Trylogia Rosenholm (Tom 1). Róże i fiołki - Gry Kappel-Jensen

Kup ebooka

34.99 zł
24.72 zł (24,27 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

7 LIPCA

GODZ. 3:23

Vic­to­ria

Zo­bacz mnie...

- Nie!

Vic­to­ria ciężko dy­szała. To był tylko sen, tylko sen. Od­dy­chaj...

Sie­działa na łóżku wy­pro­sto­wana i obej­mo­wała się mocno ra­mio­nami. Po­woli za­pa­no­wała nad od­de­chem, ale strach wy­wo­łał u niej dresz­cze. Roz­pro­szone świa­tło księ­życa są­czyło się do po­koju przez białe za­słony, po­ru­szane wia­trem, który wpa­dał przez otwarte okna. Ła­pacz snów nad jej łóż­kiem wolno się ob­ró­cił. Vic­to­ria śle­dziła wzro­kiem jego ruch. Wi­siał tam, żeby ją chro­nić.

Znowu śniła o tych bia­łych cie­niach, lecz tym ra­zem było ina­czej. Je­den z nich pod­szedł do niej i nie­mal się nad nią na­chy­lił. Zde­cy­do­wa­nie zbyt bli­sko.

Cho­ciaż otu­liła się szczel­nie koł­drą, zimno nie da­wało się wy­go­nić i Vic­to­ria wciąż się trzę­sła, gdy szła scho­dami w dół z za­mia­rem za­pa­rze­nia so­bie her­baty. Wielki dom był po­grą­żony w ci­szy. Bliź­niacy spali ra­zem w głębi ko­ry­ta­rza. Uparli się dzie­lić po­kój, mimo że w willi było pod do­stat­kiem wol­nych po­miesz­czeń. Au pair no­co­wała w su­te­re­nie, a sy­pial­nia ro­dzi­ców znaj­do­wała się po prze­ciw­nej stro­nie domu. Ni­kogo tu­taj nie ma, nic mi nie grozi.

Vic­to­ria włą­czyła świa­tło w kuchni, jak zwy­kle uni­ka­jąc pa­trze­nia w stronę okna, gdy na dwo­rze pa­no­wała ciem­ność. Nie chciała uj­rzeć wła­snego od­bi­cia w szy­bie. Za­lała to­rebkę wrzącą wodą i od­li­czała se­kundy, cze­ka­jąc, aż her­bata się za­pa­rzy. Nie ma tu­taj ni­kogo, kto chciałby zro­bić ci krzywdę.

Wzdry­gnęła się, gdy mimo wszystko na­wią­zała kon­takt wzro­kowy ze swoim bla­dym od­bi­ciem w szy­bie okien­nej. Za jej ple­cami wi­dać było biały cień. Vic­to­ria za­mknęła oczy. Stań twa­rzą w twarz ze swo­imi stra­chami...

Po­woli się od­wró­ciła. Jesz­cze przez chwilę nie uno­siła po­wiek. Wresz­cie się do tego zmu­siła. Nie ma tu­taj ni­kogo in­nego, je­steś sama. W każ­dym ra­zie pró­bo­wała prze­ko­nać o tym samą sie­bie. Rzecz jed­nak w tym, że Vic­to­ria ni­gdy nie była sama.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

6 LIPCA

GODZ. 16:05

Kir­stine

Za­chodni wiatr sma­gał ją po twa­rzy, kiedy na­ci­skała pe­dały tak mocno, że od na­gro­ma­dzo­nego kwasu mle­ko­wego pie­kły ją uda i bo­lały ko­lana.

Krzy­czała na matkę. Tak gło­śno, że są­sie­dzi z pew­no­ścią to usły­szeli. Było to nie­po­dobne do Kir­stine, ale list na­le­żał do niej, ro­dzice nie mieli żad­nego prawa go przed nią ukry­wać. A po­tem ucie­kła od tego wszyst­kiego.

