Trylogia Rzeszy. Tom 1. Fałszywy kandydat (#1) - Brian Klein


Reflow text when sidebars are open.
9 stycznia 2012
Buenos Aires
Nicolas Vargas, nadinspektor z wydziału policji w Buenos Aires, stał pośrodku skarbca i oceniał poczynione w nim szkody. Przeszedł już w tę i z powrotem klaustrofobicznym, trzydziestometrowym tunelem łączącym bank z kawiarnią, wiedział więc dokładnie, w jaki sposób złodzieje dokonali najbardziej brawurowego napadu ostatniej dekady. Pochylił się i ostrożnie wziął do ręki obudowę jednej z dziewięćdziesięciu rozwalonych skrytek, które leżały porozrzucane na podłodze skarbca.
Czterdziestoletni Vargas należał do najmłodszych i najbystrzejszych nadinspektorów w swoim wydziale. Był mężczyzną imponującej postury - jego wzrost sięgający niemal stu dziewięćdziesięciu centymetrów oraz chłopięcą urodę gwiazdy filmowej dopełniała wrodzona charyzma, dorównująca jego fizycznym atrybutom. Gęste kasztanowe włosy mężczyzny były starannie zaczesane na bok, a równo przystrzyżone baki lekko przyprószone siwizną. Wśród jego posągowych rysów dominowała para piwnych oczu, w których przenikliwym spojrzeniu czaił się towarzyszący mu na każdym kroku, trudny do zniesienia smutek. Trzy lata temu jego życie zostało naznaczone osobistą tragedią i od tamtego czasu Vargas całą swą uwagę skupiał na pracy. Ten zagadkowy i głośny napad był dla niego mile wdzianą odskocznią. Odłożył skrytkę z powrotem na ziemię i zwrócił się w stronę Marcela Moralesa, głównego dyrektora banku.
- Ciekawy modus operandi. Każdy zamek został przewiercony z zaskakującą precyzją i wygląda na to, że celowali tylko w największe skrytki. Wiemy dokładnie, ile ich otworzyli?
Morales był w wyraźnym szoku i wciąż oswajał się z ogromem skali całego zdarzenia oraz jego konsekwencji zarówno dla banku, jak i jego własnej kariery. W przeciwieństwie do Vargasa był niski i krągły - zbyt częste służbowe lunche w najlepszych restauracjach w mieście sprawiły, że przybyło mu centymetrów w pasie. Poświęcił całe życie na dotarcie na szczyt drabinki - zaczynał dwadzieścia pięć lat temu jako zwykły kasjer - i nie zamierzał dać się wysłać na przedwczesną emeryturę. Morales nerwowo poprawił marynarkę trzyczęściowego lnianego garnituru i powoli przesunął dłonią po wypadających siwych włosach. Obwisła skóra na jego policzkach trzęsła się, gdy mówił. Facet był kłębkiem nerwów.
- Dziewięćdziesiąt i ma pan rację, inspektorze, wybierali tylko elitarne skrytki.
Vargas spoglądał właśnie w czarną dziurę wybitą w betonowej podłodze.
- Podeszli do tego jak do operacji wojskowej. Kopanie tunelu musiało im zająć miesiące i wygląda na to, że odkupili kawiarnię w marcu zeszłego roku. Od dawna przygotowywali ten napad.
Vargas zamilkł na chwilę, po czym podjął.
- Panie Morales, potrzebuję nazwisk i danych kontaktowych właścicieli wszystkich skrytek, bez względu na to, czy padli oni ofiarą włamania, czy nie. Interesują mnie zwłaszcza ci, którzy wynajęli skrytkę w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy. Będziemy też potrzebować nagrań z monitoringu.
Morales, nim odpowiedział, długo zapisywał coś w notatniku.
- Oczywiście, inspektorze. Nagrania ze wszystkich kamer są na wielkim twardym dysku, więc może je pan dzisiaj wziąć ze sobą. Niestety obraz z kamer ustawionych w skarbcu nie dociera do naszego zewnętrznego systemu monitoringu i śledzimy go wewnętrznie tylko wtedy, gdy bank jest otwarty. W ciągu godziny wyślę panu listę właścicieli skrytek.
Vargas skinął na swojego wspólnika Juana Torresa, który przysłuchiwał się rozmowie przełożonego z dyrektorem banku.
- Detektyw Torres zostanie, by odebrać dysk. Proszę przekazać mu listę osób, które wynajęły skrytkę w ciągu ostatniego roku.
Morales skinął głową w stronę Torresa, po czym ponownie zwrócił się do Vargasa.
- Inspektorze, jak pan się domyśla, z naszych usług korzysta kilka naprawdę wybitnych osobistości, więc proszę o szczególną dyskrecję, jeśli postanowi pan skontaktować się z którąś z nich bezpośrednio.
Vargas pokiwał głową.
- Swoją drogą, panie Morales, czy chadzał pan kiedyś do Café Torino?
Dyrektor uśmiechnął się drwiąco.
- I to regularnie. Jestem człowiekiem, który lubi mieć swoje przyzwyczajenia. Codziennie rano zatrzymywałem się tam po drodze do banku na cappuccino i croissanta. Kawiarnia była strasznie zniszczona, ale za to autentyczna, i zrobiło mi się bardzo smutno, gdy właściciele zbankrutowali. Teraz na drzwiach wisi kartka z informacją o remoncie, a ja - o ironio! - czekałem na ponowne otwarcie.
9 stycznia 2012
San Francisco
Senator John Franklin przeszedł żwawym krokiem przez otwartą przestrzeń biurową na dwudziestym piętrze wieżowca górującego nad mostem Golden Gate. Znajdował się w swoim lokalu kampanijnym, gdzie ponad pięćdziesięcioro młodych ochotników wisiało na telefonach, entuzjastycznie nakłaniając ludzi do głosowania na ich kandydata. W biurze narastała atmosfera uniesienia, w miarę jak ukazywały się kolejne sondaże potwierdzające miażdżącą przewagę Franklina nad jego głównymi rywalami w nadchodzących prawyborach prezydenckich.
Franklin był wyjątkowym kandydatem, który spełniał wszystkie oczekiwania amerykańskich obywateli. Od młodych lat przygotowywano go do kariery politycznej. Jako syn jednego z najbogatszych i najbardziej szanowanych biznesmenów w kraju studiował między innymi na Harvardzie, gdzie ukończył licencjat na kierunku polityka i stosunki międzynarodowe, oraz na Uniwersytecie Stanforda, gdzie zdobył tytuł MBA. Otrzymał takie samo wykształcenie jak John F. Kennedy, jeden z najbardziej uwielbianych amerykańskich prezydentów.
