tam nie będą nikomu przeszkadzać.

Wskazał na trzy kartonowe pudła wielkości telewizora, ustawione w kącie garażu. Spojrzałem na nie i natychmiast poczułem znajome ukłucie w żołądku. Spośród setek półek i zakamarków Carlucho wybrał akurat to miejsce, które budziło we mnie najgorsze wspomnienia.

Zaskoczyło mnie, że minęły już dwa lata, odkąd ten zakurzony kąt stał się tak istotnym fragmentem mojego życia i rok, od kiedy wręcz nie mogłem patrzeć na niego bez wściekłości.

Potrząsnąłem głową, by odpędzić natrętne myśli i wrzuciłem magazyn do jednego z pustych kartonów.

- Wiesz, ile razy próbowałem się tego pozbyć? - mruknął Carlucho. - Ale Dolores zawsze mówiła, że kiedyś do nich zajrzy. Mijały lata, a ona nie przeczytała ani jednej strony.

"Strony, których nikt już nie czyta ani nie pamięta" - przeszło mi nagle przez myśl. Sięgnąłem po kolejny egzemplarz, kartkując go bez większego zainteresowania. A nuż szczęście uśmiechnie się do mnie i w środku znajdę list NN?

- Co ty, nagle chcesz nauczyć się robić na drutach? A może szukasz przepisu na konfiturę?

- Po prostu osiągnąłem wiek, w którym coś dobrego mi się należy - zaśpiewałem piskliwym głosem.

- To, na co zasługujesz, to porządny kopniak w tyłek. Co tam kombinujesz?

Miałem ochotę powiedzieć mu prawdę, ale gdybym to zrobił, musiałbym wspomnieć też o zagadkowym liście, a znając Carlucha, Dolores i Valeria dowiedziałyby się o wszystkim w kilka godzin. To zaś oznaczało, że prędzej czy później prawdę poznałby też Pablo i zanim lato dobiegłoby końca, setki mieszkańców Puerto Deseado przekazywałyby sobie tę wiadomość, obiecując dochować tajemnicy. Tutaj, jak w każdym miasteczku, dyskrecja nie oznaczała milczenia, lecz wymuszanie dochowania tajemnicy na słuchającym.

- Nic - skłamałem i odłożyłem magazyn, obiecując sobie w duchu, że przy pierwszej okazji przejrzę je wszystkie.

Podczas pakowania kolejnych pudeł nie mogłem przestać myśleć o NN. Jak udało mu się zostawić list w moim pokoju? Jeśli pisał prawdę, wrócił do Las Maras piętnaście lat po popełnieniu zbrodni, by pozostawić swoje wyznanie.

I dlaczego umieścił je pod komodą, gdzie nikt nie miał go znaleźć?

Szybko doszedłem do wniosku, że powrót do Las Maras musiał być dziecinnie prosty. Carlucho nigdy nie przestał wynajmować pokoi w posiadłości, a po zaginięciu Fabiany Orquery po prostu przeniósł gości do kamiennego domku, który widziałem z okna swojej sypialni.

- Myślisz, że można by to sprzedać w Internecie? - zapytał Carlucho, gdy kartony były już wypełnione po brzegi, a na regałach nie została ani jedna gazeta.

- Sprzedać? Nawet o tym nie myśl.

Carlucho omiótł wzrokiem zagracony garaż.

- Spójrz na ten bałagan - westchnął. - Od lat żaden samochód tu nie wjeżdżał, a teraz ledwo da się przejść. Połowa tych rzeczy nawet nie należy do mnie ani do mojego ojca. Leżą tu od nie wiadomo kiedy.

- A po co ci garaż? Masz problemy z parkowaniem? Boisz się, że Cholo Freile zajmie ci miejsce?

Mężczyzna parsknął śmiechem. Cholo Freile był właścicielem gospodarstwa sąsiadującego z Las Maras, a jego dom znajdował się piętnaście kilometrów stąd.

- Serio, po co trzymać rzeczy, które tylko się kurzą? Przez ostatnie lata korzystałem zaledwie z kilku przedmiotów z całego tego garażu.

Podszedł do starej, drewnianej szafy i otworzył ją na oścież.

- Sprzęt wędkarski i skrzynka z narzędziami, bo zawsze jest coś do naprawy - powiedział, stukając w metalowe pudełko, które tyle razy mu przynosiłem. - Tego używam najczęściej. A, no i Rupestre od czasu do czasu. Mam nadzieję, że w tym tygodniu uda mi się wybrać na polowanie.

Rupestre był pierwszą bronią palną, jaką kiedykolwiek trzymałem w rękach. To był karabin Máuser 1909 Modelo Argentino, na którego kolbie Carlucho kazał wygrawerować dwie sceny prehistorycznego polowania. Po jednej stronie mężczyzna z włócznią ścigał guanako, a po drugiej ten sam myśliwy biegł za nandu i jego pisklętami.

Odkąd pamiętam, Carlucho przechowywał Rupestre w tej starej szafie - zawsze rozładowanego. Amunicję trzymał w miejscu, które znali tylko Dolores i moi rodzice.

- Cała reszta to tylko kurz i niepotrzebne graty - westchnął, zamykając drzwi i odwracając się do mnie.

- Jeśli myślisz o sprzedaży czegokolwiek stąd, to zrozum jedno - te rzeczy dawno przestały być tylko stare. Z wiekiem stały się vintage.

- A co to właściwie oznacza?

- Że możesz zażądać za nie znacznie więcej.

Roześmialiśmy się.

- Ale serio - powiedziałem - gdybyś kiedykolwiek chciał się czegoś pozbyć, daj mi znać jako pierwszemu. Tam, gdzie ty widzisz kurz, ja widzę małe skarby czekające na odkrycie.

- Tylko nie udawaj poety, bo i tak nic ci nie dam za darmo.

- Nie chcę prezentów. Mówię poważnie. Pamiętasz tę pocztówkę z lat dwudziestych, którą znaleźliśmy w starym wydaniu "Martína Fierro"?

- Oczywiście. Tę z pasażerami wysiadającymi na brzegu rzeki. Ktoś wysłał ją z Deseado do Rosario, ale jakoś trafiła tutaj. Wciąż ją masz?

- Oczywiście, to prawdziwa perełka. Oprawiłem ją i wisi u mnie w domu.

- To było prawdziwe znalezisko.

- I właśnie o to mi chodzi - powiedziałem z entuzjazmem. - Niektóre zwykłe przedmioty mogą skrywać niezwykłe historie.

"Albo tajemnice" - pomyślałem, przypominając sobie list NN.

- Od zawsze miałeś słabość do takich rzeczy...

- Vintage.

- Właśnie. Nigdy nie zapomnę twojej miny, gdy pozwoliłem ci zatrzymać tę pocztówkę. Albo dnia, kiedy odkryłeś monetę na solnisku w Cabo Blanco.

- Tej akurat nie wziąłem.

- Pewnie leży gdzieś w tym kolekcjonerskim raju.

Carlucho roześmiał się, rozejrzał po garażu i potarł dłonie.

- Chodźmy do kuchni. Zaparzę mate.

Odwrócił się i ruszył w stronę drzwi.

- Carlucho.

- Tak?

- Myślałem o dniu, w którym zniknęła Fabiana Orquera. Ten pracownik nic nie widział?

- Nadal o tym myślisz?

- Już ci mówiłem, że chciałbym kiedyś napisać o jej zaginięciu do "El Orden". Jesteś pewien, że nic nie zauważył? - nalegałem. - Ci ludzie zawsze wszystko wiedzą.

- Pytałem go tysiąc razy. Nikogo nie widział. To dziwne, bo tamtego dnia pracował na zachodnich pastwiskach, niedaleko drogi. Powinien zauważyć każdy samochód jadący z Deseado.

- A jeśli kłamał? Może go przekupiono?

- Niemożliwe. Zanim zaczął u mnie pracować, Alcides Mu?oz przez piętnaście lat pracował u mojego wuja Lita Był dla mnie jak rodzina.

- A jeśli ktoś go zastraszył?

- Co ty? - Carlucho parsknął śmiechem. - Ten facet był jeszcze bardziej narwany niż ty. Za nic nie odpuszczał. Wystarczyło jedno krzywe spojrzenie, a sięgał po nóż - i sprawa była załatwiona.

- Może nie jemu, tylko komuś z jego rodziny?

- Rodziny? Ani mój wuj, ani ja nigdy nie poznaliśmy nikogo z jego krewnych. Żył samotnie, bez żony, bez dzieci. Zresztą od lat mieszka w domu starców w Deseado, i z tego, co wiem, nikt go tam nie odwiedza.

W jego głosie zabrzmiała lekka nuta poczucia winy. Carlucho prawdopodobnie nie odwiedzał Mu?oza od dłuższego czasu, co widocznie ciążyło mu na sumieniu. Uznałem, że lepiej będzie przekierować rozmowę na inne tory.

- A Caba?a już wtedy istniała?

- Tak, ale stała pusta.

