Rozdział 1. Włóczęga
Rok 2004
Victor Moss szedł do starego tunelu. Chciał za wszelką cenę uniknąć zatrzymania. Sprzyjał mu gorączkowy ruch panujący na zamkowych korytarzach. Właśnie trwały przygotowywania do wyjazdu polskiego zespołu ekspedycyjnego, który miał wyruszyć nazajutrz w rejon Zatoki Perskiej.
Moss, przebrany w cywilne ubranie, tym razem nie wzbudzał większego zainteresowania. Zamek w Baranowie Sandomierskim był w miarę dobrze strzeżony, dlatego jeśli ktoś już tutaj przebywał, to musiały być ku temu istotne powody. Idąc zatem pewnym krokiem, mijał wojskowych bez podejrzeń. Zresztą wszyscy mieli ręce pełne roboty, włącznie z odpowiedzialną za bezpieczeństwo żandarmerią. Ta, zachowując poufność, zablokowała wszelki ruch na posterunkach, sama musząc skupić swe siły na wydarzeniach sprzed kilku chwil, bowiem na terenie zamkowego hotelu w dramatycznych okolicznościach zginęło sześć osób. Wśród nich dwaj ważni duchowni, którzy wspomagali dowództwo ekspedycji specjalistyczną wiedzą o starożytnym Sumerze. Wiedza ta miała być pomocna w dotarciu do miejsca, o którym mgliście wspominały zapiski w starym arabskim notesie. Najistotniejsze informacje były w nim skryte w zmyślny sposób, zapisane starożytnym pismem klinowym. Sprawę można by potraktować jako ciekawostkę bibliofilską lub archeologiczną, gdyby nie fakt, że interesowały się nią wywiady wielu państw.
Zainteresowanie to było wręcz śmiertelnie niebezpieczne, o czym wielokrotnie przekonywał się Moss - były major amerykańskich komandosów. Dzisiejsze morderstwa były kolejnymi dowodami, że tajemnice skrywane w notesie mają znaczenie strategiczne. On sam, stając się mimowolnym uczestnikiem tej jatki, chciał teraz jak najszybciej opuścić zamek. Miał uzasadnione obawy, iż ta sytuacja, w której kolejny raz zetknął się ze śmiercią, zaciąży na nim, spychając go w egzystencjalną przepaść niebytu. Dokładano bowiem sporo wysiłków, by go wpierw zdyskredytować wśród polskiego zespołu, któremu miał doradzać, a teraz obciążyć śmiercią ekspertów. Nie wiedział, kto za tym stoi, bo tropy prowadziły do kilku źródeł, jednak stojące za nimi organizacje musiały być potężne. Od momentu koniecznej ucieczki ze swej ojczyzny miał nadzieję, że wraz ze swoim towarzyszem broni, Peterem Nowakiem, znajdzie tutaj swoje miejsce i ostoję. Teraz poczuł na własnej skórze, że nawet w dobrze strzeżonej jednostce specjalnej nie może czuć się bezpiecznie. Podobnie jak inni. Znając z okresu wojny teren Zatoki Perskiej i Iraku, musiał znowu uciekać. Nie chcąc jednak utracić resztek godności, zamierzał nie tylko dowieść swej niewinności, ale także przydatności w dużej, jak się wydawało, sprawie i udowodnić, że potrafi odnaleźć ukryty cel. Jak podejrzewał, tylko z pozoru mający związek ze starożytnością. Zdobyte w misjach specjalnych doświadczenie oraz wiedza uzyskana od polskiego rządu pozwalały wyciągnąć wniosek, że po rozwikłaniu kodu ukrytego w notesie ujawni się lukratywna informacja o składnikach technologii, która pomoże zdobyć strategiczną przewagę temu, kto ją odnajdzie. Być może z pożytkiem dla społeczeństw wielu krajów.
Ta myśl napędzała go. Idąc w kierunku jedynego miejsca, które mogło wyprowadzić go z tego nieoczekiwanego kotła, czuł żal do niektórych Polaków, którzy potraktowali go jak wroga. Czarę goryczy przelał Peter, a w zasadzie spolszczony Piotr Nowak, służący pod jego komendą jako sierżant podczas wojny w Iraku. Kiedyś lojalny przyjaciel, ratujący mu życie, a tutaj dystansujący się od niego, pozostający jedynie biernym sprzymierzeńcem, stający się lojalnym wobec polskiego kierownictwa ekspedycji wojskowej.