W 1994 roku, w wieku dwudziestu pięciu lat, Franklin dołączył do zarządu firmy farmaceutycznej swojego ojca jako dyrektor do spraw badań i rozwoju. Firma Franklin Pharmaceutical Corporation powstała w Argentynie w 1946 roku, a obecnie magazyn "Forbes" plasował ją na siódmym miejscu w rankingu największych publicznych spółek Ameryki. W zestawieniu światowym była czterdziesta piąta. Zarabiała trzydzieści miliardów dolarów rocznie, należała więc do najpotężniejszych przedsiębiorstw farmaceutycznych na świecie.
Cztery lata po dołączeniu do zarządu John wziął za żonę Caroline Bush, znaną bywalczynię wyższych sfer, a ich ślub był jednym z najgłośniejszych w tamtym roku. Dwanaście miesięcy później na świat przyszedł ich pierwszy syn Bill, a jeszcze w tym samym roku trzydziestoletni wówczas John został najmłodszym burmistrzem San Francisco od ponad stu lat.
W 2009 roku objął urząd senatora, a trzy lata później był już pewnym kandydatem na prezydenta z ramienia Partii Republikańskiej. Wyglądało na to, że nabiera coraz większego rozpędu, który zaniesie go prosto do Białego Domu.
John Franklin udał się prosto do swego przestronnego biura, z którego ogromnych okien rozpościerał się piękny widok na most. Czekała tam na niego Cathy Douglas, menadżerka jego kampanii. Studiowali razem na Harvardzie i Stanfordzie oraz byli przyjaciółmi od ponad dwudziestu lat.
Cathy spoglądała przez okno na przedzierających się przez most kierowców, którzy utknęli w popołudniowym korku w drodze do domu. Odwróciła się w stronę Franka. Uśmiechając się ciepło, przekazała mu stos dokumentów z wynikami najnowszych sondaży.
- Czternaście punktów przewagi w Iowie i New Hampshire. Siedemnaście w Nevadzie i, uwaga, dwadzieścia jeden w Karolinie Północnej. Będziemy mieć zwycięstwo w garści jeszcze przed superwtorkiem.
Franklin roześmiał się, czytając najnowszy raport.
- Cathy, świetnie ci idzie, ale nie wolno nam spoczywać na laurach. Dalej jesteśmy kilka punktów procentowych za obecnym prezydentem. Jak już dostaniemy nominację, będziemy musieli podkręcić tempo.
Komórka Franklina zabrzęczała. Mężczyzna sprawdził, kto dzwoni, i gestem dał Cathy do zrozumienia, że chce być sam. Kiedy kobieta wyszła, odebrał połączenie od swojego ojca.
- Tato, najnowsze wyniki są niesamowite. Mamy ponad czterdzieści procent w całym kraju. Codziennie zyskujemy po dwa, trzy punkty. To naprawdę...
Richard Franklin przerwał synowi w pół zdania.
- John, czekam w samochodzie na tyłach budynku. Musimy pilnie porozmawiać.
* * *
Czarny Rolls Royce Ghost sunął elegancko przez zatłoczone centrum San Francisco. Przez dziesięć minut żaden z siedzących w nim mężczyzn nie powiedział ani słowa. W końcu zjechali w cichą boczną uliczkę i Richard Franklin wyłączył silnik.
- John, możliwe, że mamy problem. W ten weekend ktoś włamał się do Banco Estero w Buenos Aires i obrabował skrytki w skarbcu. Jedna z nich należała do mnie.
Franklin wpatrywał się w ojca, a jego twarz powoli nabierała sinej barwy.
- Mówiłeś, że nic nie zostało. Żadnych dokumentów, żadnych zdjęć, żadnych śladów. Poza tym obaj nie żyją i nikt nie wie, że kiedykolwiek tam mieszkali.
Richard patrzył prosto przed siebie, a przez jego umysł przemykały miliony myśli.
- John, nim twój wuj umarł, wspólnie postanowiliśmy zachować pewne przedmioty dla przyszłych pokoleń ze względu na ich wartość historyczną. Może to był błąd, ale wtedy obaj wierzyliśmy, że to dobra decyzja. Ja dalej tak uważam. Tamtym złodziejom chodziło tylko o pieniądze i klejnoty.
- Ale tato, co, jeśli ktoś odkryje zawartość tamtej skrytki?
Richard Franklin pochylił się do przodu i położył dłoń na ramieniu syna.
- John, mam to pod kontrolą. Naprawdę nie chcę, byś się o to martwił. Matias Paz zajął się sprawą. Wszyscy pracownicy Theodora są skupieni na szukaniu złodziei. Wiem, że powinienem był wtedy wszystko zniszczyć, ale obiecuję ci, że gdy odzyskam zawartość skrytki, nie popełnię drugi raz tego samego błędu.
Zgodnie z ogólnie przyjętą historią dwudziestego wieku 30 kwietnia 1945 roku Adolf Hitler i Eva Braun pożegnali się z grupką bliskich przyjaciół i współpracowników zebranych w salonie położonym głęboko w czeluściach Führerbunkra w rozdartym wojną Berlinie. Ta betonowa forteca, ukryta osiem i pół metra pod ziemią, pod starymi ogrodami Kancelarii Rzeszy, miała rozbudowaną strukturę obejmującą ponad dwadzieścia pomieszczeń i przez ostatnie trzy miesiące stanowiła tajną bazę Hitlera.
Podziemny kompleks leżał pod zbiornikiem wodnym i jego grube na trzy metry ściany były pokryte wilgocią, przez co w powietrzu - niczym niewidzialna mgła - unosił się nieustanny smród. Bunkier był ponurą, klaustrofobiczną przestrzenią, zajmującą powierzchnię niemal trzystu metrów kwadratowych. Był całkiem samowystarczalny, z niezależnym dostępem do energii i wody. W jego wnętrzu nie dało się odróżnić dnia od nocy. Dla Hitlera był on schronieniem od bomb, ale większość jego mieszkańców miała wrażenie, że żyje w strefie mroku, i czuła się w bunkrze jak w ogromnym grobowcu.
Führer udał się do swego gabinetu razem z nowo poślubioną żoną, gdzie kilka godzin później oboje popełnili samobójstwo. Braun przegryzła cieniutką szklaną ampułkę z cyjankiem, a Hitler strzelił sobie w prawą skroń z pistoletu Walther PPK. Po wszystkim ich ciała wyniesiono na powierzchnię przez wyjście ewakuacyjne i pochowano w ogrodach Kancelarii Rzeszy, w świeżym kraterze po wybuchu bomby, uprzednio oblane benzyną i podpalone.
Para pobrała się trzydzieści sześć godzin wcześniej w pokoju z mapami. Podczas prostej ceremonii oboje zadeklarowali, że są pochodzenia czysto aryjskiego i nie cierpią na żadne schorzenia genetyczne. Jedynymi świadkami byli: minister propagandy Joseph Goebbels, jego żona Magda, sekretarz partii Martin Bormann oraz kamerdyner Hitlera Heinz Linge. Po dyskretnej ceremonii podano skromny obiad złożony ze spaghetti z sosem pomidorowym - jednego z ulubionych dań Führera, przyrządzonego przez jego osobistą kucharkę Constanze Manziarly.