Pomimo solidnej kamiennej konstrukcji, wszyscy nazywaliśmy ten budynek zdrobniale: "Caba?a", czyli Chatka. Był to niewielki domek z jednym pokojem, łazienką i maleńką kuchnią, wzniesiony dla dodatkowego pracownika sezonowego niemal sto lat temu, w czasach, gdy gospodarstwo przeżywało swój złoty okres. Była trzecią i ostatnią zamieszkaną budowlą na ogromnej przestrzeni dwudziestu tysięcy hektarów, jakie obejmowało Las Maras.

- Zaczęliśmy ją remontować latem osiemdziesiątego czwartego. Twój ojciec bardzo mi wtedy pomógł.

- Czyli rok po zniknięciu Fabiany Orquery - zauważyłem.

Carlucho ciężko osunął się na jedno z pudeł wypełnionych czasopismami.

- Niedługo po incydencie z tą dziewczyną i Báezem zrozumiałem, że jeśli nadal chcę wynajmować pokoje na weekendy, muszę znaleźć inne miejsce. Dolores kategorycznie sprzeciwiała się wpuszczaniu nieznajomych do naszego domu.

- Nic dziwnego.

Carlucho dyskretnie zerknął przez ramię, upewniając się, że nikt nas nie słyszy.

- Ale kiedy wynajmuję Caba?ę, a nas nie ma, mówię gościom o tronquito.

Tronquito to kawałek skamieniałego drewna z okolic Jaramillo, niewiele większy od butelki piwa. Leżał za domem, dokładnie pod oknem, przez które Báez ostatni raz widział Fabianę Orquerę. Pod tym niby-zwykłym kamieniem ukryty był zapasowy klucz do kuchni.

- Informuję ich, że mogą go używać tylko w nagłych przypadkach. Jeśli skończy im się jedzenie albo...

Carlucho mówił dalej, ale ja przestałem słuchać. To, co mi właśnie powiedział, wyjaśniałoby, w jaki sposób NN zdołał zostawić list w domu prawie szesnaście lat po zabiciu Fabiany Orquery. Nie musiał wyważać drzwi ani wybijać szyby, jak Báez, gdy postanowił powiesić się w spiżarni. NN wszedł drzwiami, używając klucza, którego miejsce przechowywania wskazał mu sam Carlucho. To takie proste! Wystarczyło wynająć Caba?ę w czasie, gdy Nievasowie byli poza posiadłością. Nawet w dzień roboczy.

- Czy ty w ogóle mnie słuchasz?

- Oczywiście - ocknąłem się. - Mówiłeś, że zawsze informujesz gości, gdzie jest zapasowy klucz.

- Tak, ale wyraźnie zaznaczam, że mają go używać tylko w nagłych przypadkach.

- A masz jakieś rejestry wynajmujących dom?

- Z czasów Fabiany Orquery i Báeza? Nie. Już ci mówiłem, że ludzie przyjeżdżali tu, licząc na dyskrecję.

- A z późniejszego okresu?

- Nigdy nie prowadziłem rejestru. Jest księga gości chaty, ale w niej wpisuje się tylko ten, kto chce. Ci, którzy przyjeżdżają na skok w bok, raczej nie zostawiają po sobie śladu.

"A co dopiero ktoś, kto zamierza przyznać się do morderstwa..." - pomyślałem. I wtedy mnie olśniło. Jakie strony są jednocześnie najbardziej widoczne i najbardziej zapomniane, jeśli nie te w księdze gości?

- Caba?a jest teraz zajęta, prawda? Wczoraj, gdy przyjechałem, widziałem zaparkowanego pod drzwiami czerwonego Polo.

- Tak. Pamiętasz tę Hiszpankę, która była tu w zeszłym roku?

- Nie mów, że ta matrona znowu się tu kręci - powiedziałem, demonstracyjnie chwytając się za głowę.

- Tak. Przyjechała kolejny raz. Nadal pisze swoją książkę o Cabo Blanco i pomaga nam odnawiać dom strażnika linii telegraficznej.

- Czy przypadkiem nie pisała pracy naukowej?

- Książka i praca naukowa to w zasadzie to samo. Ważne, że tutaj jest.

- Co za kobieta, na Boga.

- Przepraszam, jeśli zabrzmię jak moja żona, ale ta "kobieta" mogłaby być twoją matką.

Wzruszyłem ramionami i uśmiechnąłem się.

- Na jak długo zostaje?

- Jeszcze miesiąc.

- Cóż, bardzo mi przykro, ale chyba będę musiał ją trochę pomęczyć - powiedziałem do Carlucha z łobuzerskim uśmiechem. - Nie mogę czekać tyle czasu, żeby zajrzeć do księgi gości.

Rozdział 10

Matka ojczyzna

Piasek uderzał z impetem o czerwoną blachę zaparkowanego obok Caba?i Volkswagena Polo. Zanim zapukałem do drzwi, otarłem łzy, które wycisnął mi z oczu porywisty wiatr.

Drzwi otworzyła Hiszpanka, uśmiechając się szeroko.

- Nahuel, prawda? - zapytała, podnosząc głos, by przekrzyczeć wichurę.

Miała na sobie obcisłe dżinsy i beżową koszulę. Jej krótkie, farbowane na czarno włosy miały nie więcej niż dwa palce długości, a dekolt wyglądał zbyt idealnie jak na kobietę po czterdziestce. To musiała być zdecydowanie zasługa chirurga.

Carlucho miał rację - ta kobieta, starsza ode mnie o dwadzieścia lat, teoretycznie mogłaby być moją matką.

- Nahuel - przytaknąłem, gładząc dłonią włosy rozwiane przez wiatr. - Zatrzymałem się na kilka dni u Carlosa i Dolores Nievasów.

- Wejdź.

Gdy tylko zamknęła drzwi, wichura ucichła, a w tle rozbrzmiała muzyka klasyczna dochodząca z laptopa na stole. Obok komputera stały kubek z mate i termos. Wśród rozrzuconych książek i notatek rozpoznałem "Cabo Blanco. Historia zaginionego miasteczka" Carlosa Santosa.

- Nina Lome?a - przedstawiła się, obdarzając mnie dwoma szybkimi pocałunkami w policzek.

Wiedziałem, że zeszłego lata również wynajmowała tę chatę. Spędziła tu wtedy kilka tygodni, pisząc doktorat czy coś podobnego o opuszczonych miasteczkach Patagonii. Wsparła także Stowarzyszenie Przyjaciół Cabo Blanco kilkoma euro i pomagała przy pierwszych pracach renowacyjnych domu strażnika linii telegraficznej - jednego z ostatnich budynków, które zachowały się w tej wymarłej wiosce.

- Potrzebujesz czegoś? - zapytała, wsuwając kciuki do kieszeni spodni.

- Nie. A właściwie tak. Przede wszystkim przepraszam, że przeszkadzam. Przyszedłem zapytać, czy mogę...

- Przede wszystkim - przerwała - mów mi na "ty". Kiedy ludzie zaczynają mówić do mnie per "pani", robi się to cholernie deprymujące.

Jej dojrzały głos i hiszpański akcent od razu mi się spodobały.

- Dobrze, to jeszcze raz: wybacz, że przeszkadzam. Chciałem zapytać, czy mogę pożyczyć księgę gości.

- Jest cała twoja - powiedziała, pokazując palcem mały stolik przy drzwiach, na którym stał pusty wazon oraz otwarty notes w twardej oprawie z długopisem na wierzchu.

Podszedłem we wskazane miejsce i przeczytałem najnowszy wpis.

NIE MA SPOKOJU JAK TEN W TYM MIEJSCU ANI ASADO JAK TO U DON CARLOSA.

RODZINA MORA. COMODORO RIVADAVIA. 15.11.2012.

- Nie wpiszesz się? - zapytałem.

- Wpiszę, ale mam na to czas - odpowiedziała. - Zostaję tu jeszcze miesiąc.

- A długo już tu jesteś?

- Przyjechałam dwa dni przed Bożym Narodzeniem.

- Czyli razem to będzie prawie półtora miesiąca.

Nina skinęła głową z uśmiechem.

- Ja też spędzam tutaj co roku mniej więcej tyle czasu co ty.

- Ale w zeszłym roku bywałeś rzadziej, prawda? Nie pamiętam, żebym cię często widywała.

- Nie, zeszły rok był inny.

Uśmiechnąłem się pod nosem. Delikatnie powiedziane. Zeszłoroczne święta były jednymi z najgorszych, jakie spędziłem w Las Maras.

- To długa historia. Przyjechałem ledwie na tydzień - dwudziestego czwartego przed kolacją i wyjechałem pierwszego stycznia.

- A dlaczego spędzasz każde święta akurat tutaj?

- Dorastałem, świętując je zawsze w tym miejscu. Moi rodzice i Nievasowie są przyjaciółmi od lat.

- Twoi rodzice to szczęściarze. Nievasowie są wspaniałymi ludźmi. Nie mogłam uwierzyć własnym uszom, gdy zaprosili mnie na Wigilię i sylwestra. Dom był pełen ludzi, wszyscy śpiewali i tańczyli aż do wschodu słońca. Nie masz pojęcia, jakie to były święta.

- Przeciwnie - zaśmiałem się. - Wiem to doskonale.