Wszystko zaczęło się od niejasnej opowieści zarysowanej w ukrytych zapiskach starego notesu. Skopiowana w kilku innych podobnych artefaktach, wywróciła życie Mossa i Petera do góry nogami. Jakaś zagadkowa historia sięgająca Sumeru, która jak się okazało, potrafiła zwrócić na siebie uwagę potężnych tego świata, podporządkowując sobie wiele organizacji i ludzkich istnień, gasząc przy tym szereg z nich na zawsze.
Moss wyzwolił się z bycia ofiarą i stał się wybawicielem. Wewnętrzne poczucie krzywdy przekuł w poświęcenie się sprawie, co pomogło mu w podjęciu decyzji za kierownictwo ekspedycji. Misji mającej pomóc Polakom i sobie w przekonaniu, że najlepiej, jeśli teraz sam zajmie się odnalezieniem celu.
Gdy stanął przed drzwiami pomieszczenia gospodarczego, upewnił się, czy droga jest bezpieczna. Musiał niepostrzeżenie opuścić pilnie strzeżony obóz wojskowy na zaadaptowanym do tego celu baranowskim zamku wraz z przyległym parkiem, mającym ukryć przed niepowołanymi oczami przygotowywania. Błąd mógłby go kosztować życie. Nastawił uszu i usłyszał wymianę zdań dochodzącą od strony głównego wyjścia. Z tła ostrej dyskusji wyłoniły się kroki. Stawały się coraz głośniejsze. Zdjął worek i położył go u drzwi. Wyprężył ciało. Pochylił głowę, koncentrując się na dochodzących dźwiękach. Ujrzał kilku żołnierzy taszczących pojemniki na sprzęt.
Odetchnął z ulgą. Na wszelki wypadek wyciągnął telefon i zaczął udawać, że rozmawia. W ten sposób udało mu się zasłonić twarz.
- Stąd nigdzie się nie połączysz - odezwał się jeden z nadchodzących żołnierzy.
Moss nic nie odpowiedział - nie zamierzając się zdradzać swą słabą znajomością polskiego. Kiwnął jedynie głową i spojrzał porozumiewawczo na pozostałych wojskowych. Tamci uśmiechnęli się i poszli dalej, dowcipkując i nie mając świadomości, że właśnie zignorowali osobę, której ignorować nie powinni.
Czas skurczył się do minut.
Kilkanaście metrów dalej Moss przekręcił energicznie klucz. Zgrzytnięcie zamka zlało się z odgłosami kolejnych kroków. Wślizgnął się do pomieszczenia kuchennego, zamykając się od wewnątrz. Przeszedł do sali biesiadnej i korytarzykiem do kolejnych drzwi. Nacisnął klamkę podwoi oddzielających go od zaplecza, ale były zamknięte.
- Co u licha? - warknął pod nosem zaskoczony.
Spojrzał na nietypową dziurkę od klucza. Nie zauważył tego wcześniej. Rozejrzał się w poszukiwaniu jakiegoś przedmiotu, którym mógłby podważyć drzwi. Niestety, bez sukcesu. Naparł na nie z całych sił swym dużym ciałem. Lekko poddały się, jednak wciąż stanowiły przeszkodę. Spróbował jeszcze raz. Kiedy zawiasy zatrzeszczały, doszedł do niego z zewnątrz głuchy dźwięk. Zastygł, nasłuchując. Zidentyfikował kroki kilku osób idących w milczeniu. Nie wróżyło to niczego dobrego. Zdesperowany kopnął w drzwi na wysokości zamka. Powstała szczelina, w którą szybko włożył nóż. Kroki jakby przyspieszyły. Pociągnął ostrze w górę, poczuł opór. Wtedy kroki ucichły. Podważył rygiel i lekko przesunął go w kierunku otworu zamka, jednak nie uzyskał zamierzonego efektu.
Czasu było coraz mniej - ktoś wyważył prowadzące do kuchni drzwi.