Hitler miał na sobie pełen mundur nazistowski, a Braun włożyła czarną sukienkę do połowy łydek, ozdobioną przy dekolcie wzorem z małych białych róż. Führer podyktował testament Traudl Lunge, swojej wieloletniej sekretarce, oświadczając, że wybrał "śmierć zamiast kapitulacji", i przekazując swój ogromny majątek Partii Nazistowskiej. Siedem dni po podaniu śmierci Hitlera do wiadomości publicznej rząd nazistowski ogłosił bezwarunkową kapitulację III Rzeszy.
Trzy miesiące później przywódcy zwycięskich państw zebrali się w niemieckim mieście Poczdam, niedaleko Berlina, by podczas powojennej konferencji omówić nowy porządek europejski. Siedemnastego lipca 1945 roku Stalin i Truman zjedli kameralną kolację w jednej z małych sal bankietowych spektakularnego pałacu Cecilienhof. Towarzyszyli im tylko ich ministrowie spraw zagranicznych: Mołotow i Byrnes, oraz para tłumaczy. Truman był zaszokowany, gdy Stalin wyjawił mu, że pogłoski o odnalezieniu ciał Hitlera i Braun zostały sfałszowane i że jego Armia Czerwona, która skrupulatnie przeszukała tereny Kancelarii Rzeszy, nie znalazła ani śladu szczątków Führera. Stalin był przekonany, że Hitler przeżył i wymknął się z jego szponów.
30 kwietnia 1945
Berlin
Dokładnie o czwartej nad ranem Adolf Hitler opuścił swój niesławny bunkier po raz ostatni. Erich Kempka, wierny kierowca Führera od 1934 roku, odprowadził go w towarzystwie nowo poślubionej żony Evy Braun i osobistego sekretarza Martina Bormanna do niezarejestrowanego Mercedesa. Kilka minut wcześniej Bormann przeszmuglował do bunkra fryzjera Augusta Wollenhaupta, któremu nakazał naprędce zgolić Führerowi jego charakterystyczny wąsik. Lęk przed wpadnięciem w sidła Armii Czerwonej przezwyciężył dumę Hitlera, który w ostatniej chwili niechętnie przystał na prośbę Bormanna.
Wollenhaupt klął pod nosem, oczekując nerwowo w słabo oświetlonym korytarzu przed gabinetem Hitlera. Czuł, jak trzęsą mu się ręce, uzbrojone w najwyższej jakości, doskonale zaostrzoną brzytwę i parę stalowych nożyczek z czarnymi uchwytami. Był fryzjerem Hitlera od 1932 roku, ale to była zdecydowanie najdziwniejsza do tej pory wizyta, jaką złożył Führerowi, by oferować mu swoje usługi. Wyraźnie zdawał sobie sprawę z ogromnych konsekwencji tego, co nakazano mu zrobić. W jego głowie roiło się od pytań. Nagle zauważył wyłaniającą się z mroków korytarza sylwetkę Bormanna, a gdy ten podszedł bliżej, zasalutował mu niechętnie.
- Obergruppenführerze, czy jest pan pewien, że tego właśnie chce Hitler?
Gdy tylko August wypowiedział te słowa, pożałował, że w ogóle się odezwał. Bormann odpowiedział mu pogardliwym tonem.
- To część mojego planu, starcze, i jeśli chcesz jeszcze kiedykolwiek zobaczyć swoich bliskich, nie podważaj tego, co mówię. Zwłaszcza w obecności Führera.
Bormann obrzucił szybkim spojrzeniem przedmioty w dłoniach fryzjera.
- Mam nadzieję, że podczas pracy nie zadrży ci ręka.
Kilka sekund później drzwi gabinetu otworzyły się ze skrzypnięciem i kamerdyner Hitlera Heinz Linge wystawił głowę na zewnątrz, by sprawdzić, kto stoi na korytarzu.
- Führer czeka, panie Wollenhaupt.
Gdy zdezorientowany fryzjer ruszył w stronę drzwi, Bormann rzucił mu na pożegnanie:
- Jeszcze jedno, starcze. To się nigdy nie wydarzyło.
Wykonanie powierzonego zadania zajęło fryzjerowi mniej niż dwie minuty, ale nawet bez wąsa twarz Hitlera była łatwo rozpoznawalna, z uwagi na jego przeszywające stalowoniebieskie oczy i wyraziste kości policzkowe. Führer, z trudem trzymający się prosto na niewielkim drewnianym krześle, przez cały czas wpatrywał się w twarz swojego życiowego bohatera Fryderyka II Wielkiego, którego ogromny portret pokrywał jedną ze ścian gabinetu.
* * *
Trójka zbiegów włożyła nierzucające się w oczy cywilne ubrania dostarczone przez kamerdynera. Tylko Führer podjął próbę ukrycia swych niesławnych rysów, osłaniając twarz rondem uszytego z brązowego kaszmiru kapelusza typu fedora.
Początkowo Bormann chciał, by ucieczka odbyła się w pięćdziesiąte szóste urodziny Hitlera - 20 kwietnia, czyli dziesięć dni wcześniej, ale Führer w ostatniej chwili odwiódł go od tego pomysłu. Dwaj mężczyźni byli nierozłączni od chwili, gdy trzy miesiące temu po raz pierwszy weszli do bunkra, i Bormann nie wyobrażał sobie, by mieli dać się złapać żołnierzom Armii Czerwonej. Zamierzał trwać u boku swego pana, bez względu na okoliczności. Teraz, gdy bunkier drżał od uderzeń lądujących dokładnie nad nim rosyjskich bomb, Hitler w końcu zgodził się uciec.
Bomby spadały na Berlin ze wszystkich stron, a Rosjanie byli coraz bliżej podziemnej kryjówki Führera. Stalinowskie oddziały pod wodzą Gieorgija Żukowa zbliżały się do miasta od północy, a Bormann, który planował trasę ucieczki, nie miał pojęcia, gdzie dokładnie znajdują się żołnierze Armii Czerwonej. Kilka godzin przed opuszczeniem bunkra nakazał swojej sekretarce Else Kruger dzwonić do losowo wybranych niemieckich cywilów mieszkających na północnych obrzeżach Berlina. Gdy słyszała w słuchawce język rosyjski, wiedziała, że dany dom i ulica zostały przejęte. Była to przedziwna gra w telefoniczną ruletkę. Telefonowała bez przerwy, ale żadna z nielicznych osób, które odebrały, nie mówiła po niemiecku.