- To miejsce jest absolutnie wyjątkowe - powiedziała, wpatrując się w szarą mesetę za oknem.

- Zgadza się - przytaknąłem, mimowolnie kartkując księgę gości. - A co ciebie tu sprowadza? W zeszłym roku wspominałaś, że piszesz o Cabo Blanco, prawda?

- Tak - wskazała na laptopa. - Kilka lat temu zaczęłam pisać doktorat z socjologii. Porównuję Cabo Blanco z Bujalcayado w Kastylii-La Manchy.

- Dlaczego akurat te dwa miejsca?

- Bujalcayado, bo stamtąd pochodziła moja babcia. To niewielka wioska w środku Hiszpanii, która utrzymywała się z wydobycia soli. Kiedy biznes solny przestał być opłacalny, ludzie odeszli, a miejsce opustoszało. Tak samo jak Cabo Blanco. Dlatego je badam.

- Czy znasz inne miejscowości, które zniknęły z tego samego powodu?

- Całkiem sporo. W samej Hiszpanii jest ich co najmniej dziesięć.

- Więc dlaczego akurat Cabo Blanco?

- Bo jest wyjątkowe. W przeciwieństwie do hiszpańskich miasteczek, tutejszy klimat nie pozwalał mieszkańcom dorabiać na rolnictwie. Cabo Blanco żyło wyłącznie z wydobycia soli. A do tego leży na kompletnym odludziu. Żadnego sąsiada, żadnej alternatywy - Cabo Blanco narodziło się i umarło razem z kopalnią soli.

Wydało mi się to fascynujące: kobieta z drugiego końca świata opowiadała mi historię, o której większość mieszkańców Puerto nie miała pojęcia.

- Poza tym jestem zakochana w Patagonii - dodała.

- Wielu turystów przyjeżdża tu i chce zostać na zawsze - powiedziałem. - Kiedyś w Puerto Madryn poznałem Irlandkę, która przez siedemnaście kolejnych lat przyjeżdżała oglądać wieloryby.

- Bo Patagonia to wymarzony kierunek podróży dla wielu ludzi. Również dla mnie, choć jestem dość nietypową turystką.

- Nie wszyscy przyjeżdżający tutaj piszą doktorat.

- To prawda - zaśmiała się Nina. - Ale nie o to mi chodziło. Większość turystów leci prosto z Buenos Aires do El Calafate, żeby zobaczyć lodowiec. Stamtąd jadą na narty do lasów Ushuaia albo odwiedzają Półwysep Valdés, by - jak twoja irlandzka znajoma - podziwiać pingwiny i wieloryby. Ale powiedz mi, co by zobaczyli, gdyby zamiast lecieć samolotem, przejechali samochodem trasę od Perito Moreno do kolonii pingwinów?

- Tysiąc pięćset kilometrów stepu - odpowiedziałem. - Kilka niskich krzewów, sześć, może siedem miasteczek. Tu i ówdzie jakieś guanako.

- No właśnie - podsumowała wyraźnie zadowolona.

Z uśmiechem wskazała na okno.

- Ja jestem zakochana w tym pustkowiu. Codziennie rano zaraz po przebudzeniu wychodzę pobiegać, a im silniejszy wieje wiatr, tym bardziej mi się podoba.

Spojrzałem za okno i przytaknąłem. Po chwili namysłu uśmiechnąłem się i pokręciłem głową.

- O czym myślisz? - zapytała.

- O tym, że za każdym razem, gdy wyjeżdżam z Deseado, przez pierwsze kilka kilometrów przeklinam i powtarzam, że mam dość życia na końcu świata. Jednak im głębiej zapuszczam się na płaskowyż, tym silniej czuję, że ta surowa ziemia jest częścią mnie. Że nigdy nie mógłbym stąd wyjechać na dobre. To naprawdę wyjątkowe miejsce. Gdyby tak nie było, ludzie nie płaciliby tysięcy dolarów, żeby tu przyjechać i dać się porwać wichurze.

- Dla mnie to dobrze wydane pieniądze. I dopóki zdrowie mi pozwoli, będę tu wracać. Właściwie chciałabym spędzić tu cały rok, żeby zobaczyć, jak wygląda zima.

- Ostrzegam, to zupełnie inna historia niż latem - powiedziałem.

Zamilkłem. "Rok wakacji...", pomyślałem z pewną goryczą. Ja z trudem uzbierałem pieniądze, by wyrwać się w lutym na dziesięć dni do Mendozy.

Pytanie wprost o źródło jej dochodów byłoby nietaktowne, więc pozwoliłem sobie na spekulacje. Domyślałem się, że miała znajomego chirurga, a obcisły strój podkreślający zgrabną sylwetkę sugerował zamiłowanie do ćwiczeń. Niewiele dzieci, może żadnego. Postawiłbym na męża biznesmena, opływającego w kasę, ale wiecznie zapracowanego. Koniec końców kto robi doktorat po czterdziestce, musząc jednocześnie pracować na chleb?

Zostawiając domysły dla siebie, rozejrzałem się po pokoju, szukając innego tematu do rozmowy. Na stole, obok teczki z logo Universidad de Málaga, stał termos z mate.

- Łatwo przyzwyczaić się do dobrego, co? - powiedziałem, wskazując naczynie.

- Wręcz przeciwnie - zaśmiała się - trudno się przyzwyczaić. Mate to smak, do którego trzeba dorosnąć, jak do kawy czy piwa. Nikomu nie smakuje za pierwszym razem.

Zmarszczyłem brwi, niemal gotów zaprotestować. "Piję mate od dzieciństwa" - chciałem powiedzieć. Ale wtedy przypomniałem sobie, że moje pierwsze mate było słodkim napojem, zupełnie niepodobnym do gorzkiego naparu, który teraz piję każdego ranka. Mój tata podawał mi go, gdy było już za zimne dla dorosłych i do tykwy dosypywał kopiastą łyżkę cukru.

- Czy mogę ci jeszcze w czymś pomóc? - zaoferowała Nina.

- Nie, to wszystko - odpowiedziałem, biorąc księgę gości ze stołu i wsuwając ją pod ramię. - Dziękuję i przepraszam za kłopot.

- Żaden kłopot. Wręcz przeciwnie. Spokój jest super, ale od czasu do czasu miło jest z kimś porozmawiać - powiedziała, otwierając drzwi i całując mnie dwukrotnie w policzek.

Muzyka klasyczna ucichła, a scenę znowu przejął wiatr.

Z uśmiechem na twarzy wróciłem do domu Nievasów. Na szczęście Nina Lome?a nie była moją matką.

Rozdział 11

Księga gości

Z brodą przyciśniętą do piersi i ramionami skulonymi przed zimnem, pospiesznie ruszyłem w stronę domu. Po przekroczeniu progu zastałem pustą jadalnię. Z kuchni dobiegały głosy, ale zignorowałem je. Nie chcąc się zatrzymywać, skierowałem się prosto do swojego pokoju, aby przejrzeć księgę gości.

Na pierwszej stronie Carlucho Nievas witał odwiedzających w imieniu swoim i swojej rodziny. Przewróciłem kartkę i odnalazłem pierwszy wpis.

Deseado od dawna potrzebowało takiego miejsca. 17-10-1984

Nikt się pod nim nie podpisał.

Zwilżyłem palec i zacząłem kartkować księgę. Wpisy tworzyły mozaikę różnych charakterów pisma i kolorów atramentu. Większość z nich miała daty - niemal zawsze między październikiem a kwietniem - a mniej więcej połowa była podpisana. Niektóre zawierały nawet numery dokumentów tożsamości.

Po przejrzeniu około dwudziestu stron natknąłem się na pierwszy wpis z 1998 roku - roku śmierci Raúla Báeza i napisania listu przez NN. Sporządzono go w styczniu, podobnie jak trzy kolejne. Przesuwałem palcem po stronach, aż dotarłem do pierwszej wiadomości z listopada.

W samym rogu, niemal na marginesie, widniał wpis skreślony eleganckim pismem, którego charakter od razu rozpoznałem.

WITAJCIE PONOWNIE! TO MIEJSCE JEST TAK WYJĄTKOWE, ŻE AŻ TRUDNO OPISAĆ JE SŁOWAMI. PIĘKNO TYCH KRAJOBRAZÓW DORÓWNUJE TYLKO TAJEMNICOM SKRYWANYM POD ZIEMIĄ. ICH ODKRYWANIE TO PRAWDZIWA PRZYGODA - PODRÓŻ DOSTĘPNA TYLKO DLA TYCH, KTÓRZY ROZUMIEJĄ ZNACZENIE PORZĄDKU I WYTRWAŁOŚCI. NN.

To był on - ten sam NN, który napisał list znaleziony pod komodą. Charakterystyczne, zgrabne litery nie pozostawiały żadnych wątpliwości.

Uśmiechnąłem się na widok słów "witajcie ponownie". Dla innych gości było to zwykłe pozdrowienie osoby, która odwiedza Nievasów po raz kolejny. Ja jednak widziałem w tym coś zupełnie innego.

"Witaj ponownie, posiadłości Las Maras - widzieliśmy się niemal piętnaście lat temu, kiedy popełniłem zbrodnię, do której dziś przyjechałem się przyznać".