Skrę­ciła ro­we­rem w prawo i wje­chała do lasu. Ostatni od­ci­nek le­śnej drogi po­ko­nała, sto­jąc na pe­da­łach, po czym oparła ro­wer o stary jak świat, omszały ka­mienny mur, który roz­cią­gał się wo­kół bia­łego ko­ściółka. Kir­stine prze­szła obok ko­ścioła i za­głę­biła się w las. Wiatr ko­ły­sał wierz­choł­kami drzew, ale na dole, mię­dzy pniami, po­wie­trze było nie­ru­chome. Pach­niało świer­ko­wym igli­wiem, zwię­dłymi li­śćmi, mchem, wodą i zie­mią. Dziew­czyna przez krótki czas po­dą­żała ścieżką, na­stęp­nie skrę­ciła mię­dzy drzewa, aby pójść wła­sną trasą, któ­rej nie znali grzy­bia­rze. Lato w tym roku było desz­czowe, dzi­siaj jed­nak niebo się prze­ja­śniło i po­mię­dzy ciem­no­zie­lo­nymi ga­łę­ziami prze­świ­ty­wało słońce. Kiedy ze­szła w za­głę­bie­nie te­renu, woda prze­bi­ja­jąca się przez grubą war­stwę mchu zmo­czyła jej san­dały. Kir­stine za­trzy­mała się, szybko je zzuła i ru­szyła da­lej boso. Dziw­nie się czuła, gdy tak stą­pała po mcho­wym po­szy­ciu, pod­czas gdy mię­dzy jej na­gimi pal­cami u stóp wy­bi­jała lo­do­wata desz­czówka. Matka wy­glą­dała na bar­dzo prze­stra­szoną, kiedy Kir­stine za­częła na nią krzy­czeć. Nie, nie prze­stra­szoną. Wy­glą­dała, jakby się cze­goś bała.

Małe wzgó­rze le­żało po­środku po­lany, na któ­rej póź­nym la­tem kwi­tły wrzosy i ro­sły kurki. Na sa­mym szczy­cie było usta­wio­nych pięć du­żych ka­mieni, nie­które z nich prze­wró­ciły się już kil­ka­set lat wcze­śniej i nikt obec­nie nie pa­mię­tał, czemu miały kie­dyś słu­żyć. Kir­stine przy­sia­dła na naj­więk­szym z nich, pra­wie nie­wi­docz­nym wśród wrzo­sów i trawy. Wy­jęła z kie­szeni ko­pertę. Pew­nego po­po­łu­dnia przed kil­koma ty­go­dniami spo­strze­gła list na ku­chen­nym stole, wśród re­klam i lo­kal­nych ga­zet. Z po­czątku się nad tym nie za­sta­na­wiała, ale kiedy matka po­spiesz­nie zgar­nęła całą pocztę na bok i za­brała ją ze sobą do sa­lonu, dziew­czynę na­szło prze­czu­cie, że prze­syłka była za­adre­so­wana do niej. Te­raz otwo­rzyła ko­pertę i roz­ło­żyła list. Wy­dru­ko­wano go na pa­pie­rze o chro­po­wa­tej struk­tu­rze, wy­czu­wal­nej mię­dzy pal­cami. Na sa­mej gó­rze kartki wid­niało coś w ro­dzaju wy­tło­czo­nego owal­nego logo z różą w środku. Po­ni­żej na­pi­sano zło­tymi li­te­rami: Szkoła Ro­sen­holm.

17 czerwca, Szkoła Ro­sen­holm

Sza­nowna Kir­stine Ma­rie Jen­sen,

grono pe­da­go­giczne Szkoły Ro­sen­holm, pla­cówki edu­ka­cyj­nej dla po­jęt­nej i szcze­gól­nie uzdol­nio­nej mło­dzieży, za­pra­sza Pa­nią na spo­tka­nie in­for­ma­cyjne, pod­czas któ­rego bę­dzie można się do­wie­dzieć wię­cej na te­mat na­szej szkoły oraz zo­stać przy­ję­tym do grona jej uczniów od przy­szłego se­me­stru.

Szkoła Ro­sen­holm jest po­ło­żona na Ze­lan­dii, wśród pięk­nej przy­rody. Mamy długą, chwa­lebną hi­sto­rię i spe­cja­li­zu­jemy się w pracy z mło­dzieżą uzdol­nioną w róż­nych kie­run­kach. Do pla­cówki uczęsz­cza około trzy­stu słu­cha­czy, któ­rzy przez ko­lejne trzy lata trwa­nia na­uki miesz­kają w in­ter­na­cie. Za­kwa­te­ro­wa­nie jest dar­mowe. Edu­ka­cja od­po­wiada wy­kształ­ce­niu na po­zio­mie li­ce­al­nym.