Mimo ponurych wieści od swej sekretarki Bormann wiedział, że nie ma wyboru. Trójka najbardziej rozpoznawalnych postaci w nazistowskich Niemczech rozpoczęła więc pięciogodzinną przeprawę przez linie wroga, kierując się na północny zachód do nadmorskiego miasta Kilonia. Ich celem był port, który w czasie wojny stanowił jedną z głównych baz marynarki wojennej na bałtyckim wybrzeżu. Stały w nim ogromne stocznie wykorzystywane przez Rzeszę do budowy nowoczesnych okrętów podwodnych i w ciągu ostatnich sześciu miesięcy port był celem nieustannych ataków powietrznych ze strony aliantów, którzy rozumieli jego strategiczną wartość. Starali się oni jednak nie niszczyć portu całkowicie, gdyż planowali wykorzystać go jako własną bazę morską, po uprzednim przejęciu nad nim kontroli, które było kwestią zaledwie kilku dni.
Kempka był dobrym kierowcą i przez większość trasy utrzymywał stałe tempo. Trzymał się pobocznych dróg, które były w większości zniszczone przez bomby i opuszczone. Gdy jednak dotarli do obrzeży Kilonii, Kempka nie miał już wyboru - by dostać się do portu, musiał wjechać na główną drogę. Końcówka podróży była więc ryzykowna. Początkowo wszystko szło dobrze, ale krótko po wjeździe na przedmieścia kierowca zauważył improwizowany punkt kontrolny kilkaset metrów dalej. W poprzek jezdni zaparkowany był opancerzony pojazd półgąsienicowy, tworzący tymczasową barykadę, a przed nim stało dwóch rosyjskich żołnierzy. Zdążyli już zauważyć zbliżający się samochód i skierować na niego lufy pistoletów maszynowych PPD. Trzeci żołnierz spał na poboczu, na prowizorycznym łóżku zrobionym z kłód drzew. Jego broń leżała kawałek dalej, obok pustej butelki po wódce marki Stolicznaja.
Kempka natychmiast przyhamował Mercedesa 770 i zwrócił się do siedzącego na miejscu pasażera Bormanna. Kierowca odezwał się po raz pierwszy, odkąd wyruszyli.
- Obergruppenführerze, jakie są rozkazy?
Bormann sięgnął do wewnętrznej kieszeni płaszcza, w której miał pistolet firmy Mauser, kaliber 6,5 milimetra.
- Erich, podjedź do nich powoli, nie przestając się uśmiechać. Spróbuj zaparkować obok.
Bormann obejrzał się przez lewe ramię, by nawiązać kontakt wzrokowy z Hitlerem, który skinął głową na znak, że słyszał całą rozmowę i jest świadomy zagrożenia. Samochód stanął. Bormann i Kempka uśmiechali się promiennie, gdy strażnicy nieufnie podeszli do auta i stanęli przy drzwiach od strony pasażera. Starszy z nich opuścił broń i wyszczekał po rosyjsku do siedzących w samochodzie Niemców:
- Wyłazić! Wyłazić na zewnątrz!
Wciąż uśmiechnięty Bormann zaczął kiwać głową i powoli opuszczać szybę samochodu prawą ręką. Jednocześnie płynnym ruchem uniósł trzymany w lewej ręce pistolet i wystrzelił. Kula trafiła strażnika w szyję, tuż nad jabłkiem Adama. Gdy pierwszy z żołnierzy upadał na ziemię, Bormann strzelił ponownie i trafił drugiego dokładnie między oczy, tworząc pośrodku jego czoła niewielki krater. Odgłosy wystrzałów obudziły śpiącego na poboczu żołnierza, który instynktownie wyskoczył spomiędzy kłód w poszukiwaniu broni. Kiedy do niej dotarł, wybrzmiały dwa kolejne strzały i mężczyzna zatoczył się do tyłu, gdy kule rozrywały jego pierś. Przetoczył się na bok i wylądował na plecach w płytkim rowie. Z trudem łapał oddech, a przez jego mundur przesiąkała krew. Po chwili padł na niego cień napastnika.
Adolf Hitler uniósł lewą dłoń i powolnym ruchem zdjął z głowy kapelusz, odsłaniając twarz. W prawej ręce trzymał swą ulubioną broń - pistolet Walther PPK, kaliber 7,65 milimetra.
Zmierzył leżącego strażnika groźnym spojrzeniem. Chciał, by mężczyzna poznał tożsamość swojego mordercy. Rosjanin z trudem podniósł głowę i spojrzał z niedowierzaniem w twarz strzelca, zmuszając swe przekrwione oczy do wysiłku. Słowa Hitlera ociekały jadem.
- Należysz do parszywej armii Stalina i tak samo jak twoi pobratymcy zasługujesz na bolesną śmierć w odwecie za inwazję na mój kraj.
Hitler przykucnął i pochylił się do przodu, zatrzymując się kilka centymetrów od głowy ofiary. Splunął mu flegmą w twarz i chwilę później strzelił po raz trzeci, pozbawiając żołnierza większości czaszki.
Kempka potrzebował prawie piętnastu minut na rozgryzienie skomplikowanej konstrukcji ręcznej skrzyni biegów samochodu pancernego, ale w końcu zdołał zjechać nim na pobocze. Pół godziny później Mercedes wjechał do zrujnowanego przez wojnę portu w Kilonii. Tam, wciśnięty między niedziałające okręty wojenne, czekał niepozorny statek towarowy, który Bormann kupił sześć miesięcy wcześniej za pięćset tysięcy dolarów. Łódź o nazwie Santa Cruz III powstała w Ameryce Południowej i była zarejestrowana w porcie Río Gallegos, położonym na południowo-wschodnim wybrzeżu Argentyny. Jej dwunastoosobowa załoga otrzymała sowite wynagrodzenie w zamian za przepłynięcie Atlantyku i przybicie do niemieckiego portu, gdzie przez ostatnich kilka miesięcy Santa Cruz III czekała schowana w jednym z ogromnych podwodnych bunkrów. Przy wadze nieco ponad dziewiętnastu ton łódź napędzana dwoma silnikami diesla osiągała maksymalną prędkość dziesięciu węzłów.
Pięć dni wcześniej Bormann wprowadził w życie ostatni element swego skomplikowanego planu ucieczki. Wysłał jednego z najwyżej postawionych komandorów marynarki wojennej do Kilonii i nakazał mu przejąć stery lichego statku towarowego. To ściśle tajne zlecenie zbiło Hansa Küppera z tropu. Należał on do najbardziej zasłużonych oficerów niemieckiej marynarki i - co najważniejsze - biegle mówił po hiszpańsku, co było głównym powodem, dla którego Bormann powierzył to zadanie właśnie jemu. Küpper miał stanąć na czele południowoamerykańskiej załogi Santa Cruz III.
Do Hitlera, Brauna i Bormanna dołączył czwarty pasażer, który przybył do portu we własnym zakresie i został przeszmuglowany na pokład łodzi kilka godzin przed pojawieniem się trójki VIP-ów.