Witaj ponownie, nieznajomy znalazco listu. Jeszcze nie czas, byś poznał całą prawdę.

Zastanowiło mnie też, że NN pisał o "tajemnicach skrywanych pod ziemią" - sekretach dostępnych wyłącznie dla tych, którzy "rozumieją znaczenie porządku i wytrwałości".

Położyłem się na łóżku, trzymając otwartą na piersi księgę i próbując zrozumieć sens tych słów. Porządek i wytrwałość. To drugie słowo było dla mnie jasne - NN nie zamierzał ułatwiać mi zadania. Ale co miał na myśli, mówiąc o porządku? O co mogło mu chodzić?

Sięgnąłem do szuflady po schowany w niej list. Przez dłuższą chwilę przyglądałem się czerwonej lakowej pieczęci na kopercie. Jeśli w tych równoległych liniach i okręgu z kropek krył się jakiś porządek, to ja go nie dostrzegałem.

Musiało tam coś jednak być. Tak jak list zaprowadził mnie do księgi gości, tak i ta nagryzmolona na marginesie wiadomość z pewnością była kolejną wskazówką. A klucz do rozwiązania tej zagadki tkwił w jakimś porządku, którego jeszcze nie rozumiałem.

Rozdział 12

Cabo Blanco

Zakaszlałem, czując w ustach piasek. Valeria zrobiła to samo.

- Naprawdę musisz mu tak siedzieć na ogonie? - rzuciła, spoglądając na Pabla.

- Chcesz prowadzić? - odparł, nie odrywając rąk od kierownicy ani wzroku od szarej terenówki Carlucha i jego żony. Pojazd jechał zaledwie kilka metrów przed nami.

Bongo, mój pies, obserwował nas zza chmury kurzu. Urodził się na estancji - dostałem go od jednego z pracowników, gdy tylko przestał ssać mleko matki, dziesięć lat temu. Jak każdy pies przyzwyczajony do życia na wsi, uwielbiał podróżować na pace pick-upa. Tego ranka, gdy Carlucho otworzył skrzynię swojego szarego Forda Rangera, aby załadować sprzęt wędkarski, Bongo wskoczył do środka bez żadnego zaproszenia.

- Nie, chcę tylko oddychać jak normalny człowiek - powiedziała Valeria, ponownie kaszląc, choć tym razem brzmiało to jednak tak, jakby robiła to celowo.

Pac. Uderzenie rozbrzmiało jak wystrzał. Na przedniej szybie nowiutkiego Renault Clio Pabla pojawiło się pęknięcie w kształcie pajęczyny i wielkości monety.

- Co to było? - zapytał Pablo, zwalniając nieco i spoglądając to na oddalającą się terenówkę, to na pękniętą szybę.

- Podpowiem ci - zaczęła Valeria, wyciągając szyję, by spojrzeć na prędkościomierz. - Na żwirowej drodze samochód jadący z prędkością siedemdziesięciu kilometrów na godzinę, poza kurzem, wzbija także...

Zamilkła na chwilę, po czym stuknęła palcem w szybę trzy razy, akcentując każdą sylabę: "ka-my-ki".

Pablo gwałtownie zahamował, a Clio wpadło w poślizg, wykonując prawie ćwierć obrotu.

- Co ty odpierdalasz, idioto?! Chcesz nas pozabijać?!

Nie przejmując się tym, że samochód stoi w poprzek drogi, mężczyzna wysiadł i przejechał palcem po śladzie na szybie. Potem rzucił kilka przekleństw w powietrze, obszedł samochód i gwałtownie otworzył drzwi od strony Valerii.

- Ty prowadź - syknął.

Trzysta metrów dalej włączyły się światła stopu terenówki Carlucha.

- Oczywiście, że poprowadzę - odparła Valeria, wyskakując z auta i odpychając Pabla ramieniem.

Siedziałem na tylnym siedzeniu, w milczeniu obserwując całą scenę. Czułem się, jakbym przez pomyłkę znalazł się w cudzym filmie. Wczoraj, podczas kolacji, Pablo i Valeria traktowali się z szacunkiem, a teraz przypominali naburmuszone nastolatki. Poranne walenie Carlucha do drzwi mogło zepsuć humor każdemu, ale ta sytuacja była po prostu absurdalna.

Wyraz wściekłości na twarzy Valerii, gdy wrzuciła pierwszy bieg, nie pasował do sposobu, w jaki ruszyła. Delikatnie, przesadnie wolno, jakby chciała się upewnić, że koła nie wyrzucą na maskę ani jednego kamyka. Terenówka Nievasów również ruszyła.

Przez dłuższy czas jechaliśmy w milczeniu. Valeria i Pablo wpatrywali się w drogę, a ja w brunatną równinę, która rozciągała się po obu stronach trasy.

- Tam jest Cabo Blanco - powiedziała Valeria niemal z wyrzutem, gdy znajdowaliśmy się na zakręcie.

Wskazała na horyzont, gdzie nieregularnie ukształtowana skała odcinała się na tle jasnoniebieskiego, błyszczącego Atlantyku. W porównaniu do niej latarnia morska wydawała się niezwykle mała.

- Wyobrażałem sobie, że jest większa - zauważył jej chłopak.

- Zostało nam jeszcze piętnaście kilometrów - odpowiedziała oschle.

Wtedy Pablo zwrócił się w moją stronę.

- Żarówka w latarni ma wielkość piłki nożnej - oznajmił.

- Byłeś tu wcześniej? - zapytałem.

- Nie, nigdy - odpowiedział krótko, nie wyjaśniając, skąd zna tę ciekawostkę.

Przypomniałem sobie ostatnią wizytę w tym miejscu. Żarówka w latarni miała tę samą wielkość co zwykła żarówka żarnikowa, używana w domach przed wprowadzeniem tych energooszczędnych. Postanowiłem jednak zachować to dla siebie. Atmosfera nie sprzyjała dyskusji.

Nieco dalej, gdy latarnia przestała być jedynie cienką kreską na horyzoncie i zaczęła nabierać kształtu czerwonej wieży zwieńczonej czarną kopułą, minęliśmy Patipala, robotnika, który podarował mi Bonga. Jechał na srokatym koniu wzdłuż ogrodzenia, a obok biegły dwa owczarki, z wzrokiem utkwionym przed siebie.

Patipalo pracował w Las Maras odkąd sięgałem pamięcią, choć przezwisko zdobył pewnej nocy, na długo przed poznaniem Nievasów. Jego brygada skończyła właśnie golić trzy tysiące owiec niedaleko Mazaredo. Świętowali razem zakończenie pracy, delektując się pieczonym baranem i dwoma gąsiorami wina. Nikt nie potrafił później wyjaśnić, dlaczego doszło do kłótni - krótkiej, bełkotliwej wymiany zdań, która skończyła się strzałem i roztrzaskaną rzepką. Od tamtej nocy Patipalo nigdy więcej nie zgiął lewej nogi. Nie przeszkadzało mu to jednak codziennie wsiadać na konia i patrolować dwadzieścia tysięcy hektarów stepu w Las Maras.

Pozdrowił nas unosząc rękę. To był ostatni żywy człowiek, którego spotkaliśmy w drodze do Cabo Blanco.

Gdy dotarliśmy do przesmyku łączącego przylądek z kontynentem, zobaczyliśmy szarego Rangera Carlucha. Pojazd stał zaparkowany tuż przy plaży obok dwóch budynków. Pierwszy z nich, wykonany z blachy, uległ niszczycielskiej sile wiatru, soli morskiej i latom zaniedbania - stojąc teraz w całkowitej ruinie. Drugi dom, solidny, kamienny, przeszedł tak wielką transformację od mojej ostatniej wizyty sprzed roku, że ledwo go poznałem. Zyskał dach, drzwi i okna. Zapewne graffiti, które niegdyś pokrywały wewnętrzne ściany, również zniknęły, ale zasłony nie pozwalały mi tego sprawdzić.

Dom strażnika linii telegraficznej, jak wszyscy go nazywali, przez rok zmienił się nie do poznania. Z nagich murów przerodził się w zadbany, całkiem solidnie wyglądający budynek mieszkalny.

Valeria zatrzymała Clio obok pick-upa Nievasów. Carlucho i Dolores siedzieli na kamiennej plaży, dwadzieścia metrów dalej. Ruszyliśmy w ich stronę, stąpając głośno po chrzęszczących otoczakach. Carlucho przygotowywał sprzęt do wędkowania, a Dolores parzyła mate.

- Dom strażnika przeszedł niesamowitą metamorfozę, Carlucho - powiedziałem.

- Nieźle nam idzie - odpowiedział, nie kryjąc dumy. - W tym roku wzięliśmy się za niego na poważnie. W środku też sporo naprawiliśmy, ale jeszcze wiele brakuje. Dziś zapomniałem klucza, ale jeśli chcesz, przyjedziemy tu innego dnia i wszystko ci pokażę. Przy okazji moglibyśmy odmalować kuchnię.

- Nie wystarczy ci, że haruję na estancji? - zaśmiałem się.