Chwycił nóż oburącz i zagryzając zęby, spróbował jeszcze raz podważyć rygiel. Drewno zatrzeszczało i ostrze wreszcie przesunęło go. Drzwi odskoczyły. Wskoczył do środka, domykając ich skrzydło, po czym zablokował je nadepniętym wcześniej kamieniem. Czatował. Wszystko ucichło. Po chwili zapalił małą latarkę, by pomóc sobie w odnalezieniu zamaskowanego wejścia, które odkrył jakiś czas temu. Doszedł na palcach do ściany. Za plecami usłyszał podejrzane szmery. Tętno mu przyspieszyło. Włożył latarkę do ust, oświetlając krawędź maskującego fragmentu ściany. Złapał ją i pociągnął, łamiąc paznokieć. Odsunęła się z mniejszym oporem aniżeli wcześniej drzwi. Będąc w środku, zgasił latarkę. Zamykając się od wewnątrz, dostrzegł przez szczelinę poświatę dochodzącą z głębi pomieszczenia, w którym przed chwilą się znajdował. Ktoś musiał je na chwilę oświetlić.
"Jest szansa", pomyślał z nadzieją. "Nie mają noktowizorów".
Docisnął szczelnie fragment maskującej ściany i ostrożnie stawiając stopy, ruszył tajemnym przejściem, który musieli zbudować jeszcze kilkaset lat temu budowniczy tego zamku. Zdążył go wcześniej spenetrować, dlatego mógł go pokonać w ciemności. Doszedł go charakterystyczny zapach wilgoci zmieszany ze stęchlizną, potwierdzający leciwość tunelu oraz skutki powodzi niedalekiej Wisły.
Co chwilę jego buty obsuwały się na śliskich kamieniach, momentami grzęznąc w podmokłym gruncie. Cuchnącą mazią wysmarował sobie twarz, po czym poszedł dalej, wyciągniętą ręką odsuwając po drodze zwisające nitki korzeni oraz pajęczyn. Kiedy dotarł do wylotu, musiał wpierw odsunąć zagradzający go głaz. Odsunął go więc powoli, by ruch nie zwrócił na zewnątrz czyjejś uwagi, i ostrożnie wysunął zamaskowaną na ciemno głowę.
Rozejrzał się wokół płaskiego terenu porośniętego starodrzewem i młodymi krzewami. Nikogo nie zauważył, jednak zaniepokoił go dochodzący od strony zamku hałas. Zaszył się w trawie, sprawdzając, co jest źródłem dźwięku. Dochodził z zamkowego hotelu, gdzie prawdopodobnie gorączkowo przeszukiwano pomieszczenia, próbując znaleźć zabójcę. Obserwując przez chwilę biegnących w tamtym kierunku ludzi, nie spostrzegł patrolu, który właśnie wszedł mu w pole widzenia.
"Mają mnie!", przeszyła go myśl rezygnacji.
Zdesperowany przytknął nos do ziemi. Poczuł woń próchna. Nie poruszył się, aby nie dawać tamtym pretekstu do zastrzelenia go.
"Niech sami podejdą i mnie podniosą".
Czekał na swój powolny koniec. Mógłby przysiąść, że słyszy szmer poruszającej się na wietrze trawy. Spodziewał się zaraz usłyszeć dźwięk ujadania psa zmieszanego z krzykami.
Podniósł wzrok. Nikt nie stał jednak nad jego głową z wymierzoną bronią. Ludzie z patrolu minęli go i teraz szli wolnym krokiem, spoglądając co jakiś czas w kierunku zamieszania. Spuścił z ulgą głowę, dotykając czołem trawy.
Do metalowego ogrodzenia pozostało mu jeszcze kilkadziesiąt metrów. Widoczność była dobra, a do zachodu słońca pozostało niewiele czasu. Dla niego było to jednak aż zbyt wiele.
Wstał i posuwając się wolno na ugiętych nogach, podreptał do płotu. Patrol zniknął mu z oczu. Przyczaił się więc i obserwował zamkowe otoczenie. Pozostała w nim jeszcze silna obawa, że przeoczył jakiegoś snajpera, który teraz tylko czeka na sposobność do odstrzelenia mu głowy.