Küpper został wezwany na spotkanie z wybitną trójką do jednego z rozległych magazynów, w których przechowywano aktualnie naprawiane wielkie okręty podwodne. Kiedy wszedł do ciasnego biura administracyjnego wewnątrz bunkra, ze zdumieniem odkrył tożsamość trojga swych przyszłych pasażerów. Hitler i Braun siedzieli przy ścianie na małych metalowych krzesłach biurowych, podczas gdy Bormann notował coś przy prowizorycznym biurku. Küpper nigdy nie widział żadnej z tych osób na żywo i czuł się jak statysta na planie filmowym tuż przed poznaniem głównych aktorów. Natychmiast stanął i zasalutował Führerowi, po czym zastygł w bezruchu w wejściu. Bormann odłożył długopis i podniósł wzrok na komandora.
- Komandorze Küpper, Führer przejmie pańską kwaterę na czas trwania rejsu. Ja i jego żona ulokujemy się w pobliżu. Zadbałem, by na statku znalazły się zapasy jedzenia, później przekażę panu rozpiskę posiłków, które należy przygotować dla Führera. Jest jeszcze jeden pasażer, któremu przydzielimy kabinę medyczną, a także osobne pomieszczenie do spania. Jest lekarzem i właśnie transportujemy na pokład potrzebne mu wyposażenie. Czy ma pan jakieś pytania?
Küpper był wyraźnie zbity z tropu i niepewny całego przedsięwzięcia, ale miał dość rozumu, by nie sprzeciwiać się sekretarzowi partii.
- Wszystko jasne, Obergruppenführerze. Natychmiast wprowadzę w życie pańskie polecenia. Jest jednak kilka nieco wstydliwych kwestii, które chciałbym zgłosić. Utrzymanie higieny na pokładzie może się okazać problematyczne. Kabiny są wilgotne i mało przewiewne, nie mają bieżącej wody ani ogrzewania. Drewniana koja w mojej kabinie ma prowizoryczny materac, który jest niczym innym jak materiałowym workiem wypchanym słomą. Na statku są tylko dwie toalety, z których korzysta dwunastoosobowa załoga. Jedna znajduje się obok mojej kabiny, więc oczywiście zarezerwuję ją dla Führera, ale obawiam się, że wnętrze tej łodzi jest w kiepskim stanie i nie spełni naszych wymogów.
Bormann wbił wzrok w komandora. Zaklął pod nosem, przypominając sobie swoje negocjacje z właścicielem Santa Cruz III, który zapewniał go, że jest ona w doskonałym stanie, a pół miliona dolarów to okazyjna cena za taką łódź. Sekretarz zwykle sam dokładnie sprawdzał każdy szczegół, ale w tamtej sytuacji musiał uwierzyć mężczyźnie na słowo. Popełnił błąd, co zdarzało mu się rzadko, lecz miał szczery zamiar go naprawić, jak tylko osiądzie bezpiecznie w nowej bazie.
- Komandorze, ta łódź doskonale spełnia nasze oczekiwania. Na pokładzie znajdzie pan mapy szczegółowo przedstawiające trasę, którą popłyniemy do Ameryki Południowej.
Küpper był w kompletnym szoku, ale nic nie odpowiedział. Do głowy przychodziły mu dziesiątki pytań, wiedział jednak, że powinien milczeć, więc po prostu skinął głową.
Hitler i Braun siedzieli niewzruszeni, przysłuchując się wymianie zdań. Bormann był już wyraźnie znudzony rozmową i chciał wrócić do swoich papierów.
- Kapitanie, oczekuję, że pan i pańska załoga zapewnią Führerowi najwyższy komfort podróży. Wchodzimy na pokład za dwie godziny.
Z tymi słowami Bormann wrócił do swych notatek, a Küpper zdał sobie sprawę, że spotkanie dobiegło końca.
9 stycznia 2012
Buenos Aires
Theodor Consultants powstało w 1981 roku i trzydzieści jeden lat później cieszyło się opinią jednej z najbardziej szanowanych prywatnych firm ochroniarskich w Buenos Aires. Jego rozległa siedziba mieściła się w samym sercu miasta, dokładnie naprzeciwko słynnego cmentarza Recoleta, zdaniem wielu najpiękniejszej nekropolii świata i miejsca pochówku wielu wybitnych Argentyńczyków, między innymi Evy Perón.
Dyrektorem, a zarazem założycielem firmy był Matias Paz - były najemnik, zaciekły faszysta i niezwykle onieśmielająca postać. Mimo że był grubo po pięćdziesiątce, nie miał w ciele ani grama zbędnego tłuszczu, a jego zaczesane do tyłu, farbowane na głęboką czerń włosy z wdowim szpicem w stylu Draculi nadawały mu uderzający wygląd dużo młodszego mężczyzny. Zawsze prezentował się nienagannie w swych luksusowych włoskich garniturach, koszulach z najwyższej jakości bawełny i ręcznie szytych skórzanych półbutach. Pracownicy nazywali go Czarnym Skorpionem z powodu niepokojącej zawartości dużego szklanego terrarium, które stało dumnie na jego biurku. Mieszkały w nim dwa skorpiony cesarskie o lśniących ciemnych pancerzach, rosnące jak na drożdżach dzięki codziennej diecie złożonej z żywych świerszczy, szarańczy i larw. Dyrektor udawał, że nie wie o swoim przezwisku, ale w głębi duszy był z niego dumny.
Paz potrafił godzinami przechadzać się po pięciohektarowym terenie cmentarza, zwłaszcza gdy musiał coś przemyśleć. Na cmentarzu Recoleta znajdowało się ponad sześć tysięcy okazałych mauzoleów tworzących eklektyczną mieszankę takich styli architektonicznych jak art déco, neogotyk czy barok. Pod koniec każdego spaceru Paz siadał na kamiennej ławce naprzeciwko krypty, w której spoczywał jeden z najwybitniejszych argentyńskich bokserów, Luis Ángel Firpo. Zmarły w 1960 roku sportowiec został pochowany w stosunkowo skromnym mauzoleum, przed którego wejściem stał piękny, naturalnych rozmiarów posąg z brązu. Paz ubóstwiał Firpa, zaliczanego do grona najlepszych pięściarzy wszech czasów i znanego wśród milionów argentyńskich fanów boksu pod pieszczotliwym pseudonimem "Dziki Byk z Pampasów".
Dziś był jeden z tych dni, w których Paz potrzebował czasu na rozmyślania, musiał bowiem jak najszybciej znaleźć sposób na ukojenie obaw swojego najcenniejszego klienta. Richard Franklin, dyrektor Franklin Pharmaceutical Corporation, był nieoficjalnym właścicielem trzech czwartych firmy Theodor Consultants, do której powstania trzydzieści lat temu znacząco się przyczynił. Paz wiedział, że Franklin mógłby w każdej chwili zamknąć jego ukochaną firmę i nie zawahałby się przed tym, jeśli uznałby to za konieczne.