- Z wiekiem stajesz się ekspertem w unikaniu pracy.

- A ty w zdobywaniu taniej siły roboczej. Wykorzystujesz nawet lokatorkę Caba?i!

Carlucho wybuchnął śmiechem i zaczął grzebać w swojej skrzynce wędkarskiej.

- Tutaj się mylisz. Niny nie trzeba prosić o pomoc, w przeciwieństwie do innych. Jest wolontariuszką w Stowarzyszeniu Przyjaciół Cabo Blanco i pracuje tak samo jak Dolores, ja oraz wiele innych osób. Robi to z czystej pasji.

- Nie wiem, skąd ta kobieta czerpie tyle energii - powiedziała Dolores. - Codziennie rano biega, niezależnie od tego, jaki wieje wiatr, pomaga w odbudowie domu strażnika, a dodatkowo pisze pracę doktorską. Ma energię dziewczyny przynajmniej o dwadzieścia lat młodszej.

Z ulgą przyjąłem do wiadomości, że nie tylko ja dostrzegałem w Ninie młodzieńczą energię. A więc nie wymyśliłem sobie tego jedynie po to, by w duchu usprawiedliwić swoją fascynację kobietą starszą ode mnie o całe dwadzieścia lat.

Carlucho spojrzał na swojego przyszłego zięcia i wskazał ręką dookoła.

- W Cabo Blanco są dwie rzeczy do roboty - powiedział, zagryzając kawałek żyłki, by zaciągnąć węzeł na haku. - Łowienie ryb i wchodzenie na latarnię.

- Nigdy nie miałem cierpliwości do wędkowania. Ktoś chce wejść na górę? - zapytał Pablo, wskazując na latarnię na północnym krańcu przylądka.

Zapadła chwila ciszy.

- Ja pasuję - powiedział Carlucho, zakładając na haczyk kawałek krewetki obtoczonej w kaszy kukurydzianej.

- Już tyle razy tam byliśmy... - dodała Dolores, podając mu mate - wolimy oszczędzać nogi na ważniejsze sprawy.

- Nie byłem tam od jakichś pięciu lat - powiedziałem. - Pójdę z tobą.

- Tak, chodźmy - zgodziła się Valeria.

Pożegnaliśmy Dolores i Carlucho, a następnie ruszyliśmy w stronę schodów prowadzących na szczyt klifu. Czekał nas półkilometrowy marsz.

Kiedy mijaliśmy zaparkowane obok budynków samochody, Pablo zatrzymał się, oparł dłoń na kamiennej ścianie domu i rozejrzał się wokół, ogarniając wzrokiem surowy krajobraz - z jednej strony morze i bezkresny step, z drugiej monumentalna skała. Latarnia morska była jedyną konstrukcją górującą nad tą opustoszałą scenerią.

- Lokalizacja może nie jest atrakcyjna, ale widoki to wynagradzają - powiedział, uśmiechając się. - Taki opis mógłby pojawić się w ogłoszeniu sprzedaży.

- Nie sądzę, żeby kiedykolwiek była na sprzedaż - odpowiedziałem. - Tamten blaszany budynek był kiedyś urzędem pocztowym oraz domem naczelnika, a ten tutaj należał do strażnika linii telegraficznej.

- Osoby odpowiedzialnej za jej konserwację i naprawy - dodała Valeria.

- Poczta? Tutaj? - zapytał Pablo, rozglądając się dookoła.

Szliśmy dalej w stronę latarni. Bongo radośnie biegał wokół nas, a Valeria i ja zaczęliśmy opowiadać Pablowi o historii Cabo Blanco, której nie sposób było się domyślić, patrząc na to miejsce. Opowiedzieliśmy o wszystkim, co wydarzyło się tu w pierwszej połowie XX wieku - o przybyciu geodetów wytyczających granice saliny, o pierwszych parowcach, których ładownie wypełniano solą transportowaną na końskich grzbietach, o kolejce wąskotorowej, która później zastąpiła konie, a także o kolejnych statkach i coraz większych dostawach soli.

Opowiedzieliśmy mu również o paradoksie tego miejsca - miasteczko, którego mieszkańcy byli przyzwyczajeni do zim i śniegu sięgającego kolan, ostatecznie pokonało... zimno. Kiedy wprowadzono chłodzenie żywności, magazyny pełne soli przestały być potrzebne do jej konserwacji.

Parowce zawijały do portu coraz rzadziej, aż w końcu całkowicie przestały przypływać. Zamknięto pocztę, ponieważ nie było już nikogo, kto mógłby wysyłać listy. Latarnia morska stała i obserwowała, jak u jej stóp umiera miasto, które niegdyś tętniło życiem.

Z dawnej osady nie pozostało niemal nic - ani port, ani tory kolejki, ani domy mieszkańców. Przetrwały jedynie latarnia i budynki poczty, a także cztery stare, wyblakłe krzyże, do których właśnie się zbliżaliśmy.

Gdyby nie żelazna krata otaczająca jeden z grobów, prawdopodobnie przeszlibyśmy obok, nie zwracając na niego uwagi. Bongo podszedł, powąchał sztachety i pobiegł dalej.

- A czyj to grób? - zapytał Pablo.

- Zawsze się nad tym zastanawiałam - przyznała Valeria, wzruszając ramionami.

- To była dziewczynka - powiedziałem. - Córka właściciela sklepu z narzędziami. Pochowali ją tutaj, otaczając grób niby-kołyską.

- A skąd ty to wiesz? - zapytał Pablo.

- Moje hobby, stare historie, rubryka w gazecie, pamiętasz?

- A, tak. Dziennikarstwo śledcze - odpowiedział, a ja wyczułem w jego głosie nutę ironii.

Zignorowałem to jednak i ruszyłem w stronę schodów.

Rozdział 13

Latarnia morska

Rozmowa stopniowo cichła, w miarę jak wspinaliśmy się po schodach prowadzących do podstawy latarni. Pablo liczył stopnie na głos - najpierw pojedynczo, potem dziesiątkami, aby oszczędzić siły. Tylko Bongo nie miał problemów ze wspinaczką. Co jakiś czas zbaczał z betonowych schodów i skakał między skałami, zaglądając w szczeliny, jakby na coś polował.

- Sto czternaście! - krzyknął zziajany Pablo, docierając na szczyt i opierając dłonie na kolanach.

Z domku przy latarni wyszedł niewysoki mężczyzna w niebieskim kombinezonie. Na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech, odsłaniający rząd równych, śnieżnobiałych zębów. Krótkie, czarne włosy nie poddawały się naporowi silnego wiatru, który w tym miejscu wiał znacznie mocniej niż na poziomie morza.

- Dzień dobry - przywitał się. - Zwiedzacie?

- I tak, i nie - odpowiedziała Valeria, przekrzykując wiatr. - Jesteśmy na wakacjach w Las Maras. Moi rodzice są właścicielami.

- Ach, to pewnie znacie latarnię lepiej ode mnie. Jestem tu dopiero od sześciu miesięcy. Nazywam się Tadeo - powiedział, ściskając nam dłonie.

- D o p i e r o od sześciu miesięcy? - Pablo parsknął śmiechem. - Przecież to miesiące izolacji od świata! Dla mnie to cała wieczność.

- Chyba źle go zrozumiałeś - wtrąciłem.

Tadeo uśmiechnął się do mnie z wdzięcznością.

- Jestem kapralem marynarki. Przeniesiono mnie na południe pół roku temu. Pracuję tu przez dwadzieścia dni, zajmując się konserwacją i nadzorem latarni, a potem na miesiąc wracam do bazy w Puerto Deseado.

- No i nie jesteś tu sam - zauważyła Valeria.

- Nie, zawsze jest nas dwóch - wskazał kciukiem na domek, z którego przed chwilą wyszedł.

- Można wejść na górę? - zapytał Pablo, zwracając głowę ku latarni.

- Oczywiście.

Tadeo sięgnął do kieszeni i wyjął mały, niepozorny klucz.

- W domu latarników mamy księgę gości. Jeśli chcecie, możecie później się do niej wpisać.

Weszliśmy do latarni przez niskie, masywne drzwi w ceglanej ścianie i zaczęliśmy wspinać się po krętych, metalowych schodach. Gdy Tadeo zamknął za nami drzwi, otoczyła nas ciemność. Jedynym źródłem światła były niewielkie prostokątne okienka, nie większe od pudełek na buty, rozmieszczone nieregularnie w zakrzywionej ścianie budynku. To była moja piąta lub szósta wspinaczka po schodach latarni.

Tym razem Pablo nie musiał liczyć na głos. Zanim zdążył otworzyć usta, Tadeo, niczym pilny uczeń, wyrecytował, że spiralne schody tworzy dziewięćdziesiąt osiem stopni, a latarnia ma dwadzieścia trzy metry wysokości.

Gdy dotarliśmy na górę, weszliśmy do ciasnego, okrągłego pomieszczenia, w którego centrum znajdował się szklany cylinder wielkości beczki.

- To soczewka Fresnela - wyjaśnił Tadeo.

Pochyliłem się nad nią, by zajrzeć do środka. Żarówka, nie większa niż pomarańcza, wyglądała dokładnie tak, jak ją zapamiętałem.