Cie­szymy się, że bę­dziemy mo­gli Pa­nią po­znać pod­czas spo­tka­nia in­for­ma­cyj­nego, które od­bę­dzie się 7 lipca o go­dzi­nie 10:00. Pro­simy zwró­cić uwagę na to, że w spo­tka­niu mogą uczest­ni­czyć wy­łącz­nie kan­dy­daci, bez swo­ich ro­dzi­ców.

Za­łą­czona bro­szura in­for­ma­cyjna za­wiera ad­res i wska­zówki, jak do­je­chać do szkoły trans­por­tem pu­blicz­nym.

Do zo­ba­cze­nia na spo­tka­niu.

Z po­wa­ża­niem

dy­rek­torka Bir­git Lund

Prze­sy­la­bi­zo­wa­nie ca­łego li­stu za­jęło Kir­stine sporo czasu. Jesz­cze raz po­wio­dła wzro­kiem po "po­jęt­nej i szcze­gól­nie uzdol­nio­nej mło­dzieży"... Eee, że jak? Je­żeli Kir­stine była cze­goś pewna, to tego, że ten opis do niej nie pa­suje. Przy­naj­mniej tyle wie­działa po la­tach szkol­nych nie­po­wo­dzeń. Na­ucza­nie spe­cjalne, wi­zyty u szkol­nego psy­cho­loga, roz­mowy, te­sty spraw­dza­jące ro­zu­mie­nie tek­stu czy­ta­nego - nic z tego nie po­mo­gło, aż na ko­niec wszy­scy naj­wy­raź­niej się pod­dali. Po cał­ko­wi­cie nie­uda­nej pró­bie pod­ję­cia na­uki w li­ceum Kir­stine zre­zy­gno­wała z dal­szej edu­ka­cji i obec­nie je­dy­nym jej za­ję­ciem była praca sprzą­taczki w domu spo­koj­nej sta­ro­ści. I uczest­nic­two w ko­ściel­nych uro­czy­sto­ściach, na które cią­gali ją ze sobą ro­dzice. In­nymi słowy, wła­śnie ukoń­czyła osiem­na­ście lat i nie miała po­ję­cia, co ze sobą zro­bić.

Kir­stine prze­su­nęła pal­cem po pięk­nych zło­tych wy­tło­cze­niach na pa­pie­rze. Gdyby nie świa­do­mość, że ni­komu nie chcia­łoby się za­da­wać so­bie aż tak wiele trudu, aby ją oszu­kać, uzna­łaby ten list za żart. Ale to nie wcho­dziło w grę. Do per­fek­cji opa­no­wała sztukę by­cia nie­wi­dzialną. Nikt jej nie mob­bin­go­wał, była tylko igno­ro­wana.

Znowu spraw­dziła datę. Spo­tka­nie miało od­być się na­stęp­nego dnia. Za­po­mnij o tym. To nie­moż­liwe.

Ro­dzice ni­gdy, prze­nigdy jej na to nie po­zwolą. Nie mo­gła na­wet uczest­ni­czyć w im­pre­zach or­ga­ni­zo­wa­nych przez jej byłą klasę, a cóż do­piero po­ko­nać taki ka­wał drogi, żeby do­stać się do ja­kiejś dziw­nej szkoły na Ze­lan­dii? Nie ma mowy. Naj­pew­niej wła­śnie dla­tego ro­dzice ukryli przed nią ten list.

Kir­stine po­ło­żyła się na po­szy­ciu le­śnym po­środku ka­mien­nego kręgu. Nie wsta­wała do mo­mentu, aż po­czuła to cha­rak­te­ry­styczne mro­wie­nie, które po­ja­wiało się za­wsze wtedy, gdy le­żała tu­taj wy­star­cza­jąco długo. Ła­sko­czące cie­pło roz­cho­dzące się po ca­łym ciele. Miała wra­że­nie, jakby uno­siła się nad zie­mią, ku bia­łym ob­ło­kom prze­la­tu­ją­cym po błę­kit­nym let­nim nie­bie. Prze­peł­niło ją po­czu­cie siły i spraw­czo­ści, które prze­pę­dziło gniew. Cho­ciaż ni­gdy nie mó­wiła ni­komu o prze­ży­ciach z lasu, ro­dzice z pew­no­ścią by temu nie przy­kla­snęli. Ależ, Kir­stine, co ci strze­liło do głowy! W tej chwili prze­stań wy­ga­dy­wać po­dobne bzdury... Lecz w tym mo­men­cie nic jej to nie ob­cho­dziło. Kiedy czuła się tak jak te­raz, miała wra­że­nie, że mo­głaby się udać, do­kąd tylko ze­chce, i po­rzu­cić na le­śnym ru­nie ciało jak pu­stą po­włokę.