Utrata życia wiązałaby się z pośmiertnym przypisaniem mu win i wieczną hańbą. Wrogowie za to odetchnęliby z ulgą, mogąc dalej działać bezkarnie. Przed zaryzykowaniem powstrzymywało go jeszcze jedno: pozostawienie polskiej ekspedycji wojskowej samej na terenie Iraku i obarczenie go jeszcze jednym zarzutem - dezercji i tchórzostwa. Tak czy siak musiał przeżyć, aby udowodnić, że jest inaczej. Wplątany w zabójstwa duchownych ekspertów, został jednocześnie pozbawiony możliwości kontaktowania się z przychylnym mu wicepremierem Wolskim oraz koordynującym misję generałem Merdenem. Choć w przypadku tego drugiego nie ubolewał nad tym, biorąc pod uwagę stronniczość wojskowego. Razem tworzyli na tyle niespójne grono decyzyjne, że polska misja straciła tylko bezcenny czas.
Wobec nagonki i niekorzystnego biegu wydarzeń motorem napędzającym majora Mossa do indywidualnego działania stało się po raz pierwszy jego własne ego, postawione ponad cele Polaków. Nałożyły się na tę jego decyzję także brak okazywanego mu zaufania przez polskie dowództwo oraz brak kompetencji przywódczych, niezbędnych do prowadzenia tak specyficznej misji.
Obserwując właśnie zdezorientowaną żandarmerię i pracę wart, był zadowolony z braków w wyszkoleniu podkomendnych pułkownika Jawora. Dwukrotnie udane zamachy wewnątrz polowego garnizonu dowodziły, w jego ocenie, słabemu przygotowaniu wywiadu Brabowskiego i żandarmerii Kowalskiego oraz Rafalskiego, których poznał na tutejszych naradach przygotowawczych.
Mając czas na obserwację i rozmyślania, przyłapał się na obarczaniu nieudolnością kogoś innego zamiast szukania odpowiedzialności w sobie.
"Dlaczego tak łatwo mi to teraz przychodzi?", naszła go refleksja. "Przecież stałem się oficjalnym doradcą misji już tutaj, więc mogłem coś z tym zrobić. Może przemawia przeze mnie pycha, bo nie powierzono mi dowództwa?", zastanawiał się przez chwilę.
Zachodzące słońce zasłoniła chmura, pogarszając warunki obserwacyjne. Moss poderwał się jak przy ataku i przerzucił ciało na drugą stronę nasypu przybliżającego go do ostatniej przeszkody, jaką był mur ogradzający teren zamkowego parku. Znieruchomiał. Spojrzał na chmury odbijające krwawo promienie zachodzącego słońca. Krawędź nasypu przybrała podobny kolor, przywołując wojenne skojarzenia. Wzdrygnął się.
"Jeszcze tylko ten wał", dopingował się do maksymalnego wysiłku.
W tych warunkach czterometrowy mur stawał się istotną przeszkodą w realizacji jego planów. Czas uciekał, a jego szanse malały. Podczołgał się po skarpie niczym salamandra. Założony pas z banknotami i taszczony ze sobą worek spowalniały go, jednak bez nich trudno byłoby mu dostać się na inny kontynent. Musiał działać bardziej jak dywersant, aniżeli komandos.
Wspinając się, starał się nie zadręczać z powodu zaimprowizowania akcji.
"To mnie kiedyś zabije", pomyślał z sarkazmem, wystawiając się na łatwy cel. Z korony wału zsunął się prędko, chowając się po drugiej stronie muru.
"Coś za dobrze mi idzie", poczuł intuicyjny niepokój. "Czyżby mieli mnie zlikwidować poza jednostką?"
Myśli Victora zaprzątnięte były przetrwaniem i nie wybiegały dalej niż do najbliższej ulicy. Misja, notes czy Ewa - musiały poczekać. Teraz ponownie uruchomiła się w nim maszyna bojowa, skoncentrowana na rozwiązywaniu bieżących i krytycznych sytuacji, wyborach krótkotrwałych priorytetów oraz eliminacji rozwiązań zbyt ryzykownych. Musiał wybrać opcje dające największe szanse na powodzenie. Niczym biznesmen, tyle że na polu walki, choć teraz była nim droga do miejsca, w którym zamierzał znaleźć klucz do rozwiązania zagadki. A więc priorytetem stało się odnalezienie anomalii poprzez nić zdarzeń przy pomocy artefaktu - starego notesu.
Był już pewien, że jego przeciwnikami są spece. Po sposobie przeprowadzanych na niego zamachów oraz zastosowanych środkach domyślał się, że nie byli to bojownicy czy zwyczajni żołnierze. Wywijał się im dzięki swojemu wyszkoleniu, dużemu doświadczeniu oraz odrobinie szczęścia. Nieświadomy zawieszenia na nim wzroku od momentu pokonywania muru.