Musiał zrobić wszystko, co w jego mocy, by odnaleźć przedmioty ze skrytki numer 1321, nim odkryją je złodzieje. Wiedział, że były one cenniejsze niż wszystkie klejnoty, pieniądze i złoto z pozostałych obrabowanych skrytek. Przejrzał listę kontaktów w iPhonie i wybrał numer do swego wieloletniego asystenta Luciana Herrery, który odebrał po pierwszym sygnale.
- Luci, za godzinę masz być w sali zebrań zarządu, a razem z tobą Benjamin, Thiago i szóstka naszych najlepszych ludzi. Mamy problem niecierpiący zwłoki i póki go nie rozwiążemy, nikt nie może spocząć ani zmrużyć oka.
* * *
Dziewięciu wysokich rangą agentów Theodor Consultants siedziało w całkowitej ciszy przy dużym prostokątnym stole z brązowego drewna i czekało, aż ich szef przemówi. Paz zajął miejsce na jednym końcu stołu i wpatrywał się bacznie w ekran swojego laptopa, na którym wyświetlała się strona startowa gazety "Buenos Aires Times". Wielki nagłówek informował o sensacyjnym włamaniu do skarbca Banco Estero. Paz zatrzasnął laptopa i odezwał się. Jego głos, jak zawsze, brzmiał groźnie.
- Panowie, przetrwanie naszej firmy i być może nasza własna egzystencja zależą od tego, czy będziecie zdolni rozwiązać pewien poważny problem. Na tym etapie wszyscy już wiecie o włamaniu. Jedna ze skrytek, które obrabowano, należała do naszego najcenniejszego klienta, a zarazem głównego inwestora. Musimy odzyskać jej zawartość. Poruszcie niebo i ziemię, by znaleźć ludzi odpowiedzialnych za ten napad.
Paz przerwał na chwilę i obrzucił spojrzeniem pochmurne twarze swych najbardziej doświadczonych ludzi. Zatrzymał wzrok na Lucianie i mówił dalej.
- Musimy dotrzeć do wszystkich kontaktów, jakie mamy w tym mieście, by się dowiedzieć, kim są ci ludzie. Przepytajcie jubilerów, właścicieli lombardów, dilerów narkotykowych i wszystkich innych informatorów, którzy dla nas pracują. Ktoś musi coś wiedzieć. Odezwijcie się do wszystkich waszych dłużników i zdobądźcie dla mnie jakieś nazwiska. Chcę się zorientować, jak ci skurwiele tego dokonali. I sporządźcie listę właścicieli wszystkich skrytek w skarbcu, na wypadek gdyby któryś był w to zamieszany.
Wszyscy zgromadzeni przy stole skinęli głowami, a Czarny Skorpion kontynuował.
- Luci, dalej mamy wtyczkę w wydziale policji? Musimy śledzić każdy najdrobniejszy etap śledztwa.
Luciano pochylił się do przodu i oparł ramiona o stół.
- Tak, szefie, mamy. Dowiedzieliśmy się od niej, że tę sprawę powierzono nadinspektorowi o nazwisku Vargas. Był dziś rano w banku, gdzie spotkał się z dyrektorem i zadał mu wiele pytań. Wziął też twardy dysk z nagraniem włamania. Nasza wtyczka twierdzi, że ma dostęp do wszystkich e-maili, które Vargas wysyła i otrzymuje. Dzięki temu powinniśmy być zawsze o krok do przodu.
Paz podniósł laptopa ze stołu.
- Dobrze. Chcę mieć też kopię tego zasranego dysku.
Podniósł się z krzesła, skinął głową w stronę Herrery, po czym ponownie zwrócił się przodem do pozostałych.
- I jeszcze jedno. Gdy już znajdziemy dupków, którzy to zrobili, i odzyskamy własność naszego klienta, żaden z tych skurwieli nie ma prawa ujść z życiem.
Paz wrócił do biura, opadł na czarne krzesło ergonomiczne marki Herman Miller i spojrzał na ekran komputera, na którym wyświetlała się jego poczta internetowa. Poczuł znajome rwanie w lędźwiach, którego doświadczał tylko w chwilach szczególnego stresu. Nie cierpiał tego braku samokontroli w takich momentach, ale wiedział, że nie zdoła się oprzeć pokusie. Ostrożnie przesunął kursor wzdłuż boku ekranu i otworzył swoją drugą skrzynkę, której nazwa nie zawierała żadnego odniesienia do Theodor Consultants. Paz zaczął wpisywać w nagłówku słowo "Eros" i na pasku pojawił się znajomy adres e-mail. Poczuł ukłucie nienawiści do siebie, tworząc wiadomość o treści: "Niech przedstawiciel waszej firmy zjawi się w moim domu dziś wieczorem o dziewiątej. Trzymajcie się standardowych wytycznych i prześlijcie najnowsze zdjęcia".
Wiedział, że zamiłowanie do chłopców na jedną noc było jego jedyną słabością, a zarazem największym sekretem, nieznanym ani jego współpracownikom, ani wrogom. Musiał chronić tę tajemnicę za wszelką cenę. Dwie minuty później na ekranie pojawiło się powiadomienie o nowej wiadomości, a Paz natychmiast kliknął w załącznik. Przejrzał pięć rozbieranych zdjęć i jego usta wygięły się w niezdrowym uśmiechu. Jak zwykle wszyscy chłopcy byli blondynami o niebieskich oczach, a każde zdjęcie było podpisane. Wybór był trudny, ale Paz od początku wiedział, na kogo ma ochotę. Wpisał treść nowej wiadomości i wysłał odpowiedź: "Przyślijcie Tomása. Ma przynieść to, co zwykle. Będzie musiał zostać do rana".
6 stycznia 2012
Buenos Aires
Tunel był prawie skończony. Podziemny korytarz, którego budowa zajęła trzem niezwykle zawziętym mężczyznom osiem miesięcy, miał swój początek w piwnicy Café Torino i biegł w linii prostej dokładnie pod sejfami Banco Estero. Ten słynny bank był jednym z najstarszych w Argentynie i stał dumnie przy Avenida Cabildo w samym sercu modnej dzielnicy Belgrano, położonej w północno-wschodniej części Buenos Aires. Trzydziestometrowy tunel miał nowoczesną wentylację, oświetlenie z czujnikami ruchu i podłogę wyłożoną dywanem z czystej wełny. Ta ogromna podziemna konstrukcja była wybitnym osiągnięciem inżynierii. Niewielka ekipa pracowała nad nim każdej nocy i w każdy weekend przez osiem miesięcy. Razem mężczyźni przenieśli ponad czterysta metrów kwadratowych ziemi i zrobili prawie trzy tysiące rundek taczką.