- Wielkości piłki nożnej - powiedziałem, puszczając oko do Pabla.

Valeria spojrzała na mnie z dezaprobatą, ale nic nie powiedziała. Gdy jej chłopak przykucnął, by obejrzeć żarówkę, z zewnątrz doszły nas odgłosy zawodzącego wiatru. Przy silniejszych podmuchach jego przenikliwy gwizd potęgował się, sprawiając, że aż dźwięczało w uszach.

- Wygląda jak zwykła żarówka - Pablo przyglądał się jej z fachową miną - ale na pewno ma bardzo wysokie napięcie.

- Dwanaście woltów - odparł wpatrzony w morze Tadeo - jak akumulator samochodowy.

Pablo zamilkł i odwrócił się do okna, gdzie zaczął wpatrywać się w bezkresny horyzont. Niebieskie morze łączyło się z szarym lądem, tworząc zawsze idealnie płaską linię.

Wyciągnąłem aparat i zrobiłem kilka zdjęć mierzei, którą dotarliśmy na przylądek, bezkresnego oceanu oraz dwóch aut stojących przy domkach pocztowych, które z tej wysokości wyglądały jak zabawki. Carlucho i Dolores siedzący przy linii wody byli zaledwie dwoma malutkimi punkcikami na brzegu.

- Czym się tu zajmujecie w wolnym czasie? - zapytał Pablo.

- Czym możemy - wzruszył ramionami Tadeo. - Gramy w karty, łowimy ryby, czytamy. Mamy też telewizję satelitarną.

- A Internet? - dopytałem.

- Jeszcze nie, ale podobno mają nam go podłączyć za kilka miesięcy.

- I nie nudzisz się tutaj? - zapytała Valeria.

- No... trochę. Ale to nic w porównaniu z tym jak żyło się tutaj na początku ubiegłego wieku. Wtedy dopiero było ciężko. Latarnia na naftę, brak schodów - trzeba było wspinać się po skałach. Do Deseado jeździło się konno i nie było radia ani żadnego innego środka komunikacji, poza alfabetem Morse'a.

- Faktycznie, nie masz na co narzekać - podsumowałem.

- Schodzimy? - rzucił Pablo, nie zauważając, że nadal robię zdjęcia.

- Chodźmy - zgodziła się Valeria.

Tadeo ruszył pierwszy, a ja ostatni.

Stąpając po krętych schodach, rozmyślałem o tym, o czym opowiadał Tadeo - o życiu latarników z początku wieku. Wyobrażałem sobie, jak sto lat przed całkowitym uzależnieniem społeczeństwa od komunikacji, tamci ludzie żyli bez kontaktu z otaczającym ich światem, zdani jedynie na oschły telegraf.

Wówczas nagle doznałem olśnienia - tak gwałtownego, że aż mnie zamroczyło. Spojrzałem w dół i zobaczyłem oddalające się głowy Pabla, Valerii i Tadea.

- Za chwilę do was dołączę. Chcę zrobić jeszcze kilka ujęć - powiedziałem, zatrzymując się przy jednym z małych okienek w murze latarni.

- Żaden problem - głos Tadea odbił się echem od okrągłych ścian.

Drżącymi palcami przewinąłem zdjęcia w aparacie. Na małym ekranie pojawiła się lakowa pieczęć listu od NN. Powiększyłem obraz.

Kropka. Przerwa. Cztery punkty tworzące linię. Kolejna przerwa. Kropka. Więcej przerw, więcej kropek, więcej linii.

- Morse - szepnąłem.

Wyłączyłem aparat i rzuciłem się pędem po spiralnych schodach w dół, zeskakując po dwa stopnie naraz, by jak najszybciej dogonić pozostałych.

Rozdział 1

List

Kiedy znalazłem list, o Fabianie Orquerze wiedziałem tyle, co każdy mieszkaniec Puerto Deseado. Przed laty pojechała na romantyczny weekend z jakimś mężczyzną i przepadła bez śladu. Jego - żonatego kandydata na burmistrza - znaleziono później nieprzytomnego, leżącego na podłodze w kałuży krwi, która nie należała ani do niego, ani do niej. Wszystko to wydarzyło się w domu położonym na odludziu, piętnaście kilometrów od najbliższego sąsiada.

W tym samym domu, w którym wiele lat później miałem spędzać niemal każde wakacje.

Kilka miesięcy po zaginięciu kobiety mężczyzna stanął przed sądem. Choć uniewinniono go z powodu braku dowodów, proces na zawsze pogrzebał jego karierę polityczną. To było wszystko, co wiedziałem o Fabianie Orquerze, gdy znalazłem tę pożółkłą, zniszczoną kopertę.

Tak przynajmniej wyglądały fakty, bo domysłów było tyle, ilu mieszkańców Puerto Deseado. Jedni szeptali o satanistycznych rytuałach, inni twierdzili, że już kiedyś kogoś zabił, a jeszcze inni podejrzewali, że to sprawka jego niewinnie wyglądającej żony.

Ale wróćmy do listu. Odkryłem go przypadkiem. Tego dnia, gdy po półtoragodzinnej podróży dotarłem do Las Maras, Dolores i Carlucho, przyjaciele moich rodziców, których traktowałem jak rodzinę, przywitali mnie napojem yerba mate. Rozmawialiśmy chwilę o podróży, pogodzie i innych mało znaczących sprawach, a potem zaprowadzili mnie do jednego z pięciu pokoi, który miał być moim domem przez całe lato.

Przypadło mi chyba największe pomieszczenie. Masywna drewniana komoda, za którą dałby fortunę niejeden antykwariusz, oraz wiszące nad nią lustro zajmowały większość ściany. W szufladach, oprócz kilku kulek naftaliny, nie było nic, więc ułożyłem w nich grube swetry. Nawet latem poranki w sercu Patagonii potrafią być chłodne. Otworzyłem najniższą szufladę i włożyłem do niej całą bieliznę, którą ze sobą zabrałem. Zamykając ją, zauważyłem wystający spod komody róg pożółkłego papieru. Wyciągnąłem go ostrożnie.

Była to stara koperta. Ktoś dawno temu napisał na niej drobnym, eleganckim pismem: "Dla znalazcy". Jedynym śladem nadawcy był czerwony lak z odciskiem okrągłej pieczęci na odwrocie.

Przez chwilę ważyłem kopertę w dłoniach, zastanawiając się, czy powinienem ją otworzyć. Ciekawość jednak zwyciężyła. W środku znajdowała się cienka, krucha kartka zapisana tym samym charakterem pisma:

ESTANCIA LAS MARAS, LISTOPAD 1998

PRZEZ PRAWIE SZESNAŚCIE LAT MILCZAŁEM. TO SZMAT CZASU. NIE MA JUŻ POWODU, BY TO UKRYWAĆ: RAÚL NIE ŻYJE OD ROKU, A MNIE SAMEMU PEWNIE NIEWIELE DNI POZOSTAŁO.

POSTANOWIŁEM WIĘC WYJAWIĆ, KIM JESTEM I GDZIE POCHOWAŁEM FABIANĘ ORQUERĘ.

ODPOWIEDŹ JEST NA WYCIĄGNIĘCIE RĘKI - UKRYŁEM JĄ NA STRONACH, KTÓRYCH NIKT JUŻ NIE CZYTA ANI NIE PAMIĘTA.

NN

Przeczytałem list kilkakrotnie, a z każdą lekturą moje serce biło coraz gwałtowniej. Krążąc po pokoju, wciąż zadawałem sobie te same pytania: Kim jest NN? Co zrobił Fabianie Orquerze? I co miał na myśli, mówiąc o stronach, których nikt już nie czyta?

Wtedy ktoś otworzył drzwi do sypialni.

Rozdział 2

Las Maras

- Kolacja za pięć minut, Nahuel - powiedziała Dolores Nievas, zaglądając do pokoju.

- Dzięki, Lola. Zaraz będę.

- Nie zwlekaj, wiesz, jak łatwo denerwuje się Carlucho - dodała, zamykając za sobą drzwi.

Spojrzałem na zegarek. Dochodziła dziesiąta wieczorem, a dzień wciąż trwał w najlepsze. Przez okno widziałem ogromną, czerwoną kulę słońca, powoli znikającą za horyzontem i rzucającą długie cienie na pusty patagoński płaskowyż. Oprócz kamiennej chaty, którą nazywaliśmy Caba?ą, i starego wiatraka, nic nie wystawało więcej niż pół metra ponad ziemię. Pozostałą część krajobrazu stanowiły jedynie szara gleba i niskie krzewy, ciągnące się aż po horyzont.

Schowałem list do koperty i włożyłem go do szuflady razem z bielizną, uświadamiając sobie, że od listopada 1998 roku, gdy NN go napisał, minęło ponad czternaście lat.

Po raz pierwszy od bardzo dawna moja rodzina i Nievasowie, właściciele Las Maras, nie spędzali wspólnie świąt. W listopadzie ojciec miał stan przedzawałowy, a lekarz zalecił, by pozostał w Puerto Deseado, blisko szpitala. Mimo protestów, przekonaliśmy go z mamą, by został na Boże Narodzenie i Nowy Rok w domu, choć oznaczało to zerwanie z tradycją starszą ode mnie.