Zawiesił na nim wzrok od momentu pokonywania muru. Uzbrojony w lornetkę, obserwował Mossa z narożnej baszty baranowskiego zamku.
Victor zniżył głowę, przebijając się wzrokiem przez rozchylone źdźbła traw. Ponownie zlustrował korony drzew. Nic nie wzbudziło jego niepokoju. Czuł presję czasu. Napiął mięśnie i wyrzucił ciało do przodu. Ześlizgnął się po pochyłej skarpie, wyhamowując butami tuż nad brzegiem leniwej rzeczki. Nie usłyszał świstu i nie zauważył odskakującej kępki traw. Zanurzywszy się w płytkiej, mętnej rzeczce, popłynął pod jej leniwy nurt, w stronę wiaduktu. Uwolnione z resztek wody uszy nie wyłapywały niczego podejrzanego. Odczekał znowu chwilę i wszedł na niższą skarpę po drugiej stronie.
Łąka w wysokimi trawami sprzyjała mu. Dotarł nią do pierwszego zabudowania gospodarczego. W stodole wyżął mokrą odzież i starł resztki kamuflażu. Spojrzał na zegarek. Minął kwadrans od pokonania muru, a wciąż nikt go nie ścigał.
"Czyżbym ich przecenił?", pomyślał o Merdenie i Jaworze.
Po chwili wyszedł w starym kapeluszu, pamiętającym jeszcze wojenne czasy. W garażu znalazł zardzewiały rower. Zarzucił na plecy worek i wyjechał na drogę. Pedały przeskakiwały co jakiś czas, dlatego jechał dość wolno.
Ujechał z kilometr, gdy usłyszał za sobą warkot silnika. Nie oglądając się, mocniej nacisnął na pedały. Coś zgrzytnęło i spadł łańcuch. Jadąc siłą rozpędu, usłyszał szybko zbliżający się pojazd. Nie obejrzawszy się jednak, spojrzał na pobocze, gdzie ciągnął się rów melioracyjny z rzadko porastającymi drzewami.
Pojazd był tuż-tuż, gdy do warkotu silnika dołączył inny, o jeszcze niższym tonie z charakterystycznym świstem śmigłowcowych łopat.
Mijającym go pojazdem okazała się cywilna ciężarówka. Podmuch powietrza otoczył go kurzem. Na jego widok ktoś gwizdnął, ktoś inny się zaśmiał. Kiedy podniósł wzrok, zobaczył tył paki wypełnionej żołnierzami. Machnął ręką na odczepnego, po czym zabrał się za nakładanie łańcucha. Z oddali nadlatywał śmigłowiec, a na drodze pojawiła się kolejna ciężarówka. Nasadził głębiej kapelusz, zachowując spokój. Zdawał sobie bowiem sprawę, że znajdujące się obok kartoflisko nie da mu schronienia.
Ciężarówka zwolniła, po czym się zatrzymała.
Ścierpł. Złapał za kierownicę roweru i prowadząc go, zaczął omijać stojący na poboczu pojazd. Skupiony na obserwacji brezentu naczepy, wzdrygnął się, gdy tuż obok niego przejechała osobówka z pasażerami ubranymi na zielono.
- Przepraszam, gdzie tu można dobrze zjeść? - zapytał mężczyzna z kabiny.
- Tak, Cracow - odparł Victor.
Kierowca zaśmiał się i zamknął szybę.
W tym momencie Moss rzucił rower i kapelusz do rowu, po czym przebiegł na drugą stronę ciężarówki. Złapał za klamkę dokładnie w momencie, gdy wóz już ruszał. Kierowca gwałtownie zahamował. Nim zdążył zareagować, usłyszał:
- Do Cracow!
W celu zwiększenia swoich szans na podwózkę Victor wyciągnął z opinającego go pasa studolarówkę i pomachał nią mężczyźnie. Ten nie wahał się dłużej - szybko odblokował drzwi kabiny.
Gdy ujechali kawałek, z hukiem przeleciał nad nimi krążący wcześniej śmigłowiec. Mimo to Moss poczuł spokój. Samochodowy odbiornik grał muzykę country. Skojarzyła się mu z podróżą po Stanach podobną ciężarówką, kiedy ledwie uzyskał pełnoletność. Odebrał to za dobry znak na dalszą podróż.