Pedro García oparł swą wiertarkę o nowo utworzoną podziemną ścianę. Przestał żuć gumę, ostrożnie wyjął ją z ust i zapatrzył się w gruby na trzydzieści centymetrów betonowy sufit, stwierdzając z zadowoleniem, że wreszcie dotarli do podłogi sejfu. Pedro pozwolił sobie na uśmiech - co robił rzadko - i pogładził się po potarganej szpakowatej brodzie. Nie golił się, odkąd zaczęli wiercić.
- Chłopaki, udało się. Nad naszymi głowami jest tysiąc dwieście pięknych skrytek, które Bóg wie, co mają w środku.
Jeden z jego dwóch towarzyszy przeskoczył przez kudłaty dywan i zamknął swego przywódcę w niedźwiedzim uścisku.
- Powiem ci, co mają w środku. Nowe życie dla nas wszystkich.
Ricardo Gonzales był najmłodszym z trzech rabusiów i bez dwóch zdań najbardziej porywczym.
- Pedro, mówiłeś, że nam się uda, i udało się. Kocham cię, staruszku.
Ricardo był mężczyzną imponującej postury. Miał dwa metry wzrostu, a każdy centymetr jego ciała był wyrzeźbiony. Gdy nie był zajęty kopaniem tuneli po nocach, ćwiczył pięć razy w tygodniu na lokalnej siłowni i wziął na siebie więcej taczek wypełnionych suchą ziemią niż pozostali.
Trzeci z mężczyzn powoli pokręcił głową.
- Ricky, to jeszcze nie koniec. Koniec nastąpi dopiero wtedy, gdy rozłożymy się na plaży gdzieś daleko stąd, z taką ilością forsy, że nie będziemy wiedzieli, co z nią począć.
Sześćdziesięciotrzyletni Sebastian Ramos był najstarszy z całej trójki i z pewnością najostrożniejszy. Odsiedział dwa długie wyroki w niesławnym więzieniu Caseros w południowej części miasta, skazany za kradzież i przestępstwa z użyciem broni, co oznaczało, że ta fucha była jego ostatnią szansą. Znaczące jego czoło głębokie zmarszczki sprawiały, że wyglądał na dużo starszego niż w rzeczywistości.
Pedro podniósł wiertarkę i ruszył tunelem w drogę powrotną.
- Jest szósta rano. Nad nami świat budzi się do życia. Teraz odpoczniemy, a jutro o północy zaczniemy wiercić po raz ostatni. Będziemy mieć cały weekend, żeby nacieszyć się zawartością skrytek.
Pedro był cierpliwy. Planował tę fuchę od ponad dziesięciu lat. Kryzys finansowy, który dotknął Argentynę w 2001 roku, nie znał litości. Pozbawił Pedra jego skromnych oszczędności i podobnie obszedł się z milionami innych Argentyńczyków. Gospodarka załamała się, gdy ludzie zaczęli szturmować banki po tym, jak zdali sobie sprawę, że nie mają dość gotówki na pokrycie swych długów. Argentyńczycy przestali ufać bankowości, zaczęli więc trzymać gotówkę oraz cenne przedmioty w domach i sejfach. Dziesięć lat po wybuchu kryzysu banki wypożyczały ponad pięćset tysięcy skrytek: po jednej na osiemdziesięciu mieszkańców, co było zatrważającą statystyką.
Pedro również miał swoją skrytkę w skarbcu Banco Estero, jednak różniła się ona od pozostałych. Była wiecznie pusta.
Wypożyczył ją w styczniu 2009 roku i odwiedzał bank regularnie w pierwszy poniedziałek każdego miesiąca. Z czasem nauczył się na pamięć rozkładu skarbca i poznał dokładne umiejscowienie każdej z tysiąca dwustu skrytek. Ściany salonu w jego maleńkim jednoosobowym mieszkaniu były pokryte dużymi, ręcznie rysowanymi planami. Przedstawiały one skrytki rozmieszczone wewnątrz skarbca i oznaczone różnymi kolorami w zależności od rozmiaru. Pedro wiedział, że nawet jeśli mogliby pracować bez przerwy przez czterdzieści osiem godzin podczas spokojnego świątecznego weekendu, zabrakłoby im czasu na rozwiercenie wszystkich skrytek. Obliczył, że trzech mężczyzn, pracujących razem, dałoby radę otworzyć może z dziesięć procent sejfów, co oznaczało, że musieli celować w te największe, których było sto dwadzieścia.
Pedro był byłym żołnierzem. W wieku osiemnastu lat rzucił szkołę i przez siedem lat służył w argentyńskiej armii jako mechanik. Po odejściu z wojska znalazł pracę jako specjalista od ogrzewania i wentylacji, posiadał więc umiejętności, które okazały się bezcenne podczas konstruowania systemu wietrzenia potrzebnego do budowy trzydziestometrowego tunelu.
W marcu 2011 roku w dzielnicy Belgrano wystawiono na sprzedaż dzierżawę podupadłej kawiarni, a jedyną osobą zainteresowaną kupnem lokalu był Pedro. Café Torino zostało otwarte w połowie lat osiemdziesiątych i dwie dekady później zbankrutowało, wyparte przez pojawiające się w okolicy modne knajpy typu fast food. Kawiarnia nie interesowała ani klientów, ani potencjalnych kupców, ale dla Pedra jej umiejscowienie było bezcenne. Od Banco Estero dzieliły ją tylko dwa budynki. Pedro miał dość pieniędzy na płacenie czynszu tylko przez dwanaście miesięcy, ale obliczył, że na budowę tunelu wystarczy mu osiem. Dwa tygodnie po przejęciu lokalu zakleił okna gazetami, by nikt nie mógł zajrzeć do środka. Ręcznie napisana wiadomość na drzwiach głosiła: "Café Torino jest obecnie w remoncie. Ponowne otwarcie wkrótce".
Po tym jak Pedro zdobył kawiarnię, zaczął szukać dwóch wspólników. Sam nie miał doświadczenia w przestępczości, ale doskonale wiedział, do kogo się udać. Jego kuzyn pierwszego stopnia Sebastian Ramos był seryjnym przestępcą, który specjalizował się w okradaniu domów. Pedro wiedział, że Ramos został złapany i skazany dwukrotnie w ciągu ostatnich trzydziestu lat, ale miał też na koncie ponad sto udanych napadów. To dawało mu dziewięćdziesięcioośmioprocentową skuteczność, co zdaniem Pedra było zadowalającym wynikiem.
Ramos zrekrutował trzeciego członka ekipy, Ricarda Gonzalesa. Był on tynkarzem i drobnym przestępcą, o budowie i sile przerobowej wołu. Początkowo trzej mężczyźni widywali się po pracy w każdą poniedziałkową, środową i piątkową noc. Spotykali się w opustoszałej kawiarni, gdzie pochłaniali przygotowywane przez Pedra chili i planowali poszczególne etapy napadu. Pedro zamówił wszystkie potrzebne sprzęty i materiały przez internet, używając fałszywego konta, a paczki dostarczono pod tylne drzwi do kawiarni. Najdroższym sprzętem pozyskanym przez Pedra był używany zestaw do wywiercania dziur w ziemi, normalnie wykorzystywany do rozkopywania ulic.