Te święta okazały się najdziwniejszymi w całym moim życiu. Przywykłem do spędzania ich z rodzicami, ale nigdy w ich własnym domu. Nie w Puerto Deseado, wznosząc toasty z sąsiadami. W moim wyobrażeniu Nowy Rok to moment, gdy pięć po dwunastej jedynie nasze fajerwerki rozświetlają niebo. To chwila, gdy po opróżnieniu połowy talerzyków z prażonymi orzeszkami, pijani i objęci Carlucho z moim ojcem intonują kolejną chacarerę. Gdy około czwartej nad ranem zaczyna się rozjaśniać, a my zasłaniamy okna i bawimy się dalej.

To właśnie ta nostalgia skłoniła mnie w południe drugiego stycznia, po zjedzeniu resztek noworocznej kolacji, do odwiedzenia Nievasów w Las Maras. Wiedziałem, że nie będzie to to samo, co świętowanie z nimi, zwłaszcza że większość z dwudziestu kilku osób, które zazwyczaj spędzały z nami ten czas, zapewne już dawno powróciła do domów. Tylko Carlucho i Dolores zostawali jak zawsze do połowy stycznia. Mimo to chciałem spędzić kilka dni na wsi, z dala od telefonu, Internetu i dzieci krzyczących na ulicy: "Dzień dobry, psorze!".

Tak więc, po deserze i wypiciu yerby z rodzicami, otworzyłem drzwi Fiata Uno i przesunąłem fotel kierowcy do przodu. Mój pies Bongo otrząsnął czarne futro, szczeknął, spoglądając na mnie swoim pooranym bliznami pyskiem, i wskoczył do środka jednym susem. Osiemdziesiąt kilometrów dzielących Puerto Deseado od Las Maras pokonaliśmy przy dźwiękach Charly'ego Garcíi, śpiewając wszystkie utwory z albumu "Casandra Lange".

Rozdział 3

Pablo

Jak co roku o tej porze stół w jadalni wydłużono, kładąc deski na drewnianych kozłach. Carlucho zajął miejsce u szczytu, a obok niego usiadła Dolores, subtelnym gestem ponaglając mnie, bym się pospieszył. Naprzeciw niej Valeria, jedyna córka gospodarzy, flirtowała ze swoim nowym chłopakiem.

Gdy wszedłem, Carlucho spojrzał na mnie wymownie.

- Pospiesz się, Nahuel, bo wystygnie - powiedział.

Usiadłem obok Dolores, naprzeciw chłopaka Valerii, który, jak się później dowiedziałem, miał na imię Pablo.

- Wybaczcie, że podaję wam odgrzewane jedzenie, ale przecież nie wyrzucimy tego - powiedział Carlucho, wskazując na półmisek, na którym ledwie mieścił się udziec jagnięcy. - Zostało z pieczeni, którą robiliśmy w południe na pożegnanie ostatnich krewnych.

- Żartuje pan, panie Carlos? Gdyby podali mi coś takiego w restauracji i kazali zapłacić jak za zboże, zostawiłbym dwa razy tyle napiwku - powiedział przymilnie chłopak Valerii.

Jego komentarz wydał mi się wyjątkowo głupkowaty, ale rozumiałem, że chciał się przypodobać przyszłym teściom. W końcu pokonał trzysta pięćdziesiąt kilometrów, w tym sześćdziesiąt szutrowymi drogami z Comodoro Rivadavia, aby poznać rodziców Valerii.

- Komplementy zachowaj dla mojej córki - odpowiedział Carlucho, wbijając szeroki nóż w udziec.

Pablo zaczął coś mamrotać w ramach przeprosin, ale przerwał mu chropowaty śmiech Carlucha. Gospodarz odkroił kawał mięsa i położył go na talerzu Pabla.

- Ostrzegałam cię, jaki jest mój ojciec - powiedziała ze śmiechem Valeria, całując chłopaka w policzek.

Odwróciłem wzrok, udając zainteresowanie jedzeniem.

Carlucho rozdzielił mięso pomiędzy wszystkich, a Dolores nalała do kieliszków torrontés salte?o i zaczęliśmy jeść.

Rozmowa toczyła się głównie wokół pytań, które Pablo zadawał Carluchowi. Pytał o liczbę owiec, ilość wełny z jednej sztuki czy zyskowność gospodarstwa, a Carlucho odpowiadał bez entuzjazmu, raczej z obowiązku niż z chęci. Kiedy na stole pojawiły się resztki tiramisu i ciasta cytrynowego, Pablo już wiedział, że z Valerią powinien być wyłącznie z miłości, bo jedyny zysk i tak przypadnie bankowi.

- Vale mówiła, że zajmujesz się informatyką. Naprawiasz komputery? - zapytała Dolores swojego przyszłego zięcia.

- Niezupełnie. Tworzę oprogramowania.

Nievasowie spojrzeli na niego zdezorientowani.

- Pisze programy komputerowe. Takie jak Word - wyjaśniłem.

- Dzięki, Nahuel - rzucił Pablo. - Pracuję dla największej firmy w Comodoro w tej branży. Większość naszych klientów to firmy naftowe.

- I lubisz to? - spytałem.

Spojrzał na mnie zaskoczony, jakby nikt wcześniej go o to nie pytał.

- Nie narzekam. Dużo pracuję, ale to jedna z najlepiej płacących firm w kraju. A ty, czym się zajmujesz, Nahuel?

- Jestem nauczycielem.

- W szkole? - spytał, jakby źle usłyszał.

- Tak, uczę drugą i trzecią klasę. Dzieci w wieku siedmiu i ośmiu lat.

Pablo włożył do ust pełną łyżeczkę deseru. Gdy wyjął ją czystą, wskazał nią w moją stronę.

- Mam być szczery? Ja bym nie dał rady.

"Dziękuję za informację. Bardzo odkrywcze" - pomyślałem.

- To nie jest zajęcie dla każdego - wtrąciła Dolores, która przeszła na emeryturę jako dyrektorka szkoły, w której pracowałem. - Dzieci bywają trudne, czasami nawet okrutne. Jeśli nie potrafisz utrzymać ich zainteresowania, jesteś skończony. Ale Nahuel ma do tego ogromny talent. Uczniowie go uwielbiają.

- Czy nie przesadzasz trochę, bo mnie lubisz?

- Przesadzasz t r o c h ę ? - wtrąciła się Valeria, a potem dodała, imitując wysoki głos matki: "Na co masz dziś ochotę, Nahuelku?", "Nie wstawaj, zaraz przyniosę ci mate do łóżka".

- Trudno go nie lubić. To syn, którego nigdy nie miałam - powiedziała Dolores, patrząc na Pabla, i lekko poklepała mnie po głowie.

Na chwilę mój wzrok spotkał się ze spojrzeniem Valerii. Chciałem coś przełknąć, ale poczułem ucisk w gardle.

- Czyli jesteś lubianym nauczycielem - skwitował Pablo, próbując rozładować atmosferę.

- A także pisarzem - szybko dodała Dolores, nie dając mi dojść do słowa.

- Serio? - Pablo spojrzał na mnie z wyraźnym zaciekawieniem.

- Wszystko, co mówi Dolores, traktuj z dystansem, jak słowa każdej matki. Jestem zwykłym nauczycielem. Pisanie traktuję jako hobby. Od tego do....

- Powieści? - przerwał Pablo.

- Nie, nie mam aż takiej wyobraźni. Gdybym miał jakoś nazwać to, co robię, byłoby to bliższe dziennikarstwu niż pisarstwu. Od czasu do czasu publikuję w jednej z rubryk w lokalnej gazecie "El Orden".

- Czyli jesteś kimś więcej niż amatorem. O czym jest ta rubryka?

- Szczerze mówiąc, trudno ją zdefiniować. Można powiedzieć, że to dziennikarstwo śledcze, ale na skalę miasteczka. Na przykład w październiku napisałem dwustronicową historię o tym, jak po wieczornym pokerze między radnymi a ich kumplami ziemia przeznaczona na plac osiedlowy zamieniła się w plac pod lokale handlowe.

- "Plac innych gier" - powiedział Carlucho.

- Tak brzmiał tytuł artykułu, a teraz tak nazywają to miejsce ludzie w mieście - dodała Dolores.

- Czyli to, czy jesteś lubiany, zależy od tego, kogo zapytasz - podsumował Pablo.

- Dokładnie. Jest sporo osób, które nie mogą mnie znieść. Trudno im się dziwić. Kiedy człowiek publicznie wyciąga lokalne brudy w tak małej społeczności, nie sposób nie mieć wrogów. Co jakiś czas dostaję nawet pogróżki. Głównie wiadomości na telefon.

- I nie boisz się trochę? - zapytał Pablo.

- Bać się nie boję, ale jestem ostrożny. Gdy ktoś mi grozi, tydzień później opisuję sprawę w artykule. Jeśli wiem, kto to, podaję imię i nazwisko. Jeśli nie, drukuję treść wiadomości i piszę list otwarty.