Jej my­śli nie­prze­rwa­nie krą­żyły wo­kół ta­jem­ni­czego li­stu. A gdyby tak opo­wie­działa ro­dzi­com o tym, jak na­prawdę się czuje, nad czym się za­sta­na­wia, czego się boi i pra­gnie? Gdyby po pro­stu wszystko im wy­ja­śniła, aż w końcu by ją zro­zu­mieli, wsparli i wy­słali po­cią­giem na Ze­lan­dię, cie­sząc się, że córka może sta­nąć na wła­snych no­gach? Po­sta­no­wiła, że tak wła­śnie zrobi - tyle że nie wspo­mni im o tym ani sło­wem.

Kilka razy głę­boko ode­tchnęła, aż po­czuła, że znowu jest w swoim ciele. Po­tem wzięła do ręki te­le­fon i w polu wy­szu­ki­wa­nia wpi­sała: "roz­kład jazdy po­cią­gów".

6 LIPCA

GODZ. 15:45

Kir­stine

Kir­stine na­słu­chi­wała. W domu było ci­cho. Zmu­siła się, żeby głę­boko ode­tchnąć.

Uspo­kój się. To nie to samo, co kra­dzież.

List na­le­żał prze­cież do niej. Tylko przy­pad­kiem zna­lazł się w naj­wyż­szej szu­fla­dzie du­żego dę­bo­wego biurka. Szu­fla­dzie, w któ­rej jej tata trzy­mał ich pasz­porty, me­tryki chrztu i po­dobne do­ku­menty. Szu­fla­dzie za­my­ka­nej na klucz.

Jej mo­kre od potu palce ści­snęły mocno zło­ci­sty klu­czyk, za­brany z głębi wi­tryny, gdzie zwy­kle le­żał wci­śnięty w kąt.

- Kir­stine, nie chcesz na­pić się kawy? Zo­stało jesz­cze tro­chę cia­sta z wczo­raj.

Wzdry­gnęła się na dźwięk głosu matki do­bie­ga­ją­cego z ogrodu.

- Nie, dzię­kuję!

Za­mknęła drzwi do sa­lonu i spró­bo­wała zi­gno­ro­wać mały krzyż, który wi­siał nad biur­kiem. Je­zus pa­trzył na nią z wy­rzu­tem. Klucz ła­two ob­ra­cał się w zamku, ale szu­flada się za­ci­nała i żeby ją wy­su­nąć, Kir­stine mu­siała mocno szarp­nąć. List le­żał na sa­mym wierz­chu, roz­po­znała go od razu. Gruba biała ko­perta. Zna­czek z pie­czątką zdra­dza­jącą, że wy­słano go kilka ty­go­dni temu. Na przo­dzie jej imiona i na­zwi­sko. Kir­stine Ma­rie Jen­sen. Mimo to le­żał za­mknięty w szu­fla­dzie. Kir­stine chwy­ciła list i wło­żyła go do kie­szeni.

Stu­kot kro­ków na ku­chen­nej po­sadzce, ktoś na­ci­snął klamkę drzwi do sa­lonu. Dziew­czyna szybko wsu­nęła szu­fladę.

- Je­steś tu­taj? Nie pój­dziesz na spa­cer, skoro wresz­cie świeci słońce? - Matka prze­bie­gła oczami po twa­rzy i po­staci Kir­stine.

Czyżby cze­goś szu­kała? A może coś do­strze­gła? Serce dziew­czyny za­biło moc­niej.

- Dzię­kuję, ale wolę prze­je­chać się na ro­we­rze.

- No do­brze, by­le­byś wró­ciła na ko­la­cję.

Kir­stine ski­nęła głową i wy­mi­nęła matkę. Kiedy otwie­rała blo­kadę na kole ro­weru, na­dal ści­skała w dłoni klu­czyk i wy­raź­nie czuła kształt li­stu w kie­szeni. Bę­dzie mu­siała odło­żyć je na miej­sce wie­czo­rem, po tym jak ro­dzice uda­dzą się na spo­czy­nek.

Aku­rat gdy wy­pro­wa­dziła ro­wer za furtkę, uj­rzała matkę cze­ka­jącą na nią na dro­dze. Pew­nie wy­szła z domu fron­to­wymi drzwiami.

- Kir­stine, wyj­mo­wa­łaś coś z szu­flady ojca?