Zaczęli wiercić w poniedziałek, 24 maja 2011 roku, dokładnie o północy, i kontynuowali każdej nocy w dni robocze, a także w każdy weekend, przez następne osiem miesięcy. Raz w tygodniu, wcześnie rano, przekładali świeżo wykopaną ziemię do wielkich materiałowych worków, które ładowali do ciężarówki i wywozili do lasu Pinar del Norte, leżącego na północ od Buenos Aires, gdzie ostrożnie się ich pozbywali. Robota była wyczerpująca i żmudna, ale z czasem wszyscy trzej pokochali swoją codzienną rutynę i wreszcie, po ośmiu ciężkich miesiącach, tunel był skończony.
* * *
Ricardo potrzebował tylko jakichś czterdziestu minut na przebicie się przez znajdującą się nad jego głową betonową podłogę, a gdy wreszcie skończył, widniała w niej dziura szeroka na ponad metr. Pedro zerknął w wyzierającą z nowo utworzonego przejścia nieprzeniknioną ciemność.
- Chłopaki, teraz naszym jedynym wrogiem jest czas. Załóżmy oświetlenie i przetrzepmy te skrytki. Pamiętajcie, żeby brać się tylko do tych, które są na liście.
Sebastian zapalił wielką latarkę diodową i wspiął się na ramiona Ricarda. Był to manewr, który przećwiczyli w kawiarni dziesiątki razy.
- Dobra, wielkoludzie. Ruszamy.
Piętnaście minut później wszyscy trzej stali w ogromnym skarbcu oświetlonym sześcioma osiemsetwatowymi lampami na statywach. Biegnące przez tunel kable łączyły oświetlenie z małym generatorem stojącym na podłodze kawiarni.
Wszyscy trzej mieli na sobie plastikowe maski z wizerunkiem małpy z powodu sześciu kamer umieszczonych wewnątrz skarbca i nagrywających każdy ich ruch. Obraz z kamer śledzono tylko na żywo, gdy bank był otwarty, więc nie stanowiły one bezpośredniego zagrożenia. Pedro zapamiętał ich rozmieszczenie podczas swych comiesięcznych wycieczek do pustej skrytki. Skrytki, która nie znajdowała się na ich liście.
Przez następne czterdzieści osiem godzin trzej mężczyźni pracowali zapamiętale i bez przerw, starannie rozwiercając podwójne zamki zabezpieczające każdą skrytkę z osobna. Był to skomplikowany i żmudny proces, wymagający raczej zręczności niż czystej siły. Za każdym razem, gdy zdołali otworzyć którąś ze skrytek, wkładali jej zawartość do jednego z dużych, nieopisanych materiałowych worków. Połów był spektakularny: rządowe papiery wartościowe z ponad dwudziestu krajów, ogromne ilości dolarów amerykańskich, euro, funtów brytyjskich i peso argentyńskich. W jednej skrytce było dwadzieścia sztabek złota, a inne wypełnione były biżuterią, drogimi zegarkami i setkami kamieni szlachetnych.
Żaden z mężczyzn nie zwrócił uwagi na sfatygowaną teczkę z czarnej skóry, upchniętą w skrytce numer 1321. Były w niej trzy duże brązowe koperty, dwie rolki ośmiomilimetrowej taśmy filmowej i mała puszka na tytoń zawierająca kolekcję starych medali wojskowych. Ricardo ostrożnie wydobył teczkę ze skrytki i wrzucił ją do jednego z worków.
Przez większość czasu zachowywali się dokładnie tak, jak to przećwiczyli przez ostatnie dziesięć miesięcy. Każdy z nich doskonale znał zakres swoich obowiązków, który obejmował między innymi zakaz rozmawiania.
- Kuźwa, Pedro! Spójrz, jakie wielkie!
Ricardo pierwszy przerwał zmowę milczenia. W jednej ze swych szponiastych dłoni trzymał stosik ogromnych nieoszlifowanych diamentów. Najmniejszy z nich ważył co najmniej dziesięć karatów.
Sebastian był zajęty wkładaniem ogromnych pęków dolarów amerykańskich do jednego z worków, ale przerwał na chwilę i podniósł wzrok.
- Na moje oko masz w ręku z milion dolarów, Ricky. Do jakich drani to wszystko należy?
Pedro pozostał najmniej poruszony z całej trójki.
- To nie ma znaczenia. Teraz to należy do nas. Koniec gadania, dopóki stąd nie wyjdziemy.
Skarbiec mieli opuścić o piątej rano, dwie godziny przed ponownym otwarciem banku.
O czwartej czterdzieści pięć trzej mężczyźni stali obok sporej dziury w podłodze zdezelowanej kuchni kawiarni. Żaden z nich nie spał od dwóch dni i napędzała ich czysta adrenalina. Pedro zarządził koniec akcji.
- Otworzyliśmy dziewięćdziesiąt ze stu dwudziestu skrytek z naszej listy. Stawiam, że zgarnęliśmy ponad sto milionów dolców. Ciężarówka pęka w szwach, więc proponuję brać nogi za pas.
Sebastian długo zaciągał się palonym właśnie Marlboro - swym pierwszym papierosem od dwóch dni.
- Kuzynie, nachapaliśmy się do pełna, więc czas na pożegnanie z Café Torino.
Pedro odwrócił się w stronę Ricarda, który trzymał w prawej ręce kluczyki do ciężarówki.
- W drogę. I, Ricky, jedź ostrożnie. Lepiej, żeby nie zatrzymała nas policja.
Dwie godziny po odkryciu napadu na bank wykonano zaszyfrowane połączenie telefoniczne z biura leżącego w dzielnicy Recoleta w Buenos Aires do spektakularnego wieżowca położonego w oddalonym o ponad dziewięć tysięcy kilometrów centrum San Francisco.
Richard Franklin, szef Franklin Pharmaceutical Corporation, sięgnął po słuchawkę stojącego na jego biurku czerwonego telefonu, który nie zadzwonił ani razu od ponad dwóch lat. Tylko jedna osoba na świecie miała ten numer.
- Co słychać, Matiasie?
Nastąpiła krótka pauza, podczas której dzwoniący zbierał myśli. Potem ciszę przerwał chłodny, naznaczony silnym akcentem głos.
- Panie Franklin, zawartość skrytki tysiąc trzysta dwadzieścia jeden została skradziona podczas napadu na bank, który miał miejsce w ten weekend. Oczywiście zrobimy wszystko, co w naszej mocy, by jak najszybciej ją odzyskać.
Połączenie zostało przerwane.