- Albo odwiedzasz ich w domu i dajesz po mordzie - dorzuciła Valeria.

- Tylko czasami. Zazwyczaj wystarczy publiczne napiętnowanie - po takim ujawnieniu nikt już nie odważa się zrobić mi krzywdy. Poza tym, nie wszystko, co publikuję, jest aż tak kontrowersyjne.

- Twoje hobby jest bardziej ryzykowne niż moje - powiedział Pablo. Ja zbieram monety, a one raczej nikomu nie szkodzą.

- Masz już pomysł na kolejną historię, Nahuel? - zapytała Valeria.

- Tak. Rozważam napisanie artykułu o Fabianie Orquerze. Ten pomysł przyszedł mi do głowy całkiem niedawno.

Dokładniej mówiąc - niecałą godzinę temu, ale ten akurat fakt wolałem jednak przemilczeć.

Na dźwięk tego nazwiska rozmowa momentalnie ucichła. Carlucho i Dolores wymienili ukradkowe spojrzenia, po czym kobieta zaproponowała, jakby odrobinę nerwowo:

- Może ktoś się napije kawy?

Wszyscy natychmiast się zgodzili.

Rozdział 4

Zniknięcie

- Fabiana Orquera - wyjaśniła Valeria Pablowi - to kobieta, która zniknęła bez śladu w tym domu na początku lat osiemdziesiątych.

- Dokładnie w marcu 1983 roku - doprecyzował Carlucho.

- Jak to "zniknęła"?

- Miałem wtedy mniej więcej tyle lat co wy, i właśnie przejąłem gospodarstwo - zaczął Carlucho. - Niedawno zmarła moja matka, a ojciec, zbliżający się do siedemdziesiątki, nie mógł dłużej mieszkać sam. Gdyby coś mu się stało, nie miałby kto mu pomóc: najbliższy sąsiad mieszkał piętnaście kilometrów dalej, a do szpitala mieliśmy aż osiemdziesiąt. Przekonałem go, żeby przeniósł się do Deseado.

- A co stało się z gospodarstwem? Zostało bez opieki? - zapytał Pablo.

- Gospodarstwa nie można zostawić bez opieki - zaśmiał się Carlucho. - Ale ja również nie mogłem się tu przenieść, bo warsztat w Deseado przynosił całkiem niezły dochód. Zatrudniłem więc pracownika, który miał doglądać bieżących spraw. Ja wpadałem tylko na weekendy, żeby wszystko przypilnować.

- I wystarczyła jedna osoba do obsługi gospodarstwa o powierzchni dwudziestu tysięcy hektarów?

- Do podstawowych prac, tak. Dobry pracownik spokojnie poradzi sobie z przeglądem ogrodzeń, opieką nad owcami czy pilnowaniem domu. Do cięższych robót, takich jak strzyżenie czy znakowanie zwierząt, zawsze wynajmujemy dodatkowych ludzi. Robimy tak od ponad trzydziestu lat.

Pablo wciąż nie był do końca przekonany. Komuś, kto nie znał realiów patagońskiego gospodarstwa, trudno było sobie wyobrazić samotnego człowieka na tak wielkiej przestrzeni, poruszającego się głównie konno po terenie wielkości małego kraju.

- Ponieważ pracownik mieszkał w domku po drugiej stronie tamaryszków, ten dom stał pusty - kontynuował Carlucho. - Wpadłem więc na pomysł, że w weekendy, kiedy mnie tu nie będzie, mogę go wynajmować i zarobić dodatkowe pieniądze.

- A są na to chętni w takim miejscu? - spytał Pablo. - Deseado jest przecież osiemdziesiąt kilometrów stąd, a Comodoro prawie trzysta. Kto wynajmuje dom na takim odludziu?

- Też się nad tym zastanawiałem, kiedy jakieś trzydzieści lat temu pierwszy raz dałem ogłoszenie do gazety "El Orden". Ku mojemu zdziwieniu, szybko okazało się, że zainteresowanie było całkiem spore, szczególnie wśród osób zamężnych.

- Małżeństw? - zdziwił się Pablo.

- Raczej osób w małżeństwie - sprostował Carlucho.

Pablo spojrzał zdezorientowany na Valerię.

- Wyobraź sobie, że mieszkasz w miasteczku, gdzie wszyscy wszystko o sobie wiedzą - zaczęła wyjaśniać dziewczyna. - Jesteś żonaty, ale masz romans. Nie możesz spotkać się z kochanką w jej domu, bo ktoś na pewno cię zauważy. Hotel też odpada - recepcjonista zna ciebie albo kogoś z twojej rodziny. Dokąd się wtedy udasz?

- Pojechałbym na weekend do Comodoro - odparł Pablo bez wahania.

- Myślisz jak człowiek z miasta - zaśmiała się Valeria. - W Comodoro roi się od mieszkańców Deseado. Nie mamy tutaj uniwersytetu, dużych sklepów, a do niedawna nie było nawet okulisty. Dokąd wszyscy jeżdżą załatwiać takie sprawy? Do Comodoro.

- Czyli wynajmował pan ten dom na schadzki? - Pablo spojrzał pytająco na Carlucha.

- Nie. Wynajmowałem go każdemu, kto chciał spędzić weekend na wsi. Nie zadawałem żadnych pytań.

- A co się stało z Fabianą Orquerą, Carlucho? - wtrąciłem, by skierować rozmowę na właściwe tory.

- Pewnego dnia do mojego warsztatu przyszedł Raúl Báez i poprosił o wynajęcie domu na następny weekend. Odmówiłem, bo sam planowałem przyjechać tu z twoim ojcem - Carlucho spojrzał na mnie. Chcieliśmy zapolować na guanako i połowić ryby w Cabo Blanco. Byliśmy wtedy kawalerami, choć twój tata spotykał się już z twoją mamą, a ja i Dolores mieliśmy się wkrótce pobrać.

Mój ojciec i Carlucho byli przyjaciółmi jeszcze z czasów dzieciństwa. Poznali się w szkole, do której chodziłem ja sam i w której teraz uczyłem. Po sześćdziesięciu pięciu latach wciąż się przyjaźnili. Mój ojciec, od lat na emeryturze, wpadał do warsztatu dwa, trzy razy w tygodniu, żeby napić się mate.

Gdyby nie problemy zdrowotne ojca, tego dnia siedziałby tu z nami w Las Maras, pomagając Carluchowi opróżniać kolejną butelkę torrontés.

- Ale Báez nie odpuszczał. Powiedział, że musi wynająć dom właśnie na ten weekend i zaproponował podwójną stawkę.

- Typowe dla kogoś z grubym portfelem - mruknął Pablo.

- Nie. Nie o to chodziło. To nie była arogancja bogatego człowieka. Zachowywał się raczej jak ktoś zdesperowany, kto prosi o przysługę.

- Powiedział, po co potrzebował domu? - spytała Valeria.

- Nauczyłem się już wtedy nie zadawać takich pytań. Po prostu zgodziłem się na jego warunki. Prawdę mówiąc... - Carlucho ściszył głos i pokazał nam złotą obrączkę na lewej dłoni. - Za te pieniądze kupiłem to.

Podniósł lewą rękę, aby pokazać nam swoją dłoń. Kciukiem wskazał na złotą obrączkę ślubną na swoim grubym palcu.

- Ale tego szczegółu nie zapisuj, Nahuel, bo Dolores nie lubi, gdy o tym wspominam.

- Nie o to chodzi - powiedziała Dolores, wyłaniając się zza drzwi z tacą pełną filiżanek parującej kawy. - Po prostu nie lubię, gdy łączysz symbol naszego małżeństwa z tymi niefortunnymi wydarzeniami. Te obrączki, prędzej czy później, kupiłbyś tak czy siak - gdyby nie Báez, zarobiłbyś na nie, naprawiając samochód albo wynajmując dom komuś innemu.

- Oczywiście, kochanie - mężczyzna uśmiechnął się do niej łagodnie. - Wracając do tematu: umówiliśmy się, że klucze zostawi mi w warsztacie w poniedziałek rano, w specjalnym schowku. Wyjechałem na parę dni do Comodoro, a kiedy wróciłem we wtorek, klucza w skrytce nie było. Zaniepokojony, pojechałem więc do jego domu. Drzwi otworzyła mi jego żona. Miała oczy zapuchnięte od płaczu. Ledwie mnie ujrzała, wpadła w furię - zaczęła mnie okładać pięściami, krzycząc, że wszystko to moja wina.

- Báez miał żonę? - spytał Pablo.

- Już ci mówiłem, że prawie wszyscy, którzy wynajmowali ten dom, mieli żony.

- I co powiedziałeś tej kobiecie? - spytałem.

- Nic. Co miałem powiedzieć? Poprosiłem, żeby się uspokoiła i wyjaśniła, co się stało. Ale ona tylko płakała, krzycząc, że Báez przeze mnie jest w więzieniu. Według niej, gdybym nie wynajął mu domu na schadzkę z kochanką, nic złego by się nie wydarzyło.

- Ale co właściwie się stało? - zapytał Pablo.

Carlucho wstał od stołu i skinął na nas, żebyśmy poszli za